Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Książka autora Tragizmu polityki naszych czasów
Jedna z najważniejszych książek roku według „Financial Timesa” oraz jedna z najbardziej wyczekiwanych publikacji roku według „Foreign Policy”
Wybitny analityk geopolityczny Robert D. Kaplan kreśli poruszający obraz epoki, w której lokalne kryzysy błyskawicznie przekształcają się w globalne konflikty. Wojny, zmiany klimatyczne, rywalizacja mocarstw, rewolucja technologiczna i upadek dawnych porządków tworzą mieszankę zagrażającą stabilności świata.
Kaplan sięga po historię, filozofię i literaturę, by zrozumieć teraźniejszość i przewidzieć przyszłość. Odwołując się do analogii z Republiką Weimarską, pokazuje, jak współczesne wyzwania – pandemia, migracje, cyfrowe media, rozchwiana demokracja – tworzą system naczyń połączonych, w którym każdy wstrząs może mieć globalne konsekwencje.
To książka, która nie tylko ostrzega, ale też wskazuje drogę. Kaplan przekonuje, że ratunkiem dla ludzkości jest powrót do ładu, umiaru i wartości klasycznego liberalizmu. Ta głęboko refleksyjna, aktualna i prowokująca lektura jest niezbędna dla każdego, kto chce zrozumieć świat, zanim stanie się nieodwracalnie nieprzewidywalny.
Głęboko poruszające spojrzenie w przyszłość, która choć zdominowana przez technologię, niepokojąco przypomina przeszłość
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 239
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginalny: Waste Land: A World in Permanent Crisis
Przekład: Adam Bukowski
Redakcja: Elżbieta Wojtalik- Soroczyńska
Korekta: Ewa Kujaszewska
Skład i łamanie: Tomasz Gąska | 7colors.pl
Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |
Projekt okładki: Tomasz Ortyl
WASTE LAND: A World in Permanent Crisis by Robert D. Kaplan.
Copyright © 2025 by Robert D. Kaplan
By arrangement with the Author.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for this edition by Poltext Sp. z o.o.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish translation by Poltext Sp. z o.o.
All rights reserved.
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Poltext Sp. z o.o.
wydawnictwoprzeswity.pl
ISBN 978-83-8175-740-9 (epub)
ISBN 978-83-8175-741-6 (mobi)
Inne książki Roberta D. Kaplana
The Loom of Time: Between Empire and Anarchy, from the Mediterranean to China
Tragic mind: fear, fate, and the burden of power [wyd. pol. Tragizm polityki naszych czasów: strach, fatum i brzemię władzy]
Adriatic: A Concert of Civilizations at the End of the Modern Age
The Good American: The Epic Life of Bob Gersony, the U.S. Government’s Greatest Humanitarian
The Return of Marco Polo’s World: War, Strategy, and American Interests in the Twenty-First Century
Earning The Rockies: How Geography Shapes America’s Role in the World
In Europe’s shadow : two cold wars and a thirty-year journey through Romania and beyond [wyd. pol. W cieniu Europy: dwie zimne wojny i trzydziestoletnia podróż przez Rumunię, a nawet dalej]
Asia’s Cauldron: The South China Sea and the End of a Stable Pacific
The Revenge of Geography: What the Map Tells Us about Coming Conflicts and the Battle against Fate
Monsoon: the Indian Ocean and the future of American power [wyd. pol. Monsun: Ocean Indyjski i przyszłość amerykańskiej dominacji]
Hog Pilots, Blue Water Grunts: The American Military in the Air, at Sea, and on the Ground
Imperial Grunts: The American Military on the Ground
Mediterranean winter: a journey through history [wyd. pol. Śródziemnomorska zima: Uroki historii i krajobrazu Tunezji, Sycylii, Dalmacji oraz Peloponezu]
Warrior politics: why the leadership demands a pagan ethos [wyd. pol. Polityka wojowników: dlaczego przywództwo potrzebuje pogańskich wartości]
Eastward to Tartary [wyd. pol. Na wschód do Tatarii: podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie]
The Coming Anarchy: Shattering the Dreams of the Post Cold War
An Empire Wilderness: Travels into America’s Future
The Ends of The Earth: From Togo to Turkmenistan, from Iran to Cambodia
The Arabists: The Romance of an American Elite
Balkan Ghosts: A Journey Through History [wyd. pol. Bałkańskie upiory: podróż przez historię]
Soldiers of God: with Islamic Warriors in Afghanistan and Pakistan
Surrender or Starve: Travels in Ethiopia, Sudan, Somalia, and Eritrea
Dla Devon Cross
…nadzieja oderwana od wiary i nieuwzględniająca wniosków z historii jest niebezpiecznym uczuciem, które zagraża nie tylko jego wyznawcom, ale również tym, którzy znajdą się w orbicie jego złudzeń[1].
Roger Scruton
Pożytki z pesymizmu i niebezpieczeństwa fałszywej nadziei
Przeczucia bywają cenne. Stanowią zadziwiające, czytelne ostrzeżenie, szczególnie gdy ich posiadacz znajduje się w samym sercu wydarzeń. Weźmy brytyjsko-amerykańskiego pisarza Christophera Isherwooda i jego kolegę po fachu Alfreda Döblina. Obaj opisywali Berlin z przełomu lat 20. i 30. XX wieku. Płaszczyk fikcji pozwala pisarzowi przemycić prawdę, ukrywając ją za postaciami bohaterów i zmyślonych wydarzeń. Ich Berlin jest fantastycznym koszmarem neurotyka.
W Pożegnaniu z Berlinem Isherwood opisuje awangardowy, dekadencki półświatek, perwersyjny i zanurzony w imprezowym szaleństwie; ekscentryczni bohaterowie oddają się niekończącym biesiadom i popijawom, a wszystko to dzieje się na tle „splajtowanej klasy średniej”, wiodącej swój nędzny żywot w odrapanych, meblowanych sprzętami z drugiej ręki, zawilgłych kamienicach, obramowanych wizerunkami swastyk oraz sierpów i młotów. Przybliża postać podupadłego, czyszczącego nocniki właściciela gospody, którego przeczołgała wpierw Wielka Wojna, a potem szalejąca inflacja. Zamykają się banki, na ulice wylegają ponure tłumy i w morzu czarnych sztandarów tych albo owych radykałów rozpoczyna się upiorny spektakl pogrzebu socjaldemokracji. „Berlin jest obolałym z chłodu szkieletem”, pisze Isherwood. „To miasto jest chore na Żydów. Podnieś kamień, a zaraz kilku wypełznie. Zatruwają wodę, którą pijemy!”, wykrzykuje jeden z bohaterów[2].
Isherwood mieszkał w Berlinie w latach 1929–1933, a więc do roku, w którym Adolf Hitler doszedł do władzy. Dlatego choć początkowe doświadczenia autora okazały się prorocze, Pożegnaniu z Berlinem częściowo pomogła perspektywa czasowa. Berlin Alexanderplatz Alfreda Döblina ukazał się jesienią 1929 roku, gdy eksperyment weimarski trwał jeszcze, a przyszłość niosła ze sobą odrobinę nadziei. Zaledwie kilka tygodni po wydaniu książki doszło jednak do krachu na Wall Street, a wstrząsy wtórne rozeszły się po całej Europie. Szczególnie ucierpiały Niemcy.
Berlin Alexanderplatz stanowi zdumiewającą przepowiednię nie tylko nadciągającego chaosu, lecz również o wiele potężniejszego, śmiertelnego zagrożenia, które nadeszło po nim. Zapowiada także destabilizację miast w XX i XXI stuleciu, również w krajach rozwijających się. Berlin oglądany okiem Döblina jest „Sodomą w wigilię jej zniszczenia”[3]. Książkę czyta się ciężko, jest niemal pozbawiona fabuły. Stronice wypełniają pogmatwany zgiełk i długie dygresje, a bohaterowie, podłe szumowiny, rzucają się z jednej minikatastrofy w drugą. Mimo to przesyca ją także rozsądek i uliczna mądrość. Posłuchajcie:
„Na Alexanderplatz rozkopują jezdnię, budują kolej podziemną. Chodzi się po deskach. Tramwaje kursują od rogu placu i Alexanderstrasse przez Münzstrasse do Rosenthaler Tor. […] Przy ulicach stoi dom koło domu. Od piwnic po strychy są one pełne ludzi. […] Ustawa o ochronie lokatorów jest świstkiem papieru. Komorne rośnie bezustannie. Średni stan rzemieślniczy wyrzuca się na bruk i w ten sposób niszczeje rzemiosło, komornik zbiera obfite żniwo”. Główny bohater, Franciszek Biberkopf, były więzień, pracuje jako uliczny sprzedawca prawicowej prasy. „Nie ma nic przeciwko Żydom, ale jest zwolennikiem porządku”, wyjaśnia narrator. Książka kończy się wizją ludzi, którzy trzymając się pod ręce, „idą w bój”, gdy „stary świat musi runąć”[4].
Zagłada – słowo to ciśnie się zaraz na usta na myśl o Republice Weimarskiej. Weimar to cukierkowy horror: kolebka nowoczesności, która zrodziła totalitaryzm i faszyzm. Okres, w którym tętniło życie artystyczne i intelektualne – za sprawą powieści Tomasza Manna i Hermanna Hessego, ekspresjonistycznych wierszy Rainera Marii Rilkego, atonalnych kompozycji muzycznych Arnolda Schönberga oraz eksperymentów Bauhausu w dziedzinie wzornictwa i architektury. Okres testowania nowych idei społecznych i kulturowych, zarazem przesycony paskudnymi napięciem na tle rasowym i religijnym, nie wspominając o inflacji i kryzysie gospodarczym, a cała ta mieszanka nieuchronnie prowadziła do… Hitlera. Tak, wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Uczestnicy tamtych wydarzeń, uchwyceni w stopklatce swej krzątaniny, niekoniecznie mieli pojęcie, co niesie im przyszłość.
Czy my będziemy mądrzejsi?
Pytam, ponieważ dziś Weimar przyciąga nas, chociaż nie tak, jak nam się zdaje.
Myślimy o nim tylko w kategoriach słabnięcia amerykańskiej demokracji, podczas gdy tak naprawdę powinniśmy odnieść go do całego świata.
W tej chwili pędzimy na oślep w bezduszną, ponurą przyszłość; nasze życie, choć pełne oszałamiających możliwości, krępuje surowa rutyna oraz gadżety, bez których nie potrafimy się obejść. Technologia uczyniła z nas zarazem ofiary, jak i panów, w stopniu dotąd niewyobrażalnym. Wierzymy, że możemy przeciwstawić się grawitacji, a jednocześnie przygniata nas pagór zmartwień, błyskawicznie pojawiających się na naszych telefonach. Świat taki jest wysoce intymny i klaustrofobiczny, a przecież też pozbawiony granic: utrzymujemy przyjaźnie i związki z ludźmi na całym świecie, choć równie często sąsiedzi zza ściany wydają się nam mieszkańcami innej planety. Poczucie wyobcowania przenosi się z osiedli do polityki. Do tej pory rzadko kiedy rozgrywano ją na tak głębokim, brzemiennym w skutki globalnym poziomie, nawet jeśli wskutek komunikacji elektronicznej stała się abstrakcyjna, a przez to zradykalizowana – tworząc głębokie polityczne podziały nawet pomiędzy najbliższymi sąsiadami.
Niemniej jednak, zamazując odległości dzielące kontynenty i oceany, technika sprawiła, że świat się skurczył. Jesteśmy naocznymi świadkami rozkwitu nowych miast, ukształtowanych przez technologię i błyszczące od blichtru ośrodki finansowe, dziwnie do siebie podobnych niezależnie od tego, na jakiej półkuli czy długości geograficznej są położone. Przyszłość nadeszła, a my, gdziekolwiek jesteśmy, utknęliśmy w korku.
Budujemy prawdziwie globalną cywilizację, która połączy nas wszystkich – i na tym polega wyzwanie. Właśnie dlatego, że wciąż powstaje i nie narodziła się jeszcze (i przez jakiś czas się nie narodzi), mamy do czynienia ze współwystępowaniem bliskości i dystansu pomiędzy poszczególnymi częściami globu. Prawdziwa globalizacja pozostanie ułudą, dopóki technologia i światowy ład nie rozwiną się o kilka rzędów wielkości. Mimo to wskutek łączących nas już wzajemnych wpływów i zależności wszyscy żyjemy w tym samym, szalenie niestabilnym ogólnoświatowym systemie. Przypomina to jednoaktówkę Sartre’a zatytułowaną Bez wyjścia, w której troje bohaterów zamkniętych w niewielkim pokoju nawzajem się dręczy. Nie mając luster, oglądają siebie oczami innych. Prawdą jest, że łączność jednakowo więzi nas i wyzwala, a media coraz częściej sterują rządami, zamiast na odwrót. Na tej skurczonej przez technikę planecie napięte stosunki między Rosją i Ameryką, Chinami i Ameryką oraz Chinami i Rosją, nie wspominając już o średnich i pomniejszych mocarstwach, tworzą dziwaczną symulację Republiki Weimarskiej: słabego i chwiejnego organizmu politycznego, który władał Niemcami przez piętnaście lat, od popiołów I wojny światowej po objęcie władzy przez Adolfa Hitlera. Cały świat stał się jednym wielkim Weimarem, wystarczająco połączonym, by jedna jego część mogła morderczo oddziaływać na pozostałe, lecz wciąż zbyt rozbitym, by doprowadzić do politycznej spójności. Podobnie jak różne części Republiki Weimarskiej, znajdujemy się obecnie w niezwykle delikatnej fazie transformacji technologicznej i politycznej.
Nie dostrzegam wśród nas Hitlera ani nawet totalitarnego rządu światowego, nie należy jednak zakładać, że kolejny etap historii przyniesie jakąkolwiek ulgę. Ostrożnie poruszam temat Weimaru.
Zdaję sobie sprawę, że nie ma dwóch takich samych zjawisk, analogie mogą zatem prowadzić nas na manowce. Niemniej często jest to jedyny sposób, aby tłumaczyć i informować. Z jednej strony analogia jest niedoskonałym zniekształceniem; z drugiej – może stworzyć nową świadomość, inny sposób postrzegania świata. Jedynie dzięki analogii mogę przystąpić do opisu głębi naszego światowego kryzysu. Musimy zrozumieć, że dosłownie wszystko może się zdarzyć. Na tym polega użyteczność przykładu Republiki Weimarskiej.
Wybitny historyk niemiecki Golo Mann, syn laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Tomasza Manna, nazwał Republikę Weimarską rozwlekłym i niewydolnym „cesarstwem bez cesarza”[5]. Pierwsza wojna światowa, która trwała cztery długie lata i w oczach zwykłych Niemców pierwotnie miała się okazać zwycięska, zakończyła się klęską. Niemcy straciły w niej 1,75 miliona żołnierzy i niemal pół miliona cywilów. Kraj leżał w gruzach, monarchia upadła i Niemcy stanęły u progu społecznego chaosu. W tych okolicznościach czołowi niemieccy politycy i juryści zebrali się w mieście Weimar w Turyngii, aby opracować nowy porządek konstytucyjny, który miał uchronić kraj przed autokratycznymi ciągotami kajzera, a wcześniej Bismarcka. Ustrój okazał się jednak zbyt słaby, aby znieść czekające go wstrząsy. Zabrakło nocnego stróża, który pilnowałby spokoju pomiędzy jego częściami składowymi. Kraje związkowe, tak zwane landy (niem. Länder), stanowiły prawo za pośrednictwem Reichsratu, izby wyższej parlamentu, zachowując wszystkie prawa, które nie zostały wprost przekazane rządowi centralnemu. Głowę państwa, tj. prezydenta Rzeszy, wybierano w głosowaniu powszechnym. Prezydent powoływał kanclerza, który wraz z ministrami sprawował rządy na polecenie Reichstagu, izby niższej parlamentu wybieranego przez naród. Dwie trzecie Niemiec wciąż nazywano Prusami i podlegały one innym zasadom ustrojowym niż landy. W Bawarii, która podobnie jak Prusy tworzyła faktyczne państwo w państwie, stale dyskutowano o odłączeniu od Rzeszy. Wszystko to maluje obraz dalece bardziej skomplikowany niż ustrój amerykański, z jego podziałem władzy – tyle że bardziej niewydolny wskutek gospodarczej i społecznej anarchii. We wczesnych latach Republiki Weimarskiej wybuchła katastrofalna inflacja, po niej zaś niszczycielski kryzys gospodarczy – skutek borykającej się z ogromnymi trudnościami gospodarki powojennej, podsycony przez reparacje narzucone traktatem wersalskim oraz ogólnoświatowe zawirowania gospodarcze. W okresie weimarskim (1918–1933) Niemcy były ogromnym i słabo związanym organizmem, w którym ledwie obowiązywał jakikolwiek porządek. Tworzyły nie tyle państwo, ile konstelację wojowniczych i rozproszonych, rywalizujących ze sobą regionów, które – z historycznego punktu widzenia – zaledwie się zjednoczyły. Również i pod tym względem przypominały współczesny nam świat, ogromnie zróżnicowany pod względem kulturowym, a nawet cywilizacyjnym, a jednocześnie coraz bardziej się jednoczący. W Republice Weimarskiej „normalnością był kryzys”, pisał Gordon A. Craig, specjalista w dziedzinie historii Niemiec na Uniwersytecie Stanforda[6].
W tym sensie Weimar przypominał dzisiejszy świat: tak ściśle połączony, że kryzysy przenikają przez oceany – od pandemii COVID-19, przez globalną recesję, konflikty wielkich mocarstw, po bezprecedensowe zmiany klimatyczne – tematy, o których wszyscy możemy wspólnie dyskutować. Przywoływanie go podkreśla i uwidacznia narastające współzależności naszego własnego świata i służy przyjęciu za nie odpowiedzialności. Tak więc teraz wszystkie kraje są powiązane ze sobą jak niegdyś landy niemieckie, tak że wskutek efektu domina kryzys w jednym z nich rozlewa się na pozostałe. Weimarski fenomen zyskuje więc skalę.
We wczesnych latach Republiki Weimarskiej po niemieckich miasteczkach i miastach krążyły Freikorpsy – awanturnicze i pozbawione dyscypliny paramilitarne bandy, które nie rozwiązały się po I wojnie światowej z obawy przed niedostatkami cywilnego życia. Stanowiły one bazę rekrutacyjną dla pierwszych nazistowskich oddziałów szturmowych. W połowie lat 20. XX wieku wszystkie główne siły polityczne – komuniści, socjaldemokraci i inni – posiadały już własne małe, prywatne armie. Kolejne niemieckie rządy upadały i powstawały na nowo, w nieznacznie zmienionym składzie. Trwał jeden długi kryzys gabinetowy, naznaczony permanentnym poczuciem zagrożenia. Próby utrzymania porządku wyczerpały władze centralne i w ostatnich latach Republiki Weimarskiej wszyscy w Niemczech rozprawiali już tylko o polityce. Rozkład wydawał się trwały, nagłówki prasowe zmieniały się w zawrotnym tempie. Teraźniejszość w całej swojej przytłaczającej intensywności zaabsorbowała uwagę opinii publicznej i polityków, odbierając im zdolność do skupienia się na przyszłości. Wszyscy kurczowo walczyli o życie, nieświadomi do czego zmierzają.
Golo Mann pisze: „Podzielony i wyobcowany, kierowany przez słabych lub niechętnych polityków naród stanął w obliczu problemów tak beznadziejnie rozpaczliwych, że onieśmieliłyby nawet Bismarcka”[7]. Znów mamy tu do czynienia z przybliżoną metaforą naszych czasów, świata nękanego licznymi kryzysami, jeśli rozpatrywać nie tylko Zachód, lecz także wszystkie burzliwe obszary Eurazji, Afryki Subsaharyjskiej i Ameryki Łacińskiej. Dawny Trzeci Świat nie jest może bardziej niestabilny niż kiedyś, a w wielu przypadkach jest bardziej rozwinięty, jednak globalizacja znacznie ściślej powiązała go z naszym własnym losem.
Wszędzie dochodziło do aktów przemocy. W 1922 roku głośnym echem odbiło się zamordowanie przez Freikorps bardzo zdolnego ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenaua, filozofa, intelektualisty i liberała żydowskiego pochodzenia. Rathenau uczestniczył w negocjacjach zakończonych podpisaniem układu z Rapallo, który Niemcom, dławionym przez surowe ograniczenia narzucone traktatem wersalskim, otworzył drogę do handlu ze Związkiem Radzieckim. Jego samochód został obrzucony granatami i ostrzelany z bliskiej odległości.
Rok później Hitler przeprowadził tak zwany pucz piwiarniany – nieudaną próbę zamachu stanu – który rozpoczął się w monachijskiej piwiarni Bürgerbräu Keller. Gdyby nie jego paskudny charakter, wydarzenie miałoby aspekt komediowo-operowy, obnażyło bowiem cały bandytyzm, awanturnictwo, anarchizm i ogólną niekompetencję ówczesnej polityki. Pucz piwiarniany pokazał na przykładzie, że prawo i porządek mogą się rozpaść nawet w rozwiniętym kraju. Wszystko zaczęło się od oburzenia bawarskich przywódców, zdecydowanych doprowadzić do utworzenia prawicowego, nacjonalistycznego rządu w Berlinie. Spotkali się w Bürgerbräu Keller, by opracować strategię. Prawicowych polityków z Monachium, stolicy Bawarii, od dawna trawiła obsesja na punkcie dekadenckiego i kosmopolitycznego Berlina, tak sprawnie opisanego przez Isherwooda i Döblina, oraz jego słabych, defetystycznych demokratycznych rządów. Ci sami nacjonalistyczni politycy budzili jednak obawy Hitlera i jego nazistów, wspieranych przez inne grupy paramilitarne jako potencjalni rywale. Hitler wkroczył do piwiarni na czele dziesiątek umundurowanych bojówkarzy ulicznych uzbrojonych w noże i pałki. Wystrzelił z rewolweru w powietrze i w otoczeniu ochroniarzy głośno przemówił do tłumu, zastraszając jego przywódców. Prawicowy pucz pod wodzą Hitlera zaczął się jednak załamywać, kiedy nie udało się zająć kluczowych budynków w mieście. Nastąpiła ogólna dezorganizacja, doszło do zbrojnych ataków na Żydów i żydowskie sklepy w Monachium. Gdy tylko Hitler zniknął z pola widzenia, zastraszeni przez niego i jego uzbrojonych bandytów bawarscy nacjonaliści potępili pucz. W ostatniej próbie zapewnienia sobie poparcia Hitler powiódł dwa tysiące rozjuszonych nazistów w hałaśliwym marszu pod miejscowy pomnik[8], gdzie monachijska policja krwawo stłumiła powstanie. Hitler, który został ranny i omal nie zginął w starciu – kula minęła go zaledwie o stopę – usłyszał wyrok pięciu lat więzienia. Wyszedł jednak na wolność po zaledwie ośmiu miesiącach spędzonych w zakładzie o łagodnym rygorze, gdzie pozwolono mu pisać Mein Kampf[9].
Przysiągł wówczas dążyć do władzy w ramach systemu demokratycznego – dla pozoru, rzecz jasna – po którą sięgnął dokładnie dziesięć lat później. Słaba i niestabilna demokracja uprawiana w warunkach rozchwiania się instytucji nie gwarantuje zapobieżenia tyranii. Świat jest wielki i niejednorodny, na różnych etapach rozwoju politycznego. Pucz piwiarniany uczy nas, jak krucha może być władza państwowa, a w konsekwencji jak niewiele potrzeba, by ją podkopać, wywołując transgraniczne kryzysy.
Nie wszystko jednak rysowało się w tak ponurych barwach. Połowa i schyłek lat 20. XX wieku, kojarzone z Gustavem Stresemannem – liberałem i realistą politycznym, człowiekiem ze wszech miar błyskotliwym, pełniącym jednocześnie urzędy kanclerza i ministra spraw zagranicznych – stanowiły okres wzrostu gospodarczego, rozkwitu kultury oraz politycznych pojednań i kompromisów. Przez pewien czas panowało wyraźne poczucie, że sprawy mają się coraz lepiej i że Niemcy nareszcie wychodzą z powojennego chaosu. Dyplomatyczne zabiegi Stresemanna doprowadziły do faktycznego zniesienia ograniczeń narzuconych Niemcom przez traktat wersalski po przegranej I wojnie światowej, z wyjątkiem jedynie zbrojeń. Kolejny przebłysk optymizmu, w każdym razie przelotny, pojawił się na początku 1930 roku, kiedy na czele zasadniczo bezpartyjnego gabinetu jedności narodowej stanął konserwatysta Heinrich Brüning. Talenty technokraty nie szły jednak w parze z instynktem politycznym: Brüningowi zabrakło zręczności i zdolności do kompromisu, kiedy próbował wymusić na społeczeństwie i partiach politycznych trudne decyzje ekonomiczne, w tym cięcia płac i zaostrzenie polityki kredytowej. „Gdyby Brüning był Bismarckiem, być może zdołałby to przeprowadzić, pomimo zatrważających […] okoliczności”, pisze historyk Gordon Craig, przedstawiając wymogi prowadzonej przez siebie polityki jako kwestię zasad związanych z jego osobą[10]. Gabinet Brüninga przeżywał trudności aż do upadku w 1932 roku. Rządy technokratów podmyła radykalna ulica – naziści do spółki z komunistami. Możliwe, że dla Republiki Weimarskiej była to ostatnia realna szansa naprawy sytuacji. Historia jest zarówno szekspirowska, jak i geopolityczna; jest kwestią nieprzewidzianych okoliczności i gdyby nie osobiste ograniczenia Brüninga, XX wiek mógłby wyglądać zupełnie inaczej.
Często im żałośniejsze porządki, tym większy radykalizm tyranii – i ta konstatacja prowadzi nas do ostatniego rozdziału historii Republiki Weimarskiej.
[1] Roger Scruton, Pożytki z pesymizmu i niebezpieczeństwa fałszywej nadziei, tłum. Tomasz Bieroń, Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 5 – przyp. tłum.
[2] Christopher Isherwood, The Berlin Stories, w tym: Goodbye to Berlin, New Directions, New York (1939) 2008, s. 207, 343, 389.
[3] Gordon A. Craig, Germany: 1866–1945, Oxford University Press, New York (1978) 1987, s. 483.
[4] Alfred Döblin, Berlin Alexanderplatz, trans. Michael Hofmann, Penguin, New York (1929) 2019, s. 70, 113, 440 [wyd. pol. Alfred Döblin, Berlin Alexanderplatz: dzieje Franciszka Biberkopfa, tłum. Izabela Czermakowa, Czytelnik, Warszawa 1959, s. 92, 145, 566] – przyp. tłum.
[5] Golo Mann, The History of Germany Since 1789, trans. Marian Jackson, Penguin Books, New York 1968, s. 681.
[6] Craig, Germany, op. cit., s. 434.
[7] Mann, The History of Germany Since 1789, op. cit., s. 586.
[8] Zapewne chodzi o pomnik upamiętniający mieszkańców Monachium poległych w wojnie francusko-pruskiej – przyp. tłum.
[9] „Beer Hall Putsch”, Encyclopedia of the United States Holocaust Memorial Museum, Washington; David King, The Trial of Adolf Hitler: The Beer Hall Putsch and the Rise of Nazi Germany, W.W. Norton & Company, New York 2017, s. 101.
[10] Craig, Germany, op. cit., s. 540.
