Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przyszłość nadeszła! Ale... nie każdemu spodoba się to, co zobaczy.
Co, jeśli życie to tylko symulacja? Czy jako ludzie bylibyśmy w stanie funkcjonować w zgodzie z obcymi? I jak zachowywałyby się nasze klony, gdyby przypadkiem zostały wypuszczone na wolność?
„Zła percepcja” to zbiór dwudziestu opowiadań science fiction, które balansują między farsą a filozofią. Codzienność miesza się tu z przyszłością, ironia z powagą, a w absurdalnych sytuacjach odnaleźć można zaskakująco celne odbicie ludzkich lęków, marzeń i przyzwyczajeń. Autor z humorem oraz błyskotliwością kreśli wizje rzeczywistości, która albo was rozbawi, albo przestraszy – ale na pewno nie zostawi obojętnymi.
Tu za każdym rogiem czai się nowa wersja świata. Nie wszystkie są przyjemne, nie wszystkie da się zaakceptować, ale wszystkie mogą się ziścić.
Bo kto tak naprawdę wie, co kryje przyszłość?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 224
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Jeżeli nie macie pytań, to koniec wykładu – powiedział Piotr i wyłączył rzutnik. – Dziękuję za uwagę, zapraszam za tydzień – dodał, starając się, aby w jego głosie nie było słychać sarkazmu.
Kiedyś kończył spotkania formułką „Jeżeli nie macie więcej pytań…”. Warunkiem do „więcej” jest przynajmniej jedno. Od ponad dwóch lat żadna grupa studencka nie wykazała zainteresowania czymkolwiek z tematyki wykładu. Były czasy, kiedy pęd młodych ludzi do wiedzy dawał się zauważyć gołym okiem. Wówczas, gdy dziękował za uwagę, robił to szczerze, słuchając podziękowań płynących w drugą stronę. Teraz miał wrażenie, że wyniósł to z jakichś książek historycznych i filmów kostiumowych, a nie z własnej praktyki.
Składając powoli sprzęt audiowizualny, obserwował wychodzącą z sali młodzież. Wyniosłe panny z ostrym makijażem błyskały licznymi kolczykami w uszach. Jeśli tylko w takiej lokalizacji, to byłoby to do zaakceptowania. Gorzej, gdy refleks świetlny odbił się od ozdoby przekłuwającej łuk brwiowy. Natomiast dlaczego ktoś z własnej i nieprzymuszonej woli zakładał sobie kolczyk w nosie, było dla Piotra rzeczą niepojętą. Od razu nasuwały mu się obrazki hodowlanych świń, którym w analogiczne miejsca zakładano kolczyki celem zniechęcenia zwierząt do nadmiernego rycia. O przekłutych językach, sutkach i narządach płciowych wolał nawet nie myśleć. Wiedział o ich istnieniu i zdawał sobie sprawę, że statystycznie co trzecia wychodząca z sali dziewczyna mogłaby się czymś takim pochwalić, ale nie dopuszczał tych wizji do swego umysłu. Celowo i świadomie zakładał sobie filtr.
Obok tak zwanych lasek szła grupa playboyów. Koszulki z kretyńskimi napisami były znakiem firmowym „wyluzowanych” studentów. Piotr kiedyś wątpił w to, że hasła typu „Sex instruktor, pierwsza lekcja gratis” albo „Potrafię pięć razy z rzędu” pomagały poderwać jakąś dziewczynę. Jak się jednak okazywało, im bardziej seksistowski i wulgarny T-shirt, tym więcej dziewczyn orbitowało wokół jego właściciela. Niepojęte, ale prawdziwe.
Z biegiem czasu, semestr za semestrem, przyglądał się wieloznacznym napisom, dochodząc do wniosku, że ich poziom zatrważająco spada. Nie próbował nawet wyobrazić sobie tego, co będzie widnieć na studenckich koszulkach za parę lat. Od około roku zaprzestał odczytywania takich tekstów. Rejestrował fakt ich istnienia, ale nic poza tym. To był kolejny filtr, który sprawiał, że stawały się jedynie zlepkiem nieniosących treści liter.
O ile to przychodziło stosunkowo łatwo, o tyle znacznie trudniej było mu przejść do porządku dziennego nad inną częścią garderoby – spodniami. Nie miał nic przeciwko jeansom. Sam w nich chodził i w pełni zgadzał się ze stwierdzeniem, że to nieśmiertelny materiał. Nie trawił jednak niektórych specyficznych krojów, a zwłaszcza krocza majtającego się na wysokości kolan. Kojarzyło mu się to dość jednoznacznie i pejoratywnie – spodnie na kupę. Widząc na twarzach niektórych studentów tęsknotę za rozumem, a czasami słysząc bezdenną głupotę ich wypowiedzi, Piotr dochodził do wniosku, że dla części z nich szczytem możliwości intelektualnych jest kontrola nad zwieraczami. Niektóre osoby sprawiały momentami wrażenie, że nawet to znajduje się poza ich zasięgiem. Dla nich spodnie na kupę były w sam raz.
Aula powoli pustoszała. Piotr włożył notatki do jednej z przegródek torby, do innej wrzucił listę obecności i laserowy wskaźnik. Gwar wychodzących studentów cichł z każdą mijającą sekundą. W pewnym momencie nad jego marne resztki przebiło się chrząknięcie. Przez biurkiem stała dziewczyna. Odgłos, który przed momentem wydała, sugerował nieśmiałość, brak pewności siebie, ewentualnie zakłopotanie. Wygląd zewnętrzny całkowicie przeczył temu wrażeniu. Ze zbyt dużego dekoltu wystawały uniesione przez push-up piersi, przykrótka bluzeczka odsłaniała obecny w pępku kolczyk, który zaopatrzony w diodę migał na czerwono. Na pokryte grubą warstwą pudru czoło spadał zakręcony, równie czerwony kosmyk włosów. Być może całość z założenia miała wyglądać zalotnie, ale w opinii Piotra dziewczynie nie udało się osiągnąć zamierzonych efektów. Przedłożone rzęsy zatrzepotały szybko, lecz to niczego nie zmieniło.
– Panie doktorze! – Przesłodzony głos nieprzyjemnie kontrastował z wyglądem studentki. – Ta cała ksenobiologia… Ona jest trudna i ja nie wszystko łapię.
– Tak? – Piotr zmusił się, aby okazać choć trochę zainteresowania.
– Czy moglibyśmy dokładniej omówić niektóre zagadnienia w ramach popołudniowych korepetycji? – W kąciku ust zabłąkał się pozornie niewinny uśmieszek, znów zatrzepotały rzęsy.
Zapytany stanowczo pokręcił głową.
– Nie udzielam korepetycji – odpowiedział. Nie chcąc, aby w tej kwestii były jakiekolwiek wątpliwości, szybko dodał: – I nie robię wyjątków dla nikogo. – W duchu zaś ciężko westchnął, stwierdzając, że świat schodzi na psy.
Burzliwe romanse między nauczycielami i uczennicami znane były od zarania dziejów. Zainteresowanie przejawiane przez blondynkę z uwydatnionym biustem w innej sytuacji mogłoby Piotrowi schlebiać. Jednak nie w tej – tu nie było niczego z namiętności. Uczucia zredukowane zostały do zera. Zdzira pchała mu się do łóżka w zamian za pomoc w zdaniu egzaminu. Dla niego chwila lub dwie przyjemności, dla niej trochę gimnastyki i wpis do indeksu. Zwykły interes, choć zamiast finalizacji gotówką – finalizacja orgazmem.
Studentka zrobiła najpierw zdziwioną, a potem kwaśną minę. Sprawiała wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu ktoś dał jej kosza. Prychnęła gniewnie i z ostentacyjnie uniesioną głową wyszła z sali.
Możesz sobie strzelać focha, laluniu – pomyślał wykładowca, zamykając teczkę. – Trzeba było zostać aktorką, zamiast wybierać się na uniwersytet.
Kiedy zamykał salę, podeszła do niego kolejna dziewczyna.
Ależ mam dzisiaj pecha! – zdążył pomyśleć.
– Doktorze! – W głosie studentki wyraźnie było słychać egzaltację. – Pański wykład był fantastyczny. Nauka o obcych gatunkach to świetny przedmiot!
Jeżeli wcześniej Piotr doszukiwał się egzaltacji, tym razem był prawie pewien euforii rozmówczyni.
– Mam pomysł na bardzo ciekawą pracę badawczą z zakresu fizjologii porównawczej ras humanoidalnych z centralnych obszarów Drogi Mlecznej.
Piotr wziął głęboki oddech i w myślach policzył do pięciu. Fantastyczny wykład, świetny przedmiot, bardzo ciekawa praca… Żywiony przez dziewczynę entuzjazm wręcz przytłaczał. Nie miał najmniejszej ochoty kolejny raz bawić się w wielką naukę. Położył dłoń na barku rozmówczyni, co wreszcie przerwało jej słowotok. Pochylił się ku niej i zajrzał jej głęboko w oczy.
– Koleżanko! – powiedział poważnym tonem. – To pomysł zasługujący na miano bardzo odkrywczego. Nie spotkałem czegoś o tak wielkim potencjale naukowym przynajmniej od dekady. Dobrze orientuję się w tym temacie i jeżeli dopracuje pani jeszcze kilka tematów pobocznych projektu, to znajdzie się on wśród poważnych kandydatów do kseno-Nobla. Musi pani iść z tym koniecznie do dziekana Wydziału Ksenobiologii. W kwestii tak szeroko zakrojonych i szczegółowych badań porównawczych jedynie on może podejmować decyzje.
Nie mówiąc nic więcej, zabrał rękę z barku zszokowanej dziewczyny i odszedł. Oddał wiecznie znudzonemu portierowi kartę kodową do drzwi sali wykładowej i opuścił budynek uniwersytetu. Dopiero na zewnątrz odetchnął z ulgą. Spławił entuzjastkę ksenobiologii, ale nie czuł z tego powodu wyrzutów sumienia. Za mało mu płacono, żeby miał się przemęczać przy dodatkowych projektach badawczych. Być może pomysł studentki nie był zły i być może udałoby się go zrealizować. Nie chciał jednak niczego więcej o nim wiedzieć. Znał życie na tyle dobrze, żeby zdawać sobie sprawę z przynajmniej dwóch brutalnych prawd.
Po pierwsze, najprawdopodobniej naharuje się jak wół, a laurami będzie musiał podzielić się z kilkoma osobami, które przy pracy nawet nie kiwną palcem. Ojców sukcesu w środowiskach uczelni wyższych zazwyczaj bywa wielu. Po drugie zaś, znając wąskie horyzonty i niezbyt lotny umysł dziekana, pomysł na ciekawy projekt badawczy miał wielkie szanse rozmienić się na drobne i zamiast nauką stać się naukowizną. Ambitne badania na Wydziale Ksenobiologii służyły jedynie temu, aby wyciągnąć pieniądze z różnych źródeł. Potem zaś tworzono rzekomo odkrywcze publikacje o rzeczach oczywistych aż do bólu. Po raz drugi albo i trzeci wynajdywano łyżkę do butów lub otwieracz do konserw. Piotr nie zamierzał ponownie ugrzęznąć w pseudonaukowym bagienku. Stracił w nim pięć lat na zrobienie doktoratu i obiecał sobie, że nie zmarnuje w ten sposób ani chwili dłużej.
Humanoidzi z centrum Drogi Mlecznej – przypomniał sobie pełną entuzjazmu studentkę i parsknął śmiechem. Jedna mała sonda sprzed dekady narobiła takiego zamieszania, że mimo upływu lat wielu ksenobiologom wciąż odbijała się czkawką. Zrobiono ją podobnie do tej, którą swego czasu ludzkość wysłała w kosmos – tu również były rysunki sylwetek obcych i powitania nagrane w szeleszczących, bulgoczących oraz piszcząco-pluskających językach. Chyba powitania, bo jak dotąd nikt tego nie udowodnił. Równie dobrze mogły być to chamskie wyzwiska i groźby unicestwienia ludzkiej rasy. Przeważała jednak opinia, że sonda była świadectwem istnienia pokojowo nastawionych braci w rozumie.
Problem polegał na tym, że wytwór obcej cywilizacji wyrżnął w ziemię i uległ częściowemu uszkodzeniu. W konsekwencji nie dało się odczytać danych o źródle sondy. Nie było wiadomo, skąd przyleciał dowód istnienia technicznie zaawansowanej cywilizacji. Fakt ten dla wielu sceptyków stawiał wiarygodność sondy pod dużym znakiem zapytania. Piotr nigdy nie był zwolennikiem spiskowej teorii dziejów, ale sam przed sobą musiał przyznać, że w historii z sondą coś mu śmierdziało.
Czas mijał, lecz szum wokół artefaktu nie cichł. Ksenobiolodzy prześcigali się w domysłach i hipotezach, kilku zdecydowało się nawet na opublikowanie własnych wersji tłumaczeń nagrań obcych. Tych ostatnich Piotr uważał za osoby nieposiadające nawet odrobiny samokrytycyzmu, o pokorze nie wspominając. W jego opinii byli to ksenobiolodzy mądrzy inaczej. Sondę prześwietlono, przeskanowano, wybebeszono i rozebrano na czynniki pierwsze. Nikt nie potrafił udowodnić niezbicie jej prawdziwości, nikt też nie dowiódł fałszerstwa. Sprawa znalazła się w impasie, lecz zamiast stopniowo przycichać, wciąż budziła kontrowersje i niezdrowe fascynacje, w tym także wśród studentów, o czym przed momentem się przekonał.
Pokręcił zdegustowany głową. Jak nie napalona lafirynda, to napalona na naukę świruska. A jak nie zakolczykowane lalunie, to tępe osiłki w spodniach na kupę. Świat rzeczywiście schodził na psy. Biorąc pod uwagę slogan mówiący, że młodzież jest przyszłością społeczeństwa, rzedniejący włos jeżył mu się na głowie. Z jednej strony cieszył się, że nie ma zdolności do prekognicji, z drugiej jednak nie trzeba być jasnowidzem, aby domyślić się, co się stanie za kilkanaście lat – wszystko się wypierniczy i już nie wstanie.
Jak na zawołanie Piotrowi przypomniała się jeszcze jedna myśl pasująca jak ulał do mijającego dnia – człowiek budzi się pewnego ranka i stwierdza, że całe życie mieszka w domu wariatów. Nic dodać, nic ująć. Mijał kolejny rok jego pracy na uczelni. Stanowisko starszego wykładowcy nie brzmiało zbyt dumnie, przesadnie dochodowe też nie było. Czego się dorobił? Systematycznie powiększającej się łysinki, okularów w czarnych oprawkach i piętnastoletniego, mocno sfatygowanego auta. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że ma tytuł doktora. Cóż jednak z tego? Czasy, w których wiązał się z tym jakiś prestiż, bezpowrotnie minęły. Wszystko się pozmieniało, ze studentami włącznie.
Kiedyś po egzaminie podchodzili do niego w kilkuosobowych grupkach. Jedni dopytywali się o właściwe odpowiedzi, inni dziękowali za przekazaną wiedzę, zdarzały się nawet zaproszenia na piwo. Z niektórymi nawet na to piwo się umawiał. Kontakt z nimi był bliższy. Dziś wizyty po egzaminie wiązały się jedynie z ustaleniem terminu poprawki.
Po braku chęci na udzielenie korepetycji cycatej blondynie rozejdzie się plotka, że jestem gejem… – Piotr ponownie parsknął śmiechem, dochodząc do tego wniosku. – Ciekawe, co z kolei pomyślała sobie ta druga dziewczyna. Miała taką minę, jakby uwierzyła, że potrafię odczytywać jej myśli. Od jutra na uczelni będą za plecami mówić o mnie „pedał-telepata”.
Nie wzruszało go to ani trochę. Przez lata przywykł do złośliwości i przypinania różnych łatek w wykonaniu zarówno uczącej się młodzieży, jak i kolegów po fachu. Dwie więcej, dwie mniej – co za różnica?
Niespiesznym krokiem zbliżał się do miejsca przydzielonego mu na wewnętrznym parkingu z tyłu budynku uniwersytetu. Czekało go pięć sekund niepewności co do stanu technicznego auta. Porysowane czy nie? Opony całe czy ktoś je zamordował przy użyciu ostrego przedmiotu? Studenci oprócz tego, że z natury leniwi, cechowali się też pewną dozą złośliwości. Tym razem wszystko było w porządku. Prawie wszystko – o powoli zżeraną przez rdzę klapę bagażnika opierała się dziewczyna.
Ciekawe, co tym razem? – zastanowił się Piotr.
Podszedł bliżej i zapytał:
– W czym mogę pomóc? – Zrobił to, siląc się na uprzejmy ton, choć w głębi duszy miał ochotę warknąć coś zdecydowanie mniej kulturalnego.
Dziewczyna spojrzała na niego przeciągle, po czym zapytała:
– Doktor Piotr Iwański?
Przytaknął, próbując zorientować się, co z nią jest nie tak.
– Ksenobiolog? – Identyfikacja miała ciąg dalszy.
Skinął głową.
– Doktorat z mimikry międzyrasowej potencjalnych gatunków humanoidalnych? – Głos dziewczyny wywoływał nieprzyjemne dreszcze rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Był drażniąco miękki, szeleszczący.
Kiedy Piotr kolejny raz potwierdził, że chodzi o niego, usłyszał zdanie, które pozbawiło go tchu:
– Mamy dla pana propozycję, doktorze.
W jednej chwili odgadł naturę szeleszczącego głosu. Miał wrażenie, że kiedyś już coś podobnego słyszał, i początkowo nie mógł zorientować się, gdzie i kiedy. A potem przyszło olśnienie. Skojarzył wszystko ze sobą i z wrażenia oparł się o bagażnik tuż obok dziewczyny. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, a ona uśmiechała się i potakująco kiwała głową.
– Wiedziałam, że szybko pan się domyśli. Jest pan zainteresowany?
– Oczywiście! – Piotr wydusił odpowiedź z suchego, zaciśniętego gardła.
Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że ze względu na własne bezpieczeństwo nie powinien odmówić obcemu w ludzkim ciele. W błyskawicznie podjętej decyzji była jednak również olbrzymia ciekawość. W końcu nie bez powodu został ksenobiologiem. Wciąż oniemiały patrzył na dziewczynę i powoli oswajał się z myślą, że właśnie rozpoczyna współpracę z inteligentną, obcą rasą. Humanoidzi z centrum Drogi Mlecznej jednak istnieli.
– Jedziemy czy lecimy? – szeleszczącym głosem zapytał obcy w ludzkim ciele.
Piotr rozejrzał się dookoła. Nigdzie w pobliżu nie było widać czegoś, co choć trochę mogłoby zasługiwać na miano latającego spodka. Zaraz potem spojrzał jednak na piętnastoletni wehikuł, o który się opierał, i kolejną decyzję podjął równie szybko.
– Lecimy! – odpowiedział zdecydowanym głosem.
Dziewczyna założyła mu na nadgarstek metalową bransoletkę i przekręciła jeden ze współtworzących ją elementów. Piotr bez wahania złapał za jej wyciągniętą rękę. Po chwili dwie smukłe sylwetki śmigały nad dachami domów w szalonym pędzie.
Otworzyłem oczy. Żółte słońce sączyło się przez przybrudzone, plastikowe ściany. Nie było zbyt intensywne, ale zmusiło mnie do kilkukrotnego mrugnięcia, aby pozbyć się pojawiających się jak na zawołanie łez. Siedziałem otoczony z trzech stron przez pomazane, od lat niemyte tafle z pleksi. Przystanek autobusowy – niby nic niezwykłego, tylko skąd ja się tu wziąłem? Poczułem nieznośny smród. Kwaśny odór taniego wina, starego moczu i zjełczałego tłuszczu wdzierał się bezceremonialnie do nosa. Jego źródło siedziało obok mnie.
Cuchnący żul miał zaschnięte smarki na skołtunionej brodzie, jednak to nie one najbardziej przykuwały uwagę spośród wszystkich składowych jego oblicza. Gość miał największe oczy, jakie kiedykolwiek dotąd widziałem. Wybałuszał je na mnie zupełnie tak, jakbym miał trzy ręce. Spojrzałem po sobie.
O kurwa! – przeleciało mi przez myśl, gdy ujrzałem trzecią kończynę, wyrastającą ze środka mojej klatki piersiowej. Wystraszyłem się nie na żarty, a trzecia ręka zobrazowała to bliżej nieskoordynowanym ruchem. Żul gwałtownie wciągnął powietrze, co wywołało wysoki świst pomiędzy jego nielicznymi zębami.
– No co? – zapytałem w mało sprecyzowany sposób, ale nie uzyskałem odpowiedzi.
Kolejny ruch nadprogramowej kończyny sprawił, że pijaczek zemdlał. Osunął się na ziemię, a wkrótce potem w okolicach środka jego ciała pojawiła się kałuża. Biedakowi puściły zwieracze – pomyślałem. Nieznośny smród nasilił się jeszcze bardziej, zmuszając mnie do działania. Nie miałem zielonego pojęcia, skąd się tu wziąłem i dlaczego mam trzy ręce, ale jedno wiedziałem z całą pewnością – musiałem opuścić cuchnącą wiatę!
Podchodzący mi do gardła żołądek nadał tempo moim ruchom. Muszę przyznać, że były one nieco niezborne, a wynikało to z faktu, że miałem jeszcze jedną dodatkową kończynę – dolną. Zobaczyłem ją i poczułem dopiero, kiedy wstałem. Chwilę zajęło mi opanowanie techniki poruszania się bez narażania na utratę równowagi, w końcu jednak poczłapałem przed siebie.
Dlaczego jestem taki dziwny? Głowę bym dał sobie uciąć, że jeszcze wczoraj wyglądałem normalnie. Skąd więc tak drastyczne zmiany? Mutuję w jakiegoś potwora? A może pączkuję? Aż wzdrygnąłem się na ostatnią myśl. No bo jak to – wyszedłbym z samego siebie i stanął obok? Kim byłby w tej sytuacji ten drugi? Kimś obcym czy mną? Bratem bliźniakiem czy może powinienem traktować go jak syna? To jakiś obłęd!
Czmychnąłem do bramy, gdyż z naprzeciwka szli jacyś ludzie. Co prawda pijaczek na mój widok zemdlał, ale ci dla odmiany mogliby na przykład zacząć wrzeszczeć. Nie uśmiechała mi się perspektywa zbiegowiska i wytykania palcem. Musiałem choć trochę oswoić się z nową sytuacją i potrzebowałem kilku chwil spokoju. Tonąca w cieniu czeluść bramy nie wydawała się najodpowiedniejszym ku temu miejscem, ale na bezrybiu i rak ryba. W porównaniu z przystankiem panował tu półmrok i chwilowo nikt mi nie przeszkadzał, choć tu także rozchodził się smród uryny. Szczanie po kątach było chyba nieodzowną częścią ludzkiej natury. Wzruszyłem dwoma normalnymi ramionami, trzecie drgnęło przy okazji, jakby dla towarzystwa. To nie był czas na jałowe filozofowanie o cechach charakteru sprawców nieprzyjemnego aromatu bramy.
Oparłem czoło o betonową ścianę. Była przyjemnie chłodna. Uspokoiłem oddech, walące dotąd jak oszalałe serce zwolniło nieco rytm. Co mi się stało? To natrętne pytanie bez chwili przerwy przewiercało mój mózg na wylot. Nie miałem bladego pojęcia, żadna racjonalna odpowiedź nie przychodziła do skołowanej głowy. Dlaczego tak wyglądałem? Skąd się tu znalazłem? Cholerne zagadki!
Nie wiem, ile czasu stałem oparty, w końcu jednak moja trzecia noga znudziła się bezproduktywnym dumaniem i kopnęła mnie w kolano. Sam siebie kopnąłem, chociaż wcale nie chciałem. Syknąłem z bólu, a chwilę potem z tego samego powodu wrzasnąłem. Oberwało bowiem drugie kolano. Zadziałały odruchy – podkurczyłem poszkodowane kończyny i zacząłem rozmasowywać bolące miejsca. W efekcie wyglądałem jak zmutowany bocian – stałem na jednej nodze i kiwałem się niezgrabnie na boki.
Ja pierdolę! – tylko tyle zdążyłem pomyśleć, gdy mój aktualnie jedyny punkt podparcia złośliwie się zgiął. Grzmotnąłem bezwładnie na tyłek. Dopiero teraz naprawdę mnie zabolało! Co za koszmar! Nie słucha mnie własna noga! Co z tego, że dodatkowa? Jest moja i nie ma prawa mnie kopać! Ani przewracać. Ostrożnie obmacałem stłuczony tyłek. Bolał tak, jakby przy upadku pękł na cztery pośladki.
Właśnie podpierałem się rękami, aby wstać, gdy trzecia kończyna górna walnęła mnie pięścią w nos, a potem szarpnęła za włosy do przodu i w dół. Znów leżałem jak długi na ziemi, do oczu cisnęły się łzy, a z rozbitego nosa kapała krew. To przestało być zabawne, o ile kiedykolwiek choć trochę było. Zrobiło się za to niebezpieczne. Musiałem z tym skończyć, bo inaczej gotów byłem okaleczyć sam siebie, a kto wie, czy nawet nie zabić.
Usiadłem i rozerwałem koszulę na piersiach. To, co ujrzałem, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Trzecia ręka przyczepiona była na zatrzaski. Z głośnymi, suchymi trzaskami porozdzielałem je wszystkie. Dodatkowa kończyna zaciekle się przed tym broniła, więc do rozbitego uprzednio nosa dołączyło podbite oko oraz kilka zadrapań na czole i policzkach. W końcu to jednak ja byłem górą. Bezceremonialnie wyrwałem garść przewodów wychodzących mi ze środka mostka i odrzuciłem rękę na bok. Upadła bezwładnie z głuchym odgłosem, drgała przez chwilę, po czym zastygła w bezruchu z wyprostowanym środkowym palcem.
Nie miałem czasu zareagować na prowokację. Czym prędzej rozpinałem bowiem spodnie, aby dobrać się do dodatkowej nogi. Znów strzeliły zatrzaski, wiązka kolorowych przewodów została wyrwana ze szpary między pośladkami. Ledwo to zrobiłem, uciekłem z bramy.
Wypadłem na ulicę jak strzała, aby jak najszybciej zostawić za sobą największy koszmar w życiu. W biegu dopinałem rozporek, poły rozerwanej koszuli powiewały mi gdzieś za plecami. Sprint trwał zaledwie minutę. Już od dłuższego czasu byłem na bakier z kondycją i nawet wyzwolona ostatnimi przeżyciami adrenalina na niewiele się zdała. Zziajałem się jak pies, a coraz krótszy oddech zmusił mnie ostatecznie do zaprzestania biegu. Zatrzymałem się i sapałem jak lokomotywa. Przed oczyma fruwały mi czarne i czerwone plamki. Dopiero po chwili zdołałem odczytać widniejący na pobliskiej ścianie napis: „Gold Event, imprezy okolicznościowe”.
O kurwa! – westchnąłem, gdy wróciła mi pamięć.
Już wiedziałem, skąd tu się wziąłem i dlaczego wyglądałem jak zmutowany potwór. Zabiję gnoja jak psa! Chciało mi się wyć z wściekłości. Ależ się dałem wrobić! Za namową kolegi zafundowałem sobie koszmarną jazdę bez trzymanki. To miała być niezapomniana zabawa, totalny odlot, wieczór kawalerski wszech czasów. Zastąpić młode, ładne, zgrabne i gołe striptizerki grzybkami halucynogennymi? W dupie miałem taką zamianę. To z pewnością będzie wieczór kawalerski wszech czasów – zamierzałem spuścić porządny łomot mojemu drużbie.
Stałem przed domofonem i nie wierzyłem w to, co mnie spotkało. Jak setki razy wcześniej wstukałem kod do mieszkania i położyłem dłoń na czytniku linii papilarnych. Skanowanie zakończyło się zwykłym buczeniem, jednak jego wynik do zwykłych z pewnością nie należał. Zaskoczył mnie jak cholera. Na wyświetlaczu zapłonęły jaskrawe literki układające się w dwa słowa: „brak dostępu”. Pomyślałem wówczas, że pewnie pomyliłem się przy wyborze kodu mojego lokum. Po całym dniu pracy każdemu może się zdarzyć. Za drugim razem błędu z pewnością nie zrobiłem. Starannie wybrałem cyfry we właściwej kolejności i ponownie przyłożyłem dłoń do czytnika. Efekt był taki sam jak poprzednio.
Zanim zdążyłem przeanalizować sprawę na spokojnie, zadziałały odruchy – przyłożyłem dłoń po raz trzeci. To był niestety błąd. Zadziałał program antywłamaniowy i moje palce poraził prąd. Nie miałem pojęcia, że to tak boli. Spojrzałem na przysmażone opuszki – teraz z pewnością żaden czytnik nie rozpoznałby na nich jakichkolwiek linii. Co za dziadowskie urządzenie! Rozstroiło się gówno i nie chce wpuścić mnie do własnego mieszkania. Każdy komputer da się jednak zhakować, więc tym bardziej można obejść system zabezpieczający w postaci domofonu. Taką przynajmniej żywiłem nadzieję.
Przełączyłem skaner na opcję odczytu lewej dłoni. Wystukałem ponownie kod, ale w ostatniej chwili nie położyłem ręki na urządzeniu. Pełen niejasnych jeszcze obaw zbliżyłem palce do oczu.
– O w mordę! – wyrwało mi się mimowolnie, gdy zobaczyłem, że powierzchnie wszystkich palców są idealnie gładkie. Co tu jest grane? Jak to możliwe? Przecież nie ma chyba czegoś takiego jak bezlinijność dłoni!
Odszedłem kilka kroków i oparłem czoło o chłodną witrynę pobliskiego sklepu. Mimo późnej jesieni i niskich temperatur na dworze w jednej chwili zrobiło mi się nieznośnie gorąco. Sklep na szczęście był już zamknięty, bo pewnie właściciel przegnałby mnie stąd pod byle pretekstem. Blady, bo chyba taki właśnie byłem, a z pewnością spocony i z rozbieganymi oczami, mógłbym odstraszać mu klientów.
Ledwo pomyślałem o swoim wyglądzie, coś mnie tknęło. Oderwałem się szybko od szyby wystawowej i pobiegłem w stronę pobliskiego parku. Zamierzałem skorzystać ze znajdującego się na jego terenie szaletu, chociaż nie w zwyczajowy sposób. Musiałem spojrzeć w lustro. Bałem się tego jak cholera, ale coś w środku mówiło mi, że tak trzeba, że dzięki temu zdołam dowiedzieć się czegoś ważnego. Wpadłem do środka zdyszany i zatrzymałem się przed szklaną taflą wiszącą nad rzędem umywalek. Zadziałał czujnik ruchu, uruchomiła się ultradźwiękowa myjka, zwiększyła się głośność relaksacyjnej muzyki. Spojrzałem w swe oczy i jęknąłem. Nie miałem tęczówek. A w zasadzie miałem, ale ledwo widoczne.
Normalnie każdy człowiek ma w ich obrębie charakterystyczny wyłącznie dla siebie wzór. Na jego podstawie od wielu lat dokonuje się identyfikacji personalnej w bankach i urzędach. Skanery tęczówek rozpoznawały podróżnych na lotniskach i dworcach szybkiej kolei pneumatycznej. Bez przejścia procedury rejestracji własnego wzoru nie mógł obejść się nikt, kto chciałby dostać się do pracy na podmorskich platformach wydobywczych albo na pokład wahadłowca lecącego do księżycowych ośrodków wypoczynkowych. U mnie nie było czego identyfikować. Tęczówki miałem idealnie gładkie, a kolorem tylko nieznacznie różniły się od otaczających je twardówek. Z tego, co wiedziałem, nawet albinosi mieli jakiś wzór. Dlaczego więc ja nie? Najpierw brak linii papilarnych, a teraz to. Co się ze mną działo?
Ponownie przyjrzałem się sobie w lustrze. Cała reszta wyglądała normalnie – rysy znajome od czterdziestu lat, dobrze znana kurtka, choć oczywiście od znacznie krótszego czasu. Wystające spod kurtki marynarka, koszula i krawat – wszystkie te rzeczy nosiłem już wcześniej, nie miałem na sobie niczego niezwykłego. Wyglądałem jak typowy urzędnik, którym w istocie byłem.
Nagle znowu coś mnie tknęło. Ponieważ moje upiornie blade tęczówki nie miały żadnego wzoru, mogłem zapomnieć o skanowaniu przed wejściem na dworzec kolei pneumatycznej. Skoro tak, to w jaki sposób dostałem się do domu? Zaraz, wróć! Nie do domu, tylko przed dom. Pracowałem na drugim końcu miasta i na piechotę z pewnością nie przyszedłbym pod swój adres przed świtem. Spojrzałem na zegar ścienny – dochodziła osiemnasta. Z rachuby czasu wychodziło, że przyjechałem więc pociągiem. Wygląd moich oczu przeczył temu jednak dość wyraźnie.
– Kurwa! – zakląłem, gdy uświadomiłem sobie, że w zasadzie nie pamiętam wydarzeń tego dnia z okresu poprzedzającego nieudaną próbę sforsowania domofonu. Wczoraj, przedwczoraj i wszystko wcześniej tak, ale ten dzień stanowił białą plamę. Mój głos musiał uruchomić jakiś czujnik, bo do toalety przez boczne drzwi serwisowe wjechał robot czyszczący.
– Czy można w czymś pomóc szanownemu panu? – zabrzęczał metalicznie.
– Zjeżdżaj! – warknąłem.
Robot przez chwilę przyglądał mi się fotosensorami. Chyba analizował charakter mojej odpowiedzi. Na szczęście zinterpretował ją poprawnie, bo zachęciwszy mnie do ponownego skorzystania w przyszłości z sieci miejskich szaletów, opuścił pomieszczenie.
Jeszcze tylko blaszanego głupka było mi w tej chwili potrzeba!
Nie mogłem dłużej znieść widoku własnej twarzy, więc odwróciłem się do lustra plecami i oparłem o brzeg umywalki. Głowę bym dał, że ten dzień nie różnił się zbytnio od poprzednich, ale nie potrafiłem odpowiedzieć na podstawowe pytania. Czym się dzisiaj zajmowałem? Który projekt analizowałem i z jaką borykałem się dokumentacją? Co jadłem na lunch? Albo chociażby kwestia, czy jechałem z pracy do domu kolejką. Sądząc po braku wzoru tęczówek, wydawało się to raczej mało prawdopodobne, ale uczciwie stawiając sprawę: nie pamiętałem podróży żadnymi innymi środkami lokomocji, pieszo też nie przyszedłem, a sztuka teleportacji nie wyszła nigdzie poza książki i filmy sci-fi. W każdym razie byłem pewien, że nie opanowałem przemieszczania się z miejsca na miejsce siłą woli.
Przeszukałem kieszenie. Dwukrotnie. Niestety nie przybliżyło mnie to nawet o milimetr do rozwiązania zagadki, bo wszystkie były idealnie puste. Nie miałem dokumentów, pieniędzy, multifonu. Spojrzałem na nadgarstek, ale po będącym tam zazwyczaj zegarku nie pozostał najmniejszy ślad. Robiło się coraz dziwniej. Pełen najgorszych przeczuć ostrożnie dotknąłem palcami najpierw prawego ucha, potem fałdu znajdującego się tuż za nim.
Od ponad pięćdziesięciu lat każdy mieszkaniec ziemi tuż po urodzeniu miał tam wszczepiany czip identyfikacyjny. Raz na pięć lat dokonywano aktualizacji jego zapisu, ten zaś obejmował wszystkie istotne dane osobowe. Mój ostatni update miał miejsce trzy miesiące temu. Szukałem opuszkami podłużnego zgrubienia tuż za uchem. Nie znalazłem, skóra w tym miejscu była idealnie gładka. Nie mogłem w żaden sposób udowodnić tego, że ja to ja.
Zrobiło mi się słabo. W końcu nie co dzień staje się przed faktem bycia kimś doskonale nierozpoznawalnym, żeby nie powiedzieć: nikim. Przydałoby mi się trochę chłodnej wody, żeby ochlapać twarz. Niestety od dekady obowiązywała ustawa proekologiczna zabraniająca marnotrawienia wody. Tradycyjne toalety zastąpiły chemiczne, zamiast zwykłych kranów zamontowano ultradźwiękowe myjki. Tylko umywalki zostały po staremu, choć brud w nich nie spływał, tylko zsuwał się w dół zasysany umieszczonym poniżej odkurzaczem. Co za kanał! W co ja się wpakowałem? I jak mam się wypakować?
Zanim zdążyłem coś postanowić, gdzieś z oddali dobiegło tęskne zawodzenie syreny policyjnej. Równocześnie ponownie otworzyły się drzwi serwisowe i do środka wjechał robot czyszczący.
– Proszę się nie ruszać! – zabrzęczał. – Działam w imieniu policji. Jest pan aresztowany.
Syrena z każda mijającą sekundą stawała się coraz głośniejsza. Nie zamierzałem grzecznie czekać na stróżów prawa. Jeszcze tylko magnetycznych kajdanek i oskarżeń o cholera wie jakie przestępstwa mi dzisiaj brakowało. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że policja pomoże mi rozwiązać problemy, na które się dzisiaj nadziałem. Coś za bardzo im się spieszyło.
Nie miałem czasu na subtelności. Skopałem głowę z ramion robota. Nie skończyła się jeszcze turlać po podłodze, gdy z jego szyi wyrwałem programator. Zbliżyłem go do czytnika i drzwi ewakuacyjne stanęły otworem. Pognałem przed siebie przez pogrążony w wieczornych ciemnościach park.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Zła percepcja
isbn: 978-83-8423-282-8
© Marcin Pełka i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Jędrzej Szulga
korekta: Anna Miotke
okładka: Grzegorz Araszewski
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
