Zero błędów - Carol Leonnig - ebook

Zero błędów ebook

Carol Leonnig

0,0
55,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Secret Service, od 1865 roku odpowiedzialna za ochronę prezydentów USA, przechodziła drogę od wzoru profesjonalizmu po instytucję uwikłaną w skandale i polityczne naciski. Trzykrotna laureatka Nagrody Pulitzera, dziennikarka „Washington Post”, odsłania kulisy jej wzlotów i upadków: od reform po zamachu na Kennedy’ego, przez udaremnioną próbę zabójstwa Reagana, aż po dramatyczne wydarzenia na Kapitolu 6 stycznia 2021 roku.

To wstrząsająca opowieść o władzy, lojalności i granicach odpowiedzialności służb specjalnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Zero Fail: The Rise and Fall of the Secret Service

Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: ThoT Redak­tor pro­wa­dzący: Piotr Małyszko Korekta: Joanna Tryl

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026 Copy­ri­ght © 2021 by Carol Leon­nig All rights rese­rved.

Pro­du­cent: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu: Wydaw­nic­two Bel­lona 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@bel­lona.pl www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja: Dres­sler Dublin sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-19077-1

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Dla mojego męża Johnaoraz moich córekElise i Molly

Od autorki

Kiedy w 2012 roku zaczę­łam bli­żej zaj­mo­wać się ame­ry­kań­ską Secret Service, ową wyjąt­kową agen­cją mającą stać na straży prawa, kra­jem wstrzą­snął naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący skan­dal w jej naj­now­szej histo­rii: kil­ku­na­stu agen­tów i ofi­ce­rów zostało oskar­żo­nych o zamie­nie­nie pre­zy­denc­kiej podróży do kurortu w Ame­ryce Połu­dnio­wej w jedyny w swoim rodzaju wie­czór kawa­ler­ski, pod­czas któ­rego doszło do pijań­stwa i zapro­szono pro­sty­tutki. W owym cza­sie wybryk ten wstrzą­snął kra­jem wła­śnie dla­tego, że pra­cow­nicy Secret Service przez długi czas byli syno­ni­mem nie­stru­dzo­nej i bez­in­te­re­sow­nej czuj­no­ści, grupą patrio­tów goto­wych wła­snym cia­łem chro­nić demo­kra­cję w Ame­ryce.

Kiedy jed­nak bar­dziej zagłę­bi­łam się w temat, zorien­to­wa­łam się, iż mamy do czy­nie­nia z jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­ją­cym skan­da­lem niż owe wybryki w stylu nie­grzecz­nych chłop­ców – owa od dawna sza­no­wana agen­cja nie speł­niała swo­jego naj­waż­niej­szego obo­wiązku: zapew­nie­nia bez­pie­czeń­stwa pre­zy­den­towi. Agenci i funk­cjo­na­riu­sze posłu­żyli mi za prze­wod­ni­ków, uka­zu­jąc krok po kroku, jak Secret Service staje się papie­ro­wym tygry­sem, osła­bia­nym przez aro­ganc­kich, ogra­ni­czo­nych dowód­ców, sys­tem awan­sów oparty na lojal­no­ści, a nie umie­jęt­no­ściach, lata chu­dych budże­tów oraz prze­sta­rzałą tech­no­lo­gię. Z ich pomocą posta­no­wi­łam się­gnąć jesz­cze głę­biej, aby zro­zu­mieć, jak do tego doszło, i prze­śle­dzić poprzed­nie pięć dekad dum­nej Secret Service. Jak udało jej się dojść do sie­bie po zama­chu na pre­zy­denta Ken­nedy’ego, odbu­do­wać swoje siły i pro­to­koły bez­pie­czeń­stwa do tego stop­nia, by stać się przed­mio­tem zazdro­ści całego świata, po czym dopu­ścić do powol­nego upadku, który zanie­po­koił i roz­gnie­wał jej pra­cow­ni­ków dzia­ła­ją­cych na pierw­szej linii?

Istotna uwaga na temat mojego celu: nie­któ­rzy sze­fo­wie i byli pra­cow­nicy Secret Service zarze­kali się, iż zaata­kują moją pracę, oskar­ża­jąc mnie, że sta­ram się zawsty­dzić ich sza­no­waną insty­tu­cję i wycią­gnąć na świa­tło dzienne jej ułom­no­ści. Jed­nak owe trudne sprawy opi­suję przede wszyst­kim dla pra­cow­ni­ków Secret Service słu­żą­cych na pierw­szej linii oraz dla jej przy­szło­ści. Oso­bi­ście jestem pod wiel­kim wra­że­niem agen­tów i funk­cjo­na­riu­szy, któ­rzy orga­ni­zują się, wal­cząc o swoje wspólne istotne cele, i tego, co osią­gają każ­dego dnia, słu­żąc pod tak dużą pre­sją. Pra­cują, czę­sto nie mogąc liczyć na żadną wdzięcz­ność, odpo­wied­nie wspar­cie lub pro­ak­tywną stra­te­gię swo­ich sze­fów. Piszę, bo zasłu­gują na dużo wię­cej.

Niniej­sza książka opiera się na set­kach godzin wywia­dów prze­pro­wa­dzo­nych z ponad 180 oso­bami, w tym obec­nymi i byłymi agen­tami Secret Service, funk­cjo­na­riu­szami i dyrek­to­rami, człon­kami gabi­ne­tów, dorad­cami i wyż­szymi urzęd­ni­kami rzą­do­wymi admi­ni­stra­cji ośmiu poprzed­nich pre­zy­den­tów oraz człon­kami Kon­gresu i ich per­so­nelu, a także innymi świad­kami wyda­rzeń opi­sy­wa­nych na poniż­szych stro­nach. Roz­ma­wia­łam z człon­kami per­so­nelu Secret Service, któ­rzy pra­co­wali pod okiem samego pre­zy­denta, jak i w odle­głych biu­rach tere­no­wych, a także – rów­nie goto­wymi do poświę­ceń – człon­kami ich rodzin. Więk­szość osób, z któ­rymi współ­pra­co­wa­łam pod­czas swo­ich badań, zgo­dziła się na szczerą roz­mowę pod warun­kiem zacho­wa­nia ich ano­ni­mo­wo­ści, albo chcąc w ten spo­sób chro­nić swoją karierę, albo z obawy przed odwe­tem ze strony agen­cji i jej byłych pra­cow­ni­ków, któ­rzy nie­ustan­nie sta­rają się tuszo­wać popeł­niane błędy i zacho­wać dobre imię agen­cji. Wielu podzie­liło się swo­imi doświad­cze­niami, pozo­sta­jąc w cie­niu, co pozwo­liło mi wyko­rzy­stać ich infor­ma­cje na tyle, na ile mogłam ochro­nić ich toż­sa­mość i nie powo­ły­wać się na szcze­góły, dzięki któ­rym można by było dojść do ich nazwisk.

Jestem obiek­tywną dzien­ni­karką, z zaan­ga­żo­wa­niem dzie­lącą się prawdą z opi­nią publiczną, a tutaj pra­gnę­łam ją zre­ali­zo­wać w spo­sób na tyle bli­ski prawdy, na ile udało mi się to usta­lić na pod­sta­wie rygo­ry­stycz­nych zasad pracy repor­ter­skiej. Sytu­acje opi­sane w tej książce zostały zre­kon­stru­owane na pod­sta­wie rela­cji z pierw­szej ręki i, jeśli to tylko moż­liwe, potwier­dzone przez kilka źró­deł. Spraw­dzi­łam je rów­nież oso­bi­ście dzięki moż­li­wo­ści wglądu w wewnętrzne raporty i notatki urzę­dowe. Cho­ciaż ist­nieje ten­den­cja do pomi­ja­nia rela­cji ano­ni­mo­wych źró­deł, wiele osób, które roz­ma­wiały ze mną pouf­nie, rów­nież prze­pro­wa­dziło wła­sne śledz­two i podzie­liło się ze mną notat­kami, zapi­skami w kalen­da­rzach i kore­spon­den­cją, aby w ten spo­sób jesz­cze bar­dziej wzmoc­nić ich wia­ry­god­ność. Roz­mowy mogą nie zawsze być dokładne, ale prze­ka­zu­jąc ich treść, opie­ra­łam się na wspo­mnie­niach wielu osób. W kilku wypad­kach różne źró­dła odmien­nie przed­sta­wiały meri­tum sprawy i – kiedy było to konieczne – piszę o tym otwar­cie, przy­zna­jąc, że różne osoby mogą w różny spo­sób zapa­mię­tać to samo zda­rze­nie.

Niniej­sza książka jest efek­tem moich repor­taży zamiesz­cza­nych na łamach „The Washing­ton Post”. Nie­które z epi­zo­dów, o któ­rych tu prze­czy­tasz, miały swoje początki w arty­ku­łach, które napi­sa­łam dla owej gazety, czę­sto korzy­sta­jąc przy tym z pomocy moich mądrych kole­gów. Jed­nak więk­szość scen, dia­lo­gów i cyta­tów w mojej książce jest ory­gi­nalna i oparta na obszer­nych wywia­dach, które prze­pro­wa­dzi­łam na potrzeby tego pro­jektu.

Owa histo­ryczna rela­cja w dużym stop­niu sko­rzy­stała dzięki bie­żą­cym donie­sie­niom pra­so­wym w „The Washing­ton Post” i innych publi­ka­cjach. Opar­łam się rów­nież na kilku fascy­nu­ją­cych książ­kach przy­bli­ża­ją­cych okre­ślone realia. Część z nich została napi­sana przez byłych agen­tów, któ­rzy uznali, że ich doświad­cze­nia zapi­szą się w histo­rii. Doce­niam klu­czowe zna­cze­nie infor­ma­cji zaczerp­nię­tych z owych rela­cji, do któ­rych bez­po­śred­nie odnie­sie­nia zamiesz­czam w tek­ście lub przy­pi­sach.

Prolog

Wie­czo­rem 30 marca 1981 roku, w mie­ście Nor­folk, w sta­nie Wir­gi­nia, ośmio­letni chło­piec sie­dział w salo­nie przy­kle­jony do tele­wi­zora. Tego samego dnia, kilka godzin wcze­śniej, John Hinc­kley jr. usi­ło­wał zamor­do­wać Ronalda Reagana wycho­dzą­cego z hotelu Washing­ton Hil­ton. Jed­nak kiedy CBS News odtwa­rzało ową scenę w zwol­nio­nym tem­pie, chło­piec nie sku­piał się na pre­zy­den­cie. Jego uwagę przy­kuł czło­wiek, który nagle poja­wił się w kadrze.

Wytę­ża­jąc wzrok, chło­piec patrzył ze zdu­mie­niem, jak męż­czy­zna o kwa­dra­to­wej szczęce, ubrany w jasno­szary gar­ni­tur, odwraca się w stronę strzelca, po czym upada na zie­mię, ści­ska­jąc się za brzuch. Osła­nia­jąc wła­snym cia­łem pre­zy­denta, jak mówił w tle dzien­ni­karz, Tim McCar­thy praw­do­po­dob­nie oca­lił jego życie. W tym momen­cie młody Brad Gam­ble (imię zmie­nione) wie­dział dokład­nie, co chce robić, kiedy doro­śnie: będzie agen­tem Secret Service.

Obec­nie, 30 lat póź­niej, Gam­ble rze­czy­wi­ście peł­nił ową misję. Był człon­kiem Oddziału Inter­wen­cyj­nego Secret Service, CAT. W całym sys­te­mie ochrony pre­zy­denta CAT odgrywa praw­do­po­dob­nie naj­nie­bez­piecz­niej­szą rolę. Więk­szość ludzi, kiedy wyobraża sobie Secret Service, widzi agen­tów w gar­ni­tu­rach, któ­rzy osła­niają i ewa­ku­ują pre­zy­denta w chwi­lach zagro­że­nia. Potęż­nie uzbro­jone siły CAT mają jed­nak inną misję: ich zada­niem jest biec w kie­runku strza­łów lub eks­plo­zji zagra­ża­ją­cych pre­zy­den­towi i je zneu­tra­li­zo­wać. Credo oddziału spro­wa­dza się wyłącz­nie do dwóch skut­ków ich dzia­ła­nia, które, jak wie­rzyli, cze­kały każ­dego napast­nika, który sta­nie im na dro­dze: „Mar­twy lub aresz­to­wany”.

Gam­ble był dumny z wybra­nej drogi kariery. Jego kole­dzy sza­no­wali go za bez­in­te­re­sowny patrio­tyzm, któ­rym się kie­ro­wał, oraz za wyjąt­kową uwagę, jaką przy­kła­dał do szcze­gó­łów ope­ra­cyj­nych. Dla­czego zatem, póź­nym latem 2012 roku, sie­dząc w restau­ra­cji nie­da­leko Fort Bragg w Karo­li­nie Pół­noc­nej, nagle poczuł, że robi mu się nie­do­brze?

Gam­ble i jego kole­dzy przy­szli do nie­wiel­kiej rodzin­nej restau­ra­cji w towa­rzy­stwie grupy człon­ków Delta Force, któ­rzy nad­zo­ro­wali coroczne szko­le­nie oddziału CAT. Od nie­mal tygo­dnia zespół Gam­ble’a ćwi­czył z owymi sta­lo­wymi żoł­nie­rzami Sił Spe­cjal­nych, pozo­ru­jąc próby zama­chów i ataki przy braku widocz­no­ści, aby nauczyć się, jak chro­nić sie­bie i swo­ich kole­gów pod­czas walki wręcz.

Po obie­dzie zło­żo­nym z żebe­rek, ste­ków i skrzy­de­łek Gam­ble usiadł z butelką piwa i wdał się w poga­wędkę z jed­nym z ano­ni­mo­wych boha­te­rów wyda­rzeń 11 wrze­śnia 2001 roku, star­szym sier­żan­tem Delta Force, któ­rego nazwę, powiedzmy, John. Gam­ble lubił styl Johna, który nie bawił się w owi­ja­nie w bawełnę. Sier­żant mógł się pochwa­lić praw­dzi­wym doświad­cze­niem na polu bitwy – dwa tygo­dnie po ata­kach na World Trade Cen­ter wziął udział w natar­ciu na posia­dłość mułły Omara w Kan­da­ha­rze. Nie lubił się tym jed­nak zbyt­nio chlu­bić – czym natych­miast zdo­był zaufa­nie i sza­cu­nek Gam­ble’a.

Przy dru­gim piwie Gam­ble poczuł się na tyle wylu­zo­wany, że zadał Joh­nowi pyta­nie, które przy­szło mu nagle do głowy: „Po prze­szko­le­niu tak wielu agen­tów i funk­cjo­na­riu­szy orga­nów ści­ga­nia, co sądzisz o goto­wo­ści Secret Service do dzia­ła­nia?”. Sier­żant zawa­hał się, więc Gam­ble zaczął go naci­skać.

– Na serio, jak byś nas oce­nił?

– No cóż – odparł John. – Żal mi was, chło­paki. Secret Service naprawdę was zawio­dło. Ni­gdy nie będzie­cie w sta­nie powstrzy­mać praw­dzi­wego ataku.

Nie była to odpo­wiedź, na jaką liczył Gam­ble, a kiedy słu­chał, jak John ana­li­zuje prze­sta­rzały sprzęt Secret Service i jej kiep­skie przy­go­to­wa­nie, poczuł mdło­ści. W głębi duszy wie­dział, jak źle wypo­sa­żone i prze­sta­rzałe jest Secret Service, ale fakt, że usły­szał to z ust kogoś, kogo sza­no­wał, spo­wo­do­wał, iż nie mógł temu zaprze­czyć. W tym momen­cie sta­nęły mu przed oczami wszyst­kie sytu­acje, w któ­rych widział, jak Secret Service popeł­niało błędy – ostat­nią był wyjazd do Bom­baju wraz z pre­zy­den­tem Obamą w 2010 roku. Jed­nostka ledwo unik­nęła wów­czas poważ­nego mię­dzy­na­ro­do­wego incy­dentu po tym, jak zastrze­lono nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nego uzbro­jo­nego ban­dytę, który oka­zał się funk­cjo­na­riu­szem miej­sco­wej poli­cji. Sce­na­riu­sze takie jak te były pró­bami gene­ral­nymi przed praw­dzi­wym ata­kiem na pre­zy­denta, a w ciągu pię­ciu lat, jakie spę­dził w CAT, widział, jak wiele razy Secret Service zawio­dło.

Gam­ble sta­nął teraz w obli­czu bru­tal­nej prawdy: coraz czę­ściej Secret Service wypeł­niało swoją misję „zero błę­dów”, opie­ra­jąc się nie na wła­snych umie­jęt­no­ściach, ludziach, prze­szko­le­niu lub tech­no­lo­gii, ale na głu­pim szczę­ściu. Jak długo owo szczę­ście będzie im dopi­sy­wać? Gam­ble nie był osa­mot­niony. Znał innych odda­nych swo­jej misji agen­tów, któ­rzy odczu­wali nara­sta­jące roz­cza­ro­wa­nie, zwłasz­cza ludźmi sto­ją­cymi na czele agen­cji. Jed­nak strach przed reper­ku­sjami naka­zy­wał im mil­czeć. Przy­naj­mniej dopóki stawka nie sta­nie się zbyt wysoka.

Secret Service zaj­muję się od 2012 roku, poczy­na­jąc od arty­kułu „Hooker­gate”, opi­su­ją­cego skan­dal, który wybuchł po tym, jak pod­czas przy­go­to­wań do wizyty pre­zy­denta Obamy w Car­ta­ge­nie w Kolum­bii agenci zapro­sili do pokoi hote­lo­wych pro­sty­tutki – było to wyda­rze­nie, które dało mi pierw­szy obraz dużo głęb­szych pro­ble­mów insty­tu­cjo­nal­nych, z jakimi zma­gała się Secret Service. W kolej­nych latach coraz wię­cej agen­tów wyra­żało obawy w kwe­stii zdol­no­ści agen­cji do ochrony pre­zy­den­tów, ich rodzin i innych naj­wyż­szych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych. Ich rela­cje uka­zują orga­ni­za­cję nad­mier­nie obcią­żaną zada­niami, tonącą w kolej­nych misjach i naje­żoną zagro­że­niami bez­pie­czeń­stwa, wyni­ka­ją­cymi z głę­bo­kiej nie­uf­no­ści mię­dzy sze­re­go­wymi agen­tami a ich sze­fami.

Agenci ci jed­nak zła­mali kodeks mil­cze­nia, obo­wią­zu­jący ich w Secret Service, na rzecz wyż­szego dobra, jakim było pod­nie­sie­nie alarmu. Przy­szli do mnie w nadziei, że repor­terka śled­cza z „The Washing­ton Post” wysłu­cha ich obaw, zawsty­dzi sze­fów, któ­rzy zawie­dli, i pomoże ura­to­wać tonący sta­tek. Aby opo­wie­dzieć ich całą histo­rię, prze­pro­wa­dzi­łam i przej­rza­łam setki wywia­dów z agen­tami, funk­cjo­na­riu­szami, dyrek­to­rami, kon­gres­me­nami, pre­zy­den­tami i ich per­so­ne­lem. Prze­czy­ta­łam tysiące doku­men­tów, w tym z archi­wów pre­zy­denc­kich, a także wewnętrzne raporty Secret Service, akta śledztw oraz prze­glą­dów bez­pie­czeń­stwa, które ni­gdy nie zostały podane do publicz­nej wia­do­mo­ści. Odkry­łam bogatą, skom­pli­ko­waną histo­rię – o odwa­dze i sprze­daj­no­ści, hero­izmie i nie­kom­pe­ten­cji – od któ­rej Ame­ryka nie może i nie powinna odwra­cać głowy.

Niniej­sza książka nie jest typową aka­de­micką histo­rią. Moim celem jest tutaj przed­sta­wie­nie począt­ków i – jak naj­bar­dziej moż­li­wego do unik­nię­cia – upadku Secret Service w ciągu ostat­nich 60 lat, od Ken­nedy’ego do Trumpa. Cza­sami zapo­mi­namy, że to wła­śnie ta dumna, w dużej mie­rze nie­wi­dzialna siła stoi mię­dzy pre­zy­den­tem a wszyst­kimi poten­cjal­nymi zama­chow­cami. Ochra­niają pre­zy­denta, bro­nią rów­nież demo­kra­cji. I cho­ciaż nie­gdyś agen­cja z poświę­ce­niem i kom­pe­ten­cją sta­wała już w obli­czu nie­praw­do­po­dob­nych wręcz prze­ciw­no­ści, obec­nie zagraża jej bez­pre­ce­den­sowe nie­bez­pie­czeń­stwo.

Na poniż­szych stro­nach sta­ram się uka­zać por­tret agen­cji nazna­czo­nej uni­ka­to­wym zesta­wem sprzecz­no­ści: nie­ustan­nie zmie­nia­jąca się i utaj­niona misja w połą­cze­niu z nie­moż­li­wymi do speł­nie­nia ocze­ki­wa­niami. Brak ela­stycz­no­ści w sys­te­mie zarzą­dza­nia, co ma zwięk­szać dys­cy­plinę, wzbu­dza jed­nak czę­sto nie­chęć i bunt. Orga­ni­za­cja, któ­rej stan­dardy efek­tyw­no­ści są dużo wyż­sze niż w wypadku jakiej­kol­wiek innej agen­cji fede­ral­nej, pod­czas gdy morale i stan­dardy zacho­wa­nia oso­bi­stego są cza­sami znacz­nie niż­sze. Grupa robo­cza, któ­rej człon­ko­wie czę­sto poświę­cają nor­malne życie i zmu­szają się do nie­sa­mo­wi­tego wysiłku, aby wyko­nać nie­mal nie­moż­liwą do reali­za­cji misję, pra­cu­jący jak nie­wol­nicy dla sze­fów, któ­rych część dba przede wszyst­kim o sie­bie i nie umie podej­mo­wać śmia­łych wybo­rów, które mogłyby wes­przeć sta­ra­nia swych pod­wład­nych.

Moim celem jest zaj­rze­nie za kulisy orga­ni­za­cji zmu­szo­nej do nie­koń­czą­cej się walki o poprawę swo­jej repu­ta­cji, zwięk­sze­nie swo­ich zaso­bów i pod­nie­sie­nie morale swych pra­cow­ni­ków. Być może praw­dziwą iro­nią losu jest to, że uka­zuję tu agen­cję, która wydaje się refor­mo­wać dopiero wów­czas, gdy staje w obli­czu tego, czemu przy­się­gała zapo­bie­gać: tra­ge­dii.

W ciągu ostat­nich sze­ściu dekad Secret Service roz­ro­sła się z 300 agen­tów i budżetu w wyso­ko­ści 5 milio­nów dola­rów do 7 tysięcy agen­tów, funk­cjo­na­riu­szy i innego per­so­nelu oraz budżetu prze­kra­cza­ją­cego 2,2 miliarda dola­rów. Jej misja także ule­gła roz­sze­rze­niu. Zamiast stać na straży jed­nego przy­wódcy, agen­cja ochra­nia obec­nie także jego dal­szą rodzinę, wielu jego zastęp­ców, a nawet prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych. Jej celem jest nie tylko zatrzy­ma­nie poci­sku, ale także zablo­ko­wa­nie drona z gazem tru­ją­cym, cybe­ra­taku zagra­ża­ją­cego sieci ener­ge­tycz­nej kraju oraz zapo­bie­ga­nie wszel­kiego rodzaju zagro­że­niom dla kibi­ców na sta­dio­nie Super Bowl. Tego typu misja może się oka­zać poważ­nym wyzwa­niem dla każ­dej orga­ni­za­cji. Jed­nak Secret Service cier­piała nie tylko ze względu na coraz więk­sze wyzwa­nia. Z powodu sła­bo­ści jej wła­snych pra­cow­ni­ków stan­dardy i zdol­no­ści agen­cji do wypeł­nia­nia pod­sta­wo­wych zadań spa­dają od lat, co rodzi kilka klu­czo­wych pytań:

Jak do tego doszło, że Secret Service z eli­tar­nej, ciężko pra­cu­ją­cej grupy patrio­tów, która przy­się­gała uczy­nić wszystko, aby po zabój­stwie JFK ochro­nić przy­szłych pre­zy­den­tów, stała się bandą kolesi, w któ­rej toczą się wewnętrzne walki, panuje powszechna pobłaż­li­wość i bra­kuje chęci życia?

W jaki spo­sób agen­cja, ze zwar­tej grupy, która szczy­ciła się ponad­par­tyjną postawą „ludzie ich wybie­rają, a my ich chro­nimy”, stała się orga­ni­za­cją, która jest wyko­rzy­sty­wana przez pre­zy­den­tów do tchórz­li­wych dzia­łań poli­tycz­nych i wie, że musi się na to godzić, aby nie wypaść z łask?

I wresz­cie, w jaki spo­sób Secret Service z insty­tu­cji, która zain­spi­ro­wała i zawład­nęła wyobraź­nią ośmio­let­niego chłopca z Nor­folk w sta­nie Wir­gi­nia, zamie­niła się w orga­ni­za­cję nie­bę­dącą w sta­nie zatrud­niać ludzi wystar­cza­jąco szybko, aby zastą­pić tych, któ­rzy odcho­dzą, i przez trzy lata z rzędu została uznana za naj­bar­dziej znie­na­wi­dzone miej­sce pracy we wszyst­kich insty­tu­cjach fede­ral­nych?

Zero błę­dów jest kro­niką tego upadku w ciągu dzie­się­cio­leci, zmian na szczy­tach wła­dzy i ewo­lu­ują­cych zasad gry za sprawą wyda­rzeń na świe­cie. Cho­ciaż agen­cja ponio­sła po dro­dze wiele żenu­ją­cych pora­żek, warto zauwa­żyć, że od czasu Johna F. Ken­nedy’ego żaden ochra­niany przez nią pre­zy­dent nie został zabity. Wielu peł­nych zaan­ga­żo­wa­nia męż­czyzn i kobiet, któ­rzy stoją przy oddzie­la­ją­cych tłum linach i prze­szu­kują go w poszu­ki­wa­niu nawet naj­mniej­szych oznak zagro­że­nia, wie­lo­krot­nie udo­wod­niło swoją war­tość i przy­naj­mniej dzięki wła­snemu poczu­ciu obo­wiązku wyka­zali, że są wierni swo­jemu mottu: „Godni zaufa­nia i nie­za­wodni”. Nie­stety, samym upo­rem ich orga­ni­za­cja nie jest w sta­nie powstrzy­mać zama­chowca.

Pod­czas pisa­nia tej książki zorien­to­wa­łam się, że upa­dek Secret Service postę­po­wał już od dzie­się­cio­leci, ale mia­łam oka­zję rów­nież doce­nić wielu agen­tów, któ­rzy peł­nią swoją służbę pomimo nie­po­rządku i przy­pad­ko­wo­ści, jakie wcią­gają ich w swój wir. Każ­dego dnia owi słu­dzy pań­stwa, któ­rych Eisen­ho­wer nazwał „żoł­nie­rzami bez mun­du­rów”, stoją na zim­nie i desz­czu przed Bia­łym Domem oraz, zno­sząc otę­pia­jącą nudę, strzegą scho­dów i hote­lo­wych kory­ta­rzy w cen­trach kon­gre­so­wych. Ocie­ka­jąc potem wsią­ka­ją­cym w pod­ko­szulki i skar­petki, godzi­nami cier­pli­wie stoją ple­cami do sie­bie na wie­cach. Przez wiele godzin i dni pozo­stają w swego rodzaju hiper­czuj­no­ści, która powo­duje, iż zwy­czajna osoba czuje się wyczer­pana już po dzie­się­ciu minu­tach.

Doce­niam także fakt, że Secret Service naro­dziła się wsku­tek fun­da­men­tal­nego napię­cia, które leży u pod­staw ame­ry­kań­skiej demo­kra­cji: sym­bo­licz­ność kon­tra bez­pie­czeń­stwo. Cię­żar, który spo­czywa na ich bar­kach, stał się dla mnie szcze­gól­nie nama­calny, kiedy nie­któ­rzy agenci opo­wie­dzieli mi o tym, jak zostali wpro­wa­dzeni w sze­regi ochrony pre­zy­denta, a zwłasz­cza tak wyjąt­ko­wego przy­wódcy, jak pre­zy­dent Clin­ton. Agent spe­cjalny Larry Coc­kell roz­po­czął swój wykład od udo­stęp­nie­nia nekro­logu agenta, który pro­wa­dził limu­zynę z pre­zy­dentem Ken­ne­dym w dniu jego zabój­stwa i nieco zwol­nił na dźwięk pierw­szego strzału. Pierw­szy wers wzmianki o śmierci tego agenta wska­zy­wał na rolę, jaką ode­grał on w tra­ge­dii, która okre­śliła całe jego życie.

– Jeste­ście teraz czę­ścią agen­cji odpo­wia­da­ją­cej za życie pre­zy­denta i sta­bil­ność naszej demo­kra­cji – powie­dział Coc­kell, jak wspo­mi­nali agenci. – Tak wygląda porażka. Nie mogę odnieść suk­cesu, chyba że wam się także uda. Jeżeli nie zadzia­łamy wszy­scy, wszy­scy zawie­dziemy. Ocze­kuję, że każdy z was przez cały czas pozo­sta­nie skon­cen­tro­wany i zaan­ga­żo­wany, a jeżeli uwa­ża­cie, że ist­nieje jakaś prze­szkoda, aby to osią­gnąć, pro­szę, aby­ście dzi­siaj szcze­gó­łowo to przed­sta­wili.

Ame­ryka pra­gnie, by uka­zy­wać jej obraz jako kraju wol­no­ści i otwar­to­ści „dla ludu”. Jesz­cze w 1881 roku, 16 lat po zabój­stwie pre­zy­denta Lin­colna, pod rzą­dami świeżo wybra­nego Jamesa Gar­fielda, kraj odrzu­cił ideę pre­zy­denc­kich sił bez­pie­czeń­stwa, ponie­waż pach­niało to „roy­al­sami” ukry­wa­ją­cymi się za strażą impe­rialną. Pomimo nie­ustan­nego niebez­pie­czeń­stwa Bill Clin­ton i JFK nie­ustan­nie utrud­niali życie ochra­nia­ją­cym ich agen­tom, pod­cho­dząc na nie­wielką odle­głość do swo­ich wiel­bi­cieli. Ten ostatni zasły­nął też z tego, że potra­fił nie­spo­dzie­wa­nie rzu­cić wszystko, aby popły­wać na publicz­nej plaży w Kali­for­nii. Z kolei agenci ochra­nia­jący Reagana, pod­czas pierw­szego publicz­nego wystą­pie­nia pre­zy­denta po zama­chu na jego życie, wdali się w burz­liwą debatę z Secret Service na temat spo­sobu uży­wa­nia wykry­wa­czy metali, aby były jak naj­mniej widoczne. Nawet w ramach samej agen­cji jej pra­cow­nicy omal nie pobili się, dys­ku­tu­jąc o takich kwe­stiach jak ta, czy długa broń na dachu Bia­łego Domu nie stwo­rzy wra­że­nia, że przy­wódca wol­nego świata zamiesz­kuje w bazie woj­sko­wej.

Wyjąt­kowo rzadki suk­ces, pole­ga­jący na połą­cze­niu owych dwóch rywa­li­zu­ją­cych ze sobą poglą­dów, został odnie­siony pod­czas prze­mó­wie­nia Baracka Obamy 4 listo­pada 2008 roku, kiedy ponad 71 milio­nów tele­wi­dzów obej­rzało w cza­sie rze­czy­wi­stym rado­sne, nie­mal spon­ta­nicz­nie wyglą­da­jące wyda­rze­nie w Grand Parku w Chi­cago z oka­zji wyboru pierw­szego czar­no­skó­rego pre­zy­denta Ame­ryki. Kame­rom umknął fakt, że obszar powietrzny w tym rejo­nie został ogło­szony strefą zakazu lotów, a pre­zy­denta elekta ochra­niały dwie ogromne tafle kulo­od­por­nego szkła mają­cego uda­rem­nić poten­cjalny atak snaj­pe­rów. Zarówno w kate­go­rii prak­tycz­nej, jak i sym­bo­licz­nej scena ta zawie­rała w sobie wszystko to, co należy do ruty­no­wych osią­gnięć Secret Service.

Zero błę­dów dotyka owej wznio­słej histo­rii, ale to, co osta­tecz­nie uka­zuje, jest dużo bar­dziej oso­bi­stą rela­cją. Książka ta jest o obec­nych i byłych agen­tach, funk­cjo­na­riu­szach i per­so­nelu admi­ni­stra­cyj­nym two­rzą­cych owo tajne brac­two zde­cy­do­wane podzie­lić się ze mną swo­imi histo­riami. Zawsze będę im wdzięczna, że zary­zy­ko­wali swoje kariery – nie dla­tego jed­nak, że chcieli podzie­lić się pikant­nymi plot­kami na temat pre­zy­den­tów i ich rodzin, ale dla­tego, że wie­dzą, iż Secret Service źle funk­cjo­nuje i wymaga naprawy. Opo­wia­da­jąc swoje histo­rie, mają nadzieję, że wpłyną na odnowę Secret Service, którą kochają. Zasłu­gują na publiczną dekla­ra­cję odbu­dowy swo­jej agen­cji, aby nie musieć haro­wać w cią­głym stra­chu przed porażką, nie wspo­mi­na­jąc już o oso­bi­stym ryzyku.

Ame­ryka, jej pre­zy­denci i oby­wa­tele zbyt czę­sto w prze­szło­ści trak­to­wali dzia­łal­ność Secret Service jako coś oczy­wi­stego, to czę­sto przy­no­siło jed­nak tra­giczne skutki.

Część 1. Tragedia, z której narodziło się nowe Secret Service

Część 1

Tra­ge­dia, z któ­rej naro­dziło się nowe Secret Service:

od Ken­nedy’ego do Nixona (1963–1974)

Rozdział 1. Gwardia przyboczna

Roz­dział 1

Gwar­dia przy­boczna

Tego dnia w Buf­falo Win Law­son poczuł, że jego pierś nieco się wypięła, a ramiona unio­sły się wzdłuż chu­dego ciała, czy­niąc go nieco wyż­szym i smu­klej­szym. Duma. Tak, mógł się do tego przy­znać. Win Law­son, nie­śmiały, cichy ner­wus, czuł dumę.

Ów trzy­dzie­stocz­te­ro­letni męż­czy­zna dora­stał w Por­t­land, mie­ście bez sygna­li­za­cji dro­go­wej nad brze­giem jeziora Erie, o któ­rym sły­szeli jedy­nie nie­liczni spoza pół­noc­nej czę­ści stanu Nowy Jork. Mia­sto to, poło­żone około stu kilo­me­trów od Buf­falo, naj­bar­dziej znane było z orzeź­wia­ją­cego powie­trza znad jeziora, win­nic i sadów, a także rodzin – rów­nie odpor­nych jak rośliny, które upra­wiały.

Law­son, syn nauczy­cielki w szkole pod­sta­wo­wej i miej­sco­wego ban­kiera, po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej wyje­chał na stu­dia. Zdo­był dyplom, oże­nił się z sio­strą przy­ja­ciela z brac­twa uni­wer­sy­tec­kiego, a kiedy roz­po­częła się wojna kore­ań­ska, wstą­pił do jed­nostki wywiadu woj­sko­wego.

Kil­ka­na­ście lat póź­niej, owego jesien­nego dnia w 1962 roku, Law­son powró­cił w swoje rodzinne strony w nowej, pre­sti­żo­wej roli: był agen­tem Secret Service, wyzna­czo­nym do ochrony pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Na cen­tral­nym placu Buf­falo zgro­ma­dziło się nie­mal 200 tysięcy ludzi chcą­cych choć rzu­cić okiem na naj­bar­dziej zna­nego czło­wieka na Ziemi, Johna Fit­zge­ralda Ken­nedy’ego. A obok niego stał Win Law­son.

Ken­nedy odwie­dził Buf­falo 14 paź­dzier­nika 1962 roku, w dniu uwiel­bia­nej w mie­ście Parady Puła­skiego, zwią­za­nej z pol­skim dzie­dzic­twem miesz­kań­ców mia­sta. Widząc tłumy ludzi na tra­sie limu­zyny, Law­son pomy­ślał: Polacy czy nie, cała pół­nocna część stanu Nowy Jork przy­je­chała dzi­siaj na spo­tka­nie ze swoim szy­kow­nym pre­zy­den­tem.

Przed Law­so­nem i sied­mioma innymi człon­kami ochrony pre­zy­denta stało zada­nie, które wyma­gało wyjąt­ko­wej kon­cen­tra­cji: strzec Ken­nedy’ego od początku do końca podróży. Byli tuż obok niego, kiedy wysia­dał z Air Force One, kiedy machał ze swo­jej limu­zyny przez ostat­nie kil­ka­set metrów parady, a teraz prze­ma­wiał do ogrom­nego tłumu w cen­trum mia­sta – na Nia­gara Squ­are.

Ten wewnętrzny krąg agen­tów bez­po­śred­niej ochrony musiał zacho­wać wyjąt­kową czuj­ność, która w dużej mie­rze opie­rała się na instynk­cie i napię­tych mię­śniach. Kiedy „Szef” – jak nie­for­mal­nie nazy­wali pre­zy­denta – wszedł na podest, jego pod­władni skie­ro­wali oczy i uszy na tłum, wypa­tru­jąc cze­goś nie­ty­po­wego, dziw­nych zacho­wań lub osób z rękami w kie­sze­niach. Kiedy Ken­nedy ści­skał dło­nie, jak lubił to robić, agenci ota­czali go zewsząd, obser­wu­jąc owe wycią­ga­jące się zewsząd ręce i szu­ka­jąc jakich­kol­wiek oznak nie­bez­pie­czeń­stwa. Ich obo­wiąz­kiem było zasło­nić pre­zy­denta wła­snym cia­łem przed pisto­le­tem, nożem lub jakim­kol­wiek innym zagro­że­niem.

Sto­jąc u pod­stawy drew­nia­nej sceny przed ratu­szem, Law­son obra­cał głową z lewa na prawo, obser­wu­jąc plac, niczym pery­skop prze­su­wa­jący się po nie­koń­czą­cej się masie głów, twa­rzy i ramion, wyczu­lony na wszel­kie oznaki nie­bez­pie­czeń­stwa.

Pod­czas tej wizyty Law­son peł­nił dodat­kowo funk­cję szefa pla­no­wa­nia bez­pie­czeń­stwa Secret Service. Przy­był trzy dni wcze­śniej, aby oce­nić środki bez­pie­czeń­stwa na każ­dym kroku, jaki pre­zy­dent mógłby zro­bić pod­czas wizyty – skom­pli­ko­waną cho­re­ogra­fię nazy­waną „wyprze­dze­niem”. To on zde­cy­do­wał, które ulice mają zostać zamknięte na czas prze­jazdu kawal­kady, jak bli­sko mogą sta­nąć tłumy gapiów i które poste­runki ma obsa­dzić lokalna poli­cja, oraz wyzna­czał ludzi do eskorty na moto­cy­klach.

Skru­pu­latne plany Law­sona nie mogły jed­nak zmie­nić praw fizyki: osta­tecz­nie on sam i jego kole­dzy byli nie­istot­nymi krop­kami w napły­wa­ją­cej na plac masie ludzi.

Kiedy Ken­nedy zwró­cił się do tłu­mów, mówiąc, że zacho­wali Pol­skę w swo­ich ser­cach, i wezwał ich do modli­twy, aby jej naród mógł pew­nego dnia żyć wolny od komu­ni­stycz­nych rzą­dów, ludzie zaczęli wzno­sić okrzyki. „I jak mówi stara pieśń, Jesz­cze Pol­ska nie zgi­nęła, kiedy my żyjemy” – kon­ty­nu­ował Ken­nedy. Plac wypeł­niły grom­kie brawa. Ken­nedy uśmie­chał się, długo cze­ka­jąc, aż będzie mógł wygło­sić dal­szy ciąg swo­jego prze­mó­wie­nia1.

Potra­fił zdo­by­wać serca i – jak mieli nadzieję jego doradcy – głosy. Aby pomóc demo­kra­tom w zdo­by­ciu miejsc w Kon­gre­sie w listo­pa­do­wych wybo­rach, Kon­gres chciał, aby jak naj­wię­cej wybor­ców mogło zoba­czyć pre­zy­denta. Agenci Secret Service nie pochwa­lali tego, jak bli­sko Ken­nedy pra­gnął zbli­żyć się do swo­ich wiel­bi­cieli, ale nie byli w sta­nie tego zmie­nić. Nie­mniej jed­nak mieli świa­do­mość, że im dłuż­sza trasa prze­jazdu i im wię­cej uści­sków dłoni przy linach, tym więk­sza szansa na to, że może wyda­rzyć się coś złego.

Cho­ciaż trudno było uwie­rzyć, że pre­zy­dent będzie potrze­bo­wał ochrony przed wiwa­tu­ją­cym tłu­mem na Nia­gara Squ­are, Law­son i jego ludzie musieli cały czas zakła­dać, że w tłu­mie czai się wróg. Ken­nedy mógł być przy­stojny, bogaty i dia­bel­nie cza­ru­jący, ale wielu ludzi w kraju nim pogar­dzało. A kilku chciało go nawet do zabić.

Ten czter­dzie­sto­trzy­letni poli­tyk zagra­żał sta­tus quo. Był pierw­szym kato­li­kiem, który wygrał wybory pre­zy­denc­kie, co było szo­kiem dla star­szego poko­le­nia uwa­ża­ją­cego, że praw­dziwą elitę narodu sta­no­wią pro­te­stanci. Wielu Ame­ry­ka­nów było rów­nież głę­boko zanie­po­ko­jo­nych upo­rem, z jakim Ken­nedy prze­ko­ny­wał, że czar­no­skó­rzy zasłu­gują na naukę w tych samych szko­łach, korzy­sta­nie z tych samych łazie­nek i jedze­nie w tych samych restau­ra­cjach co biali.

Kilka tygo­dni po tym, jak Ken­nedy wygrał wybory w 1960 roku, Richard Pavlick, sie­dem­dzie­się­cio­trzy­letni eme­ry­to­wany pra­cow­nik poczty, który miał za sobą długą histo­rię pro­ble­mów psy­chicz­nych i tyrad prze­ciwko kato­li­kom, zała­do­wał do bagaż­nika swo­jego buicka sie­dem lasek dyna­mitu. Następ­nie wyru­szył z rodzin­nego New Hamp­shire do Palm Beach, gdzie pre­zy­dent elekt prze­by­wał przed swoją inau­gu­ra­cją. Pavlick pla­no­wał wysa­dzić Ken­nedy’ego, tara­nu­jąc jego samo­chód, gdy ten wyru­szał na mszę, ale porzu­cił swój plan, kiedy zoba­czył, że obok pre­zy­denta sie­dzą jego żona i dzieci. Kilka dni póź­niej został aresz­to­wany przez poli­cję z Palm Beach, w czym pomo­gły wska­zówki jego kolegi, który domy­ślił się, że Pavlick pla­no­wał zamach na Ken­nedy’ego2.

Przez pierw­sze sześć tygo­dni pre­zy­den­tury Ken­nedy’ego Biały Dom otrzy­mał trzy razy wię­cej listów z groź­bami wobec pre­zy­denta. „Mamy dość brud­nych czar­nych kato­li­ków”, brzmiał jeden z ano­ni­mów wysła­nych z Los Ange­les. „Następna bomba będzie dla cie­bie, Panie Ken­nedy”.

Agenci nale­żący do oddziału ochra­nia­ją­cego pre­zy­denta w Bia­łym Domu w pry­wat­nych roz­mo­wach wyra­żali obawę o bez­pie­czeń­stwo Ken­nedy’ego. I to nie tylko dla­tego, że ich praca sta­no­wiła natu­ralną pożywkę dla para­noi. Według opi­nii publicz­nej pre­zy­dent Ken­nedy był szy­kow­nym, wyjąt­ko­wym przy­wódcą z rodziną niczym z obrazka. Pry­wat­nie agenci Secret Service widzieli w Ken­nedym czło­wieka, któ­remu gro­ziło niebez­pie­czeń­stwo.

Ken­nedy, w porów­na­niu do swo­ich poprzed­ni­ków, utrzy­my­wał nie­słab­nące tempo, co spo­wo­do­wało, że jego ludzie byli już bar­dzo zmę­czeni. Był rów­nież nie­zwy­kle lek­ko­myślny w kwe­stii wła­snego bez­pie­czeń­stwa. Jego zacho­wa­nie spra­wiało, że nie­któ­rzy z jego ochro­nia­rzy byli zanie­po­ko­jeni, a inni wręcz wście­kli. Agenci z jego oto­cze­nia pry­wat­nie lubili nowego pre­zy­denta, ale zawo­dowo sta­wiał przed nimi naj­trud­niej­sze dotąd zada­nie.

Kiedy w stycz­niu 1961 roku Ken­nedy prze­niósł swoją młodą rodzinę do Bia­łego Domu, Secret Service była tak mała, że bar­dziej przy­po­mi­nała skromny oddział poli­cji miej­skiej niż agen­cję fede­ralną. Nawet naj­wyż­szego urzęd­nika agen­cji nazy­wano po pro­stu sze­fem. Jej budżet wyno­sił 5 milio­nów dola­rów i zatrud­niano w niej nieco ponad 300 ludzi, któ­rych więk­szość prze­by­wała w biu­rach tere­no­wych roz­sia­nych po 50 sta­nach. Do oddziału sta­cjo­nu­ją­cego w Bia­łym Domu, który ochra­niał pre­zy­denta, przy­dzie­lo­nych było 34 agen­tów. Zazwy­czaj pra­co­wali oni w sze­ścio­oso­bo­wych zespo­łach prze­by­wa­ją­cych u boku pre­zy­denta i zmie­niali się co osiem godzin.

Agenci ci – sami męż­czyźni, z któ­rych więk­szość wywo­dziła się z klasy robot­ni­czej – dora­stali w cie­niu II wojny świa­to­wej i mieli głę­bo­kie poczu­cie obo­wiązku wobec kraju. Typo­wym pra­cow­ni­kiem agen­cji był wyspor­to­wany, skromny absol­went col­lege’u w wieku około 20 lub nieco ponad 30 lat, który wcze­śniej słu­żył w woj­sku lub pra­co­wał w miej­sco­wym wydziale poli­cji.

Nowi agenci byli zawsze wysy­łani naj­pierw do biura tere­no­wego, pod­czas gdy „straż­ni­ków” wzy­wano do Bia­łego Domu na okres próbny trwa­jący rok lub dwa lata. Secret Service zawie­rała umowę z rzą­dem fede­ral­nym, co pozwa­lało jej omi­jać grupę pra­cow­ni­ków fede­ral­nych i zamiast tego zatrud­niać dowol­nego agenta, któ­rego wybrał jej szef3. W ramach owej umowy Secret Service, jeżeli chciała zatrzy­mać owych sto­sun­kowo mło­dych agen­tów w swo­ich sze­re­gach, w ciągu dwóch lat musiała ich ulo­ko­wać w oto­cze­niu pre­zy­denta.

Agenci nie prze­cho­dzili spe­cja­li­stycz­nego szko­le­nia w zakre­sie ochrony osób, ale uczyli się niu­an­sów swo­jej pracy od doświad­czo­nych kole­gów. „Tak dzia­łała Secret Service. Kiedy zaczy­na­łeś, przy­dzie­lali cię komuś dobremu” – wspo­mi­nał Tim McIn­tyre, były agent oso­bi­stej ochrony Ken­nedy’ego. „Agen­cja sto­so­wała poli­tykę pole­ga­jącą na przy­dzie­la­niu ci zada­nia i ocze­ki­wała, że sam sobie pora­dzisz. Kiedy jesteś przy­dzie­lany do róż­nych miejsc, może to być naprawdę dowolne miej­sce. Może to być miej­sce pośród tłumu ludzi. Nie mają czasu na wyja­śnie­nie ci zbyt wielu rze­czy. Ocze­kują, że schwy­cisz piłkę i pobie­gniesz z nią”.

Praca agenta, sto­ją­cego na war­cie na sta­łym poste­runku, była wyczer­pu­jąca i nużąca. Jed­nak praca u boku uprzej­mego, wytwor­nego Ken­nedy’ego była szcze­gól­nie cen­nym wyróż­nie­niem i w prze­ci­wień­stwie do swo­ich poprzed­ni­ków ten pre­zy­dent sta­rał się poznać się ze swo­imi agen­tami i witał się z nimi po imie­niu. Jego wspa­niałe życie, któ­rego czę­ścią były regu­larne spo­tka­nia z Fran­kiem Sina­trą, Mari­lyn Mon­roe i kró­lową Elż­bietą, powo­do­wało, iż nieco owego gwiezd­nego pyłu opa­dało też na ludzi z jego ochrony. Agenci lubili stać obok żywej histo­rii.

– Wylą­do­wa­łem na ran­czu LBJ, gdzie pra­co­wa­łem na nocną zmianę. Sta­łem pod jed­nym z owych wiel­kich dębów rosną­cych przed fron­tem. Była druga nad ranem i było zimno – Law­son skrzy­wił się, wspo­mi­na­jąc jedno z zadań. – Pomy­ślał­byś: co ja u licha tu robię? Wiesz, że jesteś absol­wen­tem col­lege’u, a tutaj jesteś nie­mal jak na war­cie, w środku nocy i tak daleko. Byłem z dala od domu, a to już Boże Naro­dze­nie, nie­ważne.

– Może dwa tygo­dnie póź­niej bra­łem udział w wyda­rze­niu, o któ­rym w innej sytu­acji nawet nie mógł­bym marzyć. To było na przy­lądku Cana­ve­ral… pierw­szy lot na Księ­życ. Byłem tam, kiedy wystar­to­wali – wspo­mi­nał. – Myślisz: o mój Boże, jestem face­tem z małego mia­steczka z zachod­niej czę­ści stanu Nowy Jork i spójrz, czego byłem świad­kiem.

Dla Law­sona jed­nym z takich dni była pol­ska Parada Puła­skiego. Po jej zakoń­cze­niu pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych wsko­czył do otwar­tej limu­zyny i bez żad­nych incy­den­tów opu­ścił Buf­falo.

Następ­nie, zgod­nie z wcze­śniej­szymi usta­le­niami, Law­son spo­tkał się ze swo­imi rodzi­cami i bra­tem na par­kingu przy pasie star­to­wym w Nia­gara Falls, po czym szybko zapro­wa­dził ich na wybrane miej­sce przy linie oddzie­la­ją­cej gapiów. Wie­dział, że przed wej­ściem na pokład samo­lotu pre­zy­dent będzie tam ści­skał dło­nie. Ken­nedy uwiel­biał tę część swo­ich publicz­nych wystą­pień: spo­tka­nia twa­rzą w twarz z wybor­cami, któ­rzy cze­kali godzi­nami, aby móc się z nim przy­wi­tać.

Gdy pre­zy­dent zbli­żył się do rodziny Law­sona, ten sta­nął za jego lewym ramie­niem i szybko ski­nął głową swoim rodzi­com. Szef zmiany Law­sona Floyd Boring zatrzy­mał się przy swoim odcinku ogro­dze­nia.

– Panie pre­zy­den­cie – zagaił Boring – to rodzina agenta Law­sona.

Jak zawsze kur­tu­azyjny, pre­zy­dent sze­roko się uśmiech­nął. Uści­snął dłoń bratu i ojcu Law­sona i podzię­ko­wał im za służbę Wina. Matka Law­sona, ubrana w jedną ze swo­ich naj­lep­szych sukie­nek i toczek ozdo­biony różo­wymi i lawen­do­wymi kwia­tami, także z deter­mi­na­cją wycią­gnęła rękę w jego stronę.

– Prze­pra­szam za to, że z naszego powodu pań­stwa syn był tak zajęty – powie­dział Ken­nedy, chwy­ta­jąc białą dłoń matki. A następ­nie poja­wił się znak roz­po­znaw­czy Ken­nedy’ego – jego celne żarty. – Musi wyko­ny­wać cał­kiem nie­złą robotę, bo jesz­cze nikt mnie nie zastrze­lił – stwier­dził ze śmier­telną powagą.

Dziwne, ale kiedy Stark wspo­mi­nał liczne nie­bez­pie­czeń­stwa, które, jak cień, podą­żały za pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych pod­czas jego codzien­nych wypa­dów, miał przed oczami dokładny obraz Ken­nedy’ego z tego dnia w Buf­falo. Na środku, niczym biały palec, wzno­sił się pomnik McKin­leya i kiedy Ken­nedy prze­ma­wiał, patrzył wprost na niego. Mia­sto wybu­do­wało ów mar­mu­rowy obe­lisk jako swego rodzaju prze­pro­siny dla Wil­liama McKin­leya, dwu­dzie­stego pią­tego pre­zy­denta USA, który został tu zamor­do­wany w 1901 roku przez bez­ro­bot­nego odludka. Śmierć McKin­leya przy­czy­niła się do utwo­rze­nia nowo­cze­snej Secret Service. To wła­śnie owa kula, wystrze­lona przez zama­chowca na początku wieku, przy­wio­dła Law­sona i jego kole­gów agen­tów do miej­sca, w któ­rym teraz stali.

Leon Czoł­gosz, syn pol­skich imi­gran­tów, któ­rzy osie­dlili się w Detroit, przez więk­szość życia cier­piał nie­sa­mo­witą biedę. Jako nasto­la­tek, po śmierci swo­jej matki, którą stra­cił w wieku dzie­się­ciu lat, pra­co­wał w hutach szkła i stali. W wieku 28 lat był bez­ro­botny od kilku lat, czego przy­czyną był krach gospo­dar­czy w 1893 roku. Cier­piał na cho­robę układu odde­cho­wego, dla­tego zamiesz­kał na far­mie swo­jego ojca, gdzie coraz bar­dziej izo­lo­wał się od ludzi, roz­go­ry­czony tym, co uwa­żał za nie­spra­wie­dli­wość ame­ry­kań­skiego sys­temu kapi­ta­li­stycz­nego. Czy­tał ulotki grup socja­li­stycz­nych i anar­chi­stycz­nych, aż wresz­cie uwie­rzył, że wła­dze wspie­rają boga­tych wła­ści­cieli przed­się­biorstw w wyko­rzy­sty­wa­niu niż­szych klas spo­łe­czeń­stwa ame­ry­kań­skiego i igno­rują ich ubó­stwo. Słu­cha­jąc prze­mó­wie­nia słyn­nej ame­ry­kań­skiej anar­chistki Emmy Gold­man w Cle­ve­land w maju 1901 roku, dowie­dział się, że kilka mie­sięcy wcze­śniej inny anar­chi­sta zastrze­lił króla Włoch Umberto I. Ta zbrod­nia stała się dla niego inspi­ra­cją4. Jak wyja­śnił zama­cho­wiec, musiał popeł­nić ów śmiały czyn, aby zwró­cić uwagę na trudną sytu­ację zwy­kłego czło­wieka.

We wrze­śniu Czoł­gosz wyru­szył do Buf­falo, gdzie zastrze­lił McKin­leya pod­czas otwar­cia Wystawy Świa­to­wej w 1901 roku5.

Człon­ko­wie Kon­gresu byli wów­czas zszo­ko­wani tym, z jaką łatwo­ścią udało się zabić McKin­leya, i zauwa­żyli z wyrzu­tem, że w ciągu 36 lat jest to trzeci pre­zy­dent, po Lin­col­nie i Gar­fiel­dzie, któ­rego kraj stra­cił na sku­tek zama­chu. Nie­długo póź­niej Kon­gres naka­zał Secret Service, nie­wiel­kiemu fede­ral­nemu orga­nowi ści­ga­nia, wów­czas zaj­mu­ją­cemu się przede wszyst­kim fał­sze­rzami i oso­bami pod­ra­bia­ją­cymi czeki, aby od teraz prze­jął obo­wiązki zagwa­ran­to­wa­nia bez­pie­czeń­stwa pre­zy­dentowi. Kon­gres jed­nak prze­ka­zał ową misję dość spon­ta­nicz­nie – w pośpie­chu i bez spój­nej stra­te­gii.

W podob­nym pośpie­chu, jako reak­cja na kon­kretne wyda­rze­nia, wio­sną 1865 roku naro­dziła się idea Secret Service. Pre­zy­dent Lin­coln i jego sekre­tarz skarbu na­dal pró­bo­wali dojść do sie­bie po bez­czel­nej ucieczce noto­rycz­nego fał­sze­rza Pete’a McCart­neya i jego powro­cie do lukra­tyw­nego życia w prze­stęp­czym światku. Wła­śnie zakoń­czyła się wojna sece­syjna, co stało się powo­dem do wiel­kiej rado­ści, ale kru­chą gospo­darkę odra­dza­ją­cego się kraju na­dal desta­bi­li­zo­wała plaga fał­szerstw. Przez więk­szość wojny poszcze­gólne stany emi­to­wały wła­sne papie­rowe pie­nią­dze, zabu­rza­jąc cały układ walu­towy, co utrud­niało kup­com i ban­kie­rom śle­dze­nie zmian, a prze­stęp­com uła­twiało doko­ny­wa­nie fał­szerstw. W 1862 roku Depar­ta­ment Skarbu zaczął emi­to­wać walutę fede­ralną w bank­no­tach o war­to­ści od 1 do 1000 dola­rów USA. Nazwano je zie­lo­nymi, do czego przy­czy­nił się zie­lony nadruk na odwro­cie bank­notu. Jed­nak fał­sze­rze szybko dosto­so­wali się do zmiany, sko­pio­wali pie­częć waluty fede­ral­nej i stwo­rzyli włas-ne prasy dru­kar­skie. W 1865 roku ban­kie­rzy fede­ralni sza­co­wali, że jedna trze­cia, a nawet połowa waluty papie­rowej wyko­rzy­sty­wa­nej w kraju jest fał­szywa.

Przez wiele lat szcze­gól­nie uta­len­to­wa­nym cier­niem w boku Depar­ta­mentu Skarbu USA był Pete McCart­ney. Ten wyjąt­kowo inte­li­gentny i elo­kwentny męż­czy­zna mógł odzie­dzi­czyć po swoim ojcu farmę w Illi­nois, ale zamiast tego, jako nasto­la­tek, pod­jął pracę u gra­wera Wil­liama John­sona. Dla wta­jem­ni­czo­nych John­son był rów­nież sze­fem klanu fał­sze­rzy dzia­ła­ją­cych w Law­rence w sta­nie Indiana. A u Pete’a McCart­neya John­son dostrzegł wro­dzony talent. Młody czło­wiek miał smy­kałkę do szcze­gó­łów i kre­ski, a także był wyjąt­ko­wym rysow­ni­kiem i dru­ka­rzem. Na doda­tek był przy­stojny i sym­pa­tyczny. Począw­szy od lat 40. XIX wieku, John­son wykształ­cił McCart­neya na praw­dzi­wego mistrza fał­szerstw.

Na początku wojny sece­syj­nej McCart­ney był już zamoż­nym czło­wie­kiem z wła­snym zespo­łem fał­sze­rzy w India­na­po­lis i spe­cja­li­stą w dru­ko­wa­niu fał­szy­wych bank­no­tów. Miał też plany, aby wyko­rzy­stać infla­cję cza­sów wojny, kiedy liczba prze­pły­wa­ją­cych pie­nię­dzy zmniej­szyła się zapewne na tyle, że kupcy byli w sta­nie roz­po­znać jego pod­róbki. Zalał Indianę fał­szy­wymi bank­no­tami o nomi­nale 10 i 20 dola­rów i zaj­mo­wał się pra­niem brud­nych pie­nię­dzy. Sza­cuje się, że do lata 1864 roku McCart­ney i jego ludzie wydru­ko­wali i wypu­ścili do obiegu 100 tysięcy dola­rów w fał­szy­wych bank­no­tach, co sta­nowi rów­no­war­tość 1,5 miliona we współ­cze­snych dola­rach.

Dzięki swo­jemu wzo­rowi dolara McCart­ney zasłu­żył na przy­do­mek „Król Sprze­dawcy Kró­li­ków”, ale także sam stał się celem. Agenci Depar­ta­mentu Stanu, kie­ro­wani przez szorst­kiego śled­czego rzą­do­wego i byłego ofi­cera kawa­le­rii Wil­liama P. Wooda, pod­jęli inten­sywne śledz­two w spra­wie band John­sona i McCart­neya. Latem 1864 roku Wood prze­pro­wa­dził podwójny nalot, pod­czas któ­rego w urzę­dzie pocz­to­wym w India­na­po­lis zdo­łał poj­mać McCart­neya oraz aresz­to­wać ludzi z gangu John­sona w Law­rence. Zawle­kli swo­ich więź­niów do pociągu jadą­cego do Waszyng­tonu, ale McCart­ney zde­cy­do­wał, iż nie ma ochoty na taką podróż. Po zmroku, kiedy jego straż­nicy przez chwilę patrzyli w inną stronę, McCart­ney – wciąż w łań­cu­chach sku­wa­ją­cych mu ręce i nogi – wysko­czył z tyl­nej plat­formy pociągu, który jechał z pręd­ko­ścią ponad 55 kilo­me­trów na godzinę. Wood zatrzy­mał pociąg i zor­ga­ni­zo­wał grupę poszu­ki­waw­czą, ale agen­tom nie udało się zna­leźć zbiega.

Ucieczka ta stała się tema­tem kło­po­tli­wych nagłów­ków w pra­sie i kolej­nej fali narze­kań w admi­ni­stra­cji Lin­colna na nie­ustanne zagro­że­nie, jakim były fał­szywe dolary, które osła­biały ame­ry­kań­ski sys­tem finan­sowy. Nie­długo póź­niej pre­zy­dent Lin­coln powo­łał komi­sję, która miała się zająć tym pro­ble­mem.

Sekre­tarz Skarbu Hugh McCul­loch wpadł na pomysł trwa­łego roz­wią­za­nia pro­blemu: powo­ła­nie „regu­lar­nej, sta­łej siły, któ­rej zada­niem byłoby wyeli­mi­no­wa­nie owych fał­sze­rzy z rynku”. Zasu­ge­ro­wał też utwo­rze­nie spe­cjal­nej jed­nostki w Depar­ta­men­cie Skarbu, która miała ich wytro­pić, ści­gać i aresz­to­wać.

Jed­nak Lin­coln nie dożył momentu, kiedy pomysł McCul­lo­cha wcie­lono w życie. Wie­czo­rem 14 kwiet­nia 1865 roku Lin­coln poje­chał wraz z żoną Mary do Teatru Forda w cen­trum Waszyng­tonu, gdzie miał obej­rzeć sztukę Nasz ame­ry­kań­ski kuzyn. Pre­zy­den­towi wie­lo­krot­nie gro­żono śmier­cią. Jego współ­pra­cow­ni­kom, po latach nakła­nia­nia, udało się prze­ko­nać go, że potrze­buje ochrony. Odtąd pod­czas publicz­nych wystą­pień towa­rzy­szyła mu grupa czte­rech poli­cjan­tów wypo­ży­czo­nych z miej­sco­wego wydziału, któ­rzy na zmianę peł­nili funk­cję jego ochro­nia­rzy. Jed­nak funk­cjo­na­riusz towa­rzy­szący mu tej nocy był naj­słab­szy z całej grupy. Dobrze znano jego zami­ło­wa­nie do alko­holu i zwy­czaj spa­nia w pracy. Wyszedł on z loży pre­zy­denta, aby móc obej­rzeć przed­sta­wie­nie, a następ­nie poszedł na drugą stronę ulicy, do Star Saloon, na drinka. John Wil­kes Booth, aktor i sym­pa­tyk Kon­fe­de­ra­cji, który wie­dział już wcze­śniej o wizy­cie pre­zy­denta w teatrze, sta­nął za Lin­col­nem w jego loży na lewo od sceny, po czym strze­lił mu w głowę. Pre­zy­dent zmarł następ­nego dnia po wscho­dzie słońca.

Z bie­giem lat coraz więk­szą popu­lar­no­ścią zaczął się cie­szyć mit, że tego samego dnia, w któ­rym został śmier­tel­nie postrze­lony, Lin­coln na spo­tka­niu z McCul­lo­chem pod­pi­sał ustawę o utwo­rze­niu Secret Service. Jest to histo­ria pełna iro­nii, ale mało praw­do­po­dobna. Moż­liwe jed­nak, że Lin­coln rze­czy­wi­ście wyra­ził swoje popar­cie dla tego pomy­słu. Nie­któ­rzy histo­rycy uwa­żają, że McCul­loch, kiedy tego popo­łu­dnia spo­tkał się z Lin­colnem, przed­sta­wił mu swoją pro­po­zy­cję walki z fał­sze­rzami, a pre­zy­den­towi spodo­bało się to, co pro­po­no­wał jego sekre­tarz skarbu, i zachę­cał go do kon­ty­nu­owa­nia owego przed­się­wzię­cia6. Inni jed­nak toczą burz­liwe spory, czy owa dys­ku­sja w ogóle miała miej­sce.

Bez względu jed­nak na to, o czym tego popo­łu­dnia dys­ku­to­wali Lin­coln i McCul­loch, tej nocy kraj wyraź­nie się zmie­nił. Po zabój­stwie pre­zy­denta w Teatrze Forda agenci prze­pro­wa­dzili zma­so­waną obławę, któ­rej celem było uję­cie sprawcy. Zamach stał się rów­nież zachętą do dogłęb­nego, trwa­ją­cego mie­siąc śledz­twa mają­cego wska­zać poten­cjal­nych współ­spi­skow­ców, w któ­rym główną rolę ode­grał bar­dzo inte­re­su­jący detek­tyw. Do pomocy w zba­da­niu oko­licz­no­ści zabój­stwa Lin­colna został przy­dzie­lony Wil­liam Wood – chudy, szorstki śled­czy Depar­ta­mentu Skarbu, który ści­gał McCart­neya i pozwo­lił mu uciec. Wood wyro­bił sobie nazwi­sko jako ofi­cer kawa­le­rii, wyróż­nia­jąc się walecz­no­ścią pod­czas wojny mek­sy­kań­sko-ame­ry­kań­skiej, a następ­nie wstą­pił do Depar­ta­mentu Skarbu, gdzie stał się eks­per­tem w łapa­niu fał­sze­rzy. Cie­szył się repu­ta­cją zawa­diaki i znany był ze sto­so­wa­nia bru­tal­nych tech­nik, któ­rych celem było, aby sami podej­rzani oskar­żali się nawza­jem. W admi­ni­stra­cji Lin­colna powie­rzono mu funk­cję nad­in­spek­tora w wię­zie­niu Stary Kapi­tol, w któ­rym prze­trzy­my­wano i prze­słu­chi­wano kon­fe­de­rac­kich szpie­gów i zdraj­ców. Jed­nak Depar­ta­ment Skarbu na­dal czę­sto zle­cał Woodowi spe­cjalne zada­nia śled­cze, kiedy zacho­dziła taka potrzeba7.

Dwa­na­ście dni po zama­chu agenci Depar­ta­mentu Wojny wresz­cie odna­leźli i zabili Johna Wil­kesa Bootha w sto­dole w Port Royal, w sta­nie Wir­gi­nia. Misja agen­tów rzą­do­wych pole­gała teraz na zna­le­zie­niu odpo­wie­dzi na pyta­nie, w któ­rym Wood na­dal odgry­wał klu­czową rolę: nale­żało usta­lić, czy spi­sek Bootha mógł być czę­ścią więk­szego spi­sku Kon­fe­de­ra­cji, być może kie­ro­wa­nego przez jej pre­zy­denta Jef­fer­sona Davisa. Wood naj­pierw aresz­to­wał i prze­słu­chał dr. Samu­ela Mudda, a następ­nie podob­nie postą­pił z resztą domnie­ma­nych współodpo­wie­dzialnych, któ­rych osa­dził w swoim wię­zie­niu. W czerwcu czte­rech z nich zostało ska­za­nych na śmierć.

5 lipca 1865 roku Wood został zaprzy­się­żony przez sekre­ta­rza McCul­lo­cha na pierw­szego szefa Secret Service, która była pod­po­rząd­ko­wana Depar­ta­men­towi Skarbu. Do jego zespołu dołą­czyło dzie­się­ciu innych męż­czyzn – nazy­wa­nych agen­tami ope­ra­cyj­nymi – któ­rzy zgo­dzili się pra­co­wać codzien­nie tyle, ile będzie potrzeba, w zamian za wyna­gro­dze­nie, które nie prze­kra­czało 3 dola­rów dzien­nie. Secret Service została utwo­rzona ad hoc, bez żad­nych szcze­gó­ło­wych doku­men­tów okre­śla­ją­cych jej obo­wiązki. W ten sam spo­sób przy­szli pre­zy­denci i Kon­gres powie­rzali misji Secret Service kolejne zada­nia.

Secret Service była wów­czas wyjąt­kową insty­tu­cją rzą­dową – i dla­tego też trak­to­wano ją z pewną dozą podejrz­li­wo­ści. W tym okre­sie w rzą­dzie fede­ral­nym ist­niało nie­wiele orga­nów ści­ga­nia – czę­ściowo z powodu nie­ustan­nego oporu mło­dej demo­kra­cji wobec wszyst­kiego, co przy­po­mi­nało insty­tu­cje euro­pej­skie lub scen­tra­li­zo­waną biu­ro­kra­cję – które mogłyby naru­szać pry­wat­ność i wol­ność oby­wa­teli. Dwa lata póź­niej następca Lin­colna pre­zy­dent Andrew John­son zde­cy­do­wał, że ów zespół śled­czych może być przy­datny w wyko­rze­nie­niu rów­nież innych pro­ble­mów nęka­ją­cych kraj. W 1867 roku Secret Service zostało przy­dzie­lone zada­nie „wykry­wa­nia osób doko­nu­ją­cych oszustw prze­ciwko rzą­dowi”. Upraw­nie­nie to umoż­li­wiło póź­niej agen­cji pro­wa­dze­nie docho­dzeń w spra­wach prze­stępstw doko­ny­wa­nych przez dużą grupę podej­rza­nych. Ów sze­roko zakro­jony man­dat bar­dzo spodo­bał się dru­giemu sze­fowi Secret Service Hira­mowi C. Whi­tley­owi.

Whi­tley został zaprzy­się­żony w 1869 roku i nie­mal natych­miast roz­po­czął reor­ga­ni­za­cję na wzór pro­fe­sjo­nal­nej agen­cji, narzu­ca­jąc jej ład wzo­ro­wany po czę­ści na woj­sko­wym, któ­rego doświad­czył, słu­żąc jako ofi­cer w sze­re­gach wojsk Unii. Szef, impo­nu­jący posturą, mie­rzący ponad 190 cen­ty­me­trów wzro­stu, były śled­czy ści­ga­jący prze­myt­ni­ków, wyzna­czył swo­jego zastępcę oraz cały sze­reg inspek­to­rów śred­niego szcze­bla, któ­rzy nad­zo­ro­wali zespoły liczące po 20 agen­tów. Wydzie­lił z ich sze­regów kilku byłych prze­stęp­ców, któ­rzy stali się infor­ma­to­rami, a następ­nie agen­tami ope­ra­cyj­nymi, po czym zaczął rekru­ta­cję agen­tów bez takiej prze­szło­ści. Whi­tley wpro­wa­dził wiele nowych zasad dla agen­tów, co miało ogra­ni­czyć kon­flikty i nie­wła­ściwe postę­po­wa­nie, żądał od nich codzien­nych rapor­tów, które doku­men­to­wały godzina po godzi­nie podej­mo­wane przez nich dzia­ła­nia i wydatki, a także stwo­rzył sys­tem awan­sów oparty na doko­na­nych aresz­to­wa­niach i oskar­że­niach. Zajął się także innymi typami docho­dzeń, które uwa­żał za prio­ry­te­towe: napady na banki i poczty, szmu­giel, hazard, nie­le­galna kon­tra­banda i wiele innych. Posze­rze­nie zakresu obo­wiąz­ków agen­cji postrze­gał jako spo­sób na pod­nie­sie­nie war­to­ści Secret Service w oczach rządu oraz umoc­nie­nie wła­snych wpły­wów w admi­ni­stra­cji.

Siła ta spo­wo­do­wała, że kiedy na Połu­dniu wybu­chła prze­moc, któ­rej spraw­cami byli ubie­ra­jący się na biało człon­ko­wie Ku Klux Klanu, Kon­gres zwró­cił się o pomoc do Whi­tleya. Śledz­two Secret Service w spra­wie KKK roz­po­częło się w 1871 roku, nie­długo po tym, jak Kon­gres wydał rezo­lu­cję potę­pia­jącą orga­ni­za­cję i lin­cze, któ­rych się dopusz­czała8. Pro­ku­ra­tor gene­ralny z admi­ni­stra­cji pre­zy­denta Granta naka­zał Whi­tley­owi przy­dzie­lić dodat­ko­wych ośmiu agen­tów do śledz­twa prze­ciwko KKK9. Przez następne trzy lata śle­dzili oni przy­wód­ców Klanu na całym Połu­dniu, od Karo­liny Pół­noc­nej po Flo­rydę, dzięki czemu udało im się posta­wić w stan oskar­że­nia ponad 500 osób zaan­ga­żo­wa­nych w dzia­ła­nia Klanu, z któ­rych więk­szość zgło­siła się sama.

Jed­nak owe zaszczytne doko­na­nia i znaczna część repu­ta­cji Secret Service zna­la­zły się pod ostrza­łem, kiedy w 1874 roku jej szef Whi­tley uwi­kłał się w skan­dal. W trak­cie śledz­twa w spra­wie kilku lokal­nych urzęd­ni­ków oskar­żo­nych o wyłu­dze­nie fun­du­szy fede­ral­nych w Dys­tryk­cie Colum­bia z sejfu miej­sco­wego adwo­kata skra­dziono kilka ksiąg rachun­ko­wych będą­cych klu­czo­wymi dowo­dami w tej spra­wie. Będący w zmo­wie świad­ko­wie oskar­żyli Whi­tleya o pomoc w zapew­nie­niu podej­rza­nym zaufa­nego wła­my­wa­cza, który mógł dla nich opróż­nić sejf. Whi­tley nie przy­znał się do owych zarzu­tów i upar­cie twier­dził, że oskar­że­nia są fał­szywe, nie­mniej jed­nak ówcze­sny sekre­tarz skarbu nale­gał, aby dla dobra agen­cji podał się do dymi­sji. Uczy­nił tak we wrze­śniu 1874 roku.

Skan­dal ten w dużym stop­niu osła­bił pozy­cję Secret Service na następną dekadę10. W 1880 roku agen­cja musiała pora­dzić sobie z 40-pro­cen­tową reduk­cją budżetu oraz sze­roko zakro­jo­nym śledz­twem pro­wa­dzo­nym przez pro­ku­ra­tora gene­ral­nego. Kon­gres prze­gło­so­wał także poprawkę, która ogra­ni­czała zada­nia agen­cji do jej pier­wot­nej misji – walki z fał­sze­rzami. W szczy­to­wym okre­sie Secret Service zatrud­niała 47 agen­tów ope­ra­cyj­nych, ale w 1880 roku ich liczba spa­dła do 2511.

Owe dra­ma­tyczne cię­cia finan­sów i wpły­wów Secret Service nastą­piły tuż przed kolej­nym ogól­no­kra­jo­wym kry­zy­sem. Szes­na­ście lat po zabój­stwie Lin­colna ofiarą zama­chowca stał się kolejny pre­zy­dent.

2 lipca 1881 roku pre­zy­dent James Gar­field wraz ze swo­imi dorad­cami śpiesz­nie podą­żał na sta­cję kole­jową Bal­ti­more and Poto­mac w cen­trum Waszyng­tonu, gdzie zamie­rzał wsiąść do pociągu mają­cego go zawieźć na let­nie waka­cje nad brze­giem morza w New Jer­sey. W tłu­mie cze­kał na niego Char­les Guiteau, czło­wiek, który uwa­żał, że pomógł Gar­fieldowi wygrać wybory, i był zły, że pre­zy­dent ni­gdy nie zapro­po­no­wał mu sta­no­wi­ska w swo­jej admi­ni­stra­cji. O pla­nach pre­zy­denta dowie­dział się z gazety. Strze­lił do niego dwa razy z małej odle­gło­ści, tra­fia­jąc go w ramię i plecy. Pre­zy­dent bar­dzo powoli, przez kilka mie­sięcy docho­dził do zdro­wia, ale osta­tecz­nie oka­zało się, że doszło do stop­nio­wego zatru­cia krwi i we wrze­śniu, na sku­tek ostrego ataku serca, zmarł.

Obec­nie może się to wyda­wać zaska­ku­jące, ale po śmierci Gar­fielda ani Kon­gres, ani admi­ni­stra­cja nie pod­jęły sta­rań, aby usta­no­wić nową stałą siłę, która zaję­łaby się ochroną pre­zy­denta. Zabój­stwa Lin­colna i Gar­fielda wywo­łały dys­ku­sje w Kon­gresie w kwe­stii zwięk­sze­nia bez­pie­czeń­stwa pre­zy­denta, ale Ame­ry­ka­nie i ich poli­tycy na­dal cier­pieli na poli­tyczną aler­gię na wszystko, co pach­niało „gwar­dią kró­lew­ską”. Zamiast tego doradcy Bia­łego Domu prze­ko­nali pre­zy­den­tów, aby zgo­dzili się, by pod­czas publicz­nych podróży towa­rzy­szyło im kilku funk­cjo­na­riu­szy lokal­nej poli­cji.

Kiedy w końcu Secret Service poja­wiła się jako ochrona pre­zy­denta, były to dzia­ła­nia nie­ofi­cjalne, wyko­ny­wane bez zezwo­le­nia. Wio­sną 1894 roku ówcze­sny dyrek­tor Secret Service Wil­liam Hazen zanie­po­koił się, kiedy usły­szał od swo­ich agen­tów ope­ra­cyj­nych w Kolo­rado, że nie­któ­rzy spo­śród hazar­dzi­stów i anar­chi­stów grożą śmier­cią pre­zy­den­towi Gro­ve­rowi Cle­ve­lan­dowi. Natych­miast pole­cił dwóm ze swo­ich ludzi, aby zamel­do­wali się w Bia­łym Domu, gdzie mieli aż do odwo­ła­nia ochra­niać pre­zy­denta. Zale­d­wie kilku ludzi w wydziale miało świa­do­mość owego taj­nego, nie­for­mal­nego zada­nia.

Jakiś czas póź­niej, tego samego lata, pierw­sza dama, prze­by­wa­jąc w rodzin­nej posia­dło­ści w Buz­zards Bay w sta­nie Mas­sa­chu­setts, usły­szała pogło­skę o spi­sku, któ­rego uczest­nicy pla­no­wali porwać jej rodzinę. Wie­działa też o nie­for­mal­nej ochro­nie męża przez ludzi Hazena. Prze­ra­żona pogło­skami, skon­tak­to­wała się bez­po­śred­nio z Haze­nem i popro­siła go o pomoc w ochro­nie ich domu w Nowej Anglii. Ten wysłał jej trzech agen­tów, któ­rzy pozo­stali na miej­scu, aż do końca sezonu. Po powro­cie z podróży pre­zy­dent mil­cząco zaak­cep­to­wał dodat­kową ochronę dla swo­jej zanie­po­ko­jo­nej żony. Przez kilka kolej­nych lat Cle­ve­lan­do­wie, Hazen i kilku z jego ludzi utrzy­my­wali całą sprawę w tajem­nicy. Wyko­rzy­sty­wali prze­cież agen­tów do celów, na które nie wyra­ził zgody Kon­gres lub gabi­net, a to, jak dowo­dzili niektó­rzy, było wyraź­nie sprzeczne z pra­wem.

Po ujaw­nie­niu owego nie­for­mal­nego poro­zu­mie­nia, do czego doszło po obję­ciu fotela pre­zy­denta przez Wil­liama McKin­leya, Hazen został pozba­wiony funk­cji i oskar­żony o nie­wła­ściwe wyko­rzy­sta­nie fun­du­szy fede­ral­nych. Jed­nak w tym samym roku, po wybu­chu wojny hisz­pań­sko-ame­ry­kań­skiej, Secret Service uzy­skała zezwo­le­nie na natych­mia­stowe przy­dzie­le­nie czte­rech swo­ich agen­tów do ochrony McKin­leya. Po woj­nie ową nad­zwy­czajną grupę roz­wią­zano, ale kilku agen­tów na­dal podró­żo­wało z pre­zy­den­tem. Kiedy McKin­ley został zamor­do­wany pod­czas powi­ta­nia gości przy­by­łych na Wystawę Pan­ame­ry­kań­ską w 1901 roku, w rze­czy­wi­sto­ści podró­żo­wał z nim agent, który miał stać u jego boku, ale zgo­dził się odejść na bok, kiedy dyrek­tor wystawy popro­sił pre­zy­denta, aby sta­nął przy nim pod­czas publicz­nego powi­ta­nia gości.

Dopiero śmierć McKin­leya – trze­ciego zamor­do­wa­nego pre­zy­denta w ciągu 36 lat – spo­wo­do­wała, że Kon­gres w końcu zgo­dził się na utwo­rze­nie sta­łych sił czu­wa­ją­cych nad bez­pie­czeń­stwem pre­zy­denta. Uchwa­lone zostało prawo, które for­mal­nie naka­zy­wało Secret Service peł­nie­nie owej ochron­nej funk­cji w peł­nym wymia­rze. Trzeba było jed­nak kolej­nych pię­ciu lat, zanim w 1906 roku Kon­gres zatwier­dził fun­du­sze na opła­ca­nie dwu­oso­bo­wych teamów, które towa­rzy­szyły pre­zy­den­towi przez całą dobę.

Przez pierw­szą połowę XX wieku Secret Service peł­niła podwójną misję pole­ga­jącą na ochro­nie pie­nię­dzy i pre­zy­den­tów, co gwa­ran­to­wało jej mnó­stwo pracy. Ów nie­wielki wydział Depar­ta­mentu Skarbu na­dal poświę­cał więk­szość swo­jego czasu na walkę z fał­sze­rzami, a kon­gres­meni zakła­dali, że rola straż­nika Bia­łego Domu będzie sta­no­wić jedy­nie nie­wielki uła­mek obo­wiąz­ków agen­cji. Jed­nak liczba robo­czo­go­dzin zwią­za­nych z zapew­nie­niem bez­pie­czeń­stwa pre­zy­den­towi nie­ustan­nie rosła. Dwie wojny świa­towe oraz seria zama­chów w Euro­pie skło­niły Secret Service do zwięk­sze­nia liczby agen­tów zaj­mu­ją­cych się ochroną, co miało zagwa­ran­to­wać, że zama­chowcy nie będą mogli zre­ali­zo­wać swo­ich pla­nów. Agenci ci narzu­cili rów­nież nowe ogra­ni­cze­nia na moż­li­wo­ści dzia­ła­nia swo­ich sze­fów.

The­odore Roose­velt, pierw­szy pre­zy­dent objęty ochroną Secret Service, nazwał swo­ich nowych agen­tów „bar­dzo małym, ale bar­dzo nie­zbęd­nym cier­niem w ciele”12. Oczy­wi­ście nie przy­kła­dał też zbyt dużej wagi do ich umie­jęt­no­ści. Jak sam napi­sał w liście do swo­jego przy­ja­ciela Henry’ego Cabota Lodge’a, mieli być „nie­zbyt uży­teczni”, gdyby jakiś zabójca na serio chciał go zabić. Jed­nak następ­nym razem, kiedy kolejny urzę­du­jący pre­zy­dent stał się celem zama­chu, funk­cjo­na­riu­sze Secret Service, któ­rzy ochra­niali Biały Dom, nazy­wani póź­niej poli­cją Bia­łego Domu, oraz agenci z wydziału ochrony dowie­dli swo­jej war­to­ści.

Jesie­nią 1950 roku, kiedy Biały Dom był w remon­cie, pre­zy­dent Harry S. Tru­man został tym­cza­sowo prze­nie­siony do pobli­skiego Blair House. 1 listo­pada po połu­dniu dwóch por­to­ry­kań­skich nacjo­na­li­stów, dowie­dziaw­szy się o tym, gdzie prze­bywa Tru­man, posta­no­wiło, że spró­bują wła­mać się do Blair House, aby go zabić. Nie­do­szli zabójcy, trzy­dzie­sto­sze­ścio­letni Oscar Col­lazo i dwu­dzie­sto­pię­cio­letni Gri­se­lio Tor­re­sola, mieli nadzieję zwró­cić w ten spo­sób uwagę na kwe­stię unie­za­leż­nie­nia się swo­jej ojczy­stej wyspy od Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Przy­byli na Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue z prze­ciw­nych kie­run­ków, Tor­re­sola od zachodu, Col­lazo od wschodu.

Agent Secret Service Floyd Boring, który póź­niej stał się głów­nym sze­fem oddziału ochra­nia­ją­cego pre­zy­denta Ken­nedy’ego, peł­nił służbę przy wschod­nim poste­runku ochrony w pobliżu fron­to­wych drzwi Blair House. Jego kolega, funk­cjo­na­riusz Leslie Cof­felt z poli­cji Bia­łego Domu, znaj­do­wał się przy zachod­nim poste­runku bez­pie­czeń­stwa i wła­śnie odwró­cił się, kiedy zoba­czył zbli­ża­ją­cego się męż­czy­znę z bro­nią w ręku.

– Pre­zy­dent był na górze, uci­nał sobie drzemkę przed wyjaz­dem do Arling­ton, gdzie miał zło­żyć wie­niec – wyja­śniał póź­niej Boring. – Byli­śmy na zewnątrz na scho­dach, kiedy pode­szło dwóch męż­czyzn. Jeden z nich wycią­gnął broń i wyce­lo­wał we mnie. Usły­sza­łem szczęk, wtedy wycią­gnąłem swój pisto­let i strze­li­łem. A potem wszy­scy zaczęli strze­lać.

Porzu­ca­jąc wschodni poste­ru­nek, Boring i jesz­cze jeden z funk­cjo­na­riu­szy wycią­gnęli pisto­lety i otwo­rzyli ogień do Col­lazo. Jedna z kul tra­fiła go w pierś, po czym Col­lazo upadł na fron­towe schody. Agent Secret Service Ste­wart Stout, który nale­żał do wydziału ochra­nia­ją­cego Tru­mana, usły­szał strzały na zewnątrz i wycią­gnął z szafki na broń pisto­let maszy­nowy. Tru­man obu­dził się na odgłos strza­łów i pod­szedł do okna. Straż­nik na zewnątrz zoba­czył głowę pre­zy­denta i krzyk­nął do Tru­mana: „Pro­szę wra­cać. Do tyłu!”.

Na zewnątrz Tor­re­sola skie­ro­wał swo­jego Lugera w Cof­felta i postrze­lił go dwu­krot­nie w klatkę pier­siową i raz w brzuch. Cof­felt osu­nął się na pod­łogę budki straż­ni­czej. Tor­re­sola strze­lił do dwóch kolej­nych funk­cjo­na­riu­szy, prze­sko­czył żywo­płot i skie­ro­wał się w stronę wej­ścia do budynku.

Jed­nak Cof­felt na­dal żył. Pod­niósł się na nogi i wyce­lo­wał rewol­wer w głowę Tor­re­soli. Strze­lił i nie­do­szły zabójca padł mar­twy na bru­ko­wany chod­nik. W tym momen­cie także Cof­felt ponow­nie upadł.

Rany odnio­sło kilku agen­tów i funk­cjo­na­riu­szy, ale udało się ich ura­to­wać. Cof­felt został prze­wie­ziony do szpi­tala, gdzie prze­szedł ope­ra­cję, ale cztery godziny póź­niej zmarł, sta­jąc się pierw­szym i na­dal jedy­nym funk­cjo­na­riu­szem Secret Service, który zgi­nął, chro­niąc pre­zy­denta.

Publicz­nie Tru­man wyda­wał się nie­wzru­szony. „Pre­zy­dent musi być gotowy na takie rze­czy”, jak powie­dział dzien­ni­ka­rzom na brie­fingu dzień po strze­la­ni­nie.

Jako kapi­tan pod­czas I wojny świa­to­wej Tru­man widział żoł­nie­rzy, któ­rzy umie­rali, wyko­nu­jąc jego roz­kaz, nie­mniej jed­nak wyda­wało się, że śmierć Cof­felta poru­szyła go w inny spo­sób. Wdo­wie po agen­cie i jego kole­gom powie­dział, że to zła­mało mu serce. „Cof­felt był jed­nym z naj­bar­dziej lubia­nych straż­ni­ków w Bia­łym Domu”13. Jak napi­sał w notatce do swo­jego sekre­ta­rza stanu, owa śmierć była „naj­bar­dziej nie­po­trzeb­nym wyda­rze­niem”, a „ludzie, któ­rzy naprawdę zostali skrzyw­dzeni, byli wspa­nia­łymi męż­czy­znami”14. Od pierw­szego dnia spra­wo­wa­nia urzędu codzien­nie spa­ce­ro­wał po cen­trum Waszyng­tonu w towa­rzy­stwie swo­ich agen­tów. Za każ­dym razem, kiedy zanie­po­ko­jeni człon­ko­wie jego ochrony pró­bo­wali go od tego odwieść, baga­te­li­zo­wał ich obawy. Teraz uznał ich racje. „Ponie­waż kilka dni temu dwóch pomy­leń­ców lub sza­leń­ców pró­bo­wało mnie zastrze­lić, moi dobrzy i dzielni straż­nicy są zde­ner­wo­wani” – napi­sał kilka dni póź­niej. „Dla­tego też sta­ram się być tak pomocny, jak tylko mogę”.

Sio­stra Cof­felta Mil­dred Good usły­szała wia­do­mość o śmierci brata w radiu w ich rodzin­nym mie­ście w górach She­nan­doah. Wspo­mi­nała, że zawsze czuł się dumny z bycia czę­ścią oddziału, któ­remu powie­rzono bez­pie­czeń­stwo pre­zy­denta, i zda­wał sobie sprawę, że każdy funk­cjo­na­riusz lub agent Secret Service może zostać zmu­szony do odda­nia za niego swo­jego życia.

– Wiesz – stwier­dziła – kochał swoją pracę i nie wybrałby innej drogi. Jestem pewna, że niczego nie żało­wał.

Rozdział 2. Kuszenie diabła

Roz­dział 2

Kusze­nie dia­bła

W 1961, w pierw­szym roku swo­jego urzę­do­wa­nia, John Ken­nedy szybko pobił wszel­kie rekordy liczby wyjaz­dów pre­zy­denc­kich poza Biały Dom – i ni­gdy nie zwal­niał tempa. Pre­zy­den­towi i jego dorad­com nie umknęło to, że wygrał wybory po wyjąt­kowo zacię­tej walce, a jed­nym z czyn­ni­ków, które mu to umoż­li­wiły, był jego wyjąt­kowo tele­ge­niczny wygląd. Biały Dom miał świa­do­mość, że jego naj­lep­szą bro­nią poli­tyczną jest spra­wie­nie, by Ken­nedy i jego pełna życia rodzina byli widy­wani przez opi­nię publiczną tak czę­sto, jak to tylko moż­liwe.

Po star­szych wie­kiem, kon­ser­wa­tyw­nych pre­zy­den­tach, któ­rzy potra­fili prze­by­wać w Bia­łym Domu mie­sią­cami, coty­go­dniowe podróże Ken­nedy’ego były praw­dzi­wym wyzwa­niem dla sys­temu dzia­ła­nia Secret Service. Kolejne wyjazdy zmu­siły jej agen­tów do ruty­no­wej pracy na dwie zmiany, więc czę­sto byli nie­wy­spani i nie mogli sobie pozwo­lić na wzię­cie kilku dni wol­nego. W naj­go­ręt­szych okre­sach sze­fo­wie agen­cji zaka­zy­wali nie­któ­rym ze swo­ich agen­tów udziału w wyjaz­dach, aby mieć wystar­cza­jącą liczbę ludzi goto­wych na następną podróż.

Pod koniec lata 1963 roku blask Ken­nedy’ego zaczął męczyć wielu agen­tów. Dwa i pół roku pil­no­wa­nia pre­zy­denta pod­czas jego czę­stych podróży po całym świe­cie spra­wiło, iż ludzie z jego ochrony czuli się wypa­leni i zmę­czeni. Tego lata grupka agen­tów z jego oso­bi­stego oto­cze­nia, wśród któ­rych znaj­do­wał się rów­nież Win Law­son, była wraz z Ken­nedym w podró­żach dyplo­ma­tycz­nych w Niem­czech, Irlan­dii, Wiel­kiej Bry­ta­nii i we Wło­szech. Przy­wódcę ota­czało zale­d­wie ośmiu ludzi, któ­rzy wła­snymi cia­łami powstrzy­my­wali miaż­dżące tłumy, usi­łu­jące dostać się jak naj­bli­żej limu­zyny Ken­nedy’ego.

Ken­nedy czę­sto szy­dził z boga­czy, któ­rzy wyjeż­dżali do kuror­tów na pod­le­wane winem lun­che, cho­ciaż w tym cza­sie jego wła­sne życie bar­dzo to przy­po­mi­nało15. W kilku zale­d­wie okre­sach nie spę­dzał week­en­dów w ele­ganc­kich miej­scach lub nie wyjeż­dżał z rodziną. Cza­sami dołą­czał do żony do ich 166-akro­wej posia­dło­ści pod Mid­dle­bur­giem w sta­nie Wir­gi­nia, gdzie pierw­sza dama miała nadzieję stwo­rzyć swoim dzie­ciom przy­ja­zny plac zabaw. W zależ­no­ści od pory roku spę­dzał rów­nież week­endy w swo­jej rodzin­nej posia­dło­ści w Cape Cod lub w majątku ojca w Palm Beach. „Byli­śmy niczym kaczki”, żar­to­wał agent Larry New­man. „Każde lato w Hyan­nis Port, Palm Beach – zimą”.

Trzy­dzie­stu czte­rech agen­tów z bez­po­śred­niej ochrony pre­zy­denta nie wystar­czało, aby zarówno zapla­no­wać ochronę wszyst­kich miejsc, które odwie­dzał Ken­nedy, jak i osła­niać jego samego, kiedy był już na miej­scu. W szcze­gól­nie pra­co­wi­tych okre­sach agenci wręcz ści­gali się z wła­snymi cie­niami. Przez cały dzień ochra­niali Ken­nedy’ego w jed­nym mie­ście, późną nocą lecieli do dru­giego, aby zapla­no­wać wizytę w następ­nym tygo­dniu, a następ­nie jak naj­szyb­ciej lecieli z powro­tem, aby towa­rzy­szyć pre­zy­den­towi w podróży do trze­ciego miej­sca.

– W dro­dze jest tyle pracy, że normą było, iż wszy­scy pra­co­wa­li­śmy na dwie zmiany – wspo­mi­nał agent Jerry Bla­ine. Ozna­czało to, że agenci towa­rzy­szący pre­zy­den­towi na dzien­nej zmia­nie wsta­wali około 6.00 rano, aby móc się zgło­sić na dyżur około 8.00, kiedy zaczy­nali pracę trwa­jącą także przez dużą część noc­nej zmiany – do około 21.00 lub 22.00. Mieli szczę­ście, jeżeli na obiad mogli zjeść paczkę orzesz­ków ziem­nych lub zimną kanapkę, wypić szkocką lub piwo, a potem, o 23.00 lub nawet o pół­nocy, rzu­cić się na swoje hote­lowe łóżka. Nie chcąc prze­kra­czać budżetu Secret Service, agenci musieli spać w hote­lach po dwóch na jed­nym łóżku. „I mogłeś mieć jedy­nie nadzieję, i modli­łeś się, aby facet, z któ­rym spa­łeś, nie chra­pał” – wspo­mi­nał agent Tim McIn­tyre.

Kiedy agenci wra­cali do Waszyng­tonu, czę­sto mieli tylko dzień, aby zoba­czyć się z żonami i dziećmi. Ich żony przy­zwy­cza­iły się już do tego, że mężo­wie poja­wiali się tylko po to, aby pod­rzu­cić im brudne ubra­nia i zabrać czy­ste w następną podróż. „Byłem w podróży ponad trzy­sta dni w roku”, żalił się Paul Lan­dis, agent, który naj­pierw ochra­niał dzieci Ken­ne­dych, a następ­nie został przy­dzie­lony jako ochro­niarz pani Ken­nedy16. „Nie prze­szka­dzało mi to. Byłem kawa­le­rem. Ale więk­szość chło­pa­ków była żonata. Nie mam poję­cia, jak kto­kol­wiek mógł w tym cza­sie być żonaty i wyko­ny­wać tę pracę”.

Szef Secret Service James Row­ley, Irland­czyk z Nowego Jorku i wete­ran, który miał 22 lata doświad­cze­nia jako agent słu­żący w Bia­łym Domu, wie­dział, że jego ludzie despe­racko potrze­bują wspar­cia, aby nadą­żyć za nowym, bar­dziej aktyw­nym sze­fem. Cho­ciaż był wdzięczny Ken­nedy’emu, rów­nież Irland­czykowi, za to, że wkrótce po obję­ciu urzędu wybrał go na dyrek­tora agen­cji, Row­ley wie­dział, że jego ludzie byli w tym momen­cie w kry­tycz­nym sta­nie prze­pra­co­wa­nia.

Od czasu poja­wie­nia się Ken­nedy’ego nowy dyrek­tor już dwu­krot­nie usi­ło­wał dopra­co­wać szcze­góły ochrony Bia­łego Domu, co w dużej mie­rze mu się udało. Wio­sną 1962 roku Row­ley popro­sił Biały Dom o 58 dodat­ko­wych agen­tów oraz zwięk­sze­nie budżetu o milion dola­rów, co sta­no­wiło 19-pro­cen­towy wzrost jego skrom­nych środ­ków. Decy­denci w Kon­gre­sie, po pró­bie zama­chu na Tru­mana w 1950 roku, już 10 lat wcze­śniej podwo­ili liczbę ludzi zatrud­nio­nych w ochro­nie Bia­łego Domu, speł­nia­jąc prośbę Row­leya, ale teraz dostał jesz­cze 30 agen­tów.

Wio­sną 1963 roku Row­ley ponow­nie popro­sił o dodat­ko­wych agen­tów – tym razem 35 ludzi – co miało mu pomóc w reali­za­cji nie­daw­nej uchwały z 1962 roku, wyma­ga­ją­cej od niego zapew­nie­nia peł­no­eta­to­wej ochrony wice­pre­zy­den­towi. Tym razem jed­nak Kon­gres odrzu­cił jego prośbę.

Opór Kon­gresu nie był jed­nak jedyną prze­szkodą dla Row­leya17. Sam pre­zy­dent chciał zmniej­sze­nia swo­jej obstawy. Cho­ciaż Ken­nedy był zawsze ser­deczny wobec ota­cza­ją­cych go agen­tów, nie zno­sił ogra­ni­czeń, jakie pró­bo­wali mu narzu­cić w jego kon­tak­tach z ludźmi. Regu­lar­nie rzu­cał się na oślep w tłum nie­zna­jo­mych, aby ści­skać im dło­nie, igno­ru­jąc sce­na­riu­sze Secret Service, nie kiw­nąw­szy przy tym nawet głową ochra­nia­ją­cym go agen­tom. Jak wie­lo­krot­nie zwie­rzał się sze­fom swo­jej ochrony, nie mógłby być poli­ty­kiem, nie spo­ty­ka­jąc się z ludźmi.

Jego spon­ta­nicz­ność czę­sto prze­kra­czała wszel­kie gra­nice. Pew­nego leni­wego week­endu w poło­wie sierp­nia 1962 roku pre­zy­dent Ken­nedy tra­fił na pierw­sze strony gazet, ponie­waż wymknął się w biały dzień swo­jej ochro­nie. Dow­cip bar­dzo spodo­bał się zwo­len­ni­kom pre­zy­denta18, ale spra­wił też, że ochra­nia­jący go agent był czer­wony z wście­kło­ści, a jego szef Row­ley wpadł w furię. Dla każ­dego, kto przyj­rzał się bli­żej całej spra­wie, incy­dent ten był wyraźną oznaką lek­ko­myśl­no­ści Ken­nedy’ego, którą nie­któ­rzy w Secret Service sta­rali się deli­kat­nie ukró­cić.

Wyda­rze­nie to miało miej­sce w Santa Monica w Kali­for­nii, gdzie Ken­nedy pole­ciał na week­end kawa­ler­ski w nad­mor­skiej rezy­den­cji swo­jego szwa­gra Petera Law­forda. W nie­dzielę, 19 sierp­nia, leżąc na leżaku przy base­nie Law­forda, pre­zy­dent wpadł na pomysł, aby prze­spa­ce­ro­wać się z posia­dło­ści szwa­gra na sze­roką plażę publiczną i popły­wać w oce­anie.

Gdy tylko został zauwa­żony, w stronę pre­zy­denta rzu­ciły się dzie­siątki pla­żo­wi­czów. Nie­któ­rzy zry­wali się ze swo­ich ręcz­ni­ków, krzy­cząc: „To pre­zy­dent!”.

Ken­nedy zdał sobie sprawę, że będzie musiał poru­szać się szyb­ciej, aby dostać się do oce­anu, zanim zosta­nie oto­czony przez tłum. Nie­zgrab­nie ścią­gnął przez głowę swoją nie­bie­ską koszulkę polo i przy­śpie­szył kroku, po czym wresz­cie rzu­cił się w fale.

Kilku pod­eks­cy­to­wa­nych gapiów wsko­czyło do wody za Ken­ne­dym. Agenci ochra­nia­jący pre­zy­denta, któ­rych więk­szość stała na straży przy drzwiach wej­ścio­wych domu Law­forda – odwró­co­nej tyłem do plaży – usły­szeli hałas i pognali na brzeg. Szybko zna­leźli przy­wódcę wol­nego świata, pły­wa­ją­cego około 100 metrów od brzegu.

– Secret Service i FBI wycho­dziły z sie­bie – opo­wia­dał Bill Beebe, foto­graf pra­sowy, który zdo­łał uwiecz­nić tę scenę19.

Szef zmiany popro­sił przez radio o miej­scową moto­rową łódź patro­lową, która szybko zna­la­zła się obok pły­wa­ją­cego pre­zy­denta. Agenci cze­kali około dzie­się­ciu minut, aż wresz­cie Ken­nedy zato­czył koło i wró­cił na brzeg. Następ­nie czte­rech z nich weszło do wody, two­rząc barierę oddzie­la­jącą pre­zy­denta od nie­mal tysiąca gapiów, któ­rzy do tego czasu poja­wili się na tym nie­wiel­kim skrawku plaży.

– O nie, nie mogę w to uwie­rzyć – powie­dział Ken­nedy, śmie­jąc się, kiedy zoba­czył sto­ją­cego w wodzie foto­grafa, który robił mu zdję­cia.

Z ocie­ka­ją­cymi nogaw­kami i butami peł­nymi wody agenci Ken­nedy’ego powró­cili z uśmiech­nię­tym pre­zy­den­tem na chro­nioną posia­dłość Law­forda. Ken­nedy opadł ponow­nie na szez­long, a Law­ford i doradca Bia­łego Domu David Powers poszli jego śla­dem20.

– To była naj­lep­sza kąpiel, na jaką mogłem sobie pozwo­lić od mie­sięcy – stwier­dził pre­zy­dent.

Pięt­na­ście minut póź­niej sekre­tarz pra­sowy Ken­nedy’ego Pierre Salin­ger zadzwo­nił do „Los Ange­les Times”, pró­bu­jąc prze­ko­nać redak­tora, by nie zamiesz­czał żad­nych zdjęć pre­zy­denta w samych kąpie­lów­kach21. Bez skutku. Zdję­cie zro­bione przez Beebeʼa – ocie­ka­ją­cego wodą Ken­nedy’ego wymie­nia­ją­cego uśmie­chy z roz­pro­mie­nioną, zgrabną kobietą w bikini w kropki – następ­nego dnia zaj­mo­wało ponad połowę pierw­szej strony „Timesa”. Nagłó­wek brzmiał: WIZYTA KEN­NEDY’EGO Z SZYBKĄ KĄPIELĄ W PACY­FIKU.

Szef zmiany i jego agenci byli wście­kli i zakło­po­tani tym, że ich pod­opieczny wyśli­zgnął się w tłum i do oce­anu, a oni tego nie zauwa­żyli, a także wizją nie­szczęść, które mogły spo­tkać pre­zy­denta, gdyby na plaży poja­wił się cho­ciaż jeden sza­le­niec. Jed­nak nikt z Secret Service, nawet jego szef Row­ley, nie miał odwagi, aby przed­sta­wić pre­zy­den­towi ewen­tu­alne skutki jego małego spon­ta­nicz­nego wybryku.

Kiedy świta Ken­nedy’ego powró­ciła do Waszyng­tonu, Salin­ger deli­kat­nie zasu­ge­ro­wał pre­zy­den­towi, aby pomy­ślał o wła­snym bez­pie­czeń­stwie i uni­kał wcho­dze­nia w tłum bez swo­ich agen­tów. Jed­nak Ken­nedy odrzu­cał suge­stię, aby kto­kol­wiek, w tym Secret Service, mógł ochro­nić go przed zde­ter­mi­no­wa­nym zabójcą. „Jeżeli ktoś jest na tyle sza­lony, aby chcieć zabić pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, może to zro­bić”, powie­dział Ken­nedy swo­jemu rzecz­ni­kowi. „Wszystko, na co musi być przy­go­to­wany, to oddać swoje życie za pre­zy­denta”22.

Ken­nedy czę­sto żar­to­wał, usi­łu­jąc w ten spo­sób zła­go­dzić napię­cia, jakie odczu­wali agenci dba­jący o jego bez­pie­czeń­stwo. Kiedy w przy­pły­wie gniewu wice­pre­zy­dent John­son zagro­ził, że zwolni lubia­nego agenta tylko dla­tego, że heli­kop­ter, który miał go zabrać z pogrzebu Ele­anor Roose­velt, przy­le­ciał kilka minut spóź­niony, Ken­nedy żar­to­bli­wie zwró­cił się do agen­tów swo­jej ochrony, że teraz w końcu zro­zu­miał, dla­czego są wobec niego tak nado­pie­kuń­czy: „Nie chce­cie, żeby coś mi się stało, bo wtedy musie­li­by­ście pra­co­wać dla John­sona”23.

Kiedy jed­nak Ken­nedy był sam w rezy­den­cji, zwie­rzył się swo­jej żonie: „O Boże, czy potra­fisz to sobie wyobra­zić, co sta­łoby się z kra­jem, gdyby Lyn­don był pre­zy­den­tem?”24.

Wszy­scy agenci mieli świa­do­mość, że do ich obo­wiąz­ków należy rów­nież zacho­wa­nie dys­kre­cji. Mieli zakaz dzie­le­nia się z kim­kol­wiek tym, co się działo wewnątrz Bia­łego Domu, a także opo­wia­da­nia o pry­wat­nych chwi­lach, któ­rych byli świad­kami, kiedy pre­zy­dent spę­dzał czas z rodziną. Jed­nak musieli oni rów­nież docho­wać mrocz­niej­szych sekre­tów.

– W Bia­łym Domu jest tro­chę jak w Vegas – stwier­dził Joseph Paolella, jeden z agen­tów z oso­bi­stej ochrony Ken­nedy’ego. – Co się dzieje w Bia­łym Domu, zostaje w Bia­łym Domu.

– Nie jestem anio­łem… nie jestem księ­dzem. Nie chciał­bym, żeby ktoś mnie śle­dził i rapor­to­wał o wszyst­kim, co zro­bi­łem. Aby pre­zy­dent czuł się kom­for­towo, musi pole­gać na Secret Service. Wyobraź sobie, że na każ­dym kroku, jaki zro­bi­łeś, ktoś podąża za tobą i dzieli się tymi infor­ma­cjami. Jeżeli nie możemy ufać Secret Service, że zacho­wują tajem­nice, komu, do dia­bła, możemy zaufać?

Tylko Row­ley i nie­któ­rzy człon­ko­wie oso­bi­stej ochrony Ken­nedy’ego wie­dzieli, że pod­czas pobytu w Waszyng­to­nie kil­ku­krot­nie późną nocą wymknął się on swoim ochro­nia­rzom. Wyjeż­dżał inco­gnito z kom­pleksu Bia­łego Domu, po czym wsia­dał do nie­ozna­ko­wa­nego samo­chodu wraz z bra­tem lub przy­ja­cie­lem i wra­cał dopiero we wcze­snych godzi­nach poran­nych. Agenci mogli domy­ślać się przy­czyn owych wypa­dów, ale Row­ley i jego ludzie byli pełni obaw. Przez kilka godzin Secret Service nie miała poję­cia, gdzie jest pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych.

Ken­nedy uwiel­biał ten rodzaj nie­bez­pie­czeń­stwa, pró­bu­jąc zaspo­koić swój nie­po­skro­miony ape­tyt na pod­boje sek­su­alne, ale ludzie z jego ochrony oba­wiali się, że w morzu przy­pad­ko­wych kobiet spo­ty­ka­nych pod­czas scha­dzek mogła się zna­leźć taka, która pró­bo­wa­łaby go szan­ta­żo­wać, otruć lub zabić.

Kiedy latem 1963 roku do zespołu dołą­czył agent Tim McIn­tyre, został ser­decz­nie powi­tany przez kole­gów i prze­ło­żo­nych, któ­rzy zaofe­ro­wali mu pomoc w opa­no­wa­niu taj­ni­ków służby. Nie­spo­dzianka nastą­piła, kiedy pod­czas wie­czor­nej zmiany szef odcią­gnął go na bok. „Zoba­czysz tu mnó­stwo gówna”, zaczął Emory Roberts, zwra­ca­jąc się do McIn­tyreʼa. „Rze­czy zwią­zane z pre­zy­den­tem. Po pro­stu zapo­mi­naj o nich. Zacho­wuj dla sie­bie. Nie roz­ma­wiaj o tym nawet ze swoją żoną”.

McIn­tyre usi­ło­wał począt­kowo lek­ce­wa­żyć sek­su­alne wybryki pre­zy­denta, żar­tu­jąc z innymi agen­tami: „A co się sta­nie, jeżeli któ­raś go ugry­zie?”25. Ale osta­tecz­nie stał się świad­kiem nie­ustan­nej parady sekre­ta­rek, gwiaz­dek, a nawet pro­sty­tu­tek eskor­to­wa­nych do sypialni pre­zy­denta – w hote­lach i jego pry­wat­nej rezy­den­cji. Agen­tom Secret Service, któ­rzy badali prze­szłość każ­dego, kto spo­ty­kał się pry­wat­nie z pre­zy­den­tem, nie pozwo­lono nawet zapy­tać o nazwi­ska owych kobiet.

Nocna zmiana przy­zwy­cza­iła się do odwie­dzin przy­pad­ko­wych kobiet w pry­wat­nych apar­ta­men­tach pre­zy­denta, czę­sto pod ramię z wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem Ken­nedy’ego Davi­dem Power­sem. Człon­ko­wie popo­łu­dnio­wej zmiany, któ­rzy koń­czyli służbę o 22.00, prze­ka­zy­wali sze­fom zmian dys­kretny i zwię­zły raport na temat noc­nych gości Ken­nedy’ego.

– Kiedy mie­li­śmy zejść ze zmiany, prze­ka­zy­wa­li­śmy: „Taki i taki przy­pro­wa­dził blon­dynkę” – wspo­mi­nał jeden z byłych agen­tów. – Albo: „Wiesz sze­fie, w pokoju jest dwoje gości”.

– Chcia­łeś opi­sać sytu­ację na noc­nej zmia­nie – cią­gnął były agent. – Cho­dziło o to, że jeżeli [kobieta] nie wyj­dzie około czwar­tej rano, mają zacząć się mar­twić.

Agenci ochra­nia­jący Ken­nedy’ego byli wewnętrz­nie roz­darci. Podzi­wiali pre­zy­denta. „Był naprawdę wyjąt­ko­wym face­tem” – wspo­mi­nał Paolella. „Nie­za­leż­nie od tego, czy była to kró­lowa Anglii, czy poko­jówka, trak­to­wał je tak samo”. Ale wielu czuło się zakło­po­ta­nych – a nawet obu­rzo­nych – kiedy pro­szono ich o umoż­li­wie­nie tak bez­czel­nego zacho­wa­nia i zlu­zo­wa­nie swo­ich stan­dar­dów bez­pie­czeń­stwa. Agenci wywiadu USA ostrze­gali, że kubań­scy i radzieccy agenci ope­ra­cyjni mają nadzieję, że uda im się zaszan­ta­żo­wać lub nawet zabić pre­zy­denta. Agenci ochrony pry­wat­nie wysnuli teo­rię, że naj­lep­szym spo­so­bem na zin­fil­tro­wa­nie Bia­łego Domu byłoby wysła­nie ład­nej mło­dej kobiety.

– Byli­śmy w środku zim­nej wojny, na litość boską – powie­dział New­man. – Mar­twiła nas moż­li­wość, że tak się sta­nie. Poin­stru­owano nas, aby nikt nie wcho­dził w te drzwi, ale cier­piała w ten spo­sób nasza praca. Ponie­waż zawie­dli­śmy. Musie­li­śmy się pogo­dzić z taką formą zacho­wa­nia, która była nie­bez­pieczna – nie dla nas, ale dla kraju i ochrony pre­zy­denta.

– Zło­ży­li­śmy przy­sięgę… Nikt nie wcho­dzi do jego biura, dopóki nie wyja­śnimy, kim jest. A potem przy­glą­damy się, jak Dave Powers przy­pro­wa­dza do apar­ta­mentu kilka kobiet i po pro­stu wcho­dzi do środka.

Podob­nie jak New­man, także Anthony Sher­man, inny czło­nek oso­bi­stej ochrony, podzi­wiał urok i poli­tyczną odwagę Ken­nedy’ego. Ale pora­żała go wyraź­nie lek­ko­myślna postawa pre­zy­denta, która wyglą­dała na brak sza­cunku dla spra­wo­wa­nego przez niego urzędu.

Kro­plą, która prze­lała czarę gory­czy Sher­mana, stały się wyda­rze­nia mające miej­sce pod­czas wizyty Ken­nedy’ego w Hono­lulu w czerwcu 1963 roku. Przy­był tu, aby wygło­sić prze­mó­wie­nie na kon­fe­ren­cji bur­mi­strzów oraz zwie­dzić pan­cer­nik-pomnik USS Ari­zona sto­jący w Pearl Har­bor. Ochrona pre­zy­denta, w tym Sher­man i reszta oddziału, przy­była w noc poprze­dza­jącą kon­fe­ren­cję. Po tym, jak haitań­scy dygni­ta­rze przy­wi­tali Ken­nedy’ego na lot­ni­sku bukie­tami kolo­ro­wych kwia­tów, kawal­kada samo­cho­dów z pre­zy­den­tem popę­dziła w kie­runku miej­sca, gdzie miał spę­dzić noc. Ofi­cer pie­choty mor­skiej, który nad­zo­ro­wał pobli­ską bazę mary­narki wojen­nej, przy­go­to­wał pen­sjo­nat, gdzie miał się zatrzy­mać pre­zy­dent. Dzie­sięć minut po przy­by­ciu Ken­nedy’ego pod­je­chał adiu­tant Bia­łego Domu z dwiema mło­dymi kobie­tami, które weszły bez­po­śred­nio do domu, mija­jąc pil­nu­ją­cego drzwi wej­ścio­wych Sher­mana. Gosz­czący ich ofi­cer ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na Sher­mana.

– Kim one są? – zapy­tał ofi­cer mary­narki, wpa­tru­jąc się w kobiety.

Sher­man zatrzy­mał się na chwilę, aby pomy­śleć, zawsty­dzony kłam­stwem, które powstało w jego gło­wie. „To sekre­tarki”, odparł. „Przy­pusz­czam, że jest jakaś praca, którą pre­zy­dent chce wyko­nać wie­czo­rem”.

Puł­kow­nik z kamienną twa­rzą przy­jął wyja­śnie­nie. Sher­man mógł być pewien, że nie kupił tej histo­rii.

– Chro­ni­li­śmy pre­zy­denta na wiele spo­so­bów – powie­dział Sher­man w ABC News w 1997 roku. – Ale epi­zod w Hono­lulu spra­wił, że poczu­łem gniew. To jest pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Sam nie jestem święty, ale on po pro­stu nie powi­nien publicz­nie robić takich rze­czy.

Co zatem miał zro­bić lojalny agent Secret Service? Cze­ka­jąc wspól­nie w hote­lo­wych kory­ta­rzach i na lot­ni­skach, człon­ko­wie oddziału po cichu dzie­lili się swo­imi naj­gor­szymi oba­wami. Życie oso­bi­ste i decy­zje pre­zy­denta nie były ich sprawą. Ale jeżeli podej­mo­wane przez niego ryzyko zagra­żało jego życiu, czy auto­ma­tycz­nie nie było to ich inte­re­sem?

Aby pozo­stać wier­nym dewi­zie agen­cji – „Godni zaufa­nia i nie­za­wodni” – agenci posta­no­wili posłu­chać rady szefa zmiany Emory’ego Robertsa. Trzy­mali usta zamknięte na kłódkę.

We wto­rek o poranku, 12 listo­pada, żona Wina Law­sona Bar­bara, wraz z dziećmi na tyl­nym sie­dze­niu ich rodzin­nego sedana, zawio­zła go z ich skrom­nego domu w Ale­xan­drii do Bia­łego Domu. Jechał na dzie­sięć dni do Dal­las, aby na miej­scu przy­go­to­wać mającą nie­długo nastą­pić wizytę Ken­nedy’ego. Zmu­szony był zre­zy­gno­wać z uczest­nic­twa w pią­tych uro­dzi­nach swo­jego syna Jeffa. Musiał rów­nież opu­ścić nie­dawno adop­to­waną córeczkę Andreę, którą lubił kar­mić nocą z butelki.

Lato i wcze­sna jesień 1963 roku były pra­co­wite dla agen­tów ochra­nia­ją­cych pre­zy­denta. A teraz jesz­cze Biały Dom przy­go­to­wał obfity har­mo­no­gram podróży na listo­pad. Po krót­kich wypa­dach wzdłuż Wschod­niego Wybrzeża na początku mie­siąca, tuż przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia, Ken­nedy zamie­rzał prze­mie­rzyć jesz­cze Flo­rydę i Tek­sas. Musiał wygrać wybory w tych dwóch dużych sta­nach. Z powodu kon­tro­wer­sji, jakie wzbu­dzał jego pro­gram praw oby­wa­tel­skich, były to jedyne połu­dniowe stany, w któ­rych, jak wie­rzono, może wygrać, więc jego doradcy wybrali je jako miej­sca nie­ofi­cjal­nego roz­po­czę­cia kam­pa­nii na rzecz reelek­cji Ken­nedy’ego. Law­son potrzą­snął głową, spo­glą­da­jąc na har­mo­no­gram, w któ­rym miał uczest­ni­czyć jego zespół: 22 postoje w dzie­wię­ciu mia­stach, wszystko w mniej niż tydzień.

Jerry Behn, szef ochrony Ken­nedy’ego, do zapla­no­wa­nia wizyty w Dal­las wybrał Law­sona, jed­nego ze swo­ich naj­bar­dziej skru­pu­lat­nych zwia­dow­ców. Mia­sto było otwar­cie wro­gie Ken­nedy’emu. Lokalni kon­ser­wa­ty­ści roz­pro­wa­dzali fał­szywy list goń­czy z jego zdję­ciem. Mie­siąc wcze­śniej pro­te­stu­jący opluli i ude­rzyli jego przed­sta­wi­ciela, który odwie­dził mia­sto.

Law­son miał mnó­stwo pracy. Nie było czasu na drinka ani na oglą­da­nie się za kobie­tami. Znano go z tego, że nie mar­nu­jąc czasu na sen, wie­lo­krot­nie spraw­dzał swój sche­mat planu zabez­pie­czeń, aż do póź­niej nocy przed przy­by­ciem pre­zy­denta. Pod­czas jed­nego ze swo­ich pierw­szych zadań Law­son nale­gał, aby naczelny sędzia Bir­ming­ham w sta­nie Nowy Jork zamknął gmach swo­jego sądu na czas wizyty Nixona. Agent dowie­dział się bowiem, że pra­cow­nicy sądu zapro­sili zna­jo­mych, aby mogli obej­rzeć prze­mó­wie­nie Nixona z wyż­szych pię­ter w ich budynku. Law­son był prze­ko­nany, że ludzie sto­jący nad głową pre­zy­denta sta­no­wią zagro­że­nie dla jego bez­pie­czeń­stwa. Sędzia się zgo­dził26.

Podob­nie jak czy­nił to przed wyjaz­dem do każ­dego wcze­śniej­szego miej­sca, 8 listo­pada Law­son zamel­do­wał się w Sek­cji Badań Ochron­nych (Pro­tec­tive Rese­arch Sec­tion) Secret Service. Owo nie­wiel­kie biuro, lepiej znane jako PRS, pro­wa­dziło spis około 400 osób w całym kraju, które, zda­niem śled­czych, sta­no­wiły praw­dziwe zagro­że­nie dla pre­zy­denta. Law­son chciał, aby podano mu dane wszyst­kich osób ze spisu z oko­lic Dal­las. Co dziwne, pomimo wiel­ko­ści mia­sta nie poja­wiły się tu żadne nazwi­ska. Ran­kiem 12 listo­pada ponow­nie spraw­dził, czy wyło­niły się jakieś nowe infor­ma­cje27. Nic.