Zuźka D. Zołzik pierwszakiem. Katastrofa morska - Barbara Park - ebook

Zuźka D. Zołzik pierwszakiem. Katastrofa morska ebook

Park Barbara

0,0

Opis

 

Ahoj! Dzieciaki z Sali numer 1 przygotowują przedstawienie o Krzysztofie Kolumbie! Są w nim statki, żeglarze i w ogóle wszystko co trzeba! W dodatku Zuźka D. Zołzik znowu ma szansę zostać gwiazdą! Okazuje się jednak, że nie tak łatwo przepłynąć ocean! Aktorzy chorują, a Maja jak zwykle się szarogęsi. Czy dzieciakom z Sali numer 1 grozi katastrofa?

 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.

Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.

 

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu

Miejska Biblioteka Publiczna im. Jana Pawła II w Opolu (5)

Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Asnyka w Kaliszu (2)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 33

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



BARBARA PARK

 

 

Przełożyła Magdalena Koziej

Ilustrowała Denise Brunkus

 

Nasza Księgarnia

1 Wdychanie zarazków

 

Odłożyłam ołówek, żeby się zastanowić nad tą sytuacją. Tylko że nie miałam nawet czasu, żeby się dobrze skupić. Bo nagle usłyszałam dziwny odgłos po drugiej stronie klasy.

Odwróciłam głowę w tamtym kierunku.

I - BŁEEE!

Chłopiec, który ma na imię Robert, zwymiotował na podłogę!

To była najohydniejsza rzecz, jaką widziałam! Poza tym nie pachniało to najładniej.

Szybko zatkałam nos i zamknęłam oczy.

Ale nie ma tak dobrze. Bo moje durne oczka robią, co zechcą. I ciągle rzucały ukradkowe spojrzenia na tego pawia.

To chyba były chrupki Cheerios.

Wreszcie położyłam głowę na ławce. I zakryłam ją rękami.

Ale to jeszcze nie koniec kłopotów.

Bo chłopiec, który ma na imię Marek, nie mógł znieść tego pawia.

Zerwał się z krzesła i wybiegł z klasy!

To była niespodzianka, mówię wam!

Pan Straszny popędził za nim. I za sekundkę przywlókł Marka z powrotem.

Potem zadzwonił do szkolnej pielęgniarki, pani Wandy. Powiedział, że natychmiast potrzebujemy jej pomocy.

- Proszę się pospieszyć! - poprosił. - Błagam!

Tak więc pani Wanda wparowała po chwili do klasy jak jakiś odrzutowiec.

Podbiegła do Roberta i coś do niego cicho powiedziała. Potem oświadczyła, że wszystko będzie dobrze.

Robert zwiesił ze wstydem głowę. Zrobiło mi się go żal.

Poza tym przez niego było mi niedobrze.

Wreszcie pani Wanda pomogła Robertowi wstać z krzesła. I wzięła go za rękę. I zabrała do swojego gabinetu.

Potem nie mogliśmy nic robić w klasie. No bo jak można coś robić z pawiem na podłodze?

Ale - hura, hura! - wkrótce zjawił się nasz Pan Dozorca, Igor Marsewicz.

Wyskoczyłam z ławki na jego widok.

- Panie Igorze! To ja, Zuźka Zołzik! Robert zwymiotował!!!

Pan Dozorca puścił do mnie oko.

Potem skierował się prosto do ławki Roberta. Wyjął swój specjalistyczny sprzęt dozorcy. I posypał tego pawia jakimś proszkiem.

I - czary mary! - udało mu się zgarnąć wszystko, jakby było niewidzialne!

Aż wytrzeszczyliśmy oczy ze zdumienia.

- O rany! - krzyknął mój przyjaciel Julek.

- Si... o rany! - przyznał mój drugi kumpel, Jose. - To jakiś magiczny proszek.

Powąchałam powietrze.

- Tak! Naprawdę jest magiczny, Jose! - przyznałam. - A w dodatku pachnie cytryną!

Inne dzieci też pociągnęły nosami.

- Mmm... naprawdę jest cytrynowy - zauważyła Kasia. - Chciałabym, żeby moja mama miała coś takiego. Ona uwielbia sprzątać i wszystko pucować.

- Moja też - powiedział mój najlepszy kumpel Hubert.

Nagle Hubert podskoczył uradowany na krześle.

- Ej, słuchajcie! - zawołał. - W sobotę są urodziny mojej mamy! Może jej to kupię? Kupię jej tubę tego magicznego proszku! Jak on się nazywa, panie Igorze?

Panu Dozorcy zrzedła mina. Łypnął na pana Strasznego, a potem na Huberta. Przeczesał włosy dłonią. I wreszcie zdradził nam nazwę tego tajemniczego proszku.

- Pochłaniacz Wymiocin - powiedział cicho. - Nazywa się Pochłaniacz Wymiocin - powtórzył głośniej i wyraźniej.

Huberta zamurowało. Stał jak wryty i nie mógł wydusić z siebie słowa. Po chwili wzdrygnął się lekko i usiadł na swoim miejscu.

- Chyba po prostu dam jej jakiś rysunek - mruknął pod nosem.

Pan Marsewicz pokiwał głową.

Potem spakował swój specjalistyczny sprzęt dozorcy. I pomachał nam wszystkim. A pan Straszny odprowadził go na korytarz.

Gdy wrócił, zastał Marka z papierową torebką po śniadaniu na głowie. Natychmiast spróbował ją zdjąć, ale Marek mocno trzymał.

- Nie!... Ja tego potrzebuję! - wybełkotał. - Jak zostanę w środku, nie złapię zarazków Roberta.

Na te słowa uniosłam brwi ze zdumienia.

- Co ty wygadujesz, Marku! - obruszyłam się. -Jak możesz złapać zarazki Roberta? Przecież pan Igor Marsewicz właśnie je zgarnął do kubła, pamiętasz?

- Zarazki Roberta są NIE TYLKO w tym wiadrze, Zuziu - zahuczał Marek z głębi swojej torby. - Kiedy ktoś wymiotuje, zarazki wyskakują w górę jak fontanna i czmychają we wszystkie strony. I potem, gdy ktoś oddycha tym samym powietrzem, może wciągnąć je przez nos!

Aż się wzdrygnęłam, słysząc te rewelacje. Potem rozejrzałam się wokół. Bardzo powoli podniosłam rękę. I zatkałam sobie nos.

Dzieci z Sali numer 1 patrzyły na mnie. Potem - jedno po drugim - zaczęły zatykać nosy.

Po chwili już wszyscy mocno ściskaliśmy nosy palcami. I nie oddychaliśmy przez cały ranek.

2Zatykanie nosa

Nie jest łatwo trzymać palcami zatkany nos i jednocześnie jeść kanapkę. Kiepsko się wtedy przełyka. No i właściwie to nie da się oddychać.

Dobrze to wiem, bo wszystkie dzieciaki z Sali numer 1, ze mną włącznie, trzymały palcami nosy w czasie przerwy śniadaniowej.

W dodatku, żując, czułam, że uszy mi się zatykają.

Poklepałam swojego kumpla Huberta.