Kryzys szkoły. Co możemy zrobić dla uczniów, nauczycieli i rodziców? - Jesper Juul - ebook
Opis

Czy szkoła może sprawiać uczniom radość? Czy może dawać satysfakcję nauczycielom? Jak wspierać dziecko w obliczu presji szkolnej? Jak rozwiązywać problemy, które rodzą się w klasie?

Jesper Juul, duński pedagog i terapeuta, twierdzi, że współczesne dzieci żyją pod nadmierną presją szkoły. Szkoła jest najważniejszą częścią ich życia, wokół niej koncentrują się także relacje z rodzicami, co rodzi wiele konfliktów i napięcia we wzajemnych relacjach.

Jesper Juul postuluje radykalną zmianę nastawienia do uczniów: zaufanie zamiast przymusu, prawdziwe relacje zamiast bezosobowych reguł. Jego główną troską jest dobro dzieci, jednak podkreśla, że uczniowie nie będą czuć się w szkole dobrze, jeśli nauczyciele źle się w niej czują.

Jesper Juul – duński terapeuta rodzinny i pedagog o światowej renomie. Jego książka Twoje kompetentne dziecko jest jednym z najbardziej cenionych poradników wychowawczych na świecie i światowym bestsellerem.

Jesper Juul był jednym z głównych liderów przełomu we współczesnej pedagogice. Zawdzięczamy mu odejście od wychowania autorytarnego z jednej strony, oraz od filozofii permisywizmu, z drugiej. Propaguje idee szacunku i współdziałania we wzajemnych relacjach z dzieckiem, oraz dojrzałe przywództwo dorosłych.

Wydawnictwo MiND jest polskim wydawcą książek Jespera Juula. Dotychczas ukazały się:

 

Twoje kompetentne dziecko (2011), ,,Nie’’ z miłości. Mądrzy rodzice ‒ silne dzieci (2011), Twoja kompetentna rodzina (2011), Uśmiechnij się! Siadamy do stołu (2011), Przestrzeń dla rodziny (2012), Być mężem i ojcem (2012), Życie w rodzinie (2013), Agresja ‒ nowe Tabu? Dlaczego jest potrzebna nam i naszym dzieciom? (2013).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 120

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł ory­gi­nału

SCHU­LIN­FARKT. WAS WIR TUN KÖNNEN, DA­MIT ES KIN­DERN, EL­TERN UND LEH­RERN BES­SER GEHT?

Okładka i pro­jekt gra­ficz­ny

KA­RO­LI­NA TOL­KA

Tłuma­cze­nie

DA­RIUSZ SY­SKA

Co­py­ri­ght © 2013 Kösel Ver­lag, a di­vi­sion of Ver­lagsgruppe Ran­dom Ho­use GmbH, München, Ger­ma­ny

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion and trans­la­tion by Wy­daw­nic­two MiND, Pod­ko­wa Leśna 2014

ISBN 978-83-62445-51-6

Wy­daw­nic­two MiND

ul. Sar­nia 21

05-807 Pod­ko­wa Leśna

tel./fax 22 729 02 82

tel. 505 455 151

www.wy­daw­nic­two­mind.pl

[email protected]­daw­nic­two­mind.pl

Wy­da­nie pierw­sze

Skład i łama­nie: Ma­te­usz Sta­szek

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Na­uczy­cie­le, ucznio­wie i ro­dzi­ce po­win­ni ra­zem wyjść na ulicęi za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko obec­ne­mu sys­te­mo­wi szkol­ne­mu.

Jeśli kie­dyś do tego doj­dzie, wstanę i pójdę ra­zem z nimi.

Je­sper Juul

1. UCZNIO­WIE POD PRESJĄ

Współcze­sna szkoła znaj­du­je się w bar­dzo głębo­kim kry­zy­sie. Po­wszech­ne prze­ko­na­nie jest ta­kie, że jego źródłem są ucznio­wie i ich ro­dzi­ce.

Kie­dy kil­ka­naście lat temu za­czy­nałem się nad tym poważnie za­sta­na­wiać, zwróciło moją uwagę zja­wi­sko pre­sji edu­ka­cyj­nej – w szczególności w kra­jach nie­miec­kojęzycz­nych. Nie bar­dzo wie­działem, co o tym myśleć. Ale im więcej miałem do czy­nie­nia z dziećmi, młodzieżą i ich ro­dzi­ca­mi, tym sil­niej mogłem od­czuć tę presję na własnej skórze. Jest to fe­no­men, którego nie znałem z Da­nii ani in­nych krajów skan­dy­naw­skich.

Dzi­siaj mogę po­wie­dzieć, że nie tyl­ko w kra­jach nie­miec­kojęzycz­nych, ale nie­mal w całej Eu­ro­pie pa­nu­je ol­brzy­mia pre­sja na edu­kację i wy­kształce­nie. Jest ona na dłuższą metę trud­na do znie­sie­nia przez dzie­ci, więc wywołuje re­akcję prze­ciwną – jak w fi­zy­ce: każda ak­cja ma swoją re­akcję – i pro­wa­dzi do opo­ru.

Społecz­ny na­cisk na ko­niecz­ność zdo­by­cia jak naj­lep­sze­go wy­kształce­nia jest nie tyl­ko da­rem­ny, ale także skraj­nie nie­zdro­wy, po­nie­waż rzu­ca się cie­niem na re­la­cje między­ludz­kie, przede wszyst­kim między ro­dzi­ca­mi i dziećmi. Za każdym ra­zem, kie­dy na­sze dzie­ci słyszą, że muszą bez­względnie zadośćuczy­nić ja­kimś wy­ma­ga­niom szkoły, jeśli nie chcą po­grze­bać swo­jej przyszłości, gi­nie cząstka ich po­czu­cia własnej war­tości.

Po­czu­cie własnej war­tości – w odróżnie­niu od pew­ności sie­bie – to pew­na ce­cha eg­zy­sten­cjal­na człowie­ka. Wyraża się w nim na­sza wie­dza o tym, kim je­steśmy. Od wewnątrz doświad­cza­my go jako po­czu­cia, że po­le­ga­my na so­bie i czu­je­my się ze sobą do­brze. Z ko­lei jego brak ob­ja­wia się niepew­nością, wzmożonym sa­mo­kry­ty­cy­zmem i częstym po­czu­ciem winy. Człowiek o zdro­wej sa­mo­oce­nie myśli o so­bie, że jest w porządku i ma war­tość po pro­stu jako człowiek. W prze­ci­wieństwie do tego pew­ność sie­bie ba­zu­je na kon­kret­nych ta­len­tach i umiejętnościach, czy­li na tym, co po­tra­fi­my zro­bić naj­le­piej. Jest to ważne rozróżnie­nie, dla­te­go wrócę do nie­go jesz­cze w ko­lej­nych roz­działach.

Po­czu­cie własnej war­tości dziec­ka cier­pi, gdy szkoła wy­wie­ra na nim presję. Dla­cze­go? Dla­te­go, że w pierw­szych la­tach szkol­nych każde dziec­ko sta­ra się za wszelką cenę uszczęśliwić swo­ich ro­dziców i przy­no­sić naj­lep­sze stop­nie. I kie­dy mu się to nie uda­je, czu­je się dla nich mniej war­tościo­we. A prze­cież jeśli tak się zda­rza, nie jest to winą ani jego le­ni­stwa, ani nie­posłuszeństwa, ani bra­ku miłości do ro­dziców.

Pre­sja to także de­kla­ra­cja bra­ku za­ufa­nia do dziec­ka – tego de­cy­dującego czyn­ni­ka roz­wo­ju po­czu­cia własnej war­tości u dzie­ci i młodzieży. Przy czym nie cho­dzi o wiarę, że na­sze dzie­ci będą robiły to, cze­go od nich ocze­ku­je­my, ale że będą po­dej­mo­wały naj­lep­sze de­cy­zje, na ja­kie je w da­nym mo­men­cie stać – co, oczy­wiście, zakłada także możliwość popełnia­nia błędów.

Dzie­ci chcą się uczyć

Nie­daw­no roz­ma­wiałem z je­de­na­sto­latką, która po­wie­działa, że ma pe­wien pro­blem, przy którym pew­nie nie będę w sta­nie jej pomóc: „Nie­na­widzę mo­jej szkoły, mimo że uwiel­biam się uczyć”. Po­tem bar­dzo dokład­nie opi­sała, dla­cze­go nie cier­pi szkoły. Bez wcho­dze­nia w szczegóły mogę tyl­ko po­wie­dzieć, że na jej miej­scu czułbym dokład­nie to samo. A mimo to każdego dnia rano wy­cho­dziła po­kor­nie do szkoły jak pra­cow­nik do fa­bry­ki.

Za­wsze jest dla mnie strasz­nym doświad­cze­niem, kie­dy widzę wspa­niałe, ra­do­sne i in­te­li­gent­ne dzie­ci, które dzień w dzień muszą cier­pieć. I nie jest to wina ja­kichś kon­kret­nych złych na­uczy­cie­li, ale ogólnej at­mos­fe­ry na­ucza­nia w szko­le, której nie da się określić in­a­czej niż jako nie­ludz­ka. Wie­le dzie­ci mówi, że nie wi­dzi sen­su cho­dze­nia do szkoły i że nie chcą się uczyć. W całym swo­im życiu nie spo­tkałem jed­nak ani jed­ne­go dziec­ka, które na­prawdę nie chciałoby się uczyć.

W duńskim In­sty­tu­cie Kem­ple­ra pra­co­wałem po­nad dzie­sięć lat z do­rosłymi, którzy prze­rwa­li albo zo­sta­li zmu­sze­ni prze­rwać edu­kację szkolną: było wśród nich wie­le ma­tek sa­mot­nie wy­cho­wujących dzie­ci. Kie­dy py­ta­liśmy o ich życze­nia, z reguły od­po­wia­dały, że chciałyby na nowo podjąć naukę i zdać eg­za­mi­ny końcowe. A więc myślały o tym, żeby zno­wu pójść do szkoły, mimo że miały z nią tak okrop­ne, częścio­wo na­wet trau­ma­tycz­ne doświad­cze­nia. Często bra­ko­wało im jed­nak od­wa­gi, żeby podjąć naukę. Urządzi­liśmy więc dla nich coś w ro­dza­ju kur­su przy­go­to­waw­cze­go, żeby wzmoc­nić je i pomóc w prze­zwy­ciężeniu lęków przed szkołą i na­uczy­cie­la­mi. Dokład­nie w tej sa­mej sy­tu­acji znaj­du­je się wie­le dzie­ci, które co­dzien­nie muszą po­ko­ny­wać swój strach i nie­pew­ność, żeby wyjść rano z tor­ni­strem z domu.

Wśród całej tej mi­ze­rii szkol­nej naj­bar­dziej dzi­wi mnie za­cho­wa­nie ro­dziców: nie­mal bez słowa pod­porządko­wują się wszech­obec­nej pre­sji i do­pa­so­wują do pa­nujących oko­licz­ności. A prze­cież oni też cier­pią z po­wo­du pre­sji szkoły i często na nią na­rze­kają. Mimo to prze­ka­zują ją da­lej swo­im dzie­ciom, jak­by było to ja­kieś zja­wi­sko na­tu­ral­ne, z którym nic nie da się zro­bić.

Jest to tym mniej zro­zu­miałe, że obec­na sy­tu­acja w szkołach obciąża wza­jem­ne re­la­cje między ro­dzi­ca­mi i dziećmi i wy­sta­wia ich na nie­po­trzeb­ny stres. A z re­la­cja­mi między­ludz­ki­mi jest tak samo jak z komórka­mi na­sze­go ciała: kie­dy zbyt długo funk­cjo­nują w stre­sie, ich działanie zo­sta­je za­bu­rzo­ne.

Pra­wo do na­uki za­miast obo­wiązku szkol­ne­go

Napiętą at­mos­ferę wokół szkoły mogłaby ule­czyć re­zy­gna­cja z re­lik­tu przeszłości, ja­kim jest obo­wiązek szkol­ny, i zastąpie­nie go pra­wem do na­uki. Dzi­siaj nie ma już ko­niecz­ności zmu­sza­nia miesz­kańców wsi do posyłania swo­ich dzie­ci do szkoły. Za to pra­wo do na­uki przywróciłoby po­czu­cie jed­na­ko­wej god­ności wszyst­kim uczest­ni­kom sys­te­mu szkol­ne­go.

In­te­re­sujący jest fakt, że za­chod­nie społeczeństwa, których rozwój po­le­gał do­tych­czas na postępującej de­mo­kra­ty­za­cji w różnych dzie­dzi­nach, te­raz co­raz więcej sta­wiają na przy­mus, za­ka­zy i wyciąga­nie kon­se­kwen­cji. Nie­daw­no byłem w Słowe­nii, gdzie roz­ma­wiałem z pew­nym doświad­czo­nym i rozsądnym dzien­ni­ka­rzem, który po­wie­dział mi, że naj­now­sze wy­tycz­ne słoweńskie­go mi­ni­ster­stwa edu­ka­cji za­le­cają więcej reguł, więcej za­kazów, więcej sank­cji.

Smut­ne, że nie tyl­ko po­li­ty­cy, ale również ro­dzi­ce i spe­cja­liści od edu­ka­cji najchętniej prze­nieśliby się w cza­sie do przeszłości. Chcie­li­by po­wro­tu ta­kiej szkoły, jaką znają ze swo­je­go dzie­ciństwa, ze wszyst­ki­mi jej regułami, na­ka­za­mi i ka­ra­mi. Ale czy ówcze­sna szkoła była suk­ce­sem? By­najm­niej! Gdy­by ist­niały wte­dy te­sty PISA, za­pew­ne ujaw­niłyby ka­ta­stro­falną prawdę.

W 2009 roku po raz pierw­szy Szan­ghaj wziął udział w te­stach PISA i od razu wylądował na pierw­szym miej­scu. Od tej pory de­le­ga­cje po­li­tyków i spe­cja­listów od edu­ka­cji od­wie­dzają to mia­sto, żeby „uczyć się, jak wygląda efek­tyw­ne szkol­nic­two”. Nie­ste­ty, od tam­tej­szych ofi­cje­li nie do­wiedzą się całej praw­dy, na przykład o rosnącej licz­bie sa­mobójstw wśród uczniów. Szan­ghaj to dra­stycz­ny, ale bar­dzo wy­mow­ny przykład, że sku­tecz­ność w te­stach PISA nie mówi nic o jakości sys­te­mu edu­ka­cyj­ne­go.

Jeśli ma­cie jesz­cze ja­kieś wątpli­wości, po­le­cam prze­czy­ta­nie nie­zwy­kle in­te­re­sującej książki Amy Chua Bo­jo­wa pieśń ty­gry­si­cy. Au­tor­ka opi­su­je, w jaki sposób wcie­lała w życie mo­del wy­cho­wa­nia, w który wie­rzyła. „Nie chcę mieć le­ni­wych ame­ry­kańskich dzie­ci – mówiła – ale pil­ne dzie­ci chińskie”. Z pierwszą córką robiła rze­czy, których nie po­le­całbym żad­ne­mu ro­dzi­co­wi. Kie­dy jed­nak zaczęła w ten sam sposób wy­cho­wy­wać drugą córkę, tam­ta po­ka­zała jej figę z ma­kiem, i pani Chua po raz pierw­szy w życiu po­sta­wiła so­bie py­ta­nie: A może każde dziec­ko jest inne? Może z każdym trze­ba postępować in­a­czej?

Jeśli w ro­dzi­nie z dwójką dzie­ci nie działa me­to­da równa­nia do pew­ne­go stan­dar­du, to co można po­wie­dzieć o szko­le pełnej dzie­ci? Dla­te­go nie da się już dłużej prze­cho­dzić obok tej ważnej praw­dy, że czas wresz­cie do­strzec i uznać in­dy­wi­du­um!

Utra­ta wspólnych war­tości

Współcze­sny neo­kon­ser­wa­tyw­ny wiatr, który wie­je przez Eu­ropę i przy­no­si więcej gra­nic, więcej ka­ra­nia i więcej kon­se­kwen­cji, da się być możewytłuma­czyć rosnącą nie­pew­nością i dez­orien­tacją społeczeństwa w kwe­stii tego, co słuszne, a co nie. Utra­ci­liśmy społecz­ny kon­sen­sus w spra­wie war­tości. Jesz­cze po­ko­le­nie wcześniej żyliśmy w dość izo­lo­wa­nych społecz­nościach o wspólnych war­tościach. Pomiędzy wy­cho­waw­ca­mi w przed­szko­lach i szkołach a ro­dzi­ca­mi w do­mach pa­no­wała zgo­da co do pod­sta­wo­wych gra­nic i me­tod wy­cho­waw­czych. Dorośli mie­li więcej pew­ności sie­bie w tych kwe­stiach niż te­raz i na­wet jeśli na­cho­dziły ich wątpli­wości, za­wsze mo­gli zna­leźć wspar­cie w kręgu ro­dzi­ny lub przy­ja­ciół. Większość z nich żyła we wspólnym prze­ko­na­niu, że dziec­ko po­win­no się po pro­stu pod­porządko­wy­wać – w ra­zie po­trze­by pod na­ci­skiem kar i prze­mo­cy.

Pamiętam, jak w wie­ku dwu­na­stu lat po­pro­siłem ro­dziców o zgodę na wyjście z ko­le­ga­mi do klu­bu jaz­zo­we­go. Je­dyną od­po­wie­dzią było bez­na­miętne potrząśnięcie głową: „Na­wet nie ma mowy!”. Gdy odważyłem się za­py­tać o uza­sad­nie­nie, usłyszałem: „Ta­kich rze­czy nie robi się w two­im wie­ku i na tym ko­niec!”. Po­tem spraw­dziłem, czy mówili prawdę: rze­czywiście, oka­zało się, że żaden z mo­ich ko­legów nie do­stał po­zwo­le­nia.

Wy­da­je mi się, że tego ele­men­tu wy­cho­wa­nia, który wyrażał się kie­dyś w zwro­cie „się” – na przykład: „tego się nie robi” lub „tak się robi” – nie je­steśmy już w sta­nie dłużej utrzy­mać, jeśli zależy nam na w miarę zdro­wych re­la­cjach w ro­dzi­nie. „Się” było kie­dyś narzędziem na­ci­sku wyrażającym moc ab­so­lut­ne­go i nie­omyl­ne­go au­to­ry­te­tu, którego już nie mamy.

Sa­mo­dziel­ne myśle­nie za­miast wy­ko­ny­wa­nia roz­kazów

Dzi­siej­sza szkoła do złudze­nia przy­po­mi­na fa­brykę z pio­nier­skich czasów in­du­stria­li­za­cji. Mówio­no wte­dy, że trze­ba pra­co­wać, a nie myśleć. Py­ta­nie tyl­ko, czy na­sze społeczeństwo rze­czy­wiście po­trze­bu­je dzie­ci, które funk­cjo­nują jak posłuszni ro­bot­ni­cy i robią wszyst­ko, co szef każe? Czy na­prawdę zależy nam, żeby wchłonęły jak naj­więcej wie­dzy, którą po­tem na ko­mendę wy­plują z sie­bie na teście, a następnie za­pomną? Jeśli za­py­ta­my o to spe­cja­listów od za­sobów ludz­kich w fir­mach, okaże się, że tacy lu­dzie nie są już dzi­siaj po­trzeb­ni. Fir­my nie chcą posłusznych wy­ko­nawców roz­kazów, ale od­po­wie­dzial­nych i sil­nych oso­bo­wości, które po­tra­fią pra­co­wać w sposób kre­atyw­ny i po­dej­mo­wać sa­mo­dziel­ne de­cy­zje. Po­trze­bują pra­cow­ników, którzy po­tra­fią myśleć sa­mo­dziel­nie i nie­stan­dar­do­wo i nie wta­piają się w tłum. Tyl­ko tacy lu­dzie są w sta­nie spra­wić, że na­sze społeczeństwo nie tyl­ko prze­trwa, ale będzie mogło żyć do­brze.

Mimo tego wciąż pro­wa­dzi­my nie­kończące się dys­ku­sje na te­mat co­raz su­row­szych reguł w szkołach oraz sank­cji za ich prze­kra­cza­nie, czy­li na te­mat bu­do­wa­nia opre­syj­ne­go sys­te­mu opar­te­go na ka­rach.

Wy­cho­waw­cze za­da­nia szkoły

Zarówno fak­tycz­nie jak i praw­nie szkoły po­noszą od­po­wie­dzial­ność za oso­bi­sty i społecz­ny rozwój uczniów. Ozna­cza to, że po­dob­nie jak na żłob­kach i przed­szko­lach ciążą na nich za­da­nia wy­cho­waw­cze.

W Skan­dy­na­wii dzie­ci w wie­ku od roku do piętna­stu lat spędzają śred­nio dwa­dzieścia sześć tysięcy go­dzin w in­sty­tu­cjach edu­ka­cyj­no-wy­cho­waw­czych, które można by na­zwać in­sty­tu­cja­mi przy­mu­so­we­go po­by­tu. Być może to wyrażenie wyda się komuś dziw­ne, ale używam go świa­do­mie, żeby pod­kreślić, że nie od dzie­ci zależy, czy do nich tra­fią, czy nie. Muszą po pro­stu w nich być, nie mając wpływu na wybór ko­legów, wy­cho­wawców ani at­mos­fe­ry pe­da­go­gicz­nej, jaka w nich pa­nu­je. To jed­nak jesz­cze nie wszyst­ko. W ciągu ko­lej­nych czter­na­stu lat będzie się od nich ocze­ki­wało tyl­ko jed­ne­go: aby posłusznie wy­ko­ny­wały po­le­ce­nia. O ta­kim posłusznym dziec­ku mówi się, że „do­brze funk­cjo­nu­je w gru­pie”.

W tak urządzo­nym społeczeństwie pe­da­go­dzy i na­uczy­cie­le są równie od­po­wie­dzial­ni za dzie­ci, jak ro­dzi­ce, po­nie­waż spędzają z nimi tyle samo albo na­wet więcej cza­su. Kie­dyś na­uczy­cie­le – a sam je­stem jed­nym z nich – za­da­wa­li so­bie py­ta­nie: czy mamy tyko uczyć, czy jesz­cze wy­cho­wy­wać? W isto­cie każdy, kto prze­by­wa z dziećmi, mi­mo­wol­nie je wy­cho­wu­je. Można spędzić z dziec­kiem tyl­ko pięć mi­nut i prze­ka­zać mu pe­wien wzór za­cho­wa­nia, co może mieć sku­tek wy­cho­waw­czy nie­za­leżnie od tego, czy padną przy tym ja­kieś słowa, czy nie.

Za co od­po­wia­dają ro­dzi­ce?

W mo­ich oczach, naj­ważniejszą rolą ro­dziców jest em­pa­tycz­ne to­wa­rzy­sze­nie dziec­ku i, oczy­wiście, ogólna tro­ska o jego byt. Wie­my dzi­siaj, że dzie­ci poniżej piątego roku życia nie po­trze­bują tak na­prawdę żad­ne­go wy­cho­wa­nia, lecz przy­ja­zne­go, ser­decz­ne­go wspar­cia. Nie ma także naj­mniej­szej wątpli­wości, że dzie­ci po­trze­bują pew­ne­go ro­dza­ju prze­wod­nic­twa, które często zrównu­je się dzi­siaj z wy­cho­wa­niem. Dzie­ci roz­wi­jają się źle w ro­dzi­nach, w których nie mogą na ta­kie prze­wod­nic­two li­czyć.

De­cy­dujące py­ta­nie brzmi, oczy­wiście, jak ta­kie prze­wod­nic­two ma wyglądać? Mo­del wy­cho­waw­czy sprzed stu lat, opar­ty na ro­dzi­ciel­skim au­to­ry­te­cie wspie­ra­nym przez kry­tykę, ko­ry­go­wa­nie, kary i prze­moc, uległ z cza­sem mo­dy­fi­ka­cji i hu­ma­ni­za­cji. Przez ostat­nie pięćdzie­siąt lat wal­czy­liśmy, żeby uniknąć błędów własnych ro­dziców. Ba­da­liśmy różne możliwości, eks­pe­ry­men­to­wa­liśmy, wy­mie­nia­liśmy się ide­ami i doświad­cze­niem. Pod tym względem to, co dzie­je się w ro­dzi­nach, jest dużo bar­dziej twórcze, niż to, co dzie­je się w szkołach. Szkoły często ułatwiają so­bie życie, zrzu­cając całą winę za swo­je nie­po­wo­dze­nia na dzie­ci, ewen­tu­al­nie na ich ro­dziców.

Gdzie­kol­wiek je­stem, za­uważam, że ro­dzi­ce znacz­nie wy­prze­dzają na­uczy­cie­li, pe­da­gogów i psy­cho­logów, jeśli cho­dzi o kre­atyw­ne po­dejście do dzie­ci i po­czu­cie od­po­wie­dzial­ności. Ci ostat­ni mają dostęp do naj­now­szych osiągnięć na­uki, więc po­win­ni to­wa­rzy­szyć ro­dzi­com na tej dro­dze.

Jeśli ma


wyjście z  kolegami do klubu jazzowego. Jedyną odpowiedzią było beznamiętne potrząśnięcie głową: „Nawet nie ma mowy!”. Gdy odważyłem się zapytać o  uzasadnienie, usłyszałem: „Takich rzeczy nie robi się w  twoim wieku i  na tym koniec!”. Potem sprawdziłem, czy mówili prawdę: rzeczywiście,

słowa, które jakikolwiek rodzic wypowiedziałby na głos, ale tak czują dzieci. Co chwila występuje jakiś dorosły ze swoim planem i  mówi: „Musimy zrobić to i  to, jest to dobre dla ciebie, więc zaczniemy od tego

Dorośli mają na oku pewne efekty wychowawcze i  bez przerwy informują dziecko, co powinno w  sobie zmienić, żeby kiedyś zapracować na wartościową przyszłość. Tym samym otrzymuje ono następujący przekaz: „Troszczymy się o  twoją przyszłość, ale niespecjalnie interesuje nas to, co dzieje się z  tobą w  teraźniejszości””. Oczywiście, nie są

W  Norwegii pracuje się nad nowymi formami kształcenia nauczycieli, których podstawą ma być międzynarodowe studium dotyczące kompetencji nauczycielskich. Zgodnie z  nim, kadra nauczycielska potrzebuje czterech podstawowych kompetencji. • Kompetencje akademickie • Kompetencje dydaktyczne • Kompetencje kierownicze • Kompetencje w  budowaniu relacji

Ich myślenie opiera się na starym triku podwójnych standardów. Kiedy relacje z  dziećmi i  młodzieżą są dobre, to nauczyciele, opiekunowie i  pedagodzy ogłaszają sukces, przypisując sobie całą zasługę. Ale kiedy są złe, wina spada na młodych.

Młody człowiek dowie się, że jeśli będzie trzymał się tych zasad, to na pewno wyrośnie na porządnego człowieka i  będzie miał dobre życie. W  co, oczywiście, nikt poważnie nie wierzy. Ponieważ ktoś, kto robi tylko to, co inni mu każą, ma straszne życie.

Z  psychologicznego punktu widzenia centralny cel wychowania można przedstawić następująco: młodzież, która opuszcza szkołę w  wieku osiemnastu-dwudziestu lat powinna cieszyć się równowagą psychiczną (zdrowiem psychicznym) i  mieć rozwinięte kompetencje psychospołeczne. Tylko wtedy bez problemu poradzi sobie w  życiu ze sobą i  z  innymi ludźmi.

Jednak warto sobie uświadomić i  powtarzać tę prawdę, że dzieci, które wychowano w  posłuszeństwie, niezbyt dobrze radzą sobie w  życiu, ponieważ nie nauczyły się brać odpowiedzialności za siebie. Umieją tylko wykonywać polecenia. Preferują sytuacje, kiedy ktoś inny podejmuje za nie decyzje i  dźwiga odpowiedzialność.

W  latach osiemdziesiątych psychoanalityk Daniel Stern otworzył swoimi badaniami nad niemowlętami zupełnie nowy rozdział w  pedagogice. Zapisywał na taśmie wideo interakcje między matką i  dzieckiem, dzięki czemu mógł pokazać, że niemowlęta od samego początku noszą w  sobie pewne wyobrażenie, jakiego kontaktu z  matką pragną, i  potrafią to jej zakomunikować.

zakomunikować. Później doszły do tego wspierające ten fakt odkrycia naukowe dotyczące neuronów lustrzanych. W  przeszłości dzieci uważano za obiekty, które dorosły może kształtować według swojej woli. Z  takiego podejścia brały się pytania rodziców w  stylu: „Jak mogę sprawić, żeby mój ośmiomiesięczny syn zasypiał sam?” „,Co zrobić, żeby moja dwuletnia córka jadła warzywa?” „,Jak skłonić nastolatka, żeby odrabiał pracę domową i  wracał do domu na czas?”. Ogólnie rzecz biorąc: Co można zrobić z  tymi obiektami, żeby były posłuszne?