Złodziejka marzeń - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka

Złodziejka marzeń ebook i audiobook

Anna Sakowicz

4,2

Opis

Joanna to czterdziestoletnia nauczycielka samotnie wychowująca nastoletnią córkę Lusię. Zmęczona pracą zawodową postanawia iść na urlop zdrowotny i zacząć realizować swe marzenia. Zamiast odpoczywać, musi jednak wyjechać, by zaopiekować się chorą ciocią. Pobyt w Starogardzie Gdańskim okazuje się pełen niespodzianek. Joanna zaczyna pisać, prowadzi "śledztwo" dotyczące przystojnego sąsiada i udziela się w hospicjum, przede wszystkim jednak wskutek tych doświadczeń całkowicie odmienia swe życie.
Złodziejka marzeń to napisana żywym językiem, utrzymana w ciepłym, zabawnym, optymistycznym, a niekiedy poważnym tonie powieść obyczajowa, która realistycznie oddaje atmosferę niewielkiego miasta, łamie stereotypy i pokazuje, że nigdy nie jest za późno, by zacząć nowe życie.
Dalsze losy Joanny można śledzić w powieści To się da! oraz Już nie uciekam.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 2 min

Lektor: Joanna Gajór

Oceny
4,2 (66 ocen)
28
23
13
1
1

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część ni­niej­szej książ­ki nie może być re­pro­du­ko­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Grze­gorz Krzy­mia­now­ski

Zdję­cia na okładce

© Eden­wi­thin/fo­to­lia.pl

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bo­że­na Si­gi­smund

Ni­niej­sza po­wieść to fik­cja li­te­rac­ka. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób i zda­rzeń rze­czy­wi­stych jest w tej książ­ce nie­za­mie­rzo­ne i przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie II po­pra­wio­ne, do­druk, Ka­to­wi­ce2017

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2014

ISBN 978-83-65684-45-5

Rozdział 1

Z au­to­bu­su wy­la­ła się fala lu­dzi. Dep­ta­li so­bie po pal­cach, prze­ci­ska­li się, jak­by uczest­ni­czy­li w ja­kiejś sza­leń­czej za­ba­wie w ro­dza­ju „kto-ostat­ni-ten-syf”. W koń­cu mo­głam wejść do środ­ka. W jed­nej dło­ni trzy­ma­łam eko­lo­gicz­ną siat­kę z ze­szy­ta­mi uczniow­ski­mi do spraw­dze­nia na ju­tro. Wa­ży­ło to chy­ba tonę, bo prze­cież te ze­szy­ty w twar­dych okład­kach „są ta­kie ślicz­ne i trwa­łe”, że nie­któ­rzy ro­dzi­ce nie mo­gli się po­wstrzy­mać przed ich kup­nem. A kto po­my­ślał o tym, że te bru­lio­ny póź­niej na­uczy­ciel bę­dzie ta­chał w sia­tach? Na pew­no nikt.

W dru­giej dło­ni to­reb­ka. Jed­nak to nie była zwy­kła to­reb­ka. To było tor­bisz­cze wy­pcha­ne książ­ka­mi, spraw­dzia­na­mi i in­ny­mi nie­zbęd­ny­mi ga­dże­ta­mi typu: me­trów­ka, la­tar­ka, pa­ra­sol­ka, szczot­ka, dez­odo­rant itp.

– Złap się cze­goś, bo za­raz się prze­wró­cisz – zwró­ci­ła mi uwa­gę Mo­ni­ka, kie­dy au­to­bus ru­szył, a ja się za­chwia­łam.

Ła­two po­wie­dzieć, trud­niej zro­bić, kie­dy ma się obie dło­nie za­ję­te.

– Kie­dyś, jak by­łam w li­ceum, jeź­dzi­ły­śmy z ko­le­żan­ka­mi au­to­bu­sem i ćwi­czy­ły­śmy rów­no­wa­gę. Nie trzy­ma­ły­śmy się ni­cze­go, tyl­ko sta­wa­ły­śmy w roz­kro­ku – za­pre­zen­to­wa­łam Mo­ni­ce od­po­wied­nią po­sta­wę – na lek­ko ugię­tych no­gach. I tak je­cha­ły­śmy kil­ka przy­stan­ków.

– Może te­raz tego nie pró­buj, bo za­raz się wy­pier­ni­czysz.

– Eee, tam. Mam wpra­wę. – Ba­lan­so­wa­łam lek­ko cia­łem, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak to daw­niej by­wa­ło. Co praw­da, nie­ko­niecz­nie te­raz pa­so­wa­ło, abym się tak za­cho­wy­wa­ła, ale, na szczę­ście, nie za­uwa­ży­łam w au­to­bu­sie żad­nych zna­jo­mych twa­rzy. Oprócz Mo­ni­ki oczy­wi­ście. Ale wąt­pię, aby Mo­ni­ka w szko­le opo­wia­da­ła o mo­ich au­to­bu­so­wych wy­czy­nach. Pra­co­wa­ły­śmy ra­zem od kil­ku lat. Lu­bi­ły­śmy się i czę­sto dro­gę do pra­cy i z pra­cy po­ko­ny­wa­ły­śmy ra­zem, za­wsze tro­chę plot­ku­jąc. A to po­na­rze­ka­ły­śmy na ko­le­żan­ki i ko­le­gów, a to na uczniów, in­nym ra­zem na by­łych mę­żów, bo obie mia­ły­śmy wąt­pli­we szczę­ście być roz­wód­ka­mi. Nie spo­ty­ka­ły­śmy się jed­nak ni­g­dy po pra­cy. To­wa­rzy­sko udzie­la­łam się z in­ny­mi ko­le­żan­ka­mi – z Olgą i Be­atą. Od cza­su do cza­su mu­sia­ły­śmy spo­tkać się na lamp­ce wina i po­ga­dać. Taki lek­ki re­set so­bie ro­bi­ły­śmy.

– Le­piej uwa­żaj – ostrze­gła mnie Mo­ni­ka, a ja nie zdą­ży­łam na­wet wzru­szyć ra­mio­na­mi w od­po­wie­dzi, kie­dy kie­row­ca gwał­tow­nie przy­ha­mo­wał. Ra­zem ze swo­im ba­la­stem po­le­cia­łam do przo­du, pro­sto na twarz, za­li­cza­jąc fa­cja­tą chro­po­wa­tą pod­ło­gę au­to­bu­su.

Trwa­ło to mo­ment. Kie­dy zo­rien­to­wa­łam się, że już leżę, po­chy­la­ła się nade mną Mo­ni­ka, a au­to­bus, ta­kie przy­naj­mniej od­nio­słam wra­że­nie, prze­stał się prze­miesz­czać. Czu­łam ogrom­ny ból, twarz pie­kła mnie jak cho­le­ra. Za­uwa­ży­łam rów­nież, że nie wy­pu­ści­łam z dło­ni ani siat­ki, ani to­reb­ki, aby za­mor­ty­zo­wać upa­dek, i te­raz le­ża­łam jak dłu­ga, pre­zen­tu­jąc się wszyst­kim pa­sa­że­rom w dość nie­ty­po­wej po­zy­cji.

– Trze­ba we­zwać ka­ret­kę – usły­sza­łam nad sobą obcy głos.

– A mó­wi­łam, że­byś się trzy­ma­ła – do­tar­ło do mnie na­uczy­ciel­skie po­ucze­nie Mo­ni­ki. – Ży­jesz? – do­da­ła po chwi­li.

– Yyy – jęk­nę­łam, od­kle­ja­jąc twarz od pod­ło­gi. Od­ru­cho­wo prze­le­cia­łam ję­zy­kiem po uzę­bie­niu, spraw­dza­jąc jego stan. Na szczę­ście tu­taj wszyst­ko było w po­rząd­ku. Tyl­ko skó­ra na twa­rzy pie­kła mnie nie­sa­mo­wi­cie.

– Pro­szę się od­su­nąć. Mam szko­le­nie z pierw­szej po­mo­cy – usły­sza­łam nad sobą fa­cho­wy głos. Spoj­rza­łam z tru­dem w stro­nę, z któ­rej do­bie­gał, ale z tej per­spek­ty­wy mo­głam je­dy­nie do­strzec wy­pa­sto­wa­ne mę­skie buty. – Nic pani nie jest?

Fak­tycz­nie, ra­tow­nik peł­ną gębą. Nie, tak so­bie leżę przy­gnie­cio­na cię­ża­rem eg­zy­sten­cji. Pró­bo­wa­łam się po­ru­szyć, aby spraw­dzić, czy czu­ję wszyst­kie czę­ści cia­ła. Wy­glą­da­ło na to, że nie jest tak źle. Bo­la­ły mnie tyl­ko tro­chę ko­la­na, ale chy­ba mo­głam nimi po­ru­szać.

– I puść te sia­ty! – krzyk­nę­ła Mo­ni­ka.

Do­pie­ro wte­dy w peł­ni do­tarł do mnie pa­ra­doks sy­tu­acji. To się na­zy­wa na­uczy­ciel z po­wo­ła­niem. Za­wsze na stra­ży uczniow­skich prac. Na­wet w ta­kich przy­pad­kach ich nie po­rzu­ca, tyl­ko dzier­ży w dło­ni. Z tru­dem roz­pro­sto­wa­łam pal­ce i uwol­ni­łam się od ba­ga­żu. Te­raz mo­głam po­de­przeć się rę­ko­ma, aby spró­bo­wać się pod­nieść. Po­czu­łam, że Mo­ni­ka za­bie­ra moją sia­tę i tor­bisz­cze. Od­sta­wi­ła je chy­ba gdzieś na bok. Lu­dzie ob­ser­wo­wa­li mnie z za­in­te­re­so­wa­niem. A ja pró­bo­wa­łam po­dźwi­gnąć swo­je spo­nie­wie­ra­ne cia­ło, któ­re­mu za­chcia­ło się ćwi­czyć rów­no­wa­gę w ja­dą­cym au­to­bu­sie.

– Chy­ba nic mi nie jest – szep­nę­łam. I za­raz po­czu­łam sil­ne mę­skie ra­mię, któ­re po­mo­gło mi wró­cić do po­zy­cji pio­no­wej. Świat wy­glą­da znacz­nie le­piej z ta­kiej per­spek­ty­wy. Co praw­da, za­chwia­łam się lek­ko, bo pew­nie stłu­kłam ko­la­na, ale na szczę­ście nic nie zła­ma­łam. Na ustach po­czu­łam coś cie­płe­go i lep­kie­go. Krew. Mu­sia­łam przy­gryźć war­gę. Mo­ni­ka po­da­ła mi chu­s­tecz­kę. Cie­ka­we, że tak szyb­ko zna­la­zła ją w swo­jej to­reb­ce. Tyl­ko że jej to­reb­ka to ra­czej taka tor­bu­nia-piz­du­nia, a nie wiel­kie tor­bisz­cze, wszyst­ko więc mia­ła za­wsze pod ręką. W su­mie nie dzi­wi­łam się, Mo­ni­ka uczy­ła prze­cież geo­gra­fii, nie mu­sia­ła za­tem co­dzien­nie ta­chać do domu uczniow­skich ze­szy­tów. Od cza­su do cza­su ja­kieś kart­ków­ki i spraw­dzia­ny. Ot co, mo­gła je zwi­nąć na­wet w ru­lon i we­pchnąć do tej swo­jej tor­bu­ni.

– Może do szpi­ta­la jed­nak trze­ba pa­nią od­wieźć? – spy­tał męż­czy­zna, któ­ry po­ma­gał mi wstać. Oka­za­ło się, że to kie­row­ca. Po moim upad­ku od razu za­trzy­mał au­to­bus i przy­łą­czył się do ak­cji ra­tun­ko­wej.

– Nie, dzię­ku­ję, nic mi nie bę­dzie – od­par­łam, ocie­ra­jąc krew. Twarz mnie pie­kła. Nie­źle, mu­sia­łam so­bie ze­drzeć skó­rę, bo szczy­pa­ło jak cho­le­ra.

– Mó­wi­łam, że­byś się trzy­ma­ła – po­wtó­rzy­ła Mo­ni­ka.

– Wiem, moja wina – od­par­łam. – Ale nic mi nie jest.

Kie­row­ca po­mógł mi usiąść. A Mo­ni­ka po­sta­wi­ła koło mnie sia­ty i już wszyst­ko mo­gło wró­cić do na­le­ży­te­go po­rząd­ku. Ktoś z pa­sa­że­rów jesz­cze ko­men­to­wał, jaka ze mnie nie­roz­sąd­na isto­ta, żeby się nie zła­pać po­rę­czy, że sta­ra, a głu­pia. Au­to­bus jed­nak ru­szył, za­głu­sza­jąc wszyst­kie do­cin­ki pod moim ad­re­sem, i po kil­ku przy­stan­kach mo­głam spo­koj­nie (bez to­wa­rzy­stwa cie­kaw­skich spoj­rzeń) wy­siąść, oczy­wi­ście z nie­wiel­ką po­mo­cą Mo­ni­ki.

– Dasz radę dojść do domu? – spy­ta­ła. – Może cię od­pro­wa­dzę?

– Nie, nic mi nie jest. Tyl­ko so­bie po­zdzie­ra­łam skó­rę i lek­ko się po­tłu­kłam, ale to da się prze­żyć.

– No, jak chcesz.

– Dzię­ki, Mo­niu. I prze­pra­szam za ten ob­ciach w au­to­bu­sie.

Do­czła­pa­łam się do domu. Nie my­śla­łam, że spra­wi mi to aż tyle kło­po­tów. Jed­nak od przy­stan­ku do mo­je­go blo­ku był cał­kiem spo­ry ka­wa­łek. Do­pie­ro te­raz to za­uwa­ży­łam. Na szczę­ście drzwi od klat­ki scho­do­wej były otwar­te, więc nie mu­sia­łam prze­trzą­sać tor­by w po­szu­ki­wa­niu klu­cza. Gło­wą na­ci­snę­łam dzwo­nek przy drzwiach, bo o tej go­dzi­nie cór­ka po­win­na być już w domu.

– O, Dżi­zus! – krzyk­nę­ła Lu­sia na mój wi­dok.

– Gdzie? – spy­ta­łam, si­ląc się na kiep­ski dow­cip.

– Na two­jej twa­rzy.

– To da­waj ja­kiś ca­łun.

– Mamo, nie żar­tuj. Au­to­bus przez cie­bie prze­je­chał czy co?

– Pra­wie zga­dłaś. Aż tak źle? – spy­ta­łam, kie­ru­jąc się od razu do ła­zien­ki, aby w koń­cu spoj­rzeć w lu­stro. – Cen­trum ćwi­czy­łam. Jak za daw­nych cza­sów – do­da­łam.

– Ja­kie znów cen­trum?

– Śro­dek cięż­ko­ści wła­sne­go cia­ła.

– Co?!

– No wiesz, jak za daw­nych lat, mło­dość i jaz­da bez trzy­man­ki…

– W au­to­bu­sie? – nie do­wie­rza­ła. Pew­nie się za­sta­na­wia­ła, gdzie po­dzia­ła się jej roz­sąd­na mat­ka.

– Tak – od­po­wie­dzia­łam – ale prze­gra­łam. Au­to­bus dał mi po twa­rzy.

– Prze­wró­ci­łaś się?

– Do­kład­nie na sam ry­jek. – Uśmiech­nę­łam się, a twarz lek­ko za­pie­kła.

– Pięk­nie. I prze­łą­czy­łaś się na kiep­skie dow­ci­py.

– O, rany – szep­nę­łam, kie­dy w koń­cu spoj­rza­łam na swo­je od­bi­cie. Prze­sta­ło mi być do śmie­chu. Już wiem, dla­cze­go wszy­scy się na mnie tak ga­pi­li. Wi­dok w lu­strze był nie­ziem­ski. Mia­łam zdar­tą skó­rę na le­wym po­licz­ku, na czo­le, no­sie i bro­dzie. Nie­źle. W do­dat­ku krew po­mie­sza­na z bru­dem uczy­ni­ła z mo­jej twa­rzy cał­kiem cie­ka­wy ob­raz. Nor­mal­nie nada­wał­by się od razu do ga­le­rii sztu­ki współ­cze­snej.

– Umyj to wodą utle­nio­ną. – Lu­sia po­da­ła mi bu­te­lecz­kę.

– Naj­pierw może zwy­kłą wodą zmy­ję ten syf.

Pie­kło strasz­nie, ale po ob­my­ciu, nie wy­glą­da­ło naj­go­rzej. Jak­by ktoś mnie tar­ką po­trak­to­wał.

– Za­tu­szu­jesz ju­tro ma­ki­ja­żem i bę­dzie okej – po­cie­sza­ła mnie Lu­sia.

– Może ma­skę ja­kąś za­ło­żę, co? – iro­ni­zo­wa­łam, bo już oczy­ma wy­obraź­ni sły­sza­łam śmie­chy uczniów. Nie było jed­nak wyj­ścia. Trze­ba bę­dzie się z tym zmie­rzyć i od­po­wia­dać na głu­pie py­ta­nia w ro­dza­ju: „Co się pani sta­ło?”.

Rozdział 2

Na dru­gi dzień, kie­dy tyl­ko prze­kro­czy­łam próg szko­ły, od razu po­de­szła do mnie nie naj­by­strzej­sza uczen­ni­ca z kla­sy ma­tu­ral­nej i za­nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć na jej „dzień do­bry”, za­sy­pa­ła mnie la­wi­ną py­tań.

– O, rany! Co się pani pro­fe­sor sta­ło? Kur­czę, to musi bo­leć, co? – traj­ko­ta­ła, a ja spo­glą­da­łam na nią spod przy­ciem­nia­nych oku­la­rów ni­czym ofia­ra prze­mo­cy do­mo­wej.

– Jest aż tak źle? – Uśmiech­nę­łam się do niej i zgrab­nie omi­nę­łam, pró­bu­jąc do­stać się do po­ko­ju na­uczy­ciel­skie­go. Tu­taj od razu na­tknę­łam się na cie­kaw­skie spoj­rze­nia dwóch ko­le­ża­nek, wcze­śniej pew­nie po­chy­lo­nych nad uczniow­ski­mi ze­szy­ta­mi. Na szczę­ście o nic nie spy­ta­ły. Do­pie­ro kie­dy w po­ko­ju za­ję­te zo­sta­ły wszyst­kie miej­sca, pod­nio­słam nos znad pa­ru­ją­ce­go kub­ka her­ba­ty i po­krót­ce wy­ja­śni­łam, co mi się sta­ło. Nie mia­łam pew­no­ści, że wszy­scy mi uwie­rzą, ale wo­la­łam za­ła­twić tę spra­wę na fo­rum pu­blicz­nym, niż cze­kać, aż ktoś od­wa­ży się za­py­tać. Po mi­nach ko­le­ża­nek wnio­sko­wa­łam, że są usa­tys­fak­cjo­no­wa­ne moją opo­wie­ścią. Na szczę­ście nikt nie pró­bo­wał do­py­ty­wać o szcze­gó­ły. Aku­rat w po­ko­ju nie było naj­więk­szej szkol­nej plot­ka­ry, więc spo­koj­nie mo­głam ten dzień prze­trwać, nie od­po­wia­da­jąc na ko­men­ta­rze wścib­skie­go bab­ska. Z dzie­cia­ka­mi jed­nak nie pój­dzie tak ła­two. Cie­ka­wość mają „wpi­sa­ną” w obo­wiąz­ki ucznia, więc nie od­pusz­czą na pew­no. W su­mie mia­łam też inną moż­li­wość. Mo­głam za­bun­kro­wać się w po­ko­ju na­uczy­ciel­skim, a uczniom dać klucz do kla­sy, niech sie­dzą i ro­bią ćwi­cze­nia. Nie­ste­ty, moja obo­wiąz­ko­wość mi na to nie po­zwo­li­ła, więc po dzwon­ku kar­nie po­ma­sze­ro­wa­łam do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Mia­łam wra­że­nie, że ucznio­wie śle­dzi­li każ­dy mój ruch. W na­pię­ciu ocze­ki­wa­li, kie­dy w koń­cu coś na te­mat swo­jej zma­sa­kro­wa­nej twa­rzy po­wiem. W po­wie­trzu sły­chać było la­ta­ją­ce mu­chy.

– No do­bra, ko­cha­ni, wiem, że wy­glą­dam, jak­by mnie prze­je­chał au­to­bus, ale wa­sze­go wy­cze­ki­wa­nia i ob­ser­wo­wa­nia moje sko­ła­ta­ne ner­wy dłu­żej nie znio­są.

– A co się pani pro­fe­sor sta­ło? – spy­tał ośmie­lo­ny moim wstę­pem Łu­kasz. Mia­łam wra­że­nie, że kla­sa wy­de­le­go­wa­ła go do za­da­nia tego dur­ne­go py­ta­nia i tyl­ko cze­kał na od­po­wied­ni mo­ment.

– Nie uwie­rzy­cie, więc le­piej nie mó­wić. Plot­ka i tak już pew­nie żyje swo­im ży­ciem. I bę­dzie, że mąż mnie po­bił. – Za­śmia­łam się, zdej­mu­jąc w koń­cu oku­la­ry, któ­re i tak nie­wie­le ukry­wa­ły.

– Ale pani prze­cież nie ma męża – szep­nął ktoś z ostat­niej ław­ki. Ba! By­strza­ki. Wszyst­ko wie­dzą o swo­im na­uczy­cie­lu: stan cy­wil­ny, licz­ba dzie­ci, sa­mo­chód, wiek, data imie­nin, uro­dzin, roz­miar buta. To prze­cież cie­kaw­sze niż lek­tu­ry.

– Nie mam – od­par­łam. – Do­bra. Ro­bi­my tak. Ja wam mó­wię praw­dę, co się sta­ło, a wy po­tem mo­jej gęby nie za­uwa­ża­cie i pra­cu­je­my jak zwy­kle, co? Może być?

– Ja­sne, że tak – od­par­li pra­wie chó­rem. Ja­kie grzecz­ne dzie­ci. Po­my­ślał­by kto. W skró­cie opo­wie­dzia­łam im, jak było. Kil­ka osób nie wy­trzy­ma­ło i par­sk­nę­ło śmie­chem, ale ge­ne­ral­nie kla­sa wy­glą­da­ła na za­spo­ko­jo­ną prze­ka­za­ny­mi in­for­ma­cja­mi. Mo­gli­śmy wró­cić do nor­mal­ne­go toku lek­cji. By­łam jed­nak cie­ka­wa, czy wieść, że dur­na na­uczy­ciel­ka ćwi­czy­ła rów­no­wa­gę w au­to­bu­sie, roz­nie­sie się pod­czas na­stęp­nej prze­rwy, czy też wszyst­kie kla­sy co go­dzi­nę będą py­tać o to samo.

Uda­ło mi się spo­koj­nie po­pro­wa­dzić lek­cję i, o dzi­wo, do koń­ca dnia nikt już nie za­py­tał, co się sta­ło. Ha! To się na­zy­wa pe­da­go­gicz­ne za­ła­twie­nie spra­wy.

Wró­ci­łam do domu tak zmę­czo­na, że nie mia­łam siły na­wet zro­bić so­bie her­ba­ty. Luś­ki jesz­cze nie było. Pew­nie po­bie­gła na ja­kieś kół­ko. Za­sta­na­wia­łam się, czy ten upa­dek w au­to­bu­sie to nie był ja­kiś sy­gnał z góry, żeby tro­chę od­po­cząć. Mia­łam za dużo go­dzin lek­cyj­nych. A prze­cież w domu trze­ba było jesz­cze spraw­dzać za­da­nia i przy­go­to­wy­wać się do na­stęp­nych za­jęć.

Włą­czy­łam kom­pu­ter. W mo­ni­to­rze od­bi­ja­ła się moja po­kie­re­szo­wa­na twarz. Pi­cas­so le­piej by tego nie na­ma­lo­wał. Pa­trzy­łam jed­nak na mi­ga­ją­cy kur­sor. Trze­ba było uło­żyć test dla uczniów. Sza­re ko­mór­ki od­mó­wi­ły mi po­słu­szeń­stwa. Nic. Żad­ne­go prze­bły­sku my­śli. Tyl­ko tępe spoj­rze­nie w mo­ni­tor. Przej­rza­łam więc in­ter­net w po­szu­ki­wa­niu go­to­wych py­tań do spraw­dzia­nu z III czę­ściDzia­dów. Mu­sia­łam stwo­rzyć coś, co po­zwo­li mi spraw­dzić, czy ucznio­wie prze­czy­ta­li lek­tu­rę. Tym sa­mym może ju­tro znów od­wró­cę ich uwa­gę od mo­jej po­obi­ja­nej gęby. Trze­ba było wy­my­ślić ta­kie py­ta­nia, na któ­re nie było od­po­wie­dzi w in­ter­ne­to­wych stresz­cze­niach. A to nie było ła­twe.

W koń­cu się pod­da­łam. Mózg nie chciał pod­jąć współ­pra­cy, więc wpi­sa­łam jesz­cze raz w wy­szu­ki­war­kę: „test+Dzia­dy”. Wy­sko­czy­ło tego spo­ro. Po­łą­czy­łam dwa go­to­we te­sty, spraw­dzi­łam, czy nie ma w nich błę­dów. Nie było. Do­brzy są!

Jak zwy­kle przy­szli pa­no­wie i pa­nie tech­ni­cy na­pi­sa­li spraw­dzian po­ni­żej mo­ich, a pew­nie i swo­ich, ocze­ki­wań. Pod­czas spraw­dza­nia nie było w za­sa­dzie nie­spo­dzia­nek. „W za­sa­dzie”, bo od re­gu­ły mu­siał być za­wsze wy­ją­tek.

Je­den z mo­ich uczniów – Zby­szek, na któ­re­go w kla­sie wo­ła­no „Piz­za” z po­wo­du ob­fi­te­go trą­dzi­ku – jak zwy­kle wy­ka­zał się po­my­sło­wo­ścią. To przy­szły po­li­tyk, moc­no za­an­ga­żo­wa­ny w pro­blem tar­czy an­ty­ra­kie­to­wej. Już na­wet nie rzu­cam w tej kla­sie stan­dar­do­we­go: „Czy są ja­kieś py­ta­nia?”, bo Zby­szek ma za­wsze jed­no, nie­zmien­ne: „Co pani są­dzi na te­mat tar­czy an­ty­ra­kie­to­wej?”. I pró­bu­je wte­dy swo­ich wy­wo­dów. W za­sa­dzie nie wiem, co mu strze­li­ło z tą tar­czą do łba. W każ­dym ra­zie spraw­dzian Zbysz­ka mnie za­sko­czył. Pod py­ta­niem, gdzie roz­gry­wa się ak­cja utwo­ru, na­pi­sał: „Na ja­kiejś wsi. Na­zwa ja­kaś z drze­wem. Nie pa­mię­tam”. Na py­ta­nie o czas ak­cji od­po­wie­dział, że ma ona miej­sce po po­wsta­niu stycz­nio­wym. Resz­tę py­tań po­zo­sta­wił bez od­po­wie­dzi, ale do­dał na ko­niec ko­men­tarz: „Dro­ga Pani Pro­fe­sor. Py­ta­nia są tę­dę­cyj­ne, więc nie od­po­wiem na nie. Chcia­ła nas pani zła­pać na nie­prze­czy­ta­nej lek­tu­rze i nie uda­ło się. Ja prze­czy­ta­łem i wiem, że py­ta­nia przez Pa­nią wy­my­ślo­ne nie do­ty­czą lek­tu­ry, bo rza­den z bo­ha­te­rów nie był w wię­zie­niu i nikt nie miał rzad­nych zwi­dów, no chy­ba że po pi­ja­ku”. Par­sk­nę­łam śmie­chem, kie­dy to prze­czy­ta­łam.

– Zbysz­ku, czy mógł­byś wy­ja­śnić swój ko­men­tarz za­miesz­czo­ny pod spraw­dzia­nem? – spy­ta­łam pod­czas roz­da­wa­nia uczniom kar­tek. Wszyst­kie oczy z cie­ka­wo­ścią spo­glą­da­ły na mnie w ocze­ki­wa­niu na dal­szy roz­wój wy­da­rzeń.

– A co Zby­chu tam na­ma­zał?! – krzyk­nął Da­mian. – Ej, Piz­za, ge­niu­szu je­den, co ty tam na­sma­ro­wa­łeś?

– Nic – od­parł zdzi­wio­ny. – Py­ta­nia były ten­den­cyj­ne, nie do­ty­czy­ły lek­tu­ry. I tyl­ko ja, jako ge­niusz kla­so­wy, to za­uwa­ży­łem. – Za­czął się śmiać. Prę­żył przy tym dum­nie pierś, cze­ka­jąc na po­chwa­łę.

– Fak­tycz­nie – od­po­wie­dzia­łam. – Py­ta­nia nie do­ty­czy­ły lek­tu­ry, któ­rą prze­czy­tał Zby­szek. – Kla­sa pa­trzy­ła na mnie lek­ko zdez­o­rien­to­wa­na.

– Jak to?! – krzyk­nę­ła Ulka.

– Tak to! – szyb­ko za­ri­po­sto­wał Zby­szek. – Trze­ba mieć tu! – I po­pu­kał się pal­cem po gło­wie. Kla­sa ryk­nę­ła śmie­chem.

– Może i trze­ba – od­par­łam. – Tyl­ko że, nasz ge­niu­szu kla­so­wy, prze­czy­ta­łeś pew­nie Chło­pów.

– No tak, tom trze­ci – po­twier­dził zdzi­wio­ny Zby­szek. – Prze­cież pani ka­za­ła. – Kla­sa po­kła­da­ła się ze śmie­chu, a Zby­szek pa­trzył zdez­o­rien­to­wa­ny. Cią­gle nic nie ro­zu­miał.

– Zbysz­ku, Chło­pów to my czy­tać bę­dzie­my w przy­szłym roku. I w do­dat­ku tom pierw­szy, a mia­łeś prze­czy­tać trze­cią część Dzia­dów.

– Jak to? – nie do­wie­rzał, my­śląc, że z nie­go żar­tu­je­my.

– Dzia­dy Ada­ma Mic­kie­wi­cza – do­da­ła Ulka. – A ty, głą­bie, prze­czy­ta­łeś co in­ne­go.

– O, rany. Bo te ty­tu­ły ta­kie same. Dzia­dy czy chło­py, prze­cież to na jed­no wy­cho­dzi…

Kla­sa zry­wa­ła boki ze śmie­chu, za­ję­ło mi kil­ka mi­nut, by uspo­ko­ić to­wa­rzy­stwo. Póź­niej po­szło już spraw­nie. Ale czu­łam, że na­ucza­nie nie spra­wia mi już ta­kiej fraj­dy jak na po­cząt­ku. Co­raz czę­ściej ucznio­wie mnie de­ner­wo­wa­li. Ich igno­ran­cją moż­na by­ło­by wy­peł­nić nie­jed­no po­miesz­cze­nie szkol­ne. Gdy­bym przy­szła do kla­sy zu­peł­nie nie­przy­go­to­wa­na, nikt by na­wet nie za­uwa­żył. Już nie­raz mó­wi­łam swo­im uczniom, że ni­cze­go w za­sa­dzie ode mnie nie wy­ma­ga­ją. Nie zmu­sza­ją mnie do roz­wo­ju. Na szczę­ście po­zo­sta­ło we mnie jesz­cze tro­chę sa­mo­za­par­cia i nie zgnu­śnia­łam cał­ko­wi­cie. Ale czu­łam, że ko­niec bę­dzie mar­ny.

O mój wy­gląd już nikt nie py­tał. Cie­szy­łam się, że uda­ło mi się za­spo­ko­ić ich cie­ka­wość. A odra­pa­nia wy­da­wa­ły się co­raz mniej wi­docz­ne. Jed­nak wia­ra w ucznia kur­czy­ła się we mnie z roku na rok. Bar­dziej przy­po­mi­na­ło to lek­cję w Dniu Świ­ra niż po­rząd­ne na­ucza­nie.

Mia­łam ocho­tę wziąć urlop na po­ra­to­wa­nie zdro­wia. Na­le­żał mi się. Po szes­na­stu la­tach cięż­kiej ha­ró­wy trze­ba było na­brać dy­stan­su. Czu­łam się jak ba­lon, z któ­re­go ule­cia­ło po­wie­trze.

Pod wpły­wem ostat­nich emo­cji i „zna­ku bo­że­go” ze­sła­ne­go mi w au­to­bu­sie po­szłam do dy­rek­to­ra za­py­tać, czy ewen­tu­al­nie wy­ra­zi zgo­dę na moją prze­rwę w pra­cy. Wszyst­ko po­szło po­myśl­nie. Trze­ba było tyl­ko za­ła­twić psy­chia­trę. Pew­nie dy­rek­tor po­dej­rze­wał mnie o eks­cen­trycz­ne za­cho­wa­nia, ja­kich efek­ty no­si­ła moja moc­no przy­pa­cy­ko­wa­na twarz. Nie miał śmia­ło­ści za­py­tać, co się sta­ło, ale wi­dzia­łam, że pa­trzył na mnie z tro­ską. Być może nie wie­rzył temu, co opo­wia­da­no o moim nie­for­tun­nym wy­pad­ku. Prze­pi­sy co do urlo­pów się tro­chę za­ostrzy­ły. Nie czu­łam jed­nak obaw. Bio­rąc pod uwa­gę mój obec­ny wy­gląd, na­strój i za­cho­wa­nie, każ­dy psy­chia­tra wy­śle mnie na przy­mu­so­wy urlop. Za samą gębę przy­zna mi rok.

Ko­le­żan­ka dała mi nu­mer te­le­fo­nu do od­po­wied­nie­go le­ka­rza. Umó­wi­łam się na pry­wat­ną wi­zy­tę. Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu psy­chia­tra miał mnie przy­jąć w przy­chod­ni*. By­łam umó­wio­na na kon­kret­ną go­dzi­nę, co da­wa­ło na­dzie­ję na to, że nie będę zbyt dłu­go cze­kać.

*Do na­pi­sa­nia po­wie­ści na­tchnę­ło mnie moje opo­wia­da­nieJak zo­sta­łam wa­ria­tem z pa­pie­ra­miopu­bli­ko­wa­ne w to­mie: Anna Sa­ko­wicz,Żół­ta ta­blet­ka, War­sza­wa 2014.

Pie­cho­tą do przy­chod­ni szło się oko­ło pięt­na­stu mi­nut. Przez całą dro­gę ni­czym man­trę po­wta­rza­łam: „urlop, urlop, urlop”. Z ra­do­ści mia­łam ocho­tę pod­ska­ki­wać, ba­łam się jed­nak, że za­pe­szę i le­karz nie da mi skie­ro­wa­nia. Na szczę­ście było zim­no, co lek­ko chło­dzi­ło moje pod­nie­ce­nie. Prze­bie­głam uli­cę w dość ru­chli­wym miej­scu i zna­la­złam się przed wej­ściem do przy­chod­ni.

We­szłam do środ­ka. Nie zno­si­łam le­ka­rzy, przy­chod­ni i szpi­ta­li. Nie zno­si­łam wy­sta­wa­nia w ki­lo­me­tro­wych ko­lej­kach wśród sfru­stro­wa­nych pa­cjen­tów. Z tru­dem wy­trzy­my­wa­łam mo­men­ty, kie­dy cho­ro­wa­ła Lu­sia i trze­ba było swo­je od­stać.

Od­na­la­złam od­po­wied­ni ga­bi­net. Tu­taj cze­ka­ła mnie nie­ste­ty bar­dzo nie­mi­ła nie­spo­dzian­ka. Po­cze­kal­nia wy­peł­nio­na była po brze­gi. Ale okej. Ka­zał tu przyjść na trzy­na­stą, więc je­stem. Tyl­ko jak dać znać le­ka­rzo­wi, że już je­stem? Pa­cjen­ci pa­trzy­li na mnie bar­dzo po­dej­rza­nie. Nie­któ­rzy sie­dzie­li pod ścia­ną na pod­ło­dze, bo nie było wol­nych krze­se­łek. Bio­rąc pod uwa­gę to, do ja­kie­go spe­cja­li­sty cze­ka­li­śmy, nie moż­na było się na­ra­żać ze­bra­nym przy drzwiach lu­dziom, bo wśród nich mo­gli być tak­że po­ten­cjal­ni wa­ria­ci.

Spoj­rza­łam na ko­bie­tę sto­ją­cą nie­da­le­ko mnie. Za­cho­wy­wa­ła się dziw­nie. Przy­pusz­czam, że się nu­dzi­ła, bo ba­wi­ła się ko­mór­ką. Z dźwię­ków, któ­re do­cho­dzi­ły do mo­ich uszu, wy­ni­ka­ło, że w coś gra­ła. Pod­ska­ki­wa­ła cza­sa­mi, być może z po­wo­du utra­ty ży­cia. Dwa razy mach­nę­ła ręką tak, że po­czu­łam po­wiew po­wie­trza. Kil­ka cen­ty­me­trów da­lej, a zdzie­li­ła­by mnie w ucho. Od­su­nę­łam się więc na wszel­ki wy­pa­dek i kom­bi­no­wa­łam, co ro­bić.

Na­gle z ga­bi­ne­tu wy­szła pie­lę­gniar­ka. Szyb­ko do niej po­de­szłam i po­pro­si­łam, aby prze­ka­za­ła le­ka­rzo­wi, że je­stem. Po chwi­li po­pro­szo­no mnie do ga­bi­ne­tu. Po­czu­łam na so­bie zło­wro­gie spoj­rze­nie ko­czu­ją­cych przed drzwia­mi sza­leń­ców. Uśmiech­nę­łam się nie­win­nie, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, bo prze­cież nie moja wina, że le­karz mnie po­pro­sił. Na szczę­ście nikt nie zdą­żył rzu­cić mi się do gar­dła, choć cho­rzy wy­glą­da­li na żąd­nych krwi. Pew­nie ko­czo­wa­li tak przy tych drzwiach od rana, ko­rzy­sta­jąc z ła­skiNFZ-u, że ra­czył dać im moż­li­wość psy­chia­trycz­ne­go le­cze­nia za z tru­dem od­kła­da­ne skład­ki. Prze­mknę­łam do ga­bi­ne­tu. Pan dok­tor, ni­cze­go so­bie star­szy pan, mię­dzy pięć­dzie­siąt­ką a sześć­dzie­siąt­ką. Wy­so­ki, siwy. Do­dat­ko­wo ele­ganc­ko ubra­ny. Kie­dyś mu­siał być dość przy­stoj­ny. Po­pro­sił mnie do po­ko­iku przy ga­bi­ne­cie. Mia­łam tam po­cze­kać. Pie­lę­gniar­ka w tym cza­sie prze­pro­wa­dzi­ła ze mną wy­wiad, wy­pi­sa­ła kar­tę. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by pró­bo­wa­ła udo­ku­men­to­wać mój po­byt zgod­nie z za­sa­da­mi wy­zna­czo­ny­mi przezNFZ, a ja przy­szłam na pry­wat­ną wi­zy­tę w pań­stwo­wych go­dzi­nach pra­cy le­ka­rza. Na ko­ry­ta­rzu wciąż cze­ka­li lu­dzie, bo prze­cież nie roz­pły­nę­li się w po­wie­trzu. Cze­ka­li na tę wi­zy­tę z pew­no­ścią kil­ka ty­go­dni albo mie­się­cy. Bo moje pró­by za­re­je­stro­wa­nia się do psy­chia­try w przy­chod­ni skoń­czy­ły się na tym, że wy­zna­czo­no mi naj­bliż­szy ter­min za pół roku. Nie­źle. Do tego cza­su mo­gła­bym po­gryźć ja­kie­goś ucznia.

Przy­szedł w koń­cu le­karz. Usiadł wy­god­nie w fo­te­lu. By­łam pew­na, że wi­zy­ta od­bę­dzie się raz, dwa, bo prze­cież pa­cjen­ci… Jed­nak się my­li­łam. Pan dok­tor, zu­peł­nie wy­lu­zo­wa­ny, spo­koj­nie za­da­wał py­ta­nia. Nie wiem, czy był tak do­bry w swo­im fa­chu, czy ja tak ze­stre­so­wa­na, ale w pew­nym mo­men­cie na­wet się roz­pła­ka­łam. Le­karz stwier­dził, że mam syn­drom wy­pa­le­nia za­wo­do­we­go i lek­ki stan de­pre­syj­ny.

– Weź­mie so­bie pani ta­ble­tecz­ki? – spy­tał.

– Mogę wziąć, je­że­li mają po­móc. – Chcia­łam, żeby jak naj­szyb­ciej wy­pi­sał re­cep­tę i skie­ro­wa­nie na urlop. Jed­nak on, z dłu­go­pi­sem za­wie­szo­nym nad skie­ro­wa­niem, na­gle ni stąd, ni zo­wąd za­py­tał:

– A co by pani po­le­ci­ła do czy­ta­nia jako po­lo­nist­ka?

Zdzi­wi­ło mnie to py­ta­nie, ale może to taka for­ma te­ra­pii? Pa­trzy­łam jak sro­ka w gnat w jego unie­sio­ny dłu­go­pis, lecz ani drgnął.

– Może Mu­ra­ka­mie­go albo Llo­sę, je­że­li pan dok­tor nie czy­tał – od­par­łam. I za­czę­ło się. Le­karz roz­siadł się jesz­cze wy­god­niej i za­czął opo­wia­dać… Spo­glą­da­łam na ze­ga­rek wi­szą­cy na ścia­nie aku­rat na­prze­ciw­ko mnie. Tik-tak. Sie­dzia­łam w ga­bi­ne­cie już po­nad go­dzi­nę. Na ko­ry­ta­rzu tłum, a pan psy­chia­tra o książ­kach… Okej. Sie­dzę cier­pli­wie, bo prze­cież nie wyj­dę bez skie­ro­wa­nia. Re­cep­tę niech szlag tra­fi, ale skie­ro­wa­nie! Wska­zów­ki ze­ga­ra znów zmie­ni­ły dra­stycz­nie po­ło­że­nie. A ja już oczy­ma wy­obraź­ni wi­dzia­łam ten tłum, rzu­ca­ją­cy mi się do gar­dła tuż po prze­kro­cze­niu prze­ze mnie pro­gu ga­bi­ne­tu. No tak, bę­dzie miał mnie dok­to­rek na su­mie­niu. Ale na­gle jego dłu­go­pis zbli­żył się do kart­ki, by na chwi­lę znów się cof­nąć.

– Ojej, nie mam już pu­stych re­cept – stwier­dził za­kło­po­ta­ny. – Prze­pra­szam, za­dzwo­nię do dru­kar­ni. – I dzwo­nił. Za­czę­łam po­dej­rze­wać, że sam był na ja­kichś pro­chach. Bo jak mu się uda­wa­ło za­cho­wać taki spo­kój przy peł­nej po­cze­kal­ni pa­cjen­tów? Już na­wet my­śla­łam, że sto­su­je na nich taką for­mę te­ra­pii, spraw­dza ich wy­trzy­ma­łość i cier­pli­wość. Boże, bło­go­sław tych lu­dzi! Me­dal im się na­le­ży jak nic.

Za­mó­wił re­cep­ty. Wy­szedł z po­ko­ju, by po chwi­li wró­cić z try­um­fem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzy.

– Mam! – krzyk­nął. – Jesz­cze jed­ną zna­la­złem! – Su­per osią­gnię­cie, bio­rąc pod uwa­gę ten tłum ocze­ku­ją­cy na wi­zy­tę. Chy­ba że nikt z nich nie po­trze­bu­je le­ków. Cho­ciaż po tym ocze­ki­wa­niu na ko­ry­ta­rzu z pew­no­ścią będą ich po­trze­bo­wać! – Za­raz pani wy­pi­szę ta­kie ta­ble­tecz­ki, że po­czu­je się pani dużo le­piej. A te za­dra­pa­nia na twa­rzy? – spy­tał, spo­glą­da­jąc na mnie ba­daw­czo.

– To nic ta­kie­go. Prze­wró­ci­łam się.

– Na pew­no? To cza­sem nie żad­na prze­moc do­mo­wa lub coś w tym sty­lu?

Ja­sne. Przed chwi­lą opo­wie­dzia­łam mu pół ży­cia, za­zna­czy­łam, że je­stem ko­bie­tą sa­mot­nie wy­cho­wu­ją­cą dziec­ko, a ten mnie o prze­moc do­mo­wą wy­py­tu­je. Może dziec­ko mnie bije, zda­niem tego ge­niu­sza, albo kot rzu­ca mi się do gar­dła, jak za­po­mnę mu na­lać mle­ka? Wy­tłu­ma­czy­łam mu jesz­cze raz, że był to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek, po­mi­ja­jąc oczy­wi­ście szcze­gó­ły na te­mat ćwi­czeń rów­no­wa­gi. Chy­ba uwie­rzył, bo w koń­cu usiadł do sto­li­ka i, o dzi­wo, wy­pi­sał re­cep­tę. Zo­sta­ło mu jesz­cze skie­ro­wa­nie na urlop. Po­ło­żył je przed sobą. Ze­gar po­ka­zy­wał pięt­na­stą. Sie­dzia­łam w jego ga­bi­ne­cie bite dwie go­dzi­ny, a ten zu­peł­nie spo­koj­nie ła­ził, sia­dał, ga­dał, ab­so­lut­nie nie czuł pre­sji cza­su.

– Wy­pi­szę pani skie­ro­wa­nie na urlop. – Przy­ło­żył po raz ko­lej­ny dłu­go­pis do pa­pie­ru i ku mo­je­mu zdzi­wie­niu za­czął pi­sać. Kie­dy skoń­czył, nie dał mi kart­ki tak od razu, przy­trzy­my­wał ją, a ja mia­łam ocho­tę mu ją wy­rwać i wy­biec. Naj­le­piej przez ja­kieś wyj­ście ewa­ku­acyj­ne, żeby unik­nąć spo­tka­nia z roz­wście­czo­nym tłu­mem pa­cjen­tów.

– Mo­gła­by pani umó­wić się ze mną na na­stęp­ną wi­zy­tę. Już tak z NFZ, żeby pani nie pła­ci­ła, to by­śmy so­bie do­koń­czy­li roz­mo­wę o książ­kach.

– Z przy­jem­no­ścią, pa­nie dok­to­rze – skła­ma­łam. Za­py­ta­łam jesz­cze, ile pła­cę. Od­li­czy­łam sto pięć­dzie­siąt zło­tych, o któ­re po­pro­sił, chwy­ci­łam skie­ro­wa­nie i szyb­ko po­mknę­łam do drzwi. Wy­szłam, pra­wie czoł­ga­jąc się, żeby nikt na mnie nie zwra­cał uwa­gi. Nada­rem­nie. Jak na mnie krzyk­nę­li! Nie pa­trzy­łam w ich stro­nę, tyl­ko od razu ucie­kłam do wyj­ścia. Po­dej­rze­wa­łam, że cho­rzy ru­szą za mną, by mnie zlin­czo­wać. Ba­łam się stra­cić z ta­kim tru­dem zdo­by­te skie­ro­wa­nie.

W dro­dze do domu ku­pi­łam „ta­ble­tecz­ki”. We­zmę je zgod­nie ze wska­za­niem le­ka­rza i cie­ka­we, czy po­czu­ję ju­tro róż­ni­cę. W peł­nym bło­go­sta­nie po­pro­wa­dzę lek­cje. Ma­rzy mi się spo­kój i ci­sza. Kie­dyś rwe­tes mi nie prze­szka­dzał, czu­łam się jak ryba w wo­dzie na szkol­nych ko­ry­ta­rzach. Te­raz wszyst­ko mnie draż­ni­ło. Chy­ba po­win­nam zmie­nić pra­cę na ja­kieś spo­koj­niej­sze za­ję­cie.

Mia­łam wra­że­nie, że w koń­cu w mo­ich my­ślach z po­wro­tem po­ja­wia się upra­gnio­ny po­rzą­dek. Na­resz­cie skoń­czy się ten sza­leń­czy ga­lop. Od­pocz­nę.

Kie­dy wró­ci­łam do domu, opo­wie­dzia­łam o wszyst­kim cór­ce. I wte­dy znów w mo­jej gło­wie za­pa­no­wał to­tal­ny cha­os, a mnie ogar­nę­ła pa­ni­ka. Ba­łam się o stan mo­ich fi­nan­sów. Do­cie­ra­ło do mnie po­wo­li, że może jed­nak na urlo­pie nie bę­dzie tak pięk­nie, jak mi się w pierw­szej chwi­li wy­da­wa­ło. Goła pen­sja plus nie­wiel­kie oszczęd­no­ści – to nie brzmia­ło opty­mi­stycz­nie.

Sie­dzia­ły­śmy z Lu­sią w du­żym po­ko­ju i po­pi­ja­ły­śmy zim­ne na­po­je. W gło­wie mia­łam rój roz­wście­czo­nych os i trud­no mi było uspo­ko­ić my­śli. Gdy­by ktoś jed­nak w tym mo­men­cie za­py­tał, co się ze mną dzie­je, nie umia­ła­bym do­kład­nie od­po­wie­dzieć. Nie by­łam pew­na, czy cho­dzi­ło tyl­ko o pie­nią­dze.

– To gra­tu­lu­ję – od­par­ła bez­tro­sko Lu­sia po wy­słu­cha­niu mo­jej re­la­cji. – Je­dy­ne ta­kie miej­sce, gdzie jest ci­sza i spo­kój, to cmen­tarz, ale po­dej­rze­wam, że tam jesz­cze się nie wy­bie­rasz.

– Ty to masz po­my­sły!

– Pra­ca w cha­rak­te­rze za­rząd­cy cmen­ta­rza to wca­le nie­głu­pi po­mysł, za­sta­nów się. – Za­śmia­ła się i znik­nę­ła w swo­im po­ko­ju. Cza­sa­mi de­ner­wo­wa­ło mnie to jej dość spe­cy­ficz­ne po­czu­cie hu­mo­ru. Ni­g­dy nie wie­dzia­łam, czy ona te swo­je cię­te ri­po­sty przy­go­to­wu­je na pi­śmie, uczy się ich na pa­mięć, a po­tem przy ja­kiejś nada­rza­ją­cej się oka­zji sy­pie nimi jak z rę­ka­wa, czy może ro­dzą się one w jej gło­wie spon­ta­nicz­nie, pod wpły­wem róż­nych wy­da­rzeń.

Kie­dy zo­sta­łam sama w po­ko­ju, do­pi­łam na­pój i usia­dłam do biur­ka, aby po­spraw­dzać wy­pra­co­wa­nia. Mia­łam przed sobą nie­zły stos, a prze­cież sta­ra­łam się wszyst­ko ro­bić na bie­żą­co i ni­cze­go nie od­kła­dać na póź­niej. Za­czy­na­łam mieć wra­że­nie, że za dużo za­da­ję. A mia­łam taką za­sa­dę, że jak coś ka­za­łam na­pi­sać, to mu­sia­łam spraw­dzić. Cza­sa­mi za­zdro­ści­łam ko­le­żan­kom, któ­re w cią­gu trzech lat li­ceum po­tra­fi­ły za­dać uczniom tyl­ko jed­no wy­pra­co­wa­nie. Nie po­tra­fi­łam tak pra­co­wać. Te­raz jed­nak mia­łam wra­że­nie, że mózg mi eks­plo­du­je. Do­brze, że zbli­żał się ko­niec roku szkol­ne­go. Moją ra­dość po­tę­go­wa­ło skie­ro­wa­nie na urlop. A kwe­stie fi­nan­so­we od­su­nę­łam w naj­ciem­niej­sze za­kąt­ki umy­słu. Ju­tro za­nio­sę do­ku­men­ty do ka­dro­wej. I już nie­dłu­go pój­dę na za­słu­żo­ny od­po­czy­nek. Wie­dzia­łam, że nie znio­sę wię­cej pro­ble­mów szkol­nych. Mia­łam w cią­gu szes­na­stu lat pra­cy dziew­czy­nę gwał­co­ną przez wuj­ka, inną zmu­sza­ną do pro­sty­tu­cji przez wła­sną mat­kę, nie­chcia­ne cią­że, że­bra­nie, kra­dzie­że, uciecz­ki z domu, nie­szczę­śli­we mi­ło­ści… Na­zbie­ra­ło się tego, a nikt na stu­diach nie ostrze­gał nas przed ta­ki­mi sy­tu­acja­mi, nikt nie mó­wił, jak so­bie z nimi ra­dzić. To pew­nie też zo­sta­wi­ło ja­kiś ślad na mo­jej de­li­kat­nej psy­chi­ce. Te­raz dość, będę ła­do­wać ba­te­rie. Jesz­cze tyl­ko kil­ka­na­ście dni. Wy­sta­wia­nie ocen, rada pe­da­go­gicz­na i wi­taj wol­no­ści. Do­da­ło mi to ta­kich skrzy­deł, że trzy­dzie­ści prac spraw­dzi­łam w cią­gu dwóch go­dzin. Re­we­la­cja.

Rozdział 3

Te­le­fon za­dzwo­nił za­raz po tym, jak dłu­go­pis z czer­wo­nym wkła­dem odło­ży­łam do piór­ni­ka ku­pio­ne­go pod­czas ze­szło­rocz­nych wa­ka­cji w Za­ko­pa­nem. Dzwo­ni­ła mama.

– Cór­ciu, jest pro­blem – po­wie­dzia­ła za­raz po krót­kim po­wi­ta­niu.

– Co się sta­ło? – Cza­sa­mi mia­łam wra­że­nie, że my z mamą je­ste­śmy w ro­dzi­nie od za­dań spe­cjal­nych, więc już po brzmie­niu jej gło­su wy­wnio­sko­wa­łam, że trze­ba ko­muś po­móc lub zro­bić coś wy­jąt­ko­we­go. I nie my­li­łam się.

– Pa­mię­tasz cio­cię Zo­się? – spy­ta­ła. – Sio­strę bab­ci? – do­da­ła od razu, że­bym nie mu­sia­ła wy­si­lać swo­je­go i tak już nad­wą­tlo­ne­go umy­słu.

– Ko­ja­rzę – od­par­łam, bo wi­dzia­łam ją kil­ka razy w ży­ciu, w do­dat­ku, kie­dy by­łam dziec­kiem. – Do­sta­łam od niej kie­dyś taką dużą ko­ły­skę.

– Wła­śnie – po­twier­dzi­ła mama. – Jest bar­dzo cho­ra. Nie mia­ła dzie­ci, więc te­raz nie ma kto się nią opie­ko­wać. Wy­obraź so­bie, że bab­cia wy­my­śli­ła, że do niej po­je­dzie…

– I po­je­cha­ła?

– Po­je­cha­ła i wla­zła na dach, bo chcia­ła przy­mo­co­wać ja­kąś da­chów­kę. Wy­obra­żasz so­bie bab­cię na da­chu? Prze­cież ona le­d­wo czła­pie, a po­nio­sło ją na dra­bi­nę, bo na szczę­ście na dach nie zdą­ży­ła wleźć i spa­dła.

– Jak to na szczę­ście?! Prze­cież spa­dła.

– No tak, ale z dra­bi­ny, z dru­gie­go szcze­bel­ka, zwich­nę­ła tyl­ko nogę. Są­siad od­wiózł ją do domu. Po­dob­no już z nią okej. Wu­jek Ju­rek się nią opie­ku­je.

– A co z cio­cią? – spy­ta­łam.

– Nie wiem – po­wie­dzia­ła zmar­twio­na. – Wiesz, ja jako dziec­ko spę­dzi­łam u niej wie­le cza­su, więc chy­ba we­zmę urlop i po­ja­dę do niej na dwa ty­go­dnie. Tro­chę jej po­mo­gę, ale po­tem nie wiem, co ro­bić.

– Może ja­kaś opie­kun­ka?

– Wiesz, cio­cia jest bar­dzo spe­cy­ficz­ną oso­bą, chy­ba nie znie­sie ni­ko­go ob­ce­go.

– To po­jedź i się zo­rien­tuj. Może bę­dzie do­brze.

Jesz­cze chwi­lę po­pa­pla­ły­śmy do słu­chaw­ki. Mama na po­waż­nie chcia­ła po­móc cio­ci. Ro­zu­mia­łam to. Cio­cia miesz­ka­ła na Po­mo­rzu, na­wet nie pa­mię­ta­łam na­zwy miej­sco­wo­ści, ale wy­da­wa­ło mi się, że mu­sia­ło to być gdzieś koło Gdań­ska. W za­sa­dzie chy­ba ni­g­dy u niej nie by­łam. Może raz czy dwa, ale jako bar­dzo małe dziec­ko. Spo­tka­łam ją kil­ka razy w domu bab­ci, chy­ba też na ja­kimś po­grze­bie czy ślu­bie. Nie pa­mię­ta­łam. Po­dob­no była to bar­dzo spe­cy­ficz­na oso­ba, tro­chę eks­cen­trycz­na. Ni­g­dy nie wy­szła za mąż ani nie mia­ła dzie­ci. Uwa­ża­ła, że męż­czyź­ni są źli do szpi­ku ko­ści i nie na­le­ży im ufać. Przy­naj­mniej tak o niej opo­wia­da­no w ro­dzi­nie. Ob­ro­sła cał­kiem nie­złą le­gen­dą. Po­ja­wia­ła się od cza­su do cza­su w ro­dzin­nych dys­ku­sjach ni­czym po­twór z Loch Ness. Wszy­scy o niej mó­wi­li, ale nie­wie­le osób ją od­wie­dza­ło, więc trud­no było obiek­tyw­nie stwier­dzić, jaką była oso­bą. Pa­mię­tam, że kie­dyś tłu­ma­czy­ła mi jako ma­łej dziew­czyn­ce, że naj­le­piej by­ło­by w za­ko­nie. Na­wet przez ja­kiś czas, kie­dy py­ta­no mnie, kim będę, od­po­wia­da­łam, że za­kon­ni­cą, choć nie bar­dzo ro­zu­mia­łam, co to zna­czy. Ale brzmia­ło faj­nie. Do­pie­ro po­tem zro­zu­mia­łam, że męż­czyź­ni nie są tacy źli, przy­naj­mniej nie­któ­rzy, i na pew­no nie chcia­łam za­my­kać się przed nimi w mu­rach ja­kie­goś za­ko­nu.

Rozdział 4

Nie zno­si­łam po­ran­ne­go wsta­wa­nia. Kie­dy bu­dzik dzwo­nił o siód­mej, mia­łam ocho­tę wy­rzu­cić go przez okno. A im bli­żej koń­ca roku, tym było go­rzej. Albo przy­ra­sta­łam do ma­te­ra­ca, albo w czerw­cu gra­wi­ta­cja ro­sła pod moim łóż­kiem i dla­te­go tak trud­no było się od nie­go od­kle­ić.

Kie­dy w koń­cu uda­ło mi się wy­grze­bać z do­mo­wych pie­le­szy, na ze­gar­ku wska­zów­ki po­ka­zy­wa­ły „kry­tycz­ną” go­dzi­nę. W mo­jej gło­wie wył alarm, wszyst­kie lamp­ki pa­li­ły się na czer­wo­no, więc dro­gę do szko­ły po­ko­na­łam truch­tem. Wpa­dłam do bu­dyn­ku w ostat­niej chwi­li, do­słow­nie pół mi­nu­ty przed dzwon­kiem. Za­dy­sza­na i czer­wo­na na gę­bie, po­pę­dzi­łam na lek­cje. Na szczę­ście pod ko­niec roku szkol­ne­go na­stę­po­wa­ło roz­luź­nie­nie szkol­nych oby­cza­jów. W ław­kach, za nie­pi­sa­ną zgo­dą ro­dzi­ców i na­uczy­cie­li, sie­dzie­li naj­wy­tr­wal­si. Jed­nak i ci nie mie­li ocho­ty na zdo­by­wa­nie wie­dzy. Pró­bo­wa­ło się więc wci­snąć uczniom jesz­cze ja­kieś wia­do­mo­ści, ale już w mniej po­waż­nej for­mie niż do­tych­czas; prze­cież oce­ny były wy­sta­wio­ne, za chwi­lę rada za­twier­dza­ją­ca wy­ni­ki kla­sy­fi­ka­cji, więc z punk­tu wi­dze­nia ucznia już było po na­uce.

Pod­czas naj­dłuż­szej prze­rwy po­szłam do ka­dro­wej, aby wrę­czyć jej moje skie­ro­wa­nie na urlop. Przy­sta­wi­ła od­po­wied­nie pie­cząt­ki. Ka­za­ła jesz­cze przyjść na dru­gi dzień i w su­mie spra­wa mia­ła być za­ła­twio­na od ręki. Nie ro­bio­no mi w związ­ku z urlo­pem żad­nych pro­ble­mów. Już za­czy­na­łam po­dej­rze­wać, że szko­ła cie­szy się, że od­pocz­nie ode mnie. Jed­nak nikt nie ma­ni­fe­sto­wał ra­do­ści, po­kle­py­wa­no mnie po ra­mie­niu, ży­czo­no mi­łe­go od­po­czyn­ku. Nie­któ­rzy de­kla­ro­wa­li, że w na­stęp­nych la­tach też bio­rą urlo­py, bo ileż moż­na zdzie­rać gar­dło i na­ra­żać na szwank swo­ją cier­pli­wość.

Rozdział 5

Rok szkol­ny szyb­ko do­biegł koń­ca. Nie było żad­nych nie­spo­dzia­nek. Świa­dec­twa roz­da­ne i w koń­cu upra­gnio­na wol­ność przez rok! Wra­ca­jąc do domu, mia­łam ocho­tę pod­ska­ki­wać z ra­do­ści, ale utrud­nia­ło mi to na­rę­cze kwia­tów, któ­re otrzy­ma­łam na „po­że­gna­nie” od uczniów. Nie cier­pia­łam tych wszyst­kich pre­zen­tów, kwia­tów, cze­ko­la­dek, któ­ry­mi ucznio­wie ob­da­ro­wy­wa­li na­uczy­cie­li na za­koń­cze­nie roku. Czu­łam się wte­dy jak dziad. Po­tem jesz­cze ko­men­to­wa­no te pre­zen­ty w pra­sie. Na szczę­ście przez rok będę mia­ła pro­blem z gło­wy. W koń­cu prze­czy­tam to, na co mi za­wsze bra­ko­wa­ło cza­su, zaj­mę się pi­sa­niem, po­sprzą­tam w domu, może po­ma­lu­ję ścia­ny i zro­bię nie­wiel­ki re­mont z oszczęd­no­ści, któ­re od­kła­da­łam wła­śnie na urlop, bo z go­łej pen­sji by­ło­by ra­czej cięż­ko. Co praw­da, wcze­śniej te moje za­skór­nia­ki wy­da­wa­ły mi się ra­czej ob­ra­zem nę­dzy i roz­pa­czy, ale obec­nie eu­fo­ria po­ma­lo­wa­ła ten ob­raz na ró­żo­wo i tak pre­zen­to­wał się znacz­nie le­piej.

Cór­ka przy­nio­sła świet­ne świa­dec­two ukoń­cze­nia gim­na­zjum. Śred­nia 5,1. Czer­wo­ny pa­sek. Mama dum­na. Ku­pi­łam pu­deł­ko lo­dów, cze­ko­la­dę i mia­ły­śmy za­sza­leć na słod­ko. So­bie po­sta­wi­łam też bu­tel­kę czer­wo­ne­go wina, żeby się lek­ko od­stre­so­wać i wpro­wa­dzić w na­strój urlo­po­wy.

– Jak moż­na zjeść całą cze­ko­la­dę na raz? – spy­ta­łam, kie­dy zo­ba­czy­łam, jak moja có­recz­ka po­chła­nia z za­pa­łem ko­lej­ne kost­ki.

– Patrz i do­kład­nie ob­ser­wuj – od­par­ła, wkła­da­jąc po­wo­li ko­lej­ną kost­kę cze­ko­la­dy do uśmiech­nię­tej pasz­czy.

– Pa­trzę i się dzi­wię.

– Za­zdro­ścisz?

– Bar­dzo – od­po­wie­dzia­łam. Sama chęt­nie po­żar­ła­bym ko­lej­ny ka­wa­łek, ale w moim wie­ku trze­ba było uwa­żać na to, co się zja­da. Na­tu­ra by­wa­ła okrut­na i cza­sa­mi po­wo­do­wa­ła u mnie za­okrą­gle­nia w naj­bar­dziej new­ral­gicz­nych miej­scach. Po­tem trze­ba było się przez kil­ka dni lub ty­go­dni ka­to­wać ja­kąś die­tą. Wy­si­łek jed­nak oka­zy­wał się nada­rem­ny, ży­łam więc so­bie z pię­cio­ki­lo­gra­mo­wą nad­wa­gą. Wza­jem­nie so­bie nie prze­szka­dza­ły­śmy, a na­wet chy­ba się już do sie­bie przy­zwy­cza­iły­śmy.

Kie­dy tak pa­ła­szo­wa­ły­śmy słod­ko­ści, ktoś za­dzwo­nił do drzwi. Ja­koś tak dziw­nie, ner­wo­wo, po­na­gla­ją­co.

– Kogo dia­bli nio­są? – rzu­ci­łam, bio­rąc jesz­cze je­den łyk wina.

– Mat­ko, pa­nuj nad słow­nic­twem – rzu­ci­ła moja py­ska­ta la­to­rośl. Le­ni­wie po­szłam otwo­rzyć drzwi. A to nie­spo­dzian­ka!

– Cześć, có­ruś – po­wie­dzia­ła moja mama, prze­kro­czyw­szy z im­pe­tem próg miesz­ka­nia. Mało co się nie za­dła­wi­łam, pró­bu­jąc prze­łknąć śli­nę, bo na pew­no nie ro­dzi­ców się dzi­siaj spo­dzie­wa­łam. Prze­cież mama mia­ła być u ciot­ki. – Ba­łam się, że nie bę­dzie was w domu. Mu­si­my po­ga­dać.

We­szła od razu do po­ko­ju. Rzu­ci­ła to­reb­kę na tap­czan i przy­stą­pi­ła do ści­ska­nia wnucz­ki. Po chwi­li do miesz­ka­nia wszedł zu­peł­nie spo­koj­ny i ja­koś dziw­nie zre­zy­gno­wa­ny tato. Pew­nie cięż­ko mu było na­dą­żyć za ener­gicz­ną żon­ką.

– Bab­ciu, bo mnie udu­sisz – po­wie­dzia­ła Lu­sia, wy­śli­zgu­jąc się z uści­sków. Szyb­ko po­de­szła do dziad­ka, aby go przy­wi­tać i nie da­wać bab­ci pre­tek­stu do po­no­wie­nia przy­tu­la­nia, ści­ska­nia i ca­ło­wa­nia. Bab­cia cią­gle trak­to­wa­ła ją jak małą dziew­czyn­kę. Za­po­mi­na­ła, że to pra­wie do­ro­sła ko­bie­ta.

– Na­pi­je­cie się kawy? – spy­ta­łam, za­glą­da­jąc do po­ko­ju. Cór­ka rzu­ci­ła mi spoj­rze­nie w ro­dza­ju „ra­tuj”. Zi­gno­ro­wa­łam je, bo i tak nie­wie­le mo­głam zdzia­łać.

– Kawy – od­po­wie­dzie­li ro­dzi­ce pra­wie jed­no­cze­śnie.

– O, za­ja­da­cie słod­kie – po­wie­dział dzia­dek, chwy­ta­jąc ostat­nią kost­kę cze­ko­la­dy. – Mniam, mniam – de­lek­to­wał się gło­śno jej sma­kiem.

– Świę­tu­je­my ko­niec roku – rzu­ci­ła Lu­sia i po­da­ła na­zna­czo­ną czer­wo­nym pa­skiem cen­zur­kę. – Zo­bacz­cie moje świa­dec­two. Nor­mal­nie je­stem ge­niusz.

– Moja krew – do­dał jak zwy­kle dzia­dek. Za­wsze to po­wta­rzał, kie­dy jego wnucz­ka osią­ga­ła ja­kiś suk­ces.

– O, za ta­kie wy­ni­ki na­le­ży się na­gro­da – po­wie­dzia­ła bab­cia, za­glą­da­jąc dziad­ko­wi przez ra­mię. Wy­cią­gnę­ła port­fel i po­da­ła Lusi stów­kę.

– Dzię­ku­ję, bab­ciu, ale nie trze­ba – od­po­wie­dzia­ła kur­tu­azyj­nie, wy­cią­ga­jąc łap­kę po bank­not. Dzia­dek par­sk­nął śmie­chem. Bab­cia też nie wy­trzy­ma­ła. A ja w tym cza­sie po­da­łam kawę i cze­ka­łam, aż zdra­dzą cel swej wi­zy­ty, bo że ja­kiś mie­li, to nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści.

– Za­ła­twi­łaś urlop – bar­dziej stwier­dzi­ła, niż za­py­ta­ła mama.

– No tak, prze­cież ci mó­wi­łam – od­par­łam nie­pew­nie, bo przez skó­rę czu­łam, że coś się szy­ku­je.

– Mama ma sza­lo­ne po­my­sły – uprze­dził tato.

– Tak?

– Słu­chaj, mam po­mysł – po­wie­dzia­ła i tro­chę prze­cią­ga­ła na­stęp­ną część zda­nia. Po­sło­dzi­ła kawę, za­mie­sza­ła, do­la­ła mle­ka.

– Tak? – po­na­gli­łam ją. Na­wet Lu­sia z uwa­gą przy­glą­da­ła się bab­ci. Ocze­ki­wa­ły­śmy w na­pię­ciu, bo moja mama sły­nę­ła w ro­dzi­nie z nie­zwy­kłych po­my­słów.

– Za­opie­ku­jesz się cio­cią Zo­sią – po­wie­dzia­ła w koń­cu jed­nym tchem. Oj­ciec z nie­do­wie­rza­niem ki­wał gło­wą.

– Jak to? – spy­ta­łam.

– Tak to. To naj­lep­sze roz­wią­za­nie, do­kład­nie to prze­my­śla­łam – od­par­ła. – Masz rok urlo­pu – cią­gnę­ła, a ja wie­dzia­łam, że z tej roz­mo­wy nie wy­nik­nie nic do­bre­go. – Lu­sia skoń­czy­ła gim­na­zjum, i tak idzie do no­wej szko­ły… – Oho, nie­źle się za­po­wia­da­ło. Lu­sia z wra­że­nia otwo­rzy­ła usta. – Prze­nie­sie­cie się na rok do ciot­ki. To miesz­ka­nie wy­naj­miesz. Już zna­la­złam ci chęt­nych. Za­osz­czę­dzisz dzię­ki temu parę gro­szy. Cio­cia miesz­ka w dom­ku, eme­ry­tu­rę ma wy­so­ką, na wszyst­ko jej wy­star­cza…

– Mamo, co ty mó­wisz? – prze­rwa­łam jej, bo nie wie­rzy­łam wła­snym uszom. Jak ona pięk­nie za­pla­no­wa­ła mój wy­ma­rzo­ny urlop, na któ­ry cze­ka­łam kil­ka lat!

– Po­słu­chaj do koń­ca. Lu­sia pój­dzie tam do li­ceum. Jest bar­dzo do­bre. Ty zmie­nisz tro­chę oto­cze­nie, od­pocz­niesz i bę­dziesz mia­ła oko na ciot­kę – za­koń­czy­ła, ocze­ku­jąc od­po­wie­dzi. W za­sa­dzie jed­nak chy­ba cze­ka­ła na po­twier­dze­nie, że zga­dzam się na ten ge­nial­ny plan. Ale fan­far nie było.

– Po­wiedz, że żar­tu­jesz – rzu­ci­łam nie­pew­nie. – To taki dow­cip? – Spoj­rza­łam na ojca, któ­ry jak­by nie słu­chał, tyl­ko spo­koj­nie po­pi­jał kaw­kę. On już się na­uczył, że z po­my­sła­mi żony się nie dys­ku­tu­je, że za­wsze są wprost ge­nial­ne, więc na wszel­ki wy­pa­dek nic nie mó­wił.

– Ale jaja – wy­rwa­ło się Lusi. – Prze­cież zło­ży­łam do­ku­men­ty do na­sze­go li­ceum.

– I co? Pa­pie­ry za­wsze moż­na prze­nieść – od­po­wie­dzia­ła bez­tro­sko moja mama. Jak wi­dać, wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śla­ła. – Zresz­tą pół ro­dzi­ny to na­uczy­cie­le, więc nie bę­dzie pro­ble­mu.

– O rany, mamo! – Lu­sia nie mo­gła uwie­rzyć. – Po­wiedz coś. – Pa­trzy­ła na mnie wy­cze­ku­ją­co, a ja nie wie­dzia­łam, jak za­re­ago­wać. Prze­cież to to­tal­na abs­trak­cja. Ja już mam pla­ny na MÓJ urlop. A tu na­gle wła­sna mat­ka krad­nie mi moje ma­rze­nia!

– Co? – spy­ta­łam bez­myśl­nie.

– To wszyst­ko za­ła­twio­ne, masz dwa ty­go­dnie na spa­ko­wa­nie. Przez ten czas są­siad­ka bę­dzie przy­cho­dzić do ciot­ki – po­wie­dzia­ła mama z try­um­fem, jak­by­śmy już wszyst­ko omó­wi­ły.

– Ale ja ni­g­dzie nie jadę, mamo! Jak ty to so­bie wy­obra­żasz? Że rzu­cę wszyst­ko i po­ja­dę do ja­kie­goś Pci­mia Dol­ne­go opie­ko­wać się w za­sa­dzie zu­peł­nie obcą ko­bie­tą? A po­my­śla­łaś o Lusi? Prze­cież ona ma tu zna­jo­mych…

– Zna­jo­mych-sro­mych – nie dała mi skoń­czyć. – Będą nowi.

– Bab­ciu…

– Mamo – wtrą­ci­łam. – Nie moż­na tak ko­muś pla­no­wać ży­cia i nisz­czyć jego ma­rzeń.

– A co ty tu­taj masz? Cze­go nie mo­żesz rzu­cić? – spy­ta­ła.

– Yyy… – chcia­łam szyb­ko do­koń­czyć, ale nic nie przy­cho­dzi­ło mi już do gło­wy. Bo fak­tycz­nie, co ja tu­taj mia­łam? Zna­jo­mych? – No… A kot? On się tak ła­two nie przy­zwy­czai! – po­wie­dzia­łam z try­um­fem, bo wy­da­wa­ło mi się, że to do­bry po­wód, aby ni­g­dzie nie je­chać.

– Kot się przy­zwy­czai – rzu­ci­ła. – Po roku wró­ci­cie i bę­dzie­cie so­bie żyć jak daw­niej. A ja obie­cu­ję, że już ni­g­dy się nie wtrą­cę. – To było na­wet ku­szą­ce, ale trud­ne do uwie­rze­nia. Od­kąd się roz­wio­dłam, mama pró­bo­wa­ła mi „po­ma­gać” i cią­gle w coś się wtrą­ca­ła. – Po­nad­to bę­dzie­cie da­le­ko… – ku­si­ła.

– Prze­cież Lu­sia po roku bę­dzie mu­sia­ła zmie­nić szko­łę, nie po­my­śla­łaś o tym?

– To zmie­ni. Co za pro­blem? Ty też kil­ka razy zmie­nia­łaś i zo­bacz, na do­bre ci wy­szło.

– Tak, zo­sta­łam na­uczy­ciel­ką – od­po­wie­dzia­łam sar­ka­stycz­nie.

– To ona też zo­sta­nie – za­śmia­ła się mama. – Je­że­li zmie­nia­nie szkół mo­ty­wu­je do zo­sta­nia na­uczy­ciel­ką. – Wszy­scy par­sk­nę­li­śmy śmie­chem z po­wo­du ab­sur­du tego ar­gu­men­tu. Spoj­rza­łam na Luś­kę i nie po­do­bał mi się wy­raz jej twa­rzy. Coś tam w tej głów­ce za­czy­na­ło świ­tać. – A po­nad­to bę­dzie­cie mia­ły bli­sko do Gdań­ska – mama rzu­ci­ła osta­tecz­ną przy­nę­tę. Do­strze­głam błysk w oku mo­jej ro­dzo­nej cór­ki, któ­ra mia­ła za chwi­lę przejść do in­ne­go obo­zu.

– Do Gdań­ska? – spy­ta­ła. – A jak da­le­ko?

– Nie­da­le­ko, oko­ło czter­dzie­stu ki­lo­me­trów. Może pięć­dzie­się­ciu.

– O, rany! – krzyk­nę­ła. – To może ja bym mo­gła do Gdań­ska pójść do li­ceum, co? – spy­ta­ła z na­dzie­ją w gło­sie. Tego się wła­śnie oba­wia­łam. Nie wiem, jak moja mat­ka to ro­bi­ła, że po­tra­fi­ła tak wszyst­kich owi­nąć so­bie wo­kół pal­ca. Spoj­rza­łam na ojca, któ­ry wzru­szył bez­rad­nie ra­mio­na­mi. No tak, to pew­nie lata tre­nin­gów na obiek­cie zwa­nym „mę­żem”. A jak to mó­wią, tre­ning czy­ni mi­strza.

– Gdzie miesz­ka ciot­ka? – spy­ta­łam zre­zy­gno­wa­na. Już czu­łam, że z mo­ich pla­nów urlo­po­wych zo­sta­ły wió­ry.

– W Sta­ro­gar­dzie Gdań­skim – od­par­ła. – To tro­chę mniej­sza miej­sco­wość od na­szej, ale nie­du­żo. Ciot­ka miesz­ka w ci­chej, spo­koj­nej dziel­ni­cy w dom­ku jed­no­ro­dzin­nym. Sama nie da so­bie rady. Ma po­cząt­ki Al­zhe­ime­ra. – Po­wie­dzia­ła to już in­nym to­nem, nie ta­kim en­tu­zja­stycz­nym jak przed chwi­lą. Przy­stą­pi­ła do dru­giej fazy – te­raz na­le­ża­ło mnie wziąć na li­tość. Jak ja ją do­brze zna­łam, wszyst­kie te jej sztucz­ki, a i tak za­wsze da­wa­łam się na­brać. Nie­na­wi­dzi­łam sie­bie za to. – To tyl­ko rok. Ja w przy­szłym roku idę na eme­ry­tu­rę, to weź­mie­my cio­cię do sie­bie – do­da­ła. Brzmia­ło to sen­sow­nie, tyl­ko dla­cze­go prze­wra­ca­ło moje ży­cie do góry no­ga­mi?

– Ale od­jazd! – krzyk­nę­ła Lu­sia, któ­ra za­wie­si­ła się na sło­wie „Gdańsk”. Pew­nie ocza­mi wy­obraź­ni już tam była. – Mamo, ale od­jazd!

– Jaki od­jazd? – spy­ta­łam po­iry­to­wa­na. – To ot­chłań prze­pa­ści.

– Je­dzie­my? – spy­ta­ła. – Mnie za­wsze po­do­bał się Gdańsk. A jesz­cze cho­dzić tam do szko­ły… Wszy­scy zna­jo­mi pęk­ną z za­zdro­ści.

– Spo­koj­nie, mu­si­my to prze­my­śleć… A jak ci ku­pię nowe van­sy, to też pęk­ną z za­zdro­ści i bez prze­pro­wadz­ki się obej­dzie.

– Ha, ha. Z pen­sji na­uczy­ciel­skiej? Nie wie­rzę. Po­nad­to van­sy ma już po­ło­wa kla­sy.

– Ale to nie jest ła­twa de­cy­zja.

– Niby tak – po­wie­dzia­ła mama. – Ale nie chcę cię mar­twić, za dwa dni skoń­czy się re­kru­ta­cja i jak Lu­sia chce do tego Gdań­ska…

– Okej, zro­zu­mia­łam! – krzyk­nę­łam.

– Wie­dzia­łam, że się zgo­dzisz – rzu­ci­ła i po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek. Ja­sne, dla­cze­go mia­łam się nie zgo­dzić, prze­cież do­pie­ro od kil­ku lat ma­rzył mi się urlop. Mia­łam pod­re­pe­ro­wać sie­bie, a będę ra­to­wać zdro­wie ja­kiejś zdzi­wa­cza­łej ciot­ki Zoś­ki, któ­ra na­wet nie pa­mię­ta o moim ist­nie­niu. – Dam ci jesz­cze na­mia­ry na tych mo­ich zna­jo­mych, co chcą wy­na­jąć miesz­ka­nie na rok. – Za­czę­ła grze­bać w to­reb­ce. – Wi­dzisz, jak pięk­nie się wszyst­ko ukła­da? – Uśmie­cha­ła się, da­lej gme­ra­jąc w tor­bie. Skoń­czy­ło się to gme­ra­nie wy­rzu­ce­niem wszyst­kie­go na tap­czan. Do­pie­ro wte­dy od­na­la­zła od­po­wied­ni świ­stek i po­da­ła mi go z try­um­fem, że niby jest taka mą­dra, wspa­nia­ło­myśl­na, po­my­sło­wa… A ja mia­łam ocho­tę prze­gryźć jej tęt­ni­cę, ale ba­łam się spy­tać o zgo­dę, żeby jej nie ura­zić. Boże, kie­dy ja po­zbę­dę się tego dziw­ne­go lęku przed wła­sną mat­ką? Je­dy­na ko­rzyść z tego wy­jaz­du była taka, że nie będę jej wi­dzia­ła przez dłu­gi czas. Jak do­brze pój­dzie, to może przez rok. O, i do tej my­śli trze­ba było się uśmiech­nąć.

Ro­dzi­ce dłu­go nie po­sie­dzie­li. Mama żyła w cią­głym bie­gu, więc kie­dy była już pew­na, że cel zo­stał osią­gnię­ty, za­go­ni­ła ojca do wyj­ścia.

– Co o tym są­dzisz? – spy­ta­łam cór­kę za­raz po ich wyj­ściu. – Ale się wko­pa­łam, co?

– Żar­tu­jesz? – zdzi­wi­ła się moim py­ta­niem. – To su­per oka­zja, że wy­rwę się z tej pro­win­cji i będę mo­gła uczyć się w Gdań­sku. Pa­mię­tasz, jak pięk­ne jest to mia­sto?! – pia­ła z za­chwy­tu. Ja usia­dłam przy ła­wie obok niej i nie wie­dzia­łam, czy mam wa­lić gło­wą o blat, czy pła­kać, czy może ulec eu­fo­rii swo­jej pier­wo­rod­nej i z tej wąt­pli­wej ra­do­ści oba­lić bu­tel­kę wina.

– Nie żar­tu­ję – od­po­wie­dzia­łam. – Je­stem prze­ra­żo­na.

– Ma­muś, co my mamy do stra­ce­nia, co?

– Jak to co? – zdzi­wi­łam się jej ra­do­ści. Prze­cież wła­śnie tra­cę świę­ty spo­kój i ma­rze­nia o re­lak­su­ją­cym, bez­tro­skim urlo­pie, pod­czas któ­re­go mia­łam na­ła­do­wać swo­je ba­te­ryj­ki.

– No co? Pen­sję bę­dziesz mieć na urlo­pie, do­sta­nie­my kasę za wy­na­jem miesz­ka­nia, za­osz­czę­dzi­my tro­chę, zmie­ni­my kli­mat, oto­cze­nie…

– Do­bra, nie roz­krę­caj się, ja jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam.

– Jak to nie? Zgo­dzi­łaś się. Mam świad­ków: bab­cię i dziad­ka – od­par­ła bez­czel­nie.

– Jezu, w co ja się wpa­ko­wa­łam?!

– Bę­dzie do­brze, spo­ko – od­par­ła, przy­tu­la­jąc mnie moc­no. – Zo­ba­czysz, to bę­dzie faj­na przy­go­da.

– Ale za rok bę­dziesz mu­sia­ła zmie­nić szko­łę, prze­cież tu wró­ci­my – pró­bo­wa­łam szu­kać od­po­wied­nich ar­gu­men­tów, żeby ostu­dzić jej za­pał.

– A może za­miesz­kam w in­ter­na­cie? Prze­cież będę pra­wie do­ro­sła – od­par­ła szyb­ko. Czy­li już so­bie w gło­wie ro­bi­ła plan na naj­bliż­sze lata. Bab­cia od­po­wied­nio za­pu­ści­ła swo­je­go ro­bacz­ka, któ­ry zdą­żył wy­żło­bić po­tęż­ny tu­nel.

– Do­bra, ja od­pa­dam – stwier­dzi­łam bez­rad­nie. – Że­byś tyl­ko nie mia­ła do mnie po­tem pre­ten­sji. – Wy­chy­li­łam dusz­kiem ostat­nią lamp­kę wina i za­pa­dłam się bez­wład­nie w ka­na­pę.

– Bę­dzie do­brze – od­par­ła i szyb­ko prze­sia­dła się na krze­sło przy biur­ku. – Po­szu­kam ja­kie­goś faj­ne­go li­ceum, bo trze­ba bę­dzie prze­nieść do­ku­men­ty. Na szczę­ście wszyst­ko moż­na zro­bić przez in­ter­net.

– Wi­dzę, że już po­sta­no­wi­łaś.

– Trze­ba prze­cież po­móc cio­ci, chy­ba jej tak nie zo­sta­wisz? – od­wo­ła­ła się do mo­ich tak zwa­nych wyż­szych uczuć. Cwa­nia­ra! Cio­ci chy­ba ni­g­dy nie wi­dzia­ła, a tak bar­dzo chcia­ła jej po­ma­gać.

Wy­szłam do kuch­ni, aby po­zmy­wać na­czy­nia. Po chwi­li usły­sza­łam głos cór­ki do­bie­ga­ją­cy z po­ko­ju. Roz­ma­wia­ła ze swo­ją uko­cha­ną przy­ja­ciół­ką Wio­lą. Traj­ko­ta­ła w słu­chaw­kę o prze­pro­wadz­ce, o li­ceum w Gdań­sku, o moż­li­wo­ściach, o te­atrze. Słu­cha­łam tego jed­nym uchem i za­sta­na­wia­łam się, skąd w niej taki en­tu­zjazm. Cho­ciaż, jak się nad tym za­sta­no­wić, to trud­no się dzi­wić. Była mło­da, lu­bi­ła zmia­ny. Przede wszyst­kim nie bała się ich tak jak ja. Była cie­ka­wa świa­ta. Wi­dzia­ła dla sie­bie duże moż­li­wo­ści w Trój­mie­ście. Może i ra­cja. Mu­szę tyl­ko za­ra­zić się choć odro­bi­nę tym jej en­tu­zja­zmem i po­zbyć stra­chu.

W cią­gu kil­ku­na­stu dni spa­ko­wa­ły­śmy wszyst­kie po­trzeb­ne rze­czy. To, co było zbęd­ne, wy­nio­sły­śmy do piw­ni­cy. Już ju­tro mają się tu­taj wpro­wa­dzić na cały rok ja­cyś zna­jo­mi mamy. Pod­pi­sa­li­śmy umo­wę przez biu­ro nie­ru­cho­mo­ści. Uda­ło się wy­tar­go­wać do­brą cenę za wy­na­jem. Aż ty­siąc dwie­ście zło­tych mie­sięcz­nie. Sami będą opła­cać wszel­kie me­dia, więc po ure­gu­lo­wa­niu czyn­szu zo­sta­nie mi osiem­set zło­tych na czy­sto. Od tego pew­nie jesz­cze ja­kiś po­da­tek trze­ba bę­dzie za­pła­cić, ale to i tak do­bry do­da­tek do go­łej wy­pła­ty.