55,90 zł
Secret Service, od 1865 roku odpowiedzialna za ochronę prezydentów USA, przechodziła drogę od wzoru profesjonalizmu po instytucję uwikłaną w skandale i polityczne naciski. Trzykrotna laureatka Nagrody Pulitzera, dziennikarka „Washington Post”, odsłania kulisy jej wzlotów i upadków: od reform po zamachu na Kennedy’ego, przez udaremnioną próbę zabójstwa Reagana, aż po dramatyczne wydarzenia na Kapitolu 6 stycznia 2021 roku.
To wstrząsająca opowieść o władzy, lojalności i granicach odpowiedzialności służb specjalnych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tytuł oryginału: Zero Fail: The Rise and Fall of the Secret Service
Projekt okładki i stron tytułowych: ThoT Redaktor prowadzący: Piotr Małyszko Korekta: Joanna Tryl
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © 2021 by Carol Leonnig All rights reserved.
Producent: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl
Dane do kontaktu: Wydawnictwo Bellona 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@bellona.pl www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja: Dressler Dublin sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-19077-1
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Dla mojego męża Johnaoraz moich córekElise i Molly
Kiedy w 2012 roku zaczęłam bliżej zajmować się amerykańską Secret Service, ową wyjątkową agencją mającą stać na straży prawa, krajem wstrząsnął najbardziej upokarzający skandal w jej najnowszej historii: kilkunastu agentów i oficerów zostało oskarżonych o zamienienie prezydenckiej podróży do kurortu w Ameryce Południowej w jedyny w swoim rodzaju wieczór kawalerski, podczas którego doszło do pijaństwa i zaproszono prostytutki. W owym czasie wybryk ten wstrząsnął krajem właśnie dlatego, że pracownicy Secret Service przez długi czas byli synonimem niestrudzonej i bezinteresownej czujności, grupą patriotów gotowych własnym ciałem chronić demokrację w Ameryce.
Kiedy jednak bardziej zagłębiłam się w temat, zorientowałam się, iż mamy do czynienia z jeszcze bardziej niepokojącym skandalem niż owe wybryki w stylu niegrzecznych chłopców – owa od dawna szanowana agencja nie spełniała swojego najważniejszego obowiązku: zapewnienia bezpieczeństwa prezydentowi. Agenci i funkcjonariusze posłużyli mi za przewodników, ukazując krok po kroku, jak Secret Service staje się papierowym tygrysem, osłabianym przez aroganckich, ograniczonych dowódców, system awansów oparty na lojalności, a nie umiejętnościach, lata chudych budżetów oraz przestarzałą technologię. Z ich pomocą postanowiłam sięgnąć jeszcze głębiej, aby zrozumieć, jak do tego doszło, i prześledzić poprzednie pięć dekad dumnej Secret Service. Jak udało jej się dojść do siebie po zamachu na prezydenta Kennedy’ego, odbudować swoje siły i protokoły bezpieczeństwa do tego stopnia, by stać się przedmiotem zazdrości całego świata, po czym dopuścić do powolnego upadku, który zaniepokoił i rozgniewał jej pracowników działających na pierwszej linii?
Istotna uwaga na temat mojego celu: niektórzy szefowie i byli pracownicy Secret Service zarzekali się, iż zaatakują moją pracę, oskarżając mnie, że staram się zawstydzić ich szanowaną instytucję i wyciągnąć na światło dzienne jej ułomności. Jednak owe trudne sprawy opisuję przede wszystkim dla pracowników Secret Service służących na pierwszej linii oraz dla jej przyszłości. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem agentów i funkcjonariuszy, którzy organizują się, walcząc o swoje wspólne istotne cele, i tego, co osiągają każdego dnia, służąc pod tak dużą presją. Pracują, często nie mogąc liczyć na żadną wdzięczność, odpowiednie wsparcie lub proaktywną strategię swoich szefów. Piszę, bo zasługują na dużo więcej.
Niniejsza książka opiera się na setkach godzin wywiadów przeprowadzonych z ponad 180 osobami, w tym obecnymi i byłymi agentami Secret Service, funkcjonariuszami i dyrektorami, członkami gabinetów, doradcami i wyższymi urzędnikami rządowymi administracji ośmiu poprzednich prezydentów oraz członkami Kongresu i ich personelu, a także innymi świadkami wydarzeń opisywanych na poniższych stronach. Rozmawiałam z członkami personelu Secret Service, którzy pracowali pod okiem samego prezydenta, jak i w odległych biurach terenowych, a także – równie gotowymi do poświęceń – członkami ich rodzin. Większość osób, z którymi współpracowałam podczas swoich badań, zgodziła się na szczerą rozmowę pod warunkiem zachowania ich anonimowości, albo chcąc w ten sposób chronić swoją karierę, albo z obawy przed odwetem ze strony agencji i jej byłych pracowników, którzy nieustannie starają się tuszować popełniane błędy i zachować dobre imię agencji. Wielu podzieliło się swoimi doświadczeniami, pozostając w cieniu, co pozwoliło mi wykorzystać ich informacje na tyle, na ile mogłam ochronić ich tożsamość i nie powoływać się na szczegóły, dzięki którym można by było dojść do ich nazwisk.
Jestem obiektywną dziennikarką, z zaangażowaniem dzielącą się prawdą z opinią publiczną, a tutaj pragnęłam ją zrealizować w sposób na tyle bliski prawdy, na ile udało mi się to ustalić na podstawie rygorystycznych zasad pracy reporterskiej. Sytuacje opisane w tej książce zostały zrekonstruowane na podstawie relacji z pierwszej ręki i, jeśli to tylko możliwe, potwierdzone przez kilka źródeł. Sprawdziłam je również osobiście dzięki możliwości wglądu w wewnętrzne raporty i notatki urzędowe. Chociaż istnieje tendencja do pomijania relacji anonimowych źródeł, wiele osób, które rozmawiały ze mną poufnie, również przeprowadziło własne śledztwo i podzieliło się ze mną notatkami, zapiskami w kalendarzach i korespondencją, aby w ten sposób jeszcze bardziej wzmocnić ich wiarygodność. Rozmowy mogą nie zawsze być dokładne, ale przekazując ich treść, opierałam się na wspomnieniach wielu osób. W kilku wypadkach różne źródła odmiennie przedstawiały meritum sprawy i – kiedy było to konieczne – piszę o tym otwarcie, przyznając, że różne osoby mogą w różny sposób zapamiętać to samo zdarzenie.
Niniejsza książka jest efektem moich reportaży zamieszczanych na łamach „The Washington Post”. Niektóre z epizodów, o których tu przeczytasz, miały swoje początki w artykułach, które napisałam dla owej gazety, często korzystając przy tym z pomocy moich mądrych kolegów. Jednak większość scen, dialogów i cytatów w mojej książce jest oryginalna i oparta na obszernych wywiadach, które przeprowadziłam na potrzeby tego projektu.
Owa historyczna relacja w dużym stopniu skorzystała dzięki bieżącym doniesieniom prasowym w „The Washington Post” i innych publikacjach. Oparłam się również na kilku fascynujących książkach przybliżających określone realia. Część z nich została napisana przez byłych agentów, którzy uznali, że ich doświadczenia zapiszą się w historii. Doceniam kluczowe znaczenie informacji zaczerpniętych z owych relacji, do których bezpośrednie odniesienia zamieszczam w tekście lub przypisach.
Wieczorem 30 marca 1981 roku, w mieście Norfolk, w stanie Wirginia, ośmioletni chłopiec siedział w salonie przyklejony do telewizora. Tego samego dnia, kilka godzin wcześniej, John Hinckley jr. usiłował zamordować Ronalda Reagana wychodzącego z hotelu Washington Hilton. Jednak kiedy CBS News odtwarzało ową scenę w zwolnionym tempie, chłopiec nie skupiał się na prezydencie. Jego uwagę przykuł człowiek, który nagle pojawił się w kadrze.
Wytężając wzrok, chłopiec patrzył ze zdumieniem, jak mężczyzna o kwadratowej szczęce, ubrany w jasnoszary garnitur, odwraca się w stronę strzelca, po czym upada na ziemię, ściskając się za brzuch. Osłaniając własnym ciałem prezydenta, jak mówił w tle dziennikarz, Tim McCarthy prawdopodobnie ocalił jego życie. W tym momencie młody Brad Gamble (imię zmienione) wiedział dokładnie, co chce robić, kiedy dorośnie: będzie agentem Secret Service.
Obecnie, 30 lat później, Gamble rzeczywiście pełnił ową misję. Był członkiem Oddziału Interwencyjnego Secret Service, CAT. W całym systemie ochrony prezydenta CAT odgrywa prawdopodobnie najniebezpieczniejszą rolę. Większość ludzi, kiedy wyobraża sobie Secret Service, widzi agentów w garniturach, którzy osłaniają i ewakuują prezydenta w chwilach zagrożenia. Potężnie uzbrojone siły CAT mają jednak inną misję: ich zadaniem jest biec w kierunku strzałów lub eksplozji zagrażających prezydentowi i je zneutralizować. Credo oddziału sprowadza się wyłącznie do dwóch skutków ich działania, które, jak wierzyli, czekały każdego napastnika, który stanie im na drodze: „Martwy lub aresztowany”.
Gamble był dumny z wybranej drogi kariery. Jego koledzy szanowali go za bezinteresowny patriotyzm, którym się kierował, oraz za wyjątkową uwagę, jaką przykładał do szczegółów operacyjnych. Dlaczego zatem, późnym latem 2012 roku, siedząc w restauracji niedaleko Fort Bragg w Karolinie Północnej, nagle poczuł, że robi mu się niedobrze?
Gamble i jego koledzy przyszli do niewielkiej rodzinnej restauracji w towarzystwie grupy członków Delta Force, którzy nadzorowali coroczne szkolenie oddziału CAT. Od niemal tygodnia zespół Gamble’a ćwiczył z owymi stalowymi żołnierzami Sił Specjalnych, pozorując próby zamachów i ataki przy braku widoczności, aby nauczyć się, jak chronić siebie i swoich kolegów podczas walki wręcz.
Po obiedzie złożonym z żeberek, steków i skrzydełek Gamble usiadł z butelką piwa i wdał się w pogawędkę z jednym z anonimowych bohaterów wydarzeń 11 września 2001 roku, starszym sierżantem Delta Force, którego nazwę, powiedzmy, John. Gamble lubił styl Johna, który nie bawił się w owijanie w bawełnę. Sierżant mógł się pochwalić prawdziwym doświadczeniem na polu bitwy – dwa tygodnie po atakach na World Trade Center wziął udział w natarciu na posiadłość mułły Omara w Kandaharze. Nie lubił się tym jednak zbytnio chlubić – czym natychmiast zdobył zaufanie i szacunek Gamble’a.
Przy drugim piwie Gamble poczuł się na tyle wyluzowany, że zadał Johnowi pytanie, które przyszło mu nagle do głowy: „Po przeszkoleniu tak wielu agentów i funkcjonariuszy organów ścigania, co sądzisz o gotowości Secret Service do działania?”. Sierżant zawahał się, więc Gamble zaczął go naciskać.
– Na serio, jak byś nas ocenił?
– No cóż – odparł John. – Żal mi was, chłopaki. Secret Service naprawdę was zawiodło. Nigdy nie będziecie w stanie powstrzymać prawdziwego ataku.
Nie była to odpowiedź, na jaką liczył Gamble, a kiedy słuchał, jak John analizuje przestarzały sprzęt Secret Service i jej kiepskie przygotowanie, poczuł mdłości. W głębi duszy wiedział, jak źle wyposażone i przestarzałe jest Secret Service, ale fakt, że usłyszał to z ust kogoś, kogo szanował, spowodował, iż nie mógł temu zaprzeczyć. W tym momencie stanęły mu przed oczami wszystkie sytuacje, w których widział, jak Secret Service popełniało błędy – ostatnią był wyjazd do Bombaju wraz z prezydentem Obamą w 2010 roku. Jednostka ledwo uniknęła wówczas poważnego międzynarodowego incydentu po tym, jak zastrzelono niezidentyfikowanego uzbrojonego bandytę, który okazał się funkcjonariuszem miejscowej policji. Scenariusze takie jak te były próbami generalnymi przed prawdziwym atakiem na prezydenta, a w ciągu pięciu lat, jakie spędził w CAT, widział, jak wiele razy Secret Service zawiodło.
Gamble stanął teraz w obliczu brutalnej prawdy: coraz częściej Secret Service wypełniało swoją misję „zero błędów”, opierając się nie na własnych umiejętnościach, ludziach, przeszkoleniu lub technologii, ale na głupim szczęściu. Jak długo owo szczęście będzie im dopisywać? Gamble nie był osamotniony. Znał innych oddanych swojej misji agentów, którzy odczuwali narastające rozczarowanie, zwłaszcza ludźmi stojącymi na czele agencji. Jednak strach przed reperkusjami nakazywał im milczeć. Przynajmniej dopóki stawka nie stanie się zbyt wysoka.
Secret Service zajmuję się od 2012 roku, poczynając od artykułu „Hookergate”, opisującego skandal, który wybuchł po tym, jak podczas przygotowań do wizyty prezydenta Obamy w Cartagenie w Kolumbii agenci zaprosili do pokoi hotelowych prostytutki – było to wydarzenie, które dało mi pierwszy obraz dużo głębszych problemów instytucjonalnych, z jakimi zmagała się Secret Service. W kolejnych latach coraz więcej agentów wyrażało obawy w kwestii zdolności agencji do ochrony prezydentów, ich rodzin i innych najwyższych urzędników państwowych. Ich relacje ukazują organizację nadmiernie obciążaną zadaniami, tonącą w kolejnych misjach i najeżoną zagrożeniami bezpieczeństwa, wynikającymi z głębokiej nieufności między szeregowymi agentami a ich szefami.
Agenci ci jednak złamali kodeks milczenia, obowiązujący ich w Secret Service, na rzecz wyższego dobra, jakim było podniesienie alarmu. Przyszli do mnie w nadziei, że reporterka śledcza z „The Washington Post” wysłucha ich obaw, zawstydzi szefów, którzy zawiedli, i pomoże uratować tonący statek. Aby opowiedzieć ich całą historię, przeprowadziłam i przejrzałam setki wywiadów z agentami, funkcjonariuszami, dyrektorami, kongresmenami, prezydentami i ich personelem. Przeczytałam tysiące dokumentów, w tym z archiwów prezydenckich, a także wewnętrzne raporty Secret Service, akta śledztw oraz przeglądów bezpieczeństwa, które nigdy nie zostały podane do publicznej wiadomości. Odkryłam bogatą, skomplikowaną historię – o odwadze i sprzedajności, heroizmie i niekompetencji – od której Ameryka nie może i nie powinna odwracać głowy.
Niniejsza książka nie jest typową akademicką historią. Moim celem jest tutaj przedstawienie początków i – jak najbardziej możliwego do uniknięcia – upadku Secret Service w ciągu ostatnich 60 lat, od Kennedy’ego do Trumpa. Czasami zapominamy, że to właśnie ta dumna, w dużej mierze niewidzialna siła stoi między prezydentem a wszystkimi potencjalnymi zamachowcami. Ochraniają prezydenta, bronią również demokracji. I chociaż niegdyś agencja z poświęceniem i kompetencją stawała już w obliczu nieprawdopodobnych wręcz przeciwności, obecnie zagraża jej bezprecedensowe niebezpieczeństwo.
Na poniższych stronach staram się ukazać portret agencji naznaczonej unikatowym zestawem sprzeczności: nieustannie zmieniająca się i utajniona misja w połączeniu z niemożliwymi do spełnienia oczekiwaniami. Brak elastyczności w systemie zarządzania, co ma zwiększać dyscyplinę, wzbudza jednak często niechęć i bunt. Organizacja, której standardy efektywności są dużo wyższe niż w wypadku jakiejkolwiek innej agencji federalnej, podczas gdy morale i standardy zachowania osobistego są czasami znacznie niższe. Grupa robocza, której członkowie często poświęcają normalne życie i zmuszają się do niesamowitego wysiłku, aby wykonać niemal niemożliwą do realizacji misję, pracujący jak niewolnicy dla szefów, których część dba przede wszystkim o siebie i nie umie podejmować śmiałych wyborów, które mogłyby wesprzeć starania swych podwładnych.
Moim celem jest zajrzenie za kulisy organizacji zmuszonej do niekończącej się walki o poprawę swojej reputacji, zwiększenie swoich zasobów i podniesienie morale swych pracowników. Być może prawdziwą ironią losu jest to, że ukazuję tu agencję, która wydaje się reformować dopiero wówczas, gdy staje w obliczu tego, czemu przysięgała zapobiegać: tragedii.
W ciągu ostatnich sześciu dekad Secret Service rozrosła się z 300 agentów i budżetu w wysokości 5 milionów dolarów do 7 tysięcy agentów, funkcjonariuszy i innego personelu oraz budżetu przekraczającego 2,2 miliarda dolarów. Jej misja także uległa rozszerzeniu. Zamiast stać na straży jednego przywódcy, agencja ochrania obecnie także jego dalszą rodzinę, wielu jego zastępców, a nawet przeciwników politycznych. Jej celem jest nie tylko zatrzymanie pocisku, ale także zablokowanie drona z gazem trującym, cyberataku zagrażającego sieci energetycznej kraju oraz zapobieganie wszelkiego rodzaju zagrożeniom dla kibiców na stadionie Super Bowl. Tego typu misja może się okazać poważnym wyzwaniem dla każdej organizacji. Jednak Secret Service cierpiała nie tylko ze względu na coraz większe wyzwania. Z powodu słabości jej własnych pracowników standardy i zdolności agencji do wypełniania podstawowych zadań spadają od lat, co rodzi kilka kluczowych pytań:
Jak do tego doszło, że Secret Service z elitarnej, ciężko pracującej grupy patriotów, która przysięgała uczynić wszystko, aby po zabójstwie JFK ochronić przyszłych prezydentów, stała się bandą kolesi, w której toczą się wewnętrzne walki, panuje powszechna pobłażliwość i brakuje chęci życia?
W jaki sposób agencja, ze zwartej grupy, która szczyciła się ponadpartyjną postawą „ludzie ich wybierają, a my ich chronimy”, stała się organizacją, która jest wykorzystywana przez prezydentów do tchórzliwych działań politycznych i wie, że musi się na to godzić, aby nie wypaść z łask?
I wreszcie, w jaki sposób Secret Service z instytucji, która zainspirowała i zawładnęła wyobraźnią ośmioletniego chłopca z Norfolk w stanie Wirginia, zamieniła się w organizację niebędącą w stanie zatrudniać ludzi wystarczająco szybko, aby zastąpić tych, którzy odchodzą, i przez trzy lata z rzędu została uznana za najbardziej znienawidzone miejsce pracy we wszystkich instytucjach federalnych?
Zero błędów jest kroniką tego upadku w ciągu dziesięcioleci, zmian na szczytach władzy i ewoluujących zasad gry za sprawą wydarzeń na świecie. Chociaż agencja poniosła po drodze wiele żenujących porażek, warto zauważyć, że od czasu Johna F. Kennedy’ego żaden ochraniany przez nią prezydent nie został zabity. Wielu pełnych zaangażowania mężczyzn i kobiet, którzy stoją przy oddzielających tłum linach i przeszukują go w poszukiwaniu nawet najmniejszych oznak zagrożenia, wielokrotnie udowodniło swoją wartość i przynajmniej dzięki własnemu poczuciu obowiązku wykazali, że są wierni swojemu mottu: „Godni zaufania i niezawodni”. Niestety, samym uporem ich organizacja nie jest w stanie powstrzymać zamachowca.
Podczas pisania tej książki zorientowałam się, że upadek Secret Service postępował już od dziesięcioleci, ale miałam okazję również docenić wielu agentów, którzy pełnią swoją służbę pomimo nieporządku i przypadkowości, jakie wciągają ich w swój wir. Każdego dnia owi słudzy państwa, których Eisenhower nazwał „żołnierzami bez mundurów”, stoją na zimnie i deszczu przed Białym Domem oraz, znosząc otępiającą nudę, strzegą schodów i hotelowych korytarzy w centrach kongresowych. Ociekając potem wsiąkającym w podkoszulki i skarpetki, godzinami cierpliwie stoją plecami do siebie na wiecach. Przez wiele godzin i dni pozostają w swego rodzaju hiperczujności, która powoduje, iż zwyczajna osoba czuje się wyczerpana już po dziesięciu minutach.
Doceniam także fakt, że Secret Service narodziła się wskutek fundamentalnego napięcia, które leży u podstaw amerykańskiej demokracji: symboliczność kontra bezpieczeństwo. Ciężar, który spoczywa na ich barkach, stał się dla mnie szczególnie namacalny, kiedy niektórzy agenci opowiedzieli mi o tym, jak zostali wprowadzeni w szeregi ochrony prezydenta, a zwłaszcza tak wyjątkowego przywódcy, jak prezydent Clinton. Agent specjalny Larry Cockell rozpoczął swój wykład od udostępnienia nekrologu agenta, który prowadził limuzynę z prezydentem Kennedym w dniu jego zabójstwa i nieco zwolnił na dźwięk pierwszego strzału. Pierwszy wers wzmianki o śmierci tego agenta wskazywał na rolę, jaką odegrał on w tragedii, która określiła całe jego życie.
– Jesteście teraz częścią agencji odpowiadającej za życie prezydenta i stabilność naszej demokracji – powiedział Cockell, jak wspominali agenci. – Tak wygląda porażka. Nie mogę odnieść sukcesu, chyba że wam się także uda. Jeżeli nie zadziałamy wszyscy, wszyscy zawiedziemy. Oczekuję, że każdy z was przez cały czas pozostanie skoncentrowany i zaangażowany, a jeżeli uważacie, że istnieje jakaś przeszkoda, aby to osiągnąć, proszę, abyście dzisiaj szczegółowo to przedstawili.
Ameryka pragnie, by ukazywać jej obraz jako kraju wolności i otwartości „dla ludu”. Jeszcze w 1881 roku, 16 lat po zabójstwie prezydenta Lincolna, pod rządami świeżo wybranego Jamesa Garfielda, kraj odrzucił ideę prezydenckich sił bezpieczeństwa, ponieważ pachniało to „royalsami” ukrywającymi się za strażą imperialną. Pomimo nieustannego niebezpieczeństwa Bill Clinton i JFK nieustannie utrudniali życie ochraniającym ich agentom, podchodząc na niewielką odległość do swoich wielbicieli. Ten ostatni zasłynął też z tego, że potrafił niespodziewanie rzucić wszystko, aby popływać na publicznej plaży w Kalifornii. Z kolei agenci ochraniający Reagana, podczas pierwszego publicznego wystąpienia prezydenta po zamachu na jego życie, wdali się w burzliwą debatę z Secret Service na temat sposobu używania wykrywaczy metali, aby były jak najmniej widoczne. Nawet w ramach samej agencji jej pracownicy omal nie pobili się, dyskutując o takich kwestiach jak ta, czy długa broń na dachu Białego Domu nie stworzy wrażenia, że przywódca wolnego świata zamieszkuje w bazie wojskowej.
Wyjątkowo rzadki sukces, polegający na połączeniu owych dwóch rywalizujących ze sobą poglądów, został odniesiony podczas przemówienia Baracka Obamy 4 listopada 2008 roku, kiedy ponad 71 milionów telewidzów obejrzało w czasie rzeczywistym radosne, niemal spontanicznie wyglądające wydarzenie w Grand Parku w Chicago z okazji wyboru pierwszego czarnoskórego prezydenta Ameryki. Kamerom umknął fakt, że obszar powietrzny w tym rejonie został ogłoszony strefą zakazu lotów, a prezydenta elekta ochraniały dwie ogromne tafle kuloodpornego szkła mającego udaremnić potencjalny atak snajperów. Zarówno w kategorii praktycznej, jak i symbolicznej scena ta zawierała w sobie wszystko to, co należy do rutynowych osiągnięć Secret Service.
Zero błędów dotyka owej wzniosłej historii, ale to, co ostatecznie ukazuje, jest dużo bardziej osobistą relacją. Książka ta jest o obecnych i byłych agentach, funkcjonariuszach i personelu administracyjnym tworzących owo tajne bractwo zdecydowane podzielić się ze mną swoimi historiami. Zawsze będę im wdzięczna, że zaryzykowali swoje kariery – nie dlatego jednak, że chcieli podzielić się pikantnymi plotkami na temat prezydentów i ich rodzin, ale dlatego, że wiedzą, iż Secret Service źle funkcjonuje i wymaga naprawy. Opowiadając swoje historie, mają nadzieję, że wpłyną na odnowę Secret Service, którą kochają. Zasługują na publiczną deklarację odbudowy swojej agencji, aby nie musieć harować w ciągłym strachu przed porażką, nie wspominając już o osobistym ryzyku.
Ameryka, jej prezydenci i obywatele zbyt często w przeszłości traktowali działalność Secret Service jako coś oczywistego, to często przynosiło jednak tragiczne skutki.
Część 1
Tragedia, z której narodziło się nowe Secret Service:
od Kennedy’ego do Nixona (1963–1974)
Rozdział 1
Gwardia przyboczna
Tego dnia w Buffalo Win Lawson poczuł, że jego pierś nieco się wypięła, a ramiona uniosły się wzdłuż chudego ciała, czyniąc go nieco wyższym i smuklejszym. Duma. Tak, mógł się do tego przyznać. Win Lawson, nieśmiały, cichy nerwus, czuł dumę.
Ów trzydziestoczteroletni mężczyzna dorastał w Portland, mieście bez sygnalizacji drogowej nad brzegiem jeziora Erie, o którym słyszeli jedynie nieliczni spoza północnej części stanu Nowy Jork. Miasto to, położone około stu kilometrów od Buffalo, najbardziej znane było z orzeźwiającego powietrza znad jeziora, winnic i sadów, a także rodzin – równie odpornych jak rośliny, które uprawiały.
Lawson, syn nauczycielki w szkole podstawowej i miejscowego bankiera, po ukończeniu szkoły średniej wyjechał na studia. Zdobył dyplom, ożenił się z siostrą przyjaciela z bractwa uniwersyteckiego, a kiedy rozpoczęła się wojna koreańska, wstąpił do jednostki wywiadu wojskowego.
Kilkanaście lat później, owego jesiennego dnia w 1962 roku, Lawson powrócił w swoje rodzinne strony w nowej, prestiżowej roli: był agentem Secret Service, wyznaczonym do ochrony prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Na centralnym placu Buffalo zgromadziło się niemal 200 tysięcy ludzi chcących choć rzucić okiem na najbardziej znanego człowieka na Ziemi, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. A obok niego stał Win Lawson.
Kennedy odwiedził Buffalo 14 października 1962 roku, w dniu uwielbianej w mieście Parady Pułaskiego, związanej z polskim dziedzictwem mieszkańców miasta. Widząc tłumy ludzi na trasie limuzyny, Lawson pomyślał: Polacy czy nie, cała północna część stanu Nowy Jork przyjechała dzisiaj na spotkanie ze swoim szykownym prezydentem.
Przed Lawsonem i siedmioma innymi członkami ochrony prezydenta stało zadanie, które wymagało wyjątkowej koncentracji: strzec Kennedy’ego od początku do końca podróży. Byli tuż obok niego, kiedy wysiadał z Air Force One, kiedy machał ze swojej limuzyny przez ostatnie kilkaset metrów parady, a teraz przemawiał do ogromnego tłumu w centrum miasta – na Niagara Square.
Ten wewnętrzny krąg agentów bezpośredniej ochrony musiał zachować wyjątkową czujność, która w dużej mierze opierała się na instynkcie i napiętych mięśniach. Kiedy „Szef” – jak nieformalnie nazywali prezydenta – wszedł na podest, jego podwładni skierowali oczy i uszy na tłum, wypatrując czegoś nietypowego, dziwnych zachowań lub osób z rękami w kieszeniach. Kiedy Kennedy ściskał dłonie, jak lubił to robić, agenci otaczali go zewsząd, obserwując owe wyciągające się zewsząd ręce i szukając jakichkolwiek oznak niebezpieczeństwa. Ich obowiązkiem było zasłonić prezydenta własnym ciałem przed pistoletem, nożem lub jakimkolwiek innym zagrożeniem.
Stojąc u podstawy drewnianej sceny przed ratuszem, Lawson obracał głową z lewa na prawo, obserwując plac, niczym peryskop przesuwający się po niekończącej się masie głów, twarzy i ramion, wyczulony na wszelkie oznaki niebezpieczeństwa.
Podczas tej wizyty Lawson pełnił dodatkowo funkcję szefa planowania bezpieczeństwa Secret Service. Przybył trzy dni wcześniej, aby ocenić środki bezpieczeństwa na każdym kroku, jaki prezydent mógłby zrobić podczas wizyty – skomplikowaną choreografię nazywaną „wyprzedzeniem”. To on zdecydował, które ulice mają zostać zamknięte na czas przejazdu kawalkady, jak blisko mogą stanąć tłumy gapiów i które posterunki ma obsadzić lokalna policja, oraz wyznaczał ludzi do eskorty na motocyklach.
Skrupulatne plany Lawsona nie mogły jednak zmienić praw fizyki: ostatecznie on sam i jego koledzy byli nieistotnymi kropkami w napływającej na plac masie ludzi.
Kiedy Kennedy zwrócił się do tłumów, mówiąc, że zachowali Polskę w swoich sercach, i wezwał ich do modlitwy, aby jej naród mógł pewnego dnia żyć wolny od komunistycznych rządów, ludzie zaczęli wznosić okrzyki. „I jak mówi stara pieśń, Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy” – kontynuował Kennedy. Plac wypełniły gromkie brawa. Kennedy uśmiechał się, długo czekając, aż będzie mógł wygłosić dalszy ciąg swojego przemówienia1.
Potrafił zdobywać serca i – jak mieli nadzieję jego doradcy – głosy. Aby pomóc demokratom w zdobyciu miejsc w Kongresie w listopadowych wyborach, Kongres chciał, aby jak najwięcej wyborców mogło zobaczyć prezydenta. Agenci Secret Service nie pochwalali tego, jak blisko Kennedy pragnął zbliżyć się do swoich wielbicieli, ale nie byli w stanie tego zmienić. Niemniej jednak mieli świadomość, że im dłuższa trasa przejazdu i im więcej uścisków dłoni przy linach, tym większa szansa na to, że może wydarzyć się coś złego.
Chociaż trudno było uwierzyć, że prezydent będzie potrzebował ochrony przed wiwatującym tłumem na Niagara Square, Lawson i jego ludzie musieli cały czas zakładać, że w tłumie czai się wróg. Kennedy mógł być przystojny, bogaty i diabelnie czarujący, ale wielu ludzi w kraju nim pogardzało. A kilku chciało go nawet do zabić.
Ten czterdziestotrzyletni polityk zagrażał status quo. Był pierwszym katolikiem, który wygrał wybory prezydenckie, co było szokiem dla starszego pokolenia uważającego, że prawdziwą elitę narodu stanowią protestanci. Wielu Amerykanów było również głęboko zaniepokojonych uporem, z jakim Kennedy przekonywał, że czarnoskórzy zasługują na naukę w tych samych szkołach, korzystanie z tych samych łazienek i jedzenie w tych samych restauracjach co biali.
Kilka tygodni po tym, jak Kennedy wygrał wybory w 1960 roku, Richard Pavlick, siedemdziesięciotrzyletni emerytowany pracownik poczty, który miał za sobą długą historię problemów psychicznych i tyrad przeciwko katolikom, załadował do bagażnika swojego buicka siedem lasek dynamitu. Następnie wyruszył z rodzinnego New Hampshire do Palm Beach, gdzie prezydent elekt przebywał przed swoją inauguracją. Pavlick planował wysadzić Kennedy’ego, taranując jego samochód, gdy ten wyruszał na mszę, ale porzucił swój plan, kiedy zobaczył, że obok prezydenta siedzą jego żona i dzieci. Kilka dni później został aresztowany przez policję z Palm Beach, w czym pomogły wskazówki jego kolegi, który domyślił się, że Pavlick planował zamach na Kennedy’ego2.
Przez pierwsze sześć tygodni prezydentury Kennedy’ego Biały Dom otrzymał trzy razy więcej listów z groźbami wobec prezydenta. „Mamy dość brudnych czarnych katolików”, brzmiał jeden z anonimów wysłanych z Los Angeles. „Następna bomba będzie dla ciebie, Panie Kennedy”.
Agenci należący do oddziału ochraniającego prezydenta w Białym Domu w prywatnych rozmowach wyrażali obawę o bezpieczeństwo Kennedy’ego. I to nie tylko dlatego, że ich praca stanowiła naturalną pożywkę dla paranoi. Według opinii publicznej prezydent Kennedy był szykownym, wyjątkowym przywódcą z rodziną niczym z obrazka. Prywatnie agenci Secret Service widzieli w Kennedym człowieka, któremu groziło niebezpieczeństwo.
Kennedy, w porównaniu do swoich poprzedników, utrzymywał niesłabnące tempo, co spowodowało, że jego ludzie byli już bardzo zmęczeni. Był również niezwykle lekkomyślny w kwestii własnego bezpieczeństwa. Jego zachowanie sprawiało, że niektórzy z jego ochroniarzy byli zaniepokojeni, a inni wręcz wściekli. Agenci z jego otoczenia prywatnie lubili nowego prezydenta, ale zawodowo stawiał przed nimi najtrudniejsze dotąd zadanie.
Kiedy w styczniu 1961 roku Kennedy przeniósł swoją młodą rodzinę do Białego Domu, Secret Service była tak mała, że bardziej przypominała skromny oddział policji miejskiej niż agencję federalną. Nawet najwyższego urzędnika agencji nazywano po prostu szefem. Jej budżet wynosił 5 milionów dolarów i zatrudniano w niej nieco ponad 300 ludzi, których większość przebywała w biurach terenowych rozsianych po 50 stanach. Do oddziału stacjonującego w Białym Domu, który ochraniał prezydenta, przydzielonych było 34 agentów. Zazwyczaj pracowali oni w sześcioosobowych zespołach przebywających u boku prezydenta i zmieniali się co osiem godzin.
Agenci ci – sami mężczyźni, z których większość wywodziła się z klasy robotniczej – dorastali w cieniu II wojny światowej i mieli głębokie poczucie obowiązku wobec kraju. Typowym pracownikiem agencji był wysportowany, skromny absolwent college’u w wieku około 20 lub nieco ponad 30 lat, który wcześniej służył w wojsku lub pracował w miejscowym wydziale policji.
Nowi agenci byli zawsze wysyłani najpierw do biura terenowego, podczas gdy „strażników” wzywano do Białego Domu na okres próbny trwający rok lub dwa lata. Secret Service zawierała umowę z rządem federalnym, co pozwalało jej omijać grupę pracowników federalnych i zamiast tego zatrudniać dowolnego agenta, którego wybrał jej szef3. W ramach owej umowy Secret Service, jeżeli chciała zatrzymać owych stosunkowo młodych agentów w swoich szeregach, w ciągu dwóch lat musiała ich ulokować w otoczeniu prezydenta.
Agenci nie przechodzili specjalistycznego szkolenia w zakresie ochrony osób, ale uczyli się niuansów swojej pracy od doświadczonych kolegów. „Tak działała Secret Service. Kiedy zaczynałeś, przydzielali cię komuś dobremu” – wspominał Tim McIntyre, były agent osobistej ochrony Kennedy’ego. „Agencja stosowała politykę polegającą na przydzielaniu ci zadania i oczekiwała, że sam sobie poradzisz. Kiedy jesteś przydzielany do różnych miejsc, może to być naprawdę dowolne miejsce. Może to być miejsce pośród tłumu ludzi. Nie mają czasu na wyjaśnienie ci zbyt wielu rzeczy. Oczekują, że schwycisz piłkę i pobiegniesz z nią”.
Praca agenta, stojącego na warcie na stałym posterunku, była wyczerpująca i nużąca. Jednak praca u boku uprzejmego, wytwornego Kennedy’ego była szczególnie cennym wyróżnieniem i w przeciwieństwie do swoich poprzedników ten prezydent starał się poznać się ze swoimi agentami i witał się z nimi po imieniu. Jego wspaniałe życie, którego częścią były regularne spotkania z Frankiem Sinatrą, Marilyn Monroe i królową Elżbietą, powodowało, iż nieco owego gwiezdnego pyłu opadało też na ludzi z jego ochrony. Agenci lubili stać obok żywej historii.
– Wylądowałem na ranczu LBJ, gdzie pracowałem na nocną zmianę. Stałem pod jednym z owych wielkich dębów rosnących przed frontem. Była druga nad ranem i było zimno – Lawson skrzywił się, wspominając jedno z zadań. – Pomyślałbyś: co ja u licha tu robię? Wiesz, że jesteś absolwentem college’u, a tutaj jesteś niemal jak na warcie, w środku nocy i tak daleko. Byłem z dala od domu, a to już Boże Narodzenie, nieważne.
– Może dwa tygodnie później brałem udział w wydarzeniu, o którym w innej sytuacji nawet nie mógłbym marzyć. To było na przylądku Canaveral… pierwszy lot na Księżyc. Byłem tam, kiedy wystartowali – wspominał. – Myślisz: o mój Boże, jestem facetem z małego miasteczka z zachodniej części stanu Nowy Jork i spójrz, czego byłem świadkiem.
Dla Lawsona jednym z takich dni była polska Parada Pułaskiego. Po jej zakończeniu prezydent Stanów Zjednoczonych wskoczył do otwartej limuzyny i bez żadnych incydentów opuścił Buffalo.
Następnie, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Lawson spotkał się ze swoimi rodzicami i bratem na parkingu przy pasie startowym w Niagara Falls, po czym szybko zaprowadził ich na wybrane miejsce przy linie oddzielającej gapiów. Wiedział, że przed wejściem na pokład samolotu prezydent będzie tam ściskał dłonie. Kennedy uwielbiał tę część swoich publicznych wystąpień: spotkania twarzą w twarz z wyborcami, którzy czekali godzinami, aby móc się z nim przywitać.
Gdy prezydent zbliżył się do rodziny Lawsona, ten stanął za jego lewym ramieniem i szybko skinął głową swoim rodzicom. Szef zmiany Lawsona Floyd Boring zatrzymał się przy swoim odcinku ogrodzenia.
– Panie prezydencie – zagaił Boring – to rodzina agenta Lawsona.
Jak zawsze kurtuazyjny, prezydent szeroko się uśmiechnął. Uścisnął dłoń bratu i ojcu Lawsona i podziękował im za służbę Wina. Matka Lawsona, ubrana w jedną ze swoich najlepszych sukienek i toczek ozdobiony różowymi i lawendowymi kwiatami, także z determinacją wyciągnęła rękę w jego stronę.
– Przepraszam za to, że z naszego powodu państwa syn był tak zajęty – powiedział Kennedy, chwytając białą dłoń matki. A następnie pojawił się znak rozpoznawczy Kennedy’ego – jego celne żarty. – Musi wykonywać całkiem niezłą robotę, bo jeszcze nikt mnie nie zastrzelił – stwierdził ze śmiertelną powagą.
Dziwne, ale kiedy Stark wspominał liczne niebezpieczeństwa, które, jak cień, podążały za prezydentem Stanów Zjednoczonych podczas jego codziennych wypadów, miał przed oczami dokładny obraz Kennedy’ego z tego dnia w Buffalo. Na środku, niczym biały palec, wznosił się pomnik McKinleya i kiedy Kennedy przemawiał, patrzył wprost na niego. Miasto wybudowało ów marmurowy obelisk jako swego rodzaju przeprosiny dla Williama McKinleya, dwudziestego piątego prezydenta USA, który został tu zamordowany w 1901 roku przez bezrobotnego odludka. Śmierć McKinleya przyczyniła się do utworzenia nowoczesnej Secret Service. To właśnie owa kula, wystrzelona przez zamachowca na początku wieku, przywiodła Lawsona i jego kolegów agentów do miejsca, w którym teraz stali.
Leon Czołgosz, syn polskich imigrantów, którzy osiedlili się w Detroit, przez większość życia cierpiał niesamowitą biedę. Jako nastolatek, po śmierci swojej matki, którą stracił w wieku dziesięciu lat, pracował w hutach szkła i stali. W wieku 28 lat był bezrobotny od kilku lat, czego przyczyną był krach gospodarczy w 1893 roku. Cierpiał na chorobę układu oddechowego, dlatego zamieszkał na farmie swojego ojca, gdzie coraz bardziej izolował się od ludzi, rozgoryczony tym, co uważał za niesprawiedliwość amerykańskiego systemu kapitalistycznego. Czytał ulotki grup socjalistycznych i anarchistycznych, aż wreszcie uwierzył, że władze wspierają bogatych właścicieli przedsiębiorstw w wykorzystywaniu niższych klas społeczeństwa amerykańskiego i ignorują ich ubóstwo. Słuchając przemówienia słynnej amerykańskiej anarchistki Emmy Goldman w Cleveland w maju 1901 roku, dowiedział się, że kilka miesięcy wcześniej inny anarchista zastrzelił króla Włoch Umberto I. Ta zbrodnia stała się dla niego inspiracją4. Jak wyjaśnił zamachowiec, musiał popełnić ów śmiały czyn, aby zwrócić uwagę na trudną sytuację zwykłego człowieka.
We wrześniu Czołgosz wyruszył do Buffalo, gdzie zastrzelił McKinleya podczas otwarcia Wystawy Światowej w 1901 roku5.
Członkowie Kongresu byli wówczas zszokowani tym, z jaką łatwością udało się zabić McKinleya, i zauważyli z wyrzutem, że w ciągu 36 lat jest to trzeci prezydent, po Lincolnie i Garfieldzie, którego kraj stracił na skutek zamachu. Niedługo później Kongres nakazał Secret Service, niewielkiemu federalnemu organowi ścigania, wówczas zajmującemu się przede wszystkim fałszerzami i osobami podrabiającymi czeki, aby od teraz przejął obowiązki zagwarantowania bezpieczeństwa prezydentowi. Kongres jednak przekazał ową misję dość spontanicznie – w pośpiechu i bez spójnej strategii.
W podobnym pośpiechu, jako reakcja na konkretne wydarzenia, wiosną 1865 roku narodziła się idea Secret Service. Prezydent Lincoln i jego sekretarz skarbu nadal próbowali dojść do siebie po bezczelnej ucieczce notorycznego fałszerza Pete’a McCartneya i jego powrocie do lukratywnego życia w przestępczym światku. Właśnie zakończyła się wojna secesyjna, co stało się powodem do wielkiej radości, ale kruchą gospodarkę odradzającego się kraju nadal destabilizowała plaga fałszerstw. Przez większość wojny poszczególne stany emitowały własne papierowe pieniądze, zaburzając cały układ walutowy, co utrudniało kupcom i bankierom śledzenie zmian, a przestępcom ułatwiało dokonywanie fałszerstw. W 1862 roku Departament Skarbu zaczął emitować walutę federalną w banknotach o wartości od 1 do 1000 dolarów USA. Nazwano je zielonymi, do czego przyczynił się zielony nadruk na odwrocie banknotu. Jednak fałszerze szybko dostosowali się do zmiany, skopiowali pieczęć waluty federalnej i stworzyli włas-ne prasy drukarskie. W 1865 roku bankierzy federalni szacowali, że jedna trzecia, a nawet połowa waluty papierowej wykorzystywanej w kraju jest fałszywa.
Przez wiele lat szczególnie utalentowanym cierniem w boku Departamentu Skarbu USA był Pete McCartney. Ten wyjątkowo inteligentny i elokwentny mężczyzna mógł odziedziczyć po swoim ojcu farmę w Illinois, ale zamiast tego, jako nastolatek, podjął pracę u grawera Williama Johnsona. Dla wtajemniczonych Johnson był również szefem klanu fałszerzy działających w Lawrence w stanie Indiana. A u Pete’a McCartneya Johnson dostrzegł wrodzony talent. Młody człowiek miał smykałkę do szczegółów i kreski, a także był wyjątkowym rysownikiem i drukarzem. Na dodatek był przystojny i sympatyczny. Począwszy od lat 40. XIX wieku, Johnson wykształcił McCartneya na prawdziwego mistrza fałszerstw.
Na początku wojny secesyjnej McCartney był już zamożnym człowiekiem z własnym zespołem fałszerzy w Indianapolis i specjalistą w drukowaniu fałszywych banknotów. Miał też plany, aby wykorzystać inflację czasów wojny, kiedy liczba przepływających pieniędzy zmniejszyła się zapewne na tyle, że kupcy byli w stanie rozpoznać jego podróbki. Zalał Indianę fałszywymi banknotami o nominale 10 i 20 dolarów i zajmował się praniem brudnych pieniędzy. Szacuje się, że do lata 1864 roku McCartney i jego ludzie wydrukowali i wypuścili do obiegu 100 tysięcy dolarów w fałszywych banknotach, co stanowi równowartość 1,5 miliona we współczesnych dolarach.
Dzięki swojemu wzorowi dolara McCartney zasłużył na przydomek „Król Sprzedawcy Królików”, ale także sam stał się celem. Agenci Departamentu Stanu, kierowani przez szorstkiego śledczego rządowego i byłego oficera kawalerii Williama P. Wooda, podjęli intensywne śledztwo w sprawie band Johnsona i McCartneya. Latem 1864 roku Wood przeprowadził podwójny nalot, podczas którego w urzędzie pocztowym w Indianapolis zdołał pojmać McCartneya oraz aresztować ludzi z gangu Johnsona w Lawrence. Zawlekli swoich więźniów do pociągu jadącego do Waszyngtonu, ale McCartney zdecydował, iż nie ma ochoty na taką podróż. Po zmroku, kiedy jego strażnicy przez chwilę patrzyli w inną stronę, McCartney – wciąż w łańcuchach skuwających mu ręce i nogi – wyskoczył z tylnej platformy pociągu, który jechał z prędkością ponad 55 kilometrów na godzinę. Wood zatrzymał pociąg i zorganizował grupę poszukiwawczą, ale agentom nie udało się znaleźć zbiega.
Ucieczka ta stała się tematem kłopotliwych nagłówków w prasie i kolejnej fali narzekań w administracji Lincolna na nieustanne zagrożenie, jakim były fałszywe dolary, które osłabiały amerykański system finansowy. Niedługo później prezydent Lincoln powołał komisję, która miała się zająć tym problemem.
Sekretarz Skarbu Hugh McCulloch wpadł na pomysł trwałego rozwiązania problemu: powołanie „regularnej, stałej siły, której zadaniem byłoby wyeliminowanie owych fałszerzy z rynku”. Zasugerował też utworzenie specjalnej jednostki w Departamencie Skarbu, która miała ich wytropić, ścigać i aresztować.
Jednak Lincoln nie dożył momentu, kiedy pomysł McCullocha wcielono w życie. Wieczorem 14 kwietnia 1865 roku Lincoln pojechał wraz z żoną Mary do Teatru Forda w centrum Waszyngtonu, gdzie miał obejrzeć sztukę Nasz amerykański kuzyn. Prezydentowi wielokrotnie grożono śmiercią. Jego współpracownikom, po latach nakłaniania, udało się przekonać go, że potrzebuje ochrony. Odtąd podczas publicznych wystąpień towarzyszyła mu grupa czterech policjantów wypożyczonych z miejscowego wydziału, którzy na zmianę pełnili funkcję jego ochroniarzy. Jednak funkcjonariusz towarzyszący mu tej nocy był najsłabszy z całej grupy. Dobrze znano jego zamiłowanie do alkoholu i zwyczaj spania w pracy. Wyszedł on z loży prezydenta, aby móc obejrzeć przedstawienie, a następnie poszedł na drugą stronę ulicy, do Star Saloon, na drinka. John Wilkes Booth, aktor i sympatyk Konfederacji, który wiedział już wcześniej o wizycie prezydenta w teatrze, stanął za Lincolnem w jego loży na lewo od sceny, po czym strzelił mu w głowę. Prezydent zmarł następnego dnia po wschodzie słońca.
Z biegiem lat coraz większą popularnością zaczął się cieszyć mit, że tego samego dnia, w którym został śmiertelnie postrzelony, Lincoln na spotkaniu z McCullochem podpisał ustawę o utworzeniu Secret Service. Jest to historia pełna ironii, ale mało prawdopodobna. Możliwe jednak, że Lincoln rzeczywiście wyraził swoje poparcie dla tego pomysłu. Niektórzy historycy uważają, że McCulloch, kiedy tego popołudnia spotkał się z Lincolnem, przedstawił mu swoją propozycję walki z fałszerzami, a prezydentowi spodobało się to, co proponował jego sekretarz skarbu, i zachęcał go do kontynuowania owego przedsięwzięcia6. Inni jednak toczą burzliwe spory, czy owa dyskusja w ogóle miała miejsce.
Bez względu jednak na to, o czym tego popołudnia dyskutowali Lincoln i McCulloch, tej nocy kraj wyraźnie się zmienił. Po zabójstwie prezydenta w Teatrze Forda agenci przeprowadzili zmasowaną obławę, której celem było ujęcie sprawcy. Zamach stał się również zachętą do dogłębnego, trwającego miesiąc śledztwa mającego wskazać potencjalnych współspiskowców, w którym główną rolę odegrał bardzo interesujący detektyw. Do pomocy w zbadaniu okoliczności zabójstwa Lincolna został przydzielony William Wood – chudy, szorstki śledczy Departamentu Skarbu, który ścigał McCartneya i pozwolił mu uciec. Wood wyrobił sobie nazwisko jako oficer kawalerii, wyróżniając się walecznością podczas wojny meksykańsko-amerykańskiej, a następnie wstąpił do Departamentu Skarbu, gdzie stał się ekspertem w łapaniu fałszerzy. Cieszył się reputacją zawadiaki i znany był ze stosowania brutalnych technik, których celem było, aby sami podejrzani oskarżali się nawzajem. W administracji Lincolna powierzono mu funkcję nadinspektora w więzieniu Stary Kapitol, w którym przetrzymywano i przesłuchiwano konfederackich szpiegów i zdrajców. Jednak Departament Skarbu nadal często zlecał Woodowi specjalne zadania śledcze, kiedy zachodziła taka potrzeba7.
Dwanaście dni po zamachu agenci Departamentu Wojny wreszcie odnaleźli i zabili Johna Wilkesa Bootha w stodole w Port Royal, w stanie Wirginia. Misja agentów rządowych polegała teraz na znalezieniu odpowiedzi na pytanie, w którym Wood nadal odgrywał kluczową rolę: należało ustalić, czy spisek Bootha mógł być częścią większego spisku Konfederacji, być może kierowanego przez jej prezydenta Jeffersona Davisa. Wood najpierw aresztował i przesłuchał dr. Samuela Mudda, a następnie podobnie postąpił z resztą domniemanych współodpowiedzialnych, których osadził w swoim więzieniu. W czerwcu czterech z nich zostało skazanych na śmierć.
5 lipca 1865 roku Wood został zaprzysiężony przez sekretarza McCullocha na pierwszego szefa Secret Service, która była podporządkowana Departamentowi Skarbu. Do jego zespołu dołączyło dziesięciu innych mężczyzn – nazywanych agentami operacyjnymi – którzy zgodzili się pracować codziennie tyle, ile będzie potrzeba, w zamian za wynagrodzenie, które nie przekraczało 3 dolarów dziennie. Secret Service została utworzona ad hoc, bez żadnych szczegółowych dokumentów określających jej obowiązki. W ten sam sposób przyszli prezydenci i Kongres powierzali misji Secret Service kolejne zadania.
Secret Service była wówczas wyjątkową instytucją rządową – i dlatego też traktowano ją z pewną dozą podejrzliwości. W tym okresie w rządzie federalnym istniało niewiele organów ścigania – częściowo z powodu nieustannego oporu młodej demokracji wobec wszystkiego, co przypominało instytucje europejskie lub scentralizowaną biurokrację – które mogłyby naruszać prywatność i wolność obywateli. Dwa lata później następca Lincolna prezydent Andrew Johnson zdecydował, że ów zespół śledczych może być przydatny w wykorzenieniu również innych problemów nękających kraj. W 1867 roku Secret Service zostało przydzielone zadanie „wykrywania osób dokonujących oszustw przeciwko rządowi”. Uprawnienie to umożliwiło później agencji prowadzenie dochodzeń w sprawach przestępstw dokonywanych przez dużą grupę podejrzanych. Ów szeroko zakrojony mandat bardzo spodobał się drugiemu szefowi Secret Service Hiramowi C. Whitleyowi.
Whitley został zaprzysiężony w 1869 roku i niemal natychmiast rozpoczął reorganizację na wzór profesjonalnej agencji, narzucając jej ład wzorowany po części na wojskowym, którego doświadczył, służąc jako oficer w szeregach wojsk Unii. Szef, imponujący posturą, mierzący ponad 190 centymetrów wzrostu, były śledczy ścigający przemytników, wyznaczył swojego zastępcę oraz cały szereg inspektorów średniego szczebla, którzy nadzorowali zespoły liczące po 20 agentów. Wydzielił z ich szeregów kilku byłych przestępców, którzy stali się informatorami, a następnie agentami operacyjnymi, po czym zaczął rekrutację agentów bez takiej przeszłości. Whitley wprowadził wiele nowych zasad dla agentów, co miało ograniczyć konflikty i niewłaściwe postępowanie, żądał od nich codziennych raportów, które dokumentowały godzina po godzinie podejmowane przez nich działania i wydatki, a także stworzył system awansów oparty na dokonanych aresztowaniach i oskarżeniach. Zajął się także innymi typami dochodzeń, które uważał za priorytetowe: napady na banki i poczty, szmugiel, hazard, nielegalna kontrabanda i wiele innych. Poszerzenie zakresu obowiązków agencji postrzegał jako sposób na podniesienie wartości Secret Service w oczach rządu oraz umocnienie własnych wpływów w administracji.
Siła ta spowodowała, że kiedy na Południu wybuchła przemoc, której sprawcami byli ubierający się na biało członkowie Ku Klux Klanu, Kongres zwrócił się o pomoc do Whitleya. Śledztwo Secret Service w sprawie KKK rozpoczęło się w 1871 roku, niedługo po tym, jak Kongres wydał rezolucję potępiającą organizację i lincze, których się dopuszczała8. Prokurator generalny z administracji prezydenta Granta nakazał Whitleyowi przydzielić dodatkowych ośmiu agentów do śledztwa przeciwko KKK9. Przez następne trzy lata śledzili oni przywódców Klanu na całym Południu, od Karoliny Północnej po Florydę, dzięki czemu udało im się postawić w stan oskarżenia ponad 500 osób zaangażowanych w działania Klanu, z których większość zgłosiła się sama.
Jednak owe zaszczytne dokonania i znaczna część reputacji Secret Service znalazły się pod ostrzałem, kiedy w 1874 roku jej szef Whitley uwikłał się w skandal. W trakcie śledztwa w sprawie kilku lokalnych urzędników oskarżonych o wyłudzenie funduszy federalnych w Dystrykcie Columbia z sejfu miejscowego adwokata skradziono kilka ksiąg rachunkowych będących kluczowymi dowodami w tej sprawie. Będący w zmowie świadkowie oskarżyli Whitleya o pomoc w zapewnieniu podejrzanym zaufanego włamywacza, który mógł dla nich opróżnić sejf. Whitley nie przyznał się do owych zarzutów i uparcie twierdził, że oskarżenia są fałszywe, niemniej jednak ówczesny sekretarz skarbu nalegał, aby dla dobra agencji podał się do dymisji. Uczynił tak we wrześniu 1874 roku.
Skandal ten w dużym stopniu osłabił pozycję Secret Service na następną dekadę10. W 1880 roku agencja musiała poradzić sobie z 40-procentową redukcją budżetu oraz szeroko zakrojonym śledztwem prowadzonym przez prokuratora generalnego. Kongres przegłosował także poprawkę, która ograniczała zadania agencji do jej pierwotnej misji – walki z fałszerzami. W szczytowym okresie Secret Service zatrudniała 47 agentów operacyjnych, ale w 1880 roku ich liczba spadła do 2511.
Owe dramatyczne cięcia finansów i wpływów Secret Service nastąpiły tuż przed kolejnym ogólnokrajowym kryzysem. Szesnaście lat po zabójstwie Lincolna ofiarą zamachowca stał się kolejny prezydent.
2 lipca 1881 roku prezydent James Garfield wraz ze swoimi doradcami śpiesznie podążał na stację kolejową Baltimore and Potomac w centrum Waszyngtonu, gdzie zamierzał wsiąść do pociągu mającego go zawieźć na letnie wakacje nad brzegiem morza w New Jersey. W tłumie czekał na niego Charles Guiteau, człowiek, który uważał, że pomógł Garfieldowi wygrać wybory, i był zły, że prezydent nigdy nie zaproponował mu stanowiska w swojej administracji. O planach prezydenta dowiedział się z gazety. Strzelił do niego dwa razy z małej odległości, trafiając go w ramię i plecy. Prezydent bardzo powoli, przez kilka miesięcy dochodził do zdrowia, ale ostatecznie okazało się, że doszło do stopniowego zatrucia krwi i we wrześniu, na skutek ostrego ataku serca, zmarł.
Obecnie może się to wydawać zaskakujące, ale po śmierci Garfielda ani Kongres, ani administracja nie podjęły starań, aby ustanowić nową stałą siłę, która zajęłaby się ochroną prezydenta. Zabójstwa Lincolna i Garfielda wywołały dyskusje w Kongresie w kwestii zwiększenia bezpieczeństwa prezydenta, ale Amerykanie i ich politycy nadal cierpieli na polityczną alergię na wszystko, co pachniało „gwardią królewską”. Zamiast tego doradcy Białego Domu przekonali prezydentów, aby zgodzili się, by podczas publicznych podróży towarzyszyło im kilku funkcjonariuszy lokalnej policji.
Kiedy w końcu Secret Service pojawiła się jako ochrona prezydenta, były to działania nieoficjalne, wykonywane bez zezwolenia. Wiosną 1894 roku ówczesny dyrektor Secret Service William Hazen zaniepokoił się, kiedy usłyszał od swoich agentów operacyjnych w Kolorado, że niektórzy spośród hazardzistów i anarchistów grożą śmiercią prezydentowi Groverowi Clevelandowi. Natychmiast polecił dwóm ze swoich ludzi, aby zameldowali się w Białym Domu, gdzie mieli aż do odwołania ochraniać prezydenta. Zaledwie kilku ludzi w wydziale miało świadomość owego tajnego, nieformalnego zadania.
Jakiś czas później, tego samego lata, pierwsza dama, przebywając w rodzinnej posiadłości w Buzzards Bay w stanie Massachusetts, usłyszała pogłoskę o spisku, którego uczestnicy planowali porwać jej rodzinę. Wiedziała też o nieformalnej ochronie męża przez ludzi Hazena. Przerażona pogłoskami, skontaktowała się bezpośrednio z Hazenem i poprosiła go o pomoc w ochronie ich domu w Nowej Anglii. Ten wysłał jej trzech agentów, którzy pozostali na miejscu, aż do końca sezonu. Po powrocie z podróży prezydent milcząco zaakceptował dodatkową ochronę dla swojej zaniepokojonej żony. Przez kilka kolejnych lat Clevelandowie, Hazen i kilku z jego ludzi utrzymywali całą sprawę w tajemnicy. Wykorzystywali przecież agentów do celów, na które nie wyraził zgody Kongres lub gabinet, a to, jak dowodzili niektórzy, było wyraźnie sprzeczne z prawem.
Po ujawnieniu owego nieformalnego porozumienia, do czego doszło po objęciu fotela prezydenta przez Williama McKinleya, Hazen został pozbawiony funkcji i oskarżony o niewłaściwe wykorzystanie funduszy federalnych. Jednak w tym samym roku, po wybuchu wojny hiszpańsko-amerykańskiej, Secret Service uzyskała zezwolenie na natychmiastowe przydzielenie czterech swoich agentów do ochrony McKinleya. Po wojnie ową nadzwyczajną grupę rozwiązano, ale kilku agentów nadal podróżowało z prezydentem. Kiedy McKinley został zamordowany podczas powitania gości przybyłych na Wystawę Panamerykańską w 1901 roku, w rzeczywistości podróżował z nim agent, który miał stać u jego boku, ale zgodził się odejść na bok, kiedy dyrektor wystawy poprosił prezydenta, aby stanął przy nim podczas publicznego powitania gości.
Dopiero śmierć McKinleya – trzeciego zamordowanego prezydenta w ciągu 36 lat – spowodowała, że Kongres w końcu zgodził się na utworzenie stałych sił czuwających nad bezpieczeństwem prezydenta. Uchwalone zostało prawo, które formalnie nakazywało Secret Service pełnienie owej ochronnej funkcji w pełnym wymiarze. Trzeba było jednak kolejnych pięciu lat, zanim w 1906 roku Kongres zatwierdził fundusze na opłacanie dwuosobowych teamów, które towarzyszyły prezydentowi przez całą dobę.
Przez pierwszą połowę XX wieku Secret Service pełniła podwójną misję polegającą na ochronie pieniędzy i prezydentów, co gwarantowało jej mnóstwo pracy. Ów niewielki wydział Departamentu Skarbu nadal poświęcał większość swojego czasu na walkę z fałszerzami, a kongresmeni zakładali, że rola strażnika Białego Domu będzie stanowić jedynie niewielki ułamek obowiązków agencji. Jednak liczba roboczogodzin związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa prezydentowi nieustannie rosła. Dwie wojny światowe oraz seria zamachów w Europie skłoniły Secret Service do zwiększenia liczby agentów zajmujących się ochroną, co miało zagwarantować, że zamachowcy nie będą mogli zrealizować swoich planów. Agenci ci narzucili również nowe ograniczenia na możliwości działania swoich szefów.
Theodore Roosevelt, pierwszy prezydent objęty ochroną Secret Service, nazwał swoich nowych agentów „bardzo małym, ale bardzo niezbędnym cierniem w ciele”12. Oczywiście nie przykładał też zbyt dużej wagi do ich umiejętności. Jak sam napisał w liście do swojego przyjaciela Henry’ego Cabota Lodge’a, mieli być „niezbyt użyteczni”, gdyby jakiś zabójca na serio chciał go zabić. Jednak następnym razem, kiedy kolejny urzędujący prezydent stał się celem zamachu, funkcjonariusze Secret Service, którzy ochraniali Biały Dom, nazywani później policją Białego Domu, oraz agenci z wydziału ochrony dowiedli swojej wartości.
Jesienią 1950 roku, kiedy Biały Dom był w remoncie, prezydent Harry S. Truman został tymczasowo przeniesiony do pobliskiego Blair House. 1 listopada po południu dwóch portorykańskich nacjonalistów, dowiedziawszy się o tym, gdzie przebywa Truman, postanowiło, że spróbują włamać się do Blair House, aby go zabić. Niedoszli zabójcy, trzydziestosześcioletni Oscar Collazo i dwudziestopięcioletni Griselio Torresola, mieli nadzieję zwrócić w ten sposób uwagę na kwestię uniezależnienia się swojej ojczystej wyspy od Stanów Zjednoczonych. Przybyli na Pennsylvania Avenue z przeciwnych kierunków, Torresola od zachodu, Collazo od wschodu.
Agent Secret Service Floyd Boring, który później stał się głównym szefem oddziału ochraniającego prezydenta Kennedy’ego, pełnił służbę przy wschodnim posterunku ochrony w pobliżu frontowych drzwi Blair House. Jego kolega, funkcjonariusz Leslie Coffelt z policji Białego Domu, znajdował się przy zachodnim posterunku bezpieczeństwa i właśnie odwrócił się, kiedy zobaczył zbliżającego się mężczyznę z bronią w ręku.
– Prezydent był na górze, ucinał sobie drzemkę przed wyjazdem do Arlington, gdzie miał złożyć wieniec – wyjaśniał później Boring. – Byliśmy na zewnątrz na schodach, kiedy podeszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął broń i wycelował we mnie. Usłyszałem szczęk, wtedy wyciągnąłem swój pistolet i strzeliłem. A potem wszyscy zaczęli strzelać.
Porzucając wschodni posterunek, Boring i jeszcze jeden z funkcjonariuszy wyciągnęli pistolety i otworzyli ogień do Collazo. Jedna z kul trafiła go w pierś, po czym Collazo upadł na frontowe schody. Agent Secret Service Stewart Stout, który należał do wydziału ochraniającego Trumana, usłyszał strzały na zewnątrz i wyciągnął z szafki na broń pistolet maszynowy. Truman obudził się na odgłos strzałów i podszedł do okna. Strażnik na zewnątrz zobaczył głowę prezydenta i krzyknął do Trumana: „Proszę wracać. Do tyłu!”.
Na zewnątrz Torresola skierował swojego Lugera w Coffelta i postrzelił go dwukrotnie w klatkę piersiową i raz w brzuch. Coffelt osunął się na podłogę budki strażniczej. Torresola strzelił do dwóch kolejnych funkcjonariuszy, przeskoczył żywopłot i skierował się w stronę wejścia do budynku.
Jednak Coffelt nadal żył. Podniósł się na nogi i wycelował rewolwer w głowę Torresoli. Strzelił i niedoszły zabójca padł martwy na brukowany chodnik. W tym momencie także Coffelt ponownie upadł.
Rany odniosło kilku agentów i funkcjonariuszy, ale udało się ich uratować. Coffelt został przewieziony do szpitala, gdzie przeszedł operację, ale cztery godziny później zmarł, stając się pierwszym i nadal jedynym funkcjonariuszem Secret Service, który zginął, chroniąc prezydenta.
Publicznie Truman wydawał się niewzruszony. „Prezydent musi być gotowy na takie rzeczy”, jak powiedział dziennikarzom na briefingu dzień po strzelaninie.
Jako kapitan podczas I wojny światowej Truman widział żołnierzy, którzy umierali, wykonując jego rozkaz, niemniej jednak wydawało się, że śmierć Coffelta poruszyła go w inny sposób. Wdowie po agencie i jego kolegom powiedział, że to złamało mu serce. „Coffelt był jednym z najbardziej lubianych strażników w Białym Domu”13. Jak napisał w notatce do swojego sekretarza stanu, owa śmierć była „najbardziej niepotrzebnym wydarzeniem”, a „ludzie, którzy naprawdę zostali skrzywdzeni, byli wspaniałymi mężczyznami”14. Od pierwszego dnia sprawowania urzędu codziennie spacerował po centrum Waszyngtonu w towarzystwie swoich agentów. Za każdym razem, kiedy zaniepokojeni członkowie jego ochrony próbowali go od tego odwieść, bagatelizował ich obawy. Teraz uznał ich racje. „Ponieważ kilka dni temu dwóch pomyleńców lub szaleńców próbowało mnie zastrzelić, moi dobrzy i dzielni strażnicy są zdenerwowani” – napisał kilka dni później. „Dlatego też staram się być tak pomocny, jak tylko mogę”.
Siostra Coffelta Mildred Good usłyszała wiadomość o śmierci brata w radiu w ich rodzinnym mieście w górach Shenandoah. Wspominała, że zawsze czuł się dumny z bycia częścią oddziału, któremu powierzono bezpieczeństwo prezydenta, i zdawał sobie sprawę, że każdy funkcjonariusz lub agent Secret Service może zostać zmuszony do oddania za niego swojego życia.
– Wiesz – stwierdziła – kochał swoją pracę i nie wybrałby innej drogi. Jestem pewna, że niczego nie żałował.
Rozdział 2
Kuszenie diabła
W 1961, w pierwszym roku swojego urzędowania, John Kennedy szybko pobił wszelkie rekordy liczby wyjazdów prezydenckich poza Biały Dom – i nigdy nie zwalniał tempa. Prezydentowi i jego doradcom nie umknęło to, że wygrał wybory po wyjątkowo zaciętej walce, a jednym z czynników, które mu to umożliwiły, był jego wyjątkowo telegeniczny wygląd. Biały Dom miał świadomość, że jego najlepszą bronią polityczną jest sprawienie, by Kennedy i jego pełna życia rodzina byli widywani przez opinię publiczną tak często, jak to tylko możliwe.
Po starszych wiekiem, konserwatywnych prezydentach, którzy potrafili przebywać w Białym Domu miesiącami, cotygodniowe podróże Kennedy’ego były prawdziwym wyzwaniem dla systemu działania Secret Service. Kolejne wyjazdy zmusiły jej agentów do rutynowej pracy na dwie zmiany, więc często byli niewyspani i nie mogli sobie pozwolić na wzięcie kilku dni wolnego. W najgorętszych okresach szefowie agencji zakazywali niektórym ze swoich agentów udziału w wyjazdach, aby mieć wystarczającą liczbę ludzi gotowych na następną podróż.
Pod koniec lata 1963 roku blask Kennedy’ego zaczął męczyć wielu agentów. Dwa i pół roku pilnowania prezydenta podczas jego częstych podróży po całym świecie sprawiło, iż ludzie z jego ochrony czuli się wypaleni i zmęczeni. Tego lata grupka agentów z jego osobistego otoczenia, wśród których znajdował się również Win Lawson, była wraz z Kennedym w podróżach dyplomatycznych w Niemczech, Irlandii, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Przywódcę otaczało zaledwie ośmiu ludzi, którzy własnymi ciałami powstrzymywali miażdżące tłumy, usiłujące dostać się jak najbliżej limuzyny Kennedy’ego.
Kennedy często szydził z bogaczy, którzy wyjeżdżali do kurortów na podlewane winem lunche, chociaż w tym czasie jego własne życie bardzo to przypominało15. W kilku zaledwie okresach nie spędzał weekendów w eleganckich miejscach lub nie wyjeżdżał z rodziną. Czasami dołączał do żony do ich 166-akrowej posiadłości pod Middleburgiem w stanie Wirginia, gdzie pierwsza dama miała nadzieję stworzyć swoim dzieciom przyjazny plac zabaw. W zależności od pory roku spędzał również weekendy w swojej rodzinnej posiadłości w Cape Cod lub w majątku ojca w Palm Beach. „Byliśmy niczym kaczki”, żartował agent Larry Newman. „Każde lato w Hyannis Port, Palm Beach – zimą”.
Trzydziestu czterech agentów z bezpośredniej ochrony prezydenta nie wystarczało, aby zarówno zaplanować ochronę wszystkich miejsc, które odwiedzał Kennedy, jak i osłaniać jego samego, kiedy był już na miejscu. W szczególnie pracowitych okresach agenci wręcz ścigali się z własnymi cieniami. Przez cały dzień ochraniali Kennedy’ego w jednym mieście, późną nocą lecieli do drugiego, aby zaplanować wizytę w następnym tygodniu, a następnie jak najszybciej lecieli z powrotem, aby towarzyszyć prezydentowi w podróży do trzeciego miejsca.
– W drodze jest tyle pracy, że normą było, iż wszyscy pracowaliśmy na dwie zmiany – wspominał agent Jerry Blaine. Oznaczało to, że agenci towarzyszący prezydentowi na dziennej zmianie wstawali około 6.00 rano, aby móc się zgłosić na dyżur około 8.00, kiedy zaczynali pracę trwającą także przez dużą część nocnej zmiany – do około 21.00 lub 22.00. Mieli szczęście, jeżeli na obiad mogli zjeść paczkę orzeszków ziemnych lub zimną kanapkę, wypić szkocką lub piwo, a potem, o 23.00 lub nawet o północy, rzucić się na swoje hotelowe łóżka. Nie chcąc przekraczać budżetu Secret Service, agenci musieli spać w hotelach po dwóch na jednym łóżku. „I mogłeś mieć jedynie nadzieję, i modliłeś się, aby facet, z którym spałeś, nie chrapał” – wspominał agent Tim McIntyre.
Kiedy agenci wracali do Waszyngtonu, często mieli tylko dzień, aby zobaczyć się z żonami i dziećmi. Ich żony przyzwyczaiły się już do tego, że mężowie pojawiali się tylko po to, aby podrzucić im brudne ubrania i zabrać czyste w następną podróż. „Byłem w podróży ponad trzysta dni w roku”, żalił się Paul Landis, agent, który najpierw ochraniał dzieci Kennedych, a następnie został przydzielony jako ochroniarz pani Kennedy16. „Nie przeszkadzało mi to. Byłem kawalerem. Ale większość chłopaków była żonata. Nie mam pojęcia, jak ktokolwiek mógł w tym czasie być żonaty i wykonywać tę pracę”.
Szef Secret Service James Rowley, Irlandczyk z Nowego Jorku i weteran, który miał 22 lata doświadczenia jako agent służący w Białym Domu, wiedział, że jego ludzie desperacko potrzebują wsparcia, aby nadążyć za nowym, bardziej aktywnym szefem. Chociaż był wdzięczny Kennedy’emu, również Irlandczykowi, za to, że wkrótce po objęciu urzędu wybrał go na dyrektora agencji, Rowley wiedział, że jego ludzie byli w tym momencie w krytycznym stanie przepracowania.
Od czasu pojawienia się Kennedy’ego nowy dyrektor już dwukrotnie usiłował dopracować szczegóły ochrony Białego Domu, co w dużej mierze mu się udało. Wiosną 1962 roku Rowley poprosił Biały Dom o 58 dodatkowych agentów oraz zwiększenie budżetu o milion dolarów, co stanowiło 19-procentowy wzrost jego skromnych środków. Decydenci w Kongresie, po próbie zamachu na Trumana w 1950 roku, już 10 lat wcześniej podwoili liczbę ludzi zatrudnionych w ochronie Białego Domu, spełniając prośbę Rowleya, ale teraz dostał jeszcze 30 agentów.
Wiosną 1963 roku Rowley ponownie poprosił o dodatkowych agentów – tym razem 35 ludzi – co miało mu pomóc w realizacji niedawnej uchwały z 1962 roku, wymagającej od niego zapewnienia pełnoetatowej ochrony wiceprezydentowi. Tym razem jednak Kongres odrzucił jego prośbę.
Opór Kongresu nie był jednak jedyną przeszkodą dla Rowleya17. Sam prezydent chciał zmniejszenia swojej obstawy. Chociaż Kennedy był zawsze serdeczny wobec otaczających go agentów, nie znosił ograniczeń, jakie próbowali mu narzucić w jego kontaktach z ludźmi. Regularnie rzucał się na oślep w tłum nieznajomych, aby ściskać im dłonie, ignorując scenariusze Secret Service, nie kiwnąwszy przy tym nawet głową ochraniającym go agentom. Jak wielokrotnie zwierzał się szefom swojej ochrony, nie mógłby być politykiem, nie spotykając się z ludźmi.
Jego spontaniczność często przekraczała wszelkie granice. Pewnego leniwego weekendu w połowie sierpnia 1962 roku prezydent Kennedy trafił na pierwsze strony gazet, ponieważ wymknął się w biały dzień swojej ochronie. Dowcip bardzo spodobał się zwolennikom prezydenta18, ale sprawił też, że ochraniający go agent był czerwony z wściekłości, a jego szef Rowley wpadł w furię. Dla każdego, kto przyjrzał się bliżej całej sprawie, incydent ten był wyraźną oznaką lekkomyślności Kennedy’ego, którą niektórzy w Secret Service starali się delikatnie ukrócić.
Wydarzenie to miało miejsce w Santa Monica w Kalifornii, gdzie Kennedy poleciał na weekend kawalerski w nadmorskiej rezydencji swojego szwagra Petera Lawforda. W niedzielę, 19 sierpnia, leżąc na leżaku przy basenie Lawforda, prezydent wpadł na pomysł, aby przespacerować się z posiadłości szwagra na szeroką plażę publiczną i popływać w oceanie.
Gdy tylko został zauważony, w stronę prezydenta rzuciły się dziesiątki plażowiczów. Niektórzy zrywali się ze swoich ręczników, krzycząc: „To prezydent!”.
Kennedy zdał sobie sprawę, że będzie musiał poruszać się szybciej, aby dostać się do oceanu, zanim zostanie otoczony przez tłum. Niezgrabnie ściągnął przez głowę swoją niebieską koszulkę polo i przyśpieszył kroku, po czym wreszcie rzucił się w fale.
Kilku podekscytowanych gapiów wskoczyło do wody za Kennedym. Agenci ochraniający prezydenta, których większość stała na straży przy drzwiach wejściowych domu Lawforda – odwróconej tyłem do plaży – usłyszeli hałas i pognali na brzeg. Szybko znaleźli przywódcę wolnego świata, pływającego około 100 metrów od brzegu.
– Secret Service i FBI wychodziły z siebie – opowiadał Bill Beebe, fotograf prasowy, który zdołał uwiecznić tę scenę19.
Szef zmiany poprosił przez radio o miejscową motorową łódź patrolową, która szybko znalazła się obok pływającego prezydenta. Agenci czekali około dziesięciu minut, aż wreszcie Kennedy zatoczył koło i wrócił na brzeg. Następnie czterech z nich weszło do wody, tworząc barierę oddzielającą prezydenta od niemal tysiąca gapiów, którzy do tego czasu pojawili się na tym niewielkim skrawku plaży.
– O nie, nie mogę w to uwierzyć – powiedział Kennedy, śmiejąc się, kiedy zobaczył stojącego w wodzie fotografa, który robił mu zdjęcia.
Z ociekającymi nogawkami i butami pełnymi wody agenci Kennedy’ego powrócili z uśmiechniętym prezydentem na chronioną posiadłość Lawforda. Kennedy opadł ponownie na szezlong, a Lawford i doradca Białego Domu David Powers poszli jego śladem20.
– To była najlepsza kąpiel, na jaką mogłem sobie pozwolić od miesięcy – stwierdził prezydent.
Piętnaście minut później sekretarz prasowy Kennedy’ego Pierre Salinger zadzwonił do „Los Angeles Times”, próbując przekonać redaktora, by nie zamieszczał żadnych zdjęć prezydenta w samych kąpielówkach21. Bez skutku. Zdjęcie zrobione przez Beebeʼa – ociekającego wodą Kennedy’ego wymieniającego uśmiechy z rozpromienioną, zgrabną kobietą w bikini w kropki – następnego dnia zajmowało ponad połowę pierwszej strony „Timesa”. Nagłówek brzmiał: WIZYTA KENNEDY’EGO Z SZYBKĄ KĄPIELĄ W PACYFIKU.
Szef zmiany i jego agenci byli wściekli i zakłopotani tym, że ich podopieczny wyślizgnął się w tłum i do oceanu, a oni tego nie zauważyli, a także wizją nieszczęść, które mogły spotkać prezydenta, gdyby na plaży pojawił się chociaż jeden szaleniec. Jednak nikt z Secret Service, nawet jego szef Rowley, nie miał odwagi, aby przedstawić prezydentowi ewentualne skutki jego małego spontanicznego wybryku.
Kiedy świta Kennedy’ego powróciła do Waszyngtonu, Salinger delikatnie zasugerował prezydentowi, aby pomyślał o własnym bezpieczeństwie i unikał wchodzenia w tłum bez swoich agentów. Jednak Kennedy odrzucał sugestię, aby ktokolwiek, w tym Secret Service, mógł ochronić go przed zdeterminowanym zabójcą. „Jeżeli ktoś jest na tyle szalony, aby chcieć zabić prezydenta Stanów Zjednoczonych, może to zrobić”, powiedział Kennedy swojemu rzecznikowi. „Wszystko, na co musi być przygotowany, to oddać swoje życie za prezydenta”22.
Kennedy często żartował, usiłując w ten sposób złagodzić napięcia, jakie odczuwali agenci dbający o jego bezpieczeństwo. Kiedy w przypływie gniewu wiceprezydent Johnson zagroził, że zwolni lubianego agenta tylko dlatego, że helikopter, który miał go zabrać z pogrzebu Eleanor Roosevelt, przyleciał kilka minut spóźniony, Kennedy żartobliwie zwrócił się do agentów swojej ochrony, że teraz w końcu zrozumiał, dlaczego są wobec niego tak nadopiekuńczy: „Nie chcecie, żeby coś mi się stało, bo wtedy musielibyście pracować dla Johnsona”23.
Kiedy jednak Kennedy był sam w rezydencji, zwierzył się swojej żonie: „O Boże, czy potrafisz to sobie wyobrazić, co stałoby się z krajem, gdyby Lyndon był prezydentem?”24.
Wszyscy agenci mieli świadomość, że do ich obowiązków należy również zachowanie dyskrecji. Mieli zakaz dzielenia się z kimkolwiek tym, co się działo wewnątrz Białego Domu, a także opowiadania o prywatnych chwilach, których byli świadkami, kiedy prezydent spędzał czas z rodziną. Jednak musieli oni również dochować mroczniejszych sekretów.
– W Białym Domu jest trochę jak w Vegas – stwierdził Joseph Paolella, jeden z agentów z osobistej ochrony Kennedy’ego. – Co się dzieje w Białym Domu, zostaje w Białym Domu.
– Nie jestem aniołem… nie jestem księdzem. Nie chciałbym, żeby ktoś mnie śledził i raportował o wszystkim, co zrobiłem. Aby prezydent czuł się komfortowo, musi polegać na Secret Service. Wyobraź sobie, że na każdym kroku, jaki zrobiłeś, ktoś podąża za tobą i dzieli się tymi informacjami. Jeżeli nie możemy ufać Secret Service, że zachowują tajemnice, komu, do diabła, możemy zaufać?
Tylko Rowley i niektórzy członkowie osobistej ochrony Kennedy’ego wiedzieli, że podczas pobytu w Waszyngtonie kilkukrotnie późną nocą wymknął się on swoim ochroniarzom. Wyjeżdżał incognito z kompleksu Białego Domu, po czym wsiadał do nieoznakowanego samochodu wraz z bratem lub przyjacielem i wracał dopiero we wczesnych godzinach porannych. Agenci mogli domyślać się przyczyn owych wypadów, ale Rowley i jego ludzie byli pełni obaw. Przez kilka godzin Secret Service nie miała pojęcia, gdzie jest prezydent Stanów Zjednoczonych.
Kennedy uwielbiał ten rodzaj niebezpieczeństwa, próbując zaspokoić swój nieposkromiony apetyt na podboje seksualne, ale ludzie z jego ochrony obawiali się, że w morzu przypadkowych kobiet spotykanych podczas schadzek mogła się znaleźć taka, która próbowałaby go szantażować, otruć lub zabić.
Kiedy latem 1963 roku do zespołu dołączył agent Tim McIntyre, został serdecznie powitany przez kolegów i przełożonych, którzy zaoferowali mu pomoc w opanowaniu tajników służby. Niespodzianka nastąpiła, kiedy podczas wieczornej zmiany szef odciągnął go na bok. „Zobaczysz tu mnóstwo gówna”, zaczął Emory Roberts, zwracając się do McIntyreʼa. „Rzeczy związane z prezydentem. Po prostu zapominaj o nich. Zachowuj dla siebie. Nie rozmawiaj o tym nawet ze swoją żoną”.
McIntyre usiłował początkowo lekceważyć seksualne wybryki prezydenta, żartując z innymi agentami: „A co się stanie, jeżeli któraś go ugryzie?”25. Ale ostatecznie stał się świadkiem nieustannej parady sekretarek, gwiazdek, a nawet prostytutek eskortowanych do sypialni prezydenta – w hotelach i jego prywatnej rezydencji. Agentom Secret Service, którzy badali przeszłość każdego, kto spotykał się prywatnie z prezydentem, nie pozwolono nawet zapytać o nazwiska owych kobiet.
Nocna zmiana przyzwyczaiła się do odwiedzin przypadkowych kobiet w prywatnych apartamentach prezydenta, często pod ramię z wieloletnim przyjacielem Kennedy’ego Davidem Powersem. Członkowie popołudniowej zmiany, którzy kończyli służbę o 22.00, przekazywali szefom zmian dyskretny i zwięzły raport na temat nocnych gości Kennedy’ego.
– Kiedy mieliśmy zejść ze zmiany, przekazywaliśmy: „Taki i taki przyprowadził blondynkę” – wspominał jeden z byłych agentów. – Albo: „Wiesz szefie, w pokoju jest dwoje gości”.
– Chciałeś opisać sytuację na nocnej zmianie – ciągnął były agent. – Chodziło o to, że jeżeli [kobieta] nie wyjdzie około czwartej rano, mają zacząć się martwić.
Agenci ochraniający Kennedy’ego byli wewnętrznie rozdarci. Podziwiali prezydenta. „Był naprawdę wyjątkowym facetem” – wspominał Paolella. „Niezależnie od tego, czy była to królowa Anglii, czy pokojówka, traktował je tak samo”. Ale wielu czuło się zakłopotanych – a nawet oburzonych – kiedy proszono ich o umożliwienie tak bezczelnego zachowania i zluzowanie swoich standardów bezpieczeństwa. Agenci wywiadu USA ostrzegali, że kubańscy i radzieccy agenci operacyjni mają nadzieję, że uda im się zaszantażować lub nawet zabić prezydenta. Agenci ochrony prywatnie wysnuli teorię, że najlepszym sposobem na zinfiltrowanie Białego Domu byłoby wysłanie ładnej młodej kobiety.
– Byliśmy w środku zimnej wojny, na litość boską – powiedział Newman. – Martwiła nas możliwość, że tak się stanie. Poinstruowano nas, aby nikt nie wchodził w te drzwi, ale cierpiała w ten sposób nasza praca. Ponieważ zawiedliśmy. Musieliśmy się pogodzić z taką formą zachowania, która była niebezpieczna – nie dla nas, ale dla kraju i ochrony prezydenta.
– Złożyliśmy przysięgę… Nikt nie wchodzi do jego biura, dopóki nie wyjaśnimy, kim jest. A potem przyglądamy się, jak Dave Powers przyprowadza do apartamentu kilka kobiet i po prostu wchodzi do środka.
Podobnie jak Newman, także Anthony Sherman, inny członek osobistej ochrony, podziwiał urok i polityczną odwagę Kennedy’ego. Ale porażała go wyraźnie lekkomyślna postawa prezydenta, która wyglądała na brak szacunku dla sprawowanego przez niego urzędu.
Kroplą, która przelała czarę goryczy Shermana, stały się wydarzenia mające miejsce podczas wizyty Kennedy’ego w Honolulu w czerwcu 1963 roku. Przybył tu, aby wygłosić przemówienie na konferencji burmistrzów oraz zwiedzić pancernik-pomnik USS Arizona stojący w Pearl Harbor. Ochrona prezydenta, w tym Sherman i reszta oddziału, przybyła w noc poprzedzającą konferencję. Po tym, jak haitańscy dygnitarze przywitali Kennedy’ego na lotnisku bukietami kolorowych kwiatów, kawalkada samochodów z prezydentem popędziła w kierunku miejsca, gdzie miał spędzić noc. Oficer piechoty morskiej, który nadzorował pobliską bazę marynarki wojennej, przygotował pensjonat, gdzie miał się zatrzymać prezydent. Dziesięć minut po przybyciu Kennedy’ego podjechał adiutant Białego Domu z dwiema młodymi kobietami, które weszły bezpośrednio do domu, mijając pilnującego drzwi wejściowych Shermana. Goszczący ich oficer ze zdziwieniem spojrzał na Shermana.
– Kim one są? – zapytał oficer marynarki, wpatrując się w kobiety.
Sherman zatrzymał się na chwilę, aby pomyśleć, zawstydzony kłamstwem, które powstało w jego głowie. „To sekretarki”, odparł. „Przypuszczam, że jest jakaś praca, którą prezydent chce wykonać wieczorem”.
Pułkownik z kamienną twarzą przyjął wyjaśnienie. Sherman mógł być pewien, że nie kupił tej historii.
– Chroniliśmy prezydenta na wiele sposobów – powiedział Sherman w ABC News w 1997 roku. – Ale epizod w Honolulu sprawił, że poczułem gniew. To jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Sam nie jestem święty, ale on po prostu nie powinien publicznie robić takich rzeczy.
Co zatem miał zrobić lojalny agent Secret Service? Czekając wspólnie w hotelowych korytarzach i na lotniskach, członkowie oddziału po cichu dzielili się swoimi najgorszymi obawami. Życie osobiste i decyzje prezydenta nie były ich sprawą. Ale jeżeli podejmowane przez niego ryzyko zagrażało jego życiu, czy automatycznie nie było to ich interesem?
Aby pozostać wiernym dewizie agencji – „Godni zaufania i niezawodni” – agenci postanowili posłuchać rady szefa zmiany Emory’ego Robertsa. Trzymali usta zamknięte na kłódkę.
We wtorek o poranku, 12 listopada, żona Wina Lawsona Barbara, wraz z dziećmi na tylnym siedzeniu ich rodzinnego sedana, zawiozła go z ich skromnego domu w Alexandrii do Białego Domu. Jechał na dziesięć dni do Dallas, aby na miejscu przygotować mającą niedługo nastąpić wizytę Kennedy’ego. Zmuszony był zrezygnować z uczestnictwa w piątych urodzinach swojego syna Jeffa. Musiał również opuścić niedawno adoptowaną córeczkę Andreę, którą lubił karmić nocą z butelki.
Lato i wczesna jesień 1963 roku były pracowite dla agentów ochraniających prezydenta. A teraz jeszcze Biały Dom przygotował obfity harmonogram podróży na listopad. Po krótkich wypadach wzdłuż Wschodniego Wybrzeża na początku miesiąca, tuż przed Świętem Dziękczynienia, Kennedy zamierzał przemierzyć jeszcze Florydę i Teksas. Musiał wygrać wybory w tych dwóch dużych stanach. Z powodu kontrowersji, jakie wzbudzał jego program praw obywatelskich, były to jedyne południowe stany, w których, jak wierzono, może wygrać, więc jego doradcy wybrali je jako miejsca nieoficjalnego rozpoczęcia kampanii na rzecz reelekcji Kennedy’ego. Lawson potrząsnął głową, spoglądając na harmonogram, w którym miał uczestniczyć jego zespół: 22 postoje w dziewięciu miastach, wszystko w mniej niż tydzień.
Jerry Behn, szef ochrony Kennedy’ego, do zaplanowania wizyty w Dallas wybrał Lawsona, jednego ze swoich najbardziej skrupulatnych zwiadowców. Miasto było otwarcie wrogie Kennedy’emu. Lokalni konserwatyści rozprowadzali fałszywy list gończy z jego zdjęciem. Miesiąc wcześniej protestujący opluli i uderzyli jego przedstawiciela, który odwiedził miasto.
Lawson miał mnóstwo pracy. Nie było czasu na drinka ani na oglądanie się za kobietami. Znano go z tego, że nie marnując czasu na sen, wielokrotnie sprawdzał swój schemat planu zabezpieczeń, aż do później nocy przed przybyciem prezydenta. Podczas jednego ze swoich pierwszych zadań Lawson nalegał, aby naczelny sędzia Birmingham w stanie Nowy Jork zamknął gmach swojego sądu na czas wizyty Nixona. Agent dowiedział się bowiem, że pracownicy sądu zaprosili znajomych, aby mogli obejrzeć przemówienie Nixona z wyższych pięter w ich budynku. Lawson był przekonany, że ludzie stojący nad głową prezydenta stanowią zagrożenie dla jego bezpieczeństwa. Sędzia się zgodził26.
Podobnie jak czynił to przed wyjazdem do każdego wcześniejszego miejsca, 8 listopada Lawson zameldował się w Sekcji Badań Ochronnych (Protective Research Section) Secret Service. Owo niewielkie biuro, lepiej znane jako PRS, prowadziło spis około 400 osób w całym kraju, które, zdaniem śledczych, stanowiły prawdziwe zagrożenie dla prezydenta. Lawson chciał, aby podano mu dane wszystkich osób ze spisu z okolic Dallas. Co dziwne, pomimo wielkości miasta nie pojawiły się tu żadne nazwiska. Rankiem 12 listopada ponownie sprawdził, czy wyłoniły się jakieś nowe informacje27. Nic.
