Wydawca: Albatros Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 544 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 3 min Lektor: Jan Peszek

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 14 godz. 3 min Lektor: Jan Peszek

Opis ebooka Znalezione nie kradzione - Stephen King

„Pobudka, geniuszu” – tymi niepokojącymi słowami zaczyna się opowieść o psychopatycznym czytelniku, którego literatura popycha do zbrodni.

Geniuszem jest John Rothstein, autor porównywany z J.D. Salingerem, twórca słynnej postaci Jimmy’ego Golda, który jednak od kilku dekad nie wydał żadnej książki. Czytelnikiem – Morris Bellamy, wściekły nie tylko o to, że jego ulubiony autor przestał publikować nowe powieści, lecz także dlatego, że sprzedał nonkonformistyczną postać Jimmy’ego Golda dla zysków z reklam. Morris wymierza Rothsteinowi karę najdotkliwszą z możliwych. Zabija go i opróżnia jego sejf z gotówki. Kradnie też notesy zawierające co najmniej jedną niewydaną jeszcze powieść z Goldem. Morris ukrywa swój skarb, po czym za inne przestępstwo trafia do więzienia. Kilka dekad później chłopiec o nazwisku Pete Sauberg znajduje ukryty łup Bellamy’ego. Teraz Bill Hodges, Holly Gibney i Jerome Robinson muszą ratować chłopca i jego rodzinę przed mściwym Morrisem, który po trzydziestu pięciu latach, ogarnięty jeszcze większym obłędem, wychodzi na wolność.

Opinie o ebooku Znalezione nie kradzione - Stephen King

Cytaty z ebooka Znalezione nie kradzione - Stephen King

Dla czytelników jednym z  najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami – że nie tylko potrafią czytać (co Morris już wiedział), ale że są w  tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty. Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy. Każda strona niesie nowe objawienie, nowy ogień i  zachwyt: „Tak! Właśnie tak jest! Tak! Też to widziałem!”. I  oczywiście: „Ja też tak myślę! Ja też tak CZUJĘ!”. Morris napisał
Dobry pisarz nie prowadzi swoich bohaterów, ale idzie za nimi. Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a  potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem, a  nie Bogiem.
Ma wrażenie, że sałatkę, którą zjadł na lunch, strawił już miesiąc temu, a  i wegetariański burger nie był zbyt sycący. Czasem wciąż mu się marzy, że pójdzie do McDonalda i  zamówi wszystko, co mają.
spotkają się na miejscu, ale najpierw każe matce zamknąć na klucz wszystkie drzwi. Autobus jest niemal pusty, ale Pete i  tak idzie na tył. Ostatecznie wcale nie musi dzwonić do matki, bo gdy siada, telefon brzęczy mu w  dłoni. Na ekranie wyświetla się: MAMA. Pete oddycha głęboko i  wciska ODBIERZ. Matka zaczyna mówić, zanim on zdąży
Dla czytelników jednym z  najbardziej elektryzujących odkryć jest właśnie to, że są czytelnikami – że nie tylko potrafią czytać (co Morris już wiedział), ale że są w  tym zakochani. Beznadziejnie. Bez reszty. Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy. Każda strona niesie nowe objawienie, nowy ogień i  zachwyt: „Tak! Właśnie tak jest! Tak! Też to widziałem!”. I  oczywiście: „Ja też tak myślę! Ja też tak CZUJĘ!”.
Pierwszej książki, która to sprawi, nie zapomina się nigdy. Każda strona niesie nowe objawienie, nowy ogień i  zachwyt: „Tak! Właśnie tak jest! Tak! Też to widziałem!”. I  oczywiście: „Ja też tak myślę! Ja też tak CZUJĘ!”.

Fragment ebooka Znalezione nie kradzione - Stephen King

O książce

GDY FASCYNACJA LITERATURĄ ZMIENIA SIĘ W OBSESJĘ…

Genialny autor i psychofan, który nie cofnie się przed niczym… Detektywi znani z powieści Pan Mercedes znowu ruszają na ratunek!

Rok 1978. Morris Bellamy napada na farmę, gdzie przed światem ukrywa się genialny pisarz, John Rothstein. Naraził się Bellamy’emu nie tylko tym, że od lat niczego nie wydał. Zrobił coś gorszego: zmienił swojego zbuntowanego bohatera – idola Morrisa i jego pokolenia – w oportunistę. Czyż nie zasłużył na śmierć? Znalezione pieniądze są tylko dodatkiem do łupu. Prawdziwy skarb to sejf pełen rękopisów Rothsteina. Ale Morris długo nie będzie mógł ich przeczytać, bo trafia do więzienia – i to z całkiem innego powodu.

W 2010 roku Peter Saubers, syn jednej z ofiar ataku Pana Mercedesa, przypadkiem znajduje kufer, a w nim gęsto zapisane notesy i… 20 000 dolarów. Kiedy wkrótce Bellamy wychodzi na wolność, Peterowi zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo.

Detektyw Bill Hodges i jego dwoje pomocników muszą znowu stanąć oko w oko z szaleńcem, w dodatku mocno zdesperowanym.

Tymczasem Zabójca z Mercedesa wciąż żyje…

STEPHEN KING

Wybitny pisarz amerykański, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1973 r. powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, zbiory opowiadań i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki, jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Desperacja, Komórka, Uciekinier, Pod kopułą, Czarna bezgwiezdna noc, To, Cujo, Pan Mercedes i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża.

Proza Kinga należy do najczęściej ekranizowanych, a wśród reżyserów, którzy podejmowali się tego zadania, znaleźli się Brian de Palma, Stanley Kubrick czy David Cronenberg.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Na podstawie Pana Mercedesa – odznaczonego Edgar Allan Poe Award dla najlepszego kryminału 2014 r. – powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁATOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:FINDERS KEEPERS

Copyright © Stephen King 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Rafał Lisowski 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Ilustracja na okładce: © Rhett Podersoo

Projekt graficzny okładki: Mark Read

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-196-6

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Z myślą o Johnie D. MacDonaldzie

Tylko schodząc w otchłań, możemy odnaleźć skarby życia.

Joseph Campbell

Wszystko gówno znaczy.

Jimmy Gold

CZĘŚĆ 1ZAKOPANY SKARB

1978

– Pobudka, geniuszu.

Rothstein nie chciał się obudzić. Miał zbyt przyjemny sen. Śniła mu się pierwsza żona parę miesięcy przed tym, zanim została jego pierwszą żoną: siedemnastoletnia, idealna od stóp do głów. Naga i lśniąca. Oboje byli nadzy. On miał dziewiętnaście lat i brud za paznokciami, ale jej to nie przeszkadzało, przynajmniej jeszcze wtedy, bo w głowie roiło mu się od marzeń i tylko to ją interesowało. Wierzyła w te marzenia jeszcze mocniej niż on, i miała rację. We śnie śmiała się i chwytała go za tę część ciała, za którą najłatwiej złapać. Chciał się zagłębić w tym śnie, ale jakaś ręka zaczęła go szarpać za ramię i sen prysł jak bańka mydlana.

Nie miał już dziewiętnastu lat i nie mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu w New Jersey. Brakowało mu pół roku do osiemdziesiątych urodzin. Żył na farmie w New Hampshire, gdzie chciał zostać pochowany. W jego sypialni byli jacyś mężczyźni. Mieli na twarzach kominiarki: jeden czerwoną, drugi niebieską, a trzeci kanarkową. Gdy ich zobaczył, próbował uwierzyć, że to kolejny sen – że tamten uroczy zmienił się w koszmar, jak to czasem bywa – wtedy jednak ręka puściła jego ramię, chwyciła za bark i ściągnęła go na podłogę. Uderzył się w głowę i krzyknął.

– Zamknij się – powiedział ten w żółtej masce. – Może go ogłuszymy?

– Patrzcie, jak dziadkowi sterczy pałka. – Ten w czerwonej wskazał palcem. – Musiał mieć niezły sen.

– To na sikanie – stwierdził ten w niebieskiej, który wcześniej potrząsnął Rothsteinem. – W tym wieku tylko wtedy staje. Mój dziadek…

– Stul pysk – odparł ten w żółtej. – Nikogo nie obchodzi twój dziadek.

Chociaż Rothstein był oszołomiony i wciąż otulony rzedniejącą kotarą snu, wiedział, że ma kłopoty. W jego myślach pojawiło się jedno słowo: napad. Spojrzał z podłogi na trio, które zmaterializowało się w jego sypialni. Bolała go głowa (z powodu leków przeciwzakrzepowych będzie miał wielki siniak na prawej skroni), a serce o niebezpiecznie cienkich ściankach waliło o lewy bok klatki piersiowej. Górowali nad nim trzej mężczyźni w rękawiczkach, ciepłych kraciastych kurtkach i tych strasznych kominiarkach. Włamywacze, a on był tu sam na zadupiu. W promieniu wielu kilometrów ani żywej duszy.

Pozbierał myśli, na ile potrafił, odegnał sen i powiedział sobie, że sytuacja ma jeden plus: skoro nie chcą pokazać twarzy, to nie zamierzają go zabić.

Chyba.

– Panowie – powiedział.

Żółty parsknął śmiechem i wyprostował kciuk.

– Niezły początek, geniuszu.

Rothstein kiwnął głową, jakby to był komplement. Zerknął na zegar przy łóżku, który wskazywał kwadrans po drugiej nad ranem, a potem znowu spojrzał na Żółtego, chyba szefa tej bandy.

– Mam niewiele pieniędzy, ale chętnie wam je oddam, tylko nie róbcie mi krzywdy.

Powiał wiatr, jesienne liście zaszeleściły, uderzając o zachodnią ścianę domu. Rothstein wiedział, że piec grzeje po raz pierwszy w tym roku. Przecież dopiero co było lato.

– Z tego, co wiemy, masz znacznie więcej niż niewiele. – To mówił Czerwony.

– Cicho. – Żółty wyciągnął rękę do Rothsteina. – Wstawaj, geniuszu.

Rothstein ją chwycił, podniósł się chwiejnie, a potem usiadł na łóżku. Ciężko oddychał, ale był nader świadomy (samoświadomość przez całe życie była zarazem jego przekleństwem i darem), jak wygląda: stary człowiek w luźnej niebieskiej piżamie, który zamiast włosów ma już tylko białe chmurki popcornu za uszami. Tyle zostało z pisarza, który w tym samym roku, kiedy Kennedy został prezydentem, trafił na okładkę „Time’a”: JOHN ROTHSTEIN, GENIALNY SAMOTNIK AMERYKI.

Pobudka, geniuszu.

– Odsapnij sobie – powiedział Żółty. Z jego głosu przebijała troska, ale Rothstein w nią nie wierzył. – A potem pójdziemy do salonu, gdzie prowadzą dyskusje normalni ludzie. Nie śpiesz się. Otrzeźwiej.

Rothstein odetchnął powoli, głęboko, i serce trochę mu się uspokoiło. Usiłował pomyśleć o Peggy, o jej piersiach jak filiżanki do herbaty (małych, lecz idealnych), o jej długich, gładkich nogach, ale sen już zniknął, tak samo jak Peggy, która teraz była starą raszplą i mieszkała w Paryżu. Za jego pieniądze. Przynajmniej Yolande, jego drugie podejście do małżeńskiej szczęśliwości, umarła, więc przestała brać alimenty.

Czerwony wyszedł z pokoju i wkrótce Rothstein usłyszał, jak przetrząsa mu gabinet. Coś upadło. Szuflady otwierały się i zamykały.

– Już ci lepiej? – zapytał Żółty, a kiedy Rothstein kiwnął głową, dodał: – No to chodźmy.

Rothstein pozwolił zaprowadzić się do niewielkiego salonu. Po jego lewej ręce szedł Niebieski, a po prawej Żółty. Przeszukiwanie gabinetu trwało. Wkrótce Czerwony otworzy szafę, odsunie na bok dwie marynarki oraz trzy swetry i odsłoni sejf. To nieuniknione.

W porządku. Byleby zostawili notesy, ale po co mieliby je brać? Takich łobuzów interesują tylko pieniądze. Pewnie nawet nie potrafią czytać nic trudniejszego niż listy do redakcji w „Penthousie”.

Tylko że Rothstein nie miał pewności co do tego w żółtej masce. Ten brzmiał jak ktoś wykształcony.

W salonie paliły się wszystkie światła, a zasłony nie były zaciągnięte. Sąsiedzi, którzy akurat nie spali, zastanawialiby się, co się dzieje w domu starego pisarza… gdyby miał sąsiadów. Najbliżsi mieszkali trzy kilometry stąd, przy głównej szosie. Rothstein nie miał przyjaciół, nikt go nie odwiedzał. Akwizytorów posyłał do diabła. Był po prostu takim dziwacznym staruszkiem. Pisarzem na emeryturze. Pustelnikiem. Płacił podatki i nikt go nie nachodził.

Żółty i Niebieski doprowadzili go do fotela naprzeciwko rzadko włączanego telewizora; Rothstein nie usiadł od razu, więc Niebieski pchnął go na siedzenie.

– Spokojnie! – rzucił ostro Żółty i Niebieski cofnął się, coś tam mamrocząc. Czyli rzeczywiście to Żółty tu rządził. To on był przywódcą stada. Pochylił się nad Rothsteinem, oparł dłonie na nogawkach sztruksów. – Chcesz coś sobie chlapnąć na uspokojenie?

– Jeśli chodzi o alkohol, to nie piję od dwudziestu lat. Zalecenie lekarza.

– Brawo. Chodzisz na mityngi?

– Nie byłem alkoholikiem – odparł Rothstein rozzłoszczony. Chyba zwariował, że wścieka się w takiej sytuacji… A może wcale nie? Kto to wie, jak należy reagować, kiedy faceci w kolorowych kominiarkach wyciągną cię z łóżka w środku nocy? Zastanawiał się, jak skonstruowałby taką scenę, i nie miał pojęcia. Nie pisywał o takich sytuacjach. – Ludzie od razu zakładają, że w dwudziestym wieku każdy biały pisarz na pewno jest alkoholikiem.

– No dobrze, dobrze – powiedział Żółty, jakby uspokajał naburmuszone dziecko. – Wody?

– Nie, dziękuję. Chcę, żebyście sobie poszli, więc będę z wami szczery. – Rothstein zastanawiał się, czy Żółty zna najbardziej podstawową zasadę społecznej interakcji: kiedy ktoś mówi, że będzie szczery, to zwykle znaczy, że zacznie kłamać szybciej, niż koń galopuje. – Mój portfel leży na komodzie w sypialni. Jest w nim osiemdziesiąt parę dolarów. Na kominku stoi czajnik z ceramiki… – Wskazał palcem. Niebieski się obrócił, ale Żółty nie. Żółty nadal przyglądał się Rothsteinowi, a jego spojrzenie zza maski było niemal rozbawione. Nie działa, pomyślał Rothstein, lecz się nie poddawał. Teraz, gdy już się rozbudził, nie tylko się bał, ale był wkurzony, chociaż wiedział, że lepiej tego nie okazywać. – Tam trzymam pieniądze na życie. Pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt dolarów. To wszystko, co jest w domu. Bierzcie i idźcie sobie.

– Pieprzony kłamco – odparł Niebieski. – Masz dużo więcej forsy, koleś. Wiemy o tym, możesz nam wierzyć.

Jakby to było przedstawienie teatralne, a powyższa kwestia była sygnałem, Czerwony zawołał z gabinetu:

– Bingo! Znalazłem sejf! I to duży!

Rothstein wiedział, że mężczyzna w czerwonej masce go odnajdzie, ale i tak zakłuło go serce. To głupota trzymać pieniądze w domu, nie miał na to wytłumaczenia oprócz niechęci do kart kredytowych, czeków, akcji i instrumentów finansowych, wszystkich tych kuszących łańcuchów, które przykuwają ludzi do przytłaczającej i ostatecznie niszczycielskiej amerykańskiej machiny długów i wydatków. Ale teraz ta gotówka mogła się okazać jego zbawieniem. Gotówkę można odtworzyć. Ponad stu pięćdziesięciu notesów – nie.

– A teraz szyfr – powiedział Niebieski. Pstryknął palcami w rękawiczkach. – Dawaj.

Rothstein z wściekłości był niemal gotów się postawić – zdaniem Yolande gniew stanowił przez całe życie jego pozycję wyjściową („Pewnie nawet w cholernej kołysce”, powiedziała kiedyś) – ale jednocześnie był zmęczony i przestraszony. Gdyby się wzbraniał, wyciągnęliby z niego ten szyfr przemocą. Może nawet znowu dostałby zawału, tym razem niemal z pewnością śmiertelnego.

– Czy jeśli dam wam kod do sejfu, to weźmiecie pieniądze i pójdziecie?

– Panie Rothstein – odparł Żółty z życzliwością, która wydawała się szczera (a przez to groteskowa) – w pana sytuacji nie ma miejsca na targi. Freddy, idź po torby.

Rothstein poczuł powiew chłodnego powietrza, kiedy Niebieski, znany również jako Freddy, wyszedł przez drzwi kuchenne. Tymczasem Żółty znowu się uśmiechał. Rothstein zdążył znienawidzić ten uśmiech. Te czerwone wargi.

– No dalej, geniuszu, gadaj. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej będzie z głowy.

Rothstein westchnął, a potem wyrecytował kombinację do sejfu Gardall w gabinecie:

– Dwa obroty w lewo do trzydziestu jeden, dwa obroty w prawo do trójki, jeden obrót w lewo do osiemnastu, jeden obrót w prawo do dziewięćdziesięciu dziewięciu, a potem z powrotem do zera.

Czerwone usta pod maską rozchyliły się szerzej, ukazując zęby.

– Mogłem się domyślić. Twoja data urodzin.

Kiedy Żółty głośno przekazał szyfr mężczyźnie w gabinecie, Rothstein doszedł do pewnego nieprzyjemnego wniosku. Niebieski z Czerwonym przyszli tu po forsę, a Żółty pewnie też dostanie swój udział, ale to raczej nie pieniądze były głównym celem mężczyzny, który wciąż mówił do niego „geniuszu”. Jakby dla podkreślenia tej konkluzji, wrócił Niebieski w towarzystwie kolejnego chłodnego powiewu z dworu. Miał ze sobą cztery worki marynarskie, po dwa na każdym ramieniu.

– Posłuchaj. – Rothstein spojrzał Żółtemu w oczy i nie pozwolił odwrócić wzroku. – Nie rób tego. Oprócz pieniędzy w tym sejfie nie ma nic, co warto zabrać. Reszta to tylko czcza bazgranina, ale dla mnie jest ważna.

Z gabinetu dobiegł krzyk Czerwonego:

– Rany Julek, Morrie! Rozbiliśmy bank! Kurka wodna, tu jest kupa forsy! I to w kopertach prosto z banku! Jest ich kilkadziesiąt!

Co najmniej sześćdziesiąt, mógłby dodać Rothstein, a może nawet osiemdziesiąt. A w każdej po czterysta dolarów. Od Arnolda Abla, mojego księgowego z Nowego Jorku. Jeannie spienięża czeki i przywozi koperty z gotówką, a ja chowam je w sejfie. Tylko że mam niewiele wydatków, bo najważniejsze rachunki również płaci Arnold w Nowym Jorku. Od czasu do czasu daję napiwek Jeannie, a na Boże Narodzenie listonoszowi, ale poza tym rzadko wydaję forsę. Jest tak od lat. A dlaczego? Arnold nigdy nie pyta, co robię z pieniędzmi. Może myśli, że mam układ z panienką na telefon albo i dwiema. Może myśli, że gram na kucykach w Rockingham.

A teraz najśmieszniejsze, mógłby powiedzieć do Żółtego (znanego również jako Morrie), sam też nigdy siebie o to nie pytałem. Ani o to, dlaczego zapełniam notes za notesem. Z pewnymi rzeczami tak po prostu jest.

Rothstein mógłby to wszystko powiedzieć, ale milczał. Nie dlatego, że Żółty by tego nie zrozumiał, ale przeciwnie – bo te jego uśmiechnięte czerwone usta podpowiadały, że owszem.

I że nic by go to nie obchodziło.

– Co tam jeszcze jest? – zawołał Żółty. Nie spuszczał wzroku z Rothsteina. – Pudełka? Pudełka z rękopisami? Takiej wielkości, jak mówiłem?

– Nie pudełka. Notesy! – odkrzyknął Czerwony. – Ten pieprzony sejf jest ich pełen.

Żółty uśmiechnął się, wciąż patrząc w oczy Rothsteina.

– Z odręcznym pismem? W ten sposób to robisz, geniuszu?

– Proszę – powiedział Rothstein. – Zostawcie je. Tego materiału nikt nie powinien oglądać. Jeszcze nie jest gotowy.

– I tak sobie myślę, że nigdy nie będzie. Ty tylko chomikujesz. – Ów błysk w oku, błysk, w którym Rothstein widział coś irlandzkiego, teraz już znikł. – Bo nic już nie musisz wydawać, no nie? Nie goni cię konieczność finansowa. Dostajesz tantiemy za Uciekiniera. I za Uciekinier staje do walki. I za Uciekinier zwalnia. Słynna trylogia Jimmy’ego Golda. Stale wznawiana. Wciąż na akademickich listach lektur w całym naszym pięknym kraju. Paru wykładowców, co ciebie i Saula Bellowa mają za ósmy cud świata, załatwiła ci posłuszną publiczność studenciaków. Więc jesteś ustawiony, co? Po co ryzykować wydanie książki, która mogłaby nadszarpnąć tę twoją cudowną reputację? Lepiej się tu chować i udawać, że świat nie istnieje. – Żółty pokręcił głową. – Mój drogi, przy tobie słowo „asekuranctwo” nabiera nowego znaczenia.

Niebieski wciąż stał w progu.

– Co mam robić, Morrie?

– Idź do Curtisa. Spakujcie całość. Jeśli wszystkie notesy nie zmieszczą się do worków, to się rozejrzyjcie. Nawet taki odludek jak on musi mieć co najmniej jedną walizkę. Nie marnujcie czasu na liczenie pieniędzy. Chcę się stąd zmyć jak najszybciej.

– Dobra.

Niebieski – Freddy – wyszedł.

– Nie rób tego – powiedział Rothstein i przeraził się drżeniem własnego głosu. Czasami zapominał, jaki jest stary, ale nie dziś. O nie, dziś nie.

Mężczyzna o imieniu Morrie nachylił się ku niemu. Z otworów żółtej maski patrzyły zielonkawoszare oczy.

– Chcę się czegoś dowiedzieć. Jeśli będziesz szczery, to może zostawimy notesy. Będziesz ze mną szczery, geniuszu?

– Spróbuję – odparł Rothstein. – I ja nigdy tak o sobie nie mówiłem. To „Time” nazwał mnie geniuszem.

– Ale sprostowania pewnie też nie wysłałeś.

Rothstein milczał. Ty sukinsynu, pomyślał. Ty pieprzony mądralo. Nic mi nie zostawisz, prawda? I nie ma znaczenia, co ci powiem.

– Jedno mnie interesuje: dlaczego, na Boga, nie mogłeś zostawić Jimmy’ego Golda w spokoju? Dlaczego musiałeś pogrążyć go w szambie?

To pytanie było tak niespodziewane, że w pierwszej chwili Rothstein nie miał pojęcia, o czym Morrie mówi, mimo że Jimmy Gold to jego najsłynniejszy bohater, dzięki któremu ludzie będą go pamiętać (jeśli w ogóle będzie za coś pamiętany). W tym samym artykule w „Time”, w którym okrzyknięto go geniuszem, nazwano Jimmy’ego Golda „amerykańską ikoną rozpaczy w krainie dostatku”. W gruncie rzeczy pieprzenie, ale nakręcało sprzedaż książek.

– Jeśli uważasz, że powinienem był poprzestać na Uciekinierze, to nie jesteś jedyny.

Ale nie ma was wielu, mógłby dodać. Uciekinier staje do walki umocniło pozycję Rothsteina jako ważnego amerykańskiego pisarza, a Uciekinier zwalnia było ukoronowaniem jego kariery. Krytyka właziła mu w dupę, książka nie schodziła z listy bestsellerów „New York Timesa” przez sześćdziesiąt dwa tygodnie. No i dostał za nią National Book Award, tyle że nie przyszedł jej odebrać. „Iliada powojennej Ameryki” – tak napisano w uzasadnieniu nagrody i nie chodziło tylko o ostatni tom, ale o trylogię jako całość.

– Nie mówię, że powinieneś był skończyć na Uciekinierze – odparł Morrie. – Uciekinier staje do walki był równie dobry, może nawet lepszy. Te książki były prawdziwe. Ale ta ostatnia? Rany, co za szajs! Robota w reklamie? Serio, w reklamie?

Żółty zrobił coś, od czego Rothsteina ścisnęło w gardle, a jego żołądek zrobił się ciężki jak z ołowiu: powoli, niemal z czułością ściągnął żółtą kominiarkę, odsłaniając twarz młodego mężczyzny o urodzie bostońskiego Irlandczyka: rude włosy, zielonkawe oczy, blada cera, na której zamiast opalenizny zawsze będą oparzenia. No i te dziwne czerwone usta.

– Dom na przedmieściach? Ford sedan na podjeździe? Żona i dwójka dzieciaczków? Każdy się w końcu sprzedaje, to chciałeś powiedzieć? Każdy zje truciznę?

– W notesach…

Rothstein chciał powiedzieć, że w notesach są jeszcze dwie powieści o Jimmym Goldzie, które dopełniają cykl. W pierwszej Jimmy dostrzega nijakość swego podmiejskiego życia, więc zostawia rodzinę, pracę i wygodny dom w Connecticut. Odchodzi pieszo, bierze tylko chlebak i ubranie, które ma na sobie. Staje się starszą wersją tego chłopaka, który rzucił szkołę, odwrócił się od materialistycznej rodziny i po weekendzie pijaństwa w Nowym Jorku postanowił wstąpić do wojska.

– Co w notesach? – zapytał Morrie. – No, geniuszu, wypluj to z siebie. Powiedz, dlaczego musiałeś go powalić na ziemię, wleźć mu na głowę i wytarzać mu twarz w błocie?

W Uciekinier jedzie na zachód Jimmy Gold znowu staje się sobą, chciał powiedzieć Rothstein. Kwintesencją siebie. Tylko że Żółty pokazał mu swoją twarz, a teraz wyjmował pistolet z prawej kieszeni kraciastej kurtki. Wydawał się zasmucony.

– Stworzyłeś jednego z najwspanialszych bohaterów literatury amerykańskiej, a potem go obsrałeś – powiedział Morrie. – Ktoś, kto jest do tego zdolny, nie zasługuje, żeby żyć.

Gniew zawrzał w Rothsteinie jak miła niespodzianka.

– Jeśli tak uważasz, to znaczy, że nie zrozumiałeś z tych książek ani słowa.

Morrie wycelował pistolet. Wylot lufy był czarnym okiem.

W odpowiedzi Rothstein wymierzył w niego swój poskręcany artretyzmem palec, jakby również miał broń. Poczuł satysfakcję, kiedy Morrie mrugnął i nieco się wzdrygnął.

– Nie wciskaj mi tu swojej durnej krytyki literackiej. Dość już się tego nasłuchałem, kiedy ciebie jeszcze nie było na świecie. Ile ty w ogóle masz lat? Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia trzy? Co ty wiesz o życiu, nie wspominając o literaturze?

– Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie każdy się sprzedaje. – Rothstein ze zdumieniem dostrzegł łzy w tych irlandzkich oczach. – Nie praw mi kazań o życiu, skoro od dwudziestu lat kryjesz się przed światem jak szczur.

Ta stara krytyka – „jak śmiesz odchodzić od Stolika Sław?” – sprawiła, że złość Rothsteina rozgorzała pełnią gniewu, takiego gniewu z rzucaniem szklankami i rozbijaniem mebli, który rozpoznałyby Peggy i Yolande – i bardzo się z tego cieszył. Lepiej umrzeć we wściekłości, niż kuląc się i błagając o litość.

– W jaki sposób spieniężysz moją twórczość? Zastanawiałeś się nad tym? Zakładam, że tak. I na pewno rozumiesz, że równie dobrze mógłbyś próbować sprzedać skradziony notatnik Hemingwaya albo obraz Picassa. Ale twoi koledzy nie są tacy wykształceni, prawda? Poznaję to po tym, jak mówią. Czy wiedzą to, co ty? Na pewno nie. Ale ty wcisnąłeś im czek bez pokrycia. Obiecałeś im gruszki na wierzbie i powiedziałeś, że wszyscy się nimi najedzą. Myślę, że jesteś do tego zdolny. Myślę, że masz do dyspozycji całe jezioro słów. Ale, moim zdaniem, to płytkie jezioro.

– Zamknij się. Gadasz jak moja matka.

– Jesteś pospolitym złodziejem, kolego. I do tego głupim, bo kradniesz coś, czego nie można sprzedać.

– Zamknij się, geniuszu. Ostrzegam cię.

A jeśli pociągnie za spust? – pomyślał Rothstein. Koniec lekarstw. Koniec wypominania sobie przeszłości, pobojowiska zniszczonych związków, zostawionych po drodze jak rozbite samochody. I koniec z obsesyjnym pisaniem, koniec z gromadzeniem tych notesów jak kupek króliczego gówna rozsianych wzdłuż leśnej ścieżki. Kulka w łeb może wcale nie byłaby taka zła. Lepsza niż rak albo alzheimer, ten największy postrach każdego człowieka, który zawsze zarabiał na życie intelektem. Oczywiście pojawią się nagłówki, było ich mnóstwo jeszcze przed tym cholernym artykułem w „Time”… Ale jeśli pociągnie za spust, nie będę ich musiał czytać.

– Jesteś głupi – rzucił. Naraz ogarnęła go swoista ekstaza. – Masz się za mądrzejszego niż tamci dwaj, ale to nieprawda. Oni przynajmniej rozumieją, że gotówkę można wydać. – Nachylił się i spojrzał w tę bladą, piegowatą twarz. – Wiesz co, dzieciaku? To właśnie przez takich jak ty czytelnictwo pada.

– Ostatnie ostrzeżenie – powiedział Morrie.

– Pieprzyć twoje ostrzeżenie. I pieprzyć twoją matkę. Albo mnie zastrzel, albo won z mojego domu.

Morris Bellamy go zastrzelił.

2009

Do pierwszej kłótni o pieniądze w domu Saubersów – a w każdym razie pierwszej, którą słyszały dzieci – doszło wieczorem dziewiątego kwietnia 2009 roku. Nie była to duża kłótnia, ale nawet największy sztorm zaczyna się od łagodnego wietrzyka. Peter i Tina Saubers byli w salonie. Pete odrabiał lekcje, a Tina oglądała SpongeBoba na DVD. Te odcinki oglądała już wcześniej, i to wiele razy, ale nigdy jej się nie nudziły. Całe szczęście, bo obecnie w domu Saubersów nie było dostępu do Cartoon Network. Tom zrezygnował z kablówki dwa miesiące wcześniej.

Tom i Linda Saubersowie byli w kuchni. On właśnie zapinał swój stary plecak, do którego załadował parę batonów energetycznych, plastikowy pojemnik z pokrojonymi warzywami, dwie butelki wody i puszkę coli.

– Oszalałeś – powiedziała Linda. – Zawsze wiedziałam, że masz osobowość typu A, ale to już przesada. Chcesz nastawić budzik na piątą? Proszę bardzo. Zabierzesz Todda, będziesz pod City Center przed szóstą, a i tak staniesz w kolejce pierwszy.

– Chciałbym – odparł Tom. – Todd mówi, że w zeszłym miesiącu w Brook Park były targi pracy i ludzie zaczęli się ustawiać poprzedniego dnia. Poprzedniego dnia, Lin!

– Todd mówi różne rzeczy. A ty go słuchasz. Pamiętasz, jak mówił, że Pete i Tina będą zachwyceni tą imprezą z monster truckami…

– To nie są monster trucki, koncert w parku ani pokaz fajerwerków. Tu chodzi o nasze życie.

Pete podniósł wzrok znad pracy domowej i na moment spojrzał młodszej siostrze w oczy. Wzruszenie ramion Tiny mówiło wszystko: cali nasi rodzice. Pete wrócił do algebry. Jeszcze cztery zadania i będzie mógł pójść do Howiego. Ciekawe, czy Howie ma nowe komiksy. Pete nie miał nic na wymianę; jego kieszonkowe spotkał ten sam los co kablówkę.

W kuchni Tom zaczął chodzić tam i z powrotem. Linda dogoniła go i lekko chwyciła za ramię.

– Wiem, że chodzi o nasze życie – powiedziała.

Mówiła cicho, częściowo dlatego, żeby nie usłyszały jej dzieci i nie zaczęły się denerwować (wiedziała, że Pete już się denerwuje), a częściowo, żeby ostudzić nastrój. Rozumiała, co czuje Tom, i sercem była z nim. Strach jest zły. Poczucie upokorzenia, że nie można wypełnić tego, co uważa się za swój podstawowy obowiązek – utrzymanie rodziny – jest jeszcze gorsze. Zresztą „upokorzenie” to niewłaściwe słowo. Tom odczuwał wstyd. Przez dziesięć lat pracował w agencji nieruchomości Lakefront Realty, zawsze był jednym z najlepszych handlowców, jego uśmiechnięte zdjęcie często wisiało przy wejściu do lokalu. Pieniądze, które zarabiała Linda, ucząc w trzeciej klasie podstawówki, były tylko dodatkiem. A potem jesienią 2008 roku pod gospodarką zapadł się grunt i Saubersowie mieli już tylko jednego żywiciela.

Toma nie zwolniono bynajmniej z perspektywą powtórnego zatrudnienia, jeśli sytuacja się polepszy. Siedziba Lakefront Realty była teraz pustym budynkiem pomazanym graffiti, przed którym wisiała tablica: SPRZEDAM LUB WYNAJMĘ. Bracia Reardonowie, którzy odziedziczyli interes po ojcu (on zaś po swoim ojcu), mocno inwestowali na giełdzie i gdy załamał się rynek, stracili prawie wszystko. Lindy wcale nie pocieszało to, że Todd Paine, najlepszy przyjaciel Toma, jedzie na tym samym wózku. Uważała, że Todd to dureń.

– Widziałeś prognozę pogody? Bo ja tak. Będzie zimno. Rano mgła znad jeziora, może nawet marznąca mżawka. Marznąca mżawka, Tom!

– Dobrze. Oby się sprawdziło. Przyjdzie mniej ludzi i będę miał większe szanse. – Chwycił ją za ramiona, ale łagodnie. Bez potrząsania, bez krzyków. To było później. – Muszę coś znaleźć, Lin. A te targi to najlepsza okazja tej wiosny. Szukałem roboty już wszędzie…

– Wiem…

– I guzik. Nie ma nic. To znaczy jasne, jest trochę pracy w porcie albo na budowie centrum handlowego koło lotniska, ale wyobrażasz mnie sobie w czymś takim? Mam piętnaście kilo nadwagi i od dwudziestu lat nie jestem w formie. Może latem znalazłbym coś w centrum, jakąś robotę w biurze, jeśli sytuacja trochę się poprawi… Ale to by była słabo płatna posada i raczej tymczasowa. Dlatego jedziemy tam z Toddem o północy i będziemy stać w kolejce aż do rana, kiedy otworzą drzwi. I obiecuję, że wrócę z pracą, która daje prawdziwe pieniądze.

– I z bakcylem, którym wszyscy się zarazimy. A wtedy zaczniemy oszczędzać na jedzeniu, żeby było na lekarza.

Właśnie wtedy naprawdę się na nią zdenerwował.

– Nie zaszkodziłoby mi trochę wsparcia.

– Na litość boską, Tom, przecież próbuję…

– Mogłabyś mnie nawet poklepać po plecach. „Brawo, Tom. Świetnie, że wykazujesz inicjatywę. Cieszymy się, że dajesz z siebie wszystko dla rodziny, Tom”. Coś w tym stylu. Chyba że oczekuję za wiele.

– Chodzi mi tylko o to…

Ale drzwi kuchenne otworzyły się i zamknęły, zanim zdążyła dokończyć. Tom poszedł za dom zapalić papierosa. Tym razem, kiedy Pete podniósł wzrok, na twarzy Tiny zobaczył zmartwienie i niepokój. Przecież miała dopiero osiem lat. Uśmiechnął się i puścił oko do siostry. Odpowiedziała niepewnym uśmiechem, a potem wróciła do wydarzeń w podwodnym królestwie Bikini Dolnego, gdzie ojcowie nie tracą pracy i nie podnoszą głosu, a dzieci nie tracą kieszonkowego. Chyba że są niegrzeczne.

* * *

Tego wieczoru przed wyjazdem Tom zaniósł córeczkę na górę do sypialni i ucałował ją na dobranoc. Dołożył drugiego buziaka dla Pani Beasley, ulubionej lalki Tiny.

– To na szczęście – powiedział.

– Tatusiu, czy wszystko będzie dobrze?

– Jasne, skarbie. – Zapamiętała to. Tę pewność w jego głosie. – Wszystko będzie jak się patrzy. A teraz idź spać.

Wyszedł normalnym krokiem. To również zapamiętała, bo to był ostatni raz, gdy widziała, jak tak chodzi.

* * *

U szczytu stromego podjazdu od Marlborough Street na parking przed City Center Tom zawołał:

– O rany! Czekaj, zatrzymaj się!

– Nie mogę, za mną są samochody – odparł Todd.

– Tylko na sekundę.

Tom uniósł telefon i sfotografował ludzi stojących w kolejce. Była ich już setka. Co najmniej. Nad wejściem do hali wisiał baner z napisem: GWARANTUJEMY 1000 MIEJSC PRACY! oraz Popieramy ludzi z naszego miasta! – BURMISTRZ RALPH KINSLER.

Za pordzewiałym subaru Todda z 2004 roku ktoś zatrąbił.

– Tommy, nie chcę ci psuć zabawy, gdy uwieczniasz to wspaniałe wydarzenie, ale…

– Jedź, jedź. Już zrobiłem. – Kiedy Todd wjechał na parking, gdzie większość miejsc najbliżej budynku była już zajęta, Tom dodał: – Muszę pokazać to zdjęcie Lindzie. Wiesz, co powiedziała? Że gdybyśmy przyjechali o szóstej, bylibyśmy pierwsi w kolejce.

– Mówiłem ci, chłopie. Toddzisko nie kłamie. – Toddzisko zaparkował. Silnik subaru pierdnął, zipnął i zgasł. – O świcie będzie tu parę tysięcy ludzi. I telewizja. Wszystkie stacje. City at Six, Morning Report, MetroScan. Może zrobią z nami wywiad.

– Mnie wystarczy jakaś praca.

Co do jednego Linda miała rację: było wilgotno. W powietrzu czuło się zapach jeziora, tę lekko ściekową woń. I było zimno. Tom prawie widział parę z własnego oddechu. Rozstawiono słupki z żółtą taśmą z napisem NIE PRZEKRACZAĆ, które wyginały tłum szukających pracy w tę i z powrotem niczym miech ludzkiego akordeonu. Tom z Toddem zajęli miejsca między ostatnimi słupkami. Za nimi natychmiast ustawili się inni ludzie, głównie mężczyźni. Jedni mieli robociarskie kurtki z grubego polaru, inni – płaszcze à la Pan Biznesmen i fryzury à la Pan Biznesmen, które zaczynały tracić formę. Tom domyślał się, że do świtu kolejka dojdzie aż na koniec parkingu, a do otwarcia drzwi i tak zostaną jeszcze cztery godziny.

Zwrócił uwagę na kobietę z dzieckiem w nosidełku na piersiach. Stała parę zakrętów kolejki dalej. Zastanawiał się, jak wielkiej trzeba desperacji, żeby przyjść tu z niemowlakiem w środku zimnej, wilgotnej nocy. Z kobietą rozmawiał barczysty mężczyzna ze śpiworem przewieszonym przez ramię. Maleństwo spoglądało to na niego, to na nią, niczym najmniejszy fan tenisa na świecie. Dość to było komiczne.

– Rozgrzejemy się, Tommy? – Todd wyjął z plecaka półlitrówkę bell’s i właśnie mu ją podawał.

Tom prawie odmówił, pamiętając, co Linda rzuciła mu na pożegnanie – „Żebym tylko nie poczuła od ciebie gorzały, kiedy wrócisz” – a potem wziął butelkę. Zimno, więc łyczek nie zaszkodzi. Poczuł, jak whisky spływa mu do gardła, rozgrzewa przełyk i żołądek.

Zanim podejdziesz do jakiegoś stoiska, przepłucz usta, powiedział sobie. Nikt nie zatrudni gościa, który cuchnie whisky.

Kiedy Todd znów go poczęstował – to było koło drugiej – Tom odmówił. Ale gdy o trzeciej padła kolejna propozycja, wziął butelkę. Sprawdziwszy zawartość, stwierdził, że Toddzisko bynajmniej nie żałuje sobie na rozgrzewkę.

A co tam, pomyślał, a potem wypił znacznie więcej niż mały łyk. Tym razem był to solidny haust.

– Zuch chłopak – skomentował Todd ociupinkę już niewyraźnie. – Posłuchaj wewnętrznego diabełka.

Napływali kolejni poszukiwacze pracy, ich auta powoli brnęły od strony Marlborough Street przez gęstniejącą mgłę. Kolejka kończyła się daleko za słupkami i nie biegła już zygzakiem. Do tej pory Tomowi wydawało się, że rozumie trudności ekonomiczne, jakie obecnie nękały ten kraj – przecież sam stracił pracę, i to bardzo dobrą – ale w miarę jak nadjeżdżały następne samochody, a kolejka rosła (nie widział już jej końca), zyskiwał nową, przerażającą perspektywę. Może „trudności” to nieodpowiednie słowo. Właściwym było: „katastrofa”.

Po jego prawej ręce, wśród labiryntu słupków i taśm wiodących do ciemnej hali, rozpłakał się tamten niemowlak. Tom spojrzał w jego stronę. Mężczyzna ze śpiworem podtrzymywał boki nosidełka, żeby kobieta (Boże, pomyślał Tom, to chyba jeszcze nastolatka) mogła wyjąć malucha.

– Sso jess, kurwa? – zapytał Todd jeszcze bardziej niewyraźnie niż dotychczas.

– Dziecko – odparł Tom. – Kobieta z dzieckiem. Dziewczyna z dzieckiem.

Todd zerknął w tamtą stronę.

– Ja cię kręcę – powiedział. – Co za nieodpy… niedopo… No wiesz, lekkomyślność.

– Upiłeś się?

Linda nie lubiła Todda, nie dostrzegała jego zalet, i w tej chwili Tom też nie był przekonany, że je widzi.

– Troszeszke. Ale wytrzeźwieję, zanim otworzą. Zresztą mam miętówki.

Tom chciał spytać, czy Toddzisko zabrał też krople Visine – miał solidnie zaczerwienione oczy – ale uznał, że w tym momencie nie będzie prowadził takich dyskusji. Spojrzał z powrotem w kierunku kobiety z płaczącym dzieckiem. W pierwszej chwili myślał, że zniknęli. Potem jednak popatrzył niżej i zobaczył, że dziewczyna z maluchem na piersi wsuwa się do śpiwora barczystego mężczyzny. Ten zaś przytrzymywał wlot. Dziecko ciągle darło się wniebogłosy.

– Nie możecie uciszyć tego bachora?! – zawołał jakiś mężczyzna.

– Powinno się wezwać opiekę społeczną – dodała kobieta.

Tom przypomniał sobie Tinę w tym wieku, wyobraził ją sobie w ten zimny, mglisty poranek i musiał się powstrzymać, żeby nie kazać im się zamknąć… a najlepiej pomóc tej matce. Przecież wszyscy jadą na tym samym wózku, prawda? Wszystkich spotkał ten sam porąbany pech.

Płacz osłabł i ucichł.

– Pewnie go karmi. – Todd ścisnął się za pierś, żeby to zademonstrować.

– Aha.

– Tommy?

– Co?

– Wiesz, że Ellen straciła pracę, prawda?

– Jezu, nie. Nie wiedziałem.

Tom udał, że nie widzi strachu w twarzy Todda. Ani jego wilgotnych oczu. Może to od gorzałki lub z zimna. A może nie.

– Powiedzieli, że do niej zadzwonią, gdyby się poprawiło, ale mnie mówili to samo, a już pół roku nie mam pracy. Spieniężyłem polisę. Już wszystko poszło. Wiesz, ile nam zostało w banku? Pięćset dolców. A wiesz, na ile starczy pięćset dolców, skoro chleb w supermarkecie kosztuje dolara?

– Nie na długo.

– Właśnie, kurwa, nie na długo. Muszę tu coś znaleźć. Muszę.

– Znajdziesz. Obaj znajdziemy.

Todd wskazał głową barczystego mężczyznę, który teraz chyba pilnował śpiwora, żeby nikt przez przypadek nie nadepnął na kobietę i dziecko.

– Myślisz, że są małżeństwem?

Tom nie zastanawiał się nad tym. Teraz pomyślał.

– Pewnie tak.

– To znaczy, że oboje są bez pracy. Inaczej któreś zostałoby z dzieckiem.

– Może uznali, że przychodząc z dzieckiem, będą mieli większe szanse.

Todd się rozpromienił.

– Gra na litość! Niezły pomysł! – Wyciągnął rękę z butelką. – Chcesz łyka?

Tom wypił odrobinę. Jak ja tego nie zrobię, pomyślał, to Todd na pewno.

* * *

Ze wspomaganej alkoholem drzemki zbudził Toma entuzjastyczny okrzyk:

– Odkryto życie na obcych planetach!

Dowcipną uwagę nagrodziły śmiechy i brawa.

Rozejrzał się i zobaczył, że nastał dzień. Szary, mglisty, ale jednak dzień. Za barierą drzwi hali facet w szarym kombinezonie – farciarz, który miał pracę – pchał kubeł z mopem przez hol.

– Co jest? – zapytał Todd.

– Nic – odparł Tom. – To tylko woźny.

Todd spojrzał w stronę Marlborough Street.

– Jezu, wciąż ich przybywa.

– Aha – przyznał Tom.

A gdybym posłuchał Lindy, pomyślał, stalibyśmy na końcu kolejki, która ciągnie się stąd do Cleveland. To była dobra myśl, zawsze dobrze robi utwierdzić się w swojej racji, żałował jednak, że nie odmówił whisky. W ustach czuł taki niesmak, jakby jadł żwir z kociej kuwety. Nie żeby kiedyś próbował, ale…

Ktoś parę zakrętów dalej – niedaleko śpiwora – zapytał:

– Czy to benz? Wygląda jak benz.

Tom zobaczył długi kształt przy wlocie podjazdu od Marlborough Street. Żółte światła przeciwmgielne świeciły jasno. Samochód się nie poruszał, po prostu tam stał.

– Co on wyrabia? – zapytał Todd.

Kierowca następnego auta najwyraźniej zadawał sobie to samo pytanie, ponieważ wcisnął klakson – długie, wściekłe trąbienie sprawiło, że ludzie drgnęli, parsknęli i rozejrzeli się. Przez moment samochód z żółtymi lampami przeciwmgielnymi się nie ruszał. A potem wystrzelił naprzód. Nie na lewo, w stronę przepełnionego już parkingu, ale wprost na ludzi zamkniętych w labiryncie słupków i taśm.

– Hej! – krzyknął ktoś.

Tłum zafalował do tyłu. Tom został pchnięty na Todda, który upadł na tyłek. Tom próbował zachować równowagę, już mu się to prawie udało, ale wtedy facet przed nim – krzycząc, nie, wrzeszcząc! – wpadł mu tyłkiem w krocze i, wymachując ręką, walnął go łokciem w tors. Tom upadł na swojego kumpla, usłyszał chrzęst tłukącej się między nimi butelki bell’s i poczuł ostrą woń resztki whisky, która popłynęła po ziemi.

Świetnie, teraz będę cuchnął jak speluna w sobotni wieczór.

Dźwignął się na nogi w samą porę, żeby zobaczyć, jak samochód – to rzeczywiście był mercedes, wielki sedan, szary jak ten mglisty poranek – pruje przez tłum, rozpycha fruwające ciała, kreśli pijany łuk. Z osłony chłodnicy ściekała krew. Po masce turlała się bosa kobieta z rozłożonymi rękami. Waliła dłońmi w szybę, chciała chwycić za wycieraczkę, chybiła i stoczyła się na bok. Trzaskały żółte taśmy z napisem NIE PRZEKRACZAĆ. Bok wielkiego sedana uderzył ze zgrzytem w słupek, ale auto wcale nie zwalniało. Tom zobaczył, jak przednie koła przetaczają się po śpiworze i barczystym mężczyźnie, który kucał nad nim troskliwie z uniesioną ręką.

A teraz samochód jechał wprost na niego.

– Todd! – krzyknął Tom. – Todd, wstawaj!

Wyciągnął rękę, złapał dłoń przyjaciela i pociągnął. Ktoś na niego wpadł, znów powalając go na kolana. Tom słyszał ryk silnika oszalałego auta, wyjącego na pełnych obrotach. Już bardzo blisko. Próbował się czołgać, ale jakaś stopa grzmotnęła go w skroń. Zobaczył gwiazdy.

– Tom? – Todd był teraz za nim. Jak to się stało? – Tom, co jest, kurwa?

Wylądowało na nim czyjeś ciało, a potem przygniotło go coś jeszcze, olbrzymi ciężar, który napierał, grożąc, że rozgniecie go na miazgę. Trzasnęła mu miednica. Zabrzmiało, jakby pękała sucha kość indyka. Potem napór ustał. Natychmiast zastąpił go ból ze swoim własnym ciężarem.

Tom spróbował unieść głowę. Udało mu się oderwać ją od ziemi na tyle, żeby ujrzeć tylne światła znikające we mgle. Widział połyskujące odłamki szkła roztrzaskanej półlitrówki. Widział Todda rozciągniętego na plecach, krew płynęła mu z głowy i zbierała się na asfalcie. Szkarłatne ślady opon niknęły w mglistym półmroku.

Pomyślał: Linda miała rację. Powinienem był zostać w domu.

Pomyślał: Umrę, i może tak będzie najlepiej. Bo w przeciwieństwie do Todda Paine’a nie spieniężyłem polisy.

Pomyślał: Chociaż pewnie w końcu bym to zrobił.

A potem ciemność.

* * *

Kiedy czterdzieści osiem godzin później Tom Saubers obudził się w szpitalu, Linda siedziała obok niego. Trzymała go za rękę. Zapytał ją, czy będzie żył. Uśmiechnęła się, ścisnęła jego dłoń i powiedziała, że jasna sprawa.

– Czy jestem sparaliżowany? Powiedz mi prawdę.

– Nie, kochanie, ale masz dużo połamanych kości.

– A Todd?

Linda odwróciła wzrok i przygryzła wargę.

– Jest w śpiączce, ale sądzą, że w końcu się ocknie. Stwierdzili to na podstawie jego fal mózgowych albo coś w tym stylu.

– Tam był samochód. Nie mogłem uciec.

– Wiem. Nie ty jeden. To jakiś szaleniec. Nie złapali go, przynajmniej na razie.

Kierowca mercedesa nic go nie obchodził. Brak paraliżu to dobra wiadomość, ale…

– Jest bardzo źle? Bez chrzanienia, mów szczerze.

Spojrzała mu w oczy, ale wytrzymała tylko chwilę. Znów spoglądając na szafkę pełną kartek z życzeniami powrotu do zdrowia, powiedziała:

– Masz… no… Trochę potrwa, zanim znowu będziesz chodził.

– Jak długo?

Uniosła mocno podrapaną dłoń męża i ją ucałowała.

– Nie wiedzą.

Tom Saubers zamknął oczy i zaczął płakać. Linda słuchała go przez chwilę, ale gdy nie mogła już dłużej wytrzymać, pochyliła się, żeby wcisnąć przycisk pompy morfinowej. Wciskała go tak długo, aż urządzenie przestało wydawać płyn. Wtedy Tom już spał.

1978

Morris wziął koc z górnej półki szafy w sypialni i przykrył nim Rothsteina, bez górnej części czaszki, rozciągniętego na ukos w fotelu. Mózg, który wymyślił Jimmy’ego Golda, jego siostrę Emmę, jego egocentrycznych rodziców półalkoholików – jakże podobnych do rodziców Morrisa – zasychał teraz na tapecie. Morris nie był w zasadzie zszokowany, lecz z pewnością zdumiony. Spodziewał się krwi oraz dziury między oczami, ale nie tej krzykliwej brei chrząstek i kości. Chyba zawiodła go wyobraźnia, stwierdził. Właśnie dlatego mógł czytać gigantów współczesnej literatury amerykańskiej – czytać ich i doceniać – ale nigdy nie zostanie jednym z nich.

Freddy Dow wyszedł z gabinetu z dwoma wypchanymi workami przewieszonymi przez ramiona. Za nim wyłonił się Curtis, miał spuszczoną głowę i nie niósł nic. Naraz przyśpieszył, wyminął Freddy’ego i pomknął do kuchni. Drzwi na podwórko porwane przez wiatr trzasnęły o ścianę domu. Potem rozległy się odgłosy wymiotów.

– Trochę mu niedobrze – skwitował Freddy. Miał talent do stwierdzania rzeczy oczywistych.

– Ty się dobrze czujesz? – spytał Morris.

– No…

Freddy wyszedł przez frontowe drzwi, nie oglądając się za siebie. Przystanął tylko po to, żeby podnieść łom oparty o huśtawkę na werandzie. Przyjechali przygotowani do włamania, ale drzwi od frontu były otwarte. Kuchenne zresztą też. Najwyraźniej Rothstein święcie wierzył w ten swój sejf. Jego to dopiero zawiodła wyobraźnia.

Morris wszedł do gabinetu, spojrzał na schludne biurko i przykrytą maszynę do pisania. Popatrzył na zdjęcia na ścianach. Wisiały tam obie jego byłe żony, roześmiane, młode i piękne w swoich strojach i fryzurach z lat pięćdziesiątych. To ciekawe, że Rothstein trzymał te odrzucone kobiety w takim miejscu, że mogły na niego patrzeć, kiedy pisał, ale Morris nie miał czasu o tym myśleć ani zbadać zawartości biurka pisarza, choć ogromnie by chciał. Ale czy to było w ogóle potrzebne? W końcu miał notesy. Miał zawartość umysłu pisarza. Wszystko, co napisał Rothstein, odkąd przed osiemnastu laty przestał publikować.

W pierwszej kolejności Freddy zabrał stosy kopert z gotówką (oczywiście gotówka to coś, co on i Curtis rozumieli), ale na półkach sejfu zostało jeszcze mnóstwo notesów. To były moleskiny, takie jakich używał Hemingway, o jakich Morris śnił w poprawczaku, gdzie marzył też o tym, by zostać pisarzem. Ale w Zakładzie Poprawczym Riverview przydzielano mu tylko pięć kartek obrzydliwego papieru Blue Horse tygodniowo, stanowczo za mało, żeby zacząć pisać Wielką Amerykańską Powieść. Na nic było błaganie. Raz, kiedy obiecał Elkinsowi, którego przydzielono do kantyny, że za parę dodatkowych kartek zrobi mu laskę, Elkins uderzył go w twarz. Dość zabawne, jeśli pomyśleć, ile razy podczas dziewięciomiesięcznego pobytu Morris był zmuszany do seksu, zwykle na kolanach, nieraz z własnymi brudnymi majtkami wciśniętymi do ust.

Nie żeby całą winę za te gwałty przypisywał matce, ale częściowo była za to odpowiedzialna. Anita Bellamy, słynna profesor historii, której książkę o Henrym Clayu Fricku nominowano do Nagrody Pulitzera. Tak słynna, że we własnym mniemaniu o współczesnej literaturze amerykańskiej też wiedziała wszystko. To właśnie po kłótni o trylogię Golda pewnej nocy Morris wyszedł wściekły z domu, żeby się upić. Co mu się udało, chociaż był nieletni i wyglądał na swój wiek.

Picie mu nie służyło. Kiedy pił, robił rzeczy, których później nie pamiętał, i nigdy nie były to rzeczy dobre. Owej nocy należały do nich: włamanie, wandalizm oraz bójka z osiedlowym ochroniarzem, który próbował go obezwładnić do czasu przyjazdu policji.

Od tamtej pory minęło prawie sześć lat, ale wspomnienie pozostało świeże. To wszystko było takie głupie. Kradzież samochodu, przejażdżka po mieście, a potem porzucenie go (możliwe, że po obsikaniu deski rozdzielczej) to jedno. Niezbyt mądre, lecz przy odrobinie szczęścia można z tego jakoś wyjść. Ale włamanie do domu w miejscu takim jak Sugar Heights? Głupie do kwadratu. Przecież niczego stamtąd nie chciał (a przynajmniej niczego, co pamiętałby później). A kiedy rzeczywiście czegoś chciał? Kiedy zaoferował dziewictwo swoich ust w zamian za parę marnych kartek? Wtedy dostał pięścią w twarz. Więc się roześmiał, bo tak zrobiłby Jimmy Gold (w każdym razie zanim dorósł i sprzedał się, jak mawiał, za Złotego Dolca). I co było potem? Znowu dostał w twarz, jeszcze mocniej. Dopiero stłumiony trzask łamanego nosa sprawił, że zaczął płakać.

Jimmy nigdy by się nie rozpłakał.

* * *

Morris wciąż patrzył chciwie na moleskiny, kiedy do gabinetu wrócił Freddy Dow z dwoma pozostałymi workami. Przyniósł też wytartą skórzaną torbę podróżną.

– Znalazłem ją w spiżarni. I jeszcze milion puszek fasoli i tuńczyka. Niezłe, nie? Co za dziwak. Może czekał na akropolipsę. Daj spokój, Morrie, weź się pośpiesz. Ktoś mógł usłyszeć strzał.

– Tu nie ma żadnych sąsiadów. Najbliższa farma jest trzy kilometry stąd. Wyluzuj.

– W pierdlu jest pełno gości, którzy wyluzowali. Musimy stąd zjeżdżać.

Morris zaczął zbierać notesy, ale nie mógł się powstrzymać przed zajrzeniem do jednego z nich na wszelki wypadek. Rothstein rzeczywiście był dziwakiem, więc nie dało się wykluczyć, że wyładował sejf pustymi zeszytami z myślą, że kiedyś je wykorzysta.

Ale nie.

W każdym razie ten był wypełniony drobnym, zgrabnym charakterem pisma Rothsteina, każda strona zapisana od góry do dołu i od lewej do prawej, marginesy cienkie jak nitki.

…nie był pewien, dlaczego to dla niego ważne i dlaczego nie mógł spać, kiedy pusty wagon towarowy niósł go przez wiejskie pustkowie w stronę Kansas City i dalej, ku śpiącej krainie, sytemu brzuchowi Ameryki, który jak zwykle spoczywał pod swą kołdrą nocy, ale myśli Jimmy’ego uparcie powracały do…

Freddy szturchnął go w ramię, i to wcale nie łagodnie.

– Odpuść sobie lekturę i pakuj torby. Wystarczy, że jeden rzyga i nie ma z niego pożytku.

Morris wrzucił notes do worka, a potem bez słowa chwycił dwie kolejne garści, ale w jego myślach skrzyło się od możliwości. Zapomniał o krwawej miazdze pod kocem w salonie, zapomniał o Curtisie Rogersie, który właśnie rzygał do róż, cynii, petunii czy co tam rosło za domem. Jimmy Gold! Jechał na zachód wagonem towarowym! Rothstein jednak z nim nie skończył!

– Te worki są już pełne – powiedział Morris Freddy’emu. – Weź je. Resztę włożę do nesesera.

– Tak się mówi na taką torbę?

– Myślę, że tak. – Wiedział, że tak. – Idź już. Prawie skończyłem.

Freddy przerzucił sobie worki przez ramię, ale zawahał się jeszcze chwilę.

– Jesteś pewien z tymi zeszytami? Bo Rothstein mówił…

– To był ciułacz, który próbował ratować swój zbiór. Powiedziałby cokolwiek. Idź.

Freddy poszedł. Morris załadował ostatnią partię moleskinów do nesesera i wrócił do gabinetu. Curtis stał przy biurku Rothsteina. Nie miał już kominiarki; wszyscy je zdjęli. Jego twarz była blada jak ściana, a wokół oczu malowały się ciemne koła przerażenia.

– Nie musiałeś go zabijać. Miałeś go nie zabijać. Tego nie było w planie. Dlaczego to zrobiłeś?

Bo przez niego poczułem się głupi. Bo wyzywał moją matkę, a to moja rola. Bo nazwał mnie dzieciakiem. Bo zmienił Jimmy’ego Golda w jednego z nich, więc musiał zostać ukarany. A przede wszystkim: bo nikt o tak wielkim talencie nie ma prawa chować się przed światem. Tyle że tego Curtis by nie zrozumiał.

– Bo dzięki temu notesy będą więcej warte, kiedy je sprzedamy. – Czyli dopiero kiedy on przeczyta każde słowo, ale Curtis nie zrozumiałby tej potrzeby, więc nie musiał o niej wiedzieć. Ani Freddy. Morris starał się okazać cierpliwość i rozsądek. – Teraz mamy całą twórczość Johna Rothsteina do końca życia. Dlatego niewydany materiał stał się jeszcze bardziej wartościowy. Rozumiesz to, prawda?

Curtis podrapał się w blady policzek.

– No… chyba tak.

– Do tego Rothstein nie stwierdzi, że to falsyfikaty. A na pewno by to zrobił z czystej złośliwości. Dużo o nim czytałem, Curtis, właściwie wszystko, co się dało, i to był naprawdę złośliwy skurwiel.

– No…

Morris ugryzł się w język, żeby nie dodać: To niezwykle głęboki temat dla umysłu tak płytkiego jak twój. Podaj tylko Freddy’emu neseser.

– Trzymaj. I nie zdejmuj rękawiczek, póki nie wsiądziemy do samochodu.

– Trzeba to było z nami obgadać, Morrie. Jesteśmy twoimi wspólnikami. – Curtis ruszył do drzwi, ale zawrócił. – Mam pytanie.

– O co chodzi?

– Nie wiesz, czy w New Hampshire mają karę śmierci?

* * *

Jechali bocznymi drogami przez wąski przesmyk New Hampshire i dalej, do Vermontu. Freddy prowadził chevroleta biscayne, starego i nierzucającego się w oczy. Obok kierowcy siedział Morris z atlasem na kolanach. Raz po raz włączał lampkę pod sufitem, żeby sprawdzić, czy nie zboczyli z zaplanowanej trasy. Nie musiał przypominać Freddy’emu o nieprzekraczaniu dozwolonej prędkości. To nie pierwsze rodeo Freddy’ego Dowa.

Curtis leżał na tylnym siedzeniu i wkrótce usłyszeli, jak chrapie. Morris przyjrzał mu się przelotnie; chyba wyrzygał całe przerażenie. Morris uznał, że pewnie minie trochę czasu, zanim sam porządnie się wyśpi. Ciągle widział ten mózg ściekający po tapecie. To nie morderstwo nie dawało mu spokoju, ale zmarnowany talent. Całe życie kształtowania i doskonalenia rozerwane w ułamku sekundy. Te wszystkie historie, te obrazy, a wyszło z tego coś, co wyglądało jak kupa owsianki. Jaki w tym sens?

– Więc naprawdę myślisz, że sprzedamy te jego książeczki? – zapytał Freddy. Znowu wrócił do tematu. – Za prawdziwą kasę?

– Tak.

– I nie wpadniemy?

– Nie, Freddy, jestem tego pewien.

Freddy Dow milczał tak długo, że Morris sądził, że sprawa jest zamknięta. A potem znów coś powiedział. Dwa słowa. Suche i bezbarwne.

– Mam wątpliwości.

Później, gdy Morris znów był za kratkami – choć tym razem już nie w poprawczaku – myślał: to właśnie wtedy postanowiłem ich zabić.

Ale czasem w nocy, kiedy śliski odbyt piekł go po kolejnym wspomaganym mydłem gwałcie pod prysznicem, przyznawał, że to nieprawda. Od początku wiedział, że to zrobi. To byli kretyni i zawodowi przestępcy. Wcześniej czy później (raczej wcześniej) któryś z nich dałby się złapać za inne przestępstwo, a wtedy miałby pokusę, żeby podzielić się wiedzą o tej nocy w zamian za lżejszy wyrok albo i zwolnienie.

Wiedziałem, że trzeba się ich pozbyć, myślał nocami w celi, kiedy syty brzuch Ameryki jak zwykle spoczywał pod swą kołdrą nocy. To było nieuniknione.

* * *

W stanie Nowy Jork, kiedy świt jeszcze nie nastał, ale za nimi zaczynała się już rysować ciemna linia horyzontu, skręcili na zachód na drogę numer 92, szosę biegnącą mniej więcej równolegle do autostrady I-90 aż do Illinois, gdzie skręcała na południe i urywała się w przemysłowym mieście Rockford. O tej godzinie droga wciąż była praktycznie pusta, chociaż po lewej stronie słyszeli (i czasem widzieli) duży ruch ciężarówek na autostradzie.

Minęli tablicę z napisem PARKING 3 KM i Morris pomyślał o Makbecie. Jeśli to ma się stać, niechby przynajmniej stało się niezwłocznie1. Może cytat niedokładny, ale ujdzie w tłumie.

– Zjedź tutaj – nakazał Freddy’emu. – Muszę się odlać.

– Pewnie mają automaty z jedzeniem – odezwał się rzygacz z tylnego siedzenia. Teraz już siedział. Szaleńczo zmierzwione włosy okalały mu głowę. – Nie pogniewałbym się na krakersy z masłem orzechowym.

Morris wiedział, że musi odpuścić, jeśli na parkingu będą inne samochody. I-90 przejęła z tej szosy większość ruchu przelotowego, ale z nastaniem świtu zacznie się duży ruch lokalny. Miejscowi będą się nosić z pipidówy do pipidówy.

Chwilowo parking był pusty, przynajmniej po części dzięki tablicy z napisem ZAKAZ PARKOWANIA WOZÓW KEMPINGOWYCH NA NOC. Zatrzymali się i wysiedli. Ptaki ćwierkały wśród drzew, omawiały noc, która właśnie minęła, i robiły plany na nowy dzień. Kilka liści – w tej części świata dopiero zaczynały żółknąć – spadło z gałęzi i poniosło się po asfalcie.

Curtis poszedł sprawdzić automaty, a Morris z Freddym ruszyli ramię w ramię do męskiej części toalet. Morris nie był szczególnie zdenerwowany. Może to prawda, że po pierwszym razie jest już łatwiej.

Jedną ręką przytrzymał drzwi Freddy’emu, a drugą wyjął pistolet z kieszeni kurtki. Freddy podziękował, nie patrząc za siebie. Zanim Morris podniósł broń, poczekał, aż drzwi się zatrzasną. Zatrzymał lufę ze dwa centymetry od tyłu głowy Freddy’ego Dowa, a potem pociągnął za spust. W wyłożonym płytkami pomieszczeniu wystrzał był głośnym, płaskim hukiem, ale każdy, kto usłyszałby go z daleka, pomyślałby, że to gaźnik motocykla na autostradzie. W tej chwili Morris martwił się tylko Curtisem.

Niepotrzebnie. Curtis wciąż stał przy automatach pod drewnianym daszkiem i rustykalną tabliczką z napisem PRZYDROŻNA OAZA. W ręku trzymał paczkę krakersów z masłem orzechowym.

– Słyszałeś? – spytał Morrisa. A potem, na widok broni, dodał ze szczerym zdziwieniem: – Na co ci to?

– Na ciebie – odparł Morris i strzelił mu w pierś.

Curtis upadł, ale – co zaskakujące – nie umarł. Chyba nawet nie był tego bliski. Wił się na asfalcie. Przed nosem wirował mu suchy liść. Spod jego ciała zaczynała się sączyć krew. Nadal ściskał krakersy. Podniósł wzrok, tłuste czarne włosy spadały mu na oczy. Za zasłoną drzew jakaś ciężarówka z monotonnym pomrukiem mknęła na wschód drogą numer 92.

Morris nie chciał strzelać ponownie. Tutaj, na zewnątrz, nie będzie tego głuchego pogłosu gaźnika, a poza tym lada chwila ktoś mógł wjechać na parking.

– Jeśli to ma się stać, niechby przynajmniej stało się niezwłocznie – powiedział i przykląkł na jedno kolano.

– Postrzeliłeś mnie – odezwał się Curtis. Był osłupiały i brakowało mu tchu. – Kurwa, Morrie, ty mnie postrzeliłeś!

Myśląc o tym, jak bardzo nienawidzi tego zdrobnienia – nienawidził go całe życie, a używali go nawet nauczyciele, jakby nie wiedzieli, że nie powinni – Morris obrócił pistolet i zaczął walić rękojeścią w czaszkę Curtisa. Trzy mocne ciosy zdziałały niewiele. Bądź co bądź, to tylko kaliber .38, zbyt lekki, by wyrządzić większą szkodę. Krew przesiąkała przez włosy Curtisa i ciekła po jego nieogolonych policzkach. Jęczał, patrzył na Morrisa zrozpaczonymi błękitnymi oczami. Bezsilnie machał ręką.

– Przestań, Morrie! Przestań, to boli!

Szlag, szlag, szlag!

Morris wsunął pistolet z powrotem do kieszeni. Rękojeść była teraz śliska od krwi i włosów. Wrócił do chevroleta, wycierając dłoń o kurtkę. Otworzył drzwi od strony kierowcy, zobaczył pustą stacyjkę i mruknął pod nosem: „kurwa”. Szeptał to słowo jak modlitwę.

Drogą 92 przejechało kilka samochodów, a potem brązowa ciężarówka UPS.

Pobiegł z powrotem do toalety, otworzył drzwi i zaczął przetrząsać kieszenie Freddy’ego. Kluczyki znalazł w lewej przedniej. Podniósł się i popędził do PRZYDROŻNEJ OAZY przekonany, że na parking musiał już zajechać jakiś samochód, że ktoś potrzebował się odlać po porannej kawie, więc i jego trzeba będzie zabić, a potem pewnie kogoś następnego. Oczyma wyobraźni widział łańcuszek lalek z papieru.

Ale jeszcze nikogo nie było.

* * *

Wsiadł do chevroleta, kupionego legalnie, ale obecnie jeżdżącego na kradzionych numerach z Maine. Curtis Rogers pełzł powoli po betonowej ścieżce w stronę ubikacji, podciągał się rękami i słabo odpychał stopami, zostawiając za sobą ślimaczą smugę krwi. Morris nie miał pewności, ale przypuszczał, że próbuje dotrzeć do automatu telefonicznego, który wisiał między męską a damską toaletą.

To nie tak miało być, pomyślał, uruchamiając silnik. Pod wpływem impulsu zachował się głupio, pewnie go złapią. Od razu przypomniał sobie słowa Rothsteina: Ile ty w ogóle masz lat? Dwadzieścia dwa? Dwadzieścia trzy? Co ty wiesz o życiu, nie wspominając o literaturze?

– Wiem, że nie jestem sprzedajny – powiedział. – To wiem na pewno.

Wrzucił bieg i chevrolet powoli potoczył się ku mężczyźnie, który wił się jak węgorz po betonowym chodniku. Morris chciał się stąd wynieść, jego umysł wprost wrzeszczał, żeby się wynosić, ale tę sprawę trzeba było wykonać powoli, ostrożnie i nie narobić więcej bałaganu, niż to absolutnie konieczne.

Curtis obejrzał się za siebie. Jego oczy za dzikim gąszczem brudnych włosów były wielkie i przerażone. Bezradnie podniósł dłoń, jakby chciał powiedzieć: „stój”, a potem Morris już go nie widział, bo zasłoniła go maska. Ostrożnie kierował autem i ciągle sunął naprzód. Front samochodu podskoczył na krawężniku. Zakołysała się pachnąca choinka pod lusterkiem wstecznym.

Nie było nic… i nic… a potem samochód znowu podskoczył. Rozległo się stłumione pyknięcie, dźwięk małej dyni eksplodującej w mikrofalówce. Morris ostro skręcił w lewo. Chevrolet podskoczył ponownie, wjeżdżając z powrotem na parking. Morris zerknął w lusterko i zobaczył, że Curtis nie ma głowy.

To znaczy nie. Niezupełnie. Wciąż tam była, tylko że rozsmarowana. Curtis już się nie ruszał. Przynajmniej tym razem nie zmarnował się żaden talent, pomyślał Morris.

Ruszył w stronę wyjazdu, a gdy się upewnił, że droga jest pusta, przyśpieszył. Powinien się zatrzymać i obejrzeć przód samochodu, zwłaszcza oponę, która przejechała po głowie Curtisa, ale najpierw chciał ujechać ze trzydzieści kilometrów. Co najmniej trzydzieści.

– W mojej przyszłości widzę myjnię – powiedział.

Wydało mu się to śmieszne (niewspółmiernie śmieszne – oto słowo, którego nie zrozumieliby Freddy ani Curtis), więc śmiał się długo i głośno. Pilnował ograniczenia prędkości. Patrzył na drogomierz, ale choć jechał dziewięćdziesiąt na godzinę, kilometrów prawie nie ubywało. Był pewien, że po wyjeździe z parkingu za oponą ciągnęła się smuga krwi, ale dawno musiała się urwać. Bardzo dawno. Mimo to pora zjechać z powrotem na drogi drugorzędne, a może nawet trzeciorzędne. Mądrze byłoby się teraz zatrzymać i wyrzucić wszystkie notesy – razem z gotówką – do lasu. Ale tego nie zrobi. Nigdy by tego nie zrobił.

Pięćdziesiąt procent szans, powiedział sobie. Może nawet więcej. Przecież nikt nie widział samochodu. Ani w New Hampshire, ani na parkingu.

Gdy dotarł do opuszczonej restauracji, zjechał na boczny parking, żeby obejrzeć przód chevroleta i prawe przednie koło. Ogólnie wszystko wyglądało całkiem dobrze, choć na zderzaku było trochę krwi. Wyrwał kilka chwastów i ją starł. Znowu wsiadł do samochodu i ruszył dalej na zachód. Przygotował się na blokady drogi, ale ich nie było.

W Gowandzie na granicy z Pensylwanią znalazł myjnię na monety. Szczotki szorowały, dysze płukały i samochód wyjechał czyściusieńki – i pod spodem, i na wierzchu.

Morris jechał na zachód w kierunku zapyziałego miasteczka, które jego mieszkańcy nazywali Klejnotem Wielkich Jezior. Musiał się na trochę przyczaić i spotkać ze starym przyjacielem. Poza tym dom to jest takie miejsce, w które, kiedy musisz przyjść, to muszą cię tam wpuścić – jak mówi ewangelia według Roberta Frosta2 – a zwłaszcza gdy nie ma kto gderać na powrót syna marnotrawnego. Ojczulek dał nogę lata temu, a mateczka w semestrze jesiennym gościnnie uczyła w Princeton o dziewiętnastowiecznych rekinach kapitalizmu, więc dom przy Sycamore Street stał pusty. Niezbyt okazały jak na elitarną profesor – a zwłaszcza autorkę nominowaną do Pulitzera – ale to już wina ojczulka. Zresztą Morris nigdy nie skarżył się, że tam mieszka. To matka miała żal, nie on.

Słuchał wiadomości, ale nie było informacji o morderstwie pisarza, który według artykułu w „Time” był „głosem krzyczącym na dzieci milczących lat pięćdziesiątych, żeby zbudziły się i same podniosły głos”. Ta cisza radiowa to dobra wiadomość, ale go nie zaskoczyła. Według jego źródła z poprawczaka, gosposia odwiedzała Rothsteina tylko raz w tygodniu. Był jeszcze majster, ale ten przychodził tylko na wezwania. Morris i jego świętej pamięci wspólnicy wybrali moment właściwie, więc należało się spodziewać, że ciało nie zostanie znalezione jeszcze przez sześć dni.

Tego popołudnia gdzieś na prowincji w Ohio Morris minął stodołę z wyprzedażą staroci. Zawrócił. Rozejrzawszy się trochę, nabył używany kufer za dwadzieścia dolarów. Był stary, ale wyglądał solidnie. Morris uważał, że kupił go za frajer.