Zła krew. Największy skandal w historii start-upów - John Carreyrou - ebook

Zła krew. Największy skandal w historii start-upów ebook

Carreyrou John

4,4

Opis

Porywająca historia ogromnego oszustwa, opowieść o ambicji i nieposkromionej pysze.

Założycielka i prezeska Theranosa Elizabeth Holmes była powszechnie uważana za Steve’a Jobsa w spódnicy. Rzuciła studia, a jej firma miała w 2014 roku zrewolucjonizować przemysł medyczny dzięki maszynie, która znacznie usprawniłaby badanie krwi. Inwestorzy oszaleli: podczas kampanii finansowania wyceniono Theranosa na kwotę 9 miliardów dolarów, a wartość udziałów samej Holmes wynosiła 4,7 miliarda. Był tylko jeden problem: technologia nie działała.

Założenie technologiczne, które leżało u jego podstaw – że najważniejsze informacje zdrowotne można wyczytać z jednej kropli krwi przy użyciu przenośnego urządzenia – okazało się kłamstwem.

Pełna historia zapierającego dech w piersiach rozkwitu i równie szokującego upadku wartego kilka miliardów dolarów start-upu w dziedzinie biotechnologii. Relacja autorstwa nagradzanego dziennikarza, który jako pierwszy dotarł do sedna tej historii i opowiedział ją do końca, mimo nacisków ze strony charyzmatycznej założycielki i gróźb jej prawników

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (116 ocen)
67
36
11
2
0

Popularność




Tytuł oryginału Bad Blood
Przekład MARIA JASZCZUROWSKA
Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ
Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA
Redakcja MAGDALENA JANKOWSKA
Korekta BARTEK KUZIA, JAN JAROSZUK
Projekt okładki MACIEJ PIEDA
Zdjęcie na okładce © Ethan Pines / Forbes Collection / Contour by Getty Images
Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Copyright © 2018 by John Carreyrou Copyright © for the translation by Maria Jaszczurowska Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020
Warszawa 2020 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-66500-80-8
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Dla Molly, Sebastiana,Jacka i Franceski

Od autora

Niniejsza książka powstała na podstawie setek wywiadów z ponad stu pięćdziesięcioma osobami, z czego ponad sześćdziesiąt pracowało w firmie Theranos. Większość mężczyzn i kobiet obsadzonych w roli bohaterów występuje pod prawdziwymi nazwiskami, ale niektórzy poprosili, bym ukrył ich tożsamość, bo bali się odwetu ze strony firmy, wciągnięcia w toczące się dochodzenie karne prowadzone przez Departament Sprawiedliwości lub po prostu chcieli chronić swoją prywatność. Aby stworzyć kompletną i możliwie szczegółową relację, zgodziłem się nadać im pseudonimy. Wszystkie inne szczegóły dotyczące tych osób oraz ich doświadczeń są prawdziwe i zgodne z faktami.

Wszelkie wykorzystane cytaty pochodzą z korespondencji mejlowej lub dokumentów i przytoczyłem je dosłownie. Dialogi odtworzyłem z pamięci uczestników tamtych wydarzeń. Niektóre rozdziały napisałem wyłącznie na podstawie ewidencji postępowania sądowego, na przykład przesłuchań stron. W takim przypadku w przypisach szczegółowo podawałem wykorzystaną ewidencję.

Podczas pisania książki skontaktowałem się ze wszystkimi postaciami kluczowymi dla sprawy firmy Theranos i zaproponowałem, by skomentowały ciążące na nich zarzuty. Elizabeth Holmes skorzystała z prawa do odmowy i nie wyraziła chęci współpracy.

Prolog

17 listopada 2006

Tim Kemp miał dobre wieści dla swojego zespołu.

Dawny dyrektor IBM kierował działem bioinformatyki w firmie Theranos, start-upie, który wprowadził przełomową technologię badań krwi. Spółka właśnie zakończyła potężną prezentację na żywo dla przedsiębiorstwa farmaceutycznego. Elizabeth Holmes, dwudziestodwuletnia założycielka Theranosa, poleciała do Szwajcarii i przedstawiła możliwości opracowanego przez firmę systemu europejskiemu koncernowi Novartis.

„Dzisiaj rano dzwoniła Elizabeth” – napisał Kemp w mejlu do swojego piętnastoosobowego zespołu. „Chciała podziękować i twierdzi, że «prezentacja wypadła znakomicie!». Prosiła, żebym wam wszystkim podziękował i przekazał wyrazy uznania. Dodatkowo wspomniała też, że przedstawiciele Novartisa byli pod wrażeniem. Od razu poprosili o ofertę i wyrazili zainteresowanie finansowaniem projektu. Udało się zatem osiągnąć założony cel!”[1].

To był przełomowy moment dla Theranosa. Założony trzy lata wcześniej start-up rozpoczął się od ambitnego pomysłu, który przyszedł do głowy Elizabeth Holmes, kiedy jeszcze studiowała na Uniwersytecie Stanforda, a teraz udało się zainteresować nim wielką międzynarodową korporację.

Wieści o sukcesie prezentacji szybko dotarły na drugie piętro, gdzie mieściło się biuro dyrekcji.

Henry Mosley, jeden z dyrektorów, odpowiadał za finanse Theranosa. Dołączył do firmy osiem miesięcy wcześniej, w marcu 2006 roku. Ubierał się niedbale, na co dzień zachowywał się na luzie i miał przenikliwe spojrzenie zielonych oczu; na rynku technologicznym w Dolinie Krzemowej uchodził już za weterana. Wychował się w Waszyngtonie, dyplom MBA uzyskał na uniwersytecie w Utah, a pod koniec lat siedemdziesiątych przyjechał do Kalifornii i tu został. Zaczynał w produkującej mikroprocesory firmie Intel, jednym z pionierów zjawiska, które obecnie znamy pod nazwą Doliny Krzemowej. Następnie kierował działami finansowymi w czterech różnych firmach technologicznych, a dwie z nich wprowadził na giełdę. Nie po raz pierwszy przyszło mu się zatem zmierzyć z dużym wyzwaniem.

Mosleya przyciągnął talent Elizabeth Holmes i zespół doświadczonych specjalistów, jakich udało jej się zgromadzić. Założycielka firmy może i była młoda, ale otaczała ją wybitna kadra. Prezesem zarządu został Donald L. Lucas, inwestor kapitału podwyższonego ryzyka. Rozpoczął współpracę z Larrym Ellisonem, miliarderem z branży oprogramowania, i w połowie lat osiemdziesiątych pomógł mu wprowadzić na giełdę jego spółkę Oracle Corporation. Lucas i Ellison zainwestowali też w Theranosa własne środki.

Imponującą biografią mógł się poszczycić również inny członek zarządu Channing Robertson, prodziekan i jedna z gwiazd Wydziału Technologicznego na Uniwersytecie Stanforda[2]. Dzięki jego zeznaniom jako biegłego na temat uzależniających właściwości papierosów przemysł tytoniowy musiał pod koniec lat dziewięćdziesiątych zawrzeć pamiętną ugodę ze stanem Minnesota; opiewała na 6,5 miliarda dolarów. Po kilku rozmowach z Robertsonem Mosley doszedł do wniosku, że ten człowiek ma doskonałe zdanie o Elizabeth.

Theranos zgromadził także silny zespół kierowników. Kemp przepracował trzydzieści lat w IBM. Diane Parks, dyrektorka handlowa, przez dwadzieścia pięć lat nabywała doświadczenie w firmach biotechnologicznych i farmaceutycznych. John Howard, starszy wiceprezes do spraw produktów, nadzorował producenta chipów, jedną ze spółek zależnych Panasonica. Nieczęsto zdarzało się, by w niedużym start-upie zebrała się kadra zarządzająca takiego kalibru.

Nie tylko zarząd i zespół zarządzający przyciągnęły Mosleya do Theranosa. Gra toczyła się o wielki rynek. Firmy farmaceutyczne każdego roku wydawały dziesiątki miliardów dolarów na testy kliniczne nowych leków. Jeśli oferta Theranosa okazałaby się przydatna i udałoby się wykroić dla siebie choćby część tego miliardowego tortu, firma odniosłaby wielki sukces.

Elizabeth poprosiła Mosleya, żeby sporządził kilka prognoz finansowych, które mogłaby zaprezentować inwestorom. Pierwsze dane, jakie udało mu się opracować, nie przypadły jej do gustu, więc po namyśle zdołał je trochę podkręcić i uzyskał lepsze wyniki. Nie czuł się komfortowo, przedstawiając zmienione wyliczenia, ale uznał je za wciąż prawdopodobne, jeśli spółka wykona założony plan. Poza tym inwestorzy, o których względy i finanse ubiegały się start-upy, dobrze wiedzieli, że założyciele takich firm często przedstawiają zawyżone prognozy. Na tym polegały zasady tej gry. Inwestorzy ukuli nawet własne określenie: krzywa hokejowa. Tego typu prognozy zakładały przychody na tym samym poziomie przez kilka pierwszych lat, a następnie gwałtowny wzrost, prawie po linii pionowej.

Mosley nie był jednak pewien, czy właściwie zrozumiał zasady działania technologii Theranosa. Kiedy zaczęli się zgłaszać potencjalni inwestorzy, zabrał ich na spotkanie z Shaunakiem Royem, współzałożycielem start-upu. Shaunak obronił doktorat z inżynierii chemicznej. Razem z Elizabeth mieli ćwiczenia laboratoryjne z Robertsonem jeszcze na Uniwersytecie Stanforda.

Shaunak nakłuł własny palec i wycisnął kilka kropel krwi do białego plastikowego naboju o rozmiarach karty kredytowej, a następnie wsunął go do prostopadłościennego czytnika wielkości tostera. Czytnik pobierał dane z wsuniętego naboju i przekazywał je bezprzewodowo do serwera, który dokonywał analizy i przesyłał z powrotem wynik badania. O to właśnie chodziło.

W trakcie prezentowania systemu inwestorom Shaunak wskazał na ekran komputera: wyświetlał obraz krwi przemieszczającej się w naboju umieszczonym w czytniku. Mosley słabo orientował się w prawach chemii i fizyki, ale też nie na tym polegała jego rola. On miał się znać na finansach. Dopóki system wypluwał wyniki, wszystko było w porządku. A nie zdarzyło się, żeby zawiódł.

Kilka dni później Elizabeth wróciła ze Szwajcarii. Uśmiechnięta przechadzała się po firmie, co najlepiej dowodziło, że wyprawa zakończyła się sukcesem, jak domyślał się Mosley. Nic dziwnego: szefowa urodziła się z optymizmem we krwi, więc jako przedsiębiorca zawsze potrafiła dostrzec pozytywy. Opisując w mejlach do zespołu misję Theranosa, często używała określenia „nadzwyczajny”, przy czym przedrostek „nad” zapisywała kursywą, żeby jeszcze bardziej podkreślić jego wymowę. Owszem, trochę to było górnolotne, ale kobieta wydawała się szczera, a Mosley wiedział, że założyciele udanych start-upów w Dolinie Krzemowej często przemawiali jak ewangelizatorzy. Cynizmem nie zmieni się świata.

Zdziwiło go jednak, że garstka współpracowników towarzyszących Elizabeth w podróży najwyraźniej nie podzielała jej entuzjazmu. Niektórzy wyglądali wręcz na przygnębionych.

Czyżby komuś zginął szczeniaczek? – zastanawiał się Mosley pół żartem, pół serio.

Zszedł piętro niżej, gdzie w przegródkach open space’u siedziała większość sześćdziesięcioosobowego zespołu. Rozejrzał się za Shaunakiem. Jeśli pojawił się jakiś problem, o którym nikt jeszcze nie wspomniał, współzałożyciel Theranosa z pewnością będzie coś o tym wiedział.

Na początku Shaunak twierdził, że o żadnych problemach nie słyszał. Mosley wyczuł, że rozmówca coś ukrywa, więc naciskał dalej. Shaunak w końcu opuścił gardę i przyznał, że Theranos 1.0, jak Elizabeth ochrzciła system badań krwi, nie zawsze działa. Prawdę mówiąc, to była loteria: czasami udawało się uzyskać wynik, a innym razem nie.

Mosleya ta informacja zaskoczyła. Do tej pory sądził, że system jest wiarygodny. Przecież zawsze działał, kiedy inwestorzy przychodzili go oglądać?

Cóż, wyjaśnił Shaunak, istniał powód, dla którego można było sądzić, że system zawsze działał. Na ekranie komputera wyświetlano prawdziwy obraz: przepływająca krew wpadała do zbiorniczków, lecz bez gwarancji, że tym razem uda się uzyskać wynik. Zarejestrowano więc wynik pewnego badania, które zakończyło się sukcesem, i wyświetlano go podczas prezentacji.

Mosleya oszołomiła ta informacja. Tak samo jak inwestorzy, których przyprowadzał na prezentacje, myślał, że wyniki uzyskiwano w czasie rzeczywistym, z konkretnej próbki krwi umieszczonej w naboju. Wyjaśnienie Shaunaka zakrawało na oszustwo. Można być niepoprawnym optymistą i górnolotnym marzycielem, kiedy chce się przyciągnąć inwestorów, istnieje jednak granica, której przekraczać nie wolno. Zdaniem Mosleya właśnie to uczyniono.

Co w takim razie wydarzyło się podczas wizyty w koncernie Novartis?

Mosleyowi nie udało się uzyskać od nikogo bezpośredniej odpowiedzi, ale teraz podejrzewał, że musiało dojść do jakiejś manipulacji. Nie mylił się. Jeden z dwóch czytników zabranych przez Elizabeth do Szwajcarii popsuł się, kiedy byli już na miejscu. Pracownicy, którzy pojechali razem z szefową, siedzieli nad nim przez całą noc i próbowali go uruchomić, by rano podczas prezentacji nie dało się zauważyć problemu. Zespół Tima Kempa w Kalifornii świętował zatem fałszywe zwycięstwo.

Tamtego popołudnia, jak co tydzień, Mosley miał umówione spotkanie z Elizabeth. Ledwie wszedł do jej gabinetu, poczuł charyzmę młodej założycielki start-upu. Kobieta miała prezencję znacznie starszej osoby. Potrafiła utkwić w człowieku nieugięte spojrzenie swoich niebieskich oczu i ani razu nie zamrugać. Zachowywała się jak królowa. Hipnotyzowała wzrokiem, a jej niezwykle niski głos potęgował to wrażenie.

Mosley postanowił zachowywać się jak zwykle, a dopiero potem wspomnieć o swoich obawach. Theranos właśnie domknął trzecią rundę finansowania. Bez dwóch zdań zakończyła się ogromnym sukcesem: spółka pozyskała od inwestorów kolejne trzydzieści dwa miliony dolarów – ponad dwa razy więcej niż piętnaście milionów z pierwszych dwóch rund[3]. Najbardziej imponująco prezentowała się jednak najnowsza wycena wartości spółki: sto sześćdziesiąt pięć milionów dolarów. Niewiele trzyletnich start-upów mogło się poszczycić takim wynikiem.

Do tak wysokiej wyceny przyczyniły się przede wszystkim umowy, jakie Theranos podpisał z firmami farmaceutycznymi, a przynajmniej takie informacje przedstawiał w rozmowach z inwestorami. W prezentacjach chwalił się zawarciem sześciu umów z pięcioma firmami, przy czym umowy te miały w sumie wygenerować przychód od stu dwudziestu do trzystu milionów dolarów na przestrzeni najbliższych osiemnastu miesięcy[4]. Następnie wspominał o kolejnych piętnastu umowach w fazie negocjacji. Jeśli udałoby się doprowadzić do ich podpisania, z prezentacji wynikało, że przychody Theranosa mogłyby osiągnąć nawet półtora miliarda dolarów.

Firmy farmaceutyczne miały wykorzystywać system opracowany przez Theranosa do monitorowania reakcji pacjentów na nowe leki. Naboje i czytniki umieszczono by w domach pacjentów na czas trwania prób klinicznych. Pacjent nakłuwałby palec kilka razy dziennie, a czytnik przekazywałby wynik badania krwi prowadzącemu badanie. Gdyby odnotowano negatywną reakcję na lek, jego producent mógłby natychmiast zmniejszyć dawkę, zamiast czekać do końca badania. To obniżyłoby koszty ponoszone przez firmy farmaceutyczne nawet o 30 procent. Tak przynajmniej wynikało z prezentacji.

Poranne odkrycie napawało Mosleya rosnącym niepokojem. Po pierwsze, choć pracował dla Theranosa od ośmiu miesięcy, ani razu nie widział podpisanych umów z firmami farmaceutycznymi. Za każdym razem, kiedy o nie prosił, odpowiadano mu, że umowy „są sprawdzane przez prawnika”. Co więcej, zgodził się na umieszczenie w prognozach ambitnych danych dotyczących przychodów, ponieważ zapewniono go, że system działa bez zarzutu.

Jeśli Elizabeth podzielała choć część jego obaw, nie zdradziła się z tym. Zachowywała się jak na wyluzowanego, szczęśliwego lidera przystało – czyli w typowy dla siebie sposób. Szczególną dumą napawała ją najnowsza wycena. Może i do zarządu dołączą nowi członkowie, co byłoby doskonałym odzwierciedleniem rosnącego grona inwestorów, dodała.

Mosley wyczuł, że nadarza się okazja, by zagaić na temat wizyty w Szwajcarii i wspomnieć o krążących w biurze plotkach, że coś poszło nie tak. Elizabeth przyznała, że wystąpił pewien problem, ale wydała się go lekceważyć. To da się łatwo naprawić, stwierdziła.

Mosley nie pozbył się wątpliwości. Gryzło go to, co już wiedział. Powtórzył opowieść Shaunaka o pokazie dla inwestorów. Jeśli nie są autentyczne, należy ich zaprzestać, przekonywał.

– Nabieramy inwestorów. Tak nie można.

Wyraz twarzy Elizabeth nagle uległ zmianie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki radosny nastrój ustąpił miejsca wrogości. Kobieta spojrzała surowo na swojego dyrektora finansowego.

– Henry, nie nadajesz się do pracy zespołowej – stwierdziła lodowato. – Chyba powinieneś już wyjść.

To było jednoznaczne zagranie. Elizabeth wyprosiła kierownika finansowego nie tylko ze swojego gabinetu. Kazała mu natychmiast opuścić firmę.

Mosley został zwolniony.

1

Sens życia

Elizabeth Anne Holmes od dziecka wiedziała, że chce być właścicielką dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. W wieku siedmiu lat postanowiła zaprojektować wehikuł czasu[1]. Na początek zapełniła zeszyt szczegółowymi planami. Kiedy miała dziewięć czy dziesięć lat, podczas rodzinnego spotkania ktoś zadał jej pytanie, które każde dziecko prędzej czy później usłyszy:

– Kim chcesz zostać w przyszłości?

Bez wahania odpowiedziała:

– Chcę być miliarderką.

– A nie wolałabyś zostać prezydentem? – drążył krewny.

– Nie. Prezydent się ze mną ożeni, bo będę miliarderką.

To nie brzmiało jak zwykłe dziecięce mrzonki. Obserwujący tę scenę członek rodziny wspominał po latach, że dziewczynka mówiła z pełnym przekonaniem i determinacją. Rodzice konsekwentnie podsycali ambicje córki. Christian i Noel Holmesowie mieli wobec Elizabeth spore oczekiwania, co zresztą należało do rodzinnej tradycji.

Na drzewie genealogicznym wśród jej przodków ze strony ojca figuruje Charles Louis Fleischmann, imigrant z Węgier[2]. Założył dobrze prosperujące przedsiębiorstwo Fleischmann Yeast Company. Spektakularny sukces firmy sprawił, że na początku XX wieku rodzina Fleischmannów stała się jedną z najzamożniejszych w Ameryce.

Bettie Fleischmann, córka Charlesa, wyszła za duńskiego lekarza swojego ojca, doktora Christiana Holmesa. To był prapradziadek Elizabeth. Wspomagany koneksjami małżonki w świecie biznesu i polityki, założył szpital w Cincinnati oraz akademię medyczną przy tamtejszym uniwersytecie[3]. Elizabeth mogłaby więc powiedzieć – i mówiła to zresztą inwestorom z położonej niedaleko Uniwersytetu Stanforda Sand Hill Road, słynnej ulicy skupiającej firmy kapitałowe w Dolinie Krzemowej – że odziedziczyła w genach nie tylko smykałkę do interesów, lecz także zainteresowanie medycyną[4].

Matka Elizabeth również mogła się poszczycić wyjątkowym pochodzeniem. Jej ojciec ukończył akademię West Point i piastował wysokie urzędnicze stanowiska w Pentagonie[5]. Na początku lat siedemdziesiątych zaplanował i przeprowadził reformę armii polegającą na przejściu od wojska poborowego do zawodowego. Rodzina podobno wywodziła się od marszałka Davouta, jednego z najważniejszych dowódców Napoleona.

To jednak osiągnięcia przodków po mieczu wywarły największy wpływ na Elizabeth i rozpaliły jej wyobraźnię. Chris Holmes nie tylko dopilnował, by córka kontynuowała rodzinne tradycje, lecz także starał się ją uchronić przed słabostkami, jakie dały o sobie znać we wcześniejszych pokoleniach. Zarówno jego ojciec, jak i dziadek oprócz niewątpliwych zalet mieli także wady, wśród których można wymienić częste rozwody i problemy z alkoholem. Chris obwiniał ich obu o roztrwonienie rodzinnego majątku.

„Dorastałam otoczona historiami o zasługach moich przodków” – powiedziała Elizabeth kilka lat później w wywiadzie dla „New Yorkera”. „Nasłuchałam się też o ludziach, którzy nie chcieli odnaleźć w życiu głębszego sensu, i o tym, do czego ten wybór ich doprowadził. W ten sposób pokazano mi, jaki wpływ takie decyzje mają na charakter i jakość życia”[6].

Elizabeth spędziła dzieciństwo w Waszyngtonie, gdzie jej ojciec zajmował stanowiska w różnych organach rządowych, od Departamentu Stanu po Agencję do spraw Rozwoju Międzynarodowego. Matka pracowała jako doradczyni na Kapitolu, ale przerwała karierę, by zająć się wychowaniem córki i jej młodszego brata Christiana.

Latem Noel z dziećmi wyjeżdżała do Boca Raton na Florydzie, gdzie wujostwo dziewczynki, Elizabeth i Ron Dietzowie, mieli apartament z pięknym widokiem na kanał Intracoastal Waterway. Ich syn David był o trzy i pół roku młodszy od Elizabeth, a półtora roku młodszy od Christiana.

Kuzynostwo spało na piankowych materacach rozkładanych na podłodze, a rankiem pędziło co tchu na plażę, by wykąpać się w morzu. Popołudnia spędzano na grze w Monopoly. Kiedy Elizabeth wygrywała, a zdarzało się to nader często, upierała się, by kontynuować zabawę, i gromadziła kolejne domy i hotele, doprowadzając chłopców do bankructwa. Z rzadka zdarzała jej się porażka – wtedy wpadała w szał i wybiegała z mieszkania. Już wówczas dał się zauważyć jej potężny pociąg do rywalizacji.

W liceum nie trzymała z popularnymi uczniami. Kiedy ojciec dostał posadę w koncernie Tenneco, Holmesowie przeprowadzili się do Houston. Dzieci zapisano do najbardziej prestiżowej prywatnej szkoły St. John’s. Elizabeth wyrosła na chudą nastolatkę o wielkich niebieskich oczach. Chciała dopasować się do rówieśników, więc rozjaśniała włosy i odchudzała się intensywnie, co wpędziło ją w zaburzenia odżywiania.

W drugiej klasie rzuciła się w wir nauki. Często zarywała noce, ale za to na świadectwie miała same piątki. Ten nawyk utrzymał się w jej późniejszym życiu: zawsze ciężko pracowała i mało spała. Kiedy została prymuską, okazało się, że poprawiła się także jej pozycja towarzyska. Wkrótce zaczęła umawiać się z synem szanowanego chirurga ortopedy z Houston. Pojechali nawet do Nowego Jorku, by wspólnie powitać nowe tysiąclecie na Times Square.

W miarę jak zbliżała się matura, Elizabeth coraz częściej myślała o studiach na Uniwersytecie Stanforda. Uczennica z najlepszymi ocenami, zainteresowana nauką i komputerami oraz marząca o własnym przedsiębiorstwie, dokonała oczywistego wyboru. Uczelnia, którą pod koniec XIX wieku założył magnat kolejowy Leland Stanford, z początku była tylko niewielką szkołą rolniczą, lecz współcześnie stała się nieodłącznym elementem Doliny Krzemowej. Internet święcił wtedy triumfy, a największe jego gwiazdy, takie jak Yahoo, powstały właśnie w kampusie Stanforda. Kiedy Elizabeth przygotowywała się do matury, dwóch doktorantów z tego uniwersytetu zaczęło zwracać uwagę opinii publicznej swoim niewielkim start-upem o nazwie Google.

Elizabeth dobrze znała Uniwersytet Stanforda, jeszcze zanim rozpoczęła studia. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jej rodzina przez jakiś czas mieszkała w Woodside w Kalifornii, zaledwie kilkanaście kilometrów od kampusu. Elizabeth zaprzyjaźniła się wówczas z córką sąsiadów, Jesse Draper. Jej ojciec, Tim Draper, przedsiębiorca w trzecim pokoleniu, miał wkrótce zostać jednym z najlepiej prosperujących inwestorów finansujących start-upy w Dolinie Krzemowej.

Elizabeth łączyło z Uniwersytetem Stanforda coś jeszcze: język chiński. Ojciec często podróżował służbowo do Chin i doszedł do wniosku, że jego dzieci powinny uczyć się języka mandaryńskiego, więc razem z Noel znaleźli nauczyciela, który przychodził do ich domu w Houston w sobotnie poranki. W drugiej połowie nauki w szkole średniej dziewczynie udało się dostać do letniej szkoły języka mandaryńskiego organizowanej przez Uniwersytet Stanforda[7]. Program przewidziano tylko dla studentów, ale Elizabeth zrobiła dobre wrażenie na dyrektorze kursu, gdyż popisała się płynną znajomością języka, więc uczyniono dla niej wyjątek. Pierwsze pięć tygodni spędziła w kampusie w Palo Alto, a na kolejne cztery wysłano ją do Pekinu.

Wiosną 2002 roku Elizabeth dostała się na Uniwersytet Stanforda jako stypendystka – najlepszym kandydatom przyznawano grant w wysokości trzech tysięcy dolarów na poszerzanie zainteresowań w wybranej dziedzinie nauki.

Ojciec wpoił Elizabeth przekonanie, że w życiu trzeba mieć jakiś cel[8]. Na stanowiskach publicznych kierował akcjami humanitarnymi, na przykład w 1980 roku koordynował exodus z Mariel, kiedy to ponad sto tysięcy Kubańczyków i obywateli Haiti wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych. W domu wisiało mnóstwo zdjęć przedstawiających pana Holmesa niosącego pomoc ludziom w krajach wyniszczonych wojną. Elizabeth otrzymała zatem jasny przekaz: jeśli chce zostawić po sobie na świecie jakiś ślad, jej osiągnięcia będą musiały wykraczać poza zgromadzenie fortuny; powinny także przysłużyć się ludzkości[9]. Biotechnologia stwarzała możliwość połączenia tych dwóch ambicji. Elizabeth wybrała zatem inżynierię chemiczną, dziedzinę, która w naturalny sposób łączyła naukę z przemysłem.

Twarzą Wydziału Inżynierii Chemicznej na Uniwersytecie Stanforda był Channing Robertson. Charyzmatyczny, przystojny i elokwentny, wykładał na uczelni od lat siedemdziesiątych i miał rzadko spotykany talent do nawiązywania dobrych relacji ze studentami. Jako jeden z niewielu wykładowców podążał też za najnowszą modą; wyróżniała go charakterystyczna siwiejąca blond czupryna, a na zajęcia przychodził w skórzanych kurtkach, w których nie wyglądał na swoje pięćdziesiąt dziewięć lat.

Elizabeth zapisała się na jego kurs „Wprowadzenie do inżynierii chemicznej” oraz na seminarium z systemów kontrolowanego podawania leków. Upierała się też, by pozwolił jej asystować podczas badań laboratoryjnych. Robertson się zgodził i przydzielił ją do pomocy pewnemu doktorantowi, który w ramach swojego projektu próbował ustalić, jakie enzymy najlepiej sprawdzą się w detergentach do prania.

Poza długimi godzinami spędzanymi w laboratorium Elizabeth prowadziła też bujne życie towarzyskie. Bywała na imprezach organizowanych na kampusie i umawiała się ze studentem drugiego roku, JT Batsonem. Chłopak pochodził z małego miasta w Georgii. Imponowały mu światowe maniery Elizabeth, choć z drugiej strony uważał, że jest zbyt skryta. „Niewiele można było od niej wyciągnąć” – wspomina. „Rzadko uchylała rąbka swoich tajemnic”.

Na pierwszym roku podczas przerwy zimowej Elizabeth przyjechała do Houston, by spędzić ferie z rodzicami i wujostwem Dietzami – akurat przylecieli z Indianapolis. Studiowała zaledwie od kilku miesięcy, ale już chodziła jej po głowie rezygnacja. Podczas świątecznego obiadu ojciec posłał jej papierowy samolocik, który miał na skrzydłach napis „Doktorat”.

Zdaniem jednego z członków rodziny obecnego przy stole odpowiedź Elizabeth nie pozostawiała wątpliwości.

– Nie, tato, nie chcę robić doktoratu. Wolę zarabiać pieniądze.

Pewnego wiosennego dnia stanęła w akademiku w drzwiach pokoju, w którym mieszkał Batson, i oznajmiła, że nie może się z nim dłużej spotykać, bo zakłada firmę i będzie musiała cały czas poświęcać jej rozwojowi. Batson nigdy wcześniej nie dostał kosza. Poczuł się oszołomiony, ale pamięta, że niezwykły powód, jaki podała jego dziewczyna, trochę złagodził gorycz odrzucenia.

Elizabeth zrezygnowała ze studiów na Uniwersytecie Stanforda dopiero jesienią następnego roku, po powrocie z wakacyjnego stypendium w Instytucie Genetyki w Singapurze. Na początku 2003 roku w Azji szalała nieznana wcześniej choroba: SARS, czyli zespół ostrej ciężkiej niewydolności oddechowej. Elizabeth spędziła zatem lato, badając próbki pozyskane tradycyjnymi metodami, takimi jak strzykawki czy wymaz z nosa. Po tym doświadczeniu doszła do wniosku, że musi istnieć jakiś lepszy sposób[10].

Po powrocie do Houston przez pięć dni nie wstawała od komputera[11]. Kładła się spać na godzinę lub dwie, a posiłki jadła przy biurku; matka przynosiła je na tacy. Podczas stażu miała okazję zaobserwować nowe technologie, a kiedy połączyła to z wiedzą uzyskaną na zajęciach Robertsona, napisała zgłoszenie patentowe plastra na ramię, który jednocześnie diagnozowałby choroby i je leczył.

Niedobory snu nadrobiła w samochodzie, kiedy matka wiozła ją z Teksasu do Kalifornii na rozpoczęcie drugiego roku studiów. Na kampusie poszła prosto do Robertsona i Shaunaka Roya – doktoranta, któremu pomagała w laboratorium – i pokazała im propozycję wniosku patentowego.

Podczas zeznania złożonego przed sądem kilka lat później Robertson wspominał, że pomysłowość Elizabeth zrobiła na nim wrażenie[12].

– Jakimś cudem zdołała połączyć różne fragmenty nauki, inżynierii i technologii w sposób, który mnie samemu nigdy nie przyszedł do głowy.

Zaimponowały mu też jej determinacja i niezłomna chęć realizacji pomysłu.

– Nigdy jeszcze nie spotkałem takiego studenta, a uczyłem ich już tysiące. Zachęcałem ją, by nie ustawała w wysiłkach i spełniała swoje marzenia.

Shaunak wykazał się większym sceptycyzmem. Wychował się w Chicago, w rodzinie indyjskich imigrantów, z dala od pociągającego czaru Doliny Krzemowej. Uważał się za człowieka pragmatycznego i twardo stąpającego po ziemi. Koncepcja Elizabeth wydawała mu się zbyt daleko idąca. Dał się jednak porwać entuzjazmowi Robertsona i zaczęli wspólnie rozważać stworzenie start-upu.

Kiedy Elizabeth zajmowała się biurokracją i kompletowaniem dokumentów niezbędnych do założenia firmy, Shaunak kończył ostatni semestr pracy naukowej, chcąc uzyskać tytuł. W maju 2004 roku dołączył do start-upu jako pierwszy pracownik. Przyznano mu też mniejszościowy udział w kapitale spółki. Robertson przyjął rolę doradcy w zarządzie.

Przez kilka pierwszych miesięcy Elizabeth i Shaunak gnieździli się w maleńkim biurze w Burlingame. Później znaleźli coś większego. Nowe biuro pozostawiało wiele do życzenia. Choć zgodnie z adresem powinno się mieścić w Menlo Park, w rzeczywistości znajdowało się w obskurnej dzielnicy przemysłowej na obrzeżach East Palo Alto, gdzie strzelaniny nie należały do rzadkości. Pewnego ranka Elizabeth pojawiła się w pracy z odłamkami szkła we włosach. Ktoś strzelał do jej samochodu i roztrzaskał szybę po stronie kierowcy. Mało brakowało, by napastnik trafił ją w głowę.

Elizabeth nazwała firmę Real-Time Cures[1*]; w wyniku niefortunnego błędu na pierwszych odcinkach wypłaty widniała nazwa Real-Time Curses[2*]. Później nazwę firmy zmieniono na Theranos – było to połączenie słów oznaczających terapię i diagnozę.

Aby zdobyć potrzebne fundusze, Elizabeth postanowiła wykorzystać rodzinne koneksje[13]. Przekonała Tima Drapera, ojca swojej sąsiadki i przyjaciółki z dzieciństwa, by zainwestował w ten interes milion dolarów. Nazwisko Draper wiele znaczyło w kręgach biznesowych, dzięki czemu firma Elizabeth od razu zyskała na wiarygodności: pod koniec lat pięćdziesiątych dziadek Tima założył pierwsze w Dolinie Krzemowej przedsiębiorstwo inwestujące w nowo zakładane firmy, a firma Tima, DFJ, zasłynęła z wczesnych lukratywnych inwestycji między innymi w usługę mejlową Hotmail[14].

Następnie Elizabeth zwróciła się z prośbą o sporą inwestycję do Victora Palmieriego, emerytowanego specjalisty w dziedzinie restrukturyzacji i zmian w przedsiębiorstwach, dobrego przyjaciela jej ojca. Mężczyźni poznali się pod koniec lat siedemdziesiątych, podczas kadencji prezydenta Cartera, kiedy Chris Holmes pracował w Departamencie Stanu, a Palmieri pełnił funkcję koordynatora do spraw uchodźców.

Elizabeth zaimponowała Draperowi i Palmieriemu pozytywną energią i wizją zastosowania zasad nano- i mikrotechnologii w diagnostyce. W dwudziestosześciostronicowym dokumencie, który sporządziła w celu pozyskiwania nowych inwestorów, opisała plaster do bezbolesnego pobierania krwi przy użyciu mikroigiełek[15]. Wynalazek nosił nazwę TheraPatch i miał zawierać mikrochip z systemem czujników, które analizowałyby krew i same decydowały, jaką dawkę leku zaaplikować. Uzyskane wyniki byłyby bezprzewodowo przekazywane lekarzowi prowadzącemu. Dokument zawierał też kolorowy wykres przedstawiający poszczególne elementy plastra i jego funkcjonowanie.

Nie wszystkich potencjalnych inwestorów udało się przekonać. Pewnego ranka w lipcu 2004 roku Elizabeth spotkała się z przedstawicielami MedVenture Associates, firmy inwestycyjnej specjalizującej się w obszarze technologii medycznych[16]. Siedząc przy stole naprzeciwko pięciorga wspólników, energicznie i w wielkich słowach opisywała potencjał swojej technologii i jej wpływ na losy ludzkości. Kiedy jednak inwestorzy zaczęli zadawać konkretne pytania na temat systemu mikrochipów i chcieli wiedzieć, czym miałby się różnić od systemu, który wcześniej opracowała i wprowadziła na rynek firma Abaxis, Elizabeth wyraźnie się zmieszała i atmosfera w sali zrobiła się napięta. Jako że wynalazczyni nie potrafiła udzielić wyczerpujących odpowiedzi na wnikliwe pytania natury technicznej, po pół godzinie wstała i wyszła, nadąsana.

Nie tylko MedVenture Associates odrzuciła propozycję dziewiętnastoletniej niedoszłej absolwentki Stanforda[17], lecz to nie powstrzymało Elizabeth. Do końca 2004 roku udało jej się szczęśliwym trafem pozyskać prawie sześć milionów dolarów od niezłych inwestorów. Poza Draperem i Palmierim przekonała do swojego pomysłu starzejącego się Johna Bryana, a także Stephena L. Feinberga, specjalizującego się w nieruchomościach i prywatnych funduszach, który zasiadał w zarządzie szpitala onkologicznego MD Anderson Cancer Center w Houston[18]. Namówiła do inwestycji studenta Uniwersytetu Stanforda Michaela Changa, którego rodzina sprawowała kontrolę nad wartym kilka miliardów dolarów przedsiębiorstwem na Tajwanie, zajmującym się dystrybucją zaawansowanej technologii. Do interesu dorzuciło się też kilkoro członków licznej rodziny Holmesów, na przykład siostra Nel, Elizabeth Dietz.

W miarę jak napływały pieniądze, Shaunak zaczynał zdawać sobie sprawę, że plasterek, który podobno miał czynić cuda, bardziej zakrawał na rekwizyt z bajki. Teoretycznie dało się stworzyć coś takiego, podobnie jak w teorii można polecieć na Marsa, diabeł jednak tkwił w szczegółach. Chcąc nieco zmienić koncepcję plastra, by bardziej odpowiadała rzeczywistym możliwościom, Shaunak i Elizabeth ograniczyli się do komponentu diagnostycznego, ale i to okazało się nie lada wyzwaniem.

W końcu zrezygnowali z plastra na rzecz czegoś, co bardziej przypominało kieszonkowe aparaty do monitorowania poziomu cukru we krwi u pacjentów z cukrzycą. Elizabeth chciała, żeby urządzenie opracowane przez Theranosa było mobilne, podobnie jak używane dotychczas glukometry, ale wymyśliła, że będzie podawało o wiele więcej parametrów niż tylko poziom cukru. To znaczyło, że musiałoby być bardziej skomplikowane, a co za tym idzie – większe.

Udało się osiągnąć swego rodzaju kompromis – system złożony z wkładu i czytnika, łączący techniki mikroprzepływowe z biochemią. Pacjent miał nakłuwać sobie palec i pobierać małą próbkę krwi, którą następnie umieszczałby w pojemniku wyglądającym jak grubsza karta kredytowa. Następnie kartę wkładałoby się do większego urządzenia, zwanego czytnikiem. Pompy w czytniku przepychałyby krew przez maleńkie kanaliki w karcie do zbiorniczków pokrytych proteinami-przeciwciałami. W kanalikach stała frakcja krwi byłaby odfiltrowywana – białe i czerwone krwinki zostałyby oddzielone od osocza, które docierałoby do zbiorniczków. Reakcja chemiczna osocza z przeciwciałami wyzwalałaby sygnał, który czytnik analizowałby i przekładał na konkretny wynik.

Elizabeth widziała to w ten sposób, że czytniki i wkłady pacjenci będą trzymali w domu, dzięki czemu będą mogli regularnie badać sobie krew. Antena nadawcza wbudowana w czytnik miała z centralnego serwera przekazywać wyniki badań do komputera lekarza prowadzącego. Dzięki temu lekarz na bieżąco korygowałby dawki leków, zamiast czekać, aż pacjent uda się na badanie krwi do laboratorium albo przyjdzie na kolejną umówioną wizytę.

Pod koniec 2005 roku, osiemnaście miesięcy po dołączeniu do firmy, Shaunak zaczął wreszcie dostrzegać postępy. Firma zdołała opracować prototyp urządzenia, roboczo nazwany Theranos 1.0, poza tym zatrudniała już dwunastu pracowników. Udało się też stworzyć model biznesowy, który wkrótce miał zacząć przynosić zyski: nową technologię badań krwi zamierzano udostępniać w drodze licencji koncernom farmaceutycznym, one zaś mogłyby dzięki niej sprawdzać niepożądane skutki uboczne leków poddawanych testom klinicznym.

Na małe przedsiębiorstwo zwróciły też uwagę media[19]. W Boże Narodzenie Elizabeth wysłała pracownikom „najlepsze życzenia”. W treści mejla zawarła także link do artykułu, który pojawił się w „Red Herring”, czasopiśmie poświęconym nowinkom technologicznym. Wiadomość kończyła się zdaniem: „Hip hip hurra na cześć «najfajniejszego start-upu w dolinie»!!!”[20].

2

Dozownik kleju

Na początku 2006 roku Edmond Ku trafił na rozmowę kwalifikacyjną do Elizabeth. Od razu urzekła go roztaczana przez nią wizja. Rozmówczyni opisała świat, w którym leki dokładnie dopasowywano by do potrzeb pacjenta dzięki precyzyjnej technologii badania krwi opracowanej przez Theranosa. Aby lepiej zilustrować swoje marzenie, odniosła się do cerebrexu – środka przeciwbólowego, który nie zyskał zaufania, ponieważ powszechnie uważano, że zwiększa ryzyko udaru i zawału serca. Mówiono nawet, że producent leku, firma Pfizer, będzie musiała wycofać go z rynku. Dzięki systemowi Theranos można byłoby wyeliminować skutki uboczne cerebrexu, dzięki czemu miliony chorych cierpiących na artretyzm mogłyby dalej przyjmować lek skutecznie łagodzący ból. Dla potwierdzenia swoich słów Elizabeth przywołała też garść statystyk: podobno około stu tysięcy Amerykanów rocznie umiera z powodu skutków ubocznych leków. Theranos mógłby wyeliminować to ryzyko, czyli dosłownie uratowałby życie tysiącom ludzi.

Edmond, dla przyjaciół Ed, poczuł, że przemawia do niego żelazna logika siedzącej naprzeciwko kobiety, która wpatrywała się w rozmówcę bez mrugnięcia okiem. Uznał opisywaną przez nią misję za godną podziwu.

Ed, skromny inżynier, zasłynął w Dolinie Krzemowej jako specjalista od trudnych przypadków. Start-upy, które doświadczały trudności ze względu na złożone zagadnienia technologiczne, wzywały go na pomoc, a jemu zwykle udawało się znaleźć jakieś rozwiązanie. Urodził się w Hongkongu, ale kiedy był nastolatkiem, wraz z rodziną wyemigrował do Kanady. Z czasem nabrał zwyczaju typowego dla Chińczyków posługujących się angielskim jako drugim językiem, a mianowicie zawsze mówił w czasie teraźniejszym.

Jeden z członków zarządu Theranosa złożył mu propozycję objęcia stanowiska kierownika do spraw technologicznych. Gdyby ją przyjął, jego zadanie polegałoby na przekształceniu prototypu urządzenia Theranos 1.0 w funkcjonalny produkt, który spółka mogłaby wprowadzić na rynek. Wysłuchawszy inspirującej przemowy Elizabeth, Ed uznał, że w to wchodzi.

Wkrótce jednak zorientował się, że Theranos jest najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Miał doświadczenie w elektronice, a nie w dziedzinie sprzętu medycznego. Poza tym prototyp, który mu przekazano, nie działał. W ręce Eda trafiła zaledwie namiastka tego, co opisywała Elizabeth. On miał namiastkę przekształcić w urządzenie z wizji szefowej.

Główna trudność polegała na tym, że założycielka start-upu uparła się, by technologia Theranosa działała z mikroskopijną próbką krwi: kroplą pobieraną z opuszki palca. Po matce odziedziczyła strach przed igłami: Noel Holmes mdlała na widok strzykawki. Elizabeth tak się zafiksowała na tej koncepcji, że wyprowadził ją z równowagi pracownik, który jako jeden z gadżetów przeznaczonych na targi przyniósł czerwone czekoladki Hershey’s Kisses opatrzone logo Theranosa. Miały się kojarzyć z kroplą krwi, ale Elizabeth uznała, że są za duże i nie taką wizję chciałaby promować.

Jej obsesja na punkcie miniaturyzacji obejmowała również wkład do czytnika. Chciała, żeby mieścił się w dłoni, co czyniło zadanie Eda jeszcze trudniejszym. Wraz z zespołem spędził długie miesiące na opracowywaniu coraz to nowych projektów, ale nigdy nie udało się osiągnąć wiarygodnej powtarzalności wyników badań tej samej próbki.

Zaleconą minimalną ilość krwi trzeba było rozcieńczać roztworem soli fizjologicznej, by nabrała odrobinę objętości. Takie działania znacznie komplikowały coś, co w założeniu miało być rutynową biochemią.

Na domiar złego do wkładu trafiały nie tylko krew i roztwór. Reakcje, jakie powinny zachodzić, kiedy krew docierała do miniaturowych zbiorniczków, wymagały obecności substancji zwanych reagentami. Należało zaprojektować dla nich oddzielne komory.

Wszystkie te płyny musiały przemieszczać się we wkładzie w ściśle ustalonej kolejności, więc zainstalowano w nim małe zawory, które miały się zamykać i otwierać w określonym czasie. Ed i jego inżynierowie pracowali nad projektem i mechanizmem otwierania zaworów, a także dostosowywali prędkość, z jaką poszczególne substancje miałyby przepływać przez wkład.

Należało też zapobiec przeciekaniu i mieszaniu się płynów. Naukowcy próbowali nadać kanalikom taki kształt, długość i kierunek, by zminimalizować możliwość zanieczyszczenia. Przeprowadzili mnóstwo testów z użyciem barwników spożywczych, żeby sprawdzić, gdzie przemieszczają się poszczególne kolory i w którym miejscu dochodzi do zanieczyszczenia.

Zespół technologiczny głowił się więc nad niezwykle skomplikowanym układem wzajemnych połączeń, w dodatku ścieśnionym na wyjątkowo małej powierzchni. Jeden z inżynierów Eda porównał ten system do splecionej sieci gumek recepturek. Kiedy szarpniesz za jedną, z pewnością rozciągnie się też kilka innych.

Produkcja jednego wkładu kosztowała ponad dwieście dolarów, a każdy nadawał się tylko do jednorazowego użytku. Tygodniowo testowano ich kilkaset. Elizabeth kupiła za dwa miliony dolarów automatyczną linię do pakowania, w nadziei, że pewnego dnia zaczną sprzedawać i wysyłać gotowe wkłady, ale ten dzień wydawał się odległy. Pierwsze sześć milionów od inwestorów zdążyło się już rozejść[1], na szczęście Theranos pozyskał kolejne dziewięć milionów w ramach drugiej rundy finansowania projektu. Trzeba było jakoś zapełnić kiesę.

Pracami chemicznymi zajmowała się osobna grupa biochemików. Z ludźmi Eda układało im się, delikatnie mówiąc, różnie. Obaj kierownicy podlegali bezpośrednio Elizabeth i niespecjalnie zachęcano ich, by porozumiewali się między sobą. Szefowa ograniczała pracownikom dostęp do informacji, tylko ona orientowała się zatem, na jakim etapie znajdują się badania nad rozwojem systemu. Dlatego Ed nie wiedział, czy problemy, z którymi borykał się jego zespół, wynikają z fizyki mikroprzepływów, za którą odpowiadał on, czy z chemii, z którą nie miał nic wspólnego. Wiedział jedno: gdyby Elizabeth pozwoliła im używać większych próbek krwi, mieliby większe szanse powodzenia. O tym szefowa nie chciała jednak słyszeć.

Któregoś wieczoru Ed pracował do późna. Nagle pojawiła się Elizabeth. Frustrowało ją tempo, w jakim posuwały się prace, i chciała, żeby dział inżynierii pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, byle tylko przyspieszyć. Zdaniem Eda to był zły pomysł. Jego zespół i tak zostawał już po godzinach.

Zauważył też, że rotacja osób zatrudnionych w firmie jest spora, ponadto nie ogranicza się do szeregowych pracowników. Kierownicy najwyraźniej też nie wytrzymywali długo na zajmowanych stanowiskach. Henry Mosley, dyrektor do spraw finansowych, pewnego dnia po prostu zniknął. W biurze krążyły plotki, że przyłapano go na sprzeniewierzaniu funduszy. Nikt nie wiedział, ile prawdy kryje się w tych pogłoskach, bo odejście Mosleya, podobnie jak pozostałych, nie zostało wyjaśnione ani nawet oficjalnie ogłoszone. To wszystko wprowadzało nerwową atmosferę: okazało się, że kolega zza biurka obok dzisiaj może tu być, a następnego dnia zniknie, w dodatku nikt nie będzie wiedział dlaczego.

Ed usiłował odrzucić propozycję szefowej. Wyjaśnił, że nawet gdyby wprowadził pracę na trzy zmiany, inżynierowie i tak szybko by się wypalili.

– Nie interesuje mnie to. Ludzi można wymienić – odparła Elizabeth. – Liczy się tylko firma.

Ed uznał, że na pewno nie chciała, by zabrzmiało to aż tak bezdusznie.

Elizabeth widziała tylko ostateczny cel; nie zdawała sobie sprawy z praktycznych konsekwencji swoich decyzji. Ed zauważył na jej biurku wycinek z gazety poświęcony Theranosowi[2]. Na temat firmy wypowiadał się Channing Robertson – profesor z Uniwersytetu Stanforda zasiadający w zarządzie spółki.

Cytat brzmiał: „Zaczynasz rozumieć, że oto patrzysz w oczy drugiemu Billowi Gatesowi albo Steve’owi Jobsowi”.

Wysoko ustawiła sobie poprzeczkę, pomyślał Ed. W sumie, jeśli ktokolwiek miałby odnieść taki sukces, to może właśnie ona. Ed nigdy wcześniej nie spotkał kogoś tak zdeterminowanego i zmotywowanego. Elizabeth spała po cztery godziny na dobę, a w ciągu dnia ratowała się zastrzykami kofeiny w postaci ziarenek kawy w czekoladzie. Próbował ją nakłonić, by więcej spała i prowadziła zdrowszy tryb życia, ale nie chciała go słuchać.

Choć Elizabeth była uparta jak osioł, Ed wiedział, że z pewnością posłucha jednego człowieka: tajemniczego mężczyzny o imieniu Sunny. Kilka razy wspomniała o nim w rozmowie, więc Ed zdążył zapamiętać podstawowe informacje na temat faceta: Pakistańczyk, starszy od niej. Podobno byli parą. Z tego, co mówiła, Sunny dorobił się fortuny na sprzedaży internetowej spółki, którą pomógł założyć pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Sunny nie pojawiał się w biurze Theranosa osobiście, ale dzielił życie z Elizabeth. Podczas przyjęcia świątecznego w restauracji w Palo Alto w 2006 roku szefowa za dużo wypiła i nie dotarłaby sama do domu, więc zadzwoniła po Sunny’ego i poprosiła, by po nią przyjechał. Przy tej okazji Ed dowiedział się, że para mieszka razem w apartamencie kilka bloków od restauracji.

Sunny nie był jedynym starszym mężczyzną, który udzielał Elizabeth rad. W każdą niedzielę spotykała się na brunch z Donem Lucasem; odwiedzała go też w jego domu w Atherton, zamożnym miasteczku na północ od Palo Alto. Larry Ellison, którego poznała przez Lucasa, również miał na nią spory wpływ. Lucas i Ellison wspólnie zainwestowali pieniądze w Theranosa w drugiej rundzie finansowania[3]. W żargonie Doliny Krzemowej rundę taką nazywa się „Serią B”. Ellison czasami zajeżdżał do firmy swoim czerwonym porsche, by sprawdzić, jak się miewa jego inwestycja. Elizabeth często zaczynała zdanie od: „Larry twierdzi, że...”.

Ellison może i był jednym z najbogatszych ludzi na świecie – jego majątek szacowano na jakieś dwadzieścia pięć miliardów dolarów – ale niekoniecznie najlepszym wzorem do naśladowania. W czasach, kiedy światło dzienne ujrzał Oracle, znacząco zawyżył możliwości swojego oprogramowania bazodanowego i wypuszczał na rynek złe wersje, w których aż roiło się od błędów[4]. Z urządzeniem medycznym nie można sobie pozwolić na coś takiego.

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu Elizabeth kierowała się własnym podejściem do zarządzania Theranosem, a w jakim powtarzała słowa Ellisona, Lucasa czy Sunny’ego, ale jedno nie ulegało wątpliwości: obraziła się, kiedy Ed oznajmił, że jego dział nie będzie pracował dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Od tamtej pory ich relacje znacznie się ochłodziły.

Wkrótce Ed dostrzegł, że Elizabeth zatrudnia nowych inżynierów, którzy już mu nie podlegają. Tworzyli odrębną grupę. Rywalizowali z nim. Zaświtała mu myśl, że Elizabeth w jakiś sposób nastawia przeciwko sobie dwa zespoły inżynierów i szczuje je na siebie nawzajem w swoistym firmowym wyścigu szczurów.

Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać, bo doszło mu następne zmartwienie: Elizabeth przekonała firmę Pfizer, by przetestowała system Theranosa w projekcie pilotażowym w Tennessee. Zgodnie z umową urządzenia Theranos 1.0 miały być umieszczone w domach pacjentów, którzy codziennie badaliby sobie nimi krew. Wyniki miały być przekazywane bezprzewodowo do biura Theranosa w Kalifornii, a tam analizowane i przesyłane Pfizerowi. Jakoś trzeba było naprawić wszystkie błędy przed rozpoczęciem projektu. Elizabeth wyznaczyła już termin wizyty w Tennessee, by zacząć szkolić pierwszych pacjentów i lekarzy w nowym systemie.

Na początku sierpnia 2007 roku Ed towarzyszył Elizabeth w podróży do Nashville. Z biura zawiózł ich na lotnisko swoim porsche Sunny. Wtedy Ed wreszcie poznał go osobiście. Od razu rzuciła mu się w oczy różnica wieku. Sunny wyglądał na czterdzieści parę lat, więc był o dobre dwadzieścia lat starszy od Elizabeth. Zachowywał się, jakby ich związek charakteryzował się pewnym wyrachowaniem i przypominał raczej transakcję biznesową. Kiedy rozstawali się na lotnisku, facet nie powiedział „Do widzenia” ani „Szczęśliwej podróży”, tylko warknął: „I zarób wreszcie jakąś forsę!”.

W Tennessee karty i urządzenia, które przywieźli ze sobą, nie działały jak należy, więc Ed spędził całą noc, rozkładając sprzęt na części i składając go z powrotem w hotelowym pokoju. Do rana udało mu się przywrócić funkcjonalność urządzenia, więc pobrano próbki krwi od dwojga pacjentów oraz sześciu lekarzy i pielęgniarek w miejscowej klinice onkologicznej.

Pacjenci wyglądali na bardzo osłabionych. Ed dowiedział się, że umierają na raka. Przyjmowali leki, które miały spowolnić wzrost guzów i o kilka miesięcy przedłużyć im życie.

Po powrocie do Kalifornii Elizabeth ogłosiła, że podróż okazała się sukcesem, i rozesłała do pracowników radosny mejl[5].

„Było wspaniale” – napisała. „Pacjenci od razu uchwycili się nadziei, jaką daje im nasz system. Gdy ich poznałam, momentalnie wyczułam ich strach, nadzieję i ból”.

Dodała, że pracownicy Theranosa już mogą „cieszyć się zwycięstwem”.

Ed nie podzielał optymizmu szefowej. Jego zdaniem za wcześnie użyto urządzenia Theranos 1.0 w badaniu z udziałem pacjentów, tym bardziej że zaproszono do niego śmiertelnie chorych ludzi.

Żeby trochę się odstresować, w piątkowe wieczory Ed chodził na piwo z Shaunakiem. Wybierali hałaśliwy bar dla kibiców i sportowców w Palo Alto, znany jako Old Pro. Często dołączał też do nich Gary Frenzel, kierownik zespołu chemików.

Gary był poczciwym chłopem z Teksasu. Lubił opowiadać krwawe historie z czasów, kiedy startował w zawodach rodeo. W końcu uznał, że połamał już zbyt dużo kości; porzucił jeździectwo i zaczął karierę chemika. Uwielbiał też opowiadać dowcipy i plotkować, czym doprowadzał Shaunaka do śmiechu, a raczej piskliwego chichotu. Ed nigdy wcześniej nie słyszał, żeby ktoś tak idiotycznie się śmiał. Podczas spotkań między trójką pracowników nawiązała się prawdziwa przyjaźń.

Któregoś dnia jednak Gary przestał przychodzić do Old Pro. Z początku Ed i Shaunak zastanawiali się dlaczego, ale wkrótce poznali odpowiedź.

Po koniec sierpnia 2007 roku pracownicy Theranosa otrzymali mejl z poleceniem, by stawić się na górze. Spółka zatrudniała wtedy już ponad siedemdziesiąt osób. Wszyscy porzucili swoje zajęcia i zebrali się na piętrze przed gabinetem Elizabeth.

Byli w poważnych nastrojach. Elizabeth miała marsową minę, wyglądała na zagniewaną. Obok niej stał Michael Esquivel, elegancko ubrany elokwentny prawnik, który dołączył do ekipy Theranosa kilka miesięcy wcześniej i przyjął funkcję radcy prawnego spółki z ramienia jednej z najlepszych kancelarii w Dolinie Krzemowej, Wilson Sonsini Goodrich & Rosati.

Mówił głównie on. Poinformował, że Theranos ma zamiar pozwać trzech pracowników za kradzież własności intelektualnej. Wymienił nawet ich nazwiska: Michael O’Connell, Chris Todd i John Howard. Howard nadzorował prace badawczo-rozwojowe. To z nim rozmawiał Ed, kiedy przyjmowano go do pracy w Theranosie. Todd był poprzednikiem Eda; kierował projektem urządzenia Theranos 1.0. O’Connell zaś pracował nad wkładem do urządzenia 1.0, ale zwolnił się latem ubiegłego roku.

Esquivel ostrzegł zebranych, że od tej pory nie wolno im utrzymywać kontaktu z wymienionymi pracownikami, a wszystkie mejle czy dokumenty należy zachować. Zapowiedział, że przy wsparciu kancelarii Wilson Sonsini przeprowadzi wnikliwe dochodzenie, by zebrać potrzebne dowody. Na koniec dodał coś, co wstrząsnęło zebranymi pracownikami:

– Wezwaliśmy FBI, żeby udzieliło nam pomocy w trakcie dochodzenia.

Ed i Shaunak doszli do wniosku, że Gary Frenzel przestraszył się takiego obrotu spraw. Przyjaźnił się z Chrisem Toddem, poprzednikiem Eda. Gary pracował z Toddem przez pięć lat w dwóch poprzednich firmach, a potem przeniósł się za nim do Theranosa. Kiedy w lipcu 2006 roku Todd odszedł z firmy, nadal utrzymywał bliski kontakt z Garym. Obaj mężczyźni często rozmawiali przez telefon i pisali do siebie mejle. Elizabeth i Esquivel musieli się o tym dowiedzieć i wezwać go na rozmowę.

Shaunak też przyjaźnił się z Toddem i po cichu połączył w całość wszystkie elementy tej układanki.

O’Connell habilitował się na Uniwersytecie Stanforda z nanotechnologii. Był przekonany, że udało mu się rozwiązać problemy z mikroprzepływami, przez które system Theranosa nie działał. Następnie namówił Todda, żeby wszedł z nim w spółkę. Nazwali ją Avidnostics. O’Connell rozmawiał też z Howardem. Ten trochę mu pomógł i doradził, ale koniec końców nie chciał przyłączyć się do spółki. Theranos i Avidnostics wyznaczyły sobie podobny cel, z tym że udziałowcy chcieli promować aparat wśród weterynarzy, kierując się założeniem, że łatwiej będzie uzyskać niezbędne atesty dla urządzenia, które bada krew zwierząt, a nie ludzi.

Próbowali zainteresować swoim pomysłem kilka klinik weterynaryjnych, lecz bezskutecznie. W końcu O’Connell stracił cierpliwość i napisał do Elizabeth z pytaniem, czy nie zechciałaby wykupić licencji na ich technologię.

Popełnił wielki błąd.

Elizabeth zawsze obawiała się wycieku zastrzeżonych informacji. Czasami wydawało się wręcz, że przesadza. Wymagała, by nie tylko pracownicy, ale wszyscy, którzy wchodzili do pomieszczeń firmy lub nawiązywali relacje z Theranosem, podpisywali oświadczenia o poufności. Kontrolowała nawet przepływ informacji wewnątrz spółki.

Działania O’Connella potwierdziły jej najgorsze przypuszczenia. Przez kilka następnych dni przygotowywała materiały do pozwu. 27 sierpnia 2007 roku Theranos złożył czternastostronicowy pozew w sądzie wyższej instancji stanu Kalifornia[6]. We wniosku zawarto prośbę o zasądzenie tymczasowego środka zabezpieczającego wobec trzech byłych pracowników, wyznaczenie „specjalnego urzędnika, który dopilnuje, by wymienione osoby nie wykorzystywały tajemnic handlowych powoda”, oraz przyznanie Theranosowi pięciu różnych rodzajów odszkodowania pieniężnego.

W nadchodzących tygodniach i miesiącach atmosfera w biurze stała się nie do zniesienia. Mejle z przypomnieniem o przechowywaniu dokumentów regularnie trafiały do skrzynek pracowników; pracę w firmie zablokowano. Kierownik działu IT, informatyk Matt Bissel, wprowadził takie zabezpieczenia, że wszyscy czuli się szpiegowani. Nie dało się włożyć pendrive’a do komputera, żeby Bissel się o tym nie dowiedział. Pewnego razu przyłapano na tym pracownika. Został zwolniony.

Wśród tego dramatu zwiększyła się rywalizacja między dwoma zespołami inżynierów. Grupą konkurującą z ludźmi Eda kierował Tony Nugent, gburowaty, lecz rzeczowy Irlandczyk. Spędził jedenaście lat w specjalizującym się w akcesoriach komputerowych Logitechu, a później na jakiś czas zahaczył się w firmie Cholestech, produkującej prostszą wersję urządzenia, nad którym pracował Theranos. Podręcznym urządzeniem, zwanym Cholestech LDX, można z niewielkiej próbki krwi pobranej z palca przeprowadzić trzy badania poziomu cholesterolu oraz oznaczyć poziom cukru.

Tony Nugent dołączył do Theranosa jako konsultant. Sprowadził go Gary Hewett, założyciel Cholestechu. Irlandczyk zajął jego miejsce pięć miesięcy później, po tym jak Hewett został zwolniony ze stanowiska wiceprezesa do spraw badań i rozwoju.

Hewett zaczął pracę dla Theranosa przekonany, że technologie mikroprzepływowe nie zadziałają w przypadku badań krwi, bo zbyt małe próbki uniemożliwiają dokładny pomiar. Nie zdążył jednak wymyślić żadnej sensownej alternatywy. Jego miejsce zajął Tony.

Tony uznał, że strategia budowy marki Theranos powinna uwzględniać między innymi automatyzację kolejnych działań wykonywanych przez chemików podczas badania krwi w laboratorium. Do tego potrzebowali robota. Nie chciał tracić czasu na jego budowę od zera, zamówił więc wartego trzy tysiące dolarów robota dozującego klej, wyprodukowanego przez firmę Fisnar z New Jersey. Stał się on sercem nowego systemu Theranosa.

Robot Fisnara był raczej prostym urządzeniem: składał się z mechanicznego ramienia na stojaku. Ramię poruszało się w trzech płaszczyznach: prawo–lewo, przód–tył i góra–dół. Tony przymocował do niego pipetkę – wąską przezroczystą rurkę, którą odmierza się małe ilości płynów – i zaprogramował go, by wykonywał takie same ruchy jak chemik w laboratorium.

Wraz z drugim niedawno zatrudnionym inżynierem Dave’em Nelsonem zbudowali mniejszą wersję klejowego robota. Mieściła się w aluminiowym pudełku, odrobinę szerszym i krótszym od jednostki głównej komputera. Tony i Dave pożyczyli z Theranosa 1.0 kilka komponentów, w tym elektronikę i oprogramowanie, a następnie dołożyli je do swojego pudełka, które stało się nowym czytnikiem.

Nowy wkład do czytnika przypominał tackę z cienkimi plastikowymi rurkami oraz dwiema końcówkami pipetek. Podobnie jak poprzedni model mikroprzepływowy, również ta wersja nadawała się wyłącznie do jednorazowego użytku. Próbkę krwi umieszczano w jednej z rurek, a cały wkład wsuwano do czytnika przez nieduży otwór z klapką. Wtedy do akcji wkraczało ramię robota powielające ruchy chemika.

Najpierw łapało za koniec jednej z pipetek i zasysało krew, a następnie mieszało ją z rozcieńczalnikami umieszczonymi w innych rurkach we wkładzie. Później chwytało koniec drugiej pipetki i zasysało rozcieńczoną krew. Przeciwciała pokrywające drugą końcówkę przyczepiały się do odpowiedniej cząsteczki, tworząc swego rodzaju mikroskopijną kanapkę.

Na końcu robot zasysał odczynniki z jeszcze innej rurki we wkładzie. Kiedy zetknęły się z mikrokanapką, zachodziła reakcja chemiczna, a w jej wyniku emitowany był sygnał świetlny. Urządzenie wewnątrz czytnika, zwane kanalikowym fotopowielaczem, zamieniało sygnał świetlny w prąd.

Stężenie cząsteczek we krwi – czyli to, co miał badać test – odczytywano z mocy prądu, proporcjonalnej do natężenia sygnału świetlnego.

Tę technikę badania krwi znano pod nazwą oznaczania z wykorzystaniem chemiluminescencji (w żargonie laborantów oznaczanie to inne określenie badania krwi). Sama w sobie nie była nowością: opracował ją na początku lat osiemdziesiątych pewien profesor na Uniwersytecie Walijskim w Cardiff[7]. Tony zautomatyzował ją dzięki maszynie, która – choć większa niż toster lub Theranos 1.0 – wciąż mieściła się w wizji Elizabeth, zakładającej umieszczanie urządzeń w domach pacjentów. Do badania potrzebowano jedynie pięćdziesięciu milimetrów sześciennych krwi. To więcej niż dziesięć milimetrów sześciennych, przy których początkowo upierała się Elizabeth, ale wciąż nie więcej niż kropla.

We wrześniu 2007 roku, cztery miesiące po rozpoczęciu prac nad maszyną, Tony’emu udało się skonstruować prototyp, i to wykonujący o wiele bardziej wiarygodne badania niż oporne ustrojstwo, nad którym wciąż męczył się Ed Ku w innej części budynku.

Tony zapytał Elizabeth, jak chciałaby nazwać to urządzenie.

– Próbowaliśmy wszystkiego, i na nic, dlatego nazwijmy je Edison – zaproponowała.

Coś, co niektórzy pracownicy dotychczas określali pogardliwie mianem dozownika do kleju, nagle okazało się istotnym krokiem do przodu. W dodatku zyskało o wiele bardziej szacowną nazwę, inspirowaną nazwiskiem człowieka, którego powszechnie uważa się za największego amerykańskiego wynalazcę.

Decyzja o zarzuceniu systemu opartego na mikroprzepływach na rzecz edisona zakrawała na ironię, gdyż Theranos właśnie złożył pozew o ochronę własności intelektualnej leżącej u podstaw konstrukcji pierwszego urządzenia. Była to również zła wiadomość dla Eda Ku.

Pewnego ranka, kilka tygodni przed Świętem Dziękczynienia, Eda oraz członków jego zespołu wezwano kolejno do sali konferencyjnej. W środku Ed zastał Tony’ego, kierowniczkę działu HR Tarę Lencioni i prawnika Michaela Esquivela. Poinformowali go, że zostaje zwolniony. Oznajmili, że firma obrała teraz nowy kierunek, bez związku z dziedziną Eda. Miał podpisać klauzulę poufności i oświadczenie o zakazie naruszania dobrego imienia firmy – jeśli tego nie uczyni, nie otrzyma odprawy. Lencioni i Esquivel zaprowadzili go do jego biurka, by pozbierał rzeczy osobiste, a następnie wyprowadzono go z budynku.

Mniej więcej godzinę później Tony wyjrzał przez okno i zauważył, że Ed wciąż stoi przed budynkiem, z kurtką przerzuconą przez ramię. Wyglądał na zagubionego. Okazało się, że tego ranka nie przyjechał do pracy samochodem, więc nie miał jak wrócić. Uber jeszcze wtedy nie istniał. Tony zszedł do Shaunaka. Wiedział, że ci dwaj się przyjaźnili, więc poprosił współpracownika, by odwiózł Eda do domu.

Shaunak podążył w ślady Eda jakieś dwa tygodnie później, lecz na łagodniejszych warunkach. Przerobiony dozownik do kleju nie do końca odpowiadał wzniosłej wizji przedstawianej inwestorom przez Elizabeth. Shaunaka niepokoiła też spora rotacja pracowników i histeria, jaka ogarnęła firmę w związku z pozwem sądowym. Po trzech i pół roku w firmie uznał, że czas na zmiany. Powiedział Elizabeth, że rozważa powrót na uczelnię. Oboje doszli do wniosku, że pora się rozstać. Elizabeth zorganizowała nawet w biurze pożegnalne przyjęcie.

Produkt Theranosa może i nie okazał się tak przełomową, futurystyczną technologią, jak początkowo wyobrażała sobie Elizabeth, mimo to jej zaangażowanie w projekt nie osłabło. Tak cieszył ją sukces edisona, że prawie natychmiast postanowiła zaprezentować go na zewnątrz. Tony zażartował w rozmowie z Dave’em, że trzeba było od razu zbudować dwa egzemplarze, zanim jej powiedzieli, że edison działa.

Żarty żartami, ale trochę ich dziwił pośpiech szefowej. Tony przeprowadził, co prawda, podstawową kontrolę bezpieczeństwa, by mieć pewność, że urządzenie nie porazi nikogo prądem, ale to by było na tyle. Nie wiedział nawet, jak je skategoryzować. Zapytał o zdanie prawników, lecz niewiele mu pomogli, zajrzał więc do przepisów opublikowanych przez Agencję do spraw Żywności i Leków (Food and Drug Administation, FDA) i doszedł do wniosku, że najlepiej pasowałby „produkt przeznaczony wyłącznie do celów badawczych”.

Edison w obecnym kształcie nie był jeszcze gotowym produktem i nikt nie powinien myśleć, że jest inaczej – uznał Tony.

3

Być jak Jobs

Młodemu przedsiębiorcy, który startuje z biznesem w sercu Doliny Krzemowej, trudno wyrwać się z cienia Steve’a Jobsa. W 2007 roku założyciel Apple’a utrwalił swoją pozycję w świecie technologii i całym amerykańskim społeczeństwie. Nadał swojej firmie nową strategię i nowe znaczenie, powracając z takimi propozycjami, jak iMac, iPod czy wirtualny sklep muzyczny iTunes. Już w styczniu owego roku na konferencji Macworld w San Francisco zaprezentował zachwyconej publiczności swoje najnowsze i największe jak do tej pory osiągnięcie – iPhone’a[1].

Każdy, kto miał okazję spędzić trochę czasu z Elizabeth, od razu wiedział, jak wielkim podziwem darzy Jobsa i firmę Apple. Lubiła nazywać system Theranosa „iPodem służby zdrowia” i przepowiadała, że podobnie jak wszechobecne produkty Apple’a, również Theranos któregoś dnia zagości w każdym amerykańskim domu.

Latem 2007 roku jej uwielbienie dla Apple’a wzniosło się na wyższy poziom – udało jej się przyciągnąć kilku pracowników tej firmy do Theranosa. Jednym z nich była Ana Arriola, projektantka produktów i współtwórczyni iPhone’a[3*].

Ana i Elizabeth po raz pierwszy spotkały się w Coupa Café, modnej kafejce i barze kanapkowym w Palo Alto, ulubionym miejscu Elizabeth, nie licząc biura. Opowiedziała Anie o swoim dotychczasowym doświadczeniu i podróżach do Azji, a następnie wyjawiła, że planuje stworzyć mapę chorób każdego pacjenta dzięki badaniom krwi w systemie Theranosa. Wówczas firma mogłaby metodami inżynierii wstecznej rozpracować na przykład raka, analizując dane z badań krwi za pomocą modeli matematycznych i przewidując rozwój zmian nowotworowych.

Ana, nowicjuszka w świecie badań medycznych, uznała wizję Elizabeth za imponującą i przełomową. Stawka była jednak wysoka: przechodząc do Theranosa, Ana musiałaby zrezygnować z piętnastu tysięcy akcji Apple’a, przed podjęciem decyzji postanowiła więc zasięgnąć opinii swojej żony, Corrine. Umówiły się z Elizabeth w Palo Alto na drugie spotkanie. Szefowa Theranosa wywarła spore wrażenie także na Corrine, więc Ana poczuła się uspokojona.

Wkrótce dołączyła do zespołu Theranosa jako główny projektant. Odpowiadała za wygląd i ergonomię edisona. Elizabeth chciała, żeby urządzenie miało ekran dotykowy podobny do iPhone’a oraz zgrabniejszą, dwukolorową obudowę. Kolory miały być przedzielone ukośną linią, jak w oryginalnym iMacu. W przeciwieństwie do niego obudowa edisona nie mogła być przezroczysta, gdyż miała ukrywać ramię robota i resztę części.

Projekt obudowy zlecono Yves’owi Béharowi, projektantowi szwajcarskiego pochodzenia. Jego reputacja w Dolinie Krzemowej ustępowała tylko sławie zatrudnionego w Apple’u Jony’ego Ive’a. Béhar stworzył elegancki czarno-biały projekt, niestety niezwykle trudny do skonstruowania. Tony Nugent i Dave Nelson spędzili niezliczone godziny, modelując kawałki blachy tak, by osiągnąć zamierzony przez projektanta cel.

Obudowa nie zdołała stłumić głośnych dźwięków, jakie wydawało przy pracy ramię robota, lecz mimo to Ana była zadowolona, że maszyna przynajmniej prezentuje się elegancko, kiedy Elizabeth zabiera ją na pokazy przed inwestorami.

Zdaniem Any także Elizabeth przydałaby się jakaś przeróbka. Młoda kobieta ubierała się zdecydowanie niemodnie. Nosiła szerokie szare spodnie od garnituru i sweterki ze świątecznymi wzorami, w których wyglądała jak podstarzała księgowa. Ludzie w jej otoczeniu, na przykład Channing Robertson czy Don Lucas, zaczynali porównywać ją do Steve’a Jobsa. Jeśli tak, powiedziała któregoś razu Ana, to powinna zacząć się ubierać stosownie do przyjętej roli. Elizabeth wzięła sobie do serca tę radę. Od tamtej pory przez większość czasu chodziła w czarnym golfie i spodniach w tym samym kolorze.

Wkrótce do Any dołączyli Justin Maxwell i Mike Bauerly, dwaj programiści z Apple’a. Zatrudniono ich do pracy nad oprogramowaniem edisona oraz nad innymi częściami systemu, z którymi pacjenci mieliby najbliższy kontakt. Chodziło głównie o opakowanie i wkłady do czytnika. Ana i Justin pracowali razem w Apple’u, a Mike’a poznali przez jego dziewczynę, również ich współpracownicę. Wkrótce byli pracownicy Apple’a zauważyli zarówno u Elizabeth, jak i w Theranosie różne dziwactwa. Anie polecono pojawiać się codziennie o siódmej trzydzieści na spotkaniu z Elizabeth i zdawać jej relację z postępów w pracach projektowych. Kiedy podjeżdżała na parking przed biurem, zastawała Elizabeth w jej wielkim czarnym infiniti. Szefowa słuchała hip-hopu na cały regulator, potrząsając do rytmu jasną czupryną.

Pewnego dnia Justin wszedł do gabinetu Elizabeth, by przekazać jej najnowsze wieści związane z jakimś projektem. Podekscytowana skinęła na niego energicznie i oznajmiła, że chce mu coś pokazać. Chodziło o dwudziestocentymetrowy metalowy przycisk do papieru z wygrawerowanym napisem: „Czego byś się podjął, gdybyś wiedział, że nie grozi ci porażka?”. Przycisk stał na biurku tekstem do Elizabeth – widocznie te słowa miały ją inspirować.

Szef idealista to jeszcze nie koniec świata, ale praca w Theranosie miała więcej nieprzyjemnych aspektów, na przykład konieczność toczenia codziennych batalii z Mattem Bisselem, kierownikiem działu IT, oraz jego kumplem Nathanem Lortzem. Bissel i Lortz skonfigurowali firmową sieć komputerową w ten sposób, że informacje były podzielone na silosy, co w istotny sposób utrudniało komunikację między poszczególnymi działami i pracownikami. Nie dało się nawet wysłać wiadomości do współpracownika. Na czat nałożono blokadę. Wszystko to w imię ochrony informacji poufnych i tajemnic handlowych, ale w efekcie produktywność znacznie spadła.

Sytuacja zrobiła się tak frustrująca, że pewnego wieczoru Justin został w pracy do wieczora i napisał do Any pokaźny elaborat na ten temat, a następnie wysłał go mejlem.

„Straciliśmy z oczu nasz główny cel. Czy założeniem tej firmy jest «posadzić w pomieszczeniu grupę ludzi i pilnować, żeby nie robili nic nielegalnego», czy może mieliśmy «dokonać niesamowitych, przełomowych rzeczy w szybkim tempie i towarzystwie najlepszych specjalistów»?”[2] – irytował się nadawca.

On i Mike odnieśli też wrażenie, że Bissel i Lortz ich szpiegują, po czym przekazują swoje spostrzeżenia Elizabeth. Członkowie zespołu IT zawsze chcieli wiedzieć, jakie programy są uruchamiane na komputerach programistów, a czasami zachowywali się podejrzanie przyjaźnie, jak gdyby chcieli wyciągnąć od nich jakieś buntownicze plotki. Asystenci Elizabeth zapraszali pracowników do grona znajomych na Facebooku, a potem przekazywali jej treść ich postów.

Jeden z asystentów śledził godziny przyjścia do pracy i wyjścia z niej, więc Elizabeth dokładnie wiedziała, ile czasu kto spędził w firmie. Chcąc zachęcić ludzi do zostawania po godzinach, każdego wieczoru zamawiała kolację do biura. Zdarzało się, że jedzenie przywożono dopiero koło ósmej lub wpół do dziewiątej, a to oznaczało, że do domu wychodziło się nie wcześniej niż o dziesiątej wieczorem.

Dziwna atmosfera robiła się jeszcze dziwniejsza, kiedy odbywały się kwartalne zebrania zarządu Theranosa. Pracownikom kazano wtedy sprawiać wrażenie zajętych i nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z członkami zarządu, kiedy ci przechodzili przez biuro. Elizabeth prowadziła ich do przeszklonej sali konferencyjnej i opuszczała rolety. Można było odnieść wrażenie, że za zamkniętymi drzwiami odbywa się spotkanie agentów CIA dotyczące kolejnej tajnej misji.

Któregoś wieczoru Ana podwoziła do domu Justina i Aarona Moore’a, jednego z inżynierów. Jechali do San Francisco. Aaron przerwał pracę nad doktoratem z fizyki mikroprzepływów na Massachusetts Institute of Technology, kiedy natknął się na niepozorne ogłoszenie rekrutacyjne w magazynie branżowym. We wrześniu 2006 roku podjął pracę w Theranosie. Rok później do zespołu dołączyli Ana i Justin. Aaronowi wystarczyło inteligencji, by dostać się do college’u Stanforda i na studia doktoranckie na MIT, mimo to miał do siebie sporo dystansu. Pochodził z Portland w stanie Oregon i nosił się po hipstersku, jak na mieszkańca tego miasta przystało: rozczochrane włosy, trzydniowy zarost i kolczyki. Był też błyskotliwy i dowcipny, nic więc dziwnego, że dawni pracownicy Apple’a od razu znaleźli z nim wspólny język.

Ana, Justin i Aaron mieszkali w San Francisco i dojeżdżali do pracy samochodem lub pociągiem. Tamtego wieczoru, kiedy Ana wiozła ich swoim priusem do domu, Aaron podzielił się z nowymi znajomymi kilkoma kwestiami, które od jakiegoś czasu go trapiły. Czy zauważyli, że z Theranosa ciągle są zwalniani kolejni pracownicy? Tego akurat nie musiał im uświadamiać – sami się zorientowali. Dopiero co dokonano zwolnień w dziale Eda Ku. Poza kierownikiem wyleciało jeszcze dwadzieścia osób. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że Ed zostawił w biurze trochę swoich narzędzi, na przykład zestaw precyzyjnych noży do wykrawania, marki X-Acto, które Justin znalazł w koszu na śmieci i szybko sobie przywłaszczył.

Aaron twierdził, że dręczy go także kwestia badań z udziałem pacjentów w Tennessee. Systemu opartego na mikroprzepływach nie udało się dopracować tak, by działał niezawodnie, a z pewnością nie nadawał się do diagnozowania pacjentów, lecz mimo to Elizabeth naciskała, by nie przerywać badań. Po zamianie urządzenia na maszynę skonstruowaną przez Tony’ego nastąpiła pewna poprawa, lecz Aaron wciąż miał wrażenie, że nie rozumieją zasad jego działania. Brakowało komunikacji pomiędzy zespołem inżynierów a chemikami. Każdy przeprowadzał testy na częściach systemu, za które odpowiadał, ale nikt nie testował systemu jako całości.

Ana słuchała z rosnącym niepokojem. Zakładała, że Theranos doprowadził do perfekcji swoją technologię badania krwi, skoro zamierzał wykorzystać ją do badań z udziałem ludzi. A teraz Aaron twierdził, że prace nad systemem nie zostały jeszcze zakończone. Ana wiedziała, że w badaniu w Tennessee biorą udział ludzie umierający na raka. Nie podobała jej się myśl, że ktoś mógł ich potraktować jak króliki doświadczalne dla wadliwego urządzenia.

Ana i Aaron nie wiedzieli jednak czegoś, co odrobinę zmniejszyłoby ich obawy. Otóż wyniki badań krwi pacjentów z Tennessee uzyskane dzięki technologii Theranosa nie miały służyć za podstawę do jakiejkolwiek zmiany terapii. Planowano użyć ich wyłącznie do celów badawczych, by Pfizer mógł ocenić skuteczność technologii Theranosa. Nie zdawała sobie z tego sprawy także większość pracowników, bo Elizabeth nigdy nie wyjaśniła im dokładnych warunków badania.

Następnego ranka Ana skontaktowała się z osobą, od której dowiedziała się o Theranosie: ze swoim dawnym współpracownikiem z Apple’a, Aviem Tevanianem. Avie zasiadał teraz w zarządzie Theranosa. To on kilka miesięcy wcześniej dyskretnie podsunął Anie wieści o Theranosie, wybadał jej zainteresowanie, a następnie umówił ją na pierwsze spotkanie z Elizabeth. Ana spotkała się z Aviem w Peet’s Coffee w Palo Alto i streściła mu to, czego dowiedziała się od Aarona Moore’a. Martwiła się, że w trakcie badania w Tennessee Theranos przekracza granice etyki zawodowej. Avie wysłuchał jej uważnie i wyznał, że też od jakiegoś czasu ma pewne wątpliwości związane z firmą.

Avie był jednym z najstarszych i najbliższych przyjaciół Steve’a Jobsa[3]. Mężczyźni pracowali razem w NeXT, firmie produkującej oprogramowanie, którą Jobs założył w połowie lat osiemdziesiątych, po tym, jak został zmuszony do odejścia z Apple’a. Kiedy wrócił w roku 1997, ściągnął Aviego za sobą i mianował go kierownikiem działu inżynierii oprogramowania. Po wyczerpujących dziesięciu latach pracy Avie przeszedł na emeryturę. Zarobił tyle pieniędzy, że sam już nie wiedział, co z nimi robić, poza tym uznał, że chciałby spędzić więcej czasu z żoną i dwójką dzieci. Kilka miesięcy później odezwał się do niego headhunter poszukujący nowych członków zarządu Theranosa.