Zbuntowane serce - Penelope Ward, Vi Keeland - ebook + audiobook + książka

Zbuntowane serce ebook

Ward Penelope, Vi Keeland

0,0
37,00 zł

Opis

Piękne lato w Hamptonie i gorący romans wydają się przepisem na idealne wakacje. Wiadomo jednak, że zakochać się w najbardziej nieodpowiednim facecie na ziemi, wytatuowanym twardzielu bez skrupułów, który jest dziedzicem bajecznej fortuny, to prosić się o duże kłopoty. Mądre dziewczyny o tym wiedzą. Gia również wiedziała, mimo to z pełną świadomością wplątała się w skomplikowaną relację, z której trudno wyjść bez ran.

Uczucie, które niespodziewanie narodziło się między nią a Rushem, okazało się czymś mocniejszym od zwykłej letniej miłostki, lecz nie było im dane po prostu cieszyć się swoją miłością. Musieli zmierzyć się z cierpieniem i dokonać trudnych wyborów. Druga część tej historii nie przyniesie cudownego rozwiązania narastających problemów pary. Konsekwencje jednorazowej przygody z Harlanem będą dla dziewczyny dużo poważniejsze niż niespodziewane macierzyństwo. Jak mocny okaże się związek Gii i Rusha?

W Zbuntowanym sercu sprawy znacznie się komplikują. Gia i Rush stoją na rozdrożu. Chociaż się kochają i tęsknią za sobą, pomiędzy nimi wyrasta mur niedopowiedzeń i zawiedzionego zaufania. Tęsknota miesza się z rozpaczą, miłość z gniewem. Każde kolejne wydarzenie zdaje się niweczyć szansę na szczęśliwe zakończenie. Oto jak kosztowna i trudna do odkupienia może być chwila zapomnienia!

Jak sprawić, by znów zwyciężyła miłość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 312

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Penelope Ward, Vi Keeland

Zbuntowane serce

Tytuł oryginału: Rebel Heart: Book Two (The Rush Series) (Volume 2)

Tłumaczenie: Edyta Stępkowska

ISBN: 978-83-283-5322-0

Copyright © 2018. Rebel Heart by Penelope Ward & Vi Keeland

Polish edition copyright © 2019 by Helion SA

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejsza książka jest fikcją literacką. Wszystkie imiona, postacie, lokalizacje i zdarzenia są dziełem wyobraźni autorek, a ich ewentualne podobieństwo do istniejących rzeczy bądź osób — żyjących lub zmarłych, miejsc albo wydarzeń jest czysto przypadkowe.

Autor oraz Helion SA dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Helion SA nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Materiały graficzne na okładce zostały wykorzystane za zgodą Shutterstock Images LLC.

HELION SAul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwicetel. 32 231 22 19, 32 230 98 63e-mail: [email protected]: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

Rozdział1.

Gia

Poczułam, że za moment zemdleję. Pokój zaczął wirować i musiałam się uchwycić ramienia Rusha, żeby się nie przewrócić.

— Gia, wszystko w porządku?

Gdy otworzyłam usta, aby mu odpowiedzieć, poczułam, jak piekący płyn podnosi mi się do gardła — zapowiedź kolejnego ataku mdłości. Zasłoniłam usta dłonią i zdołałam tylko wymamrotać: „Łazienka”.

Rush zaprowadził mnie do łazienki znajdującej się na końcu długiego korytarza i próbował wejść ze mną do środka. Wydawał się równie zdenerwowany jak ja. Powstrzymałam go jednak przed wciśnięciem się za mną do małego pomieszczenia, kładąc mu rękę na piersi.

— Nic mi nie jest. Potrzebuję tylko zostać tu sama przez kilka minut. To tylko mdłości i nerwy.

— Na pewno?

Kiwnęłam głową i zanim zamknęłam mu przed nosem drzwi łazienki, zmusiłam się, aby przywołać na twarz głupkowaty uśmiech. Osunęłam się na podłogę, złapałam się za głowę i zaczęłam dyszeć.

To niemożliwe.

Wzrok płata mi figle.

To hormony. Na bank to te cholerne hormony.

Widziałam Harlana tylko ten jeden raz, tamtej nocy kilka miesięcy temu.

Ale brat Rusha był do niego tak niesamowicie podobny.

Te zielone oczy.

Oliwkowa opalenizna.

Kwadratowa szczęka.

Nienagannie ułożona fryzura z przedziałkiem na bok.

Ale on nie mógłby siedzieć w The Heights.

Rush i jego brat się nie znoszą.

Nie ma szans, żeby wpadł na drinka do knajpy Rusha.

Czy w ogóle do Hamptons.

Poza tym… gość, z którym poszłam do łóżka, miał na imię Harlan, a nie Elliott.

Chociaż…

Od początku czułam, że mógł kłamać odnośnie swojego imienia. Pamiętam, że gdy się przedstawił: „Harlan”, pomyślałam, że powiedział to jakoś dziwnie. Jakby jego język nie przywykł do wymawiania tego słowa. Normalnie jego wymowa była nienaganna i gładka, podobnie jak teksty, którymi mnie bajerował, gdy dosiadł się do mnie przy barze. Ale swoje imię wymówił niemal z lekkim zająknięciem.

Myślę też, że Elliott mógł przyjechać do Hamptons, żeby o czymś porozmawiać z bratem. Chociaż jestem absolutnie pewna, że Rusha nie było tamtej nocy w The Heights. Zdecydowanie bym go zapamiętała, gdybym go tam wtedy widziała.

Im dłużej siedziałam na podłodze, tym bardziej kręciło mi się w głowie od tych wszystkich spekulacji. W ciągu pięciu minut ze dwadzieścia razy przechodziłam od „jasne, że to on” do „to absolutnie nie może być on” i z powrotem.

Poderwałam się na dźwięk delikatnego pukania i niechcący uderzyłam głową o drzwi.

— Gia, skarbie, wszystko w porządku?

Gdy usłyszałam troskę w jego głosie, łzy napłynęły mi do oczu. Boże, co to w ogóle ma być — jaja sobie ze mnie robisz? To niemożliwe. To się nie dzieje. Czy nie wystarczy, że zaszłam w ciążę z przypadkowym gościem? Czy do tego to musi być jeszcze ten gość?

Pół minuty później zapukał głośniej.

— Gia?

Nie miałam wątpliwości, że jeśli natychmiast się nie odezwę, jest gotów wyważyć drzwi.

— Nic mi nie jest — wydusiłam słabym głosem. — Tylko trochę mi niedobrze. Zaraz wychodzę.

W ciągu następnych pięciu minut zdołałam sobie wmówić, że mi się przywidziało. Elliott nie jest Harlanem. To byłoby niedorzeczne. Tamtej nocy wypiłam drinka albo i dwa. Okej, patrząc z drugiego końca ogromnego salonu, mogłam uznać, że koleś wyglądał tak jak tamten. Gdy go zobaczę z bliska, okaże się, że ani trochę nie przypomina faceta, z którym się przespałam.

Nie ma po prostu innej możliwości.

Wreszcie po kolejnych dwóch interwencjach zaniepokojonego Rusha, krótkim napadzie cichego płaczu i obmyciu twarzy otworzyłam drzwi. Fryzura Rusha zdradzała, że znów ze zdenerwowania szarpał kosmyki włosów. Przyklepałam ręką te, które wciąż sterczały.

— Już mi lepiej. Przepraszam… to było… dość nagłe.

Rush odetchnął z widoczną ulgą.

— Zajebiście się przydam na sali porodowej, skoro nawet jak idziesz zwymiotować, wpadam w panikę, że coś ci się stało.

Serce mi drgnęło, gdy to powiedział.

— To ty… chcesz ze mną rodzić?

Brwi podjechały mu na czoło.

— No jasne. Jezu. Od początku zakładałem, że tak będzie.

Przesuwałam wzrok z jego jednego oka na drugie i czułam, że znów zaciska mi się gardło. Oto stał przede mną mężczyzna prawdziwie niezwykły. Mówił rzeczy najpiękniejsze z możliwych, nawet o tym nie wiedząc. Rush niełatwo otwierał przed innymi swoje serce, ale gdy już to robił, oddawał siebie w stu procentach. I teraz też był gotów wejść w to razem ze mną całkowicie.

Kciukiem delikatnie otarł łzę, która spłynęła mi po policzku.

— Ale nie muszę, jeśli nie chcesz. Tylko proszę, nie płacz.

Zarzuciłam mu ręce na szyję.

— Ależ nie, to nie to. Chcę, żebyś tam był! Bardzo chcę! Chcę, żebyś był wszędzie, gdzie ja będę. Żebyś był ze mną stale, do samego końca. Ja tylko… tak bardzo cię kocham i chyba dopiero teraz, gdy to powiedziałeś, tak naprawdę do mnie dotarło, że mówiąc, iż chcesz ze mną być, to naprawdę mówiłeś z głębi serca. Że chcesz być ze mną, ze mną…, a nie tylko tak po prostu być blisko mnie.

Zmrużył oczy, aż pojawiły się wokół nich drobne zmarszczki, a kąciki ust lekko mu zadrżały, gdy potwierdził:

— Z tobą, z tobą, Gia. Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy. Myślałem, że to jest oczywiste dla nas obojga.

Pocałowałam go szybko.

— Cicho już. Po prostu mnie pocałuj.

Polizał mnie niepewnie po dolnej wardze.

— Nie znajdę tam żadnych kawałków rzygów, co?

— Ale jesteś obleśny — roześmiałam się.

Nie zważając na mnie, polizał moją górną wargę.

— Nie bądź taka. Powiedz, co jadłaś na obiad… w sumie trochę zgłodniałem.

Na tych kilka minut, gdy schowani przed resztą świata staliśmy w kącie korytarza pod drzwiami łazienki, udało mi się zapomnieć o panice, która mnie ogarnęła zaledwie kilka minut wcześniej. Wyparcie i system obronny mojego umysłu na moment pokazały mi całą sytuację w różowych barwach.

— Słyszałem, że cię tu znajdę.

Donośny męski głos przebił bańkę bezpieczeństwa, w której było mi tak dobrze.

Rush zesztywniał w moich ramionach, a jego ręka mocniej zacisnęła się na moim biodrze, gdy podniósł wzrok i skinął krótko głową.

— Edward.

Ojciec Rusha miał te same porażająco zielone oczy co jego syn i był mu równy wzrostem i posturą, ale na tym podobieństwa się kończyły. Spojrzenie Rusha było ciepłe, zaś jego ojca — zimne i nieprzystępne. Może to ten chłód sprawił, że poczułam gęsią skórkę na rękach.

— Nie przedstawisz mnie swojej znajomej? — Upomniał go ojciec.

Rush wycedził przez zaciśnięte zęby:

— Gia, to Edward Vanderhaus. Mój dawca spermy.

Mężczyzna się zaśmiał. Był to śmiech serdeczny i świetnie wyćwiczony. W stu procentach udawany. W niespełna pół minuty wiedziałam już, dlaczego Rush go nie lubił.

— Bardzo miło cię poznać, Gia. — Edward wyciągnął do mnie rękę.

Niepewnym gestem uścisnęłam rękę jego ojcu i zaczęłam się bać, że Rush lada chwila złamie sobie ząb, tak mocno zaciskał szczęki.

— Mnie również.

Gdy wypuścił moją dłoń, Edward złapał Rusha za ramię.

— Chodź, przyłącz się do nas. Jest tu kilku inwestorów, których chciałbym ci przedstawić. Dobrze byłoby im pokazać, że jako rodzina udziałowców stanowimy zwarty front.

Rush, o dziwo, nie zrobił sceny. Skinął tylko głową, splótł palce z moimi i razem wróciliśmy do reszty gości razem z jego ojcem. Rush tak mocno ściskał moje palce, że aż mi od tego zbielały.

Sumiennie stałam przy jego boku, gdy Edward przedstawiał nas różnym ludziom i próbowałam nie dać po sobie poznać, że cały czas się rozglądam w poszukiwaniu jego brata. Musiałam przyjrzeć mu się z bliska, ale najwyraźniej gdzieś zniknął.

Może to wszystko tylko sobie wyobraziłam?

Hormony. Głupie hormony sprawiają, że świruję.

I nawet trochę się już uspokoiłam, już udało mi się przekonać skołatane nerwy, że to mój własny umysł ze mnie zadrwił, gdy nagle na drugim końcu salonu znów zobaczyłam Harlana.

Albo Elliotta?

Jezu, naprawdę bardzo przypominał Harlana.

Nie mogłam przestać się gapić.

Sądziłam, że Rush, zajęty rozmową z ojcem i jakimś mężczyzną nie zauważy, kto bez reszty przykuwał moją uwagę, ale powinnam była się domyślić, że jego radar wyłapie wszystko. W końcu przeprosił swoich rozmówców i wyłączył się z rozmowy, żeby zaprowadzić mnie do jednego ze stołów z bufetem ustawionych w różnych miejscach ogromnego apartamentu.

— Życzy pan sobie tartaletkę? — Kelner w białych rękawiczkach zaprezentował nam tacę pełną maleńkich babeczek.

Rush uniósł podbródek.

— A co w nich jest?

— Kawior i crème fraîche.

Rush uniósł tylko dłoń w geście protestu.

— A nie ma już tych małych hot dogów? Wiesz, coś dla ludzi bez kija w dupie.

Kelner uśmiechnął się pod nosem i z „baczność” przeszedł do postawy „spocznij”.

— Zobaczę, co się da zrobić.

Wciąż nie mogłam oderwać oczu od brata Rusha na drugim końcu salonu. Boże… może to jednak nie był on? Z tej strony wyglądał inaczej, niż zapamiętałam. Ale ta sylwetka… śmiech…

— Słuchaj… — Rush pochylił się do mnie i szepnął ostrzegawczo: — Jeśli nie przestaniesz obczajać mojego brata, to zacznę być zazdrosny.

Cholera.

Myślałam, że robię to dyskretnie. Teraz, przyłapana na gorącym uczynku, gorączkowo szukałam jakiejś wymówki. Oczywiście w tamtej chwili nie wpadłam na nic prostego w stylu: „Szukam między wami podobieństw”. Więc zaczęłam się plątać.

— Nie mogę po prostu przestać myśleć o tym, jak bardzo twój brat przypomina mi jednego z bohaterów mojej książki… dokładnie tak go sobie wyobrażałam…

— Poważnie? Mam nadzieję, że to czarny charakter, a nie ten, który na koniec dostaje swoją dziewczynę.

— Yyy… w sumie tak. Ta postać to faktycznie kawał sukinsyna. Udaje miłego, ale łże jak z nut.

Rush pokiwał głową.

— W takim razie, jeśli do tego wygląda jak mój braciszek, to trafiłaś w dziesiątkę. Dobra. Chodź, poznasz swojego łgarza w świecie rzeczywistym. Nie złożyliśmy przecież jeszcze życzeń solenizantowi. — Rush położył mi dłoń na plecach i zrobił krok w tamtą stronę, ale ja nie ruszyłam się z miejsca.

Panika na dobre mną zawładnęła.

— Myślę, że nie powinniśmy do niego podchodzić.

Rush zmarszczył brwi.

— No coś ty. Będzie w porządku. Zobaczysz, przywita cię najuprzejmiej jak się da. Mój starszy brat jest doskonałym aktorem. Będzie nawet udawał zadowolonego, że ja tu jestem. Przy ludziach zasługuje na Oscara.

— Nie chodzi o to… ja tylko…

— Co takiego?

Kątem oka dostrzegłam jednak, że brat Rusha już nas zauważył. Położył dłoń na ramieniu mężczyzny, z którym rozmawiał, a potem podali sobie ręce, jakby zakończyli rozmowę. Gdy następnie zaczął iść w naszym kierunku, pomyślałam, że teraz naprawdę zwymiotuję.

Elliott zrobił jeszcze kilka kroków w naszą stronę i wtedy Rush także dostrzegł, że się zbliża.

— Zresztą, nie musimy już podejmować decyzji, czy się przywitać, czy nie. Twój czarny charakter właśnie do nas idzie.

Musiałam wyglądać jak sarna złapana w światła reflektorów. Choć mam śniadą karnację, a do tego przez całe lato dość intensywnie się opalałam, poczułam, jak w tym momencie cały kolor odpływa mi z twarzy. Byłam pewnie biała jak duch.

— Proszę, proszę, jaka miła niespodzianka — jasnowłosy Ken podszedł do nas i wyciągnął do Rusha rękę. — Lauren mówiła, że cię zapraszała, ale pomyślałem, że pewnie sprawy na wschodzie nie pozwolą ci się wyrwać.

Wciąż nie mogłam przestać się gapić. Czy Harlan miał tyle zębów? Brat Rusha uśmiechał się tak szeroko, że wyglądał jakby usta miał wypchane śnieżnobiałymi kostkami.

— Elliott — Rush skinął mu na powitanie. — Właśnie szliśmy do ciebie zapytać, jak się czujesz, będąc starszym panem po trzydziestce.

Wciąż nie mogłam się ruszyć i wstrzymywałam oddech, gdy obaj uściskali sobie ręce, po czym brat Rusha skierował wzrok na mnie. Jego sztuczny uśmiech mocno trzymał się twarzy.

— Elliott Vanderhaus… — Podał mi rękę i patrząc mi w oczy, dodał: — Chyba nie mieliśmy przyjemności się spotkać.

Jakimś sposobem udało mi się podnieść dłoń, aby uścisnąć jego rękę. Jego oczy miały ten sam piękny odcień zieleni co oczy Rusha, ale nie było w nich ciepła i tego łobuzerskiego błysku. W oczach Rusha doskonale widać było jego duszę. Za to Edward i Elliott patrzyli na świat zza zimnych, nieprzeniknionych szyb.

Nie wiem, czy to ja miałam lodowato zimną rękę, czy on wyjątkowo gorącą, ale gdy jego długie palce zacisnęły się wokół mojej drobnej dłoni, poczułam, że moja ręka zaczyna się pocić. Ponieważ wciąż nic nie powiedziałam, Elliott delikatnie mnie ponaglił:

— A ty jesteś?

Odchrząknęłam, ale mój głos i tak zabrzmiał jak skrzek:

— Gia. Gia Mirabelli.

Jeśli moje imię wydało mu się znajome, doskonale to ukrył.

— Miło cię poznać, Gia. Mój brat rzadko przedstawia rodzinie osoby, z którymi się spotyka. Musisz być dla niego kimś bardzo wyjątkowym.

Rush lekko ścisnął mnie za biodro.

— To prawda, Gia jest wyjątkowa. I właśnie dlatego nagle sobie uświadomiłem, że może nie powinienem był jej tu przyprowadzać.

Elliott odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się donośnie. Musiał to być jakiś rodzinny, vanderhausowski odruch, którego Rush szczęśliwie nie odziedziczył. Sprawiał bowiem wrażenie reakcji wybitnie przesadzonej. Bardziej na pokaz niż jako wyraz szczerego rozbawienia.

— Tak czy inaczej bardzo miło mi cię poznać, Gia. I wiedz, że nie jesteśmy nawet w połowie tak źli, jak nas przedstawia mój brat. Zapewniam cię.

I ponownie odwracając się do Rusha, powiedział:

— Carl Hammond przyleciał z Anglii. Zasiada z nami w radzie Sterling Financial. Chciałbym, żebyś go poznał, skoro też tu jesteś.

— Jasne — zgodził się Rush.

Elliott wyciągnął rękę i ścisnął ramię Rusha, ponownie przywołując na twarz swój markowy sztuczny uśmiech:

— Naprawdę się cieszę, że przyjechałeś, brachu.

I jakby nigdy nic Elliott odwrócił się i zniknął. Gdy zobaczyłam go z bliska, przysięgłabym, że to Harlan. Ale najwyraźniej się pomyliłam. On mnie nie poznał i nawet moje imię z niczym mu się nie skojarzyło. Najwyraźniej traciłam rozum.

Wciąż nie byłam w stanie normalnie oddychać, a serce waliło mi jak po ostrym sprincie, choć przecież nie ruszyłam się z miejsca. Adrenalina zaczęła działać dopiero po zdarzeniu — dokładnie tak jak tamtego wieczora, gdy weszłam pomiędzy dwóch klientów, którzy pobili się w The Heights.

Pomyliłam się.

Harlan to nie Elliott.

Więc dlaczego nadal jestem taka roztrzęsiona?

— No i…? — Rush zdjął z tacy krążącego po salonie kelnera dwie ziemniaczane poduszeczki i jedną podał mnie. — Wygląda jak te wszystkie nadęte bubki, co przychodzą do The Heights w pastelowych koszulkach polo z koniem na klacie wyłącznie po to, żeby wkurwiać normalnych ludzi, nie?

— O tak. Zdecydowanie poczułam, że znam ten typ. — Zastanawiałam się, czy ta teoria spiskowa na temat jego brata, jaka powstała w mojej głowie, któregoś dnia wyda mi się na tyle zabawna, abym postanowiła opowiedzieć o niej Rushowi. I jakoś wątpiłam, aby taki dzień kiedykolwiek nastąpił.

Mój mózg był nadal drżącą galaretą i bardzo wolno dochodził do siebie po tym, co było najbardziej mrożącą krew w żyłach sceną w moim życiu. Potrzebowałam minuty na osobności, żeby się wyciszyć i na powrót zapanować nad emocjami. Poza tym starałam się pić mnóstwo wody, przez co mój pęcherz wydawał się pełny niemal bez przerwy.

— Przepraszam cię. Znów muszę iść do toalety.

Rush przyciągnął mnie do siebie.

— Potowarzyszyć ci? Oddałbym lewe jajo, żeby twoje jęki rozległy się z głośników tego zapewne diablo drogiego sprzętu, z którego puszczają to plumkanie.

— To chyba nie byłby najlepszy pomysł.

Rush odprowadził mnie z powrotem do łazienki.

— Masz przy sobie telefon?

— Tak, a dlaczego?

— Nic. Po prostu odbierz, gdy zadzwonię, i tylko posłuchaj. Dostaniesz z pierwszej ręki darmową próbkę tekstów dla obłudnego drania z twojej książki.

Zmrużyłam oczy, nie do końca łapiąc, co sugeruje.

— O czym ty mówisz?

Pocałował mnie w czoło i powiedział tylko:

— Zobaczysz.

Tym razem naprawdę potrzebowałam skorzystać z toalety. Myłam akurat ręce, gdy zadzwonił mój telefon. Wyjęłam go z torebki i odruchowo powiedziałam: „Halo”, choć Rush kazał mi tylko słuchać.

— Który to Carl Hammond? — Głos Rusha był nieco stłumiony. Nie mówił do mikrofonu, a jedynie trzymał aparat w ręce, aby wyłapać swoją rozmowę z bratem. Podkręciłam głośność, żeby łatwiej mi było podsłuchiwać, bo teraz załapałam, o co mu chodziło.

— Udawaj, że masz choć trochę klasy, kiedy cię przedstawię. Może lepiej zacznij rozmowę od komentarza o pogodzie albo notowaniach niż od morskich opowieści o dziaraniu gangsterów i życiu w przyczepie. — Głos był pełen pogardy, której wcześniej u niego nie słyszałam, ale niewątpliwie należał do Elliotta. Elliotta całkiem innego niż ten, którego poznałam przed chwilą.

— Skoro, jak mówisz, Hammond jest Anglikiem — odparł spokojnie Rush — to pomyślałem, że zapytam go, czy nie zna Maribel Stewart. Wiesz, tej kobiety, której wpychałeś język do gardła na zebraniu zarządu w zeszłym miesiącu. Widziałem was na korytarzu przed głosowaniem.

— Maribel lubi, gdy jej wpycham do gardła nie tylko język.

— Jesteś zwykłą świnią. Nie wiem, jak możesz patrzeć w oczy własnej żonie.

— Skoro jesteśmy przy kobietach… — Elliott najwyraźniej nie chciał być dłużej głównym tematem tej rozmowy — ta Gia wydaje mi się znajoma. Mogłem ją już gdzieś spotkać?

Oczy mi się rozszerzyły.

— Nie. I nie licz na to, że spotkasz ją ponownie. Jest dla ciebie za dobra i nie powinienem był w ogóle jej tu przyprowadzać.

Napiętą rozmowę Rusha z Elliottem przerwał trzeci męski głos. Mężczyzna mówił z brytyjskim akcentem. Jeszcze przez minutę słuchałam, jak Elliott płynnie przeistoczył się na powrót w uprzejmego gospodarza o nienagannych manierach i przedstawił Rusha swojemu gościowi. A mnie znów zaczęło się kręcić w głowie.

Czy Elliott mógł być Harlanem?

Czy tylko udawał, że mnie nie zna?

Powiedział, że wyglądam znajomo. A z ich rozmowy, którą właśnie podsłuchałam, jasno wynikało, że ma w zwyczaju zdradzać swoją żonę.

Jezu.

Ja wariuję.

Gdyby był Harlanem, nie udawałby, że nie wie, kim jestem.

Elliott, którego właśnie ukradkiem podsłuchałam, byłby zachwycony, mogąc powiedzieć bratu, że przespał się z jego dziewczyną.

Prawda? Mimo wszystkich wzajemnych animozji, jakie między nimi istniały, byłam przekonana, że Elliott nie odpuściłby sobie przyjemności powiedzenia Rushowi, że mnie miał.

Ale wówczas…

Rush zrobiłby scenę.

Przybiegłaby żona Elliotta.

I wtedy co?

Jak wytłumaczyłby się Lauren z tego, że dostał po gębie?

Pukanie do drzwi przerwało mój ciąg myśli.

— Chwileczkę.

Muszę się po prostu stąd wydostać. Znaleźć Rusha i opuścić to przeklęte miejsce. Wrócić do naszej małej bańki szczęścia w Hamptons i zapomnieć, że dzisiejszy wieczór miał miejsce. Nic dobrego z tego nie wyniknie, jeśli nadal będę tu tkwić i łamać sobie głowę teoriami i spiskami. Poza tym stres szkodzi dziecku. Dziecku Elliotta? Jezu, nie, to niemożliwe!

Poprawiłam zaimprowizowaną sukienkę, zerknęłam w lustro i przygładziłam niesforne loki. Następnie zamknęłam oczy, żeby wziąć kilka głębokich uspokajających oddechów.

Otworzyłam drzwi w tym samym momencie, gdy ktoś zapukał po raz drugi, i stanęłam twarzą w twarz z osobą, której nie spodziewałam się zobaczyć tak prędko.

Z Elliotttem.

Albo Harlanem.

— Gia. — jego twarz znów rozjechała się w tym idealnym, pełnym zębów uśmiechu. — Nie sądziłem, że to ty tam jesteś.

Rozejrzałam się po pustym korytarzu.

— A gdzie Rush?

— Zostawiłem go, żeby porozmawiał z członkiem zarządu. Wszystko w porządku? Jesteś trochę blada.

— Yyy. Tak. Tylko… nie czuję się najlepiej. Myślę, że chyba coś mi zaszkodziło. — Wskazałam na przyjęcie, z którego pilnie chciałam się ulotnić. — Poszukam Rusha i zapytam, czy może mnie odwieźć do domu.

Elliott przyglądał mi się badawczo.

— Wyglądasz bardzo znajomo. Czy myśmy się już nie spotkali?

— Nie — ucięłam stanowczo.

Zmarszczył brwi.

Czułam silne pragnienie ucieczki. Musiałam jednak wziąć się w garść i uspokoić.

— Cóż, miło było cię poznać — dodałam.

Elliott nie ruszył się z miejsca i dalej mi się przyglądał.

— Tak, ciebie też.

Zrobiłam kilka długich kroków w dół korytarza. Gdy dotarłam do końca, zobaczyłam, że Rush rozmawia z jakimś starszym mężczyzną po drugiej stronie salonu. W moim i Elliotta najbliższym otoczeniu nie było nikogo.

I…

Musiałam się dowiedzieć.

Bo kogo próbowałam oszukać?

Przecież jeśli stąd wyjdę, nie uzyskawszy pewności, nigdy nie będę mogła o tym zapomnieć. Będzie mnie to dręczyło całymi dniami. Miesiącami. Latami.

Czując w żyłach kolejny zastrzyk adrenaliny, odwróciłam się i wzięłam głęboki oddech. Elliott nadal stał pod łazienką i patrzył, jak wracam i zatrzymuję się przed nim.

— Chociaż… ty też wydajesz mi się znajomy.

Niemal widziałam, jak trybiki w głowie Elliotta obracają się, a on próbuje sobie przypomnieć, skąd mnie zna.

Boże, to jakiś koszmar.

Ale nie ma rady — muszę wiedzieć.

Spojrzałam mu prosto w oczy:

— Przypominasz mi kogoś, kogo poznałam w Hamptons. Konkretnie w The Heights. Może go znasz? — Po raz ostatni głęboko wciągnęłam powietrze i na wydechu wyrzuciłam z siebie: — Ma na imię Harlan.

Oczy Elliotta, dotąd zmrużone, zrobiły się wielkie jak spodki, jakby w końcu rozpoznał, z kim rozmawia. A chwilę później z oślizgłym uśmieszkiem wycedził:

— Gia. Przyszłaś po dokładkę?

Rozdział2.

Rush

— Na pewno dobrze się czujesz? — Od wczorajszego przyjęcia Gia wydawała się jakaś nieobecna. Milczała całą drogę do domu, a gdy miałem ochotę pobaraszkować — coś, na co zawsze reagowała z entuzjazmem, a ostatnio często sama inicjowała — powiedziała, że boli ją głowa i jest zmęczona. Teraz siedziała, patrząc w miskę płatków śniadaniowych, jakby szukała w niej odpowiedzi na wszystkie swoje życiowe dylematy.

Zamrugała kilkakrotnie i podniosła na mnie wzrok, ale myślami ewidentnie wciąż była gdzie indziej.

— Przepraszam. Mówiłeś coś?

— Zapytałem, czy będziesz miała coś przeciwko temu, jeśli naleję sobie do płatków twojego mleka z piersi, jak już zaczniesz laktację.

Patrząc na mnie nieprzytomnym wzrokiem, sięgnęła po karton mleka stojący obok jej miski i podała mi.

— Jasne. Proszę.

W najlepszym razie usłyszała połowę z tego, co powiedziałem.

Głośno szurając, odsunąłem się z krzesłem od stołu. Wstałem, odsunąłem krzesło Gii, wziąłem ją na ręce i sam usiadłem na jej miejscu, sadzając ją sobie na kolanach. Dwoma palcami uniosłem jej podbródek, aby mieć pewność, że tym razem słucha mnie uważnie.

— Co się dzieje? Coś cię martwi. Od tej imprezy zeszłej nocy zachowujesz się dziwnie. Czyżby spotkanie z Lucyferem i jego pomiotem tak cię przeraziło, że ogarnęły cię wątpliwości, czy powinnaś się ze mną wiązać?

— Co? Nie!

Założyłem jej kosmyk włosów za ucho.

— Więc co jest? Porozmawiaj ze mną.

— Ja… — pokręciła głową i odwróciła wzrok — sama nie wiem. Nagle po prostu poczułam się tak strasznie zmęczona. I… choć zrobiłam spore postępy, zaczęłam się na dobre martwić tym terminem oddania książki.

Pokiwałem głową.

— Tak. I pewnie to, że mój brat wygląda jak twój czarny charakter, jeszcze ci o tym wszystkim przypomniało. Doskonale cię rozumiem. Jego kretyńska gęba każdemu zepsułaby nastrój.

Również przytaknęła.

— Tak. To pewnie to.

Pocałowałem ją w czoło.

— Słuchaj. Sam mam dziś do załatwienia parę spraw. Więc może zmotywuję cię, żebyś poświęciła cały dzień na pisanie? Ile potrafisz napisać, gdy masz dobry dzień?

Wzruszyła ramionami.

— Bo ja wiem, jakieś trzy tysiące słów.

Uśmiechnąłem się krzywo.

— Rany, to chyba więcej niż ja napisałem w ciągu czterech lat liceum i tego roku w college’u, zanim nie rzuciłem studiów.

— Studiowałeś?

— Uhm. Na wydziale sztuk wizualnych. Chciałem się nauczyć animacji. Miałem taki szalony pomysł, że stworzę kreskówkę dla dorosłych z moimi skrzydlatymi laseczkami. Żadna pornografia… po prostu seksowne dziewczyny, które fruwają i ścigają przestępców.

— To wcale nie jest szalone. Jestem pewna, że gdyby wyszło z tego coś w stylu twoich obrazów, to byłby hit. Dlaczego zarzuciłeś ten pomysł?

— Mama powiedziała, że ojciec odłożył pieniądze na moje studia, i że za nie płacił. Ale gdy byłem na drugim semestrze, szukałem w jej biurku kopii świadectwa urodzenia, żeby je dołączyć do wniosku o paszport, i przypadkiem znalazłem plik dokumentów z banku. To nie ojciec płacił za college. Mama zaciągnęła drugi kredyt pod zastaw domu, żeby zapłacić za moją szkołę. Na moim trzecim roku jej dług przekroczyłby wartość domu. — Wzruszyłem tylko ramionami na tamto wspomnienie. — Powiedziałem jej, że to nie dla mnie, i rzuciłem studia. Nie mogłem jej pozwolić tak się zadłużyć, zwłaszcza że od dwudziestu lat zaharowywała się, spłacając kredyt, który już miała. Myślałem, że popracuję z rok albo dwa, odłożę trochę grosza i wrócę na studia, gdy będę mógł sam za nie zapłacić.

— Ale nigdy nie wróciłeś?

— Nie. Odkryłem tatuaż, a potem dostałem pieniądze po dziadku. Wtedy moje życie weszło na zupełnie inne tory.

— Twoja mama wie, dlaczego naprawdę rzuciłeś szkołę?

— Nie. — I pukając ją palcem w mostek, ostrzegłem: — I jeśli się dowie, to będę wiedział, kto puścił parę z ust. Tylko tobie to powiedziałem.

Gia wolno wypuściła powietrze z płuc i splotła dłonie na mojej szyi.

— Jesteś dobrym człowiekiem, Heathcliffie Rushmore. O naprawdę wielkim sercu.

Zdumiony uniosłem brwi.

— Zaczynasz mi heathcliffować, tak? Lepiej uważaj. Bo pomyślałem, że w nagrodę za wystukanie trzech tysięcy słów pozwolę ci wybrać jakiś babski film, kupię litrowy kubeł lodów karmelowych, z kuchni przyniosę dwie łyżki, a z sypialni ten olejek, żeby ci rozmasować kark po całym dniu walenia w klawisze. Ale jeśli zaczniesz mówić na mnie Heathcliff, to puszczę lesbijskie porno, loda w rożku zjem sam po drodze do domu, a ty będziesz olejkiem smarować mojego wacka, gdy ja będę sobie leżał z założonymi rękami.

Gia uraczyła mnie pierwszym szczerym uśmiechem od zeszłego wieczoru i poczułem się tak, jakby słońce po raz pierwszy od miesiąca rozświetliło pochmurne niebo. Po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak bardzo mi zależy na tej dziewczynie. Byłem gotów zrobić wszystko, aby była szczęśliwa.

Pocałowałem ją w usta.

— Dobra. Zostawiam cię, żebyś mogła zająć się pracą. Może dziś zostaniemy u mnie i spędzimy wieczór tylko we dwoje? Mógłbym po ciebie przyjechać, jak skończysz pisać.

— Okej. Brzmi świetnie.

Niechętnie odstawiłem ją z powrotem na podłogę, po czym wróciłem do jej pokoju po kluczyki i portfel.

— Daj z siebie wszystko — powiedziałem i ostatni raz pocałowałem ją w usta na pożegnanie — bo nie lubimy, gdy się stresujesz. — Pochyliłem się, aby pocałować jeszcze jej brzuch. — Prawda, maluchu? Lubimy, jak mama jest spokojna i uśmiechnięta.

* * *

Uwinąłem się szybko ze wszystkim i zostało mi jeszcze parę godzin, zanim zgodnie z umową będę mógł pojechać po Gię. Nie miałem nic do roboty, więc tylko włóczyłem się po mieście, szukając dla niej jakiegoś prezentu na poprawę humoru. Tylko za cholerę nie wiedziałem, co by to mogło być.

Odczuwałem też przepotężną chęć, żeby zapalić. Próbowałem oszukać nałóg, gryząc wykałaczkę, ale to na nic. Rzuciłem ją do kosza i przekląłem pod nosem własną słabość.

Dwa głosy w mojej głowie bez przerwy powtarzały w stereo dwa słowa: fajki i seks, i właśnie się przekonywałem, jak ciężko jest rzucić jedno, nie mając w zamian drugiego. Od cholernych dwudziestu czterech godzin nie paliłem ani nie pukałem i to naprawdę ryło mi głowę. Chodziłem bez celu w poczuciu całkowitego rozbicia i miałem wrażenie, że za moment dostanę drgawek.

Musiałem jednak wzbić się ponad to i przekierować uwagę z mojego drobnego dyskomfortu na to, co działo się z Gią. Bo wczoraj wieczorem i dziś rano była zdecydowanie nieswoja. Byłem gotów zrobić niemal wszystko, żeby poczuła się lepiej.

Gdy mijałem sklep ze starociami, w witrynie dostrzegłem coś, co kazało mi się zatrzymać.

Wow.

Bingo.

Chyba znalazłem to, czego szukałem. Tak! To jest to. Gia będzie zachwycona.

Dzwonek obwieścił moje wejście do sklepu, w którym unosił się zapach stęchlizny, starych ubrań i butów. Ten zapach przywołał wspomnienia z czasów, gdy w dzieciństwie odwiedzałem z mamą second handy. Sporo moich ciuchów pochodziło właśnie stamtąd. Pamiętam, jak się ekscytowałem tymi wyprawami. W tamtym czasie to wszystko było dla mnie nowe, więc nie widziałem różnicy pomiędzy zakupami w takich miejscach a zakupami w centrum handlowym. Mama zawsze pozwalała mi dodatkowo wybrać sobie jakąś zabawkę. Dla mnie był to po prostu „wypad na zakupy”. Do tego w takich miejscach zawsze można było znaleźć rzeczy, których nie dało się kupić gdzie indziej. Rzeczy, których już nawet nie produkowano. Więc pod pewnymi względami mój sklep był nawet fajniejszy niż normalny sklep. Nigdy się nie zastanawiałem, dlaczego siatki, do których pakują nasze zakupy, nie mają żadnej nadrukowanej nazwy. I wiecie co? Jak teraz to wspominam, bardziej się wtedy ekscytowałem moimi zabawkami z ciucholandu niż tym wszystkim, co teraz mogę sobie kupić, ot tak po prostu. O wiele bardziej je wtedy doceniałem.

Gdy do sklepu z zaplecza weszła ekspedientka, odłożyłem karty z baseballistami, które przeglądałem. Niestety, wciąż unosiła się wokół niej chmura papierosowego dymu i znów poczułem nieprzeparte pragnienie dymka.

— Dzień dobry — przywitałem się. — Ile kosztuje ta lalka z wystawy?

— Pyta pan poważnie? Chętnie sama panu zapłacę, jeśli ją pan zabierze. Musiałam tę szkaradę odwrócić plecami do środka, żeby nie musieć na nią patrzeć. Wygląda raczej jak dekoracja na Halloween.

Szczerze się roześmiałem.

— Widzi pani, a ja właśnie chcę jej dać dobry dom. Znam kogoś, kto naprawdę będzie umiał ją docenić. Ale nie będę się czuł dobrze, nie płacąc. Proszę, niech pani rzuci jakąś cenę.

— Dolar będzie w porządku.

Wyjąłem z portfela dychę.

— Proszę. Może być dziesięć?

— Pięknie dziękuję. To więcej niż dużo za tego upiora.

Poszła w stronę okna przynieść lalkę i zdmuchnęła z niej kurz. Zrobiła to jednak wtedy, gdy już wręczała mi lalkę, więc jego drobinki omiotły mi twarz.

W przypadku kolekcji Gii obowiązywała zasada, że lalka im brzydsza, tym ładniejsza. Co śmieszniejsze, moja mama też kupiła jej lalkę, ale tamtej jeszcze jej nie pokazałem. Byłem pewien, że moja spodoba jej się bardziej. Miała długie, czarne włosy, całkiem skołtunione, jakby ją poddano elektrowstrząsom. Głowa była za duża w stosunku do ciała, a oczy nienaturalnie wielkie jak spodki, z powiekami, które zamykały się i otwierały, gdy się przechylało jej głowę. Ubrana była tylko w białą poplamioną koszulę, a na dole nie miała nic. Wyglądała jak w kaftanie bezpieczeństwa. A majtki gdzie zgubiłaś? Ta lalka to był prawdziwy skarb.

— Dziękuję raz jeszcze.

— O nie, to ja dziękuję panu — odparła ekspedientka.

Kręcąc głową i śmiejąc się do siebie, wyszedłem ze sklepu z lalką w ręce.

Samochód zostawiłem kawałek dalej i musiałem obejść cały kwartał. W pewnym momencie minął mnie samochód wyglądający jak cadillac Oaka. Zatrzymał się gwałtownie i cofnął.

— Hej, Rush! — Oak otworzył okno i wskazał głową na lalkę: — Chcesz mi coś powiedzieć?

Musiałem się roześmiać.

— To dla Gii.

— Jesteś na nią zły czy coś?

Spojrzałem raz jeszcze na koszmarną zabawkę i odparłem:

— Nie. Ona zbiera brzydkie lalki. Takie hobby.

— W takim razie chyba trafiłeś w dziesiątkę. Bo to wyjątkowo szpetna lalka.

— Właśnie. Myślę, że będzie idealna.

Jeszcze bardziej wysunął głowę za okno.

— Może cię podwieźć albo coś? Dlaczego idziesz?

— Spoko. Mam samochód kilka ulic stąd. Chciałem się przejść, przewietrzyć głowę.

Oak zatrzymał się na wolnym miejscu, wysiadł i podszedł do mnie na chodniku. Zmierzył mnie wzrokiem od góry do dołu i twarz rozjaśnił mu wielki, głupkowaty uśmiech.

Jego intensywne spojrzenie zmusiło mnie do reakcji.

— No co?

— Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym mój ziom Rush będzie kupował lalki dla swojej ukochanej. Życie bywa cholernie zabawne.

— Tak. Można pęknąć ze śmiechu. — Przewróciłem oczami. — Cóż, cieszę się, że cię rozbawiłem. Gia jest trochę przygnębiona. Mam nadzieję, że to jej poprawi humor.

— Hormony ciążowe?

— Tak myślę. Po prostu ma gorszy dzień. Zawlokłem ją na urodziny Elliotta i nie wiem, czy to nie było za dużo, zważywszy na okoliczności. Od tamtej pory chodzi jak struta… wiesz, o co chodzi. Chyba myśli, że wygląda grubo, a tak naprawdę jest bardziej seksowna niż kiedykolwiek.

— Wiem, o czym mówisz. Ale to chyba normalne w jej stanie czuć się nieswojo.

— Chyba tak. Słyszałem, że kobiety w ciąży czasem po prostu tak mają.

Oak zasłonił dłonią oczy przed słońcem i uważniej mi się przyjrzał.

— A ty jak się czujesz?

— To znaczy?

— No wiesz… to dla ciebie duża zmiana. Nie tylko jej życie bezpowrotnie się zmienia. Czy ktoś cię ostatnio pytał, jak ty sobie z tym radzisz?

Ciekawe pytanie. Tak bardzo się skupiałem na Gii, że zapomniałem przyjrzeć się własnym emocjom. Kilku rzeczy jednak byłem pewien.

— Szczerze? W życiu nie byłem szczęśliwszy. I w życiu bardziej się nie bałem. Staram się nie wybiegać w przyszłość, tylko myśleć o tym, co tu i teraz. I w tej chwili akurat cholernie chce mi się palić.

— Właśnie zauważyłem, że ostatnio nie palisz. To dobrze.

— Tak, będzie dobrze, jeśli uda mi się nikogo przez to nie zamordować. Okazuje się, że jest ciężej, niż się spodziewałem.

— Wytrwaj, stary. Im szybciej to rzucisz, tym lepiej dla ciebie. Ja cieszę się wolnością już dwadzieścia lat. — Położył mi rękę na ramieniu. — Wszystko będzie dobrze. A gdy będziesz potrzebował wyrzucić z siebie, co ci leży na wątrobie, to wiesz chyba, że zawsze możesz przyjść do mnie, co nie?

— Tak, wiem. — Pokiwałem głową.

Oak był dobrym kumplem. Bez przerwy się z nim droczyłem, ale prawda była taka, że nigdy bym nie mógł go skrzywdzić i nigdy bym go nie zwolnił, nawet za milion lat. Ufałem mu jak mało komu. Nie wspominając o tym, że mógłby mnie zmiażdżyć swoją wielką tłustą dupą, gdybym mu się naraził.

— Okej.— Otworzył drzwi swojego samochodu i z powrotem do niego wsiadł. — Widzimy się jutro wieczorem.

Już miałem się pożegnać, gdy coś sobie przypomniałem.

— Hej, zaczekaj… słuchaj, możesz o tym nie wspominać ludziom z The Heights? Wiesz, że mnie widziałeś z lalką, i w ogóle?

Oak odchylił głowę i roześmiał się serdecznie.

— Jasne, szefie. Będę strzegł twojej tajemnicy. Choć nie omieszkam ci o niej przypomnieć, gdy znowu zagrozisz, że mnie wywalisz.

* * *

Przygotowałem wszystko na wieczór z Gią. Wstawiłem lody do zamrażarki, a z włoskiej restauracji na mieście wziąłem na wynos lasagne, którą zamierzałem podgrzać i przygotować nam na kolację.

Lalkę zobaczyła, gdy tylko weszła do kuchni. Nic dziwnego, skoro posadziłem ją na środku stołu opartą o wazon czerwonych róż.

Po raz drugi tego dnia uśmiechnęła się zachwycona.

— Co to jest?

— Niespodzianka.

Wzięła lalkę ze stołu i podniosła na wysokość swoich oczu.

— Ona jest… mój Boże… ona jest…

— Brzydka jak noc — skrzyżowałem ręce na piersi i uśmiechnąłem się z dumą.

— Zamierzałam powiedzieć, że jest doskonała. Ale tak, oczywiście, jest też nieskończenie brzydka. Doskonała w swej brzydocie. Gdzie ją znalazłeś?

— Miałem szczęście. Siedziała w oknie sklepu ze starociami i czekała, aż ją znajdę, zabiorę i oddam w dobre ręce.

Przytuliła mocno lalkę, ale po chwili niespodziewanie zaczęła płakać.

Jezu.

Prezent miał ją pocieszyć. Wyciągnąć z dołka, w jakim się znalazła, cokolwiek ją w niego wpędziło. Kompletnie nie przewidziałem, że może ją przygnębić jeszcze bardziej.

— Gia, co się dzieje? Myślałem, że to cię rozweseli.

Spojrzała na mnie i otarła łzy.

— Nic. Nic mi nie jest, wszystko jest super.

Odłożyła lalkę i objęła mnie za szyję. Wciąż miała łzy w oczach, gdy się do mnie przytuliła. Pocałowała mnie łapczywie, wsuwając mi język głęboko do ust, i palcami przeczesywała moje włosy.

— Zabierz mnie do swojej sypialni — wyszeptała.

— Już? Nawet nie zjedliśmy kolacji.

I nagle się zreflektowałem. Czy ja oczadziałem? Czy zrobiłem się hormonalnie niestabilny niczym ciężarna Gia? Po jaką cholerę w ogóle o to pytam? Helo-oł. Ona chce uprawiać seks. Więc kuj żelazo, póki gorące, frajerze!

Odpowiedziała z ustami przy moich.

— Tak. Teraz.

— Dwa razy nie musisz mi tego mówić.

Jeśli chodziło o ochotę na seks, Gia w jedną dobę z oziębłej stała się gorąca do czerwoności. I niech mnie szlag, jeśli zamierzałem się skarżyć. Gdybym jej dziś nie przeleciał, jutro musiałbym wypalić wagon fajek, więc idealnie mi pasowało, że była w nastroju.

Zaniosłem ją na górę i położyłem na łóżku. A gdy się nad nią pochylałem, sama rozsunęła nogi, najszerzej jak umiała.

— O proszę, cała jesteś gotowa…

Gia ostatnio robiła się niesamowicie mokra w niesamowicie krótkim czasie. Od początku powtarzała, że ciąża sprawia, iż podnieca się dziesięć razy mocniej, i chyba faktycznie tak było. Gdy się w nią wsunąłem, była niewiarygodnie wilgotna i było to fenomenalne doznanie. Nie kochaliśmy się zaledwie jeden dzień, a ja miałem wrażenie, jakby wieki minęły, odkąd ostatni raz to czułem.

Przycisnęła mnie do siebie z całej siły i zacząłem ją pieprzyć mocno i miarowo. Miałem przy tym wrażenie, że przywarła do mnie tak, jakby się obawiała, że gdy mnie wypuści, to stoczy się w przepaść.

Rozdział3.

Gia

Nie powiedziałam nikomu. I to mnie zżerało.

Patrzyłam na śpiącego Rusha, na jego piękną twarz. Zastanawiałam się, ile zostało mi jeszcze takich poranków. Ile razy będę mogła się przy nim obudzić, czując się kochana i bezpieczna. Ile zostało mi czasu, zanim Rush dowie się prawdy, która zdruzgocze go i załamie.

Zeszła noc była cudowna, choć moje poczucie winy kładło się na niej potężnym cieniem. Gdy skończyliśmy się kochać, Rush zaserwował mi najpyszniejszą lasagne, jaką w życiu jadłam, a potem oglądaliśmy film i jedliśmy lody prosto z pojemnika. Na koniec masował mi stopy, aż zasnęłam na kanapie. To on musiał mnie zanieść do łóżka, bo nie pamiętam nawet, jak się tu znalazłam.

A teraz był ranek. Słońce wlewało się do pokoju przez przeszklone drzwi wiodące na balkon. Huk fal rozbijających się o brzeg mieszał się z porannymi wrzaskami mew. Budząc się u niego w łóżku, zawsze czułam się jak w niebie. Łapczywie chłonęłam każdą sekundę tego rajskiego spokoju. Choć teraz ten spokój miał słodko-gorzki smak, bo wiedziałam, jak niewiele już mi go zostało.

Miotałam się między różnymi scenariuszami. Chwilami rozważałam zabranie tej tajemnicy do grobu. Potem jednak nie byłam sobie w stanie wyobrazić, że mogłabym żyć w takim kłamstwie. Przez jedną nanosekundę zastanawiałam się nawet, czy po prostu nie uciec po kryjomu i nie musieć znosić tego wstydu.

Jakaś część mnie całkiem poważnie zastanawiała się, czy nie udałoby mi się uniknąć mówienia prawdy. Może Elliott nigdy nie zapyta o dziecko i wszyscy po prostu uznają, że to dziecko Rusha.