Zmagania z Bogiem - Ronald Rolheiser OMI - ebook

Zmagania z Bogiem ebook

Ronald Rolheiser OMI

4,3

Opis

Wiara w poszukiwaniu sensu

Pierwsza część życia upływa nam na walce ze zmysłowością, pożądaniem i seksualnością, a druga schodzi na zmaganiach z gniewem i z przebaczeniem – i gniew ten często, choć nieświadomie, zwrócony jest przeciwko Bogu. Ostatecznie tak naprawdę nie walczymy z żalem, że czegoś nie zrobiliśmy, że coś się nie stało. Zmagamy się z Bogiem.

We współczesnym świecie nic nie jest trwałe. Nieustannie poszukujemy stabilności, mierząc się z trudnościami, oporem i nurtującymi nas pytaniami. Kieruje nami tęsknota za pojednaniem. Czerpiąc z doświadczenia życiowego, a także z wiedzy psychologicznej i teologicznej, Ronald Rolheiser bada lęki oraz wątpliwości, które towarzyszą nam każdego dnia. Daje wskazówki, jak odnaleźć drogę do pełni wiary oraz własny rytm w kroczeniu po niej. 

Zmagania z Bogiem to opowieść o nadziei i wytrwałości dla wszystkich borykających się z wiarą w burzliwych czasach.

Ronald Rolheiser OMI − znany teolog i filozof. Wybitny mówca prowadzący warsztaty na temat duchowości we współczesnym świecie. Przewodzi katolicką Oblate School of Theology w Teksasie. Jest autorem wielu książek z zakresu duchowości i teologii. 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 156

Rok wydania: 2019

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (9 ocen)
4
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Wrestling with God: Finding Hope and Meaning in Our Daily Struggles to Be Human© 2018 by Ronald RolheiserAll rights reserved.Published in the United States by Image, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC, New York. crownpublishing.comThis translation published by arrangement with Image, an imprint of the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.© Wydawnictwo WAM, 2019Opieka redakcyjna: Kama HawryszkówRedakcja: Marek GurbaKorekta: Dariusz Godoś, Katarzyna StokłosaSkład i opracowanie graficzne: Lucyna SterczewskaProjekt okładki: Bogna Hamryszczak-GłowaczFotografia na okładce: pexels/eberhard grossgasteigerNIHIL OBSTATProwincja Polski Południowej TJ,ks. Jakub Kołacz SJ, prowincjał, Kraków, 10 stycznia 2019 r., l.dz. 21/2019ISBN 978-83-277-2098-6Druk: DIMOGRAF • Bielsko-BiałaPublikację wydrukowano na papierze iBOOK White 70 g wol. 1.6dostarczonym przez IGEPA Polska Sp. z o.o.

Wszystkim, którzy w swoim życiu ­zmagają się z Bogiem, z wiarą i z religią. Niech ta książka będzie wyrazem ­szacunku dla waszych pytań, ­oporu, tęsknoty i uczciwości.

Walka Boga z człowiekiem zawiązuje się w ­każdym z nas, tak samo jak tęsknota za ­pojednaniem. Najczęściej walka ta jest ­podświadoma i krótkotrwała. (…) Im silniejsza dusza i ciało, tym ich walka staje się bardziej owocna i tym bogatsza jest ostateczna harmonia. Bóg nie kocha słabej duszy i zwiotczałego ciała. Duch chce być zmuszony do walki z [silnym ciałem, które stawia opór]*.

* N. Kazantzakis, Ostatnie kuszenie Chrystusa,tłum. J. Wolff, Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań 1992, s. 5–6. Ostatnie zdanie zmienione zgodnie z cytatem angielskim i kontekstem; w tłumaczeniu J. Wolffa brzmi ono: „Duch chce być zmuszony do walki z silnym, wytrzymałym ciałem” (przyp. tłum.).

Nikos Kazantzakis, Ostatnie kuszenie Chrystusa

Przedmowa

W 1970 roku Alvin Toffler napisał książkę pod tytułem Szok przyszłości, w której twierdził, że ktoś, kto urodził się w roku 1900 i dożył do roku 1970, widział w swoim życiu więcej zmian niż ktoś, kto żyłby nieprzerwanie przez dziewiętnaście poprzednich stuleci. Trudno w to uwierzyć, ale jest to niewątpliwie prawda.

Toffler jednak napisał tę książkę prawie pięćdziesiąt lat temu. Ostatnie kilka dekad wniosło w nasze życie zmiany, których w latach siedemdziesiątych XX wieku nie bylibyśmy w stanie sobie nawet wyobrazić. Internet i postępująca ekspansja technologii informatycznej dały do ręki smartfon lub komputer nieomal każdemu człowiekowi na tej planecie. Tysiące kanałów telewizyjnych i ponad miliard stron internetowych wprowadzają cały świat do naszych salonów i sypialni. Prawie wszystkie nasze wspólnoty głęboko przeorała globalizacja, dokonując w nich zmian etnicznych, kulturowych i religijnych. Postępująca wciąż rewolucja seksualna radykalnie zmieniła sposób, w jaki w naszym świecie postrzega się miłość, zobowiązania, małżeństwo i rodzinę. Ekstremizm polityczny i religijny polaryzuje nasze wspólnoty i kraje, skłaniając nas do życia w lęku. W ciągu ostatnich ośmiu lat gwałtownie spadła liczba osób wierzących i chodzących do kościoła. Coraz więcej ludzi nie wie, w co wierzy, i coraz mniej przekracza kościelny próg.

Jesteśmy jak pionierzy zasiedlający nowy świat, w którym nikt wcześniej nie żył. Oczywiście chcemy nie tylko przeżyć. Chcemy odnieść sukces, cieszyć się powodzeniem, chcemy odnaleźć sens, szczęście i, co nie mniej ważne, wiarę – coś, w co moglibyśmy wierzyć i zaangażować się w świecie, w którym nic nie wydaje się solidne ani trwałe.

Dążenie to stawia przed nami cały szereg nowych wyzwań związanych z tym, jak rozumiemy życie, miłość, seksualność, rodzinę, ojczyznę, religię, wiarę i Boga. Niegdyś ludzie szukali w Kościele wskazań, jak mierzyć się z nowymi wyzwaniami. Dziś – z wielu powodów, dobrych i złych – mniej ludzi szuka odpowiedzi w religii. Częścią naszego etosu kulturowego wydaje się pewna nieufność do Kościołów. Próbując znaleźć odpowiedzi na wielkie pytania, ludzie bardziej ufają swoim instynktom i polegają na własnych siłach.

Poszukiwania te są zazwyczaj szczere i uczciwe. Szukanie jednak drogi wiary i sensu bez tradycyjnych map napotyka niechybnie na nieprzezwyciężone przeszkody, gdyż kultura, w której żyjemy, zbyt łatwo ulega pokusie osobistej wygody, narcyzmowi, chciwości, megalomanii, paranoi, lękowi, wykluczeniu, zgorzknieniu, brakowi przebaczenia, powierzchowności, pseudowyrafinowaniu, ślepocie na nierówność i empirycznemu postrzeganiu rzeczywistości. Dziś dla zbyt wielu ludzi nic nie jest już tajemnicą, a misterium i wiara są albo ignorowane, albo postrzegane negatywnie jako wyraz naiwności. A jednak wszyscy potrzebujemy wiary, dlatego w tej sytuacji pustkę szybko wypełniają rozmaite ideologie, stając się naszą wiarą. Niestety jesteśmy nieomal ślepi na ten fakt; co gorsza, nieświadomie sakralizujemy te ideologie, traktując je dokładnie z taką samą czcią i posłuszeństwem, jakiej wymaga od nas realna wiara. Szybko też stają się one naszą religią.

Mówię to ze współczuciem i zrozumieniem. Nie jesteśmy złymi ludźmi. Mamy uczciwe zamiary, ale żadna ideologia nie niesie ze sobą mądrości, równowagi i wyzwań, jakie odnajdujemy w wielkich tradycjach religijnych, w świętych tekstach, w Jezusie i we wszystkim, co najlepsze w naszych Kościołach. Podróż wiary bez mapy może zawieść nas w wiele ślepych uliczek, z których nie widać wyjścia. Bóg oczywiście jest nieskończenie cierpliwy i nie przestanie czuwać nad nami, gdy po raz kolejny nie uda nam się skręcić we właściwą drogę, a wyrozumiale powtórzy: „Przeliczam!”. Moja wiara mówi mi, że wszyscy uczciwi ludzie w końcu znajdą drogę do domu, ale wierzę też, że oszczędzilibyśmy sobie wielu pomyłek, czerpiąc z głębokich studni tradycji religijnej. Częściowo ze szczerych pobudek, a po części z pychy popadliśmy w religijne sieroctwo, przez co znaleźliśmy się w miejscu, w którym nie mamy już przekonań, wiary ani narracji wielkich na tyle, by dać nam nadzieję wykraczającą poza zwykły optymizm.

Próbuję w tej książce dać pewne wskazówki, dostarczyć mapę drogową, GPS, który pomoże nam szukać już nie tylko sensu i wiary, lecz po prostu większej stabilności w życiu. Piszę ją z perspektywy chrześcijańskiej, ale nie musisz być chrześcijaninem ani nawet osobą wyraźnie wierzącą, by przeczytać ją i otworzyć się na zawarte w niej rady. Wiary nie należy mylić z przekonaniami o wierze. Wiara jest głębsza niż religia i nie należy utożsamiać jej z żadnym credo. Jak mówi sam Jezus, prawdziwą wiarę mają ci, którzy wypełniają wolę Boga na ziemi. Nie zawsze potrzebujemy wyraźnej wiary, by dostać się do nieba czy osiągnąć szczęście po tej stronie wieczności. Nie umniejsza to znaczenia wielkich tradycji religijnych, które dają nam cenne wskazówki, ucząc, jak pielgrzymować w wierze i szukać w życiu sensu, stałości i pomyślności.

Napisałem tę książkę z myślą o trzech kręgach odbiorców: o tych, którzy nie są pewni, w co wierzą, ale szukają sensu, stałości i jakiegoś rodzaju wiary, którą mogliby żyć; o osobach religijnych, które zmagają się z odpowiedziami udzielonymi im niegdyś przez ich Kościoły, uznając je za niewystarczające, ale wciąż chcą odnosić część z nich do obecnych wyzwań życiowych; i o tych, którzy pragną pogłębić wiarę oraz w sposób bardziej świadomy i dobrowolny zmierzyć się z wyzwaniem życia bardziej dojrzałego, do jakiego zaprasza nas autentyczna wiara.

Realna wiara nie jest zbiorem odpowiedzi. Raczej stawia nas ona wobec tajemnicy, pozostawiając z tęsknotą i pragnieniem, a zarazem otwierając na coś większego. Realna wiara kontaktuje nas z czymś, co poetka Anne Sexton nazwała kiedyś tkwiącym w nas „szczurem zarazy, co się [w nas] wgryza”**. Najgłębsze pragnienie objawia się gryzącym niepokojem, tęsknotą za Kimś, Kto byłby dość wielki, by podjąć nasze pytania i ­sprostać wątpliwościom.

** A. Sexton, Wiosłując [Rowing], [w:] A. Sexton, Kochając zabójcę. Wybór wierszy,tłum. M. Korusiewicz, Zysk i S-ka, Poznań 1994, s. 49 (przyp. tłum.).

Ronald Rolheiser San Antonio, Teksas, 1 sierpnia 2017

1. Walka o zrozumienie siebie i swojej natury

Przyszłam na ten świat z umęczoną ­wrażliwością. Długo zastanawiałam się nad przyczynami ­moich udręk psychicznych.Ruth Burrows

Zmagania z naszą własną złożonością

W książce Telling the Truth (Prawdę mówiąc) znany amerykański teolog Frederick Buechner wzywa wszystkich autorów religijnych, by mówili z „brutalną szczerością” o ludzkiej walce, także w kontekście wiary. Przestrzega przed upiększaniem:

Niech ci, co głoszą słowo Boże, mówią prawdę. Niech ich słowa wolne będą od zgiełku wieści ze świata, niech wyłączą dźwięk, byśmy w tej ciszy mogli usłyszeć tragiczną prawdę Ewangelii głoszącą, że świat, w którym Bóg jest nieobecny, jest mroczną przestrzenią, gdzie rozbrzmiewa pustka, a także komiczną prawdę Ewangelii głoszącą, że w głębiach tej nieobecności Bóg uobecnia się w sposób tak nieprawdopodobny, w tak nieprawdopodobnych ludziach, że stara Sara z Abrahamem, a może nawet, gdy czas nadejdzie, także Piłat i Hiob (…) oraz ty i ja uśmialibyśmy się do łez. Niech głoszą wreszcie, że to przezwyciężenie tragedii przez komedię, ciemności przez światło, tego, co zwyczajne, przez to, co niezwyczajne, jest opowieścią zbyt dobrą, by nie była prawdziwa, gdyż zaprzeczając jej prawdziwości, zaprzeczylibyśmy, że wciąż łapiemy oddech, że wciąż jeszcze bije nam serce, że potrafimy wzruszać się, nawet do łez, co – jak sądzę – jest wyrazem najgłębszej intuicji prawdy, do jakiej jesteśmy zdolni.

Czytając te słowa, przypomniałem sobie kazania, które w dzieciństwie słyszałem w mojej parafii. Wychowałem się w małej wiejskiej społeczności imigranckiej na końcu świata, w sercu kanadyjskich stepów. Nasi księża, choć wspaniali i szczerzy, w kazaniach zwracali się do nas, jak byśmy byli idylliczną grupą rodzin z telewizyjnego serialu Domek na prerii. Opowiadali, jak są szczęśliwi, że posługują prostym farmerom, wiodącym nieskomplikowany żywot z dala od problemów, ­którymi żyją ludzie w wielkich miastach.

To uproszczenie niezupełnie do mnie trafiało, nawet wtedy, gdy byłem chłopcem wzrastającym z dala od wielkiego świata. Przede wszystkim wcale nie czułem się nieskomplikowany i prosty. Odczuwałem głęboki niepokój i moje serce wypełniało wiele różnych rozterek. Już wówczas, tak jak dziś, czułem, że w ludzkim życiu i w ludzkim sercu skrywa się głębia, która częściowo zawsze nam się wymyka. Dlatego, choć żyliśmy we wspaniałej społeczności, zdarzały się wśród nas załamania, samobójstwa i napięcia w relacjach międzyludzkich. Na zewnątrz czasem rzeczywiście robiliśmy wrażenie beztroskich farmerów, żyjących w małych domkach na prerii, ale pod tą powierzchnią zawsze kipiało coś głębszego. Nikt nie jest wolny od cudownego misterium i niepokojącego patosu, jaki niesie ze sobą złożoność życia.

Dobra sztuka jest dobra dlatego, że traktuje tę złożoność poważnie, oświetlając ją tak, że światło, które rzuca, nie usuwa zbyt łatwo napięcia. Kiepska sztuka jest zawsze sentymentalna, gdyż nie bierze owej złożoności na serio, nie uznając jej lub zbyt łatwo ją rozwiązując.

To samo można powiedzieć o dobrej duchowości. Musi ona brać na poważnie złożoność ludzkiego serca. Tomasz z Akwinu spytał kiedyś, jaki jest adekwatny przedmiot ludzkiego intelektu i woli. Dziś, zadając to pytanie, spytałby raczej, co w pełni zaspokoiłoby wszystkie nasze pragnienia i tęsknoty? Jego odpowiedź brzmiała: cały byt, wszystko, co jest. By nasze niespokojne umysły, dusze i serca mogły w pełni osiągnąć pokój, musielibyśmy poznać „wszystko, co istnieje” i w jakiś sposób nawiązać z tym emocjonalną relację. Ponieważ w tym życiu jest to niemożliwe, nie powinniśmy mieć złudzeń co do tego, że uda się nam uwolnić nasze życie od trwałego niepokoju i złożoności.

Być może najpopularniejszym autorem rozważań duchowych w drugiej połowie minionego stulecia był Henri Nouwen. Wielki dar jego pism polega na tym, że wprowadzają nas one w złożoność naszego życia i pozwalają nam zrozumieć, że taka złożoność jest czymś normalnym. Niekoniecznie jesteśmy zbyt chciwi, zbyt pobudliwi seksualnie czy zbyt niespokojni. Jesteśmy po prostu normalnymi, złożonymi ludźmi, czującymi świat przez ludzką skórę. Tak wygląda normalne życie, tak właśnie je przeżywamy! Oczywistość tej prawdy wyziera też z Pisma Świętego i z Ewangelii. Biblia pełna jest historii o ludziach, którzy odnajdują Boga i pomagają w nadejściu Jego królestwa, choć ich własne życie często pełne jest bałaganu, zamętu, frustracji, zdrady, niewierności i grzechu. Nie ma prostych ludzi, odpornych na dręczące nas wszystkich formy złożoności duchowej, psychologicznej, seksualnej i ­zawiłości relacji z innymi.

Wreszcie jest w tym także coś dobrego: choćby to, że nasza złożona natura mobilizuje nas do nieustannej czujności, mimo naszego lęku i lenistwa, że tajemnica życia jest nieskończenie większa niż to, z czym przeważnie jest nam wygodnie. Nasza patologiczna złożoność popycha nas ku coraz większemu światłu.

Świadomość i akceptacja patologicznej złożoności naszego własnego życia może być tym, w czym ostatecznie odnajdujemy nić empatii i przebaczenia: życie jest trudne dla wszystkich. Każdy odczuwa ból i każdy go zadaje. Nie musimy nikogo winić. Wszystkich nas dręczy to samo. Zrozumienie i zaakceptowanie tej prawdy może pomóc nam przebaczyć sobie nawzajem – a potem wybaczyć samym sobie.

Ogień i spoiwo — przyrodzone napięcie ludzkiej duszy

„Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a duszę swoją stracił?” (Mt 16,26)***. Zazwyczaj nie pojmujemy pełnego sensu, który Jezus zawarł w tej wypowiedzi. Przeważnie interpretujemy ją następująco: jaka jest korzyść z tego, że ktoś zdobędzie bogactwo, sławę, przyjemności i chwałę, a potem umrze i pójdzie do piekła? Na co zda się ziemska chwała i przyjemności, jeśli utracimy życie wieczne? Oczywiście ostatecznie chodzi także i o to, ale nie to przede wszystkim miał na myśli Jezus: mówi On o naszym zdrowiu i szczęściu tu i teraz, w tym życiu. By zrozumieć słowa Jezusa, musimy rozważyć, co to znaczy „utracić duszę” w tym życiu, przed śmiercią.

*** Cytat z Pisma Świętego w tłumaczeniu polskim – podobnie jak w dalszej części tekstu – za Biblią Tysiąclecia (wyd. 5, Pallottinum, Poznań 2002), zmieniony zgodnie z tłumaczeniem autora. W Biblii Tysiąclecia ma on postać: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?” (przyp. tłum.).

Czym jest dusza i jak możemy ją utracić? Dusza jest niematerialna i duchowa, nie można więc jej sobie wyobrazić. By spróbować ją zrozumieć, musimy odwołać się do abstrakcyjnych pojęć. Od Arystotelesa filozofowie starali się definiować duszę jako podwójną zasadę wewnątrz każdej żywej istoty. Według nich dusza jest zarówno zasadą życia i energii wewnątrz nas, jak i zasadą spoistości. Krótko mówiąc, dusza ma dwie strony: jest płonącym wewnątrz nas ogniem, który daje nam życie i energię, oraz spoiwem, które nas scala. Choć definicja ta brzmi abstrakcyjnie, bynajmniej abstrakcyjna nie jest, gdyż każdy z nas zna oba te aspekty z własnego doświadczenia.

Jeśli byliście kiedyś przy łożu umierającego, wiecie dokładnie, kiedy dusza opuszcza ciało. Wiecie, w której chwili się to dzieje, nie dlatego, że zobaczyliście coś, co ulatnia się z ciała, lecz dlatego, że chwilę przedtem widzieliście, jak osoba umierająca zmaga się z agonią, czuliście energię, ogień, napięcie w jej ciele, a chwilę później ciało było całkowicie bezwładne, pozbawione wszelkiej energii i życia. Już nic go nie ożywiało. Zmieniło się w zwłoki. Choćby ciało było stare i znękane chorobą, dopóki żyje, wciąż jest organizmem tworzącym jedną całość. W chwili śmierci ciało przestaje jednak być jednym organizmem i staje się zbiorem substancji chemicznych, które teraz zaczynają się rozdzielać i każda z nich podąża swoją drogą. Kiedy zabraknie duszy, wraz z nią znika też życie i zespolenie w całość. W ciele nie ma już energii, nie ma też spoiwa, które by go scalało.

Skoro dusza jest podwójną zasadą, sprawującą w ciele dwie funkcje, to możemy stracić nasze dusze w dwojaki sposób. Nasza witalność i energia mogą umrzeć albo zabraknie nam spoiwa i rozpadniemy się, skostniejemy lub rozsypiemy. W obydwu przypadkach utracimy duszę.

Jeśli to prawda, to obecność tych dwóch aspektów znacznie komplikuje odpowiedź na pytanie o to, jak mamy troszczyć się o swoje dusze. Co jest zdrowym pokarmem dla naszych dusz? Jeśli na przykład któregoś wieczoru oglądam telewizję, co będzie dobre dla mojej duszy? Programy religijne? Mecz piłki nożnej? Bezmyślny sitcom? Program przyrodniczy? A może jakiś ­obrazoburczy talk-show?

Pytanie „Co jest zdrowe dla mojej duszy?” jest uzasadnione, a zarazem kryje w sobie pewną pułapkę. Ponieważ duszę utracić możemy na dwa sposoby, troska o nią staje się trudną sztuką, a ja jako jej adept muszę wiedzieć, kiedy podgrzać atmosferę, a kiedy ją ostudzić. Odpowiedź na pytanie, co jest zdrowe dla mojej duszy tego konkretnego wieczoru, w znacznej mierze zależy od tego, z czym zmagam się bardziej: czy tracę duszę, ponieważ tracę witalność, energię, nadzieję i chęć do życia? Czy gorzknieję, staję się sztywny, jałowy, zmieniam się w kogoś, z kim trudno wytrzymać? A może odwrotnie, jestem pełen życia i energii, ale energia tak mnie rozsadza, że się rozpadam, rozsypuję, tracę poczucie siebie? Kostnieję czy się rozpadam? Oba stany prowadzą do utraty duszy. Skostniała dusza potrzebuje więcej ognia, czegoś, co wleje w nią nową energię. Dusza, która się rozpada, ma jej aż zanadto, potrzebuje ostudzenia i spoiwa.

To napięcie pomiędzy zasadą energii i zasadą spoistości ludzkiej duszy jest też jednym z archetypicznych napięć pomiędzy liberałami i konserwatystami. Odwołując się do użytecznego uproszczenia, można powiedzieć, że liberałowie starają się chronić i wzmacniać zasadę energii, wzniecać ogień, podczas gdy konserwatyści dążą do ochrony i wzmacniania zasady spoistości, dbając o spoiwo. Zarówno jedni, jak i drudzy mają rację, jedni i drudzy są potrzebni, jedni i drudzy powinni szanować nawzajem swoją wrażliwość, gdyż dusza to zasada podwójna i oba jej aspekty potrzebują ochrony.

Gdy umrzemy, pójdziemy do nieba albo do piekła. To jeden ze sposobów, w jaki mówimy o utraceniu lub zachowaniu duszy. Ale teologia chrześcijańska uczy też, że niebo i piekło zaczynają się w tym życiu. Możemy osłabić lub zniszczyć dane nam przez Boga życie, które teraz jest wewnątrz nas. Możemy utracić duszę, nie mając w sobie dość ognia lub mając zbyt mało spoiwa.

Głębokie korzenie naszej wewnętrznej złożoności

Żyjemy w świecie, w którym prawie wszystko nadmiernie pobudza nasze poczucie wielkości. Zarazem mamy coraz mniej narzędzi, by walczyć z tą przypadłością. Wszyscy żywimy głębokie, nieprzeparte przeświadczenie, że jesteśmy wyjątkowi i przeznaczeni do wielkości. Stan ten nęka każdego z siedmiu miliardów mieszkańców tej planety. Krótko mówiąc, nikt z nas nie jest w stanie oprzeć się uczuciu, że jest pępkiem świata. Powstaje dość przerażająca sytuacja, gdyż urojenie to jest zazwyczaj nieuświadomione, a my jesteśmy nieprzygotowani na to, by sobie z nim radzić. Rodzi ono zazdrość i konflikty, a nie pokój i harmonię.

A przecież stan ten nie wynika z naszej winy, ani nawet sam w sobie nie jest moralną skazą naszej natury. Nasza wielkość bierze się z tego, w jaki sposób stworzył nas Bóg. Jesteśmy uczynieni na obraz i podobieństwo Boga. To najbardziej fundamentalna, dogmatyczna prawda, którą tradycja judeochrześcijańska przekazuje nam o osobie ludzkiej. Nie należy jednak pojmować jej w sposób uproszczony, wyobrażając sobie, że w naszej duszy wyryta jest jakaś piękna ikona. Należy raczej rozumieć ją w ten sposób, że Bóg jest ogniem, nieskończonym ogniem, energią, która niestrudzenie dąży do tego, by ogarnąć i przeniknąć całe stworzenie. I ogień ten płonie w nas, budząc poczucie przynależności do tego, co boskie, przeświadczenie, że i my mamy boskie energie, a także dążenie do wyjątkowości i do wielkości w tej czy innej postaci.

W pewnym sensie stworzenie na obraz i podobieństwo Boga przypomina wszczepienie w nas chipa boskości. Jest źródłem wielkiej godności, ale też i naszych największych problemów. Nieskończoność nie spoczywa spokojnie wewnątrz skończoności. Ponieważ mamy w sobie boską energię, niełatwo nam pogodzić się z tym światem. Nasze tęsknoty i pragnienia są zbyt wielkie. Nie tylko żyjemy w tym nieustannym niepokoju, który św. Augustyn wyraził słynnym stwierdzeniem „Stworzyłeś nas, Panie, jako skierowanych ku Tobie, i niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie!”****, ale ta wrodzona wielkość jest w nas powodem wiary, że jesteśmy niepowtarzalni, powołani do czegoś wyjątkowego, że przyszliśmy na ten świat, by się czymś wyróżnić oraz by inni dostrzegli w nas i uznali naszą wyjątkowość.

**** Cytaty z Wyznań św. Augustyna według tłumaczenia Zygmunta Kubiaka (IW PAX, Warszawa 1987) (przyp. tłum.).

Dlatego wszystkich nas pcha naprzód jakiś boski gen, każąc nam uczynić w życiu coś ważnego, zrobić coś, co zapewni nam osobistą nieśmiertelność, pozostawić po sobie jakieś wyjątkowe dzieło, które świat musi zauważyć. To dążenie nie ma w sobie nic z abstrakcji, jest całkowicie ziemskie. Potwierdza je każda sensacja, każdy zamach bombowy, każdy szaleńczy wyczyn – wszystkie sytuacje, w których ktoś chce się wyróżnić. Przejawia się też w powszechnym głodzie sławy, w pragnieniu bycia uznanym, w potrzebie dostrzeżenia naszej wyjątkowości i niepowtarzalności.

Ale ta mania wielkości sama w sobie nie jest naszą winą. Niekoniecznie też musi być wadą moralną. Bierze się ona z tego, w jaki sposób jesteśmy stworzeni. Jak na ironię jej źródłem jest to, co w nas najwznioślejsze i najlepsze. Problemem jest dziś to, że żyjemy w świecie, w którym nasze poczucie wielkości jest nadmiernie pobudzane – czego nie dostrzegamy – i zazwyczaj pozbawieni jesteśmy religijnych i psychologicznych narzędzi, dzięki którym moglibyśmy kreatywnie radzić sobie z tym doznaniem. Co to za narzędzia?

Ze względów psychologicznych potrzebujemy obrazów osoby ludzkiej, które umożliwią nam rozumienie siebie w zdrowy sposób, ale będą zawierać też akceptację naszych ograniczeń, frustracji, naszej anonimowości, faktu, że w naszym życiu musimy wytworzyć życzliwą przestrzeń dla wszystkich innych ludzi. Potrzebujemy lepszych narzędzi psychologicznych, by radzić sobie z naszym poczuciem wielkości: by pojąć, że nasze własne życie rzeczywiście jest niepowtarzalne i wyjątkowe, ale że mimo to jest jednym z milionów innych wyjątkowych i niepowtarzalnych ludzkich żywotów.

W wymiarze religijnym wiara i Kościół powinny zaoferować nam takie rozumienie ludzkiej osoby, które nauczy nas przeżywać i wnikać w naszą niepowtarzalność oraz wyjątkowość z pewną dyscypliną (jak discipulos,czyli uczniów), godząc nas z naszą śmiertelnością, ograniczeniami, frustracjami i anonimowością oraz tworząc przestrzeń dla niepowtarzalności i wyjątkowości życia innych. Krótko mówiąc, religia musi dać nam narzędzia sięgania po płonący w nas boski ogień, dzięki którym będziemy mogli wykorzystać talenty i dary, jakimi Bóg nas obdarzył, w sposób zdrowy, w duchu dyscypliny, która nauczy nas dostrzegać, że dary te nie są naszą własnością, że pochodzą one od Boga i że wszystko, czym jesteśmy i co osiągamy, jest Bożą łaską. Tylko wówczas niepowodzenia nie będą nas zabijać, a sukcesy nie wpędzą nas w pychę.

Nasze zadanie życiowe, jak podpowiada poeta Robert Lax, polega nie tyle na odnajdowaniu ścieżki w lesie, co raczej na znajdowaniu rytmu, w którym będziemy iść.

Nasza natura i Boże zamiary — czyżby sprzeczność?

Pewnego amerykańskiego komika spytano kiedyś, co najbardziej w życiu kocha. Odpowiedział: „Najbardziej kocham kobiety, potem muzykę i naukę, potem whisky, na czwartym miejscu Boga; ­najmniej kocham moich bliźnich!”.

Ostatnio przypomniał mi się ten ranking, gdy podczas jednego z moich wykładów pewna kobieta spytała, dlaczego Bóg stworzył nas w pewien określony sposób, a mimo to prawie cały czas oczekuje, że będziemy postępować wbrew naszym przyrodzonym instynktom. Wiem, co miała na myśli. Nasze naturalne skłonności i spontaniczne pragnienia zazwyczaj wydają się rozmijać z tym, ku czemu podobno mają nas kierować – z Bogiem i z życiem wiecznym. Religia wydaje się skłaniać nas do odwrócenia porządku, o którym mówił amerykański humorysta: najpierw powinniśmy kochać Boga, równie głęboką miłością powinniśmy darzyć naszych bliźnich, a ludzkim przyjemnościom, do których żywimy tak naturalną skłonność, winniśmy przyznać rolę nader podrzędną. Zazwyczaj tak się jednak nie dzieje. Na ogół pociągają nas – i to bardzo silnie – rzeczy jak najbardziej ziemskie: inni ludzie, przyjemności, piękne przedmioty, seks, pieniądze, wygody. One zdają się pochłaniać nas o wiele ­bardziej niż sprawy wiary i religii.

Czy nie oznacza to, że nasze naturalne skłonności są sprzeczne z zamiarem Boga, który oczekuje od nas określonych uczuć i czynów? Dlaczego mamy wrażenie, że nasza konstrukcja kłóci się z naszym powołaniem?

To dobre pytanie. Niestety często odpowiada się na nie w sposób, który jeszcze bardziej pogłębia nasze rozterki. Często słyszymy po prostu, że nie powinniśmy tak odczuwać, że niestawianie w naszych uczuciach na pierwszym miejscu Boga i religii jest religijną i moralną winą, tak jakby coś było nie tak z naszą naturą, a my bylibyśmy odpowiedzialni za jej wady. Odpowiedź ta opiera się jednak na szkodliwym uproszczeniu: błędnie rozumie Boży plan, obarcza nas winą i sugeruje dualistyczne przekonanie, że istnieje jakaś sprzeczność pomiędzy naszą naturalną ­konstytucją a wymogami wiary.

Jak uporać się z pozorną sprzecznością pomiędzy naszą naturą a zamiarem Boga względem nas? Musimy głębiej pojąć ludzkie instynkty i pragnienia. Możemy zacząć od znanej maksymy św. Augustyna: „Stworzyłeś nas, Panie, jako skierowanych ku Tobie, i niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie!”. Jeśli wnikniemy głębiej w naszą naturalną konstytucję, w nasze naturalne skłonności i pragnienia, zobaczymy, że wszystkie one ostatecznie wiodą nas poza bezpośrednio dane przedmioty i przyjemności, którymi zdają się owładnięte. Wiodą nas one, wytrwale i nieustannie, ku Bogu.

Karl Rahner, jeden z najwybitniejszych teologów XX wieku, próbując to wytłumaczyć, rozróżnia pomiędzy tym, czego pragniemy jawnie, i tym, czego pragniemy niejawnie, w sposób domniemany. Nasze naturalne instynkty i pragnienia pociągają nas ku różnym wyraźnie określonym rzeczom – może to być miłość do innej osoby, przyjaźń, dzieło sztuki lub utwór muzyczny, wakacje, film, dobry posiłek, zbliżenie seksualne, osiągnięcie, które przyniesie nam sławę, wydarzenie sportowe i niezliczona ilość innych rzeczy. Wydaje się, że wszystko to, przynajmniej powierzchownie, nie ma nic wspólnego z Bogiem i odciąga od Niego naszą uwagę. Ale, jak dowodzi Rahner i podpowiada nasze doświadczenie, w każdym z tych jawnych pragnień kryje się niejawna, ukryta pod powierzchnią pragnienia i stanowiąca zarazem jego najgłębszą część, tęsknota za czymś o wiele głębszym i dążenie do sięgnięcia tej głębi. Ostatecznie tęsknimy za głębią, w której podstawę ma każda osoba i każdy przedmiot: za Bogiem. By zacytować jeden z najbardziej dobitnych przykładów Rahnera: człowiek owładnięty pożądaniem seksualnym, który szuka towarzystwa prostytutki, w sposób domniemany i niewyraźny szuka chleba życia, niezależnie od swych powierzchownych, prostackich zamiarów.

Bóg się nie pomylił, projektując ludzkie pragnienia. Jego zamiar wpisany jest w ich DNA. Ostatecznie nasza natura wiedzie nas ku Bogu, niezależnie od tego, jak obsesyjne, przyziemne, lubieżne i pogańskie mogą w danym momencie wydawać się nasze konkretne pragnienia czy żądze. Natura ludzka bynajmniej nie kłóci się z powołaniem wiary.

Co więcej, te potężne instynkty, obecne w naszej naturze, które mogą czasem wydawać się tak egoistyczne i amoralne, mają własną moralną mądrość i cel: chronią nas, mobilizują do sięgania po to, co nas utrzymuje przy życiu, i – co nie mniej ważne – zapewniają ciągłość rodzaju ludzkiego. Bóg wreszcie wszczepił w nas te ziemskie instynkty, by skłonić nas do cieszenia się życiem i jego przyjemnościami – jak kochający dziadek czuwający nad zabawą wnuków, Bóg cieszy się, widząc chwilową radość dzieci, wiedząc, że będzie jeszcze dość czasu, by ból i frustracja zmusiły żądze i pragnienia do skupienia się na głębszych sprawach.

Kiedy analizujemy głębiej Boży projekt natury ludzkiej, zyskując głębsze zrozumienie miejsca, które nam w nim przypada, uświadamiamy sobie, że na poziomie głębszym niż spontaniczne uczucia i dowcipy, które sami o sobie opowiadamy, w rzeczywistości najbardziej kochamy Boga. Nie skąpimy również miłości bliźnim, a na szczęście obdarzamy też hojnie uczuciem whisky i inne radości życia.

Nasz nieustanny niepokój

Jakie jest prawdziwe źródło ludzkiej samotności? Czy winien jest błąd stworzenia? Czy to sprawa naszej przygodności i grzechu? A może wszystko wyjaśnia już sentencja św. Augustyna: „Stworzyłeś nas, Panie, jako skierowanych ku Tobie, i niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”?

Słowa św. Augustyna nie wyjaśniają wszystkiego. Jesteśmy nieskończonymi duszami w skończonych żywotach i już sam ten fakt powinien wystarczająco wyjaśniać nieustanny, nieukojony ból, ale jest coś jeszcze: nasze dusze przychodzą na ten świat z piętnem wieczności, które nadaje naszemu bólowi szczególne zabarwienie.

Jak to wyjaśnić? Ceniony teolog i filozof Bernard Lonergan sugeruje, że dusza ludzka nie przychodzi na świat jako tabula rasa, czysta karta, na której wszystko da się zapisać. Raczej, jak sądzi, rodzimy się z piętnem pierwszych zasad, trwale wyrytych w naszych duszach. Jak to rozumie?

Klasyczna teologia i filozofia wymienia cztery transcendentalia, powszechne własności, przysługujące wszystkiemu, co istnieje: jedność, prawdę, dobro i piękno. Wszystko, co istnieje, odznacza się tymi czterema własnościami, jednak są one doskonałe jedynie w Bogu. Tylko Bóg jest doskonałą jednością, doskonałą prawdą, doskonałym dobrem i doskonałym pięknem. Lonergan twierdzi, że Bóg wyrył te cztery własności, w ich doskonałej postaci, na dnie ­ludzkiej duszy.

Przychodzimy zatem na świat ze znajomością, choć mglistą i niedoskonałą, doskonałej jedności, doskonałej prawdy, doskonałego dobra i doskonałego piękna, ponieważ są one już w nas odciśnięte jak niezatarte piętno. Potrafimy odróżnić dobro od zła, gdyż znamy już doskonałą prawdę i dobro zapisane w głębi naszych dusz, tak jak instynktownie rozpoznajemy miłość i piękno, gdyż znamy je już w sposób doskonały, choć niejasny, w sobie samych. W tym życiu nie uczymy się prawdy, lecz ją rozpoznajemy. Nie uczymy się, co jest dobre, lecz rozpoznajemy dobro. Rozpoznajemy te własności, gdyż już posiadamy je na dnie duszy.

Niektórzy mistycy uczyli, że dusza ludzka pochodzi od Boga i że tuż przed umieszczeniem duszy w ciele Bóg składa na niej pocałunek. Dusza idzie potem przez życie z niejasną pamięcią tego pocałunku i mierzy wszystkie miłości oraz pocałunki swojego życia miarą tego pierwszego, doskonałego pocałunku.

W starożytności greccy stoicy nauczali czegoś podobnego: dusze preegzystują w Bogu, a przed umieszczeniem duszy w ciele Bóg wymazuje pamięć o tej preegzystencji. Ale dusza zawsze nieświadomie skłania się ku Bogu, gdyż od Niego pochodzi, i zachowuje zawsze mgliste wspomnienie swego prawdziwego domu, pragnąc powrotu.

W dość interesującej wersji tej opowieści starożytni stoicy greccy uczyli, że Bóg umieszcza duszę w ciele dopiero wówczas, gdy dziecko jest już w pełni uformowane w łonie matki. Natychmiast po umieszczeniu duszy w ciele Bóg pieczętuje pamięć o jej preegzystencji, fizycznie zamykając dziecku usta, by nigdy o niej nie mówiło. Stąd bierze się małe zagłębienie pod nosem, tuż nad środkiem ust: w tym miejscu Bóg zapieczętował nam wargi. Dlatego gdy próbujemy sobie coś przypomnieć, bezwiednie kładziemy palec wskazujący na tej szczelinie pod nosem – ­próbujemy odzyskać pierwotną pamięć.

Być może będzie tu pomocna pewna metafora: mówimy potocznie, że coś „brzmi prawdziwie” lub „nieprawdziwie”; mówimy też, że „coś dzwoni, choć nie wiadomo, w którym kościele”. Czy jest w nas zatem jakiś dzwon, którego dźwięk rozlega się w określony sposób, gdy coś jest prawdą, a inaczej, gdy mamy do czynienia z fałszem? Tak jest w istocie! Zachowujemy nieświadomą pamięć o tym, że niegdyś znaliśmy miłość, dobro i piękno w sposób doskonały. Dlatego coś brzmi prawdziwie lub fałszywie w zależności od tego, czy współbrzmi z miłością, dobrem i pięknem, które trwają w doskonałej postaci na dnie naszej duszy.

Owo dno duszy, jej centrum, miejsce, w którym odcisnęły się pierwsze zasady i gdzie nieświadomie pamiętamy pocałunek, który Bóg złożył tam przed naszym narodzeniem, jest prawdziwym siedliskiem bólu, który nieodłącznie nam towarzyszy i którego w tym życiu nigdy nie da się w pełni uśmierzyć. Nosimy w sobie, jak mówi Henri Nouwen, mroczną pamięć o pieszczocie o wiele czulszej niż wszystko, czego możemy doświadczyć na tej ziemi.

Nosimy w duszach niewyraźną pamięć o tym, że niegdyś znaliśmy doskonałą miłość i doskonałe dobro. Ale w tym życiu nigdy w pełni nie doświadczamy tej doskonałości, choć wiecznie tęsknimy za kimś lub za czymś, co odpowie na to wołanie z głębin. Tworzy to w nas moralną samotność, tęsknotę za czymś, co nazywamy „bratnią duszą” – za kimś, kto byłby w stanie w pełni rozpoznać, dzielić z nami i uszanować to, co ­spoczywa na dnie naszych dusz.

Zarazem anioł i ssak

Dwadzieścia lat temu w Hollywood powstał film pod tytułem Miasto aniołów. Jest to historia Setha, anioła, którego zadaniem jest towarzyszenie duszom osób właśnie zmarłych i wprowadzanie ich w zaświaty. Podczas jednej z takich misji, czekając w szpitalu, zakochuje się w pewnej inteligentnej młodej kobiecie, która jest chirurgiem. Ponieważ jest aniołem, Seth nigdy nie doświadczył wrażeń zmysłowych, a teraz, głęboko zakochany, tęskni za fizycznym dotykiem i fizyczną miłością z ukochaną. Ale stoi przed wyborem: jako anioł, obdarzony wolną wolą, może porzucić swoją anielską kondycję i stać się człowiekiem, lecz tylko za cenę utraty nieśmiertelności.

Jest to trudny wybór: nieśmiertelność bez doznań zmysłowych lub doznania zmysłowe z nieodłącznymi przypadłościami, które niesie ze sobą śmiertelna, ziemska egzystencja – z utratą sił, starzeniem się, chorobami i wreszcie śmiercią. Seth wybiera to drugie, wyrzekając się nieśmiertelności dla przyjemności ziemskich zmysłów.

Podejrzewam, że zdecydowana większość ludzi oglądających ten film zgodzi się z tym wyborem. Wszystko w naszych sercach skłania nas ku przekonaniu, że przeciwny wybór byłby zimny i nieludzki. Przemożna realność zmysłów, zwłaszcza wtedy, gdy kochamy, może sprawić, że wszystko inne wydaje się nierealne, eteryczne i gorsze. Gdy doświadczamy zmysłami, realne jest dla nas to, co widzimy, słyszymy, smakujemy, czego dotykamy i co wąchamy. Mamy własną wersję znanej filozoficznej sentencji Kartezjusza: „Myślę, więc jestem”. Dla nas nie do podważenia jest raczej stwierdzenie „Czuję, więc jestem!”.

Prawie we wszystkich wielkich tradycjach religijnych i duchowych, przynajmniej w ich obiegowych wersjach, napotykamy dokładnie przeciwne stanowisko. Znajdujemy w nich klasyczną (a czasem nieomal dogmatyczną) tezę, że duch jest ponad zmysłami, że powinien nimi kierować, że jest od nich lepszy i wyższy. Przyjemności zmysłowe, choć niekiedy doceniane w sferze estetycznej, są nieustannie oczerniane: mówi się, że są ulotne, powierzchowne i że przeszkadzają w życiu duchowym. Stwierdzenie św. Pawła, że „ciało pożąda przeciwko duchowi”*****, rozumiemy w greckim, dualistycznym sensie sugerującym, że „ciało jest złe, a duch dobry”.

***** Fraza z Ga 5,17, przytoczona za Biblią Warszawską, zgodnie z tłumaczeniem autora; w Biblii Tysiąclecia ma ona postać: „Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało” (przyp. tłum.).

Dziś, w zsekularyzowanym świecie, prawdą wydaje się coś przeciwnego. Zmysły skutecznie zagłuszają ducha. Zsekularyzowane anioły, inaczej niż dawne anioły religii, wybierają to samo co Seth. Rzekoma eteryczność ducha przegrywa w konkurencji z realnością zmysłów. Co zatem jest bardziej realne?

W ostatecznym rozrachunku dychotomia ta jest fałszywa. Zarówno zmysły, jak i duch dają nam życie. Obie te rzeczywistości są bardzo ważne i żadna z nich nie może obejść się bez drugiej. Jako chrześcijanie wierzymy, że jesteśmy i jednym, i drugim – ciałem i duszą, bytem cielesnym i duchowym – oraz że nie sposób oddzielić od siebie tych dwóch aspektów. W naszym poszukiwaniu życia, sensu, szczęścia i Boga nie powinniśmy zapominać, że nasz duch otwiera się na życie jedynie poprzez zmysły, a nasze zmysły dostarczają nam głębi i sensu tylko dlatego, że ożywia je duch.

Poeta W.H. Auden napisał kiedyś, że wszyscy wiemy, do czego zdolny jest człowiek jako ssak. Nie jesteśmy jednak tylko ssakami, lecz po części też aniołami, i dlatego ograniczone radości, które są udziałem zwierząt (zwierzęce przyjemności), mogą stać się dla nas, ludzi, źródłem nieograniczonej radości, przemieniając nasze doznania w takich dziedzinach jak miłość, przyjaźń, altruizm, doznania estetyczne, seksualność, mistycyzm, jedzenie, picie i humor. Nasze zmysły dostarczają im realności, tak jak duch nadaje im sens.

Dlatego zdrowa duchowość powinna uwzględniać zarówno zmysły, jak i ducha. Zwykłe przyjemności życia mogą być głębokie lub płytkie, bardziej mistyczne lub bardziej właściwe ssakom, w zależności od tego, na ile uwzględniamy to, co w nas duchowe i anielskie. Z kolei nasza duchowość i nasze modlitwy mogą być bardziej realne lub ograniczyć się do sfery fantazji, w zależności od tego, na ile nadajemy im wcielony, zmysłowy charakter, zważając na to, co w nas pochodzi od ssaków.