Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Śmierć to jedna z największych tajemnic naszego życia. Wielu próbowało ją zgłębić i odpowiedzieć na nurtujące każdego pytanie: jak to będzie? Papież Benedykt XVI, zapytany o to, czego spodziewa się po wieczności, odpowiedział po prostu: Cieszę się, że znowu zobaczę moich rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, i wyobrażam sobie, że będzie tak samo wspaniale, jak było u nas w domu.
Podejście autorów jest konkretne i praktyczne. Rozwiewają oni wiele wątpliwości, które prędzej czy później ogarną każdego z nas. Jak towarzyszyć umierającym i zatroszczyć się o nich po śmierci? Po co się za nich modlić? Na czym polega symbolika obrzędów pogrzebowych? Co zrobić, gdy przyjdzie nam się mierzyć z tragedią utraty dziecka nienarodzonego – czy można je pochować i jak wygląda cała procedura? Czy świętość jest zarezerwowana tylko dla doskonałych?
Jest to przede wszystkim książka o nadziei, która towarzyszy każdemu chrześcijaninowi. W końcu w śmierci chodzi o to, żeby zobaczyć Boga i z Nim zostać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 227
Rok wydania: 2019
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Wydawnictwo WAM, 2019Opieka redakcyjna: Klaudia BieńRedakcja: Katarzyna StokłosaKorekta: Katarzyna OnderkaProjekt okładki: Agata HanuszkiewiczSkład: Remigiusz DąbrowskiNIHIL OBSTATPrzełożony Prowincji Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego, ks. Jakub Kołacz SJ, prowincjał, Kraków, dn. 30 stycznia 2019 r., l.dz. 24/2019ISBN 978-83-277-2116-7WYDAWNICTWO WAMul. Kopernika 26 • 31-501 Krakówtel. 12 62 93 200e-mail: [email protected]Ł HANDLOWYtel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496e-mail: [email protected]ĘGARNIA WYSYŁKOWAtel. 12 62 93 260 www.wydawnictwowam.plDruk: EKODRUK • KrakówPublikację wydrukowano na papierze iBOOK White 70 g vol. 1.6dostarczonym przez IGEPA Polska sp. zo.o.
Wstęp
Święty Paweł wPierwszym Liście do Koryntian, pytając: „gdzież jest, ośmierci, twoje zwycięstwo?” (1 Kor 15,55), prowokuje. Bez dwóch zdań. Wyłącznie ludzie głęboko dotknięci przez los, trwający wwielkim cierpieniu albo będący wstanach beznadziei, która nie widzi szans na lepszą przyszłość, mogą poszukiwać śmierci, śmiało pytając: „Gdzie jesteś?”. Na ogół próbujemy ją bowiem raczej od siebie odsunąć, szczególnie kiedy ta niebezpiecznie zaczyna się zbliżać do naszego domu inaszej rodziny. Nie chojrakujemy wobec jej potęgi, nie próbujemy jej prowokować. Prędzej znaszych ust padną słowa „Odejdź stąd, ośmierci!” niż pytanie „Gdzie jesteś?”.
Ajednak św. Paweł umieszcza to zdanie wewnątrz rozważań oznaczeniu śmierci dla chrześcijanina, wierze wżycie wieczne izmartwychwstanie ciała na wzór zmartwychwstania Chrystusa. Mało tego, winnym miejscu Paweł nie waha się powiedzieć: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, aumrzeć – to zysk. […] Zdwóch stron doznaję nalegania: pragnę odejść, abyć zChrystusem, bo to owiele lepsze, pozostawać zaś wciele – to bardziej konieczne ze względu na was” (Flp 1,21.23–24). Paweł – doświadczając tej prawdy egzystencjalnie, nie jedynie intelektualnie – jest przekonany, że spotkanie zChrystusem Zmartwychwstałym zmienia wszystko – również stosunek do śmierci. Naturalny lęk wobec niej, pragnienie zachowania ziemskiego życia jak najdłużej, smutek iból po stracie najbliższych mogą zostać przemienione. Nawet wbezsens śmierci Bóg potrafi wprowadzić sens zmartwychwstania, aciemność przemijania zostanie rozświetlona blaskiem Jego wiernej miłości, która jest silniejsza od śmierci. Od śmierci możemy uciekać, ale ona itak nas dosięgnie – nie ma na to rady. Wcześniej czy później każdy znas będzie musiał wpaść wjej objęcia. Zanim jednak to się stanie, wiele razy zmierzymy się ze śmiercią zbierającą żniwa wśród naszych bliskich, przyjaciół, sąsiadów iznajomych. Przed tym również nie uciekniemy, nawet jeśli wrzucimy temat śmierci do woreczka ztematami tabu iszczelnie go zamkniemy. Możemy oniej nie myśleć, możemy oniej nie rozmawiać, możemy się przed nią ukrywać, możemy jej nie prowokować, ale ona itak któregoś dnia przyjdzie izapuka do naszych drzwi. Taka jest, nie oszczędza nikogo.
Wobec tego wydaje mi się, że lepszą postawą niż ucieczka przed nią jest spojrzenie jej woczy. Nie mówię tu jednak ozuchwalstwie, ostąpaniu po krawędzi wposzukiwaniu zwiększonej dawki adrenaliny wżyciu iwystawianiu śmierci na próbę, kiedy wkońcu zdecyduje się przeciągnąć nas na swoją stronę. Chodzi mi raczej ospotkanie się znią na płaszczyźnie medytacji oniej. Oczywiście rozum to nie wszystko. Nie wystarczy oczymś pomyśleć, aby to oswoić, aby ta rzeczywistość nie budziła wnas lęku inie była dla nas tajemnicza. Rozmowy zumierającymi oraz zcierpiącymi rodzinami tych, którzy odchodzą, dobitnie mi uświadomiły, że chociaż człowiek wie, że musi umrzeć, to jednak prawie nigdy nie jest na śmierć gotowy. Śmierć zawsze przychodzi nie wporę, za wcześnie.
Napisałem „prawie nigdy”, ponieważ poznałem także osoby, które na śmierć się przygotowały. Nie oznacza to, że się nie bały, że chciały umierać, że nie chciały dłużej żyć inie czuły lęku wobec perspektywy rozstania zbliskimi – nawet jeśli wwierze nosiły przekonanie, że to rozstanie tylko na chwilę. Nie, były przygotowane na śmierć przez swoje życie, które prowadziły na ziemi. Odchodziły wpoczuciu spełnienia, wprzekonaniu, że „wdobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” (2 Tm 4,7). Inni byli przygotowani na śmierć, ponieważ ich wiara była tak silna istanowiła tak istotny element ich egzystencji, że przeformowała dramatyczną perspektywę śmierci rozumianej jako radykalne przerwanie życia wdoświadczenie łagodnego przechodzenia, jakby tylko trzeba było zmienić pokój. Lata życia wstanie łaski uświęcającej, czas, kiedy łaska mogła ich wewnętrznie przemieniać, sprawiały, że śmierć stała się tylko bramą albo snem, anie czymś brutalnym iwrogim. Śmierć przestała już być dla nich czymś przerażającym. Zkolei inni byli na nią przygotowani, bo zdążyli – patrząc już śmierci woczy – naprawić błędy, pojednać się ztymi, zktórymi byli pokłóceni, wybaczyć krzywdy, wyspowiadać się iumrzeć wstanie łaski uświęcającej zChrystusem wsercu.
Uczciwie muszę jednak przyznać, że poznałem itakich, którzy wychodzili na spotkanie ze śmiercią wogromnym, wręcz paraliżującym lęku. Do końca wypierali perspektywę bliskiej śmierci, jakby dla nich miała ona zrobić niezwykły wyjątek, wyłączając ich zgrona śmiertelników. Spotkałem ludzi, nawet głęboko wierzących, którzy wmomencie wchodzenia wśmierć zostali ogarnięci przez ciemność wątpliwości ipytań, aświatło odpowiedzi wydawało się mieć zbyt słaby blask, by mogło wnieść jakąś nadzieję. To pokazuje, że tak jak historia życia każdego znas jest wyjątkowa, tak też historia naszej śmierci będzie dla każdego znas inna.
Kiedy jednak ktoś pyta mnie oprzygotowanie do śmierci, zawsze odpowiadam wdwojaki sposób. Po pierwsze: trzeba karmić się Ciałem Pana, które „zaraża” nieśmiertelnością iktóre jest pokarmem na życie wieczne. Po drugie: trzeba myśleć ośmierci, nie wyrzucać jej poza obszar własnych zainteresowań irefleksji. Żyć wperspektywie jej obecności, pamiętając, że nie jest ona niemożliwością, apewnikiem, że nie można od niej uciec ani się przed nią schronić. Trzeba oniej myśleć, próbować ją zrozumieć iszukać nadziei wspotkaniu zJezusem Chrystusem, który jako jedyny przeszedł przez granicę śmierci iwrócił do życia wzmartwychwstaniu. On naprawdę ma klucze otwierające drzwi do życia wiecznego, do tego, co jest po drugiej stronie. On zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania ośmierć: Dlaczego? Kiedy? Co jest po drugiej stronie?
To praca zbiorowa, książka pisana przez czterech autorów. Pozwolę sobie jednak we wstępie do niej na bardzo osobiste wyznanie. Kiedy przystępowałem do pisania swojej części książki ido prac redakcyjnych nad pozostałymi tekstami, nie spodziewałem się, że zpytaniami ośmierć będę się musiał zmagać nie tylko intelektualnie. Śmierć bliskich mi osób oderwała mnie od komputera, który bez najmniejszych problemów przyjmował słowa wychodzące spod moich uderzających wklawiaturę palców. Oderwała mnie od komputera iposłała na kolana, wprowadziła wmodlitwę za zmarłych irozmowę zPanem oniej. Tak, jakby uważała, że brakuje mi kompetencji do pisania oniej, że mam za mało doświadczenia, że nie znam jej za dobrze iwszystko, co oniej napiszę, będzie niedojrzałe, spłycające jej dramat itajemnicę. Zapragnęła przedstawić mi się znacznie wyraźniej.
Najpierw, 20 października, zmarł mój pierwszy mistrz inauczyciel liturgiki, ks. prof. Bogusław Nadolski1. Następnie 25 października zmarła Jolanta Pitek, którą przez wiele lat spotykałem wduszpasterstwie Ruchu Światło-Życie archidiecezji krakowskiej. Śmierć nie dała mi ani doby, aby oswoić się zmyślą onagłym odejściu Joli, kiedy 26 października dostałem wiadomość ośmierci jednego zmoich przyjaciół, ks. Wojciecha Łosia, którego znałem od dziecka, ponieważ pochodzimy zjednej miejscowości, parafii ipraktycznie zjednego osiedla. Pan połączył nas też wposłudze kapłańskiej na jednej parafii – wKrakowie, na os. Kalinowym pod czujnym okiem św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny. Kilka lat jego zmagań ze śmiertelną chorobą, zmagań fizycznych, psychicznych iduchowych, również we mnie odcisnęło głębokie piętno. Ichoć jego śmierć wtrzydziestym piątym roku życia idziesiątym roku kapłaństwa była oświetlona nadzieją chrześcijańskiej wiary, to jednak mocno zatrzęsła podstawami mojego myślenia oniej. Jakby powiedziała mi: „Nabierz pokory wobec mnie. Przemyśl każde słowo, które chcesz omnie napisać. Nie patrz na mnie tylko teoretycznie, ale poznaj mnie egzystencjalnie. Traktuj mnie poważnie”. Kilka dni później, 2 listopada, wwyjątkowy dzień, zmarł również wyjątkowy człowiek – ks. prof. Robert F. Taft, jeden zwielkich mistrzów inauczycieli liturgii, którego książkami się zachwycałem. Miałem zaszczyt napisać wstęp do polskiego wydania jednej zjego książek2. Ta śmierć pokazała mi jednak, że – mimo iż czasami mamy takie wrażenie – śmierć nie działa po omacku, nie wybiera na chybił-trafił, ale wielcy ludzie umierają wniezwykłe dni: liturgista umierający we wspomnienie liturgiczne wszystkich wiernych zmarłych – czy to może być przypadek?
1 Moje wspomnienie oks. prof. B. Nadolskim można przeczytać tutaj: https://www.liturgia.pl/wspomnienie-o-sp-ks-prof-boguslawie-nadolskim-tchr (dostęp: 22.11.2018).
2 K. Porosło, Przedmowa do wydania polskiego, [w:] R.F. Taft, Ponad Wschodem iZachodem. Problemy rozumienia liturgii, Kraków 2014, s. 11–18.
Pozwoliłem sobie na to wspomnienie po pierwsze po to, by zadedykować tę książkę osobom, októrych pisałem powyżej, szczególnie mojemu bratu wkapłaństwie ikoledze zosiedla oraz parafii posługi, ks. Wojciechowi. Jednak wspomniałem te osoby również dlatego, by umiejscowić tę książkę we właściwym dla niej kontekście. Chociaż pomysł jej napisania zrodził się dużo wcześniej, to konkretna realizacja tego planu zbiegła się zdoświadczeniem spotkania ze śmiercią ludzi bliskich iważnych dla mnie. Nie jest to zatem książka teoretyczna, ale nade wszystko praktyczna: wpodwójnym znaczeniu. Jest praktyczna, ponieważ rodziła się wosobistym zmaganiu autora/autorów ze śmiercią bliskich itym, co czeka nas po drugiej stronie. Ale jest ona również praktyczna, ponieważ przede wszystkim ma służyć tym, którzy akurat zmagają się ze śmiercią kogoś bliskiego, zadają sobie pytania oto, co się teraz znimi dzieje, gdzie są, jak przeżyć żałobę, jak być blisko nich, chociaż ich nie widzimy, jak nadal okazywać im miłość, skoro miłość nie zna granic. Ufam, że książka ta będzie również pomocą dla ludzi, którzy nie uciekają od pytań ośmierć, ale chcą się do niej choć trochę przygotować, pytając onią.
Książka składa się zpięciu rozdziałów napisanych przez różnych autorów. Każdy znich wniósł wtekst również własny styl iwarsztat pracy. Kolejne rozdziały łączy popularnonaukowy charakter istyl kazania, co może pomóc wiernym wprzeżywaniu śmierci ipogrzebu bliskich wduchu chrześcijańskiej wiary. Doskonale wiemy, że kazania są różne, głoszone wróżnym stylu, stąd także tu Czytelnik doświadczy owej różnorodności. Ufam, że będzie ona zaletą książki, anie jej słabością.
Przygotowując tę książkę, chcieliśmy, aby była ona rzeczowa ikonkretna, to znaczy, by nie zabrakło wniej merytorycznej wiedzy wudzielanych odpowiedziach, ale również żeby były to odpowiedzi na pytania, które zadajesz sobie, drogi Czytelniku, anie pytania wyciągnięte zkapelusza. Wierzę gorąco, że wwystarczającym stopniu udało się nam zadać słuszne pytania iudzielić na nie zadowalających odpowiedzi.
Książkę otwiera tekst mojego autorstwa będący wprowadzeniem do tematu śmierci ichrześcijańskiej wizji życia wiecznego. Przy pisaniu tego artykułu towarzyszyły mi pytania oto, jak rozumieć śmierć, czy jest ona wrogiem, czy przyjacielem, czy czekać na nią, czy przed nią uciekać. Jednak znacznie ważniejsza jest druga część tekstu, wktórej pytam oto, co znajduje się po drugiej stronie: oto, dlaczego będą dwa sądy, co się dzieje znieśmiertelną duszą ijakie ciało zmartwychwstaje, skąd idea czyśćca, czy jest on bardziej minipiekłem czy pralnią brudów, na czym polega radość nieba, na czym dramat piekła. Książkę zamyka drugi tekst mojego autorstwa na temat świętości. Nie sposób po chrześcijańsku myśleć ośmierci, jeśli nie pomyślimy również opowszechnym powołaniu do świętości, która nie jest czymś elitarnym, ale jest na naszą miarę.
Drugim tekstem wksiążce jest artykuł ks. Ryszarda Kilanowicza na temat liturgii pogrzebu. Wtej swoistej katechezie mistagogicznej wyjaśnia on symbole iobrzędy ostatniego pożegnania, kiedy Kościół, „który jak matka nosił sakramentalnie wswoim łonie chrześcijanina podczas jego ziemskiej pielgrzymki, towarzyszy mu na końcu jego drogi, by oddać go «wręce Ojca»” (KKK 1683). Omawia on trzy formy pogrzebu, pokazuje piękno modlitw liturgii żałobnej itłumaczy, dlaczego pogrzebanie zmarłego jest uczynkiem miłosierdzia. Wartykule tym znajdziemy również pytania oto, czy wolno chrześcijaninowi kremować zwłoki, wjakich okolicznościach ijak wtedy powinien wyglądać pogrzeb.
Wkolejnym rozdziale, będącym niejako przedłużeniem wcześniejszego, ks. Piotr Kroczek dotyka niezwykle delikatnego, ale iaktualnego tematu, jakim jest pogrzeb dziecka poronionego bądź zmarłego zaraz po urodzeniu. Wczasie gdy wKościele dokładamy tylu starań wcelu promocji prawdy otym, że ludzkie życie rozpoczyna się od poczęcia iże poczęte dziecko ma godność iprawa osoby ludzkiej, potrzeba również tę prawdę wpełni respektować wkontekście godnego pochówku dzieci, które zmarły przed narodzeniem. Bardzo często rodzice takiego dziecka zostają sami wdoświadczeniu utraty dziecka, nie wiedząc nawet, że mają prawo godnie je pochować. Wszpitalu nie otrzymują wiedzy na temat swoich praw, często spotykają się ztrudnościami, kiedy proszą owydanie ciała zmarłego dziecka, któremu pragną zorganizować chrześcijański pogrzeb. Okazuje się nawet, że nierzadko także księża nie mają na ten temat wystarczającej wiedzy ani wyczucia irodzice dzieci utraconych odbijają się nieraz także od drzwi kancelarii parafialnej, słysząc, że nie ma możliwości pochowania dziecka zmarłego przed narodzinami. Biorąc pod uwagę, że – wzależności od źródeł podawanych danych – do poronienia dochodzi wprzypadku od 10 do 20 proc. wszystkich ciąż, Kościół musi szczególnie mocno zająć się również tym ludzkim dramatem, otoczyć małżeństwa, które utraciły dziecko, szczególną opieką, fachową pomocą, wlać nadzieję inade wszystko pomóc im wgodnym pożegnaniu ipochowaniu dziecka. Artykuł ks. Piotra Kroczka służy właśnie temu celowi, by przekazać rzetelną wiedzę teologiczną iprawną wkwestii praw rodziców do pochówku dziecka zmarłego, zanim zdążyło się ono urodzić.
Przedostatni rozdział książki stanowi tekst ks. Karola Rawicza-Kostry poświęcony modlitwie chrześcijańskiej za zmarłych. Miłość jest silniejsza niż śmierć, dlatego żyjący mogą pomóc modlitwą swoim bliskim zmarłym, potrzebującym oczyszczenia przed pełnym zjednoczeniem zBogiem, zaś święci wniebie wypraszają uBoga, zktórym są już zjednoczeni, łaski dla nas – żyjących. Nasza modlitwa, która jest wyrazem miłości ipamięci, może przejść na drugą stronę ibyć darem dla tych, którzy bardzo na nią czekają. Dlaczego Kościół modli się za zmarłych? Jak dużo tej modlitwy zmarli potrzebują? Dlaczego zamawiamy intencje mszy świętych za zmarłych? Oco chodzi wodpustach czy wypominkach? To tylko wybrane pytania, na które próbuje wswoim tekście odpowiedzieć ks. Karol Rawicz-Kostro.
Wszystkie teksty zamieszczone wksiążce pomagają zbliżyć się do tajemnicy śmierci, patrząc na nią przez pryzmat światła rzuconego nań przez zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Tylko wtym świetle, wsparci nadzieją płynącą zmiłości iwiary, możemy krzyczeć wraz ze św. Pawłem: „Gdzie jesteś, ośmierci? Gdzie jest twoje zwycięstwo?”. Tylko wświetle Jezusa Chrystusa widzimy, że śmierć nie jest przejściem wnicość ani też radykalnym końcem życia. Ostatecznie zarówno wżyciu, jak ipo śmierci chodzi oto, aby żyć wobecności Boga, aby zobaczyć Boga – jak sugeruje tytuł niniejszej książki. Śmierć jest tylko częścią życia, nowym jego etapem. To jedynie przejście na drugą stronę, coś tak zwyczajnego jak przejście zpokoju do pokoju. Wtaki sposób pisał oniej wabsolutnie niezwykłym wierszu Henry Scott-Holland (1847–1918), kapłan zkatedry św. Pawła wLondynie. Pierwotnie tekst ten stanowił fragment jego kazania poświęconego śmierci. Zniewyjaśnionych do końca przyczyn zczasem zaczęto błędnie przypisywać autorstwo tego utworu wybitnemu francuskiemu poecie nadziei – Charles’owi Péguy. Bez wnikania wspór oautorstwo dla mnie osobiście najważniejsze jest to, że wiersz ten ukształtował mój sposób myślenia ośmierci iufam, że pomoże również Tobie, drogi Czytelniku. Niechaj ten wiersz wprowadzi nas wtreść niniejszej książki.
Ks. Krzysztof Porosło
Śmierć nie znaczy nic.To tak, jakbym się wymknął do sąsiedniego pokoju.Jestem wciąż sobą iTy jesteś sobą.Czymkaolwiek dla siebie byliśmy, tym jesteśmy nadal.Nazywaj mnie moim dawnym imieniem, mów do mnie tak, jak zawsze mówiłeś.Nie zmieniaj tonu, nie przybieraj na siłę poważnej ismutnej miny.Śmiej się; tak jak zawsze śmialiśmy się zżartów, które bawiły nas oboje.Baw się, uśmiechaj, myśl omnie.Módl się za mnie.Niech moje imię zawsze będzie wymawiane zwyczajnie, bez śladu cienia.Niech wypowiadane będzie bez nacisku, bez cienia żałoby.Życie znaczy to samo, co zawsze znaczyło.Dlaczego miałbym zniknąć ztwoich myśli tylko dlatego, że zniknąłem zoczu?Czekam na ciebie, tylko przez krótką chwilę, aż przyjdzie twój czas.Jestem gdzieś blisko, pamiętaj.Wsąsiednim pokoju lub tuż za rogiem.Wszystko jest wporządku.
Rozdział 1 Po drugiej stronie
Ks. Krzysztof Porosło
Chrześcijańskie rozumienie śmierci
Jedynie ten, kto towarzyszył człowiekowi pogrążonemu wżałobie po śmierci najukochańszej osoby, wie, jak bezwartościowe wydają się wtedy słowa pocieszenia. Amoże uczciwiej byłoby powiedzieć, że to nie problem słów, bo bez wątpienia cierpiący człowiek potrzebuje nadziei, ale że po prostu wobliczu śmierci tych słów nam brakuje. Mamy wtedy jakąś pustkę, lęk przed powiedzeniem czegoś, co mogłoby urazić, anie zbudować czy pocieszyć. Inawet jeśli decydujemy się coś powiedzieć, wszystkie myśli isłowa, które przychodzą nam do głowy, wydają się zbyt małe, banalne, puste, niczym obietnica bez pokrycia. „Przykro mi”, „Wszystko będzie dobrze…” – jakiż to truizm.
Miałem okazję celebrować już niejeden pogrzeb, wygłosiłem wiele pogrzebowych homilii, rozmawiałem zniejednym człowiekiem cierpiącym po stracie najbliższej osoby, ale pytanie ośmierć ciągle do mnie wraca jako pytanie otwarte, na które wciąż muszę szukać odpowiedzi: dla siebie idla tych, którym mam posługiwać. Trudność tej odpowiedzi bierze się przede wszystkim stąd, że śmierć jest rzeczywistością na wskroś paradoksalną. Nie wiem, czy wjakimkolwiek innym wymiarze naszego życia znajdziemy tyle paradoksów co wwypadku spotkania ze śmiercią. Droga paradoksów wydaje się jednak słuszna wodkrywaniu chrześcijańskiego znaczenia śmierci, bo jak wswojej teologii wykazał wielki francuski teolog Henri de Lubac, „logika paradoksu” to klucz do właściwego rozumienia całości chrześcijańskiego misterium3.
3 Por. H. de Lubac, Paradoksy inowe paradoksy, Kraków 1995; H. de Lubac, Najnowsze paradoksy, Kraków 2012; zob. A. Persidok, Paradoks wteologii według Henri de Lubaca, „Warszawskie Studia Teologiczne” 2015, nr 28, s. 100–117.
Paradoksy śmierci
Wjednym ze swoich wierszy Wisława Szymborska mówi otrzech najdziwniejszych słowach4, do których zalicza przyszłość, ciszę inic. Słowo „przyszłość” jest dziwne, bo wypowiedziane już staje się przeszłością. Wypowiadając słowo „cisza”, niszczy się ją, bo wprowadza się dźwięk. Mówiąc „nic”, stwarzam coś – chociażby słowo. Jednak do tych najdziwniejszych bez wątpienia moglibyśmy dodać jeszcze jedno słowo – „śmierć”. Bo kiedy mówimy „śmierć”, mamy na myśli moment, stan, wktórym ktoś przestaje żyć, arównocześnie „śmierć” to nieodzowny element życia. Nie da się żyć bez śmierci inie da się umrzeć bez wcześniejszego życia. To pierwszy ze śmiertelnych paradoksów. Zaraz za nim pojawiają się kolejne. Stale mnie zdumiewa, że choć nie ma wnaszym życiu nic bardziej pewnego niż śmierć, to równocześnie ciągle nas ona zaskakuje, zawsze przychodzi za wcześnie, nigdy nie jesteśmy na nią gotowi.
4 Trzy słowa najdziwniejsze, w: W. Szymborska, Widok zziarnkiem piasku, Poznań 1996, s. 182.
Kolejny śmiertelny paradoks trafnie oddaje jedna ze średniowiecznych antyfon liturgicznych Media vita in morte sumus – „pośród życia ogarnia nas śmierć”. Śmierć nie jest tylko końcem życia, ostatnim punktem, momentem na osi ludzkiej egzystencji. Śmierć od samego początku wpisuje się wnasze życie, spotykamy się znią na każdym kroku, czyha na nas za każdym zakrętem. Życie, nawet kiedy mówimy, że ktoś umarł nagle, niespodziewanie itragicznie, nie obumiera za jednym zamachem, ale zawsze po trochu jest umieraniem, kawałek po kawałeczku5 – jak napisał niemiecki teolog Gisbert Greshake. Choroby, cierpienie, utrata najbliższych, rozstania ipożegnania, porażki, starzenie się, ukończenie szkoły, zwolnienie zpracy, przejście na emeryturę – to tylko niektóre symptomy śmierci, która panoszy się wnaszym życiu iciągle daje nam osobie znać. Słusznie zatem pisał Martin Heidegger, że ludzkie życie najtrafniej opisuje wyrażenie „bycie-ku-śmierci” (Sein-zum-Tode).
5 Por. G. Greshake, Życie silniejsze niż śmierć. Onadziei chrześcijańskiej, Poznań 2010, s. 62.
Jeżeli śmierć nie pozwala nam osobie zapomnieć, jak to możliwe, co wynika ze statystyk, że wnaszym zsekularyzowanym społeczeństwie, również wśród chrześcijan, coraz więcej osób nie dba opamięć ozmarłych, nie troszczy się ogodny pogrzeb, anawet rezygnuje zwiary wżycie wieczne? Ostatnie zdania chrześcijańskiego Credo, wktórych wyznajemy: „oczekuję wskrzeszenia umarłych iżycia wiecznego wprzyszłym świecie”, to dla wielu już niewiele znaczące słowa, jakaś mglista, mało realna, nieweryfikowalna mrzonka, októrą nie warto specjalnie zabiegać. Zjednej strony wiara wżycie wieczne obumiera, zdrugiej nie może umrzeć, bo pytania te nieodzownie wracają zawsze, ilekroć umiera ktoś najbliższy. Wtedy szczególnie próbujemy sięgnąć wzrokiem poza barierę życia izobaczyć, co jest po drugiej stronie. Równocześnie odsunięcie od siebie perspektywy życia wiecznego generuje coraz większy lęk przed śmiercią. Jeżeli nic nie ma po drugiej stronie, dlaczego się tego tak bardzo boimy? Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, pisał:
Życzenie, aby znowu zobaczyć ukochanych ludzi, jest także dzisiaj żywe; przeczucie, że może istnieć sąd iże moje życie musi kiedyś na nim ostać, właściwie nieodparcie przychodzi na myśl, kiedy jesteśmy wtrakcie robienia czegoś, co sami uznajemy za niesłuszne6.
6 J. Ratzinger, Moim szczęściem jest być wTwojej bliskości. Ochrześcijańskiej wierze wżycie wieczne, [w:] J. Ratzinger, Opera omnia, t. X: Zmartwychwstanie iżycie wieczne, Lublin 2014, s. 424.
Zapewne żyjący wkażdej epoce uważali swoje czasy za wyjątkowe inajtrudniejsze wdziejach. My również żywimy wobec współczesnych czasów takie przekonanie. Bez wątpienia owa szczególność objawia się wstosunku do śmierci. Dziś próbujemy przenieść śmierć do obszaru tematów tabu, których nie należy, awręcz nie wypada publicznie poruszać. Pragniemy na wiele sposobów uchronić dzieci przed śmiercią. Inie myślę tu jedynie oszczególnej nadopiekuńczości, która ma ustrzec dziecko przed jakimkolwiek możliwym zagrożeniem czy cierpieniem. Bardziej mam na myśli sytuacje, kiedy nie pozwala się dziecku zetknąć ze śmiercią kogoś bliskiego, np. babci czy dziadka, nie zabiera się go na cmentarz ipogrzeb, by nie przeżyło traumy. Tłumaczy się wtedy, że jest jeszcze za małe. Arównocześnie wtym samym czasie to dziecko oglądnie kilka bajek, wktórych śmierć jest na porządku dziennym, albo usiądzie do komputera, by zagrać wulubioną grę, wktórej głównym zadaniem do wykonania jest pozbawić życia swoich przeciwników. Eliminujemy śmierć ze świadomości również dlatego, że dziś nie przeżywa się jej publicznie, wrodzinie. Ludzie coraz rzadziej umierają wśród bliskich, wswoim łóżku, najczęściej wszpitalach, hospicjach iplacówkach opieki. Ciało po śmierci nie jest wystawiane wdomu, aby rodzina isąsiedzi mogli się zebrać na modlitwę, zazwyczaj zamyka się je wlodówkach kostnicy, apóźniej spala. Trudno myśleć oswoim bliskim, kiedy widzi się tylko szkatułkę zprochami, anie ciało kogoś, kogo kochamy.
Dawniej ludzie byli chowani koło kościoła, tak by każdej niedzieli wchodzący do niego mogli pomyśleć ozmarłych, wspomnieć przed Panem tych, którzy są już po drugiej stronie. Dzisiaj – wdużej mierze zpowodów higienicznych – wydzielamy teren pod cmentarze na obrzeżach miasta, gdzie już nie tak łatwo dotrzeć, dokąd wyjazd trzeba zaplanować, na co coraz rzadziej znajdujemy czas. Czy aby na pewno chodzi tylko ohigienę inasze zdrowie? Czy nie jest tak, że wten sposób próbujemy usunąć śmierć sprzed naszych oczu? Czy nie świadczy otym coraz popularniejsze wkrajach zachodnich anonimowe pozbywanie się zwłok przez rozsypanie prochów wmorzu albo wgórach lub wogóle niezgłoszenie się po nie do zakładu pogrzebowego?
Jednocześnie drugą stroną tego zjawiska jest równie popularne na Zachodzie stawianie urny zprochami zmarłego męża czy mamy na kominku wsalonie albo praktyka wydłużania prawie wnieskończoność pogrzebów przez czynienie laudacji na cześć zmarłego, opowiadanie zabawnych historii iprzywoływanie wspomnień zjego życia. Czy nie chodzi wtym przede wszystkim o„ubranie śmierci wmaskę znośności”, jak trafnie wyraził to Friedrich W. Graf? Wydaje mi się, że uciekamy od śmierci, ponieważ boimy się jej ostateczności, boimy się konfrontacji zhistorią naszego życia, ze wszystkim, co zrobiliśmy iczego nie zrobiliśmy, choć powinniśmy. Podświadomie czujemy, że takie doświadczenie końca będzie dla nas odsłaniające, trudne, że nas obnaży wcałej prawdzie osobie. Nawet jeśli nie przed innymi, to przed sobą samymi: będziemy się musieli skonfrontować zprawdą onas: może pierwszy raz wżyciu. Ato nigdy nie jest łatwe.
Rozwój medycyny, operacje plastyczne iwszelkie zabiegi kosmetyczne wciąż próbują nas przekonać, że wkońcu odkryjemy cudowny eliksir młodości, który wydłuży nasze życie wnieskończoność. Prawda jest jednak taka, że często to medyczne wydłużanie życia staje się dla schorowanych ludzi wielką uciążliwością do tego stopnia, że wręcz proszą rodzinę, aby pozwoliła im odejść ztego świata. Wkładamy olbrzymie pieniądze wrozwój medycyny, wprzedłużanie naszego życia, arównocześnie – znów paradoksalnie – tak bardzo rozwija się praktyka eutanazji, czyli świadomego skracania życia człowieka albo na jego prośbę, albo po to, aby pod płaszczykiem miłosierdzia uwolnić go od cierpienia. Czasami po prostu chodzi – mówiąc brutalne – opozbycie się problemu, którym jest schorowany członek rodziny. Paradoks: chcemy żyć ichcemy umierać. Boimy się umierać, ale boimy się żyć zbólem icierpieniem. Niektórzy mówią, że właśnie bólu boimy się bardziej niż samej śmierci. Ona prawie zawsze kojarzy się nam zcierpieniem.
„Śmierci nie chcemy, aiżycia, które znamy, nie chcemy na zawsze”7 – napisze Ratzinger. Nie chcemy życia, które znamy, aboimy się wejść wto, co nieznane, wtę – jak się nam wydaje – nicość, która może nas czekać po drugiej stronie, jeśli wogóle jest jakaś druga strona. Od wieków chrześcijanie wlitanii do wszystkich świętych modlili się, aby Bóg nas zachował od nagłej iniespodziewanej śmierci. Nawet dzisiaj na klepsydrach czy nagrobkach zaznaczamy, że ktoś odszedł nagle iniespodziewanie, podkreślając tym samym tragizm śmierci tej osoby. Odejść bez pożegnania znajbliższymi, bez możliwości przygotowania się do tego, bez spowiedzi, wiatyku – jawi się tu jako szczególne zagrożenie, od którego prosimy, aby Pan nas zachował. Arównocześnie – jak słusznie zaznacza kard. Ratzinger – gdybyśmy dzisiaj układali tę litanię, prośba odobrą śmierć byłaby wyrażona zgoła odwrotnie: „śmierć nagłą iniezauważalną daj nam, Panie”8. Bez długiego konfrontowania się ze śmiercią, bez cierpienia, bez bólu, bez lęku.
7 J. Ratzinger, Miejsca nadziei – rzymskie katakumby, [w:] J. Ratzinger, Opera omnia, t. X, s. 627.
8 J. Ratzinger, Eschatologia – śmierć iżycie wieczne, [w:] J. Ratzinger, Opera omnia, t. X, s. 88.
Wiele mówimy owydłużaniu życia wnieskończoność, ale chyba każdy ma przeświadczenie, że wieczne trwanie naszej egzystencji wcale nie jest przez nas oczekiwane. Tylko nieliczne chwile znaszego życia chcielibyśmy zachować iwydłużyć na wieczność. Większości zdecydowanie nie. Joseph Ratzinger trafnie to podsumował, pisząc, że nasza egzystencja jest:
już wystarczająco męcząca; ale nawet wtedy, kiedy wszystko byłoby dobrze, myśl onieskończoności przedstawia się nam jako skazanie na nudę, po prostu jako zbyt wiele dla człowieka9.
9 J. Ratzinger, Moim szczęściem jest być wTwojej bliskości, s. 428.
Jeśli pomyślimy ojakiejkolwiek – nawet bardzo przez nas lubianej – rzeczy czy czynności, którą znamy zcodziennego życia, iuświadomimy sobie, że mielibyśmy to robić przez wieczność, bez końca, natychmiast tracimy na to ochotę. Wiemy, że po nawet niezbyt długim czasie po prostu by się nam to znudziło, zbrzydło. Wszystko, co skończone, może nas zaspokoić tylko wskończony sposób iwskończonym wymiarze czasu.
Wspomnieliśmy oprzenoszeniu śmierci wobręb tematów tabu. Paradoks jednak polega na tym, że równocześnie do śmierci się przyzwyczailiśmy, anawet więcej, uczyniliśmy zniej istotną treść rozrywki. Stała się dla nas widowiskiem, bez którego nie wyobrażamy sobie relaksu. Przyzwyczailiśmy się do śmierci, bo codziennie słyszymy oniej wwieczornym wydaniu wiadomości: kolejny wypadek samochodowy, katastrofa lotnicza, morderstwo, porachunek gangów, samobójstwo sławnej osoby czy wojna na Bliskim Wschodzie. Taka „telewizyjna” śmierć nie robi już na nas wrażenia, wręcz dostarcza dreszczyku emocji, podnieca nas. Mało tego, oczekujemy jej, kiedy po całym dniu pracy sięgamy po powieść kryminalną albo włączamy odcinek serialu detektywistycznego, czekając na kolejną porcję wrażeń iadrenaliny wodkrywaniu śladów seryjnego mordercy. Greshake dochodzi do wniosku, że to, co wydawałoby się naszą codzienną konfrontacją ze śmiercią, wbrew pozorom jest kolejnym argumentem na rzecz wypierania jej znaszej świadomości. Śmierć wprowadzona do świata rozrywki irelaksu, do świata telewizji igier komputerowych nie jest niczym innym wnaszym subiektywnym odbiorze jak śmiercią odrealnioną. Taka śmierć nie jest groźna, nie trzeba się jej bać, ponieważ ona nie dotyczy mnie, nie jest realna, tylko wirtualna. Oglądając film czy czytając książkę, możemy zabawić się śmiercią, wejść wulewę, pozostając przyjemnie suchym – powie Norbert Schneider. Nie potrafię tego trafniej oddać, więc oddam głos niemieckiemu teologowi:
Właściwie nie doświadcza się już śmierci jako realnej możliwości dla mnie. Wprawdzie jest obecna pośród nas dzięki mediom, ale pozbawiona brutalności osobiście przeżytego bycia-przy, pozbawiona bólu nie do zniesienia, który dotyka nas samych. To oglądana zniebywałą przyjemnością „zabawna” śmierć innych ludzi jako forma rozrywki, przedmiot „gry”, którą można wkażdej chwili powtórzyć, bo jest zapisana wformie elektronicznej10.
10 G. Greshake, Życie silniejsze niż śmierć, s. 61.
Moglibyśmy mnożyć jeszcze owe śmiertelne paradoksy, ale skończmy na wspomnieniu otrudnościach, jakie mamy ze śmiercią iżyciem wiecznym ze względu na to, że brakuje nam wyobrażeń ipojęć do mówienia imyślenia otej rzeczywistości. Nikt nie może powiedzieć ośmierci niczego pewnego, bo ktoś, kto rzeczywiście przekroczył jej granicę, już nam oniej nie opowie. Ci wszyscy, którzy mówią otym, czym jest śmierć, tak naprawdę nie umarli. Może byli na granicy, może otarli się onią, może nawet spojrzeli śmierci głęboko woczy, podali jej dłoń, ale nie zatonęli wjej objęciach. Azatem nawet ioni opowiadają nam ośmierci tylko zzewnątrz, jako świadkowie, obserwatorzy, znawcy, ale nie jako doświadczeni wumieraniu. Możemy rozmawiać zróżnymi „ekspertami od śmierci”: zonkologami, którzy mimo że próbują wszelkimi sposobami przedłużyć życie ludzi chorych na raka, to jednak wiele razy muszą komunikować rodzinie, że nic więcej nie uda się zrobić; zlekarzami medycyny sądowej, którzy przyzwyczaili się już do zapachu rozkładających się zwłok, kiedy rozcinają je wposzukiwaniu przyczyn śmierci; zksiężmi, którzy setki razy żegnają ludzi, odprawiając im pogrzeby; zgrabarzami, którzy prawie codziennie wykopują grób dla kolejnej osoby. Ale nikt znich tak naprawdę nie wie, czym jest śmierć, nikt znich nie zmierzył się znią wbezpośredniej walce. Wobec śmierci, dopóki sami nie zostaniemy przez nią zwyciężeni, zawsze pozostajemy na zewnątrz.
Mamy trudność ze śmiercią iżyciem wiecznym również dlatego, że nasze wyobrażenia oprzyszłym życiu, otym, co jest po drugiej stronie, są dość niepewne, kruche, może nawet mgliste iiluzoryczne. Bez wątpienia wielkim problemem woczekiwaniu na życie wieczne jest to, że ostatecznie nie jesteśmy wstanie pod tym pojęciem niczego sobie wyobrazić. Dawniej to czyniono imoże nawet wystarczało ludziom wyobrażenie nieba jako miejsca szczególnie pięknego, bez wojen, cierpienia ichorób, pełnego światła iradości, obfitującego we wszystkie dobra naturalne, miejsca, gdzie stoły uginają się pod ciężarem jedzenia, gdzie człowiek czuje się wpełni bezpiecznie. Nawet wstarożytnym Kanonie rzymskim do dzisiaj przetrwała fraza, wktórej modlimy się dla zmarłych oto, aby znaleźli się wmiejscu światłości, pokoju ipokrzepienia (= świeżej wody). Jednak nowożytny obraz świata bezwzględnie obdarł nas ztych wizji. Często człowiek zostaje wtedy zniczym albo zjakąś mglistą formą abstrakcyjnych wyobrażeń onieznanym.
Jak już wcześniej powiedzieliśmy, oczymkolwiek ziemskim pomyślimy, rozciągając to na wieczność, zawsze będzie się nam to wydawało wtak długiej perspektywie nieznośne. Wieczna uczta – ile można jeść? Pastwiska ze świeżą wodą – kto znas dzisiaj wtym obrazie widzi cokolwiek atrakcyjnego? Oczywiście eschatologia, czyli nauka ośmierci iżyciu wiecznym, odrzuciła wyobrażenia przestrzenne otym, co po śmierci. Nie powinniśmy więc myśleć oniebie, piekle iczyśćcu jako ojakichś miejscach, ale równocześnie musimy być świadomi, że często nasze tłumaczenie tych rzeczywistości wkategoriach relacyjnych czy mówienie onich jako ostanach istnienia napotyka nowe trudności. Po prostu jest zbyt abstrakcyjne, niezrozumiałe, brakuje temu zakotwiczenia wnaszym doświadczeniu. Dlatego skończę ten pierwszy punkt, podając za Josephem Ratzingerem trzy pierwotne oczekiwania, które nosi wsobie człowiek, aktóre mogą znaleźć spełnienie tylko wtym, co wieczne11. Od siebie dodam jeszcze czwarte.
11 Por. J. Ratzinger, Moim szczęściem jest być wTwojej bliskości, s. 428.
1. Czekamy na sprawiedliwość. Wczasie ziemskiego życia nieraz słyszymy, że musimy się ztym pogodzić, że tak jest wświecie, że niewinni cierpią, że niesprawiedliwi mają lepiej niż sprawiedliwi etc. Tyle że my nie chcemy się ztym pogodzić, pragniemy sprawiedliwości, której ostatecznego spełnienia możemy doświadczyć tylko wżyciu wiecznym.
2. Pragniemy prawdy ito prawdy ostatecznej. Pragnienie sprawiedliwości jest mocno związane również zpragnieniem poznania prawdy. Chodzi opoznanie prawdy na dwóch poziomach. Po pierwsze jesteśmy ciekawi tylu rzeczy, których nauka nadal nie umie nam wyjaśnić. Jak wiele razy wżyciu dochodziliśmy do ściany naszego poznania, od której odbijały się nasze pytania, pozostając bez odpowiedzi? Kiedy ktoś zbliskich umierał, czasami słyszeliśmy komentarze, że on już zna odpowiedzi na te pytania, które dla nas – żyjących – wciąż pozostają zakryte. Spodziewamy się poznać prawdę nie tylko ze względu na naszą ciekawość, ale również jako element sprawiedliwości. Wświecie, wktórym szerzy się kłamstwo, wktórym tyle intryg, zawiłości ikomplikacji, wktórym nie zawsze już wiemy, gdzie jesteśmy oszukiwani, gdzie jest kłamstwo, agdzie prawda, rodzi się wnas elementarne poczucie, że wkońcu prawda, cała prawda, musi wyjść na jaw.
3. Pragniemy prawdziwego szczęścia. Ostatecznie wspólne dla całej ludzkości, wtak wielu kwestiach podzielonej, jest pragnienie szczęścia. Może ono być różnie rozumiane, ale każdy znas po prostu najbardziej wświecie pragnie być szczęśliwy.
4. Pragniemy być ztymi, których kochamy. Właśnie to pragnienie dopisałbym do argumentów podanych przez Benedykta XVI. Jestem przekonany, że często znacznie trudniej jest nam pogodzić się ze śmiercią najbliższych, których wjakiś sposób tracimy, niż znaszą własną śmiercią. Miłość pragnie wieczności, tylko wtedy jest prawdziwa. Święty Augustyn miał twierdzić, że powiedzieć komuś „kocham cię”, oznacza tak naprawdę powiedzieć mu: „chcę ciebie na wieczność”. Czujemy podskórnie, że każda miłość, która stawia granice, która jest tylko na jakiś czas inie rości sobie prawa do wieczności, jest zbyt mała, jest niepełna, nie jest ostatecznie miłością. Chyba najważniejsze nasze wyobrażenie oniebie jest związane ztym, że spotkamy się znowu ztymi, których kochaliśmy, aktórzy przeszli na drugą stronę przed nami. Nadzieja, że zobaczymy ich uśmiech, że pocałujemy ich wpoliczek irzucimy się wich objęcia jak przy spotkaniu zakochanych, którzy nie widzieli się od dłuższego czasu. Zresztą sam Benedykt XVI wOstatnich rozmowach zPeterem Seewaldem na pytanie oto, czym jest życie wieczne ina czym polega spełnienie tego życia, nie wchodził wskomplikowaną teologię, ale odpowiedział wnajprostszy możliwy sposób: „Cieszę się, że znowu zobaczę moich rodziców, rodzeństwo, przyjaciół, iwyobrażam sobie, że będzie tak samo wspaniale, jak było unas wdomu”12.
12 Benedykt XVI, P. Seewald, Ostatnie rozmowy, Kraków 2016, s. 37.
Co to jest śmierć?
Już samo wyliczenie paradoksów śmierci, którego dokonaliśmy wpierwszym punkcie naszego tekstu, pozwala zauważyć, że pytanie oto, czym jest śmierć, to pytanie bardzo podchwytliwe izarazem złożone. Każda odpowiedź, której udzielimy, będzie niewystarczająca, by objąć całe bogactwo tajemnicy śmierci. Mimo wszystko nie pozostawimy tego pytania bez odpowiedzi. Spróbujmy udzielić jej wkilku kolejnych punktach.
Biologiczna definicja śmierci
Do końca lat 60. XX w. medycyna posługiwała się klasycznym kryterium śmierci, którym było ustanie krążenia ioddychania. Wpotocznym przekonaniu mówiło się, że człowiek umiera, kiedy przestaje bić jego serce. Wiemy jednak doskonale, że to kryterium jest niewystarczające, ponieważ krążenie czy oddech wwielu przypadkach można przywrócić. Dlatego też wmedycznym świecie coraz bardziej wzrastała konieczność zaproponowania nowego kryterium, za pomocą którego można określić zgon człowieka. Ostatecznie powszechnie przyjmowaną definicją śmierci jest dzisiaj ta, która mówi otzw. śmierci mózgowej, czyli ocałkowitym inieodwracalnym ustaniu wszystkich funkcji mózgu.
Teologiczna definicja śmierci
Również na płaszczyźnie filozoficzno-teologicznej poszukiwano zadowalającej definicji śmierci, która uwzględniałaby kompletną antropologię, czyli fakt, że człowiek jest nie tylko ciałem, ale także integralną jednością pierwiastka duchowego imaterialnego, że jest ciałem iduszą. Ta synteza antropologii chrześcijańskiej dojrzewała powoli idopiero uśw. Tomasza zAkwinu znajdujemy klasyczną definicję mówiącą otym, że dusza jest formą ciała, co oznacza, że człowiek nie tyle ma ciało iduszę, ile jest jednością ciała iduszy.
Śmierć – według klasycznej definicji teologicznej – to oddzielenie duszy od ciała (por. KKK 997). Dokonuje się ono wbrew ludzkiej naturze, ponieważ to, co było przeznaczone do istnienia wjedności, teraz zostało rozdzielone. Wśmierci umiera nie tylko ciało człowieka, ale także człowiek, zostaje bowiem zadany gwałt ludzkiej naturze, która istnieje jako jedność ciała iduszy. (Na marginesie dodam, że warto pamiętać otym, modląc się za zmarłych: módlmy się za osoby, za zmarłych, którzy mają imiona: Anna, Wojciech, Zofia, Marek, anie jedynie za dusze zmarłych). Dlatego też Josef Pieper określa śmierć jako zjawisko, które jest: „rozdarciem czegoś, co znatury do siebie przynależy, awięc zniszczeniem, nieszczęściem, katastrofą”13. Tu uwidacznia się cały dramatyzm śmierci. Ichociaż dusza ludzka jest nieśmiertelna – do tego tematu wrócimy dalej – to jednak nie można mówić otym, że umarło tylko ciało człowieka. Słusznie wyraża tę prawdę nasz język, kiedy mówimy: „umieram”, anie „umiera moje ciało”. Zdualistycznym myśleniem ośmierci, wktórym błędne rozumienie nieśmiertelności duszy odbierało śmierci jej dramatyzm, zawzięcie walczył szwajcarski teolog Hans Urs von Balthasar, podkreślając, że śmierć nie dotyczy tylko ciała, ale że człowiek umiera jako całość – śmierć dotyka go we wszystkich wymiarach, zarówno duchowym, jak icielesnym.
13 J. Pieper, Śmierć inieśmiertelność, Paris 1970, s. 41.
Wcześniejsze koncepcje śmierci iżycia wiecznego
Teologiczna definicja śmierci wujęciu chrześcijańskim przedstawiona powyżej nie wzięła się zniczego, nie powstała wpróżni myślowej, ale wyrosła zwcześniejszych koncepcji śmierci iżycia wiecznego, zktórymi zetknęło się chrześcijaństwo. Chodzi tu przede wszystkim ospotkanie chrześcijaństwa zfilozoficzną myślą grecką ijudaistyczną koncepcją eschatologii. Oczywiście charakter tego tekstu nie pozwala nam wejść wszczegółowe rozważania iomówienie tych koncepcji. Zkonieczności przedstawimy tu jedynie mocno uproszczoną syntezę.
Badając najstarsze kultury świata, zauważymy, że czymś najbardziej pierwotnym była jakaś forma pamięci ozmarłych czy ich kult. Koncepcje te bazują na przekonaniu, że śmierć nie jest śmiercią całkowitą, że istnieje jakaś forma dalszego życia, nawet jeśli ogranicza się ona tylko do życia wpamięci bliskich. Najstarsze kultury świata, łącznie ze starotestamentalnymi kulturami semickimi, nie miały jeszcze rozbudowanej koncepcji życia wiecznego. Szczęścia upatrywano raczej wżyciu doczesnym, które powinno być długie iobfitujące wbogactwa. Jednak niezwykle ważnym wymiarem owego życia było również posiadanie licznego potomstwa, ponieważ po śmierci zmarły żyje nadal wswoim potomku będącym jego obrazem. „Wdzieciach żyje nadal własne imię iwłasna krew”14 – pisze Ratzinger. Wkoncepcji tej kryją się dwa elementy: po pierwsze ojciec żyje we wspomnieniu swojego dziecka. Po drugie zaś istnieje przekonanie, że wdziecku pozostaje żywy jakiś pierwiastek zrodzica, który dał życie swojemu dziecku. Równocześnie najstarsze formy myślenia ożyciu po śmierci, chociażby te związane wświecie żydowskim zkoncepcją Szeolu, mówią ojakiejś formie dalszej egzystencji, ale jest to swoista mieszanka życia inie-życia. WSzeolu już nie żyją ludzie, acienie, jest tam nadal jakaś forma istnienia, ale trudno byłoby ją nazwać życiem.
14 J. Ratzinger, Co nastąpi po śmierci?, [w:] J. Ratzinger, Opera omnia, t. X, s. 340.
Już wtym żydowskim pierwotnym przekonaniu, że człowiek żyje nadal wswoim dziecku, odsłonił się nam najbardziej elementarny sposób rozumienia życia po śmierci. Wreligiach pierwotnych istniało po prostu przekonanie, że nieśmiertelność zapewni nam pamięć potomków onas. „Duch” zmarłego może istnieć tak długo, jak długo będzie wspominany. Kiedy popadnie wniepamięć, nie tyle umrze wspomnienie onim, co on sam przepadnie wnicość. Starożytni Rzymianie kładli akcent na sławę człowieka, na konieczność dokonania za życia niezwykłych rzeczy, bo tylko takie będą zapamiętane przez potomnych ina wieki wspominane wopowiadanych historiach czy śpiewanych pieśniach.
Jak zauważa Ratzinger, we wszystkich tych konceptach wspólnym mianownikiem jest szukanie przyszłości po śmierci wczymś trzecim, wczymś, co nie jest mną samym15. Moją przyszłość ostatecznie muszę złożyć wręce kogoś innego, bo ja sam nie mam władzy nad nią, sam nie mogę sobie zapewnić wieczności. Kruchość tego myślenia polega na tym, że ten, komu zawierzam swoje życie, również podlega przemijaniu, nie jest wieczny. Jeśli on umrze, grozi mi, że już nikt inny nie będzie omnie pamiętał, aprzecież żyję otyle, oile ktoś nosi mnie wswojej pamięci. Mimo ograniczoności tego konceptu nagle wyrasta zniego chrześcijańskie rozumienie życia wiecznego, które co do istoty jest bardzo podobne. Moja wieczność wgruncie rzeczy nie jest oparta na nieśmiertelnej duszy, ale na tym, że powierzam siebie, składam siebie komuś innemu niż ja – samemu Bogu. On jako jedyny jest wieczny, awięc iJego pamięć jest wieczna. Żyję nadal, ponieważ Bóg ma mnie wswojej pamięci, która nie przemija, która jest nie tylko wspomnieniem, ale także rzeczywistością.
15 Por. J. Ratzinger, Co nastąpi po śmierci?, s. 341.
Wróćmy jednak jeszcze do hebrajsko-biblijnych wyobrażeń ożyciu wiecznym. Według starotestamentalnej antropologii człowiek jest ciałem ożywionym przez boskie tchnienie życia. Wymiary materialny iduchowy są wnim zupełnie nierozdzielne. Kiedy umiera człowiek, to nie umiera tylko jego ciało, jedynie to, co materialne, ale umiera on cały. Wobec tego wtym obszarze myślowym zwolna zaczyna się rodzić nadzieja na zmartwychwstanie ciała, nadzieja oparta na tym, że Bóg jest Bogiem żyjących, że Bóg jest miłośnikiem życia iże może na nowo tchnąć swojego ducha wumarłych, aby ich ożywić, wskrzesić do życia. Co ważne, ewoluuje również koncepcja Szeolu, który był miejscem owego nie-bycia, egzystencji cieni, charakteryzującym się brakiem relacji, przede wszystkim znieobecnym wSzeolu Jahwe. Życie oznaczało relacje, które są konsekwencją miłości, zaś śmierć to brak jakichkolwiek relacji. Wtym miejscu zaczyna otwierać się przestrzeń do myślenia, że wspólnota zBogiem, Jego miłość do człowieka mogą być potężniejsze niż śmierć, mogą sięgać aż do Szeolu. Istotą życia wiecznego będzie zatem bycie zBogiem, relacja bliskości zNim, która stanie się gwarancją życia wiecznego.
