Zwierzenia Arsène’a Lupina - Maurice Leblanc - ebook
Opis

Zbiór opowiadań połączony postacią głównego bohatera. Opowiadania, ułożone chronologicznie, przybliżają czytelnikowi postać głównego bohatera. Są swoistą kroniką jego życia, studium złożonego charakteru i wyjaśnieniem przyczyn zachowania ulubionego włamywacza Francji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 203

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maurice Leblanc
Zwierzenia Arsène’a Lupina
Tłumaczenie: Kazimierz Rychłowski
Warszawa 2016
Sygnały słoneczne

– Lupin, opowiedz mi coś o sobie!

– I cóż ci mogę opowiedzieć? Historię mego życia znają już wszyscy – odparł Lupin, który drzemał, leżąc na otomanie w moim gabinecie.

– Nieprawda, nikt jej nie zna! – zaprotestowałem. – Ludzie dowiadują się czasem z listów twoich, publikowanych w dziennikach, że byłeś wmieszany w taką a taką aferę, że jakaś tajemnicza historia dzięki twej interwencji została wyświetlona. Ale jaką ty w tym wszystkim grałeś rolę, jakie było tło całej sprawy i jej rozwiązanie, tego nikt nie wie.

– Och, wszystko to głupstwa, nie przedstawiające żadnego zainteresowania.

– Żadnego zainteresowania, powiadasz? A ten twój prezent czterdziestu tysięcy franków dla żony Mikołaja Dugrivala? A odkrycie tej zawiłej tajemnicy owych trzech obrazów?...

– Rzeczywiście oryginalna tajemnica – odrzekł Lupin. – Mógłbyś zatytułować tę historię: Znak cienia.

– A twoje intrygi miłosne i zdobycze na tym polu?... A tajemnica tych wszystkich dobrych uczynków? Wszystkie te historie, o których mi nieraz dyskretnie wspominałeś, dając im interesujące tytuły: Obrączka ślubna, Śmierć czyha... itp. Tyle ciekawych, a nieznanych zupełnie rzeczy!... No, dalej, śmiało!

Było to w tym czasie, gdy Lupin, już głośny i znany, ograniczał się jeszcze do drobniejszych „kawałów” i skromnych stosunkowo zysków, popełniając tak po prostu z dnia na dzień dobre i złe uczynki, po części z dyletantyzmu, po części zaś już z nawyku, znajdując w tym pewnego rodzaju przyjemność i zadowolenie.

Widząc, że milczy uparcie, próbowałem jeszcze raz go namówić:

– No, Lupin, proszę cię bardzo!

Ku memu zdumieniu odezwał się niespodzianie:

– Mój drogi, weź ołówek i kawałek papieru.

Posłuchałem go ochotnie, przekonany, że zacznie mi dyktować swe wspomnienia, które umiał tak barwnie i żywo opowiadać, a które, niestety, tyle tracą na wartości, gdy je następnie spisuję, obciążając je balastem obszernych, nudnych objaśnień i uzupełnień.

– Gotowy jesteś? – spytał.

– Tak.

– Pisz zatem: 27–1–23–6–16.

– Co? Jak to?

– Pisz, powtarzam.

Siedział na otomanie z oczyma zwróconymi ku otwartemu oknu, skręcając papierosa.

Dyktował mi dalej:

– 17–11.

I znów po chwili:

– 27–3–26–23–17–11–18.

Czyżby dostał bzika? Przyjrzałem mu się uważnie i zauważyłem, że spojrzenie jego, dotychczas zupełnie obojętne, zmieniło się nagle. Oczy ożywiły mu się, zdawały obserwować uważnie gdzieś w oddali, coś niesłychanie interesującego.

Dyktował mi dalej, z krótkimi przerwami po każdej liczbie:

– 21–26–27–26–13–18–25–1–4.

Przez okno widać było tylko szmat jasnego nieba i fasadę starego domu po przeciwległej stronie ulicy. Okiennice były tam pozamykane, jak zwykle; wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak co dnia, od całych lat...

– 24–17–11–12–1–4.

I nagle zrozumiałem... a przynajmniej zdawało mi się, że rozumiem. Bo i jakże to przypuszczać, aby Lupin, człowiek tak rozsądny, chciał tracić czas na podobne dzieciństwa? A jednak – tak – nie było wątpliwości: to co Lupin liczył, były to przelotne, przerywane refleksy słonecznego światła, odbijające się na fasadzie owego starego domu, na wysokości drugiego piętra!

– 1–23–23 – dyktował mi Lupin.

Światełko zgasło, po chwileczce znów raz zabłysło – i znów zniknęło.

Instynktownie obserwowałem je i rzekłem głośno:

– Aha, zrozumiałeś i ty nareszcie? – uśmiechnął się drwiąco Lupin. Podszedł ku oknu i wychylił się, jakby chciał zdać sobie dokładnie sprawę, z którego punktu owe refleksy świetlne wychodziły. Potem wrócił na otomanę i kładąc się na niej wygodnie, odezwał się:

– No, teraz na ciebie kolej. Licz dalej.

Usłuchałem bez wahania, czując, że Lupin musi to robić nie bez powodu. Zresztą wyznam szczerze, że zainteresowały mnie te pojawiające się w regularnych odstępach czasu i znów znikające refleksy słoneczne, niby tajemnicze sygnały jakiejś latarni morskiej.

Musiały one wychodzić z któregoś domu po tej samej stronie ulicy, gdzie ja mieszkałem, gdyż słońce wówczas padało ukośnie do okien mego mieszkania. Wyglądało to tak, jakby ktoś z pomocą małego lusterka rzucał umyślnie odbicie słońca na ścianę starego domu naprzeciwko.

– Jakiś dzieciak bawi się lusterkiem – zauważyłem po chwili, nieco poirytowany, że na takie głupstwa czas tracę.

– Nic nie szkodzi... Notuj dalej!

Notowałem więc... liczyłem te przelotne odbłyski słońca, zjawiające się z prawdziwie matematyczną regularnością.

– No i co dalej? – spytał Lupin po paru minutach zupełnej ciszy.

– Zdaje mi się, że to już koniec... Już od kilku minut nie widać nic więcej.

Czekaliśmy jeszcze chwilę, ale na próżno. Próbowałem zażartować:

– Coś mi się zdaje, że straciliśmy czas na próżno. Te kilkanaście cyfr na papierze, to chyba niezbyt obfita zdobycz!

Lupin, nie ruszając się z otomany, odezwał się:

– Mój drogi, bądź tak dobry i spróbuj te wszystkie liczby zastąpić odpowiednimi literami alfabetu, licząc po porządku: A – 1, B – 2, C – 3 itd.

– Przecież to głupie!

– Zupełnie głupie, przyznaję. Ale człowiek robi tyle rozmaitych głupich rzeczy w życiu... Jedna mniej, jedna więcej...

Zabrałem się więc do tej głupiej roboty i począłem wynotowywać odpowiednie litery: Z – A – T – E – M... Przerwałem szczerze zdziwiony:

– Uważasz: powstało całe słowo!

– Idźmy zatem dalej – odparł spokojnie. – Wziąłem się więc dalej do roboty i kolejno odcyfrowywałem całe słowa, jedno po drugim. Ku memu zdziwieniu utworzyło się w ten sposób całe zdanie.

– Gotowe już? – zagadnął mnie Lupin po chwili.

– Gotowe... Choć jest tam parę błędów.

– Nie zwracaj na to uwagi, to drobnostka... Może mi przeczytasz?

Odczytałem mu tedy całe to niedokończone zdanie, które tu powtarzam dokładnie w tej formie, w jakiej je odtworzyłem:

Zatem ni trzeba zbytnio ryzykować, unikać attaku, bezpłodej walka, bo...

Roześmiałem się głośno:

– A co? Prawdziwie sensacyjne rewelacje, nieprawdaż? Przyznasz chyba sam, kochany, że te światłe i głębokie wskazówki i rady niewiele nas mogą pouczyć!

Lupin milczał; zerwał się z otomany i ujął w ręce ową kartkę papieru.

Pamiętam, że w tej chwili przypadkowo rzuciłem okiem na zegar – była godzina 5:18.

Lupin stał, trzymając papier w ręku, na twarzy jego malowało się tysiące sprzecznych uczuć. Ale po dwóch głębokich bruzdach na czole poznałem niechybnie, że pracuje całym wysiłkiem myśli i inteligencji. Upłynęła długa chwila w kompletnej ciszy. Wreszcie Lupin położył na stole ów papier...

– Dzieciństwo! – szepnął lekceważąco.

Wybiło właśnie wpół do szóstej.

– Jak to? Znalazłeś już rozwiązanie – krzyknąłem zdziwiony. – W ciągu dwunastu minut?

Przeszedł się parę razy po pokoju, zapalił papierosa.

– Mój kochany – zwrócił się do mnie, bądź tak dobry połączyć się telefonicznie z baronem Repsteinem i uprzedzić go, że zjawię się u niego dziś o dziesiątej wieczór.

– Barona Repsteina? – powtórzyłem niedowierzająco. – Męża owej słynnej baronowej?

– Tak jest.

– I to na serio mówisz?

– Zupełnie na serio.

Nie wiedziałem, co myśleć o tym. Mimo wszystko jednak wyszukałem w spisie abonentów potrzebny numer telefonu i ująłem słuchawkę. Ale Lupin chwycił mnie za ramię:

– Nie, daj lepiej spokój!... Lepiej go nie uprzedzać... Jest tu coś ciekawszego i dziwnego... co mnie intryguje... Czemu to zdanie jest niedokończone... Czemu niedokończone do licha?...

Stał z oczyma utkwionymi w ową kartkę papieru. Nagle chwycił kapelusz i laskę:

– Chodźmy! Zdaje mi się, że potrzebna tu jest natychmiastowa interwencja i rozwiązanie... A mam przekonanie, że się nie mylę.

– Czyżbyś wiedział już coś ważnego?

– Dotychczas nic zgoła.

Kiedy schodziliśmy już po schodach, ujął mnie pod ramię i zaczął mówić:

– Wiem to tylko, co wszystkim jest wiadome. Baron Repstein, wybitny sportowiec, człowiek bogaty, właściciel słynnej klaczy wyścigowej Etna, która tego roku wzięła pierwszą nagrodę na wyścigach w Epsom i Longchamp... Małżonek słynnej pani baronowej o złotych włosach, znanej w całym Paryżu ze swych toalet i swych ekstrawagancji – która uciekła przed dwoma tygodniami, zabierając z kasy swego małżonka ładną sumkę trzech milionów franków i cały magazyn diamentów, pereł i biżuterii, które księżniczka de Berny powierzyła baronowej i o których kupno z księżniczką traktowała. Od dwóch tygodni policja całej Europy tropi panią baronową, która po drodze rozrzuca garściami klejnoty i pieniądze. Co chwila, już-już, mają ją aresztować. Dopiero przedwczoraj znowu, w Belgii, nasz nieoceniony inspektor Ganimard wytropił w jednym z wielkich hoteli pewną obcą damę, przeciw której zebrał niesłychanie obciążające dowody. Ale cóż, po bliższym zbadaniu całej sprawy pokazało się, że nie była to baronowa, tylko niejaka Nelly Darbel, znana kokota. A baronowa przepadła jak kamień w wodę! Baron Repstein wyznaczył nagrodę sto tysięcy franków za odnalezienie jego żony; pieniądze zdeponował u notariusza. Aby zaś wynagrodzić księżniczce de Berny poniesioną szkodę, baron sprzedaje całą swą stajnię wyścigową, swój pałacyk przy bulwarze Hausmana i swoją posiadłość w Roguencourt.

– I o ile słyszałem i czytałem w dziennikach, jutro już księżniczka de Berny ma otrzymać pełne odszkodowanie w gotówce za utracone klejnoty. Ale, prawdę mówiąc, nie rozumiem, jaki może być związek między całą tą historią a owym zagadkowym zdaniem...

Lupin nie raczył odpowiedzieć.

Wyszliśmy tymczasem na ulicę; uszliśmy już jakie 150 do 200 metrów, kiedy Lupin zeszedł z chodnika na środek ulicy i począł uważnie obserwować pewien stary, duży dom czynszowy, w którym musiało mieszkać dużo lokatorów.

– Wedle mego obliczenia – zauważył – owe sygnały świetlne wysyłane były z tego właśnie domu... Zapewne z owego okna, tam, co jeszcze jest otwarte.

– Na trzecim piętrze?

– Właśnie.

Weszliśmy do bramy; w sieni Lupin zagadnął od razu żonę portiera:

– Proszę pani, czy który z lokatorów tego domu nie stoi w jakich stosunkach z baronem Repsteinem?

– Ależ owszem, proszę pana – odparła skwapliwie kobiecina. – Mieszka tu przecież pan Lavernoux, sekretarz i intendent pana barona. Ja go właśnie obsługuję.

– A można się z nim widzieć?

– Widzieć się z nim? On, biedaczysko, bardzo chory.

– Chory?

– A jakże... już od dwóch tygodni... od owej historii z panią baronową. Na drugi dzień dostał gorączki i położył się do łóżka.

– Ale przecież wstaje?

– Tego to ja już nie wiem, proszę pana.

– Jak to? Pani nie wie?

– A nie. Doktor nie pozwala wchodzić do jego pokoju. Zabrał mi nawet klucz.

– Kto zabrał?

– Doktor. On sam przychodzi do niego parę razy dziennie, opiekuje się nim. O, może kwadrans temu dopiero, jak wyszedł... Taki stary zgarbiony staruszek w okularach, ze siwą brodą... A gdzie pan idzie, proszę pana?

– Idę do niego, proszę mnie poprowadzić – odparł Lupin już na schodach. – Prawda, to na trzecim piętrze, z lewej strony?

– Ale proszę pana – lamentowała dozorczyni – przecież tam nie wolno wchodzić. I nawet nie mam klucza, bo pan doktor...

Znaleźliśmy się wkrótce na trzecim piętrze, razem z dozorczynią. Lupin wydobył z kieszeni pewien mały instrument i mimo protestów dozorczyni wsunął go do zamka. Drzwi się otworzyły od razu – weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w ciemnym przedpokoju, w głębi przez uchylone trochę drzwi przeciskała się smuga światła. Lupin podszedł gwałtownie do owych drzwi, otworzył je szeroko i już na progu wykrzyknął:

– Ach, za późno! Do pioruna!

Dozorczyni upadła na klęczki bliska omdlenia.

Wszedłem i ja do pokoju i spostrzegłem leżącego tam na dywanie jakiegoś mężczyznę, prawie zupełnie rozebranego, ze skurczonymi nogami. Twarz miał bladą, chudą, kościstą, w oczach malowała się zgroza, usta wykrzywione były jakimś strasznym skurczem.

– Nie żyje już – oświadczył Lupin, po obejrzeniu leżącego.

– Przecież nie widać żadnej rany ani śladów krwi – zauważyłem.

– Owszem, są – odpowiedział Lupin, odchylając mu na piersiach koszulę i wskazując kilka kropel krwi. – Ktoś musiał go jedną ręką ścisnąć gwałtownie za gardło, a drugą ukłuć w samo serce. Mówię ukłuć, bo naprawdę ranka jest ledwo widoczna – jakby od ukłucia długą ostrą igłą.

Rozejrzał się uważnie po podłodze w pokoju; nie znalazł jednak nic ciekawego, tylko małe kieszonkowe lusterko, z którego pomocą Lavernoux puszczał niedawno owe sygnały świetlne.

Dozorczyni zaczęła lamentować i wołać ratunku. Lupin rzucił się ku niej gwałtownie:

– Cicho! Ani słówka!... Będzie czas później na to!... Słuchaj mnie pani i odpowiadaj na pytania; to obecnie najważniejsze. Pan Lavernoux miał jakiegoś dobrego przyjaciela na tej samej ulicy, prawda? Mieszkał z tej samej strony ulicy, tak?

– Tak.

– Spotykali się wieczorami w kawiarni, pożyczali sobie wzajemnie dzienników i czasopism?

– Tak.

– Jak się nazywa ten przyjaciel?

– Dulatre.

– Gdzie mieszka.

– Przy tej ulicy, numer dziewięćdziesiąt dwa.

– Jeszcze jedno: czy ten stary siwy doktor w okularach, o którym mi pani mówiła, przychodził tu od dawna?

– Nie, nie znałam go przedtem zupełnie. Pierwszy raz przyszedł tego wieczora, kiedy pan Lavernoux zachorował.

Lupin nie pytał o nic więcej, zbiegł po schodach na ulicę, skręciliśmy na prawo, tak że przechodziliśmy znów koło mego mieszkania. Zatrzymał się o cztery domy dalej, przed numerem 92. Był to niski domek, którego parter zajęty był przez duży skład wina. Właściciel tegoż stał właśnie przed wejściem, paląc fajeczkę. Lupin zaczepił go, pytając, czy pan Dulatre jest w domu.

– Nie, proszę pana – odparł kupiec. – Wyjechał jakie pół godziny temu... Wydawał się jakiś zdenerwowany... Pojechał automobilem, co mu się rzadko zdarza.

– A nie wie pan przypadkiem...

– Dokąd pojechał? Mój Boże, nie ma w tym żadnej tajemnicy. Tak głośno rzucił adres szoferowi! Do Prefektury Policji! powiedział.

Lupin już miał zamiar skinąć na przejeżdżającą taksówkę, ale zamyślił się.

– To nic – szepnął – i tak go już nie dogonią!

Spytał jeszcze kupca, czy po odjeździe pana Dulatre’a nikt tu nie przychodził.

– Owszem – jakiś stary jegomość z siwą brodą, w okularach. Dzwonił do mieszkania pana Dulatre’a i odszedł z niczym.

– Bardzo panu dziękują za informację – odrzekł Lupin na odchodnym. Szedł pomału, zamyślony, nie odzywając się do mnie ani słowem. Widoczne było, że całe zagadnienie było mu trudne do odcyfrowania i że niezbyt pewnie orientował się jeszcze w sytuacji.

Sam mi to zresztą wyznał po chwili:

– Tego rodzaju sprawy wymagają raczej dużo więcej intuicji niż rozwagi. Ale to sprawa diabelnie ciężka – warto się nią naprawdę zająć.

Doszliśmy do bulwarów; Lupin wszedł do spotkanej na drodze czytelni i przeglądał bardzo uważnie i skrupulatnie dzienniki z ostatnich dwóch tygodni. Od czasu do czasu monologował półgłosem:

– Tak... Tak... jest to wprawdzie tylko hipoteza, ale hipoteza dająca wyjaśnienie na wszystko... A skoro znajduję w niej wyjaśnienie na każde pytanie, zatem hipoteza moja nie musi być daleką od prawdy.

Tymczasem nadszedł wieczór; zjedliśmy kolację w małej restauracji i zauważyłem, że Lupin stopniowo ożywiał sią coraz bardziej, nabierał humoru i fantazji. Kiedy wyszliśmy na bulwary, kierując sią w stroną pałacyku barona Repsteina, miałem już przed sobą Lupina zdecydowanego na wszystko, gotowego do czynu i walki.

Zwolniliśmy kroku, nie dochodząc do ulicy de Courcelles. Pałacyk barona, ładny trzypiętrowy budynek o fasadzie przystrojonej w kariatydy i zgrabne kolumny, leżał z lewej strony, między ulicą de Courcelles a przedmieściem Saint Honoré.

– Stój! – krzyknął nagle Lupin.

– Co takiego?

– Jeszcze jeden dowód więcej na potwierdzenie mej hipotezy!

– Jaki dowód? Nic nie widzę.

– Ale ja widzę... To wystarczy...

Podniósł do góry kołnierz marynarki, zagiął ku dołowi rondo kapelusza i mówił:

– Psiakrew, ciężka to będzie walka! Idź do domu spać, mój kochany... Jutro opowiem ci całą moją wyprawę... o ile wyjdę z niej z życiem.

– Co ty mówisz?

– Tak, tak, kochasiu, ryzykuję bardzo dużo. Przede wszystkim, że mnie zaaresztują, ale to bagatela. Następnie własną głową, co już coś więcej znaczy. Ale...

Chwycił mnie gwałtownie za ramię:

– Ale... ryzykuję coś innego jeszcze: oto mogę zarobić dwa miliony! A niech tylko pierwsze dwa miliony mam w garści, zobaczycie, co ja zrobić z nimi potrafią! No, dobranoc, kochasiu! A gdybyś mnie już więcej nie zobaczył...

Deklamował z udanym patosem:

Zasadź mi brzozę na mym grobie

Lubię jej liści szept rozwianych...

Odszedłem spiesznie. W trzy minuty później – opowiadam to wszystko tak, jak mi to Lupin nazajutrz sam opowiedział – w trzy minuty później Lupin dzwonił do bramy pałacyku barona Repsteina.

– Czy pan baron jest w domu?

– Jest – odparł lokaj, obserwując podejrzliwie niezwykłego przybysza – ale pan baron o tej godzinie nie przyjmuje nikogo.

– Czy pan baron wie już o zamordowaniu jego intendenta, pana Lavernoux?

– Pewnie!

– Zatem proszę powiedzieć panu baronowi, że przychodzę właśnie w tej sprawie i że nie ma chwili czasu do stracenia.

– Antoni, proszę wprowadzić tego pana – odezwał się głos z góry.

Lokaj wprowadził Lupina na pierwsze piętro. W uchylonych drzwiach stał tam jakiś pan, którego Lupin poznał od razu, widział bowiem już kilkakrotnie fotografię barona Repsteina w ilustracjach, barona Repsteina, małżonka głośnej pani baronowej i właściciela słynnej klaczy wyścigowej Etna.

Był to barczysty, wysoki mężczyzna o miłym i sympatycznym wyrazie twarzy. Ubrany był w elegancki brązowy garnitur; w krawatce miał wpiętą śliczną perłę, zdaniem Lupina, bardzo cenną.

Wprowadził Lupina do swego gabinetu, obszernego pokoju o trzech oknach, umeblowanego elegancko. Stało tam biurko amerykańskie, szafy biblioteczne i duża kasa ogniotrwała. Skoro się tam znaleźli, zwrócił się gorączkowo do Lupina:

– Ma pan jakie informacje?

– Tak, panie baronie.

– Odnośnie do zamordowania tego biedaka Lavernoux?

– Tak... i odnośnie do pani baronowej.

– Niepodobna? Mówże pan prędko, błagam pana...

Podsunął mu krzesło. Lupin usiadł i zaczął mówić:

– Panie baronie, sprawa jest nader poważna. Będę się streszczał.

– Do rzeczy, panie, do rzeczy.

– Zatem powiem krótko, bez żadnych wstępów, o co idzie. Lavernoux, który od dwóch tygodni trzymany był przez swego lekarza w pewnego rodzaju areszcie, Lavernoux – że się tak wyrażę – telegrafował z pomocą sygnałów pewne rewelacje, które sobie częściowo zdołałem wynotować, a które naprowadziły mnie na trop tej całej sprawy. W trakcie telegrafowania właśnie został znienacka zaskoczony i zamordowany.

– Przez kogo? Dla Boga, przez kogo?

– Przez swego lekarza.

– Jak się nazywa?

– Nie wiem. Ale jeden z przyjaciół zamordowanego, niejaki pan Dulatre, ten właśnie, z którym Lavernoux porozumiewał się za pomocą sygnałów, musi to wiedzieć. Musi też znać dokładnie i w całości owe rewelacje, bo nie czekając, co dalej będzie, wskoczył do automobilu i pojechał prosto do Prefektury Policji.

– Dlaczego? Po co? I co z tego ostatecznie wynikło?

– Co wynikło? To, że pański pałacyk, panie baronie, jest pilnie strzeżony przez policję; dwunastu agentów spaceruje pod oknami. A skoro słońce wejdzie, wkroczą do pańskiego pałacyku w imię prawa i zaaresztują zbrodniarza.

– Zatem morderca pana Lavernoux ukrywa się w moim domu? Czyżby który z mej służby?... Choć nie, mówiłeś pan o jakimś lekarzu...

– Pozwolę sobie zwrócić uwagę pańską, panie baronie, że pan Dulatre, jadąc na policję, nie wiedział jeszcze zupełnie o zamordowaniu jego przyjaciela, pana Lavernoux. Jechał tam w innej sprawie...

– W jakiejże to sprawie?

– W sprawie zniknięcia pani baronowej. Dzięki rewelacjom pana Lavernoux znalazł wyjaśnienie tej sprawy.

– Co pan mówi? Zatem odnaleziono baronową? Gdzież ona jest? A co się stało z pieniędzmi, które mi zabrała?

Baron Repstein był widocznie silnie podniecony. Zerwał się z krzesła i podszedł do Lupina:

– No, mówże pan, chcę wiedzieć wszystko! Nie mogę dłużej czekać!

Lupin odparł powoli, wahająco:

– Widzi pan... panie baronie... trudno mi to będzie wyjaśnić, bo nasze punkty widzenia są diametralnie sprzeczne...

– Nic nie rozumiem!

– A jednak trzeba byś pan zrozumiał, panie baronie! Mówi się (powtarzam to, co wyczytałem w dziennikach), że pani baronowa wtajemniczona była we wszystkie pańskie interesy, że mogła swobodnie otworzyć nie tylko tę oto kasę, ale również i pańską skrytkę w Crédit Lyonnais, gdzie pan umieszczałeś wszystkie kosztowności.

– Tak jest.

– Otóż przed dwoma tygodniami, pewnego wieczora, gdy pan byłeś w klubie, baronowa, po zrealizowaniu po kryjomu wszystkich pańskich papierów wartościowych, miała wyjść z tego pałacyku, unosząc ze sobą w torebce podróżnej pańskie pieniądze i wszystkie kosztowności księżniczki de Berny.

– Tak jest.

– I od tego czasu zniknęła?

– Tak jest.

– Otóż jest bardzo prosty a ważny powód tego zniknięcia.

– Jakiż to?

– Ten, że baronowa Repstein została zamordowana.

– Zamordowana?... baronowa?... Czyś pan oszalał?

– Tak jest, zamordowana, powtarzam! I to prawdopodobnie tegoż właśnie wieczora.

– Oszalałeś pan chyba?! Jakże baronowa mogła zostać zamordowana, skoro policja jest na jej tropie, depcze jej niemal po piętach?

– Policja idzie za fałszywym tropem... innej zupełnie kobiety.

– Jakiejż to?

– Wspólniczki mordercy.

– A któż jest tym mordercą?

– Ten sam człowiek, który wiedząc o tym, że Lavernoux odkrył całą tajemnicę tej zbrodni, trzymając go przez dwa tygodnie pod zamknięciem, terroryzował go, groźbami zmuszał do milczenia. Ten sam, który nie wahał się zamordować go bez litości z chwilą odkrycia, że Lavernoux próbuje porozumiewać się ze swym przyjacielem!

– W takim razie – to ów lekarz?

– Tak.

– Jak on się nazywa? Kto to jest, ten szatański zbrodniarz, tajemniczy, nieuchwytny, którego nikt nawet nie podejrzewa?

– Nie domyśla się pan?

– Nie.

– A chciałby pan to wiedzieć?

– Czy chciałbym? I pan się pyta jeszcze? Mówże pan nareszcie!... Kto to, gdzie się ukrywa? Wie pan, gdzie on jest?

– Wiem.

– Tu, w tym pałacu?

– Właśnie!

– I jego to policja poszukuje?

– Tak jest.

– Któż to zatem?

– Pan!

– Ja?...

Nie upłynęło jeszcze dziesięć minut od chwili wejścia Lupina do pałacu, a już pojedynek się rozpoczął. Oskarżenie było rzucone baronowi w twarz, jasno, brutalnie, niedwuznacznie.

Lupin mówił dalej:

– Tak jest, pan sam, przyprawiwszy sobie fałszywą brodę i nałożywszy dla niepoznaki okulary, udając poważnego staruszka. Pan sam, baronie Repstein. Bo gdyby przyjąć, że to nie pan sam ułożył cały ten piekielny plan, sprawa przedstawiałaby się po prostu jako nierozwiązalna zagadka. Natomiast jeżeli wyjdziemy z tego założenia, że pan jesteś tym zbrodniarzem, że pan zamordowałeś swą żonę by się jej pozbyć i puszczać majątek z inną kobietą, że pan zabiłeś pana Lavernoux, aby pozbyć się jedynego groźnego świadka, wtedy od razu wszystko się wyjaśnia.

Baron, który stał pochylony ku Lupinowi, słuchając uważnie każdego jego słowa, wyprostował się i patrzył na Lupina jak na wariata. Gdy Lupin skończył mówić, baron cofnął się o parę kroków, otworzył usta, jakby chciał coś odrzec, ale rozmyślił się... podszedł do kominka i nacisnął dzwonek.

Lupin ani drgnął, stał spokojnie, lekko uśmiechnięty. Kiedy lokaj stanął we drzwiach, baron zwrócił sią do niego:

– Możesz iść spać, Antoni. Ja sam wyprowadzę pana.

– Czy mam pogasić światła?

– Tak, tylko w przedpokoju zostaw.

Po wyjściu lokaja baron podszedł szybko do biurka, wyjął stamtąd rewolwer, wsadził go sobie do kieszeni i wrócił do Lupina, mówiąc zupełnie spokojnie:

– Niech pan się nie gniewa, że zmuszony jestem przedsięwziąć pewne środki ostrożności, na wypadek, gdybym miał do czynienia z wariatem... Ale nie, pan nie jesteś wariatem. Ale nie pojmuję zupełnie celu pańskiej wizyty... A przy tym rzuciłeś mi pan w twarz tak potworne oskarżenie, że pragnąłbym naprawdę usłyszeć powody, które pana do tego skłoniły.

Mówił to głosem wzruszonym, w oczach łzy mu zalśniły. Lupin zadrżał. Czyżby się omylił? Czyżby owa hipoteza, do której doszedł drogą intuicji, hipoteza oparta na kruchej podstawie kilku drobnych faktów, miała się okazać błędna? Jeden drobny szczegół przyciągnął jego uwagę: poprzez wycięcie w kamizelce barona spostrzegł koniec owej szpilki wpiętej w krawatkę i skonstatował, że szpilka ta była niezwykłej długości. Co więcej, szpilka ta była w przekroju trójkątna, tworząc rodzaj maleńkiego, delikatnego sztyleciku, strasznej broni w rękach fachowca.

I Lupin nie wątpił już, że właśnie od ukłucia tej szpilki, ozdobionej wspaniałą perłą, zginął biedny Lavernoux.

– Szczwany z pana lis, panie baronie – szepnął.

Baron stał niewzruszony, spokojny, jakby niczego nie rozumiał i czekał na wyjaśnienie, które mu się należało. I mimo wszystko, ta sztywna obojętność barona zmieszała nieco Lupina.

– Szczwany lis – powtórzył – bo przecież to zupełnie jasne, że baronowa spieniężając wszystkie pańskie papiery wartościowe i pożyczając klejnoty od księżniczki pod pretekstem kupna, działała w myśl pańskich wskazówek. I również jasne jest, że ową damą, co wyszła wtedy z pałacyku z torebką podróżną w ręku, to nie była pańska żona, lecz jakaś inna kobieta, zapewne pańska wspólniczka. Ona to właśnie tłucze się teraz po całej Europie, uciekając przed pościgiem poczciwego Ganimarda. Wspaniała kombinacja, nie ma co mówić! Przecież tamta kobieta nic zgoła nie ryzykuje, policja szuka baronowej, a nie jej, nieprawdaż? A jakże mogłaby szukać kogoś innego, skoro pan sam wyznaczyłeś nagrodę stu tysięcy franków za odnalezienie baronowej?! Złożenie tych stu tysięcy w depozycie u notariusza, to było naprawdę paradne. Zamydliłeś pan tym oczy policji i wszystkim! Skoro taki jegomość deponuje u notariusza sto tysięcy, to chyba można mu wierzyć!? Zatem szuka się baronowej, a pana zostawia się w spokoju, ma pan dość czasu do uporządkowania swych interesów, do wyprzedania mebli, urządzenia, stajni wyścigowej, by potem móc spokojnie uciec! To naprawdę paradne!

Baron nie reagował na to wszystko. Podszedł pomału do Lupina i zagadnął go flegmatycznie:

– Kto pan jesteś właściwie?

Lupin parsknął śmiechem:

– A cóż panu na tym może zależeć? Przyjmijmy, że jestem wysłannikiem Losu – i że zjawiam się niespodzianie, by pana zgubić!

Zerwał się z krzesła, a chwytając barona za ramię, mówił dalej gorączkowo szybko:

– Albo by cię ocalić, baronie. Słuchaj! Owe trzy miliony, wszystkie kosztowności księżniczki, cała gotówka jaką dostałeś dziś za sprzedaż mebli, nieruchomości i stajni wyścigowej, wszystko to jest tu, w twojej kieszeni albo w tej tu kasie. Przygotowany jesteś już do ucieczki. Widzisz, tam w kącie, za tą zasłoną, widzę róg twojej skórzanej walizy. Papiery wszystkie uporządkowane. Dziś w nocy zamierzasz ulotnić się po cichutko, aby w przebraniu, pod innym nazwiskiem połączyć się z ową Nelly Darbel, twoją kochanką, dla której popełniłeś te wszystkie zbrodnie. Aż tu nagle wszystko się zepsuło: policja cię pilnuje, pod oknami stoi dwunastu agentów wysłanych tu przez Prefekturę na skutek rewelacji Dulatre’a! Ja jeden mogę cię jeszcze uratować. Zatelefonuję – a koło trzeciej rano przybędzie tu ze dwudziestu moich ludzi – obezwładnią policjantów i będziesz się mógł po cichutko wymknąć z matni. W zamian za to jeden drobiazg tylko: podzielimy sią zgodnie pieniędzmi i klejnotami. No zgoda?

Pochylił się nad baronem, starając się całą siłą woli wymusić na nim zgodę. Baron szepnął pomału:

– Zaczynam rozumieć... to pospolity szantaż...

– Nazywaj to, jak ci się żywnie podoba, ale nie masz innego wyjścia. I nie myśl sobie, że ja się cofnę może w ostatniej chwili, że się może zlęknę policji, aresztowania, więzienia. Nie, nie, mój kochasiu! Ja sobie zawsze dam radę! Idzie tu tylko o ciebie... Pieniądze albo życie, jaśnie panie! Albo podzielimy się ładnie... albo szafot! No, zgoda?

Gwałtowne szarpniecie. Baron oswobodził sobie ręce, wydobył rewolwer i wystrzelił.

Ale Lupin przewidział ten atak, zwłaszcza, że na pogodnym dotychczas i spokojnym obliczu barona malować się zaczęła od chwili długo tłumiona wściekłość, złość, strach i nienawiść.

Padły dwa strzały. Lupin najpierw uskoczył w bok, potem rzucił się na ziemię i chwycił gwałtownie barona za nogi, tak że ledwie nie upadł. Wyrwał się – chwycili się obaj za bary i zaczęło sią śmiertelne, dzikie zmaganie.

Nagle Lupin poczuł piekący ból w piersiach.

– Ach, ty łotrze – zasyczał gniewnie. – Znowu tą szpilką, tak samo jak tamtego!

Ostatecznym wysiłkiem wyprostował sią uchwycił barona mocno pod gardło i począł dusić. Zwycięstwo przechyliło się na jego stroną.

– Ach ty idioto! Gdybyś się nie był sam zdradził, kto wie, byłbym może się cofnął. Masz taką poczciwą twarz rozsądnego człowieka. Ale co za bajeczne mięśnie!... Myślałem, że już po mnie, naprawdę... No, nie udało ci się... Tak, dawaj teraz kochanku tę szpilkę i uśmiechnij się ładnie, grzecznie... Nie tak, nie wykrzywiaj się... Może za mocno trochę ściskam?... Może pan dobrodziej się dusi?... No, więc trzeba się grzecznie sprawować!... Tak, teraz rączki zwiążemy ładnie sznurkiem... Pozwalasz, nieprawdaż?... Mój Boże, jak my się doskonale obaj zgadzamy!... Wzruszające doprawdy!... Wiesz, w gruncie rzeczy mam do ciebie dużo sympatii... Tak. A teraz baczność, kochanku!... I nie bierz mi tego za złe – bardzo cię przepraszam...

Podniósł się i z całej siły uderzył pięścią w brzuch leżącego barona, który jęknął głucho, tracąc przytomność.

– Widzisz bracie, jak to nieładnie nie słuchać dobrej rady – monologował Lupin. – Chciałem się z tobą zgodnie podzielić... Teraz nie dam ci nic zgoła... o ile sam coś znajdę... Bo w tym sęk, gdzie ten łajdak ukrył swoje skarby? W kasie ogniotrwałej może? Ciężka to będzie robota!... Na szczęście mam całą noc przed sobą...

Przeszukał kieszenie w ubraniu barona, zabrał mu znalezione klucze, skontrolował ukrytą w kącie walizę, w której jednak pieniędzy nie było – i skierował się do kasy ogniotrwałej.

Ale nagle stanął jak wryty: posłyszał jakieś niezwykłe szmery. Czyżby kto ze służby? Nie, to wykluczone: pokoje służby były na trzecim piętrze, a ów szmer dochodził z dołu. Zrozumiał wkrótce: widocznie agenci policyjni, posłyszawszy owe dwa strzały, dobijają się do bramy wchodowej, nie chcą czekać aż do świtu.

– Psiakrew – monologował – a tom się ładnie ubrał! Mili goście, nie ma co mówić, i to właśnie w tym momencie, kiedy człowiek ma zbierać owoce swej ciężkiej pracy! No, no, Lupin, tylko spokojnie, nie denerwuj się! O cóż idzie właściwie? Otworzyć w ciągu minuty kasę ogniotrwałą? Trzeba zatem odkryć sekret... na jakie słowo jest zamek nastawiony. Zobaczmy z ilu liter się składa. Z czterech.

Zamknął na klucz drzwi do przedpokoju, nasłuchując bacznie. Potem wrócił do kasy.

– Cztery litery... cztery litery tylko... Któżby mi tu mógł udzielić jakiejś wskazówki?... Kto?... Ależ chyba Lavernoux, do licha... poczciwy Lavernoux, co dawał sygnały świetlne i przypłacił to życiem... Oczywiście!... Jakiż ja głupi... Czegóż tu się tak denerwować? No, Lupin, musisz się natychmiast uspokoić, opanować zdenerwowanie... Inaczej źle z tobą będzie!

Odczekał jakie dziesięć minut, po czym przykląkł przy kasie, manewrując uważnie koło czterech metalowych guzików. Następnie wyciągnął pęk kluczy, wybrał jeden, drugi, próbując wetknąć je do zamka – ale bezskutecznie.

– Do trzech razy sztuka – mruknął, próbując trzeciego klucza. – Zwycięstwo! Sezamie, otwórz się!

Drzwi ustąpiły; Lupin pociągnął pomału ku sobie ciężkie żelazne skrzydło kasy.

– Miliony już moje! – zakrzyknął z tryumfem.

Ale w tym samym momencie odskoczył gwałtownie w tył, wzdrygając się ze wstrętu i zgrozy. Ręce drżały mu nerwowo, nogi się pod nim uginały. Przez kilkadziesiąt sekund, nie bacząc na rosnący hałas na dole i rozgłośne dzwonienie dzwonków elektrycznych w całym pałacu, stał jak zahipnotyzowany tym straszliwym widokiem: w głębi kasy ogniotrwałej leżały zwłoki młodej kobiety na pół rozebranej. Leżała zgięta wpół, wciśnięta do środka niby gruby pakunek... jasne włosy spływały falą... krwią zwalane...

– Baronowa – wyjąkał – baronowa!... Ach, ty potworze!

Ocknął się ze zdumienia, zwrócił się ku leżącemu baronowi, splunął mu w twarz i począł kopać nogami:

– Masz, masz, jeszcze ty łotrze, ty łajdaku! Czekaj, szafot cię nie minie!

Z górnych pięter dochodził gwar zmieszanych głosów, na schodach rozległy się spieszne kroki. Czas było myśleć o ucieczce.

Uda mu się – był tego pewny. Już w czasie rozmowy z baronem doszedł do wniosku, że musi tu być jakieś sekretne wyjście. Świadczyło o tym najwymowniej zachowanie się barona, który nie stracił zupełnie głowy i zdecydował się nawet na walkę z Lupinem. Widocznie był pewny, że uda mu się potem uciec niepostrzeżenie.

Lupin przeszedł do sąsiedniego pokoju, którego okno wychodziło na ogród. W chwili, gdy agenci policyjni weszli do pałacu, Lupin wyszedł na okno i po rynnie spuścił się na ziemię. Obchodził ostrożnie cały budynek; wkrótce dostrzegł gęste krzewy rosnące pod murem, wszedł między te krzewy i odkrył tam od razu małą furtkę, którą otworzył bez trudu. Znalazł się na podwórzu, przebiegł je szybko, jeszcze kilkanaście kroków i już znalazł się na ulicy. Oczywiście policja, jak to Lupin przewidywał, nie wiedziała nic o tym tajemnym przejściu.

– No i co ty mówisz na to? – spytał mnie Lupin po opowiedzeniu mi wszystkich szczegółów tej tragicznej nocy. – Ten baron Repstein, cóż to za łotr rafinowany! Jak to jednak pozory mylą! Wyglądał naprawdę na uczciwego człowieka.

– No... a owe miliony? A te klejnoty księżniczki? – zagadnąłem.

– Były schowane w kasie. Pamiętam dobrze, leżała tam duża paczka.

– A zatem?

– Leżą tam dalej.

– Nie podobna?!

– Zaręczam ci, że tak. Mógłbym ci nablagować, że zląkłem się policji albo w ostatniej chwili opadły mnie jakieś skrupuły... Powiem ci jednak szczerą prawdę... choć to bardziej prozaiczne... Śmierdziało mi zanadto!

– Co takiego?

– Tak, mój drogi... z tej kasy cuchnęło tak obrzydliwie, że nie mogłem wytrzymać... czułem, że mi się słabo robi, że lada chwila zemdleję... Pomyśl, jakie to jednak głupie! Cała i jedyna moja zdobycz z tej wyprawy, to ta oto szpilka do krawatki... Perła warta na ślepo trzydzieści tysięcy! Ale przyznam ci się, że zły jestem porządnie... Nie udało się!...

– Jeszcze jedno pytanie: jakim sposobem odgadłeś owo słowo, otwierające zamek od kasy?

– To takie proste przecież! Można się było od razu domyślić!

– Mianowicie?...

– Słowo to ukryte było w owych telegraficznych sygnałach, podawanych przez biedaka Lavernoux.

– Nie rozumiem...

– No, owe błędy pisarskie...

– Błędy pisarskie, powiadasz?

– Oczywiście, przecież to było umyślnie robione. Nie przypuszczasz chyba, aby sekretarz, intendent barona, nie znał na tyle ortografii, by pisać ni zamiast nie, attaku przez dwa t, bezpłodej walka zamiast bezpłodnej walki. Od razu mi to wpadło w oczy. Zestawiłem te cztery litery razem i doszedłem w ten sposób do słowa ETNA, nazwy owej sławnej klaczy.

– I to jedno słowo ci wystarczyło?

– Naturalnie. Najpierw naprowadziło mnie ono na trop afery Repsteina, o której rozpisywały się szeroko dzienniki. Potem przyszło mi na myśl, że właśnie to słowo otwiera też i kasę, zważywszy, że Lavernoux znał straszną zawartość tej kasy i chciał zadenuncjować barona. Tą drogą doszedłem też do wniosku, że Lavernoux musiał mieć przyjaciela gdzieś w pobliżu, z którym schodził się zapewne w kawiarni, że obydwaj lubili rozwiązywać łamigłówki i kryptogramy, jakie zamieszczają rozmaite wydawnictwa ilustrowane... że wreszcie bawili się obydwaj w ową korespondencję za pomocą sygnałów świetlnych.

– Jakież to wszystko wydaje się teraz logiczne i proste.

– Niesłychanie proste. A cała ta przygoda, to jeden dowód więcej, że do odkrycia zbrodni nie zawsze wystarczy samo ustalenie faktów, śledztwo, rozumowanie i wyciąganie choćby najlogiczniejszych wniosków. Tu trzeba czegoś więcej: intuicji i dużej inteligencji!... A pochlebiam sobie, że ani jednego, ani drugiego mi nie brakuje!

Ślubna obrączka

Iwona d’Origny uścisnęła na odchodnym swego synka, nakazując mu, aby zachowywał się grzecznie:

– Wiesz dobrze, że babcia nie bardzo lubi małe dzieci. Skoro cię już raz zaprosiła do siebie, trzeba jej pokazać, że jesteś chłopczykiem grzecznym i dobrze wychowanym.

A zwracając się do guwernantki, dodała:

– Proszę koniecznie wrócić z nim po obiedzie... Czy pan jest jeszcze w domu?

– Tak, proszę pani, pan hrabia jest w swoim gabinecie.

Po wyjściu obojga Iwona d’Origny podeszła spiesznie do okna; chciała zobaczyć jeszcze swego synka na ulicy. Rzeczywiście ukazał się po chwili, podniósł ku niej główkę i przesłał jej rączką całusa, jak to co dnia stale robił. Guwernantka ujęła go potem za rękę – ruchem dziwnie energicznym, jak to Iwona mogła zauważyć. Wychyliła się jeszcze bardziej z okna i kiedy dziecko dochodziło do rogu ulicy, spostrzegła, że ze stojącego opodal automobilu wyskoczył jakiś mężczyzna i podszedł spiesznie do jej synka. Człowiek ten – w którym poznała Bernarda, zaufanego lokaja jej męża – ujął chłopca za ramię, wpakował go do automobilu, do którego wsiadła również i guwernantka, i kazał szoferowi ruszyć.

Wszystko to nie trwało dłużej jak dziesięć sekund.

Iwona zaintrygowana tą sceną, pobiegła spiesznie do swego pokoju, narzuciła na ramiona płaszczyk i skierowała się ku drzwiom.

Drzwi były zamknięte na klucz; klucza w zamku nie było.

Wróciła spiesznie do buduaru; i tutaj drzwi były zamknięte.

Momentalnie stanął jej przed oczyma obraz jej męża, owa twarz nierozjaśniona nigdy najlżejszym uśmiechem, owo spojrzenie surowe, wrogie, w którym od szeregu lat czytała tajoną nienawiść.

– To on... to on zrobił... – szepnęła. – Zabrał mi dziecko!... To okropne!

Zaczęła z całej siły walić pięściami we drzwi, kopać w nie nogami, potem podbiegła do kominka, nacisnęła mocno dzwonek.

Rozległo się donośne, nieustanne dzwonienie. Nie odrywała ręki od dzwonka: zleci się służba, może i ludzie na ulicy spostrzegą, że dzieje się tu coś niezwykłego...

Zazgrzytał klucz w zamku, drzwi otworzyły się gwałtownie. Na progu stanął hrabia d’Origny, a na twarzy jego malował się tak straszny wyraz, że Iwona, cofnęła się zdjęta trwogą. Drżała niezdolna wydobyć głosu ze ściśniętego gardła, nogi się pod nią ugięły, osunęła się na ziemię...

– Śmierć – przemknęło jej przez mózg.

Hrabia podszedł ku niej i chwycił ją mocno pod gardło.

– Milcz... nie wołaj nikogo – mówił zdławionym głosem. – Radzę ci to w twoim własnym interesie.

Widząc, że nie stawia zupełnie oporu, zwolnił uścisk i wydobył z kieszeni przygotowane już zawczasu długie paski płótna. W ciągu paru minut związał jej mocno ramiona i ręce i skrępowaną ułożył na kanapie.

Tymczasem w buduarze się ściemniło. Hrabia zapalił światło elektryczne i podszedł do małego biureczka, w którym Iwona zazwyczaj chowała swoją korespondencję. Nie mogąc otworzyć szuflady, wyłamał zamek za pomocą kawałka żelaza, wyciągnął z wnętrza wszystkie papiery i spakował je do pudełka.

– Szkoda czasu, prawda? – zauważył zjadliwie. – Z pewnością same rachunki i listy bez żadnego znaczenia... Żadnego dowodu obciążającego... Mniejsza o to!... Dość na tym, że odebrałem ci mego syna i nie oddam go, przysięgam Bogu!

Zabierał się już do odejścia, kiedy we drzwiach buduaru stanął lokaj Bernard. Rozmawiali półgłosem, Iwona jednak dosłyszała, jak Bernard mówił:

– Dostałem wiadomość od złotnika. Jest do naszej dyspozycji.

Na co hrabia odparł:

– Odłóżmy to do jutra w południe. Matka moja telefonowała mi, że wcześniej przyjść nie może.

Potem posłyszała Iwona zgrzyt klucza w zamku i odgłos kroków ginących gdzieś na parterze, gdzie znajdował się gabinet hrabiego.

Leżała długi czas bez ruchu, oszołomiona zupełnie tym, co zaszło. Przypominała sobie oburzające postępowanie jej męża w ostatnich czasach, te ustawiczne upokorzenia, na jakie ją narażał, jego pogróżki, jego zapowiedzi rozwodu... Z wolna uświadomiła sobie, że padła ofiarą formalnego sprzysiężenia, że hrabia rozmyślnie zwolnił całą służbę na całą dobę, że guwernantka na rozkaz hrabiego, a w porozumieniu z Bernardem, wyszła razem z jej synkiem – i że tego ukochanego synka nie zobaczy już nigdy więcej!

– Moje dziecko, moje dziecko! – jęczała rozpaczliwie. Gwałtownym wysiłkiem szarpnęła się cała – i ze zdumieniem skonstatowała, że ręką prawą, nie dość mocno skrępowaną, może do pewnego stopnia władać.

Ożywiona nadzieją poczęła wolno, cierpliwie, systematycznie, pracować nad oswobodzeniem się.

Praca to była uciążliwa. Minęło dużo czasu, zanim udało jej się najpierw obluźnić dostatecznie węzeł – i wreszcie porozwiązywać wszystkie inne krępujące ją więzy.

Ale myśl o dziecku dodawała jej odwagi i mocy. I kiedy zegar wydzwonił ósmą, była już zupełnie wolna.

Rzuciła się natychmiast ku oknu, otworzyła je z zamiarem wołania o pomoc. Ujrzała policjanta spacerującego opodal. Wychyliła się przez okno. W świeżym wieczornym powietrzu odzyskała całą przytomność umysłu. Mój Boże, mój Bożę! Co tu począć? Jak się stąd wydobyć? Jakim sposobem odszukać syna? Za lada hałasem hrabia może tu wpaść... I kto wie, czy w przystępie szału?...

Wzdrygnęła się przeniknięta zimnym dreszczem. Myśl o śmierci zmieszała się w jej biednej głowie z myślą o dziecku...

– Ratunku!... Ratunku!... – jęknęła głucho.

Urwała, powtarzając półgłosem Ratunku, jak gdyby to słowo obudziło w jej duszy pewne reminiscencje – i jak gdyby ów ratunek nie wydawał się jej rzeczą niemożliwą. Przez kilka minut siedziała pogrążona w głębokiej zadumie, popłakując cicho. A potem niemal mechanicznie sięgnęła ręką do małej biblioteczki umieszczonej na półeczce nad jej biurkiem. Wydobywała kolejno jedną książkę po drugiej, przerzucając spiesznie kartki. Wreszcie z piątej książki wydobyła bilet wizytowy, na którym wydrukowane były te dwa słowa: Horacy Velmont, a poniżej dopisany ołówkiem adres: Paryż, Klub na Królewskiej.

I przypomniały jej się owe zagadkowe słowa, powiedziane jej przez tego człowieka przed paru laty, w czasie przyjęcia w tym samym domu.

Gdyby pani znalazła się kiedykolwiek w niebezpieczeństwie, gdyby potrzebowała mej pomocy – proszę bez wahania wrzucić do skrzynki ten oto bilet, który wkładam do tej książki. Przyjdę niezawodnie – bez względu na porę i na wszelkie możliwe trudności!

A z jakąż mówił to pewnością siebie, z jakim przekonaniem o swej potędze i odwadze nieograniczonej!

Gnana jakimś wewnętrznym nieodpartym nakazem, nie chcąc myśleć nawet o konsekwencjach tego kroku, Iwona wzięła ofrankowaną kopertę, włożyła do niej ów bilet wizytowy, zapieczętowała, wypisała na kopercie adres: Horacy Velmont, Klub na Królewskiej – i podeszła do uchylonego okna. Policjant spacerował dalej po ulicy. Wyrzuciła kopertę przez okno, na los szczęścia. Może ktoś z przechodniów podniesie ten papier i wrzuci do skrzynki!...

Ale natychmiast niemal przyszła refleksja. Szaleństwem przecież było przypuszczać, że list ten dojdzie celu, a większym jeszcze szaleństwem łudzić się, by ów człowiek, którego wzywa, mógł przybyć na ratunek – bez względu na porę i na wszelkie możliwe trudności!

Po owym gwałtownym wysiłku energii nastąpiła równie gwałtowna reakcja. Iwona opadła na fotel zupełnie bezsilna i wyczerpana.

Czas płynął wolno – mijały kwadranse i godziny smutnego zimowego wieczora wśród zupełnej ciszy przerywanej tylko turkotem powozów. Pogrążona w jakimś bolesnym półśnie Iwona liczyła machinalnie dźwięki zegara wydzwaniającego godziny. Uszu jej dochodziły też szmery z różnych stron domu. Ze szmerów tych orientowała się, że mąż jej już zjadł kolację, że potem zeszedł na dół, do swego gabinetu. Ale wszystko to wydawało jej się dziwnie obce i dalekie. Leżała w zupełnym odrętwieniu; nie przyszło jej nawet na myśl położyć się z powrotem na kanapie – na wypadek gdyby mąż jej tu wrócił...

Wybiła północ... potem wpół... wreszcie pierwsza... Iwona nie myślała już o niczym, czekając z rezygnacją bezsilną na to, co przyjdzie, co przyjść musi. Marzyła o swym dziecku... Oto wszystko się już skończyło – nic już nie grozi ani jemu, ani jej... są razem, złączeni serdecznym uściskiem... Co to? chcą ich rozłączyć... majaczy jej się, że płacze... że się dusi...

Zerwała się nagle. Klucz zazgrzytał w zamku – to hrabia z pewnością! Obejrzała się instynktownie za jakąkolwiek bronią. Drzwi otworzyły sic gwałtownie...

– To pan... to pan... – wyszeptała zdumiona, jakby oczom własnym wierzyć nie chciała.

Podszedł ku niej młody, smukły, elegancki mężczyzna, w wieczorowym ubraniu, z płaszczem i szapoklakiem pod pachą. Poznała go od razu – był to Horacy Velmont.

– To pan... – powtarzała.

Ukłonił się jej nisko:

– Bardzo panią przepraszam, ale list pani doręczono mi tak późno!...

– Czyż to możliwe... pan tutaj... jakim cudem?...

– Czyż nie przyrzekłem pani, że stawię się na każde wezwanie? – odparł z lekkim zdziwieniem.

– Tak, to prawda... ale...

– Zatem – jestem do usług – uśmiechnął się swobodnie.

Rozejrzał się badawczo po całym pokoju, rzucił okiem na długie paski płótna, które Iwona porozwiązywała.

– Zatem to takich środków używa się wobec pani? – zauważył, potrząsając smutno głową. – To hrabia d’Origny, nieprawdaż? Skonstatowałem też, że pani była zamknięta... W takim razie ów list?... Aha, już wiem, przez okno!... Ale co za nieostrożność: zostawiła je pani uchylone!

Zamknął okno energicznie. Iwona się przestraszyła:

– A jeśli kto usłyszy?

– Nie ma nikogo w całym domu. Sam się przekonałem.

– A on?...

– Mąż pani wyszedł przed dziesięciu minutami.

– Dokąd?

– Do swej matki, hrabiny d’Origny.

– Skąd pan wie o tym?

– W bardzo prosty sposób. Zatelefonowano po niego; ja na rogu ulicy, ukryty, czekałem, czy wyjdzie. Jak przewidywałem, wyszedł natychmiast, razem ze swym lokajem. Wtedy wszedłem do środka, z pomocą specjalnego klucza.

Opowiadał to swobodnie, tonem światowca, który w salonie opowiada jakąś pospolitą anegdotkę. Ale Iwona się zaniepokoiła:

– Zatem, to nieprawda?... Jego matka nie jest chora?... W takim razie wróci tu niedługo...

– Naturalnie, spostrzeże się, że sobie z niego zażartowano. Za jakie pół godziny, trzy kwadranse...

– Zatem uciekajmy. Nie chcę go już spotkać tutaj. Biegnę natychmiast do mego syna.

– Chwilkę jeszcze...

– Chwilkę? Czyż nie wiesz pan o tym, że mi dziecko porwano? Ze może wyrządzili mu jaką krzywdę?...

Szarpała się, wyrywała gorączkowo. Ale Horacy Velmont posadził ją łagodnie przemocą na fotelu i pochylony nad nią zaczął mówić głosem spokojnym, pełnym szacunku:

– Proszę wysłuchać mnie spokojnie. Nie traćmy czasu, bo każda minuta jest droga. Przede wszystkim przypomnę pani jedno: spotkaliśmy się przed sześciu laty, wszystkiego cztery razy... I za czwartym razem, tu, w tym samym domu, pani, dotknięta zbyt... – jakby to powiedzieć? – zbyt serdecznym tonem mej mowy, dała mi do poznania, że dalsze moje wizyty są pani niepożądane. Od tego czasu nie widziałem pani więcej. A jednak, mimo wszystko, musi pani mieć do mnie wielkie zaufanie, skoro zachowałaś starannie mój bilet wizytowy, schowany do tej książki, i skoro teraz, po sześciu latach, właśnie do mnie zwróciłaś się po ratunek. Tego zaufania wymagam od pani i nadal; musi mnie pani na ślepo słuchać. Tak jak przyszedłem na pierwsze wezwanie, pokonując wszystkie trudności, tak samo podejmuję się panią wyratować z każdej, najtrudniejszej nawet, sytuacji.

Młoda kobieta uspakajała się pomału, słuchając tych słów, mówionych z niezamąconym spokojem i pewnością siebie. W obecności tego człowieka odzyskiwała spokój i równowagę umysłu.

– Proszę się nie lękać niczego – mówił dalej. – Hrabina d’Origny mieszka w pobliżu lasku Vincennes. Gdyby nawet mąż pani znalazł od razu auto, nie wróci tu wcześniej jak koło czwartej. Obecnie jest wpół do trzeciej. Przysięgam pani, że punktualnie o trzeciej wyjdziemy stąd i ułatwię pani odnalezienie dziecka. Ale nie ruszę się stąd, póki nie będę wiedział wszystkiego.

– Cóż mam zatem robić? – spytała.

– Odpowiadać na moje pytania, i to zupełnie wyraźnie. Mamy niespełna pół godziny czasu. To wystarczy w sam raz.

– Proszę więc pytać.

– Czy, zdaniem pani, hrabia ma jakie plany... zbrodnicze?

– Nie.

– Idzie wiec tylko o synka pani?

– Tak.

– Porwał go, bo chciałby się z panią rozwieść i zaślubić inną kobietę, dawną przyjaciółkę pani, którą wyprosiłaś z tego domu?... Proszę pani, trzeba mi odpowiadać szczerze, bez ogródek. To są fakty powszechnie znane. Nie czas dziś na jakieś skrupuły, na przesadną delikatność, gdy idzie o pani synka. Zatem – mąż pani chce się ożenić z tamtą?

– Tak.

– Tamta jest zupełnie biedna. A mąż pani jest kompletnie zrujnowany, żyje z pensji wyznaczonej mu przez jego matkę, starą hrabinę, oraz z procentów od dużego majątku zapisanego przez stryja pani na rzecz jej małego synka. Na ten to właśnie majątek mąż pani ma wielki apetyt. Liczy też na to, że z chwilą, gdy dziecko będzie jemu oddane pod opiekę, znajdzie sposób na to, by majątek ten zagarnąć. A na to jest tylko jeden sposób: rozwód. Czy mam rację?

– Najzupełniej.

– Dotychczas pani nie chciała zgodzić się na rozwód?

– Ani ja, ani hrabina d’Origny, jego matka, która z punktu widzenia religii potępia rozwód. Hrabina d’Origny zgodziłaby się w jednym tylko wypadku...

– Mianowicie?

– O ile znalazłyby się niezbite dowody, że prowadzenie się moje... nie jest bez zarzutu.

Velmont wzruszył ramionami:

– W takim razie hrabia nie może nic zupełnie przedsięwziąć ani przeciw pani, ani przeciw jej dziecku. Na drodze do urzeczywistnienia jego planów stoi nieprzezwyciężona przeszkoda: bezwzględna uczciwość pani. A jednak... mimo wszystko... teraz nagle podejmuje walkę.

– Co pan chcesz przez to powiedzieć?

– Że, jeśli człowiek tego pokroju, co hrabia, podejmuje podobną walkę, której wynik musi być bardzo wątpliwy, to widocznie ma w ręku, a przynajmniej przekonany jest, że ma w ręku jakąś broń.

– Jakąż to broń?

– Nie wiem. Ale tak być musi. Inaczej nie rozpocząłby walki od porwania dziecka!

– To przecież okropne... Mój Boże, skądże ja mogę się domyślić, co on mógł wymyślić sobie!...

– Niech pani się zastanowi... przypomni sobie dobrze! Widzę to biurko otwarte... Czy między papierami nie było tam przypadkiem jakiego listu, który mógłby zużytkować na pani niekorzyść?

– Nie!

– A z jego słów, z jego pogróżek nie mogła pani niczego się domyślić?

– Nic zgoła...

– Hm, hm... tu przecież coś być musi... – mówił Velmont zamyślony. Po chwili zaczął mówić dalej: – Czy hrabia ma może jakiego serdecznego przyjaciela, przed którym się zwierza?

– Nie.

– Wczoraj nie przychodził tu nikt obcy?

– Nie.

– A kiedy panią skrępował i zamknął, nie było przy tym nikogo?

– W tym momencie – nie.

– A potem?

– Potem przyszedł jego zaufany lokaj... Szeptali coś pod drzwiami... Słyszałam jak mówili o jakimś złotniku...

– I nic więcej?...

– I jeszcze o czymś, co ma nastąpić dziś w południe... bo hrabina d’Origny nie może przyjść wcześniej.

– Czy z rozmowy tej mogła pani wywnioskować, jakie mąż pani ma dalsze plany?

– Nie, nie domyślam się niczego.

– Gdzie pani ma swoje klejnoty?

– Mąż mój wszystkie posprzedawał.

– Nie zostało z nich nic, nawet ani jednego pierścionka?

– Nie – odparła, wyciągając ku memu obie ręce. – Nic, prócz tej jednej obrączki.

– To obrączka ślubna?

– Tak... to obrączka...

Urwała, czerwieniąc się silnie. Velmont dosłyszał, jak mówiła półgłosem:

– Czyżby się dowiedział?... Nie, to niepodobna... Nie wie zupełnie...

Velmont jął natychmiast wypytywać hrabinę. Milczała długi czas, nieruchoma z twarzą, na której lęk się malował. Wreszcie zaczęła mówić cichym głosem:

– To nie ślubna obrączka. Kiedyś – już dawno, dawno temu – obrączka ślubna spadła mi z kominka, gdzie ją położyłam. Szukałam jej wszędzie, ale zginęła, przepadła jak kamień w wodę. Nie mówiąc o tym mężowi ani słowa, kazałam sobie sporządzić drugą taką samą obrączkę, tę właśnie, którą mam na palcu.

– Na obrączce ślubnej była wyryta data ślubu.

– Tak... dwudziesty trzeci październik.

– A na tej drugiej?

– Nie ma żadnej daty... – odpowiedziała niepewnie, z lekkim wahaniem.

– Błagam panią, niech pani niczego nie ukrywa przede mną – zawołał Velmont. – Widzi pani sama, jaką daleką drogę przybyliśmy już w ciągu tych paru minut dzięki prostemu rozumowaniu i zimnej krwi. Zatem dojdźmy do samego końca! Mów mi wszystko, błagam panią o to!

– Sądzi pan, że to konieczne?

– Jestem pewny, że najdrobniejszy nawet szczegół ma swoje znaczenie i że niezadługo dojdziemy już do celu. Ale trzeba się spieszyć – chwila jest poważna!

– Nie mam nic do ukrywania – odparła, podnosząc dumnie głowę. – Było to w najnędzniejszym i najniebezpieczniejszym okresie mego życia. W domu znosiłam ciągłe upokorzenia; w towarzystwach czyhały na mnie rozliczne pokusy i zasadzki, jak to zawsze bywa z młodymi kobietami, które mężowie zaniedbują. Wtedy przypomniałam sobie, kiedy byłam jeszcze panną, pokochał mnie pewien mężczyzna miłością cichą, tajoną... Umarł już dawno... zostało mi po nim tylko czyste wspomnienie... Imię tego właśnie mężczyzny kazałam wyryć na obrączce, którą odtąd noszę niby jakiś talizman. O miłości mowy być nie może... bo przecież jestem żoną innego... Ale gdzieś na dnie serca pozostało przesłodkie wspomnienie... w którym czerpałam otuchę...

Mówiła to spokojnie, pomału, bez najmniejszego zakłopotania; Velmont był zupełnie przekonany, że powiedziała szczerą prawdę. Widząc, że Velmont milczy, spytała go zaniepokojona:

– Czy przypuszcza pan, że mój mąż?...

Ujął ją za rękę i przyglądając się obrączce odparł:

– W tym tkwi klucz do całej tej zagadki. Mąż pani jakimś sposobem dowiedział się widocznie o tej zamianie obrączki. W południe, gdy przyjdzie tu jego matka, zażąda od pani zdjęcia tej obrączki... W ten sposób uzyska ten upragniony dowód, dzięki któremu ani pani, ani matka jego, nie będziecie mogły dłużej sprzeciwiać się rozwodowi.

– Mój Boże! zatem wszystko stracone.

– Przeciwnie, proszę pani! Wszystko uratowane. Proszę mi dać tę obrączkę... Przed południem dostarczę pani inną, z wyrytą wewnątrz datą 23 października... W ten sposób...

Urwał nagle. Iwona milczała, śmiertelnie blada.

– Co pani się stało? Proszę panią!...

Wybuchnęła rozpaczliwym płaczem:

– Co się stało? Oto – jestem zgubiona! Oto – nie mogę tej obrączki zdjąć z palca... Za wąska... rozumie pan to? Nie zwracałam na to nigdy uwagi, nie myślałam nawet o tym... A teraz. Podobne oskarżenie!... Patrz pan... wrosła mi zupełnie w ciało... ani ruszyć nie mogę...

Próbowała z całych sił ściągnąć fatalną obrączkę, ale nadaremnie: palec nabrzmiał jej tylko, zesiniał, obrączka nie dała się zesunąć!

– Ach – wykrzyknęła, opanowana nagle jakąś straszną myślą – teraz sobie przypominam wszystko... Wydawało mi się to wtedy jakimś sennym widzeniem tylko... Tak, tak, pamiętam dobrze którejś nocy miałam uczucie, że ktoś wszedł do mej sypialni i uchwycił mnie za rękę... To on był, na pewno on!... Uśpił mnie jakimś sposobem, jestem pewna... i przyszedł w nocy przypatrzyć się tej obrączce... A teraz każe mi ją zdjąć wobec jego matki... Rozumiem już wszystko... Sprowadzi owego złotnika i ten mi przepiłuje obrączkę na palcu... Zgubiona jestem... Sam pan widzi!...

Ukryła twarz w dłoniach, szlochając po cichu.

Zapanowało milczenie – po chwili zegar zaczął wybijać godzinę: raz, dwa, trzy. Iwona się zerwała:

– Trzecia bije!... On przyjdzie lada chwila!... Uciekajmy!

– Pani musi tu zostać!

– Gdzie moje dziecko? Muszę je widzieć, ratować!

– A wie pani chociaż, gdzie go szukać?

– Chodźmy stąd, natychmiast!

– Pani nie ruszy się stąd nigdzie, bo to byłoby szaleństwem!

Uchwycił ją mocno za ręce i mimo oporu podprowadził ją z powrotem do kanapy. Nie bacząc na jej płacz i okrzyki protestu, ułożył ją na kanapie i leżącymi opodal paskami płótna skrępował jej z powrotem ręce i nogi.

– Tak, to by było czystym szaleństwem – perswadował jej łagodnie. – Kto panią mógł oswobodzić z więzów, kto otworzył drzwi od buduaru? Jakiś wspólnik, oczywiście. Przecież to by była dopiero woda na młyn dla pani męża! A pani co by z tego przyszło? Uciekać stąd to znaczy zgodzić się na rozwód!... Musi pani tutaj zostać!...

– Tak się boję, tak boję – żaliła się z płaczem. – Ta obrączka pali mnie po prostu! Zdejmij ją pan, zabierz!... Niech zginie, przepadnie na zawsze!

– A jeżeli obrączka nagle zniknie z palca pani, czyjaż to będzie sprawka? Znowu wspólnika pani, oczywiście. Nie, nie, proszę pani, musi pani podjąć tę walkę – i to odważnie... Ja odpowiadam za wszystko!... Choćbym miał zatrzymać starą hrabinę przemocą i w ten sposób opóźnić całą rozprawę... Choćbym miał sam przyjść tu przed południem... w każdym razie, przysięgam pani: z palca pani zdejmą prawdziwą ślubną obrączkę... i odzyska pani swoje dziecko...

Iwona ustąpiła, przekonana zupełnie jego argumentami, pozwalając się związać.

Kiedy skończył, rozejrzał się jeszcze uważnie po całym pokoju, chcąc się upewnić, czy nie zostawił przypadkiem jakiegoś śladu swej bytności. Na odchodnym skłonił się nisko, z szacunkiem, mówiąc:

– Proszę myśleć o swym dziecku... i nie lękać się niczego, cokolwiek by nastąpiło... ja czuwam nad panią.

Słyszała, jak po cichu otworzył i zamknął za sobą drzwi, jak w kilka minut potem zatrzasnęła się brama wchodowa.

O wpół do czwartej jakiś automobil zatrzymał się przed domem. Rozległ się znów zgrzyt otwieranej bramy i po chwili do buduaru Iwony wpadł hrabia d’Origny, zły, podniecony. Podszedł spiesznie do leżącej, przekonał się, czy jest nadal skrępowana, po czym ujął ją gwałtownie za rękę, przyglądając się uważnie obrączce. Iwona zemdlała...

Nie mogła sobie zdać sprawy, jak długo była nieprzytomna. Gdy się wreszcie obudziła, buduar oświetlony był jasnym światłem dziennym. Za pierwszym poruszeniem stwierdziła ze zdziwieniem, że krępujące ją więzy były poprzecinane. Obróciła głowę; opodal siedział jej mąż, obserwując ją uważnie.

– Gdzie moje dziecko? – wyszeptała żałośnie. – Oddaj mi dziecko!

– Dziecko jest w bezpiecznym zupełnie miejscu – odparł. – Na razie nie o dziecko, lecz o ciebie idzie. Ostatni to już raz, niewątpliwie, spoglądamy sobie w oczy... a rozmowa, jaka teraz nastąpi, będzie nader poważna. Uprzedzam cię, że rozmawiać będziemy w obecności mej matki. Chyba nie masz nic przeciw temu?

– Zupełnie nic – odparła, starając się ukryć zmieszanie.

– Zatem mogę ją poprosić?

– Dobrze. Na razie zostaw mnie samą. Będę gotowa, kiedy matka twoja przyjdzie.

– Matka jest już tutaj.

– Jest już tutaj? – powtórzyła zaniepokojona. – I chcesz, żebyśmy się rozmówili zaraz, teraz już?

– Tak.

– Czemu?... Czemu nie wieczorem... albo jutro?

– Teraz, natychmiast! – odparł kategorycznym tonem. – W ciągu nocy zaszedł dziwny i niezrozumiały dla mnie wypadek: zawezwano mnie telefonicznie do mej matki, widocznie komuś zależała na usunięciu mnie z domu. I dlatego postanowiłem przyspieszyć termin tej naszej decydującej rozmowy... Chcesz może przedtem co zjeść?

– Nie... nic nie chcę...

– Zatem idę po matkę.

Otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju. Iwona rzuciła okiem na zegar: była godzina 10:35.

Wzdrygnęła się przeniknięta zimnym dreszczem.

Dziesiąta trzydzieści pięć! Horacy Velmont jej nie uratuje i nikt ani nic na świecie jej nie zdoła uratować, bo owa fatalna obrączka nie zniknie z jej palca.

Hrabia wrócił po chwili wraz ze swoją matką. Hrabina d’Origny była to sucha, koścista staruszka, która Iwony nigdy zbytnio nie lubiła. I teraz weszła, nie uważając za wskazane przywitać się ze swą synową, co wskazywało dobitnie, że przeszła już zupełnie na stronę swego syna.

– Sądzę – odezwała się oschłym głosem – że szkoda tracić czas na długie dyskusje. Krótko mówiąc, syn mój przypuszcza...

– Ja nie przypuszczam, mamo, ja twierdzę stanowczo! – przerwał jej hrabia. – Twierdzę i gotów jestem przysiąc na to, że przed trzema miesiącami, w czasie wakacji, tapicer, który układał dywany w tym pokoju, znalazł w szparze posadzki obrączkę ślubną mej żony. Tę obrączkę mam tutaj oto. Wewnątrz wyryta jest data ślubu: 23 października.

– Zatem obrączka, którą twoja żona nosi...

– Jest inną zupełnie, drugą... W myśl moich wskazówek lokaj mój, Bernard, po długich poszukiwaniach odnalazł w końcu na przedmieściu Paryża owego złotnika, który obrączkę tę sporządził. Złotnik ten przypomina sobie doskonale i gotów to każdej chwili poświadczyć, że na obrączce klientka jego kazała wyryć nie datę, lecz jakieś imię. Jakie to było imię, już sobie dziś nie przypomina, ale może jego ówczesny pomocnik będzie jeszcze pamiętał. Odniosłem się do niego listem; wczoraj odpisał mi, że jest każdej chwili do mej dyspozycji. Dziś o dziewiątej rano posłałem po niego Bernarda. Wrócił razem z owym pomocnikiem, czekają obydwaj w moim gabinecie.

Zwrócił się do Iwony:

– Mogę cię poprosić o oddanie mi dobrowolnie tej obrączki?

– Wiesz przecie, że nie mogę jej ściągnąć z palca. Sam się o tym przekonałeś owej nocy, gdy próbowałeś mi w czasie snu ją zdjąć.

– W takim razie każę tu zawołać owego człowieka... Nie masz nic przeciw temu? On ma potrzebne narzędzia.

– Dobrze – odparła słabym głosem.

Była już zupełnie zrezygnowana. Oczyma duszy widziała już, co ją niechybnie czeka: skandal, rozwód, przyznanie dziecka ojcu...

Stara hrabina d’Origny zauważyła sucho:

– Bardzo byłaś lekkomyślna, Iwono!

Iwona chciała odpowiedzieć, wyznać wszystko, szczerą prawdę, prosić jej o pomoc. Ale rozmyśliła się natychmiast. Czyż to co pomoże? Czy hrabina, uwierzy w jej niewinność?

Zresztą w tej samej chwili do buduaru wszedł hrabia w towarzystwie lokaja i jakiegoś mężczyzny niosącego pod pachą małe zawiniątko.

– Wiecie już, o co idzie? – zapytał go hrabia.

– Wiem, panie hrabio – odparł. – Jakiś pierścionek trzeba przepiłować... To głupstwo... Zrobi się na poczekaniu...

– A potem powiecie mi, czy ten napis, umieszczony wewnątrz pierścionka, wyście sami wyryli.

Iwona spojrzała na zegar. Dochodziła jedenasta. Zdawało jej się, że gdzieś na dole, ktoś rozmawia głośno... Może to Velmont, może w ostatniej chwili przychodzi ratunek?... Ale nie, głosy umilkły, widocznie byli to przekupnie uliczni przechodzący pod oknami.

Więc wszystko przepadło! Horacy Velmont nie zdołał jej uratować. Nie można liczyć na obietnice niczyje... jeżeli chce odzyskać swoje dziecko, musi polegać tylko na własnych silach.

Wzdrygnęła się z obrzydzeniem, bo ów robotnik brudną ręką dotknął jej białych palców.

Przepraszał ją zaambarasowany. Hrabia odezwał się ostro:

– No, musisz się raz zdecydować!

Wyciągnęła tedy swą drżącą, białą rękę; robotnik ujął ją, obrócił dłonią do góry, opierając lekko o stół.

Operacja nie trwała długo. Maleńkie obcążki, kilka pociągnięć piłką... jedno silnie szarpnięcie i obrączka była przecięta. Teraz trzeba było tylko odchylić nieco oba jej przepiłowane końce, aby dała się ściągnąć z palca. Robotnik zrobił to zgrabnie i szybko.

– Nareszcie! – wołał tryumfująco hrabia. – Nareszcie przekonamy się... mamy dowód... i wszyscy poświadczymy...

Ujął obrączkę i spojrzał na wyryty wewnątrz napis.

Z ust wyrwał mu się okrzyk zdumienia i wściekłości.

Wewnątrz obrączki wyryta była data: 23 października... data ich ślubu!

*     *
*

Siedzieliśmy na tarasie kasyna w Monte Carlo. Lupin, skończywszy opowiadanie, zapalił papierosa, bawiąc się puszczaniem kółek z dymu.

– No i co dalej? – zagadnąłem go.

– Co dalej?... Nic.

– Żartujesz... Jakże się skończyło?

– To już koniec. Cóż chcesz więcej jeszcze? Iwona się uratowała. Hrabia, nie mając przeciw niej żadnego dowodu, musiał wreszcie zrezygnować z planów rozwodu i oddać jej syna. To wszystko. Potem uciekł od swej żony. Iwona żyje sama, szczęśliwa, spokojna, razem ze swym synem, obecnie szesnastoletnim chłopcem.

– Wszystko to bardzo pięknie... ale w jaki sposób właściwie ją wyratowałeś?

Lupin wybuchnął śmiechem:

– Mój kochany – odparł – może ty i umiesz zręcznie opisywać moje przygody, ale widzę, że zawsze muszę ci koniecznie położyć kropkę nad i. Ręczę ci, że Iwona nie potrzebowała tak szczegółowych objaśnień.

– To trudno – odrzekłem – musisz położyć te kropki nad i. Ja nie jestem taki domyślny.

Wyciągnął z kieszeni monetę pięciofrankową, położył ją na dłoni, a zamykając dłoń spytał:

– Co trzymam w ręce?

– Pięć franków – odpowiedziałem.

Otworzył dłoń – była pusta.

– Widzisz, jakie to proste. Przepiłowuje się jedną obrączkę, na której wyryte było imię, a wręcza się inną, z wyrytą na niej datą 23 października. Podobne hokus-pokus dla mnie nie przedstawia najmniejszej trudności. Nie na próżno przecież pracowałem pół roku z Pickmannem.

– W takim razie...

– No, śmiało, mów!

– Ów pomocnik złotnika?...

– To był Horacy Velmont, vulgo Arsène Lupin, we własnej osobie. O trzeciej rano, odchodząc od hrabiny, skorzystałem z chwili czasu, jaki mi jeszcze zostawał do dyspozycji przed powrotem jej męża, i zajrzałem do gabinetu hrabiego. Na biurku leżał list przysłany przez owego jubilera-złotnika... Był tam jego dokładny adres. Wystarczyło kilkadziesiąt franków – porozumiałem się ze złotnikiem i zająłem miejsce owego pomocnika. Idąc do hrabiego, miałem już zawczasu przygotowaną obrączkę, pięknie przepiłowaną, z wyrytą wewnątrz datą. Hrabia dał się wziąć na kawał.

– Ślicznie – zauważyłem z uznaniem. I z lekkim odcieniem ironii dodałem: – A nie przyszło ci na myśl, że i ciebie wzięto na kawał?

– Kto? Jakim sposobem?

– Hrabina. Owo imię, wyryte na obrączce, jako talizman... Ów tajemniczy młodzian, co kochał i cierpiał w milczeniu... Coś mi się to wydaje zbyt fantastyczne... I mam grube wątpliwości, że może owa miłość nie była tak idealnie czysta... i tylko platoniczna...

Lupin spojrzał na mnie spod oka.

– Mylisz się – odrzekł krótko.

– Skądże ty to możesz wiedzieć?

– Hrabina skłamała trochę, nie zaprzeczam, mówiąc mi, że kochała go jeszcze za panieńskich czasów, że on umarł... Ale mam niezbite dowody, że była to miłość zupełnie idealna, której tamten nawet się nie domyślał.

– Jakież to dowody?

– Wypisane wewnątrz owej obrączki, którą wówczas własnoręcznie przepiłowałem na palcu hrabiny, i którą stale noszę przy sobie. Masz, przeczytaj, co tam wyryte.

Podał mi maleńką obrączkę. Przeczytałem: Horacy Velmont.

Zapadło milczenie; na twarzy mego przyjaciela malowało się jakieś wzruszenie, niezwykłe, melancholijne zamyślenie.

Wreszcie odezwałem się:

– Czemuż zdecydowałeś się dziś na opowiedzenie mi tej historii, o której robiłeś już parokrotnie dyskretne wzmianki?

– Czemu?

Wskazał mi dyskretnie ręką na elegancką, ładną jeszcze kobietę, przechodzącą w pobliżu w towarzystwie młodego chłopca.

Spostrzegła Lupina i skinęła mu przyjaźnie głową.

– To ona – szepnął – razem ze synem.

– Poznała cię zatem?