Zostały jeszcze pieśni... Jacek Kaczmarski wobec tradycji - Praca zbiorowa - ebook
Opis

Zdumiewająca jest ciągła aktualność (i przekleństwo) tych pieśni, ich przydatność do komentowania nieustannie przecież zmieniającej się rzeczywistości. Świadom tego faktu, Kaczmarski pogodził się również z tym, iż dzieląc się nimi z innymi ludźmi, tracił nad nimi kontrolę, oddawał je na pastwę – niestety często doraźnej, życiowej – interpretacji.

fragment Wstępu do książki

Autorzy podjęli się ciekawego i ważnego zadania – wagę i wielkość twórczości Kaczmarskiego postanowili pokazać nie tyle w odniesieniu do wydarzeń społecznych i politycznych lat 70. i 80. (kiedy powszechnie kojarzono go z Solidarnością i stanem wojennym, a jego twórczość identyfikowano jako głos opozycji) – bo tak byłoby najprościej, postanowili natomiast osadzić autora Obławy i jego dorobek w kontekście narodowych tradycji (np. romantyzmu), w kontekście „wielkich historii” (II wojny światowej) i równie wielkiego dziedzictwa kultury czy sztuki.

fragment opinii wydawniczej prof. Mariusza Zawodniaka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zostały jeszcze pieśni…

Jacek Kaczmarski wobec tradycji

pod redakcją Krzysztofa Gajdy i Michała Traczyka

Zostały jeszcze pieśni. One Już, chcę czy nie chcę, nie są moje. Niech cierpią los swój – raz stworzone Na beznadziejny bój z ustrojem. Sczezł ustrój, a słowami pieśni Wciąż okładają się współcześni.

Jacek Kaczmarski,

Copyright © 2010, Wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-072-4

Projekt okładki: Piotr Hossa

Fotografia na okładce: Krystyna Mathiak

Redakcja merytoryczna: Krzysztof Gajda, Michał Traczyk

Skład i łamanie: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

WSTĘP

Punkt wyjścia dla niniejszej książki stanowiła konferencja Jacek Kaczmarski w świecie pieśni, zorganizowana na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej UAM w dniach 21-23 marca 2007 roku. Głównym pretekstem tego spotkania była pięćdziesiąta rocznica urodzin pieśniarza. Posiedzenia odbywały się w gościnnych salach Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a jubileuszowy koncert został zorganizowany we współpracy z Estradą Poznańską. Honorowy Patronat nad konferencją sprawował Wiceprezydent Miasta Poznania Maciej Frankiewicz. Konferencja odbyła się dzięki wsparciu finansowemu Fundacji Centrum Solidarności a szczególne podziękowania kierujemy do panów Henryka Sikory i Bogdana Lisa. Jednak czas, który minął od tego wydarzenia, sprawił, że niektóre teksty uległy mniejszym lub większym zmianom, część decyzją autorów nie weszła w skład tomu, w zamian pojawiły się inne, uzupełniając niniejszą pozycję, dopełniając jej ogólną wizję.

Książka ma za zadanie pokazać główne tendencje obecne w refleksji nad twórczością Kaczmarskiego, a zatem badanie kwestii związków z tradycją, polegających i na poszukiwaniu genologicznej tożsamości, i na świadomym wybieraniu przez twórcę elementów historii decydujących o tematyce jego pieśni. Po pierwsze bowiem – jednym z dominujących tematów dla współczesnych badaczy, gotowych na rozmaite sposoby poznawać naukowo ten przebogaty dorobek, stał się problem poszukiwania genologicznej tożsamości autora nieśmiertelnych Murów, granic między poezją a piosenką, między wierszem a pieśnią – z natury swej nierozwiązywalne właśnie dzięki twórczości takiej, jak niżej omawiana. Po drugie natomiast – tradycja, historia są tymi elementami, których – obcując z twórczością Kaczmarskiego – nie sposób nie zauważyć, a tym bardziej pominąć. Tradycja, historia rozumiane bardzo szeroko, jako zbiór społeczno-polityczno-kulturowych doświadczeń nawarstwiających się przez wieki, które stają się udziałem zarówno całych społeczeństw, grup wspólnotowych, jak i jednostek. Wrażliwość Kaczmarskiego w tym zakresie oraz bogactwo odniesień są zdumiewające.

Tak jak zdumiewająca jest ciągła aktualność (i przekleństwo) tych pieśni, ich przydatność do komentowania nieustannie przecież zmieniającej się rzeczywistości. Świadom tego faktu, Kaczmarski pogodził się również z tym, iż dzieląc się nimi z innymi ludźmi, tracił nad nimi kontrolę, oddawał je na pastwę – niestety często doraźnej, życiowej – interpretacji.

Naszym podstawowym założeniem było szerokie spojrzenie na twórczość Jacka Kaczmarskiego. Staraliśmy się nie ograniczać zakresu poszukiwań jedynie do perspektywy literaturoznawczej. Zależało nam na możliwie bogatym spektrum oglądu, nie wykluczającym innych dziedzin wiedzy humanistycznej. Istotny wydawał się także problem źródeł pieśni autorskiej i jej miejsca w pejzażu kultury powojennej. Wreszcie, uwzględniając jubileuszowy charakter spotkania, liczyliśmy na udział osób związanych bezpośrednio ze zmarłym przedwcześnie artystą, dla których Jacek Kaczmarski był nie tylko autorem i wykonawcą ballad oraz ponadczasowych pieśni, ale też przyjacielem, współpracownikiem, kimś osobiście bliskim. Powyższe założenia udało się zrealizować, nie wszystkie jednak w identycznym stopniu.

Koncepcja niniejszego projektu zaowocowała zróżnicowaniem języków, sposobów wypowiadania przez poszczególnych autorów. Znajdziemy więc tu teksty uruchamiające możliwie pełny aparat literaturoznawczy – i ze względu na naukowe założenia projektu, takich wypowiedzi jest tu najwięcej – ale są też teksty wykorzystujące reguły gatunkowe eseju, gawędy czy wspomnieniowego szkicu. Jednak dla wszystkich tych wypowiedzi wspólnym, bardzo wyraziście zaznaczonym mianownikiem pozostaje osobowość i – przede wszystkim – twórczość Jacka Kaczmarskiego. Mamy nadzieję, że dzięki programowej polifoniczności książka okaże się ciekawym doświadczeniem lekturowym dla wszystkich miłośników twórczości bohatera tego tomu, piosenki, pieśni autorskiej oraz innych przejawów intersemiotyczności w sztuce.

Krzysztof Gajda, Michał Traczyk

BARDOWIE

(Jadwiga Sawicka)

BARDOWIE

Bardowie mają, jak wiadomo, znakomite parantele i legendarny rodowód. Przyjmujemy, że istnieją między nimi związki i powinowactwa w czasie i przestrzeni. Wszyscy aoidzi, druidzi, skaldowie, minnesängerzy, rybotyci posiadają pewne wspólne, niezbadane cechy. Jedno jest pewne – wszyscy śpiewali.

W potocznym odbiorze nazwanie kogoś bardem wiąże się z uznaniem, jest rodzajem nobilitacji. Sam wyraz „bard”, pochodzenia celtyckiego, pojawił się dawno, ale co oznacza dziś, jaki jest jego zakres, jakie są kryteria „bardostwa” – nie bardzo wiadomo.

Przyjrzyjmy się małemu odcinkowi czasowemu, kilku zagadnieniom i egzemplifikacji ograniczonej do pięciu nazwisk. Myślę o współczesnych śpiewających poetach, żyjących w systemach autorytarnych, o poetach buntu i naporu. Wybór uwzględnił twórców prezentujących „ostre wartości estetyczne”. Jacek Kaczmarski, Jan Krzysztof Kelus, Karel Kryl, Aleksander Galicz, Włodzimierz Wysocki nie są poetami łagodnymi, nie ma w ich tekstach sentymentalnego porozumiewania się z odbiorcą, tworzą je na gruncie buntu, negacji, ironii.

Współczesny bard to według Władimira Bukowskiego „człowiek z gitarą”. Gitara – instrument stary, domowy, prywatny, kojarzy się z rosyjskim romansem – zmieniła funkcję, stała się znaczącą częścią roli barda, zapewniała mu niezbędną niezależność, możliwość swobodnego poruszania się i występowania przed wybranym audytorium. Prostota wykonania stanowiła o jego sile, skupiała uwagę odbiorcy na słowie. Stwarzała możliwość uniezależnienia się od sfery oficjalnej. Człowiek z gitarą, śpiewający własne teksty z własną melodią, był wolny. Twórca, melodia i tekst tworzą trójczłonową całość, do której należy stosować właściwy klucz. Tekst napisany można oddzielić od osoby twórcy, śpiewanego – nie można.

Pieśń barda, związana ściśle z jego osobowością, głosem, sposobem śpiewania jest zaprzeczeniem estrady jako komercjalizacji kultury. Przy jej badaniu trzeba uwzględnić biografię twórcy, uwarunkowania społeczne, osobowość i strukturę utworu. „Za żadną cenę nie być estradowcem” – pisał Kaczmarski. „My nie estradnyje piewcy” – mówił Wysocki, kpiąc z pustki znaczeniowej estradowej piosenki. Śpiewający poeta zjawił się jako zaprzeczenie wszelkiej instytucjonalizacji. Bardowie przywrócili dawną jedność słowa i muzyki, przypomnieli, że muza najpierw śpiewała, a dopiero potem nauczyła się pisać. Słowo połączone z melodią podlega odrębnym prawom. Odmienna jest struktura wiersza, inna funkcja refrenu, większa uwaga skierowana jest na walory foniczne. Tekst musi być dostosowany do śpiewania. Bard często korzysta z obiegowych powiedzeń, przysłów, cytatów. Do środków ściśle oralnych należą podkreślenia głosem, zmiany intonacji, cytaty głosowe. Słowo oralne ma dużą możliwość silnego oddziaływania, nie powoduje to jednak uproszczeń. Jak pisze Walter J. Ong: „Kultury czysto oralne są w stanie wytworzyć wyrafinowane formy sztuki werbalnej”[1]. Środki poetyckie tekstu śpiewanego są dostosowane do odmienności komunikacyjnej i innego – oralnego zapamiętywania dzieła[2]. Pieśń autorska jest zależna tylko od twórcy. Słowo niepoddane cenzurze ani autocenzurze zdobyło sobie margines wolności i tak bard potrafił przywrócić zaufanie do słowa. W świecie „zamkniętego języka” słowo prawdziwe pełniło szczególną funkcję.

Miejsce śpiewającego poety w zbiorowości zależy od jego roli społecznej, a tę daje mu odbiorca. W świadomości słuchacza specyficzność kontaktu prywatnego, przeważnie poza drukiem, była decydująca. Dodatkową szansę dla twórczości bardów stworzyły taśmy magnetofonowe. Taśmy, choć przegrywane wielokrotnie, technicznie bardzo kiepskie, miały specyficzną wartość – autentyczność. Poeta śpiewający przełamywał opozycję artysta-zbiorowość. Jego miejsce w kulturze można określić w opozycji do kultury elitarnej i masowej. Stworzył mechanizmy obronne przeciw nim, nie był poetą hermetycznym, trudnym w odbiorze, ale odbiorca musiał go świadomie szukać, musiał chcieć go zrozumieć, być odbiorcą aktywnym, który oczekuje prawdziwego słowa.

Jednym ze słów-zaklęć barda była prawda. Wysocki mówił do słuchaczy: „Ja nie przyszedłem, aby się komukolwiek podobać, przyszedłem powiedzieć prawdę”. O mówieniu prawdy w „czasie lichym” śpiewał Kaczmarski. Kelus wiązał prawdę (prawdziwość) z ludzkim głosem przeciw słowu pisanemu. Mówienie prawdy jest związane z wolnością artysty. Rozmaicie artykułowany imperatyw wolności i negacja zależności sztuki występuje w tekstach wszystkich bardów. Taka jest koncepcja wolnej twórczości w pieśni Galicza:

Есть – стоит картина на подрамнике!

Есть – отстyкaны чeтыpe копии!

Есть – магнитофон cиcтeмы «Язa»!

Етoго дocтaтoчнo!

[A. Galicz, Mынe xyжe Гopация].

Aby stworzyć niezależną sztukę, konieczny był „samizdat” magnetofonowy, podobnie jak cały drugi obieg, bez przymusów, ustępstw, rozmów z cenzorem. Tak rozumiał to Kelus, odrzucając wszelkie pertraktacje, wydawał swe pieśni na bardzo po amatorsku nagrywanych taśmach. Ślady kłopotów z cenzorem pozostały w pieśniach Kaczmarskiego. Wysocki nie był drukowany, więc z cenzorem problemów nie miał. Pieśń autorska przede wszystkim nie może kłamać, nie może podmieniać znaczeń słów i używać języka do manipulowania odbiorcą, ma dotrzeć do słów prawdziwych w czasie znieprawienia języka:

I jak tu znaleźć słowa,

które nie będą brzmieć

fałszywie potem?

[J. K. Kelus, Przed nami było wielu].

Według Kelusa słowa zostały splugawione i trzeba zacząć mówić językiem najprostszym. Mówienie prawdy jest warunkiem wolności. Imperatyw wolności był wyjątkowo silnie manifestowany przez bardów: wolności od uwikłań politycznych, wolności jednostkowej w duchu romantycznym. „Ja” barda, dobitnie podkreślane, nie jest utożsamiane z żadną zbiorowością. W twórczości Wysockiego wolność to wartość nadrzędna, którą ciągle trzeba zdobywać. Kaczmarski bronił się przed przypisaniem swej twórczości do jakiejkolwiek orientacji politycznej, bo to już było formą zniewolenia. Bard chce być niezależny jako artysta i w wymiarze społecznym, mieć prawo do swojego „nie lubię”.

Rosyjski historyk i dysydent Natan Ejdelman porównał, w bezwzględnym dążeniu do wolności i umiejętności zachowania trudnej swobody wewnętrznej, bardów z dekabrystami. Wydaje się to ciekawym pomysłem. Wzór dekabrystów przywoływał Galicz:

Oни ж пo нoчaм:

„Oтчизнa!

Tиpaны! Зapя cвободы!”

Beк нaш пpoбyeт нac

Moжeшь выйти нa плoщaдь?

[A. Galicz, Пemepбypгcкий poмaнc].

(Galicz porównuje dekabrystów zgromadzonych na Placu Senackim z manifestacją przeciw aneksji Czechosłowacji, odbywającą się na Placu Czerwonym w Moskwie). Mówienie gorzkich słów współczesnym było charakterystyczne dla twórców, którzy dokonali trudnego wyboru i nie zdobywali słuchaczy pochlebstwem.

Przestrzenią macierzystą śpiewającego poety był wąski krąg przyjaciół, krąg studencki, działaczy opozycji czy ogólnie – krąg ludzi, którym się ufa. Niszowość była punktem wyjścia. Później bardowie zdobywali szerszą popularność, występowali przed większym audytorium. Wysocki, śpiewający pierwotnie dla przyjaciół „na Bolszom Karietnym”, poeta niedrukowany, zdobył niezwykłą sławę. Popularność Kaczmarskiego osiągnięta przed stanem wojennym, kiedy jeździł z gitarą do strajkujących, zrobiła z niego zakładnika polityki, przeciw czemu on sam zbuntował się w imię swobody twórczej. Kryl, zapraszany na koncerty na całym świecie, śpiewał początkowo za talerz zupy. Tę sławę zyskali oni poza jakimkolwiek patronatem, mieli ją dzięki słuchaczom, którzy określili ich znaczenie. Galicz, najbardziej gorzki i ironiczny, niegdyś entuzjasta systemu, pozostał chyba bardem rosyjskiej kuchni, czyli do końca niszowym.

Trudno mówić o jednolitej poetyce bardów. Środki poetyckie każdego były rezultatem wymogów oralności, praw tekstu śpiewanego, odmiennej tradycji poetyckiej. Istnieją między nimi interesujące związki osobowe: wzajemne zainteresowanie, różne formy dialogu i przekłady. Na przykład Kelus przekładał cenionego przez siebie Cohena i prowadził z nim rozmowy w pieśniach. Tłumaczył także, w poczuciu głębszej wspólnoty, Kryla. Obydwaj dążyli do maksymalnej prostoty i kolokwializacji. Obydwu cechuje oszczędność środków poetyckich. Kelus przetłumaczył znaną i cenioną pieśń Braciszku zamknij furtkę, a także Przyjacielu człowieczku w sąsiednim kraju – obie silnie nacechowane lirycznie, bezpośrednie; tożsamość podmiotu lirycznego i osoby Kryla nie budzi wątpliwości. Wyraźnie kontrastuje czuła liryka i ostra retoryka nienawiści. Ta bezpośredniość liryki Kryla jest jej mocną stroną. „Nie jestem bardem Czeskiej Wiosny – mówił – moje piosenki wylansowała okupacja”. To poeta porażony klęską. Dwóch bardów rosyjskich odebrało wejście wojsk sojuszniczych do Czechosłowacji jako własną winę i klęskę (Galicz, Petersburski romans i Wysocki, Ja nikagda nie wiercił w miraży). Kryl jako twórca był świadkiem upadku wartości, degrengolady społeczeństwa, tchórzostwa. Pisał wówczas: „Nie, nie jesteśmy na kolanach. Ryjemy mordą w ziemi”. Legenda Kryla, pieśniarza protestu, powstała i rozprzestrzeniała się bardzo szybko. Stworzył ją pierwotny, najbliższy krąg. Kryl przyszedł śpiewać podczas strajku w szkole filmowej w Pradze. „Kiedy zaczął śpiewać, z minuty na minutę robiło się coraz ciszej. Zapanował jakiś niesamowity nastrój, dziewczyny płakały”[3]. Zapis to ważny, bo ukazuje kształtowanie się wspólnoty nadawca-odbiorca, tak ważnej dla roli barda. Pokazuje krąg, nazwijmy go magiczny, krąg ludzi wciągniętych wewnątrz głosu i słów, reagujących bardzo emocjonalnie. W tym działaniu magicznej siły można było porównać Kryla z Wysockim, Kaczmarskim, nie z bardami niszowymi jak Galicz. Istnieją także między bardami związki bardziej złożone. Najpełniej ukazał to w przekładach (przeróbkach) i opisał Kaczmarski w odniesieniu do Wysockiego. „Zależność aż do bólu” – jak to określił autor Epitafium. „Śpiewanie całym sobą” uznał po zetknięciu się z Wysockim za jedyny sposób ekspresji[4]. W jego pieśniach na wielu piętrach da się odnaleźć twórczość Wysockiego. Prócz wczesnych przeróbek (Obława, Nie lubię) można odczytać cytaty, całe obrazy, nawet ogólnie – postawę poetycką wzorca. Interesujące są świadomie stosowane cytaty dźwiękowe (połączenie muzyki własnej i Wysockiego w Epitafium), naśladowanie głosu, sposobu śpiewania. Tych elementów jest więcej niż jest to możliwe w poezji pisanej.

Bardowie byli wędrowcami. Z bezdomności uczynili zasadę, formę protestu i sposób na życie. Wędrówka – stara metafora ludzkiego bytowania – została przez nich twórczo podjęta. Edward Stachura, bard świętofranciszkański, napisał: „Wędrówką jedną życie jest człowieka”. „Życiopisanie” Stachury odbywało się według formuły: kawałek chleba i sera w chlebaku i w drogę, aby osiągnąć „za dalą dal”. Nohavica śpiewa: „Ruszyłem przed chwilą, a gdzie dojdę – kto wie?” Sama droga jest uprzedmiotowieniem dążeń. Nie zawsze idzie się po to, żeby dokądś dojść, droga sama staje się sensem. Kryl czuł się najlepiej „między” – w samolocie, miał ostre poczucie bezdomności i wydziedziczenia. Wysocki opętany był ruchem i potrzebą ucieczki, jakby w innym miejscu było lepiej („bud’to tam weselej”). Bardem wygnańcem, marzącym o powrocie, stał się w końcu Galicz („Kagda ja wiernus / zaświstiat w fewralie sołowi”). Próbę stworzenia swego miejsca stałego, swego centrum, pomimo wszystko, podjął Kaczmarski, próbę z punktu widzenia statusu barda – wiecznego buntownika i wędrowca – niemożliwą. Zbudować dom, zasadzić drzewo, spłodzić syna i nadal być bardem nie można, nie można również powiedzieć, że dość się dało społeczeństwu; szczególnie że Kaczmarski nadal o niczym innym nie pisał. Bycie bardem to wybór losu, nie zawód wyuczony, a bunt jest mu przypisany. Rozumiał to Kelus, który poszukał swego miejsca „w bok od szosy głównej”, kiedy, według jego określenia, „piosenki od niego odeszły”.

Z bezdomnością i wędrówką wiąże się poczucie przemijalności, nietrwałości, zmienności. „Blowin’ in the wind” – według Dylana. Rozmijanie się, przekraczanie własną twórczością oczekiwań odbiorcy, który wciąż chce słuchać, że mury runęły, nie przyjmuje tragicznego zakończenia. Mury stały się nieoficjalnym hymnem Solidarności i słuchacze przykroili je do swoich potrzeb. Dobrze ujął to zjawisko Kaczmarski w wierszu Bob Dylan, który jest znakomitą interpretacją twórczości Dylana i jednocześnie egzemplifikuje w ciekawy sposób istotę zmienności i przemijania:

Wielbicieli i sług

Tłum ci zawisł u nóg

To wolności twej chciwi strażnicy

[…]

Ale ty patrząc w dal

Płynąć będziesz wśród fal

Aż sam wreszcie staniesz się falą.

To Kaczmarski jest twórcą znanego zdania: „Przecież wrócę, gdy zacznie się dzień”, które jest dopełnieniem „Ja konieczno wiernuś” Wysockiego. Zdanie poszerzyło swoją nośność, nabrało znaczenia uogólniającego, stało się popularne. Mówimy i piszemy o bardach: „powrót”, „odejście”. Oznacza to ludzki i dynamiczny wymiar fenomenu. Zawiera się w nim przekonanie, że bardowie nie stanowią formacji historycznie zamkniętej. Chociaż tak silnie związani byli z wiekiem dwudziestym, wiekiem totalitaryzmów, przekroczyli w swej twórczości, w swym buncie i proteście uwarunkowania swoich czasów. Powrót jest możliwy może także dlatego, że twórczość ta bliska była nie tylko doświadczeniu społecznemu, ale też indywidualnym wyborom i postawom.

Miejsce i rolę barda ukazał Kaczmarski w Epitafium, ta pieśń jest nie tylko wyrazem bolesnego przeżycia śmierci Wysockiego, to nie tylko „fresk o Rosji”, to uniwersalizacja losu barda, artysty niepokornego. Tekst posiada wiele warstw: jedna przedstawia barda działającego w zniewolonym społeczeństwie, tu motyw drogi wiąże się z sowiecką rzeczywistością. Droga nad przepaścią, po grani „z piekła do piekła”, ma bardziej uniwersalny charakter. Chociaż droga w Epitafium ma wymiar infernalny, to jednak ukazany został możliwy powrót. Wzdłuż drogi rozgrywa się często dramat bohatera, jego walka o wolność, obrona własnej osobowości (Kaczmarskiego Bob Dylan). W drodze ujawniają się postawy opozycyjne – ogólnie jest ona znakiem niejednoznaczności ludzkiej kondycji. Wielka metafora drogi-życia zawiera u wielu bardów metafizyczne pytania o cel ostateczny – od wędrówki jako sposobu życia do drogi do Boga jako celu ostatecznego.

Mы ycпeли: в гостн к бoгy нe бывает oпoзданий

[W. Wysocki, Кони npuвepeдливыe].

W pieśni Kryla jest rozpaczliwa prośba o wiarę w obliczu ludzkiej słabości:

Nad miastem mdły księżyca blask

I choć po grób być wierni chcemy

Nim kur zapieje, raz po raz

Boga i siebie się zaprzemy

[K. Kryl, Małej wiary, przekł. M. Miklaszewska].

Próbą przezwyciężenia siebie jest pytanie, jak się wyzbyć nienawiści:

Jak tu ustrzec się obsesji

gdy na pierwszych stronach gazet

druk ocieka nienawiścią

jak się ustrzec nienawiści

[J. K. Kelus, Na przystanku…].

Siły szuka Kelus w człowieku. Inaczej Galicz w pełnym pokory liryku emigracyjnym, który opisuje wymarzoną drogę powrotną:

Когда я вернyсь…

Я пойду в тот одинственный дом,

Где с куполом синим не властно

Соперничать нево

[A. Galicz, Когда я вернусь].

Wewnętrzną równowagę, potwierdzenie wartości znajduje Galicz w świątyni.

Jeszcze inaczej Wysocki, którego romantyczne „ja” w twórczości było podstawą samoutwierdzenia:

Мне есть что спеть представ нераз Всевышним,

Мне есть чем оправдатся перед ним’

[W. Wysocki, У снизу лед и сверну].

Pytania o prawdę prowadzą do pytań metafizycznych, a także pytań o miejsce człowieka, o to, kim on jest, jaka jest kondycja ludzka. Obrazki rodzajowe przekształcają się w refleksję liryczną nad możnością przekroczenia tu i teraz. Bardowie dokonali wyboru prawdy jako koniecznego warunku sztuki. Jak pisze Józef Tischner:

A więc jest jakiś wybór […]. W chwili wyboru dochodzi do głosu mocny imperatyw prawdy. Można go nie posłuchać, bo na tym polega wolność. Ale potem zapłaci się za to. Czym? Płaci się błazeństwem, kiczem, nowymi iluzjami[5].

Przez kategorię prawdy otwierali bardowie drogę do jakości metafizycznych. Wspólnoty ich trzeba więc szukać ponad poetyką.

Krzysztof Gozdowski

O KACZMARSKIM INNYM RAZEM

Formułując w ten właśnie sposób tytuł swojego wystąpienia, powinienem zacząć od wyjaśnień. Nie ukrywam, że pierwsze, co zaświtało mi w głowie po zapoznaniu się z tematem konferencji (Jacek Kaczmarski w świecie pieśni), to pomysł na tekst: Wybrane pieśni Jacka Kaczmarskiego i Stanisława Moniuszki. Projekt komparatystyki dekonstrukcjonistycznej. Nie sądzę jednak, bym tego rodzaju referatem wyszedł naprzeciw oczekiwaniom organizatorów.

I to wcale nie jest tak, bym chciał podważać sensowność i celowość pisania kolejnych tekstów poświęconych autorowi Muchy w szklance lemoniady. Wręcz przeciwnie – w moim przekonaniu bardzo dobrze się dzieje, że problemy omówione czy zasygnalizowane w pionierskiej i bardzo wartościowej poznawczo rozprawie Krzysztofa Gajdy Jacek Kaczmarski w świecie tekstów stają się przedmiotem zainteresowania kolejnych badaczy.

Mój bunt wynika z poczucia bezsilności. Chyba takiego samego, jakie towarzyszyło mi na początku lat dziewięćdziesiątych minionego stulecia, w pracy w poznańskim oddziale Ośrodka „Karta”, kiedy to niemal każdego dnia dowiadywaliśmy się o bezpowrotnym odejściu kolejnego świadka i uczestnika nie tak odległej przecież historii Kołymy, Workuty, Inty, Permu, Sołowek i innych kurortów „najlepszego ze światów”. Tym samym kolejne nagranie czyichś wspomnień, mogące niejednokrotnie być jedynym śladem po jakimś aspekcie łagrowej rzeczywistości, pozostawało niezrealizowane.

Mówiąc wprost – u podłoża mojego buntu leży samo sformułowanie tematu konferencji. Bo cóż ono oznacza? Ano to, że z jednej strony – mamy barda, poetę, przedstawiciela piosenki literackiej, niezależnej, poetyckiej, niekomercyjnej (czy jak inaczej – mniej lub bardziej trafnie – ją określimy), zaś z drugiej – zbadany, opisany w perspektywie synchronicznej i diachronicznej oraz skatalogowany – jakiś „świat pieśni”. Głównie – świat pieśni autorskiej, jak można się domyślać. I nasze zadanie ogranicza się w zasadzie do usytuowania pieśniarskiej twórczości Jacka Kaczmarskiego na świeżutkiej, wielobarwnej, ekskluzywnie wydanej i pozbawionej białych plam tejże mapie świata pieśni autorskiej. I tym samym powiększa się nasza wiedza o zjawisku zwanym piosenką czy pieśnią autorską w ogóle. Nic bardziej mylącego!

W jednym ze swych poprzednich tekstów[6] wspomniałem, że niełatwo jest pisać o kształtowaniu się rosyjskiej pieśni autorskiej w drugiej połowie dwudziestego wieku. Z tych samych zresztą powodów, poprzez które rodzą się problemy z opisaniem tego zjawiska w analogicznym okresie w Polsce. Bułat Okudżawa, Włodzimierz Wysocki, Aleksander Galicz – z jednej strony i chociażby Jacek Kaczmarski – z drugiej to postaci, których dorobek, w sposób niezwykle skuteczny, deformuje wręcz literaturoznawczą refleksję (a tym samym i stan wiedzy) o rosyjskiej i polskiej piosence autorskiej. Rozbudowujące się w imponującym stylu strony internetowe poświęcone wspomnianym przeze mnie artystom, a także rosnąca wciąż liczba związanych z nimi źródłowych i przedmiotowych publikacji oraz festiwali i przeglądów nazwanych ich imieniem, przy doprawdy niewielkiej liczbie inicjatyw związanych z twórczością pozostałych przedstawicieli tego nurtu, rodzą pokusę do traktowania tych ostatnich jako „niedojrzałych, młodszych braci” Wielkich Bardów. A przecież owa pozorna „niedojrzałość” i „niedorośnięcie do długich spodni czy wieczorowej sukni” wynikały częstokroć z odmiennego rozumienia koegzystencji słowa i muzyki, a także emploi wykonawcy piosenki autorskiej.

Jurij Wizbor, Jurij Kukin, Jewgienij Klaczkin, Paweł Anczarow, Aleksander Gorodnicki, Nowełła Matwiejewa, Dmitrij Suchariow, Wiktor Berkowski, Siergiej Nikitin, Julij Kim – to ponad wszelką wątpliwość wybitni twórcy rosyjskiej pieśni autorskiej. I jakże odmienni w swojej poetyce i w swoim emploi od Galicza czy Wysockiego. A polska piosenka autorska? To Adam Cichocki, Wojciech Bellon, Andrzej Sikorowski, Elżbieta Adamiak, zespół Browar Żywiec, Jan Krzysztof Kelus, Grzegorz Tomczak, Piotr Warcholak, Edward Stachura, Andrzej Poniedzielski, Antonina Krzysztoń, Mirosław Czyżykiewicz, Jan Zazula, Jan Wołek, Jacek Kleyff, Dominik Księski, Stefan Brzoza, Tadeusz Sikora i wielu innych. Oczywiście, niektórzy z nich, jak na przykład Piotr Warcholak, laureat Giełdy Piosenki w Szklarskiej Porębie w 1969 roku, pozostali autorami kilku utworów. Śmiem jednak twierdzić, że i oni wywarli znaczący wpływ na kształtowanie się piosenki studenckiej. Pominięcie ich dorobku przy omawianiu świata pieśni autorskiej byłoby tym samym, co charakterystyka poezji polskiej okresu romantyzmu wyłącznie w oparciu o twórczość Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego.

Z nieco podobnym problemem przyszło się już zmierzyć organizatorom warszawskiej konferencji Bardowie w roku 2000. Wydawać by się mogło, że w samym jej temacie tkwiła sugestia, iż Jadwidze Sawickiej i Ewie Paczoskiej zależy na wyodrębnieniu zespołu cech, które można byłoby nazwać czymś w rodzaju „istoty bardostwa”. Tymczasem, jak możemy przeczytać we wstępie do pokonferencyjnej książki: „Nie udało nam się wyraźnie określić poetyki pieśni bardów, łatwiej było nazwać style manifestowania się jej odmienności”[7].

Przyczyna takiego stanu rzeczy wydaje się prosta – bohaterami prezentowanych referatów byli twórcy tak odmienni kulturowo, jak Bob Dylan, Jacek Kaczmarski, Wolf Biermann, Felix Leclerc, Fabrizio de Andre czy Aleksander Galicz.

Jednak najistotniejsze wydaje mi się kolejne spostrzeżenie. Szkoda, że zaledwie zasygnalizowane: „Fenomen bardów pozostaje zawsze, jak przekonują zebrane w tym tomie artykuły, fenomenem wspólnoty. Jej budowanie łatwiej opisać w przypadku bardów systemów totalitarnych”[8]. A przecież właśnie konferencja czy program badawczy pod nazwą Bardowie systemów totalitarnych mogłyby stać się przyczynkiem do publikacji o bardziej syntetycznym charakterze.

I jeszcze raz powrócę do swojego, wyartykułowanego powyżej, buntu i poczucia bezsilności. Otóż wydaje mi się (niejednokrotnie podkreśla to również w swych publikacjach Krzysztof Gajda), że Jacek Kaczmarski jest na tyle osobnym zjawiskiem w świecie polskiej piosenki autorskiej, że nawet najbardziej kompletna monografia jego twórczości będzie li tylko jego monografią.

Tymczasem dotychczas spisana historia polskiej współczesnej (powstałej, podobnie jak w Rosji – w drugiej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia) piosenki autorskiej to w zdecydowanej większości zbiór przyszywanych po czasie legend, domowych i środowiskowych klechd, laurkowo-nostalgicznych stron internetowych „dinozaurów” gatunku i domorosłych „koszałków-opałków”.

Kiedy nie tak dawno temu wysłałem e-mail do administratora jednego z największych (i ponoć – najlepszych) portali internetowych poświęconych piosence autorskiej z zapytaniem, czy byłby w stanie wskazać mi jakieś materiały – teksty albo opracowania związane ze Stefanem Brzozą, otrzymałem odpowiedź: „Co do Stefana Brzozy, nie posiadam żadnych informacji, ale najlepiej, jakby pan sam do niego napisał”. Zatem napisałem. Wiersz zaczynający się od słów: „Szanowny Panie Stefanie! Proszę wybaczyć, że przeszkadzam. Dobrze wiem, że Pan nie żyje…” Bo przecież Brzoza – bard czasów stanu wojennego – zginął bądź też został zabity w Tatrach w 1985 roku.

Z pasją i z miłością, ale przecież „w czasie złym” napisana książka Jana Poprawy[9] to chyba nadal najczęściej cytowana przez badaczy piosenki studenckiej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pozycja, choć przecież bardziej sygnalizuje ona niż analizuje istnienie pewnych zjawisk. Muszę powiedzieć, że najbardziej zazdroszczę autorowi widocznej niemal na każdej stronie eseju olbrzymiej wiary i przekonania, że w jakiejś wymiernej przyszłości znajdą się badacze, którzy zechcą kontynuować podjętą przez niego pracę. Bo przecież materiał był wtedy na wyciągnięcie ręki – artyści, almanachy studenckie wydawane „do użytku wewnątrzuczelnianego” i uczelniana dokumentacja, świadkowie. Nagrane kasety nie zdążyły się jeszcze zestarzeć. Co najwyżej na niektórych z nich, tych zarekwirowanych, „dzieci ubeków ponagrywały sobie swoje przeboje” , jak określił to Jan Krzysztof Kelus.

Niestety, kiedy świat cenzury przekształcił się (niekiedy przy współudziale byłych cenzorów i byłych partyjnych decydentów) w świat swobodnego przepływu informacji i wolnego rynku, okazało się, że wiedza o piosence autorskiej przeszła na własność dystrybutorów oraz kronikarzy kultury masowej i została przez nich potraktowana jak wytwory popkultury – jako towar jednorazowego użytku, w kategoriach sensacji, komiksu czy wideoklipu, zaś z samymi niezależnymi artystami stało się to, co z uczniami Naszej klasy Jacka Kaczmarskiego…

Czy można mówić dziś o stanie badań nad polską piosenką autorską? Odpowiedź pozytywna byłaby tworzeniem bytów nieistniejących. Można mówić jedynie o stanie badań nad twórczością Jacka Kaczmarskiego, Jana Krzysztofa Kelusa, może jeszcze Jacka Kleyffa. I to głównie – za sprawą Krzysztofa Gajdy.

Jeżeli wspomniałem na początku swojego tekstu o poczuciu bezsilności towarzyszącym mi w pracy w poznańskim oddziale „Karty”, to uczyniłem tak dlatego, że dla współczesnego badacza i historiografa polskiej piosenki autorskiej drugiej połowy dwudziestego wieku głównym wrogiem jest czas. Jeżeli bowiem prawdziwa okaże się teza o podobnej genezie omawianego zjawiska w Rosji i Polsce, oznacza to, że autorzy, wykonawcy, uczestnicy i świadkowie narodzin piosenki tworzonej „poza państwowym monopolem” mają dzisiaj w najlepszym razie po około siedemdziesiąt lat. W sytuacji braku źródeł pisanych (nawet Witold Michałowski – piewca Bieszczad i Beskidu Niskiego niewiele pisze o piosence autorskiej śpiewanej przy ogniskach swojej młodości) podstawowym sposobem rekonstrukcji tego okresu wydaje się sięgnięcie do ludzkiej pamięci i domowych archiwów. I – podobnie jak w „Karcie” – musi to być praca zespołowa.

Na przyszłego badacza polskiej piosenki autorskiej czyha jeszcze sporo innych, przykrych niespodzianek. Nieznani, w sensie – niezidentyfikowani, pozostają autorzy wielu utworów – dotyczy to zarówno muzyki, jak i tekstu. W wielu wypadkach problemem staje się ustalenie daty powstania konkretnej piosenki i tak zwanej wersji autorskiej. Dotyczy to zwłaszcza utworów o folkowej proweniencji. Cytowany tu już Jan Krzysztof Kelus niejednokrotnie powtarzał, że nigdy nie miał pretensji do wykonawców, którzy „przerabiali” jego teksty dla własnych potrzeb i aktualnych okoliczności. „Bo taka była tych tekstów natura”.

Nasuwać może się pytanie, czy warto w ogóle podjąć próbę rekonstrukcji, periodyzacji i opisania polskiej piosenki autorskiej?

Jan Poprawa napisał w swoim eseju: „Celem śpiewania poetów była rozmowa”. Rozmowa zaś możliwa jest, jak to określiły Jadwiga Sawicka i Ewa Paczoska, „w warunkach pewnej wspólnoty”. Chyba warto byłoby te wspólnoty nazwać i dookreslić. Chociażby tak, jak Ewa Paczoska nazywa i dookreśla świat tworzony przez Jaromira Nohavicę i akceptowany przez jego odbiorców[10].

Anna Barańczak w swojej książce poświęconej poetyce piosenki estradowej chyba nie tylko ze względów cenzuralnych odżegnuje się od analizowania piosenki autorskiej, pisząc o przekazach słowno-muzycznych,

które są, rzecz jasna, piosenkami, ale z naszego punktu widzenia mają jeden dyskwalifikujący je mankament: nie wchodzą w masowy obieg i wskutek tego są, teoretycznie przynajmniej, uniezależnione od jego praw[11].

Być może w tej sytuacji uzasadnione byłoby mówienie, w każdym razie w pierwszych fazach rozwoju piosenki autorskiej, o piosence estradowej i nieestradowej. Byłby to podział uczyniony ze względu na kategorie nadawczo-odbiorcze. W wypadku piosenki estradowej mielibyśmy do czynienia z odbiorcą anonimowym, nieznanym wykonawcy, który prawo do wysłuchania utworu zagwarantowuje sobie poprzez kupno biletu wstępu. W sytuacji piosenki nieestradowej – audytorium stanowiłyby wyłącznie osoby znane wykonawcy i zaakceptowane przez niego. Miejscem wykonania piosenki nieestradowej mogłoby być na przykład wieczorne ognisko, jadalnia albo weranda w górskim schronisku, meta rajdu turystycznego, mieszkanie prywatne, pokój w domu akademickim czy przedział wagonu kolejowego. Oczywiście, zawsze możliwa byłaby sytuacja, w której jakaś konkretna piosenka nieestradowa zostałaby wykonana na estradzie, niekoniecznie nawet przez jej twórcę. Zawsze jednak mielibyśmy wtedy do czynienia z wykonaniem wtórnym wobec pierwotnego.

W okresach społecznych niepokojów areną wykonania piosenki nieestradowej niejednokrotnie stawała się, paradoksalnie, estrada lub inne podwyższenie, znajdujące się w jakimś strajkującym zakładzie pracy albo na placu, na którym odbywała się demonstracja. Bywało również, że – częstokroć wbrew intencjom organizatorów – miejscem „bycia razem” okazywała się oficjalna, opatrzona „odgórnym imprimatur” impreza, jak to na przykład miało miejsce w 1968 roku w Nowosybirsku podczas festiwalu Bard – 68, kiedy to oficjalnie zadebiutował w nowym emploi – pieśniarza – Aleksander Galicz, zaś w Polsce – na proporcjonalnie mniejszą skalę – koncert Polskie pieśni nocne, który odbył się 24 listopada 1980 roku w Teatrze Polskim w Poznaniu. Organizatorem był klub SZSP Od Nowa. Wystąpili wtedy: Natasza Czarmińska, Jacek Kaczmarski, Stanisław Klawe, Marek Tercz, Orkiestra Ósmego Dnia, Andrzej Płaczek, Grupa „Ex” i Grzegorz Tomczak. Scenarzysta i reżyser całości Jerzy Moszkowicz przypłacił tę realizację utratą stanowiska szefa do spraw kultury poznańskiego oddziału SZSP.

Idąc za ciosem, należałoby się przyjrzeć określeniom używanym w stosunku do piosenki studenckiej (to chyba jedyny termin, który nie budzi wątpliwości). Na ile były one tworzone na użytek tak zwanej polityki kulturalnej PRL, a na ile nazwy: piosenka rajdowa, turystyczna, dysydencka, drugoobiegowa, niezależna – posiadały pokrycie w swojej poetyce. Jak się bowiem wydaje, wcale nie tak łatwo jest stawiać piosenkę turystyczną w opozycji do piosenki politycznej. A w obrębie tak zwanej piosenki politycznej – czy można w tych samych kategoriach rozpatrywać płaski, publicystyczny i dwuwymiarowy Sejm kalek Macieja Zembatego i wysokoartystyczną piosenkę Różan Kelusa?

Chciałbym wreszcie zwrócić uwagę na jeszcze jedno spostrzeżenie Anny Barańczak, z którego dla piosenki autorskiej wynikają niezwykle ważne, w moim przekonaniu, konsekwencje: „formy i techniki masowego rozpowszechnienia [piosenki estradowej] w decydujący sposób wpłynęły na kształtowanie się cech poetyki tego gatunku”[12].

A jakie były formy i techniki rozpowszechniania piosenki autorskiej? Przynajmniej – w początkowym okresie jej istnienia? Krzysztof Gajda w swoim tekście poświęconym tak zwanej piosence drugoobiegowej pisze o tym tak:

Niebagatelne znaczenie dla popularyzacji piosenek niezależnych miał obieg, który na potrzeby niniejszej pracy nazwałbym „wtórnym”, czyli wykonania nieautorskie – przy rozmaitych okazjach: od czysto opozycyjnych spotkań do towarzyskich, biwakowych, ogniskowych, gdzie mieszał się repertuar z rozmaitych obszarów tematycznych. Jak przed wiekami literatura i pieśni trubadurów, truwerów, czy – nomen omen – bardów, tak w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, niosła się pieśń w swej najpierwotniejszej, czysto ludowej formie przekazu. Niewykluczone, że to właśnie w ten sposób największą popularność zyskały autentyczne przeboje pokolenia stanu wojennego: Mury, Obława, Zbroja – i wiele innych pieśni Kaczmarskiego, Moja litania Leszka Wójtowicza, Nie bój się Piotra Bakala, Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał – Andrzeja Garczarka, Przypowieść o jeżach i Sentymentalna Panna S. Kelusa, Telewizja i Huśtawki Jacka Kleyffa, Sejm ­- Zembatego i Kleyffa i wiele innych utworów, których autorstwa nie byli świadomi ani słuchacze, ani często sami przygodni, amatorscy wykonawcy[13].

Otóż od owych „wtórnych”, nieautorskich wykonań w miejscach, które określiłem powyżej jako areny piosenki nieestradowej, zaczynali swoją działalność w zasadzie wszyscy późniejsi twórcy piosenki autorskiej. Wspominają o tym i Witold Michałowski, i Wacław Juszczyszyn, Piotr Warcholak, Jan Krzysztof Kelus czy Wojciech Bellon. Wszyscy oni zaczynali od terminowania w roli średniowiecznego żonglera, czyli śpiewaka wykonującego cudze teksty i przemierzającego Francję od miasta do miasta, tak jak dziś turysta z gitarą, wędrujący od schroniska do schroniska. Skąd zaczerpnąłem to określenie? Od Bogusława Schaeffera:

Świecka pieśń jednogłosowa pojawiła się już przy końcu pierwszego tysiąclecia. W okresie wczesnego średniowiecza świecka muzyka ludowa wiąże się z postaciami tzw. mimów, historionów, żonglerów, goliardów, szpilmanów (na Rusi: skomorochów). W Polsce muzyków wędrownych, którzy byli jednocześnie wesołkami, akrobatami i błaznami, nazywano rybałtami. Wędrowali oni gromadami z miejsca na miejsce, biorąc udział w uroczystościach i zabawach ludowych, przenikali też do klasztorów i kościołów, gdzie jednak byli karceni za pogańskie elementy w swoich występach. Najbardziej niesforni muzycy byli zmuszeni do wiecznych wędrówek, prześladowani zarówno przez władze świeckie, jak i Kościół. Spokojniejsi natomiast utrzymywali się przy dworach, w służbie możniejszych rycerzy i panów feudalnych jako ich menestrele lub giermkowie. Jeszcze inni osiadali w miastach, gdzie stawali się muzykami miejskimi, łączącymi się czasem w cechy. Świecką pieśń jednogłosową – jedyny rodzaj muzyki uprawiany wówczas poza kościołem – cechuje większa niż w pieśni kościelnej rytmiczność, większa swoboda linii, pewna regularność fraz oraz ludowy charakter melodii, wiążący się z luźno ujętym tekstem[14].

Pisząc o pieśniarzach średniowiecza, Schaeffer wyróżnia jeszcze następujące kategorie: trubadurów – tworzących w języku staroprowansalskim na południu Francji przedstawicieli wielbiącej kobiety sztuki dworskiej, wywodzącej swój rodowód z kultu Maryjnego; truwerów – początkowo wzorujących się na trubadurach, uważanych z twórców chanson de gueste, poetów i śpiewaków z Francji północnej; przedstawicieli tak zwanej duńskiej poezji dworskiej – autorów i wykonawców refrenowej pieśni epickiej; minnesangerów – niemieckich odpowiedników truwerów; oraz meistersingerów – zrzeszonych w licznych cechach mieszkańców niemieckich miast, których twórczość skodyfikowana została w wydanej w 1493 roku księdze reguł i kanonów poetyckich i muzycznych, co upodabniało ich sztukę do rzemiosła[15].

Niektórzy z żonglerów z czasem stawali się bardami. Niektórzy – pozostawali w swej pierwotnej roli do końca, jakby doskonale rozumiejąc, że nie ma bardów bez żonglerów, czyli tych, którzy roznoszą ich pieśni. I właśnie żonglerom, którzy mieli najistotniejszy wpływ na masowe rozpowszechnianie pieśni bardów, należy się w przyszłym opracowaniu problematyki piosenki autorskiej oddzielny, obszerny rozdział.

Oczywiście, należy zauważyć, że już w latach siedemdziesiątych znacząca grupa bardów i żonglerów nie oparła się, mimo pełnej świadomości ceny, jaką przyjdzie im zapłacić, rozkoszom dworu oferującego, w zamian za rezygnację z samodzielnego myślenia, nieskrępowany dostęp do radia, telewizji i wielkich, festiwalowych sal.

We współczesnej Rosji historia pieśni autorskiej stała się już częścią dziedzictwa narodowego. Wydaje mi się, ze polska piosenka autorska zasługuje na podobne potraktowanie.

Następnym razem postaram się napisać tekst o Jacku Kaczmarskim.

Jan Poprawa

JACEK KACZMARSKI W KRĘGU PIOSENKI STUDENCKIEJ

1.

O Jacku Kaczmarskim powiedziano wiele. Niekiedy wydaje się nawet, że za dużo. Mówiono o nim i wtedy, gdy zabłysnął na firmamencie polskiej piosenki artystycznej, w końcu lat siedemdziesiątych dwudziestego stulecia, i wtedy, gdy jego pieśń stała się – bez starań artysty, a nawet mimo jego woli – znakiem czasów przełomowych. Pisano i mówiono o Kaczmarskim, a jakże, gdy do kraju docierał zaledwie jego głos i piosenki powstające w świecie (pisano oczywiście w innym zupełnie tonie i intencji niż rozmawiano). A potem cieszono się publicznie z jego powrotów. Z czasem nasz bohater doczekał się nawet połajanek i napaści, jakie bywają udziałem twórców największej miary. Także napaści ad personam, bez związku z dziełem (choć pamiętamy, że „paradoks artysty widzi się i w tym, że dzieło niekoniecznie ma związek z osobą jego twórcy”). Tych napaści, choć zgodnych z regułą show-biznesu: „dobrze czy źle, byle po nazwisku” – właśnie wydaje się za dużo…

Generalnie jednak powiedzieć można, że osoba Jacka Kaczmarskiego patynuje się na naszych oczach. Powstały „instytucje” jego imienia, że przypomnę tylko kołobrzeski Festiwal Piosenki Poetyckiej im. Jacka Kaczmarskiego „Nadzieja” czy doroczną Nagrodę im. Jacka Kaczmarskiego, przyznawaną w czasie Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie przez kapitułę złożoną z przyjaciół artysty. Co więcej, nazwisko Kaczmarskiego wplata się często w prozę naszego życia codziennego: oto na przykład w Krakowie jedna z wielkich inwestycji drogowych ma wkrótce dostać imię artysty. Będziemy więc mieli Rondo Jacka Kaczmarskiego!

O ile etykietowanie najróżniejszych rzeczy nazwiskiem Kaczmarskiego jest dość powszechne – a nawet zrozumiałe, wszak każda nowa rzeczywistość społeczna potrzebuje „swoich”, nie zużytych przez historię bohaterów – to znacznie gorzej wygląda upowszechnianie sztuki artysty. Upowszechnianie czy nawet zwykła dostępność. Co prawda jako jeden z niewielu twórców współczesnej polskiej piosenki artystycznej Kaczmarski opublikowany został obszernie na płytach, co prawda ukazały się zbiory jego tekstów – ale konia z rzędem temu, kto dziś kupi płytowe lub książkowe dzieła zebrane Kaczmarskiego. Te jednorazowe najwyraźniej wydawnictwa są niedostępne, coraz rzadziej też głos samego artysty dobiega z radia (nie wspominamy już nawet o telewizji, w której tylko Piotr Załuski zdaje się pamiętać o Mistrzu). Za to pojawiają się co jakiś czas osobliwe przeróbki czy reinterpretacje najpopularniejszych pieśni Kaczmarskiego. W 2007 roku, być może wobec przewidywanej zwyżki zainteresowania artystą (rocznica urodzin jest jakimś zainteresowania impulsem), usłyszeliśmy dwie wprost nieprawdopodobne wersje sztandarowych Murów. Śpiewane wesolutko, skocznie, z dancingowo-knajackim zacięciem. Popkultura przywłaszcza sobie Kaczmarskiego zgodnie ze swym zwyczajem. Fala muzyczki zalewa sens, wesoluchna piosenka o cierpieniu nikogo już nie dziwi…

2.

A przecież – jakimże impulsem twórczym było dla Kaczmarskiego cierpienie? Albo – coraz jaśniejsza świadomość rozmijania ideału z życiem? Albo – obcość, emigracja, oddalenie? A wcześniej – euforia sukcesu, wiara w moc pragnienia i słowa? Zapewne na te i inne pytania, wyłaniające się z krótkiego życia Kaczmarskiego, ale też z jego tekstów – odpowiedzą badacze. Mnie przyszło do głowy podzielić się pewnym tylko aspektem obecności Jacka Kaczmarskiego. Tym, co najogólniej nazwałem kontaktem z piosenką studencką czy – szerzej – kulturą studencką.

Pojawienie się Jacka Kaczmarskiego w tym kręgu miało miejsce w roku 1977, wczesną wiosną, w czasie warszawskich eliminacji do największej piosenkarskiej imprezy środowiska akademickiego – 14. Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki i Piosenkarzy Studenckich (taką jeszcze miał ów festiwal nazwę, po roku zmienioną na tę, jaka obowiązuje do dziś – czyli Studencki Festiwal Piosenki). Ogólnopolski rzeczywiście finał OFPiPS odbył się w dniach 1-3 kwietnia 1977 roku w Krakowie. Debiut Kaczmarskiego – a właściwie duetu Piotr Gierak i Jacek Kaczmarski – wypadł imponująco. Dwudziestoletni pieśniarze z zapałem wykonali Przedszkole i Idą tytani (obie piosenki Jacka Kaczmarskiego). Jury – któremu przewodniczył profesor Aleksander Bardini, a w którego skład wchodzili: Krzysztof Jasiński, Zygmunt Konieczny, Jerzy Marczyński, Wojciech Młynarski, Jan Poprawa, Jan Tadeusz Stanisławski i Stefan Wilusz (wspominam nazwiska, bo to pierwsza grupa specjalistów, którzy docenili talent Kaczmarskiego) – przyznało duetowi jedną z trzech równorzędnych, najwyższych nagród, obok wrocławskiej grupy Baba (bardzo wówczas w środowisku studenckim popularnej dzięki prześmiewczym obyczajowo-politycznym tekstom i pastiszowej muzyce) oraz krakowianki Marii Wiernikowskiej (wówczas debiutantki z kręgu poezji śpiewanej, później znanej jako dziennikarka telewizyjna). Przyznać trzeba, że na 14. Ogólnopolskim Festiwalu Piosenki i Piosenkarzy Studenckich debiutant Jacek Kaczmarski spotkał bardzo wymagającą konkurencję. Dość wymienić nazwiska: Andrzej Poniedzielski, Stanisław Klawe, Bronisław Opałko, Wojciech Drożdż, Stanisław Zygmunt, Grzegorz Bukała, Jan Błyszczak, Erwin Rogosz, zespoły Niebo, Bonieq, Jadwiga Kowalik, Duśka i Wojtek Staroniewiczowie a nawet… Beata Kozidrak z debiutującym zespołem Bajm.

Krakowski festiwal w roku 1977 był imprezą o wielkiej tradycji (istniał od roku 1962) i imponującej liście personalnych „odkryć” (z Ewą Demarczyk, Markiem Grechutą, Leszkiem Długoszem, Marylą Rodowicz, Andrzejem Sikorowskim czy Jackiem Kleyffem). Był jednakże organizmem artystycznie ukształtowanym na nowo w roku 1973. Wówczas to bowiem licencjonowane przez instytucje państwowe festiwale przejęły na siebie lekki, łatwy i przyjemny obowiązek „odkrywania gwiazd”. Środowisko studenckie – w większej mierze niż inne grupy społeczne ukształtowane mentalnie przez wydarzenia Marca i Sierpnia 1968 – coraz wyraźniej i bardziej odrębnie usiłowało mówić własnym głosem. Było to zauważalne zwłaszcza w młodzieńczych manifestacjach artystycznych. Właśnie z początkiem lat siedemdziesiątych wiąże się przecież rozkwit studenckiego „teatru otwartego” (z najwybitniejszymi jego przedstawicielami w osobach i zespołach Bogusława Litwińca i Kalamburu, Leszka Raczaka i Teatru Ósmego dnia, Teatru STU i Krzysztofa Jasińskiego, Teatru 77 Zdzisława Hejduka i innymi). Na wczesne lata siedemdziesiąte przypada druga fala kabaretów studenckich (z odnowioną Stodołą Macieja Wojtyszki i Krzysztofa Knittla, z Elitą Jana Kaczmarka et consortes, z Teyem Zenona Laskowika i Krzysztofa Jaślara czy Salonem Niezależnych Jacka Kleyffa, Michała Tarkowskiego i Janusza Weissa). Nie bez związku z tym, co się działo w środowisku młodej inteligencji – w tym właśnie czasie wyartykułowała swe manifesty i wiersze poetycka Nowa Fala (z – przede wszystkim – Adamem Zagajewskim, Julianem Kornhauserem, Stanisławem Barańczakiem, Ryszardem Krynickim). Nie bez przyczyny w owym czasie jednym z najciekawszych i najmniej pokornych (największa liczba ingerencji cenzuralnych w prasie polskiej) periodykiem był krakowski „Student”…

Gdy dwudziestoletni Jacek Kaczmarski debiutował w Krakowie, na środowisko akademickie spadła większa niż wcześniej niełaska monowładzy politycznej PRL-u. Latem 1977 administracyjnie zamknięto największy interdyscyplinarny festiwal FAMA (Festiwal Artystyczny Młodzieży Akademickiej) w Świnoujściu, dopatrując się w nim zagrożenia politycznego. Dzisiaj wiemy, że FAMIE udało się podnieść z niebytu w latach osiemdziesiątych, ale wiemy też, że w roku 1977 zakończyła się era FAMY prawdziwie artystycznej, pozostała cenna impreza „warsztatowa”.

Po zamknięciu FAMY – co warto podkreślić, jako epizod związany z osobą Jacka Kaczmarskiego, choć mało znany – w roku 1978 (a także 1979) wrocławskie środowisko studenckie zorganizowało wakacyjny FAKT (Festiwal Artystyczny Konfrontacje Twórcze) w Bolesławcu. W czasie trwających niemal miesiąc „warsztatów” skupiano się przede wszystkim na doskonaleniu języka artystycznego młodych twórców. Szczególnie skuteczne okazały się „wydziały” (FAKT w lekki sposób naśladował strukturę uniwersytecką) skupiające jazzmanów (pod kierownictwem Czesława Gładkowskiego) i piosenkarzy (pod kierownictwem Jana Poprawy). W gronie uczestników „warsztatów piosenkarskich” znaleźli się między innymi Grzegorz Tomczak, Zbigniew Zamachowski i Jacek Kaczmarski. Nie warto dodawać, że ich „nauki” nie polegały wyłącznie na ćwiczeniu dykcji, oddechu czy artykulacji: FAKT de facto był przedłużeniem niegdysiejszej famowskiej koncepcji kultury alternatywnej.

Jacek Kaczmarski wystartował w krakowskim Festiwalu Piosenki jako uczestnik konkursu jeszcze dwukrotnie. W roku 1978 podczas 15. Studenckiego Festiwalu Piosenki (już pod tą nazwą) znów zdobył jedną z trzech równorzędnych nagród głównych, tym razem osobiście, bez występującego z nim (ale pominiętego przez jury) Piotra Gieraka. Pozostałymi nagrodami głównymi podzielili się Waldemar Chyliński i Grzegorz Bukała z Wałami Jagiellońskimi. Dla stworzenia punktów odniesienia przypomnijmy, iż wśród laureatów tego SFP znaleźli się też: Andrzej Poniedzielski, Barbara Wójcik (dziś znana szwedzka producentka pluszowych zabawek Barbara Bukowski), Rudi Schuberth, Tomasz Szwed-Stępkowski, a debiutowali – jeszcze bez sukcesu – Stanisław Sojka, wspomniany Grzegorz Tomczak, Bogusław Nowicki (dziś prezes ZAKR), Piotr Bakal oraz zespół Sklep z ptasimi piórami. Teksty piosenek, wartościowe literacko i nieobojętne wobec swego czasu, pisali między innymi Leszek Szaruga i Mirosław Neinert, pisał też początkujący poeta Piotr Gadzinowski (!).

W roku 1979 Jacek Kaczmarski wystąpił także w konkursie 16. Studenckiego Festiwalu Piosenki. I tym razem z oczywistym sukcesem: jury pod przewodnictwem Wojciecha Młynarskiego przyznało mu Nagrodę Specjalną, wysokości równorzędnej z nagrodą główną. Była to swoista sugestia, by artysta nie ograniczał się więcej do środowiska studenckiego, faktycznie zamykanego w gettach własnych klubów i ramach środowiskowych festiwali. Zapewne izolowanie owego niezdyscyplinowanego żywiołu kultury studenckiej było zgodne z ówczesną polityką kulturalną, niemniej nie do końca skuteczne. Jak się bowiem okazało, właśnie artyści tego kręgu w niemal oczywisty sposób stali się w latach 1980-1981 orędownikami oraz komentatorami społecznych i politycznych przemian.

3.

Jacek Kaczmarski przebywał za granicą niemal całą dekadę lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Absorbcja jego twórczości przez środowisko studenckie była więc znacznie mniejsza niż w początkach kariery, gdy stosunkowo łatwo było o bezpośredni kontakt z charyzmatycznym pieśniarzem. Ponadto polityka kulturalna władz PRL-u w latach osiemdziesiątych najwyraźniej wspierała masowe formy ówczesnej popkultury, na przykład tak zwaną muzykę młodej generacji. Jej popularność była tamą przed walczącymi tekstami, charakterystycznymi dla piosenki studenckiej końca lat siedemdziesiątych czy dla polskich bardów. I to był najprawdopodobniej także powód zmniejszonej obecności piosenek i pieśni Kaczmarskiego w środowisku niewiele przecież młodszych odeń polskich studentów. Trudno podejrzewać, by decydowały o tym cenzuralne zapisy, te bowiem zostały w owym czasie zrównoważone przez obieg niezależny.

Twórczość Kaczmarskiego środowisku studenckiemu znana była jednakże nieustannie, choć na mniejszą skalę. Przyczyniała się do tego artystyczna działalność niegdysiejszych współpracowników Jacka – Przemysława Gintrowskiego, a zwłaszcza Zbigniewa Łapińskiego. Tuż po wznowieniu świnoujskiej FAMY, 5 lipca 1983 roku miał miejsce niezwykły, artystycznie bardzo udany koncert Pamiątki, zrealizowany w świnoujskim amfiteatrze przez Janusza Grzywacza, Marka Stryszowskiego, Zbigniewa Łapińskiego i Przemysława Gintrowskiego. O dziwo, koncert ten posiada dokumentację dźwiękową, przygotowaną przez Marka Wójcika i szczecińskie Radio Pomorze. Niestety – trudno dostępną.

Piosenki Kaczmarskiego wykonywane były stosunkowo często w zbiorowych koncertach FAMY. Do szczególnych kreacji interpretatorskich zaliczyć można Powrót, śpiewany przez Krystynę Świątecką. Artystka ma ten utwór w stałym repertuarze.

Szczególne znaczenia dla przypominania i upowszechniania piosenek i pieśni Kaczmarskiego miała realizacja projektu artystycznego Zbigniewa Łapińskiego Pieśń o śnie. Spektakl pod tym tytułem, przygotowany w czasie FAMY 1987 (specjalne wyróżnienie jury), wystawiony też był w Warszawie, w ramach imprez VII Festiwalu Kultury Studentów. Stanowił przełom po wieloletniej nieobecności utworów Jacka Kaczmarskiego na polskiej estradzie. Widowisko stworzyli: scenariusz, reżyseria i kierownictwo muzyczne – Zbigniew Łapiński; opieka promocyjna – Sławomir Rogowski; produkcja – Danuta Tunicka; teksty Jacka Kaczmarskiego, Zbigniewa Herberta, Krzysztofa M. Sieniawskiego, Marka Tercza i Natana Tenenbauma, z muzyką Przemysława Gintrowskiego, Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego, wykonali studenci polskich szkół teatralnych – Dariusz Kowalski (Wrocław), Aneta Ziaja (Kraków), Dariusz Kordek (Warszawa), Wojciech Kościelniak (Wrocław), Agnieszka Matysiak (Wrocław), Beata Fido (Kraków), Agata Paleczna (Kraków), Grażyna Misiorowska (Kraków), Witold Szulc (Wrocław), Joanna Kurowska (Łódź), Jarosław Boberek (Wrocław), Konrad Pawicki (Wrocław), Grzegorz Mostowicz-Gerszt (Wrocław) oraz Krystyna Świątecka (Czerwony Tulipan). Przynajmniej kilkoro z wykonawców należy dziś do grona najpopularniejszych polskich aktorów.

W programie warszawskiej prezentacji Pieśni o śnie Sławomir Rogowski napisał:

W trakcie prowadzonych przeze mnie przygotowań do FAMY 87 ze strony Jana Poprawy padł pomysł opracowania programu w oparciu o teksty klasyki piosenki studenckiej. Stroną wykonawczą mieli się zająć studenci uczelni aktorskich. Tak się też stało, do współpracy zaprosiłem jeszcze Zbigniewa Łapińskiego, który poprowadził w Świnoujściu Pracownię Interpretacji Piosenki Studenckiej. Owocem ich dwutygodniowej pracy stał się spektakl „Pieśń o śnie”. Spektakl zbudowany z tekstów Jacka Kaczmarskiego, z którym Łapiński i Gintrowski stworzyli wiele niezapomnianych pieśni i wzruszających sytuacji.

Powodów, dla których starano się jakby na nowo odczytać Kaczmarskiego, jest kilka – piosenka studencka to muza ulotna, ileż to songów przykrył kurz zapomnienia, tylko nieliczne krążą gdzieś w odpisach, trzeszczą na wielokrotnie przegrywanych kasetach.

Poprzez ten program szukamy odpowiedzi na pytanie o aktualność i bliskość twórczości Kaczmarskiego dla kolejnej generacji studentów. Młodzieży, która, kiedy Kaczmarski opuszczał kraj, właśnie kończyła szkołę podstawową.

Sądzę także, że w sytuacji, kiedy mówi się od lat o kryzysie kultury studenckiej, zatraceniu przez nią systemu wartości, zagubieniu rodowodu, bez względu na to, czy to jest prawda, czy nie, powstanie takiego programu, jak „Pieśń o śnie”, jest świadectwem przywiązania środowiska akademickiego do źródeł i tradycji tej kultury. Jest pieśnią o potrzebie Kaczmarskich, Wołków i Kleyffów.

Niewątpliwie ów wyjątkowy spektakl powinien znaleźć ważne miejsce w szczegółowej monografii fenomenu Jacka Kaczmarskiego.

4.

Z pewnością te skromne przyczynki do historii Jacka Kaczmarskiego nie wnoszą wiele. Co innego, gdyby je rzucić na tło, zarówno polityczne, jak i społeczne czasu, w którym żył i tworzył Jacek – a także na tło artystyczne. Zjawisko „polskich bardów” istniało przecież w symbiozie z Kaczmarskim, on – z nim.

Wszelako ten temat pozostawiam sobie na inną okazję, na inną gawędę. Zainteresowanych odsyłam do moich publikacji, w których wielokrotnie, syntetycznie i szczegółowo, pod kątem artystycznym i historycznym przedstawiałem ów temat: Zaśpiewać na barykadzie młodości, Warszawa 1984; My róbmy swoje…antologia piosenek śpiewanych podczas Studenckich Festiwali Piosenki w Krakowie w latach 1962-1983, Kraków 1984; Koncert na ćwierćwiecze, Kraków 1998; Śpiewajmy poezję, Kraków 1998; Sezon 99, Kraków 2000; Sezon 2000, Kraków 2001; Sezon 2001, Kraków 2002; Fama grzeje, Kraków 2003; Trzynastu poetów, Kraków 2003.

Mam też nadzieję, że nowy periodyk „Piosenka”, który zaczął się ukazywać w roku 2006, podejmie wkrótce owe wyłaniające się – choćby z tego wystąpienia – tematy, czekające na swe opisy i oceny.

Filip Łobodziński

MOJA OSOBISTA HISTORIA MURÓW

Przedmowa

Niniejsza praca jest obszernym rozwinięciem artykułu Rosną czy runą, który ukazał się w tygodniku „Newsweek Polska”[16]. Jednak to, co tam zostało ledwie naszkicowane lub zgoła pominięte, tu staram się przedstawić szerzej, z uwzględnieniem różnych kontekstów. Nawiasem mówiąc, sądziłem, że na artykule się skończy. Jednak wiele miesięcy później mój przyjaciel Grzegorz Brzozowicz powiedział mi: „Z tego powinieneś napisać nawet książkę”. Czy powstałaby z tego rzeczywiście książka – nie wiem. Powstał kilkuczęściowy tekst.

Ale – czym to jest? Tym dokładnie, co zwiastuje tytuł: moją osobistą historią pewnej pieśni, która narodziła się w 1968 roku w Katalonii jako dzieło młodego, wówczas dwudziestoletniego muzyka i poety Lluisa Llacha. Nie uzurpuję dla tego tekstu miana kompletnej monografii L’estaca, nie potrafiłbym pokazać, jak prosta ballada Lluisa Llacha przekraczała kolejne granice. Nie wiem zresztą, czy greckie, prowansalskie lub angielskie losy tej pieśni byłyby dla polskiego czytelnika interesujące. Co bowiem z tego, że pewien klub rugby we francuskim (leżącym we francuskiej Katalonii) mieście Perpignan przyjął ją jako swój hymn? Albo że jedna z afgańskich organizacji kobiecych uznała jej refren za swój okrzyk? Wszystko to jest oczywiście ciekawe, ale nie mieści się w ramach poniższej opowieści, nie wpisuje się w historię, gdzie jedną z głównych ról odegrała przewrotność.

Rzucam więc tylko światło na drogę, którą L’estaca odbyła z Katalonii do Polski, i na jej polskie, jakże odmienne historycznie losy. Piszę o tym, jak z Pala stała się Murami, by na koniec jeszcze przybrać postać Muru. Jakie są relacje między tymi trzema piosenkami? Dlaczego Pal, by stać się polskim hymnem demokratycznego podziemia, musiał dzięki niezwykłej wrażliwości i kolosalnemu talentowi Jacka Kaczmarskiego zmienić treść i tytułową metaforę? Czy to, że stał się tym hymnem, było zgodne z intencją Jacka? Po co powstała ta trzecia wersja, czyli Mur Zespołu Reprezentacyjnego, i czy płynie z tego wszystkiego jakakolwiek nauka?

Moje nazwisko jako autora tego tekstu jest sporym nadużyciem. Występuję tu bowiem raczej w szczególnej roli gracza w domino, który poskładał kawałki w jeden z możliwych ciągów. Chwilami jestem niby średniowieczny kronikarz – spisuję, przepisuję, dorzucam coś od siebie. Ale, jak dowodzi polska historia pieśni L’estaca, kwestia autorstwa nie powinna spędzać snu z powiek egzegetom. Właśnie tu, w Polsce, doszło bowiem do wydarzenia bodaj bez precedensu – oto znakomity twórca ogłosił, że jego najsłynniejsze dzieło nie jest już jego autorstwa, ponieważ wymknęło się w szeroki świat jak w pełni autonomiczne, dorosłe dziecko. Polskie życie L’estaca – Murów – Muru dowodzi, że autor czasem schodzi na dalszy plan.

A jednak trudno nie powiedzieć tu wyraźnie: nie byłoby tego wszystkiego, gdyby Lluís Llach nie napisał pieśni L’estaca. Jestem mu za to – prywatnie, egoistycznie – dozgonnie wdzięczny, bo oprócz wszystkich oczywistości, jakie biorą się z faktu stworzenia czegoś wiekopomnego, dostarczył nam fascynującą do opowiedzenia historię. Bez Llacha tej opowiastki by nie było.

Nie byłoby jej też bez Jacka Kaczmarskiego. To za jego sprawą mówimy dziś o polskim fenomenie katalońskiej pieśni. Bez niego nie byłoby i skromnych, na poły amatorskich poczynań Zespołu Reprezentacyjnego, który z popularyzacji piosenek Llacha uczynił na początku swego istnienia własne raison d’être.

Ale nie doszłoby do tego niezwykłego twórczego spotkania Katalończyka z Polakiem, gdyby nie historyk doktor Ryszard Schnepf oraz literaturoznawca i tłumacz Carlos Marrodán Casas, w późnych latach siedemdziesiątych pracownicy Katedry Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego. Dziękuję i Wam, koledzy.