Życie i obyczaje ludu pomorskiego w XVII i XVIII wieku - Wacław Odyniec - ebook

Życie i obyczaje ludu pomorskiego w XVII i XVIII wieku ebook

Wacław Odyniec

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 

Biblioteka Publiczna Gnuny Pruszcz Gdański 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 206

Rok wydania: 1966

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Autor, pracownik naukowy WSP w Gdańsku, zajmuje się od szeregu lat dziejami wsi pomorskiej od XVI do XVIII wieku. Opublikował szereg prac z dziejów gospodarczych Pomorza.

Praca niniejsza jest pierwszą próbą przedstawienia ogólnego obrazu kulturowego wsi pomorskiej oraz jej struktury społecznej i życia społecznego-gospodarczego. Napisana żywo, potoczyście, barwnie i plastycznie jest przeznaczona nie tylko dla specjalistów, ale także szerszego kręgu czytelników interesujących się przeszłością ziem nadmorskich.

 

W lewym rogu u góry — fragment litografii Daniela Chodowieckiego z XVIII wieku, u dołu — drzeworyt z XVI wieku przedstawiający ule słomiane, wg Bartosza Paprockiego.

 

Drzeworyt ludowy z XVII wieku, wg T. Szweryna i R. Reinfussa

 

ŻYCIE I OBYCZAJE

LUDU POMORSKIEGO

w XVII i XVIIIw.

 

WACŁAW ODYNIEC

 

ŻYCIE I OBYCZAJE

LUDU POMORSKIEGO

w XVII i XVIIIw.

 

WYDAWNICTWO MORSKIE

 

Obwolutę, okładkę, stronę tytułową projektował

ZBIGNIEW KALISZCZAK

 

Ozdobniki

STANISŁAWA ROLICZA

 

Drzeworyt na okładce przedstawia Zażegnywaczkę (XVII wiek); na stronie tytułowej Dziewka doi krowę, Kalendarz wieczny z XVII wieku.

 

W książce zamieszczono fotografie

W. Błaszkowskiego, F. Mamuszki i A. Podlewskiego

 

Redaktor

Grażyna Bral

 

Redaktor techniczny

Marian Leciej

 

Korektor

Aleksandra Mucek

 

WYDAWNICTWO MORSKIE — GDYNIA 1966

Wydanie pierwsze. Nakład 3 000 + 250 egz. Ark. wyd. 10. Ark. druk. 9,75 + wkładki ilustracyjne 1,5 ark. druk. Papier druk. mat. IV/60 g z Fabryki papieru w Kluczach. Oddano do składania 11 IX 65 r. Podpisano do druku i druk ukończono w kwietniu 1966 r. Zakłady Graficzne im. M. Kasprzaka w Poznaniu, ul. Wawrzyniaka 39

Zam. nr 1845/65-W-2 Cena zł. 15,—

OD AUTORA

Praca niniejsza jest próbą przedstawienia stosunków wewnętrznych na wsi pomorskiej w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku. Obejmuje okres od 1660 roku, kiedy po zniszczeniach wojen szwedzkich nastąpiła odbudowa i przebudowa wsi pomorskiej, do 1772 roku, gdy ziemie te zabrał w pierwszym rozbiorze król pruski Fryderyk II. Data ta nie kończyła wprawdzie epoki feudalizmu, ale wprowadzała obcą administrację, wyższe podatki, zaostrzała poddaństwo.

Teren Kaszub i Kociewia został potraktowany w pracy możliwie najszerzej. W miarę potrzeby przekraczałem tak zakreślone ramy czasowe i terytorialne, sięgając po przykłady z dziejów i terenu całych Prus Królewskich.

Zdaję sobie sprawę, że nie wyczerpałem wszystkich zagadnień. Opracowanie niniejsze oparłem o literaturę przedmiotu oraz o badania własne, wymagające dalszych poszukiwań. Przyświecała mi jednak myśl, wyrażona przez Hugona Kołłątaja przed blisko dwustu laty: „Zacznijmy bez oglądania się, kto nas po tym poprawiać będzie”.

Forma wykładu została pomyślana w ten sposób, aby była dostępna dla szerszego grona Czytelników, a nie tylko dla wąskiego kręgu specjalistów. Dla ukazania klimatu odległych czasów, sposobu rozumienia pewnych zjawisk stosowałem cytowanie fragmentów źródeł, w pierwszym rzędzie archiwalnych. Przypisy ograniczyłem do ilości niezbędnej. Nie znaczy to jednak, abym zrezygnował ze ścisłości analiz i odpowiedzialności za wypowiadane sądy.

Obchody Tysiąclecia Państwa Polskiego rozbudziły zainteresowania przeszłością, przyniosły wiele cennych, nowych opracowań, ukazujących wysiłek, codzienny trud naszych pradziadów. Niech więc i mnie wolno będzie złożyć hołd tej anonimowej rzeszy naszych przodków, którzy swoją żmudną, często niedocenianą pracą budowali dzieje tej pięknej, nadmorskiej krainy, rdzennej części Rzeczypospolitej.

Jeżeli książka ta rozbudzi ciekawość Czytelnika, jeżeli skłoni do refleksji i zadumy, jeżeli zachęci do dalszych badań — spełni swoje zadanie.

WIEŚ POMORSKA W XVII I XVIII WIEKU

 

...Jadą so bez góre

Wszędë po wsach bëłë polscie

a bogatë gburë...

J. Derdowski, O panu Czórlińscim,

co do Pucka po sece jachół

 

Wzdłuż drogi-ulicy albo wokoło nieregularnego placu rozsiadły się chłopskie zagrody tworzące wieś. Otaczało ją ogrodzenie mniej lub więcej starannie, mniej lub więcej pieczołowicie zrobione, zamykane zwykle u wylotów na kołowrót. W jego istnieniu dopatrujemy się nie tylko chęci utrudniania wkroczenia do wsi nieproszonych gości, ale także niejako symbolu izolacji wsi od innych gromad i od reszty świata. Ludność wsi tworzyła bowiem zamkniętą całość, jednak bynajmniej nie jednolitą. Zwartą na zewnątrz, ale wewnętrznie pełną sprzecznych interesów różnych grup jej mieszkańców.

Podobnie jak wieś otaczał parkan, tak i każda zagroda była obwiedziona płotem. Miał on chronić przed wtargnięciem zwierząt i drobiu na cudze podwórko, a tym samym zapobiegać częstym swarom i kłótniom sąsiedzkim. Inną funkcję pełniły sadzone między obejściami drzewa. Winny były one przeszkadzać szerzeniu się ognia w razie pożaru. „Czerwony kur” bowiem był plagą ówczesnych wsi i zbierał niezwykle bogate żniwo.

Po obu stronach zabudowań ciągnęły się pola uprawne podzielone na trzy części, zgodnie z wymogami, panującej wówczas trójpolówki. Na nich mieli swoje działki poszczególni gospodarze. Nadziały te tylko do pewnego stopnia były jednakowe i regularne, tworzyły więc skomplikowaną szachownicę. Podobnie podzielone były łąki. Wspólnie użytkowano jedynie gromadzkie pastwisko.

Zagrody chłopskie nie były jednakowe ani pod względem wielkości, ani wyglądu. O ile nie było we wsi dworku czy dworu feudała, wtedy wyróżniało się obejście sołtysa. Nie tyle może architekturą, nie odbiegającą prawdopodobnie od przeciętnej chałupy czy zabudowań gospodarczych zamożnego kmiecia, zwanego na Pomorzu gburem, ile urządzeniami przeznaczonymi do karania chłopów — kłodą i pręgierzem.

Opis pierwszego z tych narzędzi kaźni zostawił nam Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. I choć dotyczy on Litwy, to jednak w całej Polsce były one podobne.

 

Tymczasem Major belki schnące pode dworem

Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem

Półokrągłe otwory, w te otwory wtyka

Nogi więźniów i drugą belką je zamyka.

Oba drewna goździami przebite po rogach

Ścisnęły się jako psie paszczęki, na nogach.

 

Możemy tylko uzupełnić przytoczony tutaj obraz tym, że było to urządzenie stałe, a wycięcia robiono nie tylko na nogi, ale na ręce i głowę. Pręgierz wyglądał inaczej, był to słup z łańcuchami, służącymi do krępowania przestępcy, do którego przymocowany na stojąco przestępca miał być pośmiewiskiem dla gapiów i ostrzeżeniem dla ewentualnych naśladowców.

W dobrach klasztoru oliwskiego przed domem sołtysa miał być „kompas albo słoneczny zegar” dla regulowania czasu wyjścia na pańszczyznę. Zawodny był to wprawdzie sposób mierzenia czasu, zgoła nieprzydatny w czasie pochmurnego lub słotnego dnia, ale miał on przypominać o podstawowym obowiązku chłopów w stosunku do dworu.

Gburzy wraz z sołtysem stanowili grupę tzw. „sąsiadów”, czyli chłopów, którzy mieli prawo być wybierani do takich organów samorządu wsi, jak ława, czyli sąd, i do rady. Członków rady i ławy nazywano przysiężnymi lub starszymi wsi. Sołtys, przysiężni i radzcy składali panu wsi przysięgę wierności. Byli to gospodarze najzamożniejsi, mieli największe nadziały ziemi i posiadali najwięcej inwentarza żywego. Mogli też mieć, wprawdzie za zezwoleniem dworu, zagrodników, czyli chłopów małorolnych, pracujących na ich gospodarstwach, lub odrabiających za nich robocizny na pańskim folwarku. U gburów także spotykamy komorników, chłopów bezrolnych, siedzących kątem w kmiecych chałupach. Tych mieszkańców wsi, którzy nie byli zależni od gburów, źródła nazywają najczęściej mieszkańcami, byli to wymienieni już chłopi małorolni i bezrolni. Pierwszych z nich nazywano ogrodnikami, bo nadziały ziemi mieli niewielkie i często nie można było na nich utrzymać sprzężaju, dowodu zamożności i samodzielności gospodarczej.

 

 

Gburzy więc nadawali ton wsi pomorskiej. Dodajmy nawiasem, że jej cechą charakterystyczną, różniącą od pozostałych ziem polskich, była właśnie stosunkowo duża ilość zamożnych chłopów. Gospodarstwa były duże, wynosiły od1 łana (16,8 ha) do 3 (50,4 ha) i więcej. Ta duża stosunkowo zamożność, oparta zresztą nie tylko na posiadaniu ziemi, ale także na możliwości wymiany towarowej z miastami sprawiała, że chłop pomorski znajdował się w lepszej sytuacji społecznej i ekonomicznej niż w reszcie ziem polskich.

Na przestrzeni XVII i XVIII wieku na Pomorzu zwiększa się stale ilość chłopów nie odrabiających pańszczyzny tygodniowej, a w zamian płacących tylko pewną określoną kwotę pieniężną. Jedynie w okresie żniw i sianokosów musieli oni pracować na folwarku kilkanaście dni z końmi lub ręcznie, oraz musieli uiszczać inne, drobne świadczenia. Stosunek chłopów czynszowych do pana i ich określone zobowiązania regulował kontrakt, czyli umowa między panem a użytkownikiem pańskiej ziemi. Nie trzeba chyba dodawać, że im taka umowa była zawarta na dłuższy przeciąg czasu, tym była korzystniejsza dla chłopa. Regularne wywiązywanie się z powinności mogło być gwarancją przedłużenia kontraktu na następne lata. Świadomość tego faktu, większa niż chłopów pańszczyźnianych swoboda podejmowania decyzji gospodarczych, była bardzo korzystna nie tylko dla samego gospodarza, ale i dla całej prowincji. Przed 1772 rokiem w dobrach królewskich nie tylko całe wsie były oczynszowane, ale także w obrębie osiedli, określanych jako pańszczyźniane, spotykamy chłopów czynszowych. To oczynszowanie, nazywane rozproszonym,było zjawiskiem coraz częstszym w Wielkopolsce, na Kujawach, a przede wszystkim w Prusach Królewskich.

Chłopi pańszczyźniani, szarwarkowi, jak ich zwały źródła, to tacy, którzy bezterminowo użytkowali ziemię, zależnie od woli. pana, uwarunkowanej względami gospodarczymi. Pracowali oni na pańskim najczęściej przy pomocy sprzężaju i narzędzi dworskich danych im w użytkowanie. Tę formę pomocy dworu nazywano „załogą” lub „osadem”; bez niej system pańszczyźniany nie dał się już utrzymać. Zjawisko to było wynikiem upartej, cichej, często niedostrzegalnej walki klasowej chłopów. Otrzymanie załogi nie oznaczało wcale, że chłop nie posiadał własnego inwentarza pociągowego albo własnych narzędzi pracy. W razie śmierci gospodarza osad zostawał na gospodarce, resztę dzielono między spadkobierców. Ta reszta równała się nieraz właśnie całej załodze, a nawet ją przewyższała.

Pomoc dworu dla chłopów pańszczyźnianych szła nawet tak daleko, że zabezpieczał on im czeladź, czyli siłę najemną. Wzmiankę o takim postępowaniu spotykamy w inwentarzu starostwa puckiego z 1678 roku. W dziewięćdziesiąt lat później starosta wycofał się z tego obowiązku) pisząc w wilkierzu z 1767 roku:

 

Odtąd zaś kapuję praktykowany zwyczaj, że zwierzchność zamkowa czeladzi gospodarzom nadawała; niech wiadomo wszystkim będzie, że od tego czasu każdy gospodarz o swoją czeladź sam starać się będzie powinien, a bez wątpienia, byle każdy sprawiedliwe wyżywienie i obeście czeladzi swojej opatrzywał, mieć ją będzie.1

 

W odróżnieniu od autora wilkierza, wojewody pomorskiego Ignacego Przebendowskiego, nie podzielamy jego optymizmu w tym zakresie, ponieważ paradoksem czasów, w których chłop był przywiązany do ziemi i nie mógł jej opuścić legalnie bez zezwolenia pana, był chroniczny brak rąk do pracy, szczególnie w okresie żniw. Braki siły roboczej zaspokajali najczęściej robotnicy sezonowi, przybywający na teren Pomorza, a szczególnie Żuław, z przeludnionego Mazowsza i innych sąsiednich ziem.

Cieszyła się wieś pomorska znacznymi swobodami, miała własny samorząd, własny sąd, orzekający kary za drobne przewinienia, ale była krępowana przez feudałów przy pomocy ustaw wiejskich, zwanych wilkierzami. Artykuły tych ustaw normowały postępowanie ludności wiejskiej. Za przekroczenie ich groziły kary na rzecz pana i na rzecz wsi. Odpowiedzialny za porządek we wsi był sołtys wraz z radzkimi i przysiężnymi. Jego obowiązki tak wyraża artykuł wilkierza starostwa gniewskiego z 1676 roku:

...ma szołtys mieć baczenie na wszystko, aby we wsi porządek był...

oraz starostwa łąkorskiego z 1692 roku:

Każdy we wsi swojej szołtys, przysiężny i radzcy, wszelki dozór mieć powinni na gburów, aby gburstwa ich nie upadały, to jest w budynkach, zasiewach łąk, aby nie pozwalali nikomu przedawać...

Mieszkańcy zaś wsi mieli pamiętać takie zalecenie i nakaz:

Przy każdej zaś gromadzie powinna być wszelka skromność, cichość, zgoda, posłuszeństwo i uszanowanie frejszulca (wolnego sołtysa) z radzkimi, pod winą 5 grzywien dworowi, a wsi 2.

To zalecenie Tomasza Działyńskiego, kraj czego koronnego z 1692 roku, wkrótce podskarbiego pruskiego i wojewody chełmińskiego, było aprobowane przez wszystkich innych feudałów.

Wilkierz więc normował życie chłopów, ale najszczegółowsze nawet ustawy pańskie nie mogły ująć wszystkich jego przejawów, nie mogły wpłynąć na przemiany, na stałą walkę chłopów o coraz większe swobody, o likwidację wyzysku feudałów. Wyzysk ten był różnorodny i mniej lub więcej brutalny, różne też były formy oporu. Życie wsi było pracowite, ale pełne spięć, nie pozbawione smutków i radości. Było na pewno trudne, ciekawe i godne poznania.

 

GROMADA

Ktokolwiek się we wsi naszej chce społecznie zostać i mieszkać, ten się ma cnotliwie, poczciwie i skromnie zachowywać i od wszelkiego złego strzec...

Wilkierz wsi Gruczno z 1763 roku

 

Mieszkańcy jednej wsi występowali na zewnątrz solidarnie. Zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, znana z kontraktów osadników olenderskich, obowiązywała także i we wsiach pozostałych. Na wytworzeniu się więzi społecznej w obrębie jednej wsi lub jednego osiedla złożyło się wiele przyczyn. Najważniejszą bodaj była wspólna praca, wspólna walka z przyrodą, następnie wspólna obrona przed pańskim wyzyskiem.

Dużą rolę zapewne odgrywał fakt posiadania wspólnego przywileju, a następnie wspólnej ustawy wiejskiej regulującej wewnętrzne życie na wsi. Wspomnieliśmy wyżej, że całą gromadą obchodzono przynajmniej raz do roku granice wsi. W przepisie tym nie tylko chodziło o zapamiętanie położenia kopców czy innych znaków, ale także zademonstrowanie niejako własnej wspólnoty. Ogólne zebrania mieszkańców, na których sołtys odczytywał postanowienia wilkierza, odbywały się przeważnie cztery razy do roku i też pobudzały poczucie jedności. Jednoczesne rozpoczynanie prac w polu, uzgodnione i ustalone przez najdoświadczeńszych gospodarzy, przyczyniało się także do wytworzenia więzi. Likwidowanie wspólnymi siłami skutków klęsk elementarnych albo wykonywanie prac zmierzających do zapobiegania powodziom — to wszystko jednoczyło, łączyło mieszkańców w jedną całość.

W każdej wsi istniała swoista hierarchia. Szacunek do sołtysa i przysiężnych był wdrażany wszystkim przy pomocy kar, czasami nawet ustanowionych przez samą gromadę, bez wiedzy władzy zwierzchniej. Dwór wyraźnie zakazywał załatwiania sporów w łonie wsi przez samych chłopów z pominięciem jego organów sądowniczych, ale dzięki temu, że takie zakazy były wydawane, wiemy, że postępowano właśnie inaczej.

Równocześnie jednak należy pamiętać, że wieś nie była wewnętrznie monolitem. „Sąsiadami” nazywają wilkierze chłopów samodzielnych gospodarczo, chłopów sprzężajnych, mających włoki. Ogrodnicy, siedzący na ogrodach kmiecych, chałupnicy, komornicy nie liczyli się zupełnie i nie mieli żadnego głosu na zebraniach gromadzkich. Byli potrzebni, byli wykorzystywani jako siła najemna, ale dzieliła ich od gburów pozycja majątkowa i rzecz dla nas mało uchwytna, ale jakże realna — pozycja społeczna.

Do „arystokracji” wiejskiej należeli młynarze, karczmarze, czasami kowale, ale tylko wtedy, kiedy mieli nadziały ziemi i to sięgające czasów lokacji. Problem bowiem zasiedzenia wie wsi odgrywał także bardzo dużą rolę. „Wstępień”, człowiek przyżeniony do gospodarstwa, mógł być tolerowany, ale był obcy. Każdego przybysza nieurodzonego w danej wsi otaczała mgiełka nieufności, czasami tak gęsta, że utrudniała, a nawet w jaskrawych przypadkach uniemożliwiała życie w gromadzie.

Nie obce były wsi pomorskiej wspólne instytucje i wspólne urządzenia, na które składała się cała wieś „proporcjonalnie”, czyli według stanu posiadania. Od tych wspólnych, gromadzkich instytucji zacznijmy opis gromady, jako zorganizowanej zbiorowości.

Z wilkierzy dwu starostw, leżących na przeciwległych krańcach województwa pomorskiego, tucholskiego i puckiego, znamy instytucję gromadzkiego spichlerza. W starostwie tucholskim co najmniej od 1643 roku zakładano we wsiach wspólny spichlerz, w którym gromadzono jesienią zboże na potrzeby całej wsi. Zapas zboża powstawał w ten sposób, że gospodarze składali się zsypując jesienią po korcu żyta i owsa z włóki. Robiono to nie każdego roku, ale dopiero gdy wyczerpał się zapas. Potrzebującym pożyczano zboże mierząc korzec równo z brzegami, korzec był bowiem miarą nasypną, odbierano zaś mierząc miarą wierzchowatą. W ten sposób zapas się powiększał. Pożyczanie było obwarowane zastrzeżeniem, aby dawać zboże takiemu gospodarzowi, który będzie mógł je oddać. Była to więc instytucja wspomagająca zamożnych chłopów. Przepis o spichlerzu w starostwie tucholskim w dosłownym brzmieniu powtarza wilkierz Ignacego Przebendowskiego dla starostw mirachowskiego i puckiego z 1767 roku. Znamy też i z innych terenów Polski takie urządzenia. Wspomina o nich np. Hugo Kołłątaj.

Potrzebę utrzymania spichlerza uzasadniono bardzo ciekawie:

 

... dla różnych przyszłych potrzeb, upadku na sąsiada, Przechodów żołnierskich etc...

 

Budowa spichlerza, na który dwór dawał drewno, leżała jednak nie tylko w interesie mieszkańców wsi, ale także dworu. W razie bowiem niemożliwości zapłacenia przez gromadę danin na rzecz pana, ten sięgał po nagromadzone zapasy.

Sołtys winien był prowadzić z przysiężnymi dokładne zapisy rozchodu i przychodu zboża. Na zebraniach gromadzkich przedstawiał zgromadzonym mieszkańcom swoje zapiski. Klucze do spichlerza znajdowały się u sołtysa jeden, u przysiężnego drugi, trzeci ewentualnie u przedstawicieli ogółu mieszkańców.

Podobną instytucją była wspomniana „skrzynka wieska”. Był to w rozumieniu dziesiejszym skarbiec wsi. Przechowywano w niej przywilej, niekiedy księgę sądową oraz wszystkie zapiski i rachunki. Gospodarze winni byli około św. Marcina (11 XI) składać na potrzeby wsi po 3 gr odwłóki. Następnie zasoby jej powiększały się z grzywien i kar za różne przewinienia. Pieniądze, podobnie jak zboże, miały służyć na potrzeby gromady i podobnie mogły być zabrane przez pana, o ile chłopi nie wywiązywali się ze swych powinności.

Pojęcie „potrzeby wsi” wymaga jednak wyjaśnienia. Wypadki nagłe, klęski elementarne, zostaną omówione później. Obecnie zajmiemy się wydatkami na prowadzenie procesów z panem. Procesy te były długotrwałe i kosztowne. Wystarczy powiedzieć, że wszczęcie procesu ze starostą wymagało jazdy do Warszawy albo tam, gdzie przebywał król, ponieważ sąd zadworny wędrował wraz z monarchą. (Stąd nazwa: zadworny — idący za dworem). O ile wydanie wyroku wymagało zesłania na miejsce komisarzy królewskich, a najczęściej tak postępowano, to gromada musiała takiego urzędnika lub urzędników utrzymywać, a był to wydatek niebagatelny. Dla przykładu przytoczę wydatki związane z przybyciem do wsi Bęgartu w województwie malborskim w 1771 roku komisarza, oraz ceny wiktuałów i trunków zakupionych dla niego.

 

Na pierwszej komisji 1771 r. z Elbląga sprowadzona beczka piwa marcowego flor 15, z Nowego Dworu pół beczki piwa — flor 5, 2 flaszy (wódki francuskiej, 2 flaszy dubeltowej wódki — flor 8, achtel prostej wódki dla służących — flor 10, 12 cytryn a 6 gr — flor 2 gr 12, 20 funtów cukru funt po gr 27 — flor 18, 8 funtów kawy, funt po 27 gr — flor 7 gr 6, sześć flasz wina z Kiszporka — flor 6, pół achtalik wina flor 18, mięso flor 6, chleb flor 12, masło flor 18, jajec 6 mendel po 6 gr — flor 1 gr 6, korzenie, rozynki, ryż i śliwki — flor 8 (Razem flor 134 gr 24).2

 

Jeżeli przeliczymy te wydatki na zboże, to okaże się, że utrzymanie komisarza ze służbą stanowiło równowartość przeszło 1 tony żyta, wedle cen gdańskich z drugiego kwartału tegoż roku. Wysłanie z tejże wsi jednego człowieka do Warszawy po różne informacje związane z procesem kosztowało 100 zł, czyli około 800 kg pszenicy. Komisji królewskich w tej wsi było zresztą dwie, druga kosztowała nieco mniej.

Na prowadzenie procesów zapasy ze skrzyni wiejskiej i gromadzkiego spichlerza nie wystarczały. Ogólnie przyjętą praktyką było więc zaciąganie pożyczek. Wspomniana wieś zadłużyła się na 50 tysięcy zł i płaciła rocznie 3 tysiące odsetek.

Drobniejsze wydatki, pokrywane przez całą wieś, to odsyłanie zebranych podatków w wyznaczone miejsce przez najętego człowieka, odwożenie czynszów do siedziby starosty lub administratora dóbr, także pokrywanie różnic kursów pieniądza. Ten ostatni wypadek należy zilustrować przykładem. Wspomniana wieś Bągart skarżyła się w 1772 roku, że musiała czynsze płacić w złocie. Dwór liczył 1 zł w złocie po 8 zł 18,5 gr, a chłopi kupowali go po 9 zł 9 gr. Różnica z tego tytułu wynosiła 34 zł 8 gr. Nie była to wielka kwota, ale trzeba ją było zapłacić. Takich i podobnych wypadków było znacznie więcej, nic więc dziwnego, że instytucje kasy wiejskiej i gromadzkiego spichlerza były potrzebne i celowe.

Groźba pożaru wisiała zawsze nad drewniano-słomianą wsią pomorską. Rewizje, kominów, nakazy posiadania przy chałupach drabin i wiader, zakazy trzymania łatwopalnych materiałów przy kominach i budowanie pieców do suszenia lnu i konopi poza obrębem wsi nie zapobiegało licznym pożarom. Zaprószenie ognia i „ogień piorunowy” robiły rok rocznie znaczne spustoszenie. Nie wspominam o wojnach, które znaczyły pióropuszami płomieni i dymu przejścia swoich i obcych armii. Po bitwach zostawały nie tylko zbiorowe mogiły, ale także zgliszcza miast, wsi, osad, i pojedynczych chat. W czas wojny nie było często sposobności i możliwości bronić dobytku, nie dopuszczał do tego rozwścieczony żołdak albo jego niejednokrotnie równie zdziczały i okrutny dowódca.

Na urządzenie przeciwpożarowe, utrzymywane przez całą wieś, składały się: ruchome zbiorniki wody, bosaki, wiadra i drabiny. Najpełniejsze dane o tym sprzęcie mamy w wilkierzu starostwa puckiego ż 1767 roku. Na podwórzu sołectwa albo na placu w środku wsi miały znajdować się dwie kadzie, po trzy beczki każda, napełnione wodą i ustawione na saniach, cztery wiadra i tyleż bosaków żelaznych, a także dwie długie drabiny. Nad jakością tego sprzętu czuwał sołtys z przysiężnymi, w razie niedopatrzenia jakości sprzętu winni oni byli płacić 15 zł kary, czyli równowartość przeszło 2 q pszenicy.

Nie we wszystkich starostwach wymienione przedmioty winny były się znajdować. Spotykamy najczęściej zalecenie posiadania przez wieś bosaków do rozrywania poszycia dachów i ścian płonących zabudowań. W XVII wieku w starostwie tucholskim wilkierz zalecał wspólne kopanie studni i staranne jej ogrodzenie.

Na widok ognia lub słysząc dzwon kościelny bijący na trwogę —

...powinni wszyscy na ratunek przybywać, bosakami ogień rozrywać, wodę nosić i ogień zalewać, rzeczy z domu wynosić i onych sobie nie przywłaszczać, pod winą... —

czytamy w wilkierzu starostwa łąkorskiego z 1692 roku.

Spalenie się zagrody lub jakiegoś budynku było nieszczęściem, którego skutki starano się likwidować wspólnymi siłami. Dotyczyło to w pierwszym rzędzie zwózki budulca. Gromada była zobowiązana w miarę możliwości pomóc pogorzelcowi lub pogorzelcom. Trudno określić, czy pomoc ta szła tak daleko, że pomagano także przy wyrębie drewna budulcowego, czy tylko przy jego transporcie. Prawdopodobnie zależało to od stopnia spoistości gromady, od stosunków panujących między „sąsiadami”.

Warto może dodać, że gromada było obowiązana gasić wspólnymi siłami ogień w lasach. Było to zarządzenie wydane w interesie dworu, ponieważ chłopi korzystali z bogactw leśnych tylko w ograniczonym zakresie i tylko za zezwoleniem administracji dworskiej.

Inaczej niż przeciw pożarom należało zabezpieczać się przed powodziami. Naturalnie nie wszystkie wsie były zagrożone przez ten żywioł. Tam gdzie istniało niebezpieczeństwo wylewów wód, do obowiązków gromady należało kopanie i konserwacja rowów odwadniających oraz utrzymywanie w porządku wałów przeciwpowodziowych.

Naprawa dróg i mostów także należała do obowiązków gromady. Drewno na reperację dawał dwór, ale chłopi zapewniali robociznę. Na Pomorzu drogi nie były w rozpaczliwym stanie, ale na pozostałych ziemiach polskich różnie bywało. Stare porzekadło, że polski most, niemiecki post za jedno stoją, bynajmniej nie było pochwałą. Robót drogowych dopilnowywał sołtys z przysiężnymi, kary za niedozór spadały na nich, ale ewentualne straty poniesione przez podróżnych na skutek złego stanu dróg i mostów winna była wyrównać gromada. Najwięcej kłopotów przysparzały naturalnie wiosenne roztopy i powodzie. W wilkierzach spotykamy zalecenie, aby drogi były szerokie na 1 i 2 pręty, czyli od około 4,5 do 9 metrów.

Gromada była także pracodawcą, przede wszystkim zatrudniała wszelkiego rodzaju pasterzy. Niedostatek pastwisk, duża ich odległość od wsi, wykorzystywanie lasów jako miejsc wypasu, głównie świń, ochrona stad przed dzikimi zwierzętami, wszystko to zmuszało gromadę do korzystania z siły najemnej.

Na głos trąby pastuszej, nazywanej na Kaszubach bazuną wyganiali gospodarze bydło i nierogaciznę na miejsce zbiórki, skąd zabierali je pasterze, i od tego momentu oni byli odpowiedzialni za powierzony im dobytek. Na wynagrodzenie składali się wszyscy mieszkańcy wsi proporcjonalnie, czyli w zależności od ilości posiadanego inwentarza, jedzenie zaś winni byli dawać im kolejno wszyscy gospodarze.

Wspólnie wypasano bydło, nierogaciznę, owce i gęsi. Koni jednak, wyganianych na nocne pastwisko, nie powierzano czeladzi, a sami gospodarze lub ich synowie czuwali nad nimi. Wilkierze zwracały uwagę, aby wracając do wsi nie pokaleczyć zwierząt. Prawdopodobnie urządzano sobie wtedy wyścigi na oklep. Zamiłowanie bowiem do szybkiego powrotu czy to z pastwiska, czy z kościoła miało znaczenie nie tylko prestiżowe, ale często wróżebne.

Z zaleceń wilkierzy wiemy, że należało podskubywać gęsi, aby utrudniać im latanie i wpadanie w szkodę. Gęsi zresztą musiały robić dużo szkód, skoro znamy procesy i wyroki zakazujące utrzymywania przez zimę więcej niż trzy stare sztuki oraz obowiązek paszenia ich w zwartym stadzie.

Owczarze stanowili specjalną grupę pasterzy, byli także wynajmowani przez wieś, ale zawierali umowy na wypas owiec z poszczególnymi chłopami. Zdarzało się często, że opiekowali się razem stadem dworskim, kmiecym i własnym. Rządzili się własnymi prawami, zwalczanymi zresztą przez dwór, mieli swoje tajemnice zawodowe, przekazywane synom przez ojców. Najczęściej byli osobiście wolnymi ludźmi. Znaczenie ich we wsi polegało nie tylko na umiejętnościach zawodowych, takich jak wyrób serów lub leczenie chorób poruczonych ich opiece zwierząt, ale także i na tym, że przypisywano im często znajomość czarów i rzucania uroków oraz leczenia różnych dolegliwości ludzkich. Dlatego popadali nieraz w konflikt z gromadą, ale też bano się ich i potrzebowano.

Najmowanie pasterzy miało także i inne uzasadnienie. W omawianym okresie dzikie zwierzęta, wilki, a nawet niedźwiedzie, czyniły duże spustoszenie w stadach. Czyhamy często w inwentarzach dworskich, że wilki „zabiły” owce i krowy. W 1685 roku na folwarku w Bielawkach, w dobrach klasztoru pelplińskiego, zadusiły 30 owiec, w folwarku Nowa Wieś w starostwie kościerskim „w 1683 r. wilcy zjedli 1 krowę, anno 1684 2 także wilcy zjedli”. Podobne wypadki spotykamy w folwarkach klasztoru żarnowieckiego w XVIII wieku. Walkę z wilkami utrudniało i to, że chłopom nie wolno było posiadać broni. Przepis ten jednak prawdopodobnie nie wszędzie był przestrzegany, czytamy bowiem w kronice klasztoru pelplińskiego, że pastuch bydła pod Junkrowami w 1685 roku dwoma strzałami zabił niedźwiedzia i za jego skórę dostał nagrodę, prawdopodobnie 3 zł, nic zaś nie słyszymy o ukaraniu go.

Osadnikom olenderskim już w końcu XVI wieku zezwalano na tępienie dzikiej zwierzyny przy pomocy broni palnej. Chłopi innych wsi w zasadzie tego prawa nie mieli. Mogli bronić się przed plagą wilków kopaniem tzw. wilczych dołów i to z zastrzeżeniem, aby w ten sposób nie uczynić szkód sąsiadom.

Osobnym zagadnieniem było utrzymywanie przez wieś własnego predykanta i nauczyciela. Wsie protestanckie w XVII i XVIII wieku często były zmuszane przez dwór do uiszczania opłat na rzecz proboszcza katolickiego, kaznodzieję więc musiały same opłacać. Stosunki takie panowały w dobrach królewskich, w dobrach duchownych tylko wyjątkowo tolerowano luteran lub menonitów. Nas jednak interesuje inny wypadek ze wszech miar ciekawy i godny odnotowania. Ignacy Przebendowski, wojewoda pomorski, starosta mirachowski i pucki w swoim wilkierzu z 1767 roku nakazał utrzymywać we wsi nauczyciela, niezależnego od plebana. Odnośny paragraf wart jest przytoczenia w całości:

 

Chcąc dawny a chwalebny zwyczaj w silu miejscach zaniedbany do skutku swego przyprowadzić, postanawiam, aby każda wieś majętniejsza wspólnie swoim sumptem szkolnego trzymała w ten sposób, aby na roczne solarium (wynagrodzenie) tegoż szkolnego każdy gospodarz pieniędzmi proporcionate dokładał się, a jeść żeby mu wszyscy kolejno dawali. Powinność jego będzie dzieci wieskie uczyć czytać, pisać, rachować, a nade wszystko katechizmu i co do wiary świętej należy; gdzie zaś mniejsza wieś lub mniej dobrze mający się ludzie, tam dwie pobliższe wsie sposobem wyżej wyrażonym jednego szkolnego utrzymywać będą. A zwierzchność zamkowa, tudzież szołtysi i przysiężni na to mieć mają oko.

 

Tenże Przebendowski ufundował wraz z matką stypendium dla dwojga dzieci chłopskich w szkole w Wejherowie. Przytoczony tutaj przepis miał więc na celu podniesienie stanu oświaty na wsi. Nawet w wilkierzu (z 1756 r.) dla wsi szlacheckich powiatu lubawskiego, należących do dóbr biskupstwa chełmińskiego, mówi się tylko o nauczaniu czytania, pacierzy i pobożnych pieśni. Zalecenia o nauczaniu katechizmu spotykamy zresztą w każdej ustawie wiejskiej, postępem jest zalecenie uczenia trudnej sztuki czytania i pisania oraz rachunków. Dodać warto, że pisać i liczyć musiał umieć sołtys, aby prowadzić księgę sądową i rejestry wydatków.

Mieszkańcy wsi winni byli pomagać sołtysowi i przysiężnym przy karaniu przestępców. Chodziło w tym wypadku przede wszystkim o pomoc przy ujęciu osoby, która dopuściła się czynu wymagającego ukarania, zamknięcia go w wieży lub tarasie, a następnie doprowadzenie przed oblicze sądu.