Zofia Kossak-Szczucka. Służba - Dariusz Kulesza - ebook

Zofia Kossak-Szczucka. Służba ebook

Kulesza Dariusz

0,0
29,90 zł

lub
Opis

PROJEKT: EGZYSTENCJA I LITERATURA

Seria poświęcona jest wybitnym polskim pisarzom – ich twórczości ujmowanej przez nich samych i interpretowanej przez krytyków jako projekt egzystencjalny, jako próba ustanowienia i zapisania siebie i swojego sposobu odczytywania sensów rzeczywistości, indywidualnego oglądu różnych jej sfer – społecznej, politycznej, etycznej, kulturowej, metafizycznej. Istotnymi kategoriami wyjaśniającymi pisarskie dzieło są w tym przypadku biografia, tożsamość oraz kształtujące je szeroko rozumiane doświadczenie: cielesne i zmysłowe, psychiczne i społeczne, historyczne i polityczne, etniczne i estetyczne, religijne i duchowe...

„Z perspektywy pisarstwa i losu Zofii Kossak ważna jest wartość ofiarnego poświęcenia: ostatecznego, heroicznego, męczeńskiego urzeczywistnienia wiary. Taka postawa wymaga literackiego udokumentowania i świadectwa życia, tekstu pokazującego konieczność i bezcenność ofiary oraz egzystencji zdolnej taki tekst potwierdzić. Nie ulega wątpliwości, że po Zofii Kossak pozostała i hagiograficzna literatura, i świadectwo życia, które w wielu aspektach literaturę tego typu potwierdza”.

Z Wprowadzenia

Twórczość Zofii Kossak-Szczuckiej w opowieści Dariusza Kuleszy to literatura chrześcijańska, osobna, samotna, motywowana religijnie rozumianą służbą. Autor pokazuje ją w kontekście następujących trzech kategorii: rodzina, Polska i wiara, śledząc w kolejnych rozdziałach kluczową dla Kossak tematykę ideową, obecną zarówno w książkach powstałych przed wojną, w Proteście!, jaki i w tekstach opublikowanych już po wojnie. Czytelnik znajdzie tu oryginalne, nowe interpretacje takich dzieł Kossak, jak: Pożoga, Ku swoim, Dziedzictwo, Nieznany kraj, Prorest!, Z otchłani, Szaleńcy Boży, Krzyżowcy, Przymierze. Na tle biografii pisarki może wraz z autorem brać udział w dyskusji o chrześcijańskiej literaturze, historiozofii, hagiografii czy modelu chrześcijańskiej egzystencji, a wreszcie na koniec – o miejscu Zofii Kossak-Szczuckiej w historii literatury.

W serii ukazały się tomy:

Agnieszka Kałowska, Witkacy. Etyka

Marzena Woźniak-Łabieniec, Rymkiewicz. Metafizyka

Maciej Urbanowski, Brzozowski. Nowoczesność

Anna Legeżyńska, Hartwig. Wdzięczność

Tomasz Garbol, Miłosz. Los

Adrian Gleń, Stasiuk. Istnienie

Agnieszka Kramkowska-Dąbrowska, Krasiński. Świadectwo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 303

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wprowadzenie:

„Jestem pisarką katolicką”

W tym samym roku, w którym Kościół katolicki świętował Milenium Chrztu Polski, Prezydium Komitetu Nagród Państwowych przyznało Zofii Kossak

[…] z okazji Święta Odrodzenia Polski 22 lipca 1966 indywidualną

NAGRODĘ PAŃSTWOWĄ I STOPNIA

W dziedzinie kultury i sztuki za wybitne osiągnięcia w dziedzinie powieści historycznej1.

Pisarka nagrody nie przyjęła. Poinformowała o tym prof. dra Witolda Nawrockiego telegramem z 24 czerwca 1966 roku. Wtedy też wysłała list do Prezydium Komitetu Nagród Państwowych w Warszawie, w którym uzasadniła swoją decyzję:

W ostatnich dniach apolitycznych, religijnych obchodów milenijnych spokój zakłóciły wypadki znieważenia kultu Matki Bożej, raniąc boleśnie serca wierzących Polaków, w tej liczbie moje. Uświadomiłam sobie wtedy, że rozdźwięk między lekceważeniem przez Władze Państwowe uczuć religijnych ludności, a równoczesnym przyznawaniem przez te same Władze nagrody literackiej pisarce katolickiej jest tak wielki, że zdaje się być omyłką, nieporozumieniem.

Gorąco proszę o podejście obiektywne do mojego stanowiska. Nie mogę przyjąć nagrody od Władz Państwowych, wprawdzie własnych i prawowitych, lecz odnoszących się wrogo do spraw dla mnie świętych.

Dlatego postanowiłam prosić o skreślenie mego nazwiska z listy nagrodzonych, którą to prośbę niniejszym powtarzam uznając sprawę za definitywnie zamkniętą2.

Wspomniane w piśmie „wypadki znieważenia kultu Matki Bożej” to aresztowanie kopii Jej Częstochowskiego wizerunku, peregrynującego po kraju w ramach milenijnych obchodów3. Przypominam tę historię nie po to, by heroizować postać Zofii Kossak (ze względu na odmowę przyjęcia nagrody), a także nie dlatego, by ją zdeheroizować (słowa o „własnych i prawowitych” Władzach Państwowych PRL-u). Zajmuje mnie sposób, w jaki autorka Krzyżowców definiuje swoją pisarską tożsamość:

W pierwszej chwili wiadomość o tym zaszczytnym wyróżnieniu szczerze mnie ucieszyła. Widziałam w tej decyzji Władz Państwowych nie tylko ocenę mojego pisarstwa, jako pożytecznej służby Narodowi, lecz dowód życzliwej pamięci o starej pisarce, schodzącej niebawem ze sceny. Za to byłam wdzięczna.

Istnieje jednak drugi aspekt sprawy: jestem pisarką katolicką związaną wiernie z Kościołem, żywiącą szczerą miłość i cześć dla Królowej Polski Maryi, Matki Bożej, którym to uczuciom dawałam i daję często wyraz w swoich pracach4.

„Jestem pisarką katolicką” – ani tego rodzaju diagnozy, ani terminologia nie funkcjonowały w literaturoznawstwie polskim lat sześćdziesiątych XX wieku. Zagadnienie literatury katolickiej było popularne w publicystyce naszego kraju bezpośrednio po wojnie. Czasy Zofii Kossak to nowa Polska, zwana ludową i lubelską5, zależna od Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i jego przywódcy Stalina, proklamowana razem z Manifestem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego 22 lipca 1944 roku, czyli w dniu, który PRL celebrował jako Święto Odrodzenia – wykorzystując go przy okazji m.in. do nadawania nagród państwowych. 22 lipca 1944 roku okazuje się symbolicznym początkiem zarówno wielkiej – bezwzględnej i okrutnej – ofensywy politycznej nowych władz, jak również walki o kulturę i literaturę, czyli o nową świadomość Polaków w powojennej Polsce. Jerzy Borejsza, największy magnat prasowy i wydawniczy PRL-u, jeździł po kraju, szukając rozproszonych, ukrywających się pisarzy, zdobywał dla nich kamienice ocalałe w zniszczonych przez wojnę miastach, by mieli, gdzie zamieszkać, a pewnie także po to, by łatwiej można było ich kontrolować i „inspirować”. Powstawały nowe pisma, m.in. „Odrodzenie” (wrzesień 1944), „Tygodnik Powszechny” (marzec 1945), „Kuźnica” (czerwiec 1945).

Narzędziem walki o rząd dusz stała się literatura – to o jej kształt spierali się „wściekli czerwoni encyklopedyści”6 z łódzkiej „Kuźnicy” i publicyści krakowskiego „Tygodnika Powszechnego”, którego powstaniu patronowała krakowska kuria księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy. Wojna jeszcze trwała, ale powojenny porządek został już ustalony na konferencjach wielkiej trójki, czyli Franklina Delano Roosevelta, Józefa Stalina i Winstona Churchilla, w Teheranie (listopad–grudzień 1943) oraz w Jałcie (luty 1945). Jego wprowadzaniu przez Stalina w naszej części Europy przyświecało jeszcze przeświadczenie o potrzebie demokratycznego decorum – wszakManifestPKWN to dokument pełen deklarowanych wolności demokratycznych, które miały być w powojennej Polsce respektowane7.

W styczniu 1949 roku na szczecińskim IV Zjeździe Związku Zawodowego Literatów Polskich – od tej pory nazywanego Związkiem Literatów Polskich – proklamowano socrealizm. Skończył się okres lat 1944–1948, rozpoczęty ManifestemPKWN i zakończony zjazdem zjednoczeniowym komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej i tego, co zostało z Polskiej Partii Socjalistycznej (grudzień 1948), oznaczający konsolidację nowej władzy i początek ostatecznej rozprawy z jej przeciwnikami – czego czytelnym znakiem było powstanie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, jedynej realnej siły politycznej PRL-u. Tym samym dobiegł również końca czas nazywany przez Borejszę „łagodną rewolucją”, co dla wrogów nowej, ludowej, powojennej demokracji okazało się tragiczne w skutkach. Nie było już mowy o reglamentowanej wolności słowa, pozwalającej publicystom spierać się nie tylko o humanizm socjalistyczny czy genealogię polskiej inteligencji, ale także o trzeci najważniejszy temat debat prasowych lat 1944–1948, czyli o realizm w literaturze (w praktyce oznaczał on również podejmowanie zagadnienia literatury katolickiej).

„Zofia Kossak wyjechała z Polski 15 sierpnia 1945 roku”8. Nie było jej w kraju ani wtedy, gdy Stefan Żółkiewski razem z Włodzimierzem Sokorskim proklamowali w Szczecinie socrealizm, ani wtedy, gdy publicyści „Tygodnika Powszechnego” (Jerzy Zawieyski, JerzyTurowicz, AntoniGołubiew, Stefan„Kisiel” Kisielewski czy związany już nie z „Tygodnikiem Powszechnym”, ale z pismem „Dziś i Jutro”9 i bliski ZofiiKossak Jan Dobraczyński) polemizowali z autorami „Kuźnicy” m.in. na temat tego, czy literatura realistyczna może opisywać duszę, skoro dla katolika jest ona realna, czyli istniejąca10.

Publicystyka, estetyka i teoria literatury – te trzy obszary określają teren sporu lat 1944–1948 o literaturę katolicką. Dyskutowano o realizmie – publicyści katoliccy11 nie wypowiadali się przeciw niemu, ale kontestowali pseudorealizm zdeterminowany „rzutowaniem dogmatycznej i abstrakcyjnej doktryny materializmu na świat »bezpośrednio dany«”12. Domagali się „prawdy bezkompromisowej i bezstronnej”. Dążenie do niej traktowali jako rzeczywiste zadanie realizmu, który anektowali na swój własny, katolicki użytek zgodnie z założeniem: skoro dla osoby wierzącej realny jest zarówno świat nadprzyrodzony, jak i przyrodzony, „gdzie w takim razie znajdziemy jakąś inną niż realistyczną katolicką powieść?”13. Ponadto:

Zadaniem sztuki [...] jest malowanie rzeczywistości ludzkiej w całej jej barwności. [...] [a – przyp. D.K.] Bóg jest w życiu człowieka czymś nieusuwalnym. [...] I sztuka musi tę Bożą obecność uznać, jeśli chce hołdować realizmowi życia14.

Także recenzje ukazujących się powieści umożliwiały publicystom pism katolickich wypowiadanie opinii dotyczących realizmu. Stefan Kisielewski, omawiając Kratę PoliGojawiczyńskiej15, przeciwstawia się przekonaniom kreowanym w środowisku łódzkiej „Kuźnicy” m.in. przez Jana Kotta, Kazimierza Brandysa i Mieczysława Jastruna, utrzymujących, że realizm to gatunek najbardziej sprzyjający społecznemu dydaktyzmowi literatury. Według autora kontrowersyjnego niegdyś Sprzysiężenia bezinteresowny realizm Kratyujawnia „merytoryczną nieprzydatność czystego realizmu, który jest światem hermetycznym i służy tylko sobie”. Natomiast recenzja JanosikaJaluKurka pozwoliła Antoniemu Gołubiewowi nawet na sformułowanie definicji realizmu jako możliwego artystycznego zbliżenia się „do prawdy życia w całym jej bogactwie i pełni: do prawdy biologicznej, psychologicznej, społecznej, historycznej, religijnej”. Realizm taki Gołubiew nazwał humanistycznym16.

Zagadnienie to pojawiało się też w rozważaniach bezpośrednio dotyczących literatury katolickiej, szczególnie istotnych z punktu widzenia deklaracji Zofii Kossak: „jestem pisarką katolicką”. Podejmując je, Gołubiew17 zrezygnował z definiowania tego, czym jest realizm w literaturze, a więc z definiowania pozytywnego. Napisał o tym, czym realizm być nie może. Przede wszystkim odrzucił wszelki utylitaryzm, co ze względu na twórczość Zofii Kossak warto, w intencji polemicznej, zapamiętać. Następnie zakwestionował istnienie w sztuce opozycji idealistyczno-realistycznej – identycznej z tą, jaką rozpoznać można w nauce i filozofii. Według Gołubiewa linia podziału występuje między idealistami „uzupełniającymi” świat i realistami, „którzy tworzywo sztuki czerpią ze świata i z człowieka”. Dodawszy do swojego wykładu trzy aksjomaty (twórca jest wolny, wszystko warte jest literatury, awangardowość nie decyduje o realizmie), autor Bolesława Chrobregostanął na progu pytania o to, czym w sztuce i literaturze jest realizm katolicki. Odpowiedź zaproponowana przez Gołubiewa nie odbiega od standardowych twierdzeń odnajdywanych u innych publicystów katolickich (godzien strofy plan materii „nie wyczerpuje realności istnienia”). Pewnym novum okazuje się jednak skodyfikowanie siedmiu grzechów głównych, które przydarzają się literatom-realistom – według Gołubiewa – najczęściej. Dotyczą one:

nadmiaru naturalizmu (rezygnacja z odkrycia tajemnicy),nadmiaru fikcji (iluzoryczna konstrukcja zamiast prawdy),zagubienia się w szczegółach,nieklarowności,„naginania” (zbyt „gorliwe” służenie swej wierze),braku męstwa w mówieniu prawdy,pokusy oryginalności za wszelką cenę.

AntoniGołubiew kończy tekst zdecydowaną obroną własnej drogi literackiej. Podobne, proestetyczne akcenty – artykułowane jeszcze dobitniej – znajdują się w omawiającym zagadnienie literatury katolickiej eseju Jerzego Zawieyskiego18. To właśnie jego wypowiedź w największym stopniu upoważnia do przywoływania estetyki jako terenu, którego powojenny spór o realizm, a w konsekwencji i o literaturę katolicką, dotyczy. Zawieyski stawia sprawę jasno i jednoznacznie: każdy tekst literacki najpierw musi uporać się z wymaganiami stawianymi literaturze pięknej; musi być estetycznie wiarygodny, by ubiegać się o jakikolwiek przymiotnik określający jego tożsamość. Mówiąc inaczej: literatura tylko wtedy może być katolicka, gdy jest piękna. Ten oczywisty, jak się zdaje, warunek nadzwyczaj często bywa bagatelizowany, zwłaszcza przez twórców powołujących się na katolicyzm. Problem ten nie jest obcy twórczości Zofii Kossak, do czego trzeba będzie jeszcze wrócić. Teraz pozostaje jedynie dodać, że Zawieyski, upominając się o estetyczną wiarygodność katolickiej literatury, nie zapominał o jej wyznaniowej tożsamości. Wpisał ją w określenie sensus catholicus, którego treść, pośrednio, pozwala katolickiemu twórcy pisać o wszystkim – nie ma bowiem tematu zastrzeżonego z punktu widzenia jego artystycznych wyborów, a bezpośrednio nakłada na niego obowiązek dysponowania wiedzą pozwalającą przedstawiać każdy wymiar rzeczywistości w sposób uwzględniający aktualnie obowiązującą naukę Kościoła katolickiego.

Tyle publicystyka i publicystycznie ewokowana estetyka lat 1944–1948 miała do powiedzenia o literaturze katolickiej. Pozostaje jeszcze przywołać teorię literatury, w ramach której również wypowiadano się na ten temat. Jedno zastrzeżenie: książka, jaką w związku z tym zamierzam przypomnieć, została opublikowana w 1953 roku, ale w niczym nie zmienia to faktu, że – pytając o kontekst zapisanych w 1966 roku, w dwa lata przed śmiercią, u schyłku niemal osiemdziesięcioletniego życia, słów Zofii Kossak: „jestem pisarką katolicką” (słów nie tyle nowych, ile podsumowujących i potwierdzających sposób, w jaki autorka Złotej wolności określała swoją więcej niż zawodową tożsamość) – odwołuję się przede wszystkim do lat 1944–1948, bo właśnie wtedy, ani nigdy przedtem, ani nigdy potem, zagadnienie literatury katolickiej nie było w Polsce problemem (czy jak chcieli niektórzy – problematem) równie ważnym, powszechnie i serio omawianym19. Nie miejsce na to, by taki stan rzeczy uzasadniać. Niech wystarczy sugestia, że II wojna światowa – co oczywiste – do tego stopnia wytrąciła Polskę z równowagi20, zmieniając rzeczywistość wewnątrz i na zewnątrz kraju, że literatura polska, odgrywająca nadzwyczajną rolę zwłaszcza od końca XVIII wieku, czyli od utraty niepodległości, literatura mająca/miewająca większy wpływ na decyzje Polaków niż politycy, znajdowała się pod presją wymagającą od niej – pod groźbą marginalizacji oznaczającej utratę tradycyjnych wpływów – określenia się nie tylko wobec wojenno-okupacyjnej apokalipsy, ale także jej powojennych konsekwencji. Najbardziej oczywistą, najlepiej, bo przez wieki w Polsce ćwiczoną, narzucającą się odpowiedzią zarówno na czarny (faszyzm), jak i czerwony totalitaryzm (stalinizm) był katolicyzm: naturalna antyteza hitlerowskiego pogaństwa i sowieckiego ateizmu, posiadająca swoje literackie wcielenie w utrwalanym od romantyzmu mesjanizmie, rozpisanym w równym stopniu na tyrtejski zapał, co martyrologiczne cierpienie. Owszem, wypada dodać, że za sprawą Tadeusza Borowskiego, TadeuszaRóżewicza, ZofiiNałkowskiej i Jana Józefa Szczepańskiego okazało się, że literatura polska nie odpowiada na wojnę w sposób rozpoznawany jako katolicki21; więcej – to, co katolickie i martyrologiczne, przede wszystkim za sprawą lagrowego tekstu Zofii KossakZ otchłani, okazało się negatywnym punktem odniesienia, zwłaszcza dla ocalającej polską powojenną literaturę obozowej prozy Borowskiego22.

Nowa, skuteczna wobec wojny literatura potrzebowała czasu, żeby stać się nieusuwalną częścią historycznoliterackiej całości. W latach 1944–1948 spierano się nie tylko o nią, ale przede wszystkim polemizowano z intelektualistami i pretendującymi do tego miana pisarzami oraz publicystami skupionymi wokół łódzkiej „Kuźnicy”, którzy zgłosili akces do nowego, powojennego porządku spod znaku Manifestu PKWN. Przedmiotem sporu był m.in. realizm, a w związku z nim i literatura katolicka.

W 1953 roku opublikowana została książka Stefanii Skwarczyńskiej Studia i szkice literackie. Autorka, próbując określić naukowe znaczenie terminu „literatura katolicka”, zauważa, że zainteresowanie nią po wojnie wiąże się z ideologizacją całej literatury. Skwarczyńska wykazuje naukową nieprzydatność proponowanych przez publicystykę wyznaczników „katolickości”. Ostatecznie przedstawia następującą definicję: „Ogół dzieł literackich, których treści wynikają z oparcia o katolicką teorię rzeczywistości, proponujemy nazwać literaturą katolicką”23. Tylko tyle? Oczywiście można cytować i komentować obficiej, ale zarówno publicystyka, jak i wyodrębniona z niej estetyczna perspektywa refleksji o literaturze katolickiej, a także teoria literatury reprezentowana przez książkę Stefanii Skwarczyńskiej nie są dość skuteczne w interpretowaniu autorozpoznania Zofii Kossak, definiującego ją jako pisarkę katolicką. Przywołanie szerszego kontekstu wydaje mi się jednak niezbędne nie tylko dlatego, że dotyczy deklaracji autorki Z otchłani – pozwala on czytać słowa Zofii Kossak w powiązaniu z oswojoną przez literaturoznawstwo i docenioną także w publicystyce praktyką. Ponadto daje szansę na uniknięcie prymatu perspektywy przez literaturoznawców zazwyczaj niestosowanej, bo zdominowanej przez takie kategorie, jak „wiara”, „służba”, a nawet „świętość”.

W kwestii opisywania doświadczenia wiary Zofii Kossak kluczowy wydaje się jej wyjazd na studia plastyczne do Genewy – bratanica Wojciecha Kossaka najpierw rysowała, dopiero później zajęła się literaturą. Ujmując rzecz dokładniej: jako dziewczynka Zofia Kossak pisała po to, by swoje opowieści ilustrować. Informacja ta jest ważna o tyle, że pozwala przypomnieć o tym, o czym wszyscy wiedzą, ale co i tak – za każdym razem, gdy ktoś pisze o autorce Pożogi – musi zostać odnotowane. Zofia Kossak to wnuczka Juliusza Kossaka: malarza, autora takich prac, jak Lisowczyk, Portret księcia Józefa na koniu czySobieski pod Wiedniem. Rodzonym, bliźniaczym, choć o rok starszym bratem jej ojca Tadeusza był malarz jeszcze bardziej znany niż ojciec: Wojciech24. To on, razem z Janem Styką, jest współautorem monumentalnej, a w każdym razie rozległej Panoramy Racławickiej, najsłynniejszego, konnego portretu Józefa Piłsudskiego (Marszałek Józef Piłsudski na Kasztance), Bitwy pod Olszynką Grochowską czyGrunwaldu – obrazu mniej słynnego niż ten pędzla Matejki, ale zasługującego na uwagę jak całe, nie tylko batalistyczne i portretujące konie(!), malarstwo autora Gęsiarki. WojciechKossak przygotował również okładkę pierwszego wydania Pożogi, docenionego debiutu literackiego Zofii Kossak – chociaż nie wydaje mi się, aby było to arcydzieło sztuki ilustratorskiej, o czym przekonać się można, sięgając po pierwodruk powieści, opublikowane w 1922 roku wspomnienia pisarki czy też po książkę ZofiaKossak Szczucka-Szatkowska 1889–196825.

Zarówno Mirosława Pałaszewska26, jak i Amelia Szafrańska27 – biografki Zofii Kossak oraz autorki przywoływanego w passusie powyżej opracowania – wspominają, że w 1913 roku przyszła pisarka

[…] rozpoczęła studia malarskie w Szkole Sztuk Pięknych w Warszawie pod kierunkiem Karola Tichy’ego. Tego samego roku w listopadzie, wraz z koleżanką Wandą Kossecką, wyjechała do Genewy z zamiarem kontynuowania nauki w École des Beaux Arts w pracowni prof. Simoneta. Wybuch I wojny światowej uniemożliwił jej dalszą naukę w Szwajcarii28.

Zofia Kossak pojechała zatem do Genewy studiować rysunek i malarstwo29. Nic z tych planów jednak nie wyszło – co można ocenić pozytywnie nie tylko z punktu widzenia zaangażowania się z czasem niedoszłej malarki w literaturę. Przyszła autorka Krzyżowców uznała, że malarski talent w jej rodzinie powoli zanika. Od dziadka Juliusza przybyło go w osobie Wojciecha, ale z perspektywy Zofii to od niego właśnie rozpoczął się regres – przy tej opinii należy wziąć pod uwagę napięcia nie tyle między bliźniakami, ile ich rodzinami (dotyczy to zwłaszcza relacji Zofii z jej kuzynkami: Magdaleną Samozwaniec i Marią Pawlikowską-Jasnorzewską, siostrami Jerzego) oraz fakt, że Wojciech był obecny w jej życiu częściej jako ratujący brata i jego najbliższych z finansowych kłopotów wuj niż jako malarz (Juliusz zmarł w 1899 roku, gdy Zofia była dzieckiem, więc łatwo/łatwiej było go idealizować – także pod względem artystycznym). W mniemaniu Zofii Kossak regres malarskiego talentu osiągnął w następnym pokoleniu niepokojąco wysoki poziom, o czym świadczy wyrażona przez Zofię opinia na temat Jerzego (syna Wojciecha Kossaka), zapisana w przywoływanym już liście do Józefa Birkenmajera, datowanym na 23 marca 1931 roku: „Jerzy Kossak, pracowity rzemieślnik, niegdyś genialne dziecko o talencie pełnym rozmachu i ognia – dziś pracujący ze szkodą raczej dla sztuki i nazwiska”30. Fragment ten został opatrzony przez autorkę przypisem skierowanym do adresata: „Niechże Pan czasem tego nie wydrukuje, biedny Jerzy nigdy by mi nie przebaczył”31.

A skoro o przypisach mowa, zanim wrócę do Genewy i do tego, co spotkało w tym mieście Zofię Kossak, zmieniając jej stosunek do wiary i ustalając wyobrażenie kobiety o literaturze pisanej przez tych, którzy wierzą, winien jestem kilka wyjaśnień dotyczących poprzedniego akapitu – nie tyle malarskiego, ile rodzinnego, a nawet nieco sensacyjnego. Eksplikacje tego typu należą co prawda do formuły wprowadzenia, ale głównie w odniesieniu do opowieści biograficznej, a nie książki zmagającej się z uwikłanym w egzystencjalny kontekst fenomenem twórczości Zofii Kossak. W jaki sposób je jednak ominąć, skoro nie da się zakwestionować ich wpływu na modus egzystencji autorki Z otchłani? Pozostaje poradzić sobie z nimi już teraz, na wstępie, by pamiętając o nich, zająć się tym, co Zofia Kossak pozostawiła po sobie jako pisarka – przede wszystkim pisarka katolicka.

Ród Kossaków to bowiem nie tylko malarze, ale również pisarze, a właściwie pisarki – i to zarówno znakomite, jak i popularne. W pierwszym przypadku chodzi przede wszystkim o Marię Janinę z Kossaków Bzowską Pawlikowską-Jasnorzewską, znaną powszechnie jako MariaPawlikowska-Jasnorzewska, którą JerzyKwiatkowski określił mianem „najwybitniejszej spośród poetek polskich”32. Przypadek drugi to Magdalena Samozwaniec, czyliMagdalena Anna Kossak, której pierwszym mężem był Jan Starzewski, a drugim ZygmuntNiewidowski – dorobek autorki Pocałunków został utrwalony w historycznoliterackiej i kulturowej pamięci języka polskiego. Warto tu również odnotować, że jej popularność, zarówno przed II wojną światową, jak i w okresie PRL-u, okazała się rezultatem twórczości satyrycznej, głównie prasowej (m.in. „Cyrulik Warszawski”, „Bluszcz”, „Tęcza” oraz „Przekrój” i „Szpilki”). Na szczególną uwagę zasługuje jednak i to, że napisała ona jedną z najbardziej popularnych przedwojennych parodii33 oraz że była najbliższą przyjaciółką swojej siostry Marii34, zwanej Lilką. Do „literackiego” grona rodzinny Kossaków należy dodać jeszcze jedną osobę: nie tyle pisarkę, ile żonę, ale więcej niż pisarza, bo Stanisława Ignacego Witkiewicza, Jadwigę Unrug, córkę Jadwigi Kossak, rodzonej siostry bliźniaków: Wojciecha i Tadeusza. Dzień po 17 września 1939 roku Witkacy popełnił samobójstwo; towarzyszyła mu wówczas Czesława Oknińska, której próba samobójcza okazała się nieskuteczna. Jadwiga Unrug zmarła w 1968 roku.

Pozostaje jeszcze sprawa rodzinnych sensacji, ale z nich chciałbym zrezygnować, a nawet, w duchu genewskich doświadczeń Zofii Kossak, postaram się je zracjonalizować, pozbawiając determinującego, ezoterycznego kontekstu. Bardziej pasują one do wspominanych już opowieści biograficznych, które o Kossakach, a zwłaszcza o Zofii Kossak, snuje Joanna Jurgała-Jureczka, swego czasu kustosz muzeum autorki Pożogi funkcjonującego w Górkach Wielkich na Śląsku Cieszyńskim. Oto próbka pominiętego przeze mnie materiału: „Magdalena [Samozwaniec – przyp. D.K.] […] opowiadała, że nie utrzymuje z córką [Teresą – przyp. D.K.] kontaktu, ponieważ to z jej powodu Niemcy rozszyfrowali i aresztowali działającą w konspiracji Zofię Kossak”35. Zdaję sobie sprawę z atrakcyjności tego typu informacji. Niekiedy są one bezsporne, wynikają bezpośrednio z cytowanych listów, dotyczą różnic między Zofią Kossak i jej kuzynkami albo kłopotów finansowych Tadeusza, ojca Zofii. W przypadku powodów aresztowania autorki Nieznanego kraju (książki, która skądinąd z racji opisywania polskości Śląska nie mogła Niemcom przypaść do gustu) sprawa jest dużo bardziej problematyczna i niepotwierdzona przez inne źródła. Nie jest to oczywiście zarzut, ponieważ nikt nie przysparza popularności Zofii Kossak równie skutecznie, jak Joanna Jurgała-Jureczka, a ponadto, jeśli przedmiotem opowieści jest rodzina rozpisana na personalne portrety, domniemania i przeświadczenia, może ona decydować o losie pisarki w co najmniej takim samym stopniu jak fakty. To jednak zdecydowanie inna materia niż jej literatura, także ta, którą próbuje się pokazać w kontekście rodzinnego i personalnego otoczenia Zofii Kossak. Dlatego nie ma powodu, bym wkraczał na teren skutecznie obsługiwany przez autorkę pracy Zofia Kossak. Opowieść biograficzna i powtarzał jej ustalenia.

W drodze do przełomowego pobytu w Genewie, rezygnując z nadużywania informacji o rodzinnych sensacjach, nie chcę jednak pominąć familijnych katastrof, które dotknęły Zofię Kossak – nawet jeśli relacjonując je, zbagatelizuję opinię Magdaleny Samozwaniec, widzącą w nich „dowód na życiowego pecha czy raczej działanie tajemnych sił, bo to właśnie jedyna córka Tadeusza [Zofia – przyp. D.K.] miała urodzić się pod nadzwyczaj złą gwiazdą”36. Nie wiem, pod jakimi gwiazdami urodzili się bracia Zofii Kossak, ale żaden z nich nie dożył wybuchu II wojny światowej. Stefan zmarł w tym samym roku, w którym się urodził (1891); Witold utonął jako dwunastolatek, ratując swojego kuzyna Jerzego (przyszłego malarza) i nieumiejącego pływać ojca, który rzucił się bratankowi na ratunek (1899). Juliusz z kolei zmarł w wieku lat szesnastu, chorując na zapalenie wyrostka robaczkowego (1917); w 1938 roku w niewyjaśnionych okolicznościach stracił życie urodzony w 1892 roku Zygmunt37.

Podobnie dramatyczne okazały się losy obu synów Zofii Kossak z pierwszego małżeństwa, które w 1915 roku zawarła ona ze Stefanem Szczuckim. Juliusz zmarł jako dziewięciolatek na „skutek skomplikowanego przebiegu szkarlatyny”38. Ta wstrzemięźliwie sformułowana informacja uzupełniona jest wiadomością, że Julek Szczucki był chłopcem przejawiającym „dużą wrażliwość i szacunek dla ludzi, zwierząt i roślin. Jego ciało zostało złożone na cmentarzu wśród innych dzieci góreckich. Spoczywa pod opiekuńczymi skrzydłami białego, marmurowego anioła”39. Relacja Joanny Jurgały-Jureczki zapisana została inaczej, zgodnie z regułami opowieści biograficznej nastawionej na wydarzenia nadzwyczajne. Przytoczę ją, ponieważ jedno z genewskich spotkań Zofii Kossak określi/określiło jej stosunek do tego, co dla niej jako pisarki charakterystyczne, a więc do kwestii ezoterycznych.

Jedna ze służących zapamiętała, że podczas ostatniej w jego życiu wigilijnej wieczerzy Julek zobaczył swój cień na ścianie. Ludzie mówili, że to zła wróżba, zapowiada śmierć w ciągu nadchodzącego roku. Wróżba miała się spełnić. Nieprzeczuwająca niczego Zofia Kossak z humorem opisywała świąteczne przeżycia w liście do rodziny. „Morowe są chłopy, zwłaszcza starszy [Juliusz – przyp. D.K.], tęgi, trzeźwy pracownik, pierwszy zabijaka w klasie (jako uczeń – drugi), ale już nie dzieci”.

Podobno Julek już raz był bliski śmierci. Zofia prosiła o zdrowie dla niego i leżąc krzyżem, błagała, aby Bóg pozwolił się nacieszyć nim jeszcze trzy lata. Nie wiedziała, dlaczego tak właśnie sformułowała swoją prośbę, ale wówczas Julek wyzdrowiał. Trzy lata później historia się powtórzyła. Znów ból głowy, wysoka temperatura i trzydniowa, gwałtowna choroba. Tym razem chłopca nie udało się uratować.

Zrozpaczona matka informowała wydawców czekających na kolejną książkę, że spotkało ją wielkie nieszczęście, straciła syna będącego „uosobieniem zdrowia, energii i radości życia”. Najstarszy syn Zofii Kossak-Szatkowskiej został pochowany na cmentarzu w Górkach Wielkich. W cieniu drzewa stoi wysoki nagrobek, a na nim płaskorzeźba przedstawiająca anioła tulącego do siebie dziecko gestem matczynym, opiekuńczym. U dołu łaciński napis: Ad maiora natus sum, a pod spodem daty urodzin i śmierci40.

Młodszy synZofii Kossak, Tadeusz, „17 marca 1943 roku, w wieku 25 lat, został zamordowany w KL Auschwitz […]. Szczegóły pobytu Tadeusza w obozie są nieznane”41. I tej śmierci – w relacji Jurgały-Jureczki – towarzyszyły nadzwyczajne wydarzenia i znaki, które tym razem pominę42. Zofia Kossak do końca życia czekała na powrót syna. Potwierdzenie zamordowania go w Auschwitz zostało odnalezione po jej śmierci. Pozostaje jeszcze tylko dodać, że pierwszy mąż autorki Pożogi, Stefan Szczucki, zmarł 1 marca roku 1923. Śmiertelną chorobę zidentyfikowano jako akromegalię43.

Niemożliwa do zrównoważenia utrata braci, męża i synów została jednak w jakimś stopniu zrekompensowana w losach jej potomków z drugiego małżeństwa z młodszym od niej o siedem lat Zygmuntem Szatkowskim (1896–1976). Witold i Anna przeżyli okupację oraz Powstanie Warszawskie; obdarowali mamę ośmiorgiem wnucząt i doczekali sędziwego wieku: syn niemal osiemdziesięciu (1926–2005), natomiast córka prawie dziewięćdziesięciu lat (1928–2015). Można też, przepełniając i tak nad miarę pełną czarę goryczy, przypomnieć o domach Zofii Kossak: traconych od dzieciństwa, grabionych, palonych, bronionych i przynajmniej częściowo, u schyłku lat, odzyskiwanych. Wymienię trzy najważniejsze, krajowe, a pominę mieszkania i kornwalijską, emigracyjną farmę.

Najpierw był lubelski Kośmin, utracony kilka lat po aresztowaniu ojca w 1906 roku – aresztowaniu chlubnym, niepodległościowym, patriotycznym44. Potem, od roku 1911, pisarka znalazła się na Wołyniu – początkowo w Skowródkach koło Starokonstantynowa. Wołyń Zofii Kossak to nie ten, który znamy z historii II wojny światowej, z wierszy Wojciecha Wencla czy filmu Wojciecha Smarzowskiego – to jednak Wołyń równie dramatyczny i krwawy, rewolucyjny, bolszewicki, ukraiński, rusiński, chłopski; Wołyń, który z trudem udało się przeżyć, którego się broniło, z którego trzeba było uciekać; Wołyń zapisany w Pożodze. I jeszcze Górki Wielkie, Śląsk Cieszyński, gdzie Zofia zamieszkała z rodzicami w 1923 roku, skąd wyjechała we wrześniu 1939 roku i dokąd powróciła z emigracji (1957), by pozostać do śmierci (chociaż już nie we dworze, do tamtej pory nieodbudowanym po II wojnie światowej, ale w domu ogrodnika). Dzisiaj w centralnej, od nowa zbudowanej części dworu znajduje się siedziba Fundacji im. Zofii Kossak, a w domku ogrodnika – muzeum pisarki.

AutorkaKrzyżowców urodziła się 10 sierpnia 1889 roku w Kośminie na Lubelszczyźnie. Informację tę, stosunkowo niedawno, w kośmińskich księgach parafialnych odszukała wnuczka pisarki, Anna Fenby Taylor. Mirosława Pałaszewska jeszcze w opracowaniu z 1999 roku pisała o tym, że potwierdzenia daty urodzin w 1890 lub 1889 „nie udało się znaleźć”45. ZofiaKossak Szczucka-Szatkowska jako datę urodzenia podawała rok 1890. Ważniejsze jednak dla kształtu pisarstwa autorki Z otchłani wydaje mi się to „narodzenie”, które miało miejsce w Genewie. Związane jest ono ze spotkaniem dwóch osób, w różny sposób oddziałujących na kształt wiary Zofii Kossak, a w konsekwencji decydujących o tym, jaki charakter miała jej twórczość: katolicka, intencjonalnie wychowująca i służebna. Pierwszy aspekt dotyczy ezoterycznych skłonności Zofii Kossak, które stanowiłyby problem z punktu widzenia katolickiej, tak ważnej dla autorki, ortodoksji, gdyby nie to, czego dowiadujemy się o nich w związku z osobą Heleny Smith, niezwykłej genewskiej malarki. Pisarka poznała ją w 1913 roku, zainteresowała się bardzo poważnie jej niekonwencjonalnym religijnym malarstwem, inspirowanym w oryginalny (czy – jak sądziło wielu – nadprzyrodzony) sposób. Z czasem jednak nieufność okazała się trwalsza niż ciekawość. Tym, co przesądziło o sceptycyzmie Zofii Kossak, nie był brak wiary w możliwość anielskiego natchnienia, ale obawa, że źródło malarstwa Smith może mieć charakter infernalny46.

Najważniejszy dla pisarki podczas krótkiego pobytu w Genewie był jednak Georges Goyau. Najpełniejszy opis spotkania z nim, a właściwie rezultatów wysłuchania wygłoszonego przez niego wykładu, zawiera artykuł Zofii Kossak-Szczuckiej SzatkowskiejNasze drogi47, opublikowany w 1935 roku na łamach „Gościa Niedzielnego”. Oto fragment:

Było to w Genewie, na rok przed wybuchem wielkiej wojny. Genewa ówczesna, bez Ligii Narodów48, nie przypominała w niczem dzisiejszej. Było to ciche, kalwińskie, surowe miasto, stwarzające idealne warunki pracy umysłowej. Oprócz paru wyższych uczelni, ożywioną działalność rozwijała tam wówczas prywatna instytucja, zwana In. J.J. Rousseau, protestancka, skupiająca wokół siebie grono ludzi z dużą inicjatywą. Owej zimy rzeczona instytucja zorganizowała ankietę międzyreligijną, mającą na celu wykazanie, która z wielkich religij świata stwarza najlepsze duchowe warunki, by wśród swych wyznawców urobić typ człowieka, obywatela, pożytecznej jednostki, i jak sobie ten typ wyobraża [podkr. Z.K. albo redakcja – przyp. D.K.]. Nie było to niczem przypominającem spory teologiczne średniowiecza. Dogmaty ani sprawy kultu nie miały być i nie były poruszane. Chodziło tylko o filozofję życiową danej wiary, o jej wpływ wychowawczy i twórczy na jednostkę49.

Nie chodziło o dogmaty ani sprawy kultu – po pierwsze dlatego, że takie było założenie genewskiej ankiety, a po drugie, ponieważ Zofii Kossak ani wcześniej, ani później kwestie te nie zajmowały. Dotychczas jej „stosunek do wiary był czysto uczuciowy, jak to zresztą bywa często i dzisiaj u wielu ludzi. Przywiązanie bezkrytyczne [podkr. D.K.], w którem atawizm i przyzwyczajenie grały niemałą rolę”50 – wyznaje sama pisarka.

Taka postawa nie pozwalała na jakikolwiek religijny rewizjonizm, eliminowała szansę na jakąkolwiek kontestację dotyczącą dogmatów czy kultu. Patrząc na tę sprawę inaczej, łatwo zauważyć, że zarówno katolickie dogmaty, jak i przedsoborowa katolicka liturgia były przez Zofię Kossak akceptowane bezkrytycznie. Nie wzbudzały sprzeciwu, bo nie stanowiły przedmiotu refleksji? Brak rewizjonistycznego podejścia wcale nie musi oznaczać braku namysłu – a nawet jeśli tak było, trudno czynić z tej postawy zarzut, i to zarówno z perspektywy osoby wierzącej, jak i tej, dla której wiara wartością nie jest. Wierzący docenia zaufanie niepotrzebujące dowodów ani argumentacji – nie jest to wiara św. Tomasza z Akwinu czy Jacquesa Maritaina, ale jeśli za wcześnie, by konfrontować z nią religijne doświadczenie Abrahama, Sørena Kierkegaarda czy Lwa Szestowa, to na pewno już teraz można przywołać znany z Ewangelii ideał dziecięcej postawy religijnej, postawy wiary dalekiej od krytycyzmu:

W owym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa, pytając: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?”. On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. […]

Baczcie, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie. […]”51.

Osoba, którą nazwałem „niewierzącą”, gdy tylko zrezygnuje z dyskredytowania Zofii Kossak jako osoby emocjonalnie, bezkrytycznie, atawistycznie wierzącej, może z kolei docenić, że taka postawa nie przeszkodziła pisarce z prawdziwą pasją zajmować się wychowaniem niedającym ujmować się w kategoriach religijnej indoktrynacji. Świadczy o tym relacja pisarki z Aleksandrem Kamińskim, „Kamykiem” – autoremKamieni na szaniec, współautorem tzw. „metody zuchowej”, kierownikiem ośrodka harcerskiego w Górkach Wielkich, a zatem sąsiadem Zofii Kossak i jej współpracownikiem. O ich wspólnym zaangażowaniu w działalność ZHP opowiadał sam Kamiński52. Z jego wspomnień chciałbym zacytować jeden, symptomatyczny, antyindoktrynacyjny fragment:

Wiele czasu i dobrej woli wiązała ze społecznością katolicką – w tym wypadku z parafią górecką, w której kłopotach i uroczystościach brała żywy udział. Ale – i to jest piękną miarą jej tolerancji – nigdy nie dała odczuć swemu góreckiemu sąsiadowi, że nie spotyka go na tamtym terenie53.

Genewska ankieta międzyreligijna dotyczyła filozofii życiowej, wychowawczego wpływu wiary na jednostkę, czyli tego, czym wiara była, czym stała się wówczas dla Zofii Kossak, decydując o charakterze jej pisarstwa. Z tym ostatnim trzeba jednak nieco poczekać, chociaż już teraz warto zacytować niezmiernie ważne słowa autorki Nieznanego kraju, określające jej naturę, sposób działania, a przede wszystkim twórczość – i to w sposób niemożliwy do zbagatelizowania, ponieważ dotyczący wszystkiego, co napisała w swoim życiu:

[…] jestem naturą bardziej aktywną, niż kontemplacyjną i rada bym każde swe przeżycie realizować czynnie na zewnątrz, lecz właśnie w kierunku socjalno-filozoficzno-społecznym. To nastawienie nadało piętno całej mojej działalności literackiej i wątpię, abym kiedykolwiek odchyliła się od niego [podkr. D.K.]54.

Po zasadniczym wyznaniu Zofii Kossak należy wrócić do jego źródła, czyli do wiary – a dokładniej do katolicyzmu, o jakim mówił, a raczej mógł mówić Goyau55, i który zdeterminował pisarstwo autorki Naszych dróg:

Ostatnim odczytem był dwugodzinny, katolicki. Prelegentem nie był ksiądz ani teolog. Był nim wybitny publicysta francuski Georges Goyau, człowiek wielkiej wiary i wielkiej wiedzy. Prelekcja jego prosta, rzeczowa, ścisła, była wspaniałą manifestacją chrześcijańskiej, katolickiej filozofji dnia codziennego, jej walorów, równie w dziedzinie wychowawczej, jak każdej innej. Sprawiedliwość nakazuje wyznać, że Goyau był zarazem znakomitym mówcą, pełnym zapału i ognia. Ale taki ogień, taki zapał daje tylko głębokie przeświadczenie i świadomość słuszności swej sprawy. Ku radości i wzruszeniu nas, nielicznych katolików, zebranych na sali, w następującej potem dyskusji, rodzaju plebiscytu, całe audytorium uznało, że w dziedzinie wychowania nowego człowieka, człowieka, który by był nadzieją lepszego jutra ludzkości, Kościół katolicki wykazał najwyższe możliwości, bezapelacyjnie wyższe od wiar pozostałych [podkr. oryg.]56.

Z artykułu Zofii Kossak nie sposób dowiedzieć się, o czym mówił GeorgesGoyau. Jedno wydaje się ważne i niewątpliwe: jego prelekcja pozwoliła przyszłej pisarce dokonać przejścia od chrześcijaństwa majowych nabożeństw i złotej legendy, a także chrześcijaństwa emocjonalnego i atawistycznego (nie tylko bezkrytycznego, ale także bezrefleksyjnego, automatycznego, przejętego od antenatów jako skarb w takim samym stopniu bezcenny co oczywisty) do chrześcijaństwa „rzeczywistego”, które „nie tylko zapewnia zbawienie duszy, ale jest potężną siłą żywotną, siłą realną, zdolną przeobrazić świat w królestwo Boże”57.

Tylko tyle i aż tyle. Tylko, bo z artykułu, powtórzę, niczego o treści prelekcji dowiedzieć się nie można. Aż tyle, bo tekst Zofii Kossak pozwala zrekonstruować formę mieszczącą bez mała całe jej pisarstwo. Dzięki Naszym drogom istnieje realna możliwość ustalenia, a w każdym razie zaproponowania, dwóch prostych zasad decydujących o tym, jak i dlaczego tworzyła swoją prozę autorka Pożogi, Ku swoim, Dziedzictwa, Nieznanego kraju, Protestu!, Z otchłani, Błogosławionej winy, Szaleńców Bożych, Krzyżowców i Przymierza.

Zasada pierwsza: o czymkolwiek Zofia Kossak by nie pisała, zawsze powoływany przez nią do istnienia świat urzeczywistniał się w tej formie, która wręcz skazana jest na rozpoznanie jako chrześcijańska, a przy dokładniejszej konkretyzacji – jako katolicka. Nie ma znaczenia, czy przedmiotem ewokacji jest konstytuujący wspólnotę wiary los Abrahama, historia Polski Bolesława Chrobrego o niewielkim chrześcijańskim stażu czy kwestia KL Auschwitz-Birkenau – w każdym przypadku świat przedstawiony jest katolicki, to znaczy opisany zarówno zgodnie z aktualnie obowiązującą, historycznie zmienną nauką Kościoła, jak i w zgodzie z tym, co w nauce tej (niezależnie od dogmatycznych czy obrzędowo-liturgicznych modyfikacji) nie podlega historycznym zmianom, zachowując Wiarę w Miłość, a przynajmniej w Sens, który posiada absolutny, transcendentny, gwarantujący go punkt odniesienia: Bóg. Będzie jeszcze okazja, by pisać o tym, w jaki sposób – niemal z dnia na dzień – Zofia Kossak potrafiła modyfikować swoje poglądy w rezultacie przeobrażeń, jakie zachodziły w polityce Kościoła rzymsko-katolickiego. Teraz wspominam o tym tylko po to, by jednoznacznie stwierdzić, że pisarstwo autorki Pożogi nigdy nie wykazywało braku lojalności wobec tego, czego nauczał Kościół. Ale nie jest to deklaracja uległości czy, nie daj Boże, religijnej bierności (w końcu międzywojenna Polska była areną sporu o to, czy Krzyżowcy Zofii Kossak to literatura stosowna i bezpieczna, czy należy stemplować ją, informując o zagrożeniach wynikających z jej poznawania). Zarówno lojalność samej autorki Przymierza, jak i eklezjalna58 lojalność jej pisarstwa to naturalne konsekwencje wiary, przyjmowanej bezkrytycznie, jednoznacznie i konsekwentnie; wiary oczywistej i zrozumiałej, wręcz pożądanej z punktu widzenia życia Kościoła, ale potencjalnie trudnej, a może nawet niemożliwej do akceptacji przez osoby pozbawione doświadczenia religijnego. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to, co dla Zofii Kossak stanowiło naturalną konsekwencję nie tyle obudzonej, ile ukierunkowanej przez Goyau wiary, dla wielu czytelników jej prozy (począwszy od książkowego debiutu w 1922 roku po drugie dziesięciolecie XXI wieku) może wydawać się lub po prostu być dziwactwem, religijną histerią, a nawet agresywnym katolickim fundamentalizmem. Chciałbym tę realną ewentualność zneutralizować, ponieważ to w niej zdaje się tkwić źródło nieporozumień dotyczących osoby i dzieł powieściopisarki. Dorobek Zofii Kossak będzie kontestowany, jeśli jego czytelnicy, analitycy i interpretatorzy nie uwzględnią źródła, które go wydało, czyli wiary pochodzącej od Boga Abrahama, pozostającej w depozycie rzymsko-katolickiego Kościoła, przyjętej i wyznawanej przez autorkę Przymierza jako imperatyw nie tylko życia, ale i pisania.

Zasada druga: Zofia Kossak, nie polemizując w swojej twórczości z rzymsko-katolickimi dogmatami, całą swoją energię przeznaczała na to, by dogmaty te urzeczywistniać, przeobrażając „świat w królestwo Boże”. Jedyną drogą do tak wytyczonego celu było dla niej wychowywanie „nowego człowieka, człowieka, który by był nadzieją lepszego jutra ludzkości [podkr. D.K.]”59. Jak ukształtować takiego człowieka? Pisząc np. Pożogę, Ku swoim, Dziedzictwo, Nieznany kraj, Protest!, Z otchłani, Błogosławioną winę, Szaleńców Bożych, Krzyżowców i Przymierze – i wychowując przez te dzieła do służby rodzinie (Pożoga, Ku swoim, Dziedzictwo), Polsce (Nieznany kraj, Protest!, Z otchłani) i Bogu (Błogosławiona wina, Szaleńcy Boży, Krzyżowcy, Przymierze). Jedno zastrzeżenie: ewokowana w dorobku Zofii Kossak aksjologia zakłada – po raz kolejny bezkrytycznie, jednoznacznie i ostatecznie – że tylko Bóg może być i jest źródłem tych wartości, które mogą budować, a w razie potrzeby ocalić zarówno rodzinę, jak i Polskę. Przy czym reguła ta, co wynika bezpośrednio z powszechnej, czyli katolickiej natury nauczania Kościoła, dotyczy każdej rodziny i każdego kraju.

Głównym przedmiotemNaszych dróg są konsekwencje, jakie w życiu Zofii Kossak spowodowała prelekcja Goyau. Najważniejszą z nich jest przewartościowanie stosunku do wiary. Kolejne sprowadzają się do następującej zależności: jeśli być chrześcijaninem to zmieniać świat, urzeczywistniając królestwo Boże na ziemi, jeśli właśnie chrześcijaństwo posiada największy potencjał, by wychowywać każdego z nas do realizacji tego zadania, to rzecz w tym, byśmy zechcieli się w takie przedsięwzięcie zaangażować. Chodzi o to, żeby „przynajmniej połowa ludzi, choćby czwarta ich część, stała się katolikami nie tylko ze chrztu, nie tylko z praktyk religijnych, ale ze ścisłego stosowania w życiu filozofii chrześcijańskiej [podkr. D.K.]”60. Dlaczego tak się nie dzieje? Z jakiego powodu „nie jesteśmy naprawdę katolikami”?61 Odpowiedzi udziela już sama Zofia Kossak, nie Georges Goyau. Alerównie ważne, a może nawet ważniejsze niż odpowiedź, wydaje się stwierdzenie: „nie jesteśmy naprawdę katolikami”. Dzięki niemu widać wyraźnie, że bezkrytyczna wobec doktryny i dogmatów pisarka nie miała żadnego problemu z krytycyzmem wobec współbraci katolików – i nie tylko. Kwestii tej nie da się sprowadzić do personalnego kontekstu, ponieważ istnieje w światopoglądzie Zofii Kossak racjonalna, przyczynowo-skutkowa zależność między wyznawaną wiarą (absolutyzowaną, bo absolutną, powszechną) i wynikającym z niej, równie bezwzględnym, zobowiązaniem do realizowania jej założeń. Mówiąc krótko: im cenniejsze jest to, co wyznaję, tym wierniej powinienem temu służyć, domagając się takiej postawy także od innych – i to konsekwentnie, wręcz natarczywie. Czy to ewangelizacyjna opresja indoktrynacyjna? Czytanie prozy Zofii Kossak w podobnych kategoriach prowadzi donikąd. Lektura wymaga w tym przypadku nie tylko uwzględnienia perspektywy wiary jako zgody na Objawienie i sprawujący nad nim pieczę nauczycielski urząd Kościoła, ale czegoś więcej, a mianowicie – takiego stopnia zaangażowania w kerygmat, które chcąc nie chcąc, przywołuje kategorię świętości, a w każdym razie pozwala na uruchomienie hagiograficznych kontekstów62. Zofia Kossak nie przeceniała swoich teologicznych kompetencji63, ale słuchała i realizowała słowa św. Pawła:

Zaklinam cię na Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, oraz na Jego pojawienie się i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę i nie w porę, wykazuj błąd, napominaj, podnoś na duchu z całą cierpliwością w każdym nauczaniu (2 Tm 4, 1–2).

To, co mówił Apostoł Narodów, nie było i nie jest adresowane wyłącznie do młodego biskupa efeskiego Kościoła. Zofia Kossak pisała swoje powieści, opowiadania, sztuki teatralne i artykuły tak, jakby napomnienie Apostoła Narodów skierowane zostało właśnie do niej. Powtarzała je w Naszych drogach:

Wszędzie jest miejsce na Boga. Wszędzie można o Nim mówić. Święci wchodzili do domów publicznych, nie lękając się obmowy, ani widoku zgorszenia, by tam głosić miłosierdzie Boże. I tak czynić trzeba. Sprawować Akcję Katolicką osobiście, ciągle, każdej godziny, każdej chwili, nie bać się przesady.

Inaczej zginiemy64.

Giniemy, ponieważ „nie jesteśmy naprawdę katolikami”. Zofia Kossak widzi ten problem w kontekście historycznym i narodowym. Jej zdaniem brak zaangażowania to konsekwencja tego, że nasi piastowscy antenaci pożegnali swoich starych bogów obojętnie, a nowego, prawdziwego Boga przyjęli „powierzchownie”65. Sąd ten mógłby stać się przedmiotem oceny historyków, ale ważniejsza wydaje mi się perspektywa inna, nie tyle kompetencyjna, ile emocjonalna – zwłaszcza bowiem pod koniec życia, zarówno w wypowiedziach beletrystycznych, jak i dyskursywnych, wraca u Zofii Kossak to, co określa jej pisarską strategię i autorski etos; to, co w Dziedzictwiezapisała następująco: „sztuka musi przemówić do serca. Jej dziedzina to uczucie. Musi być zrozumiała i bliska”66. W liście do Zdzisławy Dec-Skarżyńskiej, datowanym na 4 lutego 1967 roku, czytamy z kolei:

Od 45 lat pisanie jest moim zawodem otwierającym drogę do serc czytelników; w czasie wojny formą walki z nieprzyjacielem – w pracy fizycznej – wytchnieniem; zawsze poczuciem wykonywania służby społecznej. Tę służbę uważam za obowiązek67.

Zofii Kossak chodzi o emocjonalne zaangażowanie, o służbę determinowaną uczuciami. Wiara, czyli przedmiot służby określony przez Boga i Kościół, nie podlega dyskusji i nie jest nieznany – przeciwnie: okazuje się oczywisty. Rzecz w tym, by urzeczywistniając go, „nie bać się przesady”, bo przecież nawet „osławiona tolerancja religijna, z której tak jesteśmy dumni, nie [jest – przyp. D.K.] niczem innem jak obojętnością religijną [podkr. D.K.]”68.

Zofia Kossak opisuje historycznie motywowany brak emocjonalnego zaangażowania w sprawy wiary, ubolewając i nad tym, że w naszych dziejach „nie było nawet żadnej sekty, czy herezji, która by wykazała silną temperaturę naszej religijności!”69. Podoba mi się ta opinia – ważniejsze niż ryzyko naruszenia prawowierności okazuje się tu przeświadczenie o bezcennej konieczności emocjonalnego udziału w sprawach wiary. Bo przecież – zdaniem Zofii Kossak – wiara nie zginie, jej się nic nie stanie, ale my możemy pójść na zatracenie, możemy zginąć, jeśli pozostaniemy letni70, niczym polski wiek XVIII:czas największej pobożności, owocującej jednak nie mocą, ale rozkwitem „ciemnoty i upadku”. Dowodzi tego najlepiej „ówczesna literatura religijna, tak obfita, a tak beznadziejna, napuszona, ckliwa, pretensjonalna, wzbudzająca w nas dziś śmiech i niesmak”71. I znów: nie o historycznoliteracką ocenę dorobku polskiego XVIII wieku chodzi, ale o intensywność służenia Bogu i Jego sprawie, którą Zofia Kossak nazywa wiarą; o emocje, które łączą najmocniej i pozwalają na największe ofiary.

Może dlatego „nie jesteśmy naprawdę katolikami […], że przyjęcie chrześcijaństwa nie było przez nas okupione żadną ofiarą, nie było aktem trudnym i opornym”72. Może. Z perspektywy pisarstwa i losu Zofii Kossak kluczowa okazuje się wartość ofiarnego poświęcenia: ostatecznego, heroicznego, męczeńskiego urzeczywistnienia wiary. Taka postawa wymaga literackiego udokumentowania i świadectwa życia, tekstu pokazującego konieczność i bezcenność ofiary oraz egzystencji zdolnej taki tekst potwierdzić. Nie ulega wątpliwości, że po Zofii Kossak pozostała i hagiograficzna literatura, i świadectwo życia, które w wielu aspektach literaturę tego typu potwierdza.

AutorkaPożogi używała zarówno historii (chrzest Polski, wiek XVIII), jak i dziejów literatury (wiek XVIII raz jeszcze), by uzasadniać i opisać fakt, że Polacy nie są „naprawdę katolikami”. Ta pierwsza świadczy jej zdaniem na ich niekorzyść. Polskość (czyli kontekst narodowy) jest przez nią uruchamiana po to, by katolikom pomóc: „Chodzi więc o to, aby religję czuć równie żywo i silnie, jak się czuje własną narodowość. […] »Być szowinistami swej religji – nacjonalistami swej religji!« Byłby to jedyny piękny nacjonalizm”73. Czy dla Zofii Kossak Polak jest nadrzędny wobec katolika? Nie. Dla pisarki katolik znajduje się nad Polakiem. Pisał o tym Jan Błoński w jednym ze swoich najważniejszych esejów74 (do którego przyjdzie jeszcze wrócić), potwierdzając tę hierarchię, wypróbowując ją w konfrontacji z tematem Zagłady, z komentowanym nie tylko przez niego, ale także przez adwersarzy Zofii Kossak napisanym przez nią Protestem!.Nasze drogi przewartościowują bowiem stosunek pisarkido