Zła percepcja - Marcin Pełka - ebook
NOWOŚĆ

Zła percepcja ebook

Marcin Pełka

0,0

Opis

Przyszłość nadeszła! Ale... nie każdemu spodoba się to, co zobaczy.

Co, jeśli życie to tylko symulacja? Czy jako ludzie bylibyśmy w stanie funkcjonować w zgodzie z obcymi? I jak zachowywałyby się nasze klony, gdyby przypadkiem zostały wypuszczone na wolność?

„Zła percepcja” to zbiór dwudziestu opowiadań science fiction, które balansują między farsą a filozofią. Codzienność miesza się tu z przyszłością, ironia z powagą, a w absurdalnych sytuacjach odnaleźć można zaskakująco celne odbicie ludzkich lęków, marzeń i przyzwyczajeń. Autor z humorem oraz błyskotliwością kreśli wizje rzeczywistości, która albo was rozbawi, albo przestraszy – ale na pewno nie zostawi obojętnymi.

Tu za każdym rogiem czai się nowa wersja świata. Nie wszystkie są przyjemne, nie wszystkie da się zaakceptować, ale wszystkie mogą się ziścić.

Bo kto tak naprawdę wie, co kryje przyszłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 224

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



WYKŁADOWCA

– Je­że­li nie ma­cie py­tań, to ko­niec wy­kła­du – po­wie­dział Piotr i wy­łą­czył rzut­nik. – Dzię­ku­ję za uwa­gę, za­pra­szam za ty­dzień – do­dał, sta­ra­jąc się, aby w jego gło­sie nie było sły­chać sar­ka­zmu.

Kie­dyś koń­czył spo­tka­nia for­muł­ką „Je­że­li nie ma­cie wię­cej py­tań…”. Wa­run­kiem do „wię­cej” jest przy­naj­mniej jed­no. Od po­nad dwóch lat żad­na gru­pa stu­denc­ka nie wy­ka­za­ła za­in­te­re­so­wa­nia czym­kol­wiek z te­ma­ty­ki wy­kła­du. Były cza­sy, kie­dy pęd mło­dych lu­dzi do wie­dzy da­wał się za­uwa­żyć go­łym okiem. Wów­czas, gdy dzię­ko­wał za uwa­gę, ro­bił to szcze­rze, słu­cha­jąc po­dzię­ko­wań pły­ną­cych w dru­gą stro­nę. Te­raz miał wra­że­nie, że wy­niósł to z ja­kichś ksią­żek hi­sto­rycz­nych i fil­mów ko­stiu­mo­wych, a nie z wła­snej prak­ty­ki.

Skła­da­jąc po­wo­li sprzęt au­dio­wi­zu­al­ny, ob­ser­wo­wał wy­cho­dzą­cą z sali mło­dzież. Wy­nio­słe pan­ny z ostrym ma­ki­ja­żem bły­ska­ły licz­ny­mi kol­czy­ka­mi w uszach. Je­śli tyl­ko w ta­kiej lo­ka­li­za­cji, to by­ło­by to do za­ak­cep­to­wa­nia. Go­rzej, gdy re­fleks świetl­ny od­bił się od ozdo­by prze­kłu­wa­ją­cej łuk brwio­wy. Na­to­miast dla­cze­go ktoś z wła­snej i nie­przy­mu­szo­nej woli za­kła­dał so­bie kol­czyk w no­sie, było dla Pio­tra rze­czą nie­po­ję­tą. Od razu na­su­wa­ły mu się ob­raz­ki ho­dow­la­nych świń, któ­rym w ana­lo­gicz­ne miej­sca za­kła­da­no kol­czy­ki ce­lem znie­chę­ce­nia zwie­rząt do nad­mier­ne­go ry­cia. O prze­kłu­tych ję­zy­kach, sut­kach i na­rzą­dach płcio­wych wo­lał na­wet nie my­śleć. Wie­dział o ich ist­nie­niu i zda­wał so­bie spra­wę, że sta­ty­stycz­nie co trze­cia wy­cho­dzą­ca z sali dziew­czy­na mo­gła­by się czymś ta­kim po­chwa­lić, ale nie do­pusz­czał tych wi­zji do swe­go umy­słu. Ce­lo­wo i świa­do­mie za­kła­dał so­bie filtr.

Obok tak zwa­nych la­sek szła gru­pa play­boy­ów. Ko­szul­ki z kre­tyń­ski­mi na­pi­sa­mi były zna­kiem fir­mo­wym „wy­lu­zo­wa­nych” stu­den­tów. Piotr kie­dyś wąt­pił w to, że ha­sła typu „Sex in­struk­tor, pierw­sza lek­cja gra­tis” albo „Po­tra­fię pięć razy z rzę­du” po­ma­ga­ły po­de­rwać ja­kąś dziew­czy­nę. Jak się jed­nak oka­zy­wa­ło, im bar­dziej sek­si­stow­ski i wul­gar­ny T-shirt, tym wię­cej dziew­czyn or­bi­to­wa­ło wo­kół jego wła­ści­cie­la. Nie­po­ję­te, ale praw­dzi­we.

Z bie­giem cza­su, se­mestr za se­me­strem, przy­glą­dał się wie­lo­znacz­nym na­pi­som, do­cho­dząc do wnio­sku, że ich po­ziom za­trwa­ża­ją­co spa­da. Nie pró­bo­wał na­wet wy­obra­zić so­bie tego, co bę­dzie wid­nieć na stu­denc­kich ko­szul­kach za parę lat. Od oko­ło roku za­prze­stał od­czy­ty­wa­nia ta­kich tek­stów. Re­je­stro­wał fakt ich ist­nie­nia, ale nic poza tym. To był ko­lej­ny filtr, któ­ry spra­wiał, że sta­wa­ły się je­dy­nie zlep­kiem nie­nio­są­cych tre­ści li­ter.

O ile to przy­cho­dzi­ło sto­sun­ko­wo ła­two, o tyle znacz­nie trud­niej było mu przejść do po­rząd­ku dzien­ne­go nad inną czę­ścią gar­de­ro­by – spodnia­mi. Nie miał nic prze­ciw­ko je­an­som. Sam w nich cho­dził i w peł­ni zga­dzał się ze stwier­dze­niem, że to nie­śmier­tel­ny ma­te­riał. Nie tra­wił jed­nak nie­któ­rych spe­cy­ficz­nych kro­jów, a zwłasz­cza kro­cza maj­ta­ją­ce­go się na wy­so­ko­ści ko­lan. Ko­ja­rzy­ło mu się to dość jed­no­znacz­nie i pe­jo­ra­tyw­nie – spodnie na kupę. Wi­dząc na twa­rzach nie­któ­rych stu­den­tów tę­sk­no­tę za ro­zu­mem, a cza­sa­mi sły­sząc bez­den­ną głu­po­tę ich wy­po­wie­dzi, Piotr do­cho­dził do wnio­sku, że dla czę­ści z nich szczy­tem moż­li­wo­ści in­te­lek­tu­al­nych jest kon­tro­la nad zwie­ra­cza­mi. Nie­któ­re oso­by spra­wia­ły mo­men­ta­mi wra­że­nie, że na­wet to znaj­du­je się poza ich za­się­giem. Dla nich spodnie na kupę były w sam raz.

Aula po­wo­li pu­sto­sza­ła. Piotr wło­żył no­tat­ki do jed­nej z prze­gró­dek tor­by, do in­nej wrzu­cił li­stę obec­no­ści i la­se­ro­wy wskaź­nik. Gwar wy­cho­dzą­cych stu­den­tów cichł z każ­dą mi­ja­ją­cą se­kun­dą. W pew­nym mo­men­cie nad jego mar­ne reszt­ki prze­bi­ło się chrząk­nię­cie. Przez biur­kiem sta­ła dziew­czy­na. Od­głos, któ­ry przed mo­men­tem wy­da­ła, su­ge­ro­wał nie­śmia­łość, brak pew­no­ści sie­bie, ewen­tu­al­nie za­kło­po­ta­nie. Wy­gląd ze­wnętrz­ny cał­ko­wi­cie prze­czył temu wra­że­niu. Ze zbyt du­że­go de­kol­tu wy­sta­wa­ły unie­sio­ne przez push-up pier­si, przy­krót­ka blu­zecz­ka od­sła­nia­ła obec­ny w pęp­ku kol­czyk, któ­ry za­opa­trzo­ny w dio­dę mi­gał na czer­wo­no. Na po­kry­te gru­bą war­stwą pu­dru czo­ło spa­dał za­krę­co­ny, rów­nie czer­wo­ny ko­smyk wło­sów. Być może ca­łość z za­ło­że­nia mia­ła wy­glą­dać za­lot­nie, ale w opi­nii Pio­tra dziew­czy­nie nie uda­ło się osią­gnąć za­mie­rzo­nych efek­tów. Przed­ło­żo­ne rzę­sy za­trze­po­ta­ły szyb­ko, lecz to ni­cze­go nie zmie­ni­ło.

– Pa­nie dok­to­rze! – Prze­sło­dzo­ny głos nie­przy­jem­nie kon­tra­sto­wał z wy­glą­dem stu­dent­ki. – Ta cała kse­no­bio­lo­gia… Ona jest trud­na i ja nie wszyst­ko ła­pię.

– Tak? – Piotr zmu­sił się, aby oka­zać choć tro­chę za­in­te­re­so­wa­nia.

– Czy mo­gli­by­śmy do­kład­niej omó­wić nie­któ­re za­gad­nie­nia w ra­mach po­po­łu­dnio­wych ko­re­pe­ty­cji? – W ką­ci­ku ust za­błą­kał się po­zor­nie nie­win­ny uśmie­szek, znów za­trze­po­ta­ły rzę­sy.

Za­py­ta­ny sta­now­czo po­krę­cił gło­wą.

– Nie udzie­lam ko­re­pe­ty­cji – od­po­wie­dział. Nie chcąc, aby w tej kwe­stii były ja­kie­kol­wiek wąt­pli­wo­ści, szyb­ko do­dał: – I nie ro­bię wy­jąt­ków dla ni­ko­go. – W du­chu zaś cięż­ko wes­tchnął, stwier­dza­jąc, że świat scho­dzi na psy.

Burz­li­we ro­man­se mię­dzy na­uczy­cie­la­mi i uczen­ni­ca­mi zna­ne były od za­ra­nia dzie­jów. Za­in­te­re­so­wa­nie prze­ja­wia­ne przez blon­dyn­kę z uwy­dat­nio­nym biu­stem w in­nej sy­tu­acji mo­gło­by Pio­tro­wi schle­biać. Jed­nak nie w tej – tu nie było ni­cze­go z na­mięt­no­ści. Uczu­cia zre­du­ko­wa­ne zo­sta­ły do zera. Zdzi­ra pcha­ła mu się do łóż­ka w za­mian za po­moc w zda­niu eg­za­mi­nu. Dla nie­go chwi­la lub dwie przy­jem­no­ści, dla niej tro­chę gim­na­sty­ki i wpis do in­dek­su. Zwy­kły in­te­res, choć za­miast fi­na­li­za­cji go­tów­ką – fi­na­li­za­cja or­ga­zmem.

Stu­dent­ka zro­bi­ła naj­pierw zdzi­wio­ną, a po­tem kwa­śną minę. Spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by pierw­szy raz w ży­ciu ktoś dał jej ko­sza. Prych­nę­ła gniew­nie i z osten­ta­cyj­nie unie­sio­ną gło­wą wy­szła z sali.

Mo­żesz so­bie strze­lać fo­cha, la­lu­niu – po­my­ślał wy­kła­dow­ca, za­my­ka­jąc tecz­kę. – Trze­ba było zo­stać ak­tor­ką, za­miast wy­bie­rać się na uni­wer­sy­tet.

Kie­dy za­my­kał salę, po­de­szła do nie­go ko­lej­na dziew­czy­na.

Ależ mam dzi­siaj pe­cha! – zdą­żył po­my­śleć.

– Dok­to­rze! – W gło­sie stu­dent­ki wy­raź­nie było sły­chać eg­zal­ta­cję. – Pań­ski wy­kład był fan­ta­stycz­ny. Na­uka o ob­cych ga­tun­kach to świet­ny przed­miot!

Je­że­li wcze­śniej Piotr do­szu­ki­wał się eg­zal­ta­cji, tym ra­zem był pra­wie pe­wien eu­fo­rii roz­mów­czy­ni.

– Mam po­mysł na bar­dzo cie­ka­wą pra­cę ba­daw­czą z za­kre­su fi­zjo­lo­gii po­rów­naw­czej ras hu­ma­no­idal­nych z cen­tral­nych ob­sza­rów Dro­gi Mlecz­nej.

Piotr wziął głę­bo­ki od­dech i w my­ślach po­li­czył do pię­ciu. Fan­ta­stycz­ny wy­kład, świet­ny przed­miot, bar­dzo cie­ka­wa pra­ca… Ży­wio­ny przez dziew­czy­nę en­tu­zjazm wręcz przy­tła­czał. Nie miał naj­mniej­szej ocho­ty ko­lej­ny raz ba­wić się w wiel­ką na­ukę. Po­ło­żył dłoń na bar­ku roz­mów­czy­ni, co wresz­cie prze­rwa­ło jej sło­wo­tok. Po­chy­lił się ku niej i zaj­rzał jej głę­bo­ko w oczy.

– Ko­le­żan­ko! – po­wie­dział po­waż­nym to­nem. – To po­mysł za­słu­gu­ją­cy na mia­no bar­dzo od­kryw­cze­go. Nie spo­tka­łem cze­goś o tak wiel­kim po­ten­cja­le na­uko­wym przy­naj­mniej od de­ka­dy. Do­brze orien­tu­ję się w tym te­ma­cie i je­że­li do­pra­cu­je pani jesz­cze kil­ka te­ma­tów po­bocz­nych pro­jek­tu, to znaj­dzie się on wśród po­waż­nych kan­dy­da­tów do kse­no-No­bla. Musi pani iść z tym ko­niecz­nie do dzie­ka­na Wy­dzia­łu Kse­no­bio­lo­gii. W kwe­stii tak sze­ro­ko za­kro­jo­nych i szcze­gó­ło­wych ba­dań po­rów­naw­czych je­dy­nie on może po­dej­mo­wać de­cy­zje.

Nie mó­wiąc nic wię­cej, za­brał rękę z bar­ku zszo­ko­wa­nej dziew­czy­ny i od­szedł. Od­dał wiecz­nie znu­dzo­ne­mu por­tie­ro­wi kar­tę ko­do­wą do drzwi sali wy­kła­do­wej i opu­ścił bu­dy­nek uni­wer­sy­te­tu. Do­pie­ro na ze­wnątrz ode­tchnął z ulgą. Spła­wił en­tu­zjast­kę kse­no­bio­lo­gii, ale nie czuł z tego po­wo­du wy­rzu­tów su­mie­nia. Za mało mu pła­co­no, żeby miał się prze­mę­czać przy do­dat­ko­wych pro­jek­tach ba­daw­czych. Być może po­mysł stu­dent­ki nie był zły i być może uda­ło­by się go zre­ali­zo­wać. Nie chciał jed­nak ni­cze­go wię­cej o nim wie­dzieć. Znał ży­cie na tyle do­brze, żeby zda­wać so­bie spra­wę z przy­naj­mniej dwóch bru­tal­nych prawd.

Po pierw­sze, naj­praw­do­po­dob­niej na­ha­ru­je się jak wół, a lau­ra­mi bę­dzie mu­siał po­dzie­lić się z kil­ko­ma oso­ba­mi, któ­re przy pra­cy na­wet nie kiw­ną pal­cem. Oj­ców suk­ce­su w śro­do­wi­skach uczel­ni wyż­szych za­zwy­czaj bywa wie­lu. Po dru­gie zaś, zna­jąc wą­skie ho­ry­zon­ty i nie­zbyt lot­ny umysł dzie­ka­na, po­mysł na cie­ka­wy pro­jekt ba­daw­czy miał wiel­kie szan­se roz­mie­nić się na drob­ne i za­miast na­uką stać się na­uko­wi­zną. Am­bit­ne ba­da­nia na Wy­dzia­le Kse­no­bio­lo­gii słu­ży­ły je­dy­nie temu, aby wy­cią­gnąć pie­nią­dze z róż­nych źró­deł. Po­tem zaś two­rzo­no rze­ko­mo od­kryw­cze pu­bli­ka­cje o rze­czach oczy­wi­stych aż do bólu. Po raz dru­gi albo i trze­ci wy­naj­dy­wa­no łyż­kę do bu­tów lub otwie­racz do kon­serw. Piotr nie za­mie­rzał po­now­nie ugrzę­znąć w pseu­do­nau­ko­wym ba­gien­ku. Stra­cił w nim pięć lat na zro­bie­nie dok­to­ra­tu i obie­cał so­bie, że nie zmar­nu­je w ten spo­sób ani chwi­li dłu­żej.

Hu­ma­no­idzi z cen­trum Dro­gi Mlecz­nej – przy­po­mniał so­bie peł­ną en­tu­zja­zmu stu­dent­kę i par­sk­nął śmie­chem. Jed­na mała son­da sprzed de­ka­dy na­ro­bi­ła ta­kie­go za­mie­sza­nia, że mimo upły­wu lat wie­lu kse­no­bio­lo­gom wciąż od­bi­ja­ła się czkaw­ką. Zro­bio­no ją po­dob­nie do tej, któ­rą swe­go cza­su ludz­kość wy­sła­ła w ko­smos – tu rów­nież były ry­sun­ki syl­we­tek ob­cych i po­wi­ta­nia na­gra­ne w sze­lesz­czą­cych, bul­go­czą­cych oraz pisz­czą­co-plu­ska­ją­cych ję­zy­kach. Chy­ba po­wi­ta­nia, bo jak do­tąd nikt tego nie udo­wod­nił. Rów­nie do­brze mo­gły być to cham­skie wy­zwi­ska i groź­by uni­ce­stwie­nia ludz­kiej rasy. Prze­wa­ża­ła jed­nak opi­nia, że son­da była świa­dec­twem ist­nie­nia po­ko­jo­wo na­sta­wio­nych bra­ci w ro­zu­mie.

Pro­blem po­le­gał na tym, że wy­twór ob­cej cy­wi­li­za­cji wy­rżnął w zie­mię i uległ czę­ścio­we­mu uszko­dze­niu. W kon­se­kwen­cji nie dało się od­czy­tać da­nych o źró­dle son­dy. Nie było wia­do­mo, skąd przy­le­ciał do­wód ist­nie­nia tech­nicz­nie za­awan­so­wa­nej cy­wi­li­za­cji. Fakt ten dla wie­lu scep­ty­ków sta­wiał wia­ry­god­ność son­dy pod du­żym zna­kiem za­py­ta­nia. Piotr ni­g­dy nie był zwo­len­ni­kiem spi­sko­wej teo­rii dzie­jów, ale sam przed sobą mu­siał przy­znać, że w hi­sto­rii z son­dą coś mu śmier­dzia­ło.

Czas mi­jał, lecz szum wo­kół ar­te­fak­tu nie cichł. Kse­no­bio­lo­dzy prze­ści­ga­li się w do­my­słach i hi­po­te­zach, kil­ku zde­cy­do­wa­ło się na­wet na opu­bli­ko­wa­nie wła­snych wer­sji tłu­ma­czeń na­grań ob­cych. Tych ostat­nich Piotr uwa­żał za oso­by nie­po­sia­da­ją­ce na­wet odro­bi­ny sa­mo­kry­ty­cy­zmu, o po­ko­rze nie wspo­mi­na­jąc. W jego opi­nii byli to kse­no­bio­lo­dzy mą­drzy ina­czej. Son­dę prze­świe­tlo­no, prze­ska­no­wa­no, wy­be­be­szo­no i ro­ze­bra­no na czyn­ni­ki pierw­sze. Nikt nie po­tra­fił udo­wod­nić nie­zbi­cie jej praw­dzi­wo­ści, nikt też nie do­wiódł fał­szer­stwa. Spra­wa zna­la­zła się w im­pa­sie, lecz za­miast stop­nio­wo przy­ci­chać, wciąż bu­dzi­ła kon­tro­wer­sje i nie­zdro­we fa­scy­na­cje, w tym tak­że wśród stu­den­tów, o czym przed mo­men­tem się prze­ko­nał.

Po­krę­cił zde­gu­sto­wa­ny gło­wą. Jak nie na­pa­lo­na la­fi­ryn­da, to na­pa­lo­na na na­ukę świ­ru­ska. A jak nie za­kol­czy­ko­wa­ne la­lu­nie, to tępe osił­ki w spodniach na kupę. Świat rze­czy­wi­ście scho­dził na psy. Bio­rąc pod uwa­gę slo­gan mó­wią­cy, że mło­dzież jest przy­szło­ścią spo­łe­czeń­stwa, rzed­nie­ją­cy włos je­żył mu się na gło­wie. Z jed­nej stro­ny cie­szył się, że nie ma zdol­no­ści do pre­ko­gni­cji, z dru­giej jed­nak nie trze­ba być ja­sno­wi­dzem, aby do­my­ślić się, co się sta­nie za kil­ka­na­ście lat – wszyst­ko się wy­pier­ni­czy i już nie wsta­nie.

Jak na za­wo­ła­nie Pio­tro­wi przy­po­mnia­ła się jesz­cze jed­na myśl pa­su­ją­ca jak ulał do mi­ja­ją­ce­go dnia – czło­wiek bu­dzi się pew­ne­go ran­ka i stwier­dza, że całe ży­cie miesz­ka w domu wa­ria­tów. Nic do­dać, nic ująć. Mi­jał ko­lej­ny rok jego pra­cy na uczel­ni. Sta­no­wi­sko star­sze­go wy­kła­dow­cy nie brzmia­ło zbyt dum­nie, prze­sad­nie do­cho­do­we też nie było. Cze­go się do­ro­bił? Sys­te­ma­tycz­nie po­więk­sza­ją­cej się ły­sin­ki, oku­la­rów w czar­nych opraw­kach i pięt­na­sto­let­nie­go, moc­no sfa­ty­go­wa­ne­go auta. Oczy­wi­ście ktoś mógł­by po­wie­dzieć, że ma ty­tuł dok­to­ra. Cóż jed­nak z tego? Cza­sy, w któ­rych wią­zał się z tym ja­kiś pre­stiż, bez­pow­rot­nie mi­nę­ły. Wszyst­ko się po­zmie­nia­ło, ze stu­den­ta­mi włącz­nie.

Kie­dyś po eg­za­mi­nie pod­cho­dzi­li do nie­go w kil­ku­oso­bo­wych grup­kach. Jed­ni do­py­ty­wa­li się o wła­ści­we od­po­wie­dzi, inni dzię­ko­wa­li za prze­ka­za­ną wie­dzę, zda­rza­ły się na­wet za­pro­sze­nia na piwo. Z nie­któ­ry­mi na­wet na to piwo się uma­wiał. Kon­takt z nimi był bliż­szy. Dziś wi­zy­ty po eg­za­mi­nie wią­za­ły się je­dy­nie z usta­le­niem ter­mi­nu po­praw­ki.

Po bra­ku chę­ci na udzie­le­nie ko­re­pe­ty­cji cy­ca­tej blon­dy­nie ro­zej­dzie się plot­ka, że je­stem ge­jem… – Piotr po­now­nie par­sk­nął śmie­chem, do­cho­dząc do tego wnio­sku. – Cie­ka­we, co z ko­lei po­my­śla­ła so­bie ta dru­ga dziew­czy­na. Mia­ła taką minę, jak­by uwie­rzy­ła, że po­tra­fię od­czy­ty­wać jej my­śli. Od ju­tra na uczel­ni będą za ple­ca­mi mó­wić o mnie „pe­dał-te­le­pa­ta”.

Nie wzru­sza­ło go to ani tro­chę. Przez lata przy­wykł do zło­śli­wo­ści i przy­pi­na­nia róż­nych ła­tek w wy­ko­na­niu za­rów­no uczą­cej się mło­dzie­ży, jak i ko­le­gów po fa­chu. Dwie wię­cej, dwie mniej – co za róż­ni­ca?

Nie­spiesz­nym kro­kiem zbli­żał się do miej­sca przy­dzie­lo­ne­go mu na we­wnętrz­nym par­kin­gu z tyłu bu­dyn­ku uni­wer­sy­te­tu. Cze­ka­ło go pięć se­kund nie­pew­no­ści co do sta­nu tech­nicz­ne­go auta. Po­ry­so­wa­ne czy nie? Opo­ny całe czy ktoś je za­mor­do­wał przy uży­ciu ostre­go przed­mio­tu? Stu­den­ci oprócz tego, że z na­tu­ry le­ni­wi, ce­cho­wa­li się też pew­ną dozą zło­śli­wo­ści. Tym ra­zem wszyst­ko było w po­rząd­ku. Pra­wie wszyst­ko – o po­wo­li zże­ra­ną przez rdzę kla­pę ba­gaż­ni­ka opie­ra­ła się dziew­czy­na.

Cie­ka­we, co tym ra­zem? – za­sta­no­wił się Piotr.

Pod­szedł bli­żej i za­py­tał:

– W czym mogę po­móc? – Zro­bił to, si­ląc się na uprzej­my ton, choć w głę­bi du­szy miał ocho­tę wark­nąć coś zde­cy­do­wa­nie mniej kul­tu­ral­ne­go.

Dziew­czy­na spoj­rza­ła na nie­go prze­cią­gle, po czym za­py­ta­ła:

– Dok­tor Piotr Iwań­ski?

Przy­tak­nął, pró­bu­jąc zo­rien­to­wać się, co z nią jest nie tak.

– Kse­no­bio­log? – Iden­ty­fi­ka­cja mia­ła ciąg dal­szy.

Ski­nął gło­wą.

– Dok­to­rat z mi­mi­kry mię­dzy­ra­so­wej po­ten­cjal­nych ga­tun­ków hu­ma­no­idal­nych? – Głos dziew­czy­ny wy­wo­ły­wał nie­przy­jem­ne dresz­cze roz­cho­dzą­ce się wzdłuż krę­go­słu­pa. Był draż­nią­co mięk­ki, sze­lesz­czą­cy.

Kie­dy Piotr ko­lej­ny raz po­twier­dził, że cho­dzi o nie­go, usły­szał zda­nie, któ­re po­zba­wi­ło go tchu:

– Mamy dla pana pro­po­zy­cję, dok­to­rze.

W jed­nej chwi­li od­gadł na­tu­rę sze­lesz­czą­ce­go gło­su. Miał wra­że­nie, że kie­dyś już coś po­dob­ne­go sły­szał, i po­cząt­ko­wo nie mógł zo­rien­to­wać się, gdzie i kie­dy. A po­tem przy­szło olśnie­nie. Sko­ja­rzył wszyst­ko ze sobą i z wra­że­nia oparł się o ba­gaż­nik tuż obok dziew­czy­ny. Pa­trzył na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, a ona uśmie­cha­ła się i po­ta­ku­ją­co ki­wa­ła gło­wą.

– Wie­dzia­łam, że szyb­ko pan się do­my­śli. Jest pan za­in­te­re­so­wa­ny?

– Oczy­wi­ście! – Piotr wy­du­sił od­po­wiedź z su­che­go, za­ci­śnię­te­go gar­dła.

Zdro­wy roz­są­dek pod­po­wia­dał mu, że ze wzglę­du na wła­sne bez­pie­czeń­stwo nie po­wi­nien od­mó­wić ob­ce­mu w ludz­kim cie­le. W bły­ska­wicz­nie pod­ję­tej de­cy­zji była jed­nak rów­nież ol­brzy­mia cie­ka­wość. W koń­cu nie bez po­wo­du zo­stał kse­no­bio­lo­giem. Wciąż onie­mia­ły pa­trzył na dziew­czy­nę i po­wo­li oswa­jał się z my­ślą, że wła­śnie roz­po­czy­na współ­pra­cę z in­te­li­gent­ną, obcą rasą. Hu­ma­no­idzi z cen­trum Dro­gi Mlecz­nej jed­nak ist­nie­li.

– Je­dzie­my czy le­ci­my? – sze­lesz­czą­cym gło­sem za­py­tał obcy w ludz­kim cie­le.

Piotr ro­zej­rzał się do­oko­ła. Ni­g­dzie w po­bli­żu nie było wi­dać cze­goś, co choć tro­chę mo­gło­by za­słu­gi­wać na mia­no la­ta­ją­ce­go spodka. Za­raz po­tem spoj­rzał jed­nak na pięt­na­sto­let­ni we­hi­kuł, o któ­ry się opie­rał, i ko­lej­ną de­cy­zję pod­jął rów­nie szyb­ko.

– Le­ci­my! – od­po­wie­dział zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Dziew­czy­na za­ło­ży­ła mu na nad­gar­stek me­ta­lo­wą bran­so­let­kę i prze­krę­ci­ła je­den ze współ­two­rzą­cych ją ele­men­tów. Piotr bez wa­ha­nia zła­pał za jej wy­cią­gnię­tą rękę. Po chwi­li dwie smu­kłe syl­wet­ki śmi­ga­ły nad da­cha­mi do­mów w sza­lo­nym pę­dzie.

ZAMIANA

Otwo­rzy­łem oczy. Żół­te słoń­ce są­czy­ło się przez przy­bru­dzo­ne, pla­sti­ko­we ścia­ny. Nie było zbyt in­ten­syw­ne, ale zmu­si­ło mnie do kil­ku­krot­ne­go mru­gnię­cia, aby po­zbyć się po­ja­wia­ją­cych się jak na za­wo­ła­nie łez. Sie­dzia­łem oto­czo­ny z trzech stron przez po­ma­za­ne, od lat nie­my­te ta­fle z plek­si. Przy­sta­nek au­to­bu­so­wy – niby nic nie­zwy­kłe­go, tyl­ko skąd ja się tu wzią­łem? Po­czu­łem nie­zno­śny smród. Kwa­śny odór ta­nie­go wina, sta­re­go mo­czu i zjeł­cza­łe­go tłusz­czu wdzie­rał się bez­ce­re­mo­nial­nie do nosa. Jego źró­dło sie­dzia­ło obok mnie.

Cuch­ną­cy żul miał za­schnię­te smar­ki na skoł­tu­nio­nej bro­dzie, jed­nak to nie one naj­bar­dziej przy­ku­wa­ły uwa­gę spo­śród wszyst­kich skła­do­wych jego ob­li­cza. Gość miał naj­więk­sze oczy, ja­kie kie­dy­kol­wiek do­tąd wi­dzia­łem. Wy­ba­łu­szał je na mnie zu­peł­nie tak, jak­bym miał trzy ręce. Spoj­rza­łem po so­bie.

O kur­wa! – prze­le­cia­ło mi przez myśl, gdy uj­rza­łem trze­cią koń­czy­nę, wy­ra­sta­ją­cą ze środ­ka mo­jej klat­ki pier­sio­wej. Wy­stra­szy­łem się nie na żar­ty, a trze­cia ręka zo­bra­zo­wa­ła to bli­żej nie­sko­or­dy­no­wa­nym ru­chem. Żul gwał­tow­nie wcią­gnął po­wie­trze, co wy­wo­ła­ło wy­so­ki świst po­mię­dzy jego nie­licz­ny­mi zę­ba­mi.

– No co? – za­py­ta­łem w mało spre­cy­zo­wa­ny spo­sób, ale nie uzy­ska­łem od­po­wie­dzi.

Ko­lej­ny ruch nad­pro­gra­mo­wej koń­czy­ny spra­wił, że pi­ja­czek ze­mdlał. Osu­nął się na zie­mię, a wkrót­ce po­tem w oko­li­cach środ­ka jego cia­ła po­ja­wi­ła się ka­łu­ża. Bie­da­ko­wi pu­ści­ły zwie­ra­cze – po­my­śla­łem. Nie­zno­śny smród na­si­lił się jesz­cze bar­dziej, zmu­sza­jąc mnie do dzia­ła­nia. Nie mia­łem zie­lo­ne­go po­ję­cia, skąd się tu wzią­łem i dla­cze­go mam trzy ręce, ale jed­no wie­dzia­łem z całą pew­no­ścią – mu­sia­łem opu­ścić cuch­ną­cą wia­tę!

Pod­cho­dzą­cy mi do gar­dła żo­łą­dek nadał tem­po moim ru­chom. Mu­szę przy­znać, że były one nie­co nie­zbor­ne, a wy­ni­ka­ło to z fak­tu, że mia­łem jesz­cze jed­ną do­dat­ko­wą koń­czy­nę – dol­ną. Zo­ba­czy­łem ją i po­czu­łem do­pie­ro, kie­dy wsta­łem. Chwi­lę za­ję­ło mi opa­no­wa­nie tech­ni­ki po­ru­sza­nia się bez na­ra­ża­nia na utra­tę rów­no­wa­gi, w koń­cu jed­nak po­czła­pa­łem przed sie­bie.

Dla­cze­go je­stem taki dziw­ny? Gło­wę bym dał so­bie uciąć, że jesz­cze wczo­raj wy­glą­da­łem nor­mal­nie. Skąd więc tak dra­stycz­ne zmia­ny? Mu­tu­ję w ja­kie­goś po­two­ra? A może pącz­ku­ję? Aż wzdry­gną­łem się na ostat­nią myśl. No bo jak to – wy­szedł­bym z sa­me­go sie­bie i sta­nął obok? Kim był­by w tej sy­tu­acji ten dru­gi? Kimś ob­cym czy mną? Bra­tem bliź­nia­kiem czy może po­wi­nie­nem trak­to­wać go jak syna? To ja­kiś obłęd!

Czmych­ną­łem do bra­my, gdyż z na­prze­ciw­ka szli ja­cyś lu­dzie. Co praw­da pi­ja­czek na mój wi­dok ze­mdlał, ale ci dla od­mia­ny mo­gli­by na przy­kład za­cząć wrzesz­czeć. Nie uśmie­cha­ła mi się per­spek­ty­wa zbie­go­wi­ska i wy­ty­ka­nia pal­cem. Mu­sia­łem choć tro­chę oswo­ić się z nową sy­tu­acją i po­trze­bo­wa­łem kil­ku chwil spo­ko­ju. To­ną­ca w cie­niu cze­luść bra­my nie wy­da­wa­ła się naj­od­po­wied­niej­szym ku temu miej­scem, ale na bez­ry­biu i rak ryba. W po­rów­na­niu z przy­stan­kiem pa­no­wał tu pół­mrok i chwi­lo­wo nikt mi nie prze­szka­dzał, choć tu tak­że roz­cho­dził się smród ury­ny. Szcza­nie po ką­tach było chy­ba nie­odzow­ną czę­ścią ludz­kiej na­tu­ry. Wzru­szy­łem dwo­ma nor­mal­ny­mi ra­mio­na­mi, trze­cie drgnę­ło przy oka­zji, jak­by dla to­wa­rzy­stwa. To nie był czas na ja­ło­we fi­lo­zo­fo­wa­nie o ce­chach cha­rak­te­ru spraw­ców nie­przy­jem­ne­go aro­ma­tu bra­my.

Opar­łem czo­ło o be­to­no­wą ścia­nę. Była przy­jem­nie chłod­na. Uspo­ko­iłem od­dech, wa­lą­ce do­tąd jak osza­la­łe ser­ce zwol­ni­ło nie­co rytm. Co mi się sta­ło? To na­tręt­ne py­ta­nie bez chwi­li prze­rwy prze­wier­ca­ło mój mózg na wy­lot. Nie mia­łem bla­de­go po­ję­cia, żad­na ra­cjo­nal­na od­po­wiedź nie przy­cho­dzi­ła do sko­ło­wa­nej gło­wy. Dla­cze­go tak wy­glą­da­łem? Skąd się tu zna­la­złem? Cho­ler­ne za­gad­ki!

Nie wiem, ile cza­su sta­łem opar­ty, w koń­cu jed­nak moja trze­cia noga znu­dzi­ła się bez­pro­duk­tyw­nym du­ma­niem i kop­nę­ła mnie w ko­la­no. Sam sie­bie kop­ną­łem, cho­ciaż wca­le nie chcia­łem. Syk­ną­łem z bólu, a chwi­lę po­tem z tego sa­me­go po­wo­du wrza­sną­łem. Obe­rwa­ło bo­wiem dru­gie ko­la­no. Za­dzia­ła­ły od­ru­chy – pod­kur­czy­łem po­szko­do­wa­ne koń­czy­ny i za­czą­łem roz­ma­so­wy­wać bo­lą­ce miej­sca. W efek­cie wy­glą­da­łem jak zmu­to­wa­ny bo­cian – sta­łem na jed­nej no­dze i ki­wa­łem się nie­zgrab­nie na boki.

Ja pier­do­lę! – tyl­ko tyle zdą­ży­łem po­my­śleć, gdy mój ak­tu­al­nie je­dy­ny punkt pod­par­cia zło­śli­wie się zgiął. Grzmot­ną­łem bez­wład­nie na ty­łek. Do­pie­ro te­raz na­praw­dę mnie za­bo­la­ło! Co za kosz­mar! Nie słu­cha mnie wła­sna noga! Co z tego, że do­dat­ko­wa? Jest moja i nie ma pra­wa mnie ko­pać! Ani prze­wra­cać. Ostroż­nie ob­ma­ca­łem stłu­czo­ny ty­łek. Bo­lał tak, jak­by przy upad­ku pękł na czte­ry po­ślad­ki.

Wła­śnie pod­pie­ra­łem się rę­ka­mi, aby wstać, gdy trze­cia koń­czy­na gór­na wal­nę­ła mnie pię­ścią w nos, a po­tem szarp­nę­ła za wło­sy do przo­du i w dół. Znów le­ża­łem jak dłu­gi na zie­mi, do oczu ci­snę­ły się łzy, a z roz­bi­te­go nosa ka­pa­ła krew. To prze­sta­ło być za­baw­ne, o ile kie­dy­kol­wiek choć tro­chę było. Zro­bi­ło się za to nie­bez­piecz­ne. Mu­sia­łem z tym skoń­czyć, bo ina­czej go­tów by­łem oka­le­czyć sam sie­bie, a kto wie, czy na­wet nie za­bić.

Usia­dłem i ro­ze­rwa­łem ko­szu­lę na pier­siach. To, co uj­rza­łem, prze­szło moje naj­śmiel­sze wy­obra­że­nia. Trze­cia ręka przy­cze­pio­na była na za­trza­ski. Z gło­śny­mi, su­chy­mi trza­ska­mi po­roz­dzie­la­łem je wszyst­kie. Do­dat­ko­wa koń­czy­na za­cie­kle się przed tym bro­ni­ła, więc do roz­bi­te­go uprzed­nio nosa do­łą­czy­ło pod­bi­te oko oraz kil­ka za­dra­pań na czo­le i po­licz­kach. W koń­cu to jed­nak ja by­łem górą. Bez­ce­re­mo­nial­nie wy­rwa­łem garść prze­wo­dów wy­cho­dzą­cych mi ze środ­ka most­ka i od­rzu­ci­łem rękę na bok. Upa­dła bez­wład­nie z głu­chym od­gło­sem, drga­ła przez chwi­lę, po czym za­sty­gła w bez­ru­chu z wy­pro­sto­wa­nym środ­ko­wym pal­cem.

Nie mia­łem cza­su za­re­ago­wać na pro­wo­ka­cję. Czym prę­dzej roz­pi­na­łem bo­wiem spodnie, aby do­brać się do do­dat­ko­wej nogi. Znów strze­li­ły za­trza­ski, wiąz­ka ko­lo­ro­wych prze­wo­dów zo­sta­ła wy­rwa­na ze szpa­ry mię­dzy po­ślad­ka­mi. Le­d­wo to zro­bi­łem, ucie­kłem z bra­my.

Wy­pa­dłem na uli­cę jak strza­ła, aby jak naj­szyb­ciej zo­sta­wić za sobą naj­więk­szy kosz­mar w ży­ciu. W bie­gu do­pi­na­łem roz­po­rek, poły ro­ze­rwa­nej ko­szu­li po­wie­wa­ły mi gdzieś za ple­ca­mi. Sprint trwał za­le­d­wie mi­nu­tę. Już od dłuż­sze­go cza­su by­łem na ba­kier z kon­dy­cją i na­wet wy­zwo­lo­na ostat­ni­mi prze­ży­cia­mi ad­re­na­li­na na nie­wie­le się zda­ła. Zzia­ja­łem się jak pies, a co­raz krót­szy od­dech zmu­sił mnie osta­tecz­nie do za­prze­sta­nia bie­gu. Za­trzy­ma­łem się i sa­pa­łem jak lo­ko­mo­ty­wa. Przed oczy­ma fru­wa­ły mi czar­ne i czer­wo­ne plam­ki. Do­pie­ro po chwi­li zdo­ła­łem od­czy­tać wid­nie­ją­cy na po­bli­skiej ścia­nie na­pis: „Gold Event, im­pre­zy oko­licz­no­ścio­we”.

O kur­wa! – wes­tchną­łem, gdy wró­ci­ła mi pa­mięć.

Już wie­dzia­łem, skąd tu się wzią­łem i dla­cze­go wy­glą­da­łem jak zmu­to­wa­ny po­twór. Za­bi­ję gno­ja jak psa! Chcia­ło mi się wyć z wście­kło­ści. Ależ się da­łem wro­bić! Za na­mo­wą ko­le­gi za­fun­do­wa­łem so­bie kosz­mar­ną jaz­dę bez trzy­man­ki. To mia­ła być nie­za­po­mnia­na za­ba­wa, to­tal­ny od­lot, wie­czór ka­wa­ler­ski wszech cza­sów. Za­stą­pić mło­de, ład­ne, zgrab­ne i gołe strip­ti­zer­ki grzyb­ka­mi ha­lu­cy­no­gen­ny­mi? W du­pie mia­łem taką za­mia­nę. To z pew­no­ścią bę­dzie wie­czór ka­wa­ler­ski wszech cza­sów – za­mie­rza­łem spu­ścić po­rząd­ny ło­mot mo­je­mu druż­bie.

BEZKARNOŚĆ

Sta­łem przed do­mo­fo­nem i nie wie­rzy­łem w to, co mnie spo­tka­ło. Jak set­ki razy wcze­śniej wstu­ka­łem kod do miesz­ka­nia i po­ło­ży­łem dłoń na czyt­ni­ku li­nii pa­pi­lar­nych. Ska­no­wa­nie za­koń­czy­ło się zwy­kłym bu­cze­niem, jed­nak jego wy­nik do zwy­kłych z pew­no­ścią nie na­le­żał. Za­sko­czył mnie jak cho­le­ra. Na wy­świe­tla­czu za­pło­nę­ły ja­skra­we li­ter­ki ukła­da­ją­ce się w dwa sło­wa: „brak do­stę­pu”. Po­my­śla­łem wów­czas, że pew­nie po­my­li­łem się przy wy­bo­rze kodu mo­je­go lo­kum. Po ca­łym dniu pra­cy każ­de­mu może się zda­rzyć. Za dru­gim ra­zem błę­du z pew­no­ścią nie zro­bi­łem. Sta­ran­nie wy­bra­łem cy­fry we wła­ści­wej ko­lej­no­ści i po­now­nie przy­ło­ży­łem dłoń do czyt­ni­ka. Efekt był taki sam jak po­przed­nio.

Za­nim zdą­ży­łem prze­ana­li­zo­wać spra­wę na spo­koj­nie, za­dzia­ła­ły od­ru­chy – przy­ło­ży­łem dłoń po raz trze­ci. To był nie­ste­ty błąd. Za­dzia­łał pro­gram an­tyw­ła­ma­nio­wy i moje pal­ce po­ra­ził prąd. Nie mia­łem po­ję­cia, że to tak boli. Spoj­rza­łem na przy­sma­żo­ne opusz­ki – te­raz z pew­no­ścią ża­den czyt­nik nie roz­po­znał­by na nich ja­kich­kol­wiek li­nii. Co za dzia­dow­skie urzą­dze­nie! Roz­stro­iło się gów­no i nie chce wpu­ścić mnie do wła­sne­go miesz­ka­nia. Każ­dy kom­pu­ter da się jed­nak zha­ko­wać, więc tym bar­dziej moż­na obejść sys­tem za­bez­pie­cza­ją­cy w po­sta­ci do­mo­fo­nu. Taką przy­naj­mniej ży­wi­łem na­dzie­ję.

Prze­łą­czy­łem ska­ner na opcję od­czy­tu le­wej dło­ni. Wy­stu­ka­łem po­now­nie kod, ale w ostat­niej chwi­li nie po­ło­ży­łem ręki na urzą­dze­niu. Pe­łen nie­ja­snych jesz­cze obaw zbli­ży­łem pal­ce do oczu.

– O w mor­dę! – wy­rwa­ło mi się mi­mo­wol­nie, gdy zo­ba­czy­łem, że po­wierzch­nie wszyst­kich pal­ców są ide­al­nie gład­kie. Co tu jest gra­ne? Jak to moż­li­we? Prze­cież nie ma chy­ba cze­goś ta­kie­go jak bez­li­nij­ność dło­ni!

Od­sze­dłem kil­ka kro­ków i opar­łem czo­ło o chłod­ną wi­try­nę po­bli­skie­go skle­pu. Mimo póź­nej je­sie­ni i ni­skich tem­pe­ra­tur na dwo­rze w jed­nej chwi­li zro­bi­ło mi się nie­zno­śnie go­rą­co. Sklep na szczę­ście był już za­mknię­ty, bo pew­nie wła­ści­ciel prze­gnał­by mnie stąd pod byle pre­tek­stem. Bla­dy, bo chy­ba taki wła­śnie by­łem, a z pew­no­ścią spo­co­ny i z roz­bie­ga­ny­mi ocza­mi, mógł­bym od­stra­szać mu klien­tów.

Le­d­wo po­my­śla­łem o swo­im wy­glą­dzie, coś mnie tknę­ło. Ode­rwa­łem się szyb­ko od szy­by wy­sta­wo­wej i po­bie­głem w stro­nę po­bli­skie­go par­ku. Za­mie­rza­łem sko­rzy­stać ze znaj­du­ją­ce­go się na jego te­re­nie sza­le­tu, cho­ciaż nie w zwy­cza­jo­wy spo­sób. Mu­sia­łem spoj­rzeć w lu­stro. Ba­łem się tego jak cho­le­ra, ale coś w środ­ku mó­wi­ło mi, że tak trze­ba, że dzię­ki temu zdo­łam do­wie­dzieć się cze­goś waż­ne­go. Wpa­dłem do środ­ka zdy­sza­ny i za­trzy­ma­łem się przed szkla­ną ta­flą wi­szą­cą nad rzę­dem umy­wa­lek. Za­dzia­łał czuj­nik ru­chu, uru­cho­mi­ła się ul­tra­dź­wię­ko­wa myj­ka, zwięk­szy­ła się gło­śność re­lak­sa­cyj­nej mu­zy­ki. Spoj­rza­łem w swe oczy i jęk­ną­łem. Nie mia­łem tę­czó­wek. A w za­sa­dzie mia­łem, ale le­d­wo wi­docz­ne.

Nor­mal­nie każ­dy czło­wiek ma w ich ob­rę­bie cha­rak­te­ry­stycz­ny wy­łącz­nie dla sie­bie wzór. Na jego pod­sta­wie od wie­lu lat do­ko­nu­je się iden­ty­fi­ka­cji per­so­nal­nej w ban­kach i urzę­dach. Ska­ne­ry tę­czó­wek roz­po­zna­wa­ły po­dróż­nych na lot­ni­skach i dwor­cach szyb­kiej ko­lei pneu­ma­tycz­nej. Bez przej­ścia pro­ce­du­ry re­je­stra­cji wła­sne­go wzo­ru nie mógł obejść się nikt, kto chciał­by do­stać się do pra­cy na pod­mor­skich plat­for­mach wy­do­byw­czych albo na po­kład wa­ha­dłow­ca le­cą­ce­go do księ­ży­co­wych ośrod­ków wy­po­czyn­ko­wych. U mnie nie było cze­go iden­ty­fi­ko­wać. Tę­czów­ki mia­łem ide­al­nie gład­kie, a ko­lo­rem tyl­ko nie­znacz­nie róż­ni­ły się od ota­cza­ją­cych je twar­dó­wek. Z tego, co wie­dzia­łem, na­wet al­bi­no­si mie­li ja­kiś wzór. Dla­cze­go więc ja nie? Naj­pierw brak li­nii pa­pi­lar­nych, a te­raz to. Co się ze mną dzia­ło?

Po­now­nie przyj­rza­łem się so­bie w lu­strze. Cała resz­ta wy­glą­da­ła nor­mal­nie – rysy zna­jo­me od czter­dzie­stu lat, do­brze zna­na kurt­ka, choć oczy­wi­ście od znacz­nie krót­sze­go cza­su. Wy­sta­ją­ce spod kurt­ki ma­ry­nar­ka, ko­szu­la i kra­wat – wszyst­kie te rze­czy no­si­łem już wcze­śniej, nie mia­łem na so­bie ni­cze­go nie­zwy­kłe­go. Wy­glą­da­łem jak ty­po­wy urzęd­nik, któ­rym w isto­cie by­łem.

Na­gle zno­wu coś mnie tknę­ło. Po­nie­waż moje upior­nie bla­de tę­czów­ki nie mia­ły żad­ne­go wzo­ru, mo­głem za­po­mnieć o ska­no­wa­niu przed wej­ściem na dwo­rzec ko­lei pneu­ma­tycz­nej. Sko­ro tak, to w jaki spo­sób do­sta­łem się do domu? Za­raz, wróć! Nie do domu, tyl­ko przed dom. Pra­co­wa­łem na dru­gim koń­cu mia­sta i na pie­cho­tę z pew­no­ścią nie przy­szedł­bym pod swój ad­res przed świ­tem. Spoj­rza­łem na ze­gar ścien­ny – do­cho­dzi­ła osiem­na­sta. Z ra­chu­by cza­su wy­cho­dzi­ło, że przy­je­cha­łem więc po­cią­giem. Wy­gląd mo­ich oczu prze­czył temu jed­nak dość wy­raź­nie.

– Kur­wa! – za­klą­łem, gdy uświa­do­mi­łem so­bie, że w za­sa­dzie nie pa­mię­tam wy­da­rzeń tego dnia z okre­su po­prze­dza­ją­ce­go nie­uda­ną pró­bę sfor­so­wa­nia do­mo­fo­nu. Wczo­raj, przed­wczo­raj i wszyst­ko wcze­śniej tak, ale ten dzień sta­no­wił bia­łą pla­mę. Mój głos mu­siał uru­cho­mić ja­kiś czuj­nik, bo do to­a­le­ty przez bocz­ne drzwi ser­wi­so­we wje­chał ro­bot czysz­czą­cy.

– Czy moż­na w czymś po­móc sza­now­ne­mu panu? – za­brzę­czał me­ta­licz­nie.

– Zjeż­dżaj! – wark­ną­łem.

Ro­bot przez chwi­lę przy­glą­dał mi się fo­to­sen­so­ra­mi. Chy­ba ana­li­zo­wał cha­rak­ter mo­jej od­po­wie­dzi. Na szczę­ście zin­ter­pre­to­wał ją po­praw­nie, bo za­chę­ciw­szy mnie do po­now­ne­go sko­rzy­sta­nia w przy­szło­ści z sie­ci miej­skich sza­le­tów, opu­ścił po­miesz­cze­nie.

Jesz­cze tyl­ko bla­sza­ne­go głup­ka było mi w tej chwi­li po­trze­ba!

Nie mo­głem dłu­żej znieść wi­do­ku wła­snej twa­rzy, więc od­wró­ci­łem się do lu­stra ple­ca­mi i opar­łem o brzeg umy­wal­ki. Gło­wę bym dał, że ten dzień nie róż­nił się zbyt­nio od po­przed­nich, ale nie po­tra­fi­łem od­po­wie­dzieć na pod­sta­wo­we py­ta­nia. Czym się dzi­siaj zaj­mo­wa­łem? Któ­ry pro­jekt ana­li­zo­wa­łem i z jaką bo­ry­ka­łem się do­ku­men­ta­cją? Co ja­dłem na lunch? Albo cho­ciaż­by kwe­stia, czy je­cha­łem z pra­cy do domu ko­lej­ką. Są­dząc po bra­ku wzo­ru tę­czó­wek, wy­da­wa­ło się to ra­czej mało praw­do­po­dob­ne, ale uczci­wie sta­wia­jąc spra­wę: nie pa­mię­ta­łem po­dró­ży żad­ny­mi in­ny­mi środ­ka­mi lo­ko­mo­cji, pie­szo też nie przy­sze­dłem, a sztu­ka te­le­por­ta­cji nie wy­szła ni­g­dzie poza książ­ki i fil­my sci-fi. W każ­dym ra­zie by­łem pe­wien, że nie opa­no­wa­łem prze­miesz­cza­nia się z miej­sca na miej­sce siłą woli.

Prze­szu­ka­łem kie­sze­nie. Dwu­krot­nie. Nie­ste­ty nie przy­bli­ży­ło mnie to na­wet o mi­li­metr do roz­wią­za­nia za­gad­ki, bo wszyst­kie były ide­al­nie pu­ste. Nie mia­łem do­ku­men­tów, pie­nię­dzy, mul­ti­fo­nu. Spoj­rza­łem na nad­gar­stek, ale po bę­dą­cym tam za­zwy­czaj ze­gar­ku nie po­zo­stał naj­mniej­szy ślad. Ro­bi­ło się co­raz dziw­niej. Pe­łen naj­gor­szych prze­czuć ostroż­nie do­tkną­łem pal­ca­mi naj­pierw pra­we­go ucha, po­tem fał­du znaj­du­ją­ce­go się tuż za nim.

Od po­nad pięć­dzie­się­ciu lat każ­dy miesz­ka­niec zie­mi tuż po uro­dze­niu miał tam wsz­cze­pia­ny czip iden­ty­fi­ka­cyj­ny. Raz na pięć lat do­ko­ny­wa­no ak­tu­ali­za­cji jego za­pi­su, ten zaś obej­mo­wał wszyst­kie istot­ne dane oso­bo­we. Mój ostat­ni upda­te miał miej­sce trzy mie­sią­ce temu. Szu­ka­łem opusz­ka­mi po­dłuż­ne­go zgru­bie­nia tuż za uchem. Nie zna­la­złem, skó­ra w tym miej­scu była ide­al­nie gład­ka. Nie mo­głem w ża­den spo­sób udo­wod­nić tego, że ja to ja.

Zro­bi­ło mi się sła­bo. W koń­cu nie co dzień sta­je się przed fak­tem by­cia kimś do­sko­na­le nie­roz­po­zna­wal­nym, żeby nie po­wie­dzieć: ni­kim. Przy­da­ło­by mi się tro­chę chłod­nej wody, żeby ochla­pać twarz. Nie­ste­ty od de­ka­dy obo­wią­zy­wa­ła usta­wa pro­eko­lo­gicz­na za­bra­nia­ją­ca mar­no­tra­wie­nia wody. Tra­dy­cyj­ne to­a­le­ty za­stą­pi­ły che­micz­ne, za­miast zwy­kłych kra­nów za­mon­to­wa­no ul­tra­dź­wię­ko­we myj­ki. Tyl­ko umy­wal­ki zo­sta­ły po sta­re­mu, choć brud w nich nie spły­wał, tyl­ko zsu­wał się w dół za­sy­sa­ny umiesz­czo­nym po­ni­żej od­ku­rza­czem. Co za ka­nał! W co ja się wpa­ko­wa­łem? I jak mam się wy­pa­ko­wać?

Za­nim zdą­ży­łem coś po­sta­no­wić, gdzieś z od­da­li do­bie­gło tę­sk­ne za­wo­dze­nie sy­re­ny po­li­cyj­nej. Rów­no­cze­śnie po­now­nie otwo­rzy­ły się drzwi ser­wi­so­we i do środ­ka wje­chał ro­bot czysz­czą­cy.

– Pro­szę się nie ru­szać! – za­brzę­czał. – Dzia­łam w imie­niu po­li­cji. Jest pan aresz­to­wa­ny.

Sy­re­na z każ­da mi­ja­ją­cą se­kun­dą sta­wa­ła się co­raz gło­śniej­sza. Nie za­mie­rza­łem grzecz­nie cze­kać na stró­żów pra­wa. Jesz­cze tyl­ko ma­gne­tycz­nych kaj­da­nek i oskar­żeń o cho­le­ra wie ja­kie prze­stęp­stwa mi dzi­siaj bra­ko­wa­ło. Ja­koś nie chcia­ło mi się wie­rzyć, że po­li­cja po­mo­że mi roz­wią­zać pro­ble­my, na któ­re się dzi­siaj na­dzia­łem. Coś za bar­dzo im się spie­szy­ło.

Nie mia­łem cza­su na sub­tel­no­ści. Sko­pa­łem gło­wę z ra­mion ro­bo­ta. Nie skoń­czy­ła się jesz­cze tur­lać po pod­ło­dze, gdy z jego szyi wy­rwa­łem pro­gra­ma­tor. Zbli­ży­łem go do czyt­ni­ka i drzwi ewa­ku­acyj­ne sta­nę­ły otwo­rem. Po­gna­łem przed sie­bie przez po­grą­żo­ny w wie­czor­nych ciem­no­ściach park.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Zła per­cep­cja

isbn: 978-83-8423-282-8

© Mar­cin Peł­ka i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ję­drzej Szul­ga

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Grze­gorz Ara­szew­ski

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.