Wydawca: Dowody na istnienie Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie ebook

Aleksandra Pezda  

4.53846153846154 (39)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 247 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie - Aleksandra Pezda

Dlaczego obowiązujące u nas prawo jest martwe? Dlatego pacjenci stosujący medyczną marihuanę stają się przestępcami? Aleksandra Pezda podejmuje w swoim reportażu temat, który dotyczy milionów z nas. Dociera do chorych, do ich bliskich i do lekarzy. Przygląda się mechanizmom, które sprawiają, że zdesperowani rodzice stają się przemytnikami, a ciężko chorzy ludzie są sądzeni jak zbrodniarze.

Astma. Choroba Leśniowskiego-Crohna. Padaczka lekooporna. Stwardnienie rozsiane. Migrena. Nowotwory. Przewlekłe bóle. Lista chorób, w leczeniu których stosuje się medyczną marihuanę, jest długa. Ale medyczna marihuana to w Polsce temat tabu. Większości kojarzy się z odurzaniem, nie leczeniem. Teoretycznie od 2017 roku marihuana do celów medycznych jest w Polsce legalna.

Ale prawo jest martwe.

Dlatego pacjenci stają się przestępcami. Bo państwo, jak mówi jeden z nich, niekoniecznie chce ich leczyć, za to za wszelką cenę chce ich utrzymać w trzeźwości.
Aleksandra Pezda dociera do chorych, do ich bliskich, do lekarzy w Polsce i za granicą. Przygląda się mechanizmom, które sprawiają, że zdesperowani rodzice stają się przemytnikami i że ciężko chorzy ludzie są wyprowadzani z domu w kajdankach i sądzeni jak zbrodniarze.

To niezwykle aktualny reportaż interwencyjny na temat, który dotyczy milionów z nas - choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Opinie o ebooku Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie - Aleksandra Pezda

Fragment ebooka Zdrowaś Mario. Reportaże o medycznej marihuanie - Aleksandra Pezda

Fermelisie!

Cud marihuany

Rok temu, kiedy Aleksandra Pezda zaczynała pisać tę książkę, powiedziałem jej, że chętnie ją wydamy w Dowodach na Istnienie. Ponieważ jestem wielkim zwolennikiem medycznej marihuany i przeciwnikiem hipokryzji, jaka u nas w tej sprawie panuje. To karygodny przykład tego, jak władza nie liczy się z odczuciami i potrzebami ludzi.

Bardzo Bliska mi Osoba choruje na stwardnienie rozsiane. Znam tę chorobę od dawna, towarzyszy mojemu życiu. Nie mógłbym spojrzeć w lustro, gdybym nie pomógł Bardzo Bliskiej mi Osobie w zdobyciu konopi. Za pierwszym razem spróbowaliśmy stworzyć w domu amatorskie lekarstwo – ciasteczka z marihuaną. Zero skuteczności. Potem przyniosłem skręty. Bardzo Bliska mi Osoba zapaliła pierwszego. W ciągu dwudziestu minut stał się cud. Wstała o własnych siłach z fotela, bez kul. I bez żadnej pomocy przeszła przez pokój. Nogi nie były już z drewna. Nawet zaczęła wykonywać taneczne ruchy. Niestety, smród wypalonych skrętów intensywnie rozchodził się po klatce schodowej, a Bardzo Bliska mi Osoba przez dwa tygodnie odnosiła wrażenie, że ma spalony przełyk. Marihuanowe skręty nie są dla niej. Spróbowaliśmy z waporyzatorem – poprzez wdychanie. Pojawiły się kaszel i alergia gardła na opar. Może lepiej zadziałałby olej RSO – ale jego też nie da się legalnie zdobyć…

Czy ktoś mi odpowie na pytanie, dlaczego w polskich aptekach nie możemy kupić odpowiedniego lekarstwa z marihuany, które nie narażałoby mnie na poniżające szukanie go u dilerów? I obawę przed procesem, który w wersji optymistycznej skończy się wyrokiem w zawieszeniu? Tak, takie mogą być tego skutki.

Żeby uprzedzić hejterskie opinie nieuświadomionych w kwestii konopnego leczenia obrońców morale narodu polskiego, którzy mogą mi zarzucić, że jestem lewakiem, co tylnymi drzwiami chce wprowadzać narkotyki do obiegu, wyjaśniam: nie używam narkotyków, nie palę papierosów, prawie nie piję alkoholu. Narkotyki nie są mi potrzebne do życia i jestem im przeciwny. Co innego leczenie marihuaną – ono nie ma nic wspólnego z paleniem rekreacyjnym czy z dążeniem do bycia na haju. Jest ratunkiem.

I o taki ratunek chciałbym zawalczyć, póki Bardzo Bliska mi Osoba jeszcze żyje.

Minął rok. Czytam książkę Aleksandry Pezdy i wiem już, że jest w Polsce zarejestrowany jeden jedyny lek na bazie marihuany – Sativex, i pomaga właśnie przy stwardnieniu rozsianym. Nie działa na padaczkę dziecięcą, na ból też średnio pomaga, ale na spastykę kończyn – powinien. Doświadczenia z nim chorzy mają małe, bo go nie kupują. Dawka miesięczna kosztuje trzy tysiące złotych, apteki więc go nie sprowadzają – koło się zamyka. Spytałem kilkoro znajomych Bardzo Bliskiej mi Osoby, którzy również chorują na SM, czy słyszeli, że jest dla nich konopny środek, który może polepszyć jakość życia? Nikt o nim nie słyszał. Jedna ze znajomych opowiedziała, jak neurolog w średniej wielkości mieście upierał się, że takie „rewelacje lecznicze to tylko w Holandii…”. Ta książka może być więc także pożyteczna dla środowiska medycznego.

A co z innymi chorymi? Nowotwory, glejaki, epilepsje, leśniowski-crohn…

Polska mówi Wam: męczcie się i umierajcie!

Mariusz Szczygieł

Rozdział IKryminalista

Do stolarni wpadli po drodze, by dogadać kształt frezu nad lustrem i obejrzeć stół, pierwszy własnoręcznie wystrugany przez Karola mebel. Stamtąd mieli jechać po zakupy do dziecięcego pokoju. Kubuś skończył roczek, następne dziecko było już w drodze. Córeczka.

Pokręcili się chwilę, wreszcie Magda zdecydowała:

– Pakujemy się, czekam w aucie.

Wszedł na piętro. Lekko odpiął suwak namiotu, słusznie w ulotce producent zachęcał: „Gwarantuję łatwy dostęp. Niezależnie od tego, czy hodujesz pomidory czy zioła”.

Karol Rogulski z Bydgoszczy nie hodował pomidorów. Patrzył na swoje siedemnaście krzaków marihuany z dumą i czułością. Trochę go to krępuje, ale musi przyznać, że lubił tę uprawę. Jego „dziewczynki”, jak je nazywa, pięły się w górę szybko i posłusznie.

Dbał o nie przepisowo: zamontował najlepsze, wydajne lampy sodowe, skrupulatnie pilnował temperatury i podlewania, wentylatory chodziły non stop. Nawet policja to pochwaliła. W materiale prasowym, poświęconym w całości Karolowi, funkcjonariusze napisali z ujmującą szczerością: „Zakazane rośliny rosły w doskonałych warunkach. Uprawa była odpowiednio naświetlana, nawadniana, wentylowana i nawożona”.

W tych doskonałych warunkach Karol wypracowywał dla siebie prognozę na najbliższy czas: do ośmiu lat więzienia za posiadanie znacznej ilości narkotyków, a gdyby się udało udowodnić, że narkotyki przetwarzał czy nimi handlował, może i do piętnastu lat.

W tamten czwartek jednak, na początku kwietnia 2014 roku, Karol nie wiedział jeszcze, że policja go pochwali. Jeszcze planował, że za tydzień zetnie kwiaty, wysuszy je, a potem zapali sobie skręta. Wyszło tego sporo jak na domową uprawę: kilkaset gramów, może kilogram. Zużywał wtedy około trzech gramów dziennie – zawartość sześciu średniej wielkości jointów.

Dla przeciętnego człowieka to patologia. Nie zachwyci się kwiatami marihuany ani nie ulituje nad ćpunem. Wymiar sprawiedliwości też traktuje takiego jak przestępcę, a wręcz zbrodniarza – na sali sądowej funkcjonariusze i biegli przeliczą zawartość namiotu na dilerskie działki i wyjdzie na to, że odkryli poważną wytwórnię narkotyków.

Obiektywnie tak to trzeba ocenić. A gdyby spojrzeć z perspektywy Karola?

Na niego zapadł już jeden wyrok – dziesięć lat wcześniej i nie za uprawę marihuany. Brzmiał: choroba Leśniowskiego-Crohna.

Najkrócej: to znaczy, że jelita źle działają. Wzdęcia, biegunki i duszący ból dyrygowały życiem Karola przez lata. Codziennie bez ustanku zmagał się z nieznośnym uczuciem, jakby na brzuchu stanął mu ciężarowiec, a jego mięśnie musiały go utrzymywać i bronić trzewi przed zgnieceniem.

Zjadł kawałek chleba – kolka, spróbował ziemniaka – to samo. Nawet woda mu szkodziła. Po kolei wykluczał z diety makarony i kasze, o mięsie nie było mowy.

– Był taki rok, który przetrwałem wyłącznie na kleiku ryżowym. Dorzucałem do niego suszone warzywa albo kapkę miodu, ale tylko kapkę, bo cokolwiek ponad to kosztowało mnie męczarnie – wspomina.

Najgorsze były wyczerpujące i wyniszczające biegunki – ponad trzydzieści razy w toalecie. Spędzał tam dnie i noce.

Schudł, stracił siły.

Kiedyś przed świętami postanowił zarobić na sprzedaży karpi. Kupili z kolegą pół tony ryb, przywieźli, rozłożyli namiot i zaczęli handel. Liczyli na poważny zastrzyk kasy.

– Pracowałem wtedy, jak się da i gdzie się da: w Auchanie, jako monter w różnych firmach i w takiej firmie od rusztowań. Nie sądziłem, że mnie jakakolwiek robota przerośnie. Przy karpiach było trochę pracy fizycznej, ale dla dwóch facetów około trzydziestki to powinien być lajcik do przeżycia.

Tymczasem już po godzinie zniosło go do toalety. Dotarł tam na czworakach i padł z bólu. Do nieprzytomnego Karola rodzina ściągnęła karetkę. W takim samym tempie kolejnych kuzynów do obsługi straganu z jeszcze żywymi rybami. Tak skończyła się wizja szybkiego dorabiania i pracy fizycznej, do której powinien być zdolny każdy facet w jego wieku.

W wyroku Karola był jeszcze jeden punkt. Samotność.

Karol:

– Gdyby w Wikipedii wpisać hasło „izolacja”, na pewno wyskoczyłoby tam moje nazwisko.

Zamknął się w domu, a konkretniej – w toalecie. Na początku koledzy dzwonili, wypytywali, mówili, że musi wychodzić. Wreszcie o nim zapomnieli. Nawet przypadkowe spotkania stały się krępujące – głośne bulgotanie i przelewanie w brzuchu to przecież straszny obciach. Tylko Magda przy nim trwała.

Standardowe leczenie zaczął po diagnozie w 2009 roku. Brał antybiotyki, sterydy, immunostymulatory, leki biologiczne – w sumie przeszedł kilka różnych terapii farmakologicznych, w tym te najnowszej generacji. Bez poprawy. Kto zna chorobę Leśniowskiego-Crohna, ten wie, że na dłuższą metę nic nie działa.

W kolejnym roku leczenia chirurdzy wycięli Karolowi część jelita cienkiego i grubego, na dwanaście miesięcy założyli stomię. Na początku to była męka: zwrot każdego posiłku, a z drugiej strony – brak naturalnej akcji, dlatego na przykład trzeba było z niego wypompować siedem litrów pokarmu rurką do gastroskopii. I ponownie na stół. Coś tam poprawili, żeby po raz kolejny w życiu musiał uczyć się jeść i trawić. Trzecia operacja – zespolenie jelita i usunięcie stomii. I spokój.

Na pół roku, potem znowu objawy.

Przestał liczyć na nowe pomysły lekarzy. Nie myślał, że coś go jeszcze czeka w życiu – poza tym, co może się wydarzyć za progiem łazienki.

Kiedy już całkiem stracił nadzieję, wpisał w Google’a: „alternatywne źródła leczenia leśniowskiego-crohna”. Wśród wyników były: aloes, mięta pieprzowa, wiąz. I marihuana.

Pierwszego skręta zapalił u siostry, w Austrii. Marihuana jest tam nielegalna, nie można jej hodować, kupować ani posiadać. Ale można się nią legalnie leczyć. Siostra znalazła mu lekarza, kupili trawkę. Oficjalnie, nie w torebce strunówce od dilerów, tylko w aptece – w żółtym kartoniku, jak inne leki. Zapalił i… zadziałało!

– Brzuch się zrobił miękki, przestało bulgotać, toaleta zeszła na dalszy plan. Tego dnia byłem w niej cztery razy, a nie trzydzieści cztery jak zwykle.

Zaszalał i najadł się kiełbasy. I nic. Nic! Nagle do niego dotarło, że te dziesięć lat duszącego bólu, sraczek, które trzymały go na klopie dzień i noc, wszystko to tylko stracony czas. I po co mu były te cztery przetoki w miejscu, o którym nie rozmawia się w towarzystwie? Wystarczyło zapalić skręta.

Nie przeprowadzano badań klinicznych – takich na dużej populacji, w losowo dobieranych grupach, z tak zwaną podwójną ślepą próbą i placebo. Oficjalnie medycyna mówi więc: nie ma dowodów na to, że marihuana pomaga w leczeniu choroby Leśniowskiego-Crohna. Podobnie jak w przypadku innych chorób i dolegliwości lekarze stosujący marihuanę do celów medycznych opierają postępowanie na indywidualnych historiach i obserwacjach grup pacjentów, odwołują się do prób laboratoryjnych i badań na zwierzętach.

Mamy w literaturze medycznej przykład dwudziestotrzylatki z USA, opisany w 1990 roku przez lekarzy z kliniki w New Hampshire1. Paliła marihuanę w stanach zaostrzenia choroby raz lub dwa razy dziennie. Pomagało. Nie bardzo jej się to podobało, nie lubiła haju, ale kiedy przestawała palić, objawy wracały.

Albo w Izraelu – w 2011 roku opublikowano wyniki obserwacji trzydziestu pacjentów, którzy chorowali średnio ponad jedenaście lat. Palili, wdychali lub przyjmowali w postaci oleju marihuanę w okresie od trzech miesięcy do dziewięciu lat. Wszyscy utrzymywali, że przynosi im ulgę w chorobie. Większości lekarze mogli zmniejszyć liczbę podawanych leków chemicznych lub w ogóle je odstawić. U wielu z tych pacjentów marihuana przyniosła znaczącą poprawę w klinicznym obrazie choroby.

Ci sami lekarze powtórzyli badania w 2013 roku, ale dołożyli próbkę placebo – jedenastu pacjentów paliło trawkę, a dziesięciu papierosy bez marihuany. Badanie potwierdziło obserwacje z poprzedniego – marihuana poprawia stan chorych i znosi wiele objawów choroby, efekt placebo nie wpłynął znacząco na ten obraz.

Choroba Leśniowskiego-Crohna jest wskazaniem do medycznego stosowania marihuany w wielu stanach USA, choć nie we wszystkich spośród tych dwudziestu dziewięciu, w których zalegalizowano medyczną marihuanę. Znalazła się też na liście chorób, które uprawniają pacjentów do wystąpienia o licencję na takie leczenie w Izraelu, gdzie terapii marihuaną poddawanych jest oficjalnie trzydzieści cztery tysiące osób.

Zdaniem naukowców substancje, które zawiera marihuana, pomagają w tej chorobie na kilka sposobów. Działają przeciwzapalnie, inicjują proces leczenia mechanicznych uszkodzeń nabłonka jelit, uspokajają motorykę przewodu pokarmowego i mięśnie jelit, hamują poziom substancji cAMP, która powoduje wydzielanie do jelita cienkiego zbyt dużej ilości płynów (stąd właśnie biegunki i ryzyko odwodnienia)2.

Karol tego wszystkiego nie wiedział, ale nie miał wątpliwości: palił – nie miał bólu i biegunek, nie palił – koszmar wracał. To mu wystarczyło. Było jak początek nowego życia. Kiedy więc kartonik od austriackiego lekarza zaświecił pustkami, zaczął kupować marihuanę od lokalnych dilerów. Nic trudnego – wychodzisz przed blok, chwilę gadasz z małolatami, którzy spędzają całe dnie na podwórku, i już wiesz, kto sprzedaje i za ile.

Problem w tym, że jointy z czarnego rynku były doprawione.

– Po brudnej marihuanie miałem silny, głęboko narkotyczny i nieprzyjemny haj. Nic po tym nie mogłem robić – wspomina Karol. – Wielkie wory pod oczami, spowolnione myślenie. Poza tym to nie do końca się spalało, zostawał jakiś kamień, nie czysty popiół. Nie miałem pewności, co to jest i czy w ogóle działa leczniczo.

Jeden gram kosztował czterdzieści złotych, a Karol doszedł do pięciu dziennie. Palił, wdychał z parą wodną, przyjmował w ekstrakcie. Dziś wie, że to za dużo, że dawki mogły być mniejsze, też by działało. Tak czy inaczej, na marihuanę musiałby wydawać kilka tysięcy miesięcznie, a miał niespełna siedemset złotych renty.

– Urodził mi się syn, nie chciałem dłużej utrzymywać dilerów. Postanowiłem uprawiać konopie na własną rękę.

Zaczął od czterech roślin na parapecie, ale się nie przyłożył, nie doświetlił i nic nie wyrosło. Dopiero druga próba przyniosła efekty i pierwszy własny susz konopny. Wtedy postanowił kupić namiot.

– Potrzebowałem więcej roślin, żeby wyrabiać ekstrakt. Jest mocniejszy, a ja uważam, że jak walić w chorobę, to z dużej armaty.

Namiot miał ponad dwa metry wysokości i tyle samo długości. Do tego wyposażenie – kosztowało kilka tysięcy złotych. Zapożyczył się u znajomych, spłacał ich potem z kredytu. Konopie uprawiał w budynku na obrzeżach miasta, który mu udostępnił ojciec Magdy. Mieli tam otworzyć własną działalność, teść sfinansował również maszynę stolarską.

Na parterze tego domu, w stolarni, kwitło życie oficjalne, a równolegle na piętrze Karol stawał się coraz poważniejszym gangsterem.

Tamtego czwartku, na początku kwietnia 2014 roku, wszedł na piętro, by podlać rośliny. Spieszył się, bo Magda czekała na dziedzińcu z dzieckiem, a rano były jeszcze przymrozki – nie chciał, żeby zziębli.

Usłyszał w korytarzu ruch, wyjrzał z namiotu. Czarny zraszacz mógł się w półmroku skojarzyć z pistoletem, pewnie dlatego antyterroryści oszaleli.

– Na ziemię! – wrzasnęli.

Magda zdążyła już zapiąć synka w foteliku, czekała na miejscu dla pasażera. Kątem oka złapała czarne sylwetki biegnące wzdłuż budynku… z bronią?! Chwyciła za klamkę, ale któryś już zdążył zablokować drzwi. Synek zachichotał, bo coś się działo.

Było jak w klasycznym programie telewizyjnym o skutecznej policji: dużo ludzi, trochę krzyku, kamera pracuje, a pokazowy materiał ląduje w sieci. Na filmiku bujają się dorodne kwiaty marihuany, słychać szum wentylatora. Funkcjonariusze w kominiarkach prowadzą Karola do samochodu, filmowy raster zasłania jego twarz. I jeszcze kadr na plastikowe torby z Rossmanna i Biedronki z policyjnym łupem – liśćmi i łodygami, które wpłyną na wysokość kary w akcie oskarżenia.

Magda też miała swój show. Bez kamery, ale i tak niezapomniany: idzie do mieszkania z dzieckiem na ręku, po bokach policjanci z psem tropiącym. Sąsiadom opadły szczęki.

Magda wzdycha:

– Taki wstyd! Ojciec kryminalista, matka głupia, bo się z takim zadaje i jeszcze mu dzieci rodzi. Patologiczna rodzina.

Tak musiał o nich myśleć kuzyn policjant. Są przekonani, że to on doniósł. Krótko przed zatrzymaniem często zaglądał do ich stolarni. A to deskę chciał przyciąć, a to akurat był w okolicy. Przyłapali go nawet, jak buszował na piętrze, kiedy Karol heblował na dole. Ciągle dzwonił i wypytywał, czy Karol jest w domu, czy może w stolarni. Po zatrzymaniu już się u nich nie pokazał. Może mu się to przydało w pracy. A może po prostu wierzył, że szeryf jest zawsze dobry, a gangster to samo zło.

Scenariusz ich osobistego kryminału Karol i Magda omawiali nieraz, mieli to przećwiczone.

– Co robisz w razie, gdyby mnie zamknęli?

– Biorę papiery ze szpitala, idę do adwokata.

– Co on powie?

– Żebym dała spokój, bo medyczna marihuana to ściema.

– A ty co na to?

– Będę się upierała, aż weźmie papiery.

Dlatego gdy policjanci wyszli z mieszkania, Magda od razu umówiła się z adwokatem.

Kiedy opowiadała mu o chorobie, pobłażliwie się uśmiechał. Co innego bronić drobnego dilera, a co innego robić z siebie durnia i udowadniać, że marihuana ma właściwości lecznicze.

– Okej, pokażemy to w sądzie, na razie niech je pani zabierze – uciął.

To się mieściło w scenariuszu. Ale Magdzie chodziło o to, żeby Karola nie wsadzili na trzy miesiące do aresztu. Zwłaszcza teraz, kiedy drugie dziecko szykowało się na świat. Temu służył cały ich plan. Uczyli się go na pamięć, odkąd Karol zaczął uprawiać konopie, i zrozumieli, że proces jest prawdopodobny.

Tego dnia, kiedy Karol miał być transportowany na przesłuchanie, ustawiła się z wózkiem i brzuchem pod drzwiami prokuratury. Zamierzała wcisnąć mu te dokumenty do ręki, kiedy go będą prowadzili do budynku. Czekała. Marzła z dzieckiem już dwie godziny, a Karola nie przywozili. Zamiast niego nadszedł adwokat. Drugi raz już jej nie odmówił. Wziął dokumenty i obiecał przekazać prokuratorom.

– Spisują moje zeznania. Mówię o chorobie, oczywiście nie wierzą – wspomina Karol. – Na to wchodzi kolejny prokurator, wymachuje moimi dokumentami i mówi: „On się naprawdę leczy”.

Karol wyszedł z dołka po dwudziestu czterech godzinach.

Oczywiście, że stanął przed sądem. Uprawa marihuany jest nielegalna, a plony Karola zbyt imponująco rokowały. Gdyby miał tych konopi mniej, prokurator mógłby uznać, że to niska szkodliwość czynu. Nikt nigdzie jednak nie napisał, ile to jest mało narkotyków, a ile dużo. Zdaniem policyjnego biegłego z siedemnastu roślin Karola można było uzyskać co najmniej osiemset pięćdziesiąt działek marihuany. Dodatkowo kiełkujące w doniczkach nasiona mogły dać kolejnych sześćdziesiąt jeden roślin – według biegłego trzy tysiące pięćdziesiąt porcji handlowych. Trudno się upierać, że to mało. Nikt tych działek nie przeliczał na liczbę dni bez bólu w życiu pacjenta, Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii została przecież napisana, żeby ścigać gangsterów – dilerów.

Ostatecznie Karol odpowiadał nie za to, co rosło, lecz za to, co już się nadawało do użycia, a więc za ponad trzysta gramów liści i łodyg w foliowych torbach i cztery gramy suszu znalezione przez policjantów w jego aucie. To wystarczyło do oskarżenia go o uprawę znacznej ilości konopi. Można za to pójść do więzienia na sześć miesięcy, ale można i na osiem lat.

Wysokość kary wzrosła, kiedy sędzia sądu rejonowego uznał, że inny paragraf będzie bardziej adekwatny – ten o wytwarzaniu znacznej ilości środków odurzających w celu osiągnięcia korzyści majątkowej. Czyli od trzech do piętnastu lat więzienia, już nie za przestępstwo, tylko za zbrodnię. O winie Karola miał decydować sąd okręgowy.

– Pierwsze pytanie sędziego brzmiało: „Czy pan to konsultował z lekarzem prowadzącym?” – Karol wspomina proces. – Oczywiście, że nie konsultowałem, żaden z moich lekarzy o niczym nie wiedział. Nie mogłem ich wciągać, przecież to w Polsce nielegalne.

Na szczęście lekarka, która prowadziła go w szpitalu, przyznała przed sądem: „Wiem, że prowadzone są badania, w których pacjenci mogą przyjmować ekstrakt z konopi indyjskich, i są doniesienia, że specyfiki te mogą łagodzić objawy choroby”.

Obrońca Karola ściągnął z Warszawy neurologa Marka Bachańskiego, który już wtedy stosował marihuanę w leczeniu dzieci z padaczką lekooporną, co zresztą przypłacił utratą pracy w Centrum Zdrowia Dziecka. Bachański pamięta tę sprawę, mówi mi o niej:

– Gastroenterologia nie jest moją dziedziną, musiałem sprawdzić doniesienia naukowe. Były pozytywne. Przejrzałem również dokumentację medyczną pana Karola, zauważyłem wyraźną poprawę wyników w trakcie zażywania marihuany.

Powtórzył to w sądzie.

Magda też zeznała:

– Odkąd został zatrzymany i nie pali, jego stan zdrowia się pogorszył.

Bilans: dwa lata rozpraw w sądzie dwóch instancji i w apelacyjnym. Dwa lata niepewności. Dzień za dniem proces dryfował od akcji: „Zamknąć groźnego gangstera”, do dylematu: „Co zrobić z chorym oskarżonym?”.

Wreszcie Sąd Okręgowy w Bydgoszczy wziął pod uwagę wszystkie okoliczności i nadzwyczajnie złagodził karę. Uznał, że Karol uprawiał i wytwarzał narkotyk na własny użytek, w związku z „poważnymi dolegliwościami zdrowotnymi (…), które wiążą się też z negatywnymi następstwami w sferze psychicznej”. Sąd przyznał również, że „zażywanie marihuany miało korzystny wpływ na stan zdrowia oskarżonego, przynoszący ulgę większą niż stosowane konwencjonalnie środki medyczne”, a przecież – zauważył – wykorzystywać marihuanę w celach medycznych legalnie jest w Polsce „niezwykle trudno”.

Wyrok brzmiał: półtora roku więzienia z zawieszeniem na trzy lata, dozór kuratora i pięćset złotych grzywny.

Prokurator wnioskował standardowo, żeby w okresie próbnym, czyli zawieszenia kary, zakazać Karolowi zażywania narkotyków. Sąd jednak wyjątkowo się nie przychylił do tego wniosku. To na długi czas zamknęłoby Karolowi ewentualną możliwość stosowania leczniczej marihuany, a nie można wykluczyć, że prawo się zmieni i użycie do celów medycznych zostanie zalegalizowane – argumentował zapobiegliwie sędzia.

– Obrońca mówił: „Bierz ten wyrok, nie ryzykuj apelacji” – wspomina Karol. – Jednak miałem małe dzieci. Wiadomo było, że będę palił, bo od tego zależało moje samopoczucie, a właściwie życie. Trzy lata to długo, nie chciałem ryzykować, że mi się wyrok odwiesi i prosto od pieluch pójdę siedzieć. Odwołałem się.

15 czerwca 2016 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku po raz kolejny wziął pod uwagę czynniki „łagodzące po części przestępcze działanie oskarżonego” i dodatkowo obniżył mu wymiar kary. Ostateczny wyrok: rok więzienia z zawieszeniem na rok.

Biorąc pod uwagę ilość narkotyku znalezionego u Karola, ten wyrok to sukces. Spójrzmy jednak na Karola w tamtych dniach – trzydzieści jeden lat, wyrok w sprawie karnej, łatka kryminalisty. W sądowych papierach taka szufladka: „niepracujący rencista z uposażeniem 670 złotych”.

Karol jest daleki od myślenia o sukcesie:

– Utrzymuje mnie przy życiu zwykłe ziele, które urośnie bez dbałości nawet na polu czy w lesie. Ale ktoś wymyślił kiedyś, że to ziele będzie nielegalne.

Rozdział IIBez dostępu

Dlaczego sąd w Bydgoszczy oparł się zwyczajowej procedurze i nie zakazał Karolowi zażywania narkotyków? Może to była nadzwyczajna intuicja, może po prostu sędzia wiedział, że niespełna pół roku przed wydaniem decyzji, w lutym 2016 roku, poseł Piotr „Liroy” Marzec złożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii.

Liroy, były raper z Kielc, wszedł do Sejmu z ugrupowania Kukiz’15. Słynął z zamiłowania do marihuany i kontaktów z ruchem Wolne Konopie, który od lat walczy o legalizację marihuany. Jednak tym razem Liroy skupiał się nie na rekreacyjnych walorach konopi, tylko na konsekwentnej walce o ich legalizację do celów leczniczych. Wsparł Koalicję Medycznej Marihuany – zawiązany w 2015 roku społeczny ruch pacjentów, lekarzy, naukowców, instytucji pozarządowych, dziennikarzy i społeczników. Liderką ruchu została Dorota Gudaniec, nieznana dotąd bizneswoman z Wrocławia. Walczyła o dostęp do marihuany dla swojego syna – chorego na lekooporną padaczkę, wówczas niespełna sześcioletniego Maxa.

Gudaniec już zbierała podpisy pod projektem legalizacji marihuany do celów medycznych, żeby go złożyć w Sejmie w ramach inicjatywy obywatelskiej. Wcześniej nie angażowała się społecznie, w 2015 roku ruszyła jak petarda. Założyła blog, pojechała na Woodstock, organizowała protesty, pisała do posłów. Była na wszystkich posiedzeniach sejmowych komisji – kiedy jedno się zakończyło, już wciskała się na następne. Niezmordowanie szła do wszystkich mediów, które tylko ją zaprosiły, i pokazywała filmy z własnym dzieckiem w trakcie ataku padaczki oraz jak się uspokaja po podaniu czopka z konopi.

– Nie bójcie się marihuany – mówiła.

Ale nie udało się jej skompletować wymaganych stu tysięcy podpisów. Liroy przekonał więc kilkunastu posłów i złożył ten sam projekt jako inicjatywę poselską.

Koncepcja zakładała raj. Dla pacjentów, nie dla konsumentów rekreacyjnych oczywiście. Miały powstać społeczne kluby, w których skupieni hodowcy lub grupy pacjentów – po uzyskaniu państwowej licencji – mogliby uprawiać marihuanę. Odpowiednio dobrane szczepy roślin, produkt w postaci wymaganej przez konkretnego pacjenta i dostosowany do jego choroby: napar, maść, krople, susz. Wszystko jednak na receptę, ściśle reglamentowaną i elektronicznie kontrolowaną przez centralny system e-recept. Ten system miał też bronić szczelności upraw, tak żeby jakieś nadmiarowe rośliny nie dostawały się na czarny rynek. Hipisowski idealizm? Nie. Proste rozwiązanie, stosowane w USA.

Odpadło w zderzeniu z polską narkofobią.

W Sejmie przeciw projektowi walczył wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki.

– Trzeba tę kwestię rozwiązać inaczej. Wówczas mielibyśmy gwarancję, że marihuana, która jest najpopularniejszym narkotykiem wśród polskiej młodzieży, nie wyjdzie poza naprawdę potrzebujących – tłumaczył.

W poprzedniej kadencji, jeszcze jako działacz opozycji, Jaki był gorącym zwolennikiem legalizacji marihuany do celów medycznych, zgłosił nawet własny projekt.

Nowelizacja Koalicji i Liroya utknęła w Sejmie na półtora roku. Biuro legislacyjne odkryło rzekomą niezgodność z unijnymi przepisami. Nie było odpowiedzi otwarcie negatywnej, ale również nikt nad projektem nie pracował. Wydawało się, że nic już tego nie ruszy. Nawet poufne spotkanie Doroty Gudaniec z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim, które z pomocą wicepremiera Jarosława Gowina zaaranżował Liroy.

Na początku kwietnia 2016 roku przez pół godziny Gudaniec, wspierana przez prawnika i lekarza, tłumaczyła prezesowi Kaczyńskiemu, czym jest marihuana i że można nią leczyć. Memy z pytaniem: „To marihuana jest z konopi?”, które zadał Kaczyński prawie dziesięć lat wcześniej, wyszły już z obiegu. Gudaniec mogła więc błysnąć w mediach nowym bon motem prezesa. „Jak pomaga, to dlaczego nie możemy zalegalizować?” – tak podobno zareagował Kaczyński, kiedy usłyszał relację matki, której syn z trzystu napadów padaczkowych dziennie zszedł do kilku w miesiącu. Dzięki marihuanie.

Prezes powiedział też, że jeśli ustawa legalizująca medyczną marihuanę może pomóc „choćby jednemu dziecku”, to „trzeba to zrobić”, i dodał, że stosowanie marihuany w kontekście leczenia go nie przeraża. Jednak gdy już całkiem zadowoleni i mile zaskoczeni goście wychodzili, prezes rzucił, tak dla jasności: „Ale miękkich narkotyków nigdy nie zalegalizuję!”.

I sprawa ucichła.

Do czasu, aż w połowie sierpnia 2016 roku Tomasz Kalita – były rzecznik SLD i były rzecznik sztabu Magdaleny Ogórek w wyborach prezydenckich – umieścił na swoim profilu na Facebooku wstrząsające wyznanie: „Od kiedy wiem, że mam wielopostaciowego glejaka, życie całkowicie się zmieniło. Doceniam je jak nigdy wcześniej. Ponoć pomaga olej z marihuany. To straszne, że aby zrobić w mojej sytuacji wszystko, co możliwe, musiałbym łamać prawo. Oby mój post dał rządzącym do myślenia”.

Nie dał do myślenia rządzącym tak szybko, bo krótko po coming oucie Kality ówczesny minister zdrowia Konstanty Radziwiłł przekonywał na konferencji prasowej: „Mam nieodparte wrażenie jako obywatel, że jakieś nadzwyczajne zainteresowanie tymi właśnie substancjami ma drugie dno i jest rodzajem promocji tego miękkiego narkotyku. Marihuana jest środkiem niebezpiecznym i nie może być mowy o tym, aby była udostępniona wszystkim na zasadach takich jak witamina C (…). Bo będziemy zbierać jakieś dramatyczne żniwo”3.

Kalita miał jednak wsparcie SLD. Przygotowali kolejny projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, nazwali go roboczo „ustawą Kality” i złożyli w Sejmie. Cała Polska obserwowała starania o tę ustawę zmienionego chorobą Kality. Był po ciężkiej operacji i rehabilitacji, spuchnięty po sterydach, osłabiony chemioterapią, z trudem chodził. Bardziej wiarygodnego rzecznika sprawy nie można sobie wyobrazić. I bardziej tragicznego. Reprezentował teraz nie lansujących się polityków, ale chorych. Walczył o sprawę, mimo że pozytywnego finału mógł po prostu nie doczekać.

Tak to tłumaczył: „Kiedy czytam ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii, mam ciarki. Za posiadanie medycznej marihuany grozi mi kilka lat więzienia. A za sprowadzenie jej do kraju – aż piętnaście. (…) Jestem legalistą, kocham prawo i nie zamierzam go łamać. Tylko że w walce o zdrowie trzeba latać po dilerach. Wspierać czarny rynek, choć wcale się tego nie chce”4.

W październiku Tomasz Kalita, mimo fatalnej kondycji, stawił się przed Sejmem na manifestacji w sprawie medycznej marihuany. Tuż po niej prezydent Andrzej Duda zaprosił jego i jego żonę Annę do Pałacu Prezydenckiego. Fotoreporterzy pstrykali zdjęcia – Kalita wręcza pierwszej damie hortensje, prezydent pochylony do przodu, jakby szczerze zainteresowany, obie panie w skromnych czarnych sukienkach.

– To było naprawdę wartościowe spotkanie i cieszę się bardzo, że prezydent chce pomóc – mówił Kalita mediom. Z ust prezydenta Dudy nie padły konkretne deklaracje. Powiedział jednak, że należy pomóc w tej kwestii chorym i cierpiącym.

Po śmierci Tomasza Anna Kalita wypominała w wywiadach prezydentowi Dudzie, że nie dotrzymał słowa. Powiedziała to również innym politykom. Że nie spieszyli się z rozwiązaniami, nie zrobili nic, żeby jej mężowi przedłużyć życie albo żeby chociaż mógł odejść bez bólu i z godnością, co byłoby realne, gdyby miał prawo do leczenia się marihuaną.

Tomasz Kalita zmarł 16 stycznia 2017 roku, sześć miesięcy po diagnozie. Miał trzydzieści siedem lat. Nie brał marihuany, chociaż w wywiadach przyznawał, że dostał wiele dilerskich propozycji.

Projekt, a tak naprawdę testament Kality, przepadł w Sejmie miesiąc po jego odejściu – odrzuciła go na wniosek Ministerstwa Zdrowia sejmowa komisja do spraw petycji. Wywarta przez Kalitę presja i jego zaangażowanie zadziałały. Bo w komisji zdrowia ruszyły znowu prace nad propozycją Koalicji Medycznej Marihuany i Liroya.

PiS obstawał jednak przy zakazie upraw krajowych, dlatego wpisał do projektu import suszu. Nie dał tym samym zgody na uprawianie przez pacjentów konopi na własny użytek i wytwarzanie z nich preparatów dla siebie i zgodnie z własnymi potrzebami. Wszystko, byle zapobiec ewentualnemu „wyciekowi” legalnego suszu na czarny rynek rekreacyjny. To przesądziło o tym, że po pierwsze – na konopie w aptekach trzeba będzie jeszcze długo poczekać, po drugie – nie będzie to z całą pewnością tania kuracja.

22 czerwca 2017 roku Sejm przegłosował wreszcie nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, która zalegalizowała marihuanę do celów medycznych. Tylko dwoje posłów było na nie – Beata Kempa i Zbigniew Ziobro. Minister sprawiedliwości tłumaczył swoją postawę z sejmowej mównicy jeszcze przed głosowaniem:

– Marihuana, podobnie jak morfina, może być używana do celów medycznych, ale generalnie to narkotyk, który szkodzi.

Poparcie uzależnił od tego, czy uzyska pewność, że powstanie rozporządzenie, które zablokuje przyszłym ministrom zdrowia możliwość złagodzenia rygorów tej ustawy. Takiej ewentualności oczywiście brak, stąd negatywny głos Ziobry w głosowaniu.

Zmiany wprowadzone do ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii weszły w życie 1 listopada 2017 roku. Zakładają, że konopie, a w praktyce susz z konopi, będzie mogła importować do Polski firma, która uzyska pozwolenie wydane przez prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Recepty mają wystawiać lekarze specjaliści, apteki przygotują dla pacjenta produkt w odpowiedniej postaci: suszu, wyciągu albo nalewki.

– Nareszcie pacjenci przestaną być traktowani jak przestępcy – komentowała Dorota Gudaniec.

Ale od listopada 2017 roku w sprawie znowu zapadła cisza.

Państwo polskie oficjalnie przyznało, iż wie, że można leczyć marihuaną. Jednak poza tym, że przełamane zostało konopne tabu, nie zmieniło się nic. Ponad rok po przegłosowaniu ustawy legalizacja jest bytem wyłącznie teoretycznym.

Marihuany nie ma w polskich aptekach. Żaden zagraniczny importer nie zdobył dotąd licencji. Tylko jedna firma, z Kanady, złożyła wniosek o dopuszczenie do obrotu. Na odpowiedź zgodnie z przepisami może poczekać siedem miesięcy.

Pacjenci są więc w takiej samej sytuacji jak przed legalizacją. Uprawiać na własną rękę nie mogą – to nadal przestępstwo. Posiadać marihuany do celów zdrowotnych – również nie, ponieważ nie kupią jej w Polsce legalnie. Ustawa ich nie ochroni, jeśli przywiozą susz z zagranicy, nawet na receptę – wciąż będzie to nielegalny, karalny wwóz narkotyków do kraju.

– Posiadanie marihuany do celów medycznych przestało być przestępstwem, w praktyce jednak sądy i prokuratura będą żądały dowodów od pacjenta. I można spodziewać się oskarżeń, a nawet skazań, jeśli pacjent nie przedstawi dowodów na legalność zakupu, na przykład paragonu czy kopii recepty – komentuje Jędrzej Sadowski, doktorant w Instytucie Nauk Prawnych PAN. – Działa wprawdzie art. 62a, który pozwala umorzyć postępowanie w przypadku posiadania na własny użytek nieznacznych ilości marihuany. Taką decyzję może podjąć nawet prokuratura, bez skierowania sprawy do sądu. Ale i to wymaga podstaw dowodowych, wykonania czynności policyjnych, zatrzymania osoby i narkotyków, uzyskania o niej informacji. Niezależnie od tego konsekwencją jest i tak zawsze przepadek roślin czy preparatu, słowem: pozbawienie pacjenta leku uzyskanego na własną rękę – dodaje Sadowski.

Pacjent, taki jak na przykład Karol Rogulski, mimo legalizacji medycznej marihuany nadal nie ma legalnego sposobu na przetrwanie. Albo kupuje od dilera i zostaje przestępcą, albo uprawia konopie sam i zostaje zbrodniarzem.

Rozdział IIIZrób to sam

Na spotkanie z L. umawiałam się tygodniami. Czekaliśmy, aż konopie zakwitną, poza tym trudno nam się było dogadać. Miał przy mnie popełnić przestępstwo, bał się je planować przez telefon.

Już dwa razy się zawiodłam, na innych hodowcach. Jeden obiecał mi pokazową produkcję oleju z marihuany. Czekałam dwa miesiące i przejechałam kilkaset kilometrów tylko po to, żeby usłyszeć, że jednak mi nie zaufa. Pokazywał zdjęcia. Takie same mogłam obejrzeć w internecie.

Drugi to producent z Hiszpanii, Polak. Korzysta z rozluźnienia antymarihuanowych przepisów i „zawodowo” uprawia konopie w słonecznym, południowym klimacie. Uzyskany z nich ekstrakt dostarcza polskim pacjentom w ilościach hurtowych i w cenie konkurencyjnej na czarnym rynku.

– Przyjedź – zachęcał, ale kiedy się zdecydowałam, nagle zmienił zdanie.

L. też mnie sprawdza. Czy go nie nazbyt dokładnie opiszę? Czy nikt mnie nie zmusi do ujawnienia jego nazwiska?

Produkowanie ekstraktu z konopi o wysokim stężeniu THC jest nielegalne – w Polsce zagrożone karą do piętnastu lat więzienia, bo według prawa jest to wytwarzanie dużej ilości zakazanych środków odurzających.

Z drugiej strony to właśnie ekstrakt THC jest intensywnie poszukiwany przez tysiące chorych, najczęściej tych z nowotworami. Widzą w nim szansę na przetrwanie, często jedyną. Dlatego tak mi zależy na obserwowaniu L. przy pracy, chcę sprawdzić, jak taki ekstrakt powstaje.

Kontakt ułatwia nam wreszcie szyfrowana aplikacja na smartfony. Żadni z nas konspiratorzy, raczej dzieci we mgle, przede wszystkim dlatego, że L. jest w kółko upalony.

– Tak się leczę – tłumaczy. Uśmiecham się mimowolnie, jego to wkurza. – Każdy tak reaguje: mrugnięcie okiem, chichot, porozumiewawcze spojrzenie. Bawiłoby cię, gdybyś też musiała to brać?

Wcale mu nie do śmiechu, ponieważ marihuana utrzymuje jego chorobę w uśpieniu od ponad pięciu lat. Żadne inne leki tak dobrze nie działają. I jedynie z powodu choroby żona toleruje u niego codzienne lekkie przymulenie. Wyłącznie dlatego narażają się na ewentualne konsekwencje prawne. I właśnie dlatego L. nie poprzestanie na jednorazowym pokazie dla mnie, lecz będzie produkował ekstrakt regularnie.

Ale jest z tego powodu wściekły. Na system, na prawo. Na państwo, w którego interesie – nie rozumie dlaczego – jest utrzymywanie go w chorobie i wydawanie pieniędzy na nieskuteczne leczenie, byle tylko nie miał do czynienia z marihuaną.

A przecież nie jest gangsterem. Wyprodukujemy ten olej nie w wynajętej dziupli, ukrytym garażu czy opłaconym przez siatkę dilerów podziemnym hangarze, ale w jego mieszkaniu. W niedzielę, jedyny dzień, kiedy L. może wyekspediować z domu żonę z kilkuletnią córeczką.

Ten dom to zwyczajna nowa plomba wciśnięta między stare kamienice. Z niewielkim tarasem tuż przy gruncie. Cicho, intymnie. Ale gdyby którykolwiek z setek sąsiadów wyjrzał przez okno, bez problemu zobaczyłby, co się na tym tarasie dzieje.

Na przykład ta kobieta, która wyszła boso czytać książkę na trawie, tuż obok nas. Nic nie dało zastawianie widoku suszarką z praniem, musieliśmy ją przeczekać. Poszliśmy więc do apteki po strzykawki, mimo że miały nam się przydać dopiero na koniec. Opóźniło to robotę o dobrą godzinę.

To nas trochę stresowało, choć L. zwykle działa bez napinki. Jak przystało na prawdziwego konsumenta marihuany, nigdzie się nie spieszy, nie przejmuje drobiazgami, nie zrywa rankiem z łóżka. Tym razem jednak czas nas gonił. Produkcja miała potrwać kilka godzin, a żona z dzieckiem nie mogła siedzieć poza domem do nocy.