Zew Cthulhu - H.P. Lovecraft - ebook + audiobook

Zew Cthulhu ebook i audiobook

H.P. Lovecraft

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Są prawdy, których ludzki umysł nie powinien poznać. Gdy młody badacz porządkuje spuściznę po zmarłym krewnym, natrafia na dziwną płaskorzeźbę i strzępy notatek, które prowadzą go w głąb mrocznej zagadki. Im dalej podąża śladem rozsianych po świecie wskazówek – niepokojących snów, szeptanych kultów, relacji marynarzy – tym wyraźniej dostrzega zarys czegoś ogromnego, prastarego i cierpliwie czekającego.

 

Ludzkość żyje na spokojnej wyspie niewiedzy pośrodku czarnego oceanu nieskończoności. A ocean nie zawsze pozostaje spokojny.

 

 

Klasyczne opowiadanie, które dało początek całej mitologii grozy kosmicznej – historia o tym, jak niebezpieczne bywa składanie rozproszonych faktów w jedną całość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 64

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 1 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Kumor

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



H.P Lovecraft

Zew Cthulhu

Przetłumaczył Marcin Gołda

„Nie jest wykluczone, że dotrwały do naszych czasów owe potężne moce lub byty... relikty niewyobrażalnie zamierzchłej epoki, wktórej świadomość przybierała być może formy ikształty od dawna już wyparte przez napływającą falę ludzkości... kształty, po których tylko poezja ipodania zachowały mgliste echo, określając je mianem bogów, potworów czy mitycznych istot wszelakiego rodzaju...”

– Algernon Blackwood

(Odnalezione pośród dokumentów świętej pamięciFrancisa Waylanda Thurstona zBostonu)

I. Groza wglinie

Sądzę, że największym miłosierdziem tego świata jest nieumiejętność ludzkiego umysłu do scalania wszystkich jego treści. Zamieszkujemy spokojną wysepkę niewiedzy pośrodku czarnych mórz nieskończoności inie było nam dane wyruszać wdalekie rejsy. Poszczególne nauki, zktórych każda mozolnie kroczy własną ścieżką, jak dotąd niewiele nam zaszkodziły; pewnego dnia jednak połączenie rozproszonych okruchów wiedzy odsłoni przed nami tak przerażające obrazy rzeczywistości inaszego wniej upiornego położenia, że albo postradamy zmysły pod wpływem tego objawienia, albo schronimy się przed jego zabójczym blaskiem wspokoju ibezpieczeństwie nowych mrocznych wieków.

Teozofowie przeczuwali zatrważający ogrom cyklu kosmicznego, wktórym nasz świat iludzki ród stanowią jedynie ulotne epizody. Napomykali odziwnych przetrwałościach słowami, które ścinałyby krew wżyłach, gdyby nie maskował ich łagodny optymizm. Lecz nie od nich pochodzi owo jedno spojrzenie wzakazane eony – spojrzenie, które mrozi mnie, kiedy onim myślę, iprzyprawia oszaleństwo, kiedy mi się onim śni. Wybłysło ono, jak wszystkie straszliwe spojrzenia wprawdę, zprzypadkowego zestawienia rzeczy pozornie ze sobą niezwiązanych – wtym wypadku dawnej wzmianki prasowej inotatek zmarłego profesora. Żywię nadzieję, że nikt inny nie dokona podobnego zestawienia; jeśli zaś będę żył, zcałą pewnością sam świadomie nie dołożę żadnego ogniwa do tego ohydnego łańcucha. Sądzę, że również profesor zamierzał zachować milczenie co do tej części, którą znał, iże zniszczyłby swoje notatki, gdyby nie porwała go nagła śmierć.

Moja wiedza otej sprawie zaczęła się zimą na przełomie 1926 i 1927 roku, wraz ze śmiercią mojego stryjecznego dziadka, George’a Gammella Angella, emerytowanego profesora języków semickich Uniwersytetu Browna wProvidence wstanie Rhode Island. Profesor Angell był powszechnie uznawany za autorytet wdziedzinie starożytnych inskrypcji, ao pomoc niejednokrotnie zwracali się do niego dyrektorzy renomowanych muzeów; jego odejście wwieku dziewięćdziesięciu dwóch lat zapewne nadal pozostaje wpamięci wielu osób. Wnaszych okolicach zainteresowanie potęgowały niejasne okoliczności jego śmierci. Profesor zasłabł, wracając ze statku zNewport; runął nagle – jak zeznawali świadkowie – po tym, gdy potrącił go pewien Murzyn omarynarskim wyglądzie, który wyłonił się zjednego zosobliwych, mrocznych zaułków na stromym wzgórzu, będącym skrótem znabrzeża do domu zmarłego przy Williams Street. Lekarze nie zdołali wykryć żadnej widocznej dolegliwości, lecz po pełnej zakłopotania naradzie orzekli, że przyczyną zgonu była niedostrzegalna zmiana wsercu, wywołana energicznym pokonywaniem tak stromego wzniesienia przez człowieka wtak podeszłym wieku. Wówczas nie miałem powodów, by podważać ten werdykt, lecz ostatnio coraz częściej skłaniam się ku temu, by się nad nim zastanawiać – ito nie tylko zastanawiać.

Jako spadkobiercy iwykonawcy testamentu mojego stryjecznego dziadka – zmarł bowiem jako bezdzietny wdowiec – przypadło mi wudziale dokładne przejrzenie jego papierów; wtym celu przeniosłem cały zbiór teczek ipudeł do mojego mieszkania wBostonie. Znaczna część uporządkowanych przeze mnie materiałów ukaże się zczasem nakładem Amerykańskiego Towarzystwa Archeologicznego, lecz natknąłem się na pewne pudło, które wydało mi się wyjątkowo zagadkowe iktórego nie miałem najmniejszej ochoty komukolwiek pokazywać. Było zamknięte na klucz, asamego klucza nie potrafiłem odnaleźć, dopóki nie przyszło mi do głowy, by przyjrzeć się osobistemu pękowi kluczy, który profesor stale nosił przy sobie. Wtedy istotnie udało mi się je otworzyć, lecz dokonawszy tego, stanąłem, jak się zdawało, przed jeszcze większą itrudniejszą do pokonania przeszkodą. Cóż bowiem miały oznaczać dziwna gliniana płaskorzeźba oraz urywane notatki, chaotyczne zapiski iwycinki, które tam znalazłem? Czyżby mój stryjeczny dziadek wpóźnych latach życia dał się zwieść najbardziej błahym mistyfikacjom? Postanowiłem odszukać owego ekscentrycznego rzeźbiarza, który najwyraźniej zmącił spokój duszy starego człowieka.

Płaskorzeźba przybierała kształt nieregularnego prostokąta ogrubości niespełna cala ipowierzchni mniej więcej pięciu na sześć cali; nie ulegało wątpliwości, że powstała współcześnie. Jej motywy wszelako ani trochę nie tchnęły duchem czy nastrojem dzisiejszych czasów, jako że choć dziwactwa kubizmu ifuturyzmu bywają mnogie iosobliwe, rzadko kiedy zdołają oddać ową zagadkową prawidłowość, jaka kryje się wpiśmie prehistorycznym. Większość tych wzorów istotnie zdawała się być pismem jakiegoś rodzaju; pamięć moja jednak – pomimo zażyłej znajomości papierów izbiorów mojego wuja – wżaden sposób nie pozwoliła mi rozpoznać tej szczególnej odmiany ani choćby zidentyfikować jakichkolwiek jej pokrewieństw.

Powyżej owych pozornych hieroglifów widniała postać owyraźnie obrazowym zamyśle, choć jej impresjonistyczne wykonanie nie pozwalało wyrobić sobie dokładnego wyobrażenia ojej naturze. Sprawiała wrażenie jakiegoś potwora – amoże symbolu potwora – okształcie, jaki zrodzić mógłby jedynie chorobliwy umysł. Jeśli powiem, że moja dość bujna wyobraźnia podsunęła mi naraz obrazy ośmiornicy, smoka iludzkiej karykatury, nie sprzeniewierzę się duchowi tej rzeczy. Miazgowata, opleciona mackami głowa wieńczyła groteskowe, łuskowate cielsko ze szczątkowymi skrzydłami; lecz to ogólny zarys całości napawał najgłębszą trwogą. Za postacią majaczyło niewyraźne tło oarchitekturze iście cyklopowej.

Pismo towarzyszące temu osobliwemu przedmiotowi, jeśli pominąć plik wycinków prasowych, wyszło spod ręki profesora Angella inie aspirowało do żadnego literackiego polotu. To, co wydawało się głównym dokumentem, opatrzone zostało nagłówkiem „KULT CTHULHU”, wypisanym literami starannie wykaligrafowanymi, aby uchronić od błędnego odczytania tak niesłychane słowo. Manuskrypt dzielił się na dwie części, zktórych pierwsza nosiła tytuł „1925 – Sen itwórczość senna H. A. Wilcoxa, Thomas Street 7, Providence, Rhode Island”, druga zaś: „Relacja inspektora Johna R. Legrasse’a, Bienville Street 121, Nowy Orlean, Luizjana, wygłoszona na zjeździe A. T. A. w1908 r. – Notatki tamże oraz Sprawozdanie prof. Webba”. Pozostałe karty rękopisu zawierały jedynie krótkie zapiski: jedne odnotowywały dziwaczne sny rozmaitych osób, inne stanowiły wypisy zdzieł iczasopism teozoficznych (zwłaszcza zAtlantydy iutraconej Lemurii W. Scotta-Elliota), pozostałe zaś – uwagi oprzetrwałych przez stulecia tajnych stowarzyszeniach iukrytych kultach, zodsyłaczami do takich źródeł mitologicznych iantropologicznych jak Złota gałąź Frazera oraz Wiedźmi kult w Europie Zachodniej panny Murray. Wycinki prasowe dotyczyły wwiększości osobliwych zaburzeń umysłowych iwybuchów zbiorowego szaleństwa bądź obłędu wiosną 1925 roku.

Pierwsza połowa głównego rękopisu przedstawiała historię nader niezwykłą. Wynikało zniej, że 1 marca 1925 roku do profesora Angella zgłosił się szczupły, ciemnowłosy młodzieniec onerwowym ipodekscytowanym usposobieniu, niosąc ze sobą ów osobliwy płaskorzeźbiony fragment zgliny, podówczas jeszcze nader wilgotny iświeży. Jego wizytówka głosiła: Henry Anthony Wilcox, amój wuj rozpoznał wnim najmłodszego syna pewnej znakomitej rodziny, zktórą był nieco zaznajomiony – młodzieńca, który wostatnich latach studiował rzeźbę wRhode Island School of Design imieszkał samotnie wgmachu Fleur-de-Lys nieopodal tejże uczelni. Wilcox był chłopcem przedwcześnie dojrzałym, znanym ze swego geniuszu, ale iz niemałych dziwactw, od dzieciństwa zwracającym na siebie uwagę osobliwymi opowieściami iniesamowitymi snami, którymi miał zwyczaj się dzielić. Sam określał się mianem „nadwrażliwca psychicznego”, lecz stateczni mieszkańcy starego kupieckiego miasta zbywali go zwyczajnie przezwiskiem „dziwaka”. Nie utrzymując bliższych stosunków zrówieśnikami, stopniowo wycofał się zżycia towarzyskiego iznany był obecnie już tylko wąskiemu gronu estetów zinnych miast. Nawet Klub Artystyczny Providence, dbający oswoją zachowawczość, uznał go za przypadek beznadziejny.

Podczas owej wizyty – donosił rękopis profesora – rzeźbiarz niespodziewanie zwrócił się do gospodarza zprośbą, by ten wykorzystał swoją archeologiczną wiedzę irozszyfrował hieroglify widniejące na płaskorzeźbie. Mówił wsposób rozmarzony inapuszony, co tchnęło sztucznością izniechęcało słuchacza; mój wuj odpowiedział więc zpewną szorstkością, jako że uderzająca świeżość tabliczki świadczyła oczymkolwiek prędzej niż oarcheologii. Riposta młodego Wilcoxa, która zrobiła na moim wuju tak silne wrażenie, że ten przywołał ją izanotował dosłownie, miała charakter fantastycznie poetycki, znamionujący zapewne całą jego mowę – aktóry, jak później miałem się przekonać, był dlań nader typowy. Rzekł bowiem: „Owszem, jest nowa, gdyż wykonałem ją zeszłej nocy we śnie oosobliwych miastach; asny starsze są niźli zadumany Tyr, niźli rozmyślający Sfinks, niźli opasany ogrodami Babilon”.

Wówczas rozpoczął ową rozwlekłą opowieść, która znienacka poruszyła uśpioną pamięć mego wuja irozpaliła wnim gorączkowe zainteresowanie. Poprzedniej nocy dał się odczuć lekki wstrząs sejsmiczny – najsilniejszy od kilku lat wNowej Anglii – który mocno wzburzył wyobraźnię Wilcoxa. Udawszy się na spoczynek, doświadczył snu, jakiego dotąd nie zaznał: snu owielkich, cyklopowych miastach ztytanicznych bloków imonolitów strzelających ku niebu, ociekających zielonkawym mułem iprzepojonych skrytą, złowrogą grozą. Ściany ikolumny pokrywały hieroglify, az jakiegoś bliżej nieokreślonego miejsca wdole dobiegał głos, który głosem nie był – chaotyczne wrażenie, które tylko wyobraźnia zdolna była przekuć wdźwięk i