Wydawca: E-bookowo Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Zbrodnia na miarę Nagrody Nobla - Jan Kochańczyk

Wielki uczony amerykański, laureat Nagrody Nobla, specjalista od eksperymentów genetycznych -  zaprasza do swej luksusowej posiadłości grupę niezwykłych młodych ludzi. Mają oni "coś wspólnego" między innymi z Napoleonem Bonaparte, Leninem, Adolfem Hitlerem, Stalinem i Albertem Einsteinem.
Wszyscy bawią się dobrze. Nagle... Morderstwo! Czy niektóre odkrycia naukowe mogą być tak niebezpieczne?

Opinie o ebooku Zbrodnia na miarę Nagrody Nobla - Jan Kochańczyk

Fragment ebooka Zbrodnia na miarę Nagrody Nobla - Jan Kochańczyk

Jan Kochańczyk

Zbrodnia na miarę Nagrody Nobla

© Copyright by Jan Kochańczyk

& e-bookowo

Projekt okładki: Jan Kochańczyk

& e-bookowo

ISBN 978-83-7859-788-9

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Spis treści
Zaproszenie
Smoking na miarę
Bliźniacy
Dzieci moje, dzieci!
Rewolucja bez rewolucji
Austerlitz i Waterloo
Milczący Caruso
Kocha zwierzęta, nie kocha ludzi
Talk Show
Grzesznicy i święci
Adolph wpada w szał
Gracz
Jak w rodzinie
Imperatorowa
Ostrzeżenie
Ptasi móżdżek?
Szczeble kariery
Koncert na tam-tam i orkiestrę
Psychoanaliza
Kolejne wywody Simona Prauda
Milion i pół miliona
Co mówią gwiazdy
Miłość maszeruje
Profesor tańczy walca
Legendy i fakty
Polly robi karierę
Ballady i romanse
Szantaż, miłość, polityka
Morderstwo
Jak z „Makbeta”
Jednogłośna uchwała
Wspierał wdowy, pomagał sierotom...
Zapach fiołkowy
Samobójstwo?
W cieniu podejrzenia
Intuicja i logika
Niebezpieczna wiedza?
Arabskie akcenty
Paranoja
Spór o słowa?
Śmierć Polly
Sprawa najważniejsza!
Siedem filarów mądrości
Kobieca intuicja
Światła na mordercę?
Ismail
Ludzie Przeznaczenia
W blasku jupiterów
Money, money
Dlaczego ja?
Pogrzeb Polly
Wśród rekinów

Zaproszenie

– Lennie! Jest list do ciebie! – powiedziała Nadia wchodząc do sypialni.

Lennie jeszcze wylegiwał się w łóżku. Trzydziestolatek z pokolenia yuppies nie był bynajmniej typowym dla swej generacji pracoholikiem. Cieszył się z wolnego dnia, który miał spędzić razem z małżonką na małym żaglowcu w pobliskiej zatoce. Z magnetofonu dobiegały dźwięki „Appasionaty” Beethovena w nagraniu Glenna Goulda.

– Kim jest profesor Saul Goldberg? – spytała Nadia. – To właśnie od niego jest ta duża koperta w dzisiejszej poczcie.

– Nie znam. Nie mam pojęcia. Otwórz kopertę i przeczytaj, o co mu chodzi.

Nadia wzięła nożyczki z biurka, otworzyła przesyłkę.

„Szanowny Panie Leonardzie! – zaczęła czytać. – Jeżeli chce się Pan dowiedzieć czegoś więcej o swoim pochodzeniu, o swojej rodzinie, proszę przyjechać w niedzielę do „willi różanej” przy alei Księżycowej w Los Angeles – tuż obok posiadłości słynnej aktorki Stelli Scott. Pragnę poinformować, że odziedziczy Pan w spadku sporą sumę pieniędzy, która zapewni panu dostatnią i spokojną przyszłość. Dlatego proszę mi poświęcić czas w najbliższą niedzielę, od godziny 10.00 rano do około 16.00 po południu. Czekam z niecierpliwością.

Z poważaniem –

Saul Goldberg, profesor biologii człowieka, Uniwersytet Stanforda, Kalifornia”.

 

– Dziwaczny list! – krzyknął zdumiony Lennie. Nie znam człowieka, nigdy o nim nie słyszałem. Faktem jest, że biologia mnie nigdy nie interesowała.

– To zdaje się jakiś noblista... Jego nazwisko gdzieś mi się obiło o uszy – zastanawiała się Nadia. – Może rzeczywiście dowiesz się czegoś ciekawego o swojej rodzinie. Byłeś anonimową osobą z sierocińca.

– A może to jakiś podstęp? – spytał podejrzliwie Lennie. – Wiesz, że jestem mistrzem wśród komputerowych hakerów, robiłem czasem to i owo, nieraz jakieś kawały, nieraz jakieś wirusy...

– Nikt nie jest w stanie cię nakryć! – powiedziała z przekonaniem Nadia. – Myślę, że powinieneś koniecznie pojechać do profesora. Tak, przypominam sobie – to zdaje się on parę tygodni temu brał udział w telewizyjnym programie o klonowaniu owiec. Starszy pan, około sześćdziesiątki; typowy naukowiec w stylu Einsteina.

– Nie przypominam sobie takiego programu. Mniejsza z tym. Sprawdzę zaraz jego stronę internetową.

Lennie energicznie wyskoczył z pościeli, włożył szlafrok i poszedł wraz z Nadią do pracowni. Włączył komputer. Niewiele trzeba było czasu, by dowiedzieć się, kim jest w istocie profesor Saul Goldberg. Nadia miała rację! To noblista, sława światowa, liczne doktoraty honoris causa, setki prac naukowych i artykuły w najpoważniejszych pismach świata. Trochę zaskakujące wydawało się to, że mimo 96 (!) lat trzyma się krzepko, a jego hobby to narciarstwo, tenis i sporty lotnicze.

– Funduje stypendia dla zdolnej młodzieży! – zachwycała się Nadia. – Jest chyba multimilionerem, skoro kolekcjonuje obrazy wielkich włoskich mistrzów.

– Coraz bardziej intryguje mnie ta cała sprawa – rzekł Lennie. – Masz rację, trzeba jechać i dowiedzieć się, czego ode mnie chce ten miły starszy pan.

– Czyżby to był jakiś krewny, który odnalazł cię po latach? Spadek! To brzmi wspaniale! – entuzjazmowała się Nadia.

– Okaże się. A teraz – śniadanie i droga nad zatokę. Nie ma co zaprzątać sobie głowy pomysłami starych dziwaków. Jeśli coś z tego wszystkiego wyjdzie, to dobrze, jeśli nie, to trudno. Ten list pobudził mój apetyt. Mam ochotę na duży stek.

– Przygotowałam łososia – powiedziała Nadia. – Poranny list to dobry znak. Otworzę szampana.

– Doskonały pomysł!

Smoking na miarę

Przed willą profesora Saula Goldberga stał rząd chyba dwudziestu różnego rodzaju samochodów. Widocznie pojawiło się tutaj wielu zaproszonych gości.

Budynek był okazały, otoczony żywopłotem. Z tyłu widać było duży ogród i basen kąpielowy. Biło w oczy bogactwo gospodarza, który potrafił otrzymane 50 lat wcześniej setki tysięcy dolarów (załącznik do nagrody Nobla) dobrze zainwestować.

Lennie zaparkował swój samochód obok fontanny. Zauważył w drzwiach willi postawnego Murzyna w czerwonym mundurze ze złotymi galonami. Gdy Lennie zbliżył się do drzwi wejściowych, Murzyn pokazał w uśmiechu wspaniałe uzębienie.

– Witam pana, panie Leonardzie! – powiedział.

– Skąd mnie znasz? – zdziwił się Lennie.

– Pański portret wisi na ścianie sali kominkowej, obok zdjęć innych naszych gości. Na razie zapraszamy pana do pokoju gościnnego – będzie się pan mógł odświeżyć po podróży. Spotkanie z profesorem Goldbergiem odbędzie się dopiero za godzinę.

– Doskonale. A kim są inni zaproszeni goście?

– Znam ich tylko ze zdjęć w sali kominkowej. Spotkanie ogólne odbędzie się w sali lustrzanej, obok laboratorium profesora.

– Tajemniczo brzmi to wszystko. W każdym razie chętnie odpocznę po podróży.

– Proszę za mną do pokoju numer 23, z widokiem na ogród, a w oddali na posesję sławnej aktorki Stelli Scott. U niej wieczorem odbędzie się wielkie przyjęcie. Goście profesora, jeżeli zdecydują się zostać na noc, będą mogli spotkać się z gwiazdą, bo wystosowała odpowiednie zaproszenia.

– Intrygujące. Może rzeczywiście wpadnę tam na kilka minut, żeby zobaczyć na własne oczy bohaterkę „Gwiezdnego pyłu”.

– Czy ma pan jakiś bagaż?

– Nie, tylko parę osobistych rzeczy. Nie spodziewałem się, że mogę zostać tu dłużej niż parę godzin.

– W swoim pokoju znajdzie pan odpowiednią garderobę. Jest nawet smoking na miarę.

– Na miarę? – zdziwił się Lennie. Nie pytał o nic więcej, był oszołomiony.

Murzyn zaprowadził go krętymi schodkami na drugie piętro, do bogato urządzonego apartamentu z łazienką i wszelkimi wygodami. Na wieszaku pod ścianą można było dostrzec rzeczywiście zupełnie nowy, wytworny czarny smoking.

– Oto on! – rzekł Murzyn uroczyście. – Pan profesor chciał, aby wszyscy goście przywdziali te piękne stroje. Wszelkie dodatki, łącznie z koszulą, muszką i butami, znajdują się w szafie.

– Dziękuję! Zadziwiające jest to wszystko. Z niecierpliwością będę czekał na spotkanie i wyjaśnienie wielu dość tajemniczych dla mnie spraw.

Murzyn wyszedł pełnić dalej swe obowiązki; Lennie zaś podszedł do okna. Podziwiał ogród, sprawiający dość osobliwe wrażenie. Dlaczego? Ustawione w równe rządki drzewa były niemal identyczne. Jednakowe były także pasma pięknych, egzotycznych kwiatów.

„Taka dyscyplina wśród roślin? – zdumiał się Lennie. – Jak w wojsku”.

W oddali majaczyły zarysy ładnego pałacyku w weneckim stylu. To pewnie posiadłość Stelli Scott. Na biurku wśród wielu potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy znajdowała się również luneta. Lennie spojrzał przez magiczne szkła w stronę pałacyku. Niewiele można było zobaczyć przez gęstwinę drzew, jednak wystarczająco dużo, by stwierdzić, jak urokliwy jest to budynek; prawdopodobnie kopia jednego z weneckich pałaców.

„Zdaje się, że była to kiedyś posiadłość Clarka Gable’a – rozmyślał Lennie. – Czytałem gdzieś o tym. Może warto zostać na noc i zobaczyć to wszystko z bliska? Zadzwonię do Nadii i wyjaśnię jej wszystko. Teraz jednak poleżę chętnie w łóżku, a potem wezmę prysznic. Nie lubię smokingu, ale muszę to znieść i potraktować całą imprezę jako osobliwą zabawę w domu profesora – dziwaka”.

Bliźniacy

Dokładnie o godzinie 10.55 ktoś zapukał do pokoju Lenniego. Okazało się, że to jego dobry znajomy, Murzyn Paolo.

– Pan profesor zaprasza do sali lustrzanej! – powiedział. – Proszę za mną.

Lennie był już przygotowany, umyty i odświeżony, pachnący wytwornymi perfumami, które znalazł w łazience. Smoking leżał na nim znakomicie.

Murzyn sprowadził Lenniego do sali lustrzanej na pierwszym piętrze. Przy długim, szerokim stole siedziało kilkanaście osób – komputerowy umysł Lenniego szybko obliczył, że było tu 12 mężczyzn w smokingach, dokładnie takich samych, w jaki i on był ubrany. Przed każdym stała karteczka z nazwiskiem, jak na kongresie naukowym. Lennie dostrzegł także swoją kartkę i wolne miejsce. Okazało się, że był ostatni i wszyscy czekali już tylko na niego.

Na końcu stołu, jak za prezydium, siedział sędziwy pan, znany z internetowej podobizny – oczywiście profesor Goldberg.

– Witam serdecznie pana Leonarda Ulanova! – powiedział. – Proszę zająć swoje miejsce.

„Nie wygląda na swoje 96 lat – pomyślał Lennie. Trudno by mu było dać nawet sześćdziesiątkę! Niesamowite!”

Głośno zaś powiedział:

– Dzień dobry! Wszystko tutaj jest bardzo tajemnicze i intrygujące. Mam nadzieję, że szybko postara się pan profesor zaspokoić naszą ciekawość.

– Jak najbardziej! – rzekł noblista. – Z moich listów, które otrzymał prawie każdy z was tu obecnych, wiecie już, kim jestem. Pozwolicie, że przedstawię wam jeszcze moich synów, Bena i George’a. Siedzą tu, obok mnie, po lewej i prawej ręce.

Dwaj trzydziestoletni mniej więcej bliźniacy, podobni do siebie jak dwie krople wody, unieśli się ze swoich miejsc i ukłonili towarzystwu.

Lennie przyjrzał się teraz dokładniej obecnym. Zaskoczyło go, że wszyscy – oprócz rzecz jasna profesora – byli jego rówieśnikami. Reprezentowali pokolenie pięknych trzydziestoletnich Ameryki – ambitną generację yuppies. Smokingi upodobniały ich sylwetki. W oczach można było dostrzec błyski inteligencji. Zapewnie wszyscy mieli zamiłowanie do pracy umysłowej. Jednym z nich był... Tak, oczywiście – to gwiazdor telewizyjny Carlo Marx, prezenter błyskotliwego widowiska telewizyjnego na tematy społeczno-ekonomiczne. Jeszcze jedna twarz wydała mu się znana. Rzeczywiście, facet siedzący dwa krzesła dalej... do złudzenia przypominał sławnego aktora i reżysera filmowego, Orsona Wellesa z okresu „Obywatela Kane”. Niektóre inne twarze też wydawały się znane. Z filmu? Telewizji?

Lennie nie miał jednak czasu na rozmyślania.

– To, czego dowiecie się dzisiaj o sobie, będzie dla was wszystkich prawdziwym wstrząsem – mówił profesor Goldberg. – Zdaję sobie z tego sprawę. Chciałbym, abyście się do tego przygotowali psychicznie. Mam nadzieję, że rekompensatą będzie dla was informacja, że wszyscy macie przed sobą fantastyczne perspektywy rozwoju naukowego i duchowego – tym bardziej, że każdy z was otrzyma ode mnie ogromną sumę pieniędzy. Wiem, że każdy z was potrafi je dobrze wykorzystać. Znam was lepiej, aniżeli wy sami siebie znacie. Dokładnie tak!

Najpierw może powiem parę słów o sobie. Mam prawie sto lat, ale zapewne przyznacie, że na tyle nie wyglądam. To nie cud natury. To cud nauki! Od dziesięcioleci zajmuję się tajemnicami życia. Uważam, że nauka powinna służyć praktyce, dlatego też pracowałem nad problemem przedłużenia młodości gatunku Homo sapiens... może aż do granic nieśmiertelności?

Uważałem też zawsze, że nauka musi przekraczać wszelkie ograniczenia myślowe, czy nieracjonalne wymogi tak zwanej moralności. Dlatego już w latach trzydziestych XX wieku prowadziłem badania nad strukturą biologiczną człowieka. Odkrycia współczesnej genetyki w latach pięćdziesiątych dały dodatkowy impuls moim pracom. Jako człowiek niezależny finansowo dzięki Nagrodzie Nobla, którą miałem zaszczyt otrzymać wiele, wiele lat temu, mogłem w swoim laboratorium nadążać za największymi osiągnięciami współczesnej biologii, a nawet, jak mniemam – wyprzedzać je. Choćby dlatego, że jak wspominałem, nie mam nonsensownych przesądów pseudomoralnych. Popieram piękne zdanie pisarza Jorge Luisa Borgesa, że „co może być pomyślane, to będzie pomyślane, a co może być zrobione – to będzie zrobione”. Prędzej czy później. Na pewno lepiej prędzej niż później.

Krótko mówiąc: po udanych eksperymentach z klonowaniem zwierząt, jakieś 40 lat temu, korzystając z metody zbliżonej do transferu jądra, rozpocząłem próby klonowania ludzi. Jeden z efektów możecie obserwować właśnie tu, obok mnie. To moi synowie – bliźniacy. Są oni wierną kopią mojej własnej osoby! Oczywiście, ja mam blisko sto lat, a oni są trzydziestoletnimi młodzianami.

Zanim przystąpię do dalszego wykładu, proponuję, aby służąca podała napój walerianowy mojej receptury, bo wszystkich was czekają bardzo mocne wrażenia. Napój działa uspokajająco i rozweselająco, jest bardzo pożywny i zdrowy.

Profesor nacisnął przycisk obok karteczki ze swoim nazwiskiem. Po chwili do sali wkroczyła schludnie ubrana służąca o wyraźnie azjatyckich rysach twarzy i skośnych oczach. Trzymała w rękach tacę ze szklaneczkami apetycznie pachnącego napoju. Oszołomieni goście zaczęli częstować się napojem smakowitym niczym, ambrozja.

Dzieci moje, dzieci!

Nektar walerianowy profesora Goldberga działał błyskawicznie. Lennie poczuł radosne odprężenie. Nie wszyscy jednak częstowali się tą ambrozją. Niektórzy spoglądali nieufnie i na napój, i na profesora. Wszyscy jednak z równą niecierpliwością czekali na kolejne słowa dostojnego noblisty.

On także sączył cudowny płyn niewielkimi łykami. Służąca wyszła. Profesor mówił dalej:

– Intrygowało mnie pytanie, czy można klonować ludzi. Teraz jest oczywiste, że tak – podobnie jak inne zwierzęta. Za moich czasów (że tak powiem), były co do tego jeszcze wątpliwości. Ostatecznie okazało się, że klonowanie osobników żyjących tu i teraz, dysponujących pełnowartościowym materiałem genetycznym, jest dziecinnie proste. Efektem moich eksperymentów są między innymi moi synowie, z których jestem bardzo dumny. Są moimi wiernymi kopiami, posiadają takie same zdolności i zamiłowania naukowe. Teraz pomagają mi w pracy.

Pokażę wam, moi drodzy, moje laboratoria i niektóre osiągnięcia. Teraz jednak chciałbym przejść do zasadniczej części moich wywodów, które dotyczą was właśnie. Od dawna intrygowało mnie pytanie: czy można wskrzesić największych geniuszy ludzkości, w przypadku, gdy dysponujemy choćby śladowym materiałem genetycznym. W „Parku Jurajskim” Stevena Spielberga powołano do życia dawno wymarłe gatunki dinozaurów. To fantazja, ale... W momencie, gdy film święcił triumfy na ekranach świata, już dawno krążyli po planecie, nawet o tym nie wiedząc, osobnicy, będący wiernymi kopiami ludzi z epok minionych. I było to moje dzieło!

Udało mi się osiągnąć, metodą wielokrotnej repliki genetycznej, blisko 98– procentową identyczność. Zależało to od materiału archiwalnego, jaki udało mi się uzyskać. Oto moja idea: wskrzesić do życia, dla dobra ludzkości, największe umysły, największych geniuszy w historii cywilizacji. Żeby to osiągnąć, trzeba mieć materiał wyjściowy, czyli dostęp do dobrze utrzymanych komórek z organizmów geniuszy. To poważne ograniczenie. Nie można przecież wskrzesić na przykład Mozarta, skoro nikt nie wie, gdzie jest jego grób. Istnieją jednak doczesne szczątki wielu koryfeuszy ludzkości minionych epok. Kierowałem się listą tygodnika „Time” – wykazem ludzi, którzy mieli największy wpływ na losy naszej cywilizacji. Ich właśnie chciałem wskrzesić dla przyspieszenia postępu, dla ratowania naszej zagrożonej planety.

Wybór był dość trudny. Miałem na przykład wątpliwości, czy można wskrzesić ludzi uznawanych dziś za zbrodniarzy, jak Hitler czy Stalin. Jestem jednak przekonany, że to tylko warunki historyczne zrobiły z nich groźnych polityków. Ich potencjał energetyczny i intelektualny w nowych warunkach mógłby mieć bardzo pozytywny wpływ. Nikt nie rodzi się zbrodniarzem! Tworzą go dopiero okoliczności. Zresztą... To przecież fascynujący eksperyment: odpowiedź na pytanie, jak rozwinie się talent Hitlera w demokratycznej Ameryce na początku XXI wieku! Naukowiec musi sobie zadawać takie pytania. Co może być zrealizowane, to musi być zrealizowane. Tak więc około 40 lat temu, po opracowaniu podstaw teoretycznych moich eksperymentów i udanych próbach praktycznych, zabrałem się do zrealizowania największego dzieła mojego życia. Postanowiłem zrekonstruować 10 największych geniuszy ludzkości z rozmaitych rankingów prasowych. Żeby tego dokonać, trzeba było dotrzeć do materiału archiwalnego tychże geniuszy. Poświęciłem na to pół majątku. Pracowało dla mnie 20 najwyższej klasy detektywów i kilku wybitnych historyków tudzież archeologów. Pieniądze mądrze użyte mogą, jak wiecie, sprawić cuda. Udało mi się zebrać własną dziesiątkę z dwudziestu typów.

Profesor przerwał na chwilę swój monolog, pociągnął łyk ambrozji. Potem mówił dalej, mając przed sobą zaintrygowanych, ale już raczej pogodnie usposobionych słuchaczy:

– Musiałem odpowiednio spreparować materiał genetyczny, znaleźć zastępcze matki, pomyśleć o przyszłości dzieci, które miały przyjść na świat, zapewnić im dobre warunki rozwoju, wykształcenia. To wszystko jest bardzo skomplikowane, bo jak wiadomo diabeł tkwi w przyziemnych szczegółach. Nie warto opisywać moich długoletnich starań i kłopotów „późnego ojcostwa”, jak to nazywam. Bo to przecież wszystko miały być... Bo to... Bo to są – moje dzieci! Domyślacie się chyba. To wy! To wy jesteście moim dziełem, a jednocześnie dziećmi wszechświata i naszej wspaniałej ziemskiej cywilizacji!

Rewolucja bez rewolucji

Mimo silnego działania nektaru walerianowego, po twarzach obecnych można się było przekonać, że efekt słów profesora jest piorunujący. Sam Saul Goldberg widocznie wzruszył się głęboko, bo białą chustą ocierał dyskretnie łzy z oczu. Dość spokojnie natomiast przyjmowali te wszystkie rewelacje genialnego ojca bracia bliźniacy, od dawna widać wtajemniczeni w jego naukowe sprawki.

Profesor opanował wzruszenie. Odchrząknął i mówił dalej:

– Chciałbym teraz, abyście wszyscy poznali swoje pochodzenie. To wam pozwoli odpowiednio ukierunkować dalsze losy, badania naukowe bądź działalność polityczną. Zacznę od ciebie, drogi Leonardzie, zwany pieszczotliwie: Lennie. Otóż musisz wiedzieć, że jesteś niemal identyczną kopią polityka, który radykalnie zmienił losy XX wieku, który wywarł bodaj największy wpływ na historię nowożytną. Moraliści różnie go oceniają, nie mogą jednak nigdy mu odmówić prawdziwej wielkości. Leonardzie – zmartwychwstało w tobie ciało, umysł, dusza i wola wodza Rewolucji Październikowej – Włodzimierza Ilicza Lenina!

Szmer zdumionych westchnień przetoczył się przez salę po tych słowach profesora. Do Lenniego ostatnie słowa zdawały się nie docierać.

– Przecież to absurd! – powiedział. – O ile mi wiadomo, Włodzimierz Ilicz był człowiekiem mizernego wzrostu, około 150 centymetrów, ja zaś mam 15 centymetrów więcej. Już to samo świadczy o nieprawdziwości pańskich słów, profesorze.

– Zapominasz, Lennie, że ciało człowieka rozwija się zgodnie z programem genetycznym, ale na jego wzrost mają też wpływ czynniki środowiskowe. Współczesna Ameryka stosuje hormony wzrostu, witaminy, odżywki, o jakich się ludzkości jakieś sto lat temu jeszcze nie śniło. Jeśli spojrzysz w lustro, przypniesz sobie charakterystyczną bródkę – rozpoznasz w sobie prawdziwego wodza! Zresztą... Mam dokładną dokumentację losów każdego z was; potrafię udowodnić prawdziwość moich słów.

– Profesorze, Lenin zajmował się robotą rewolucyjną, a mnie tego typu sprawy nigdy nie interesowały. Uwielbiam komputery, jestem w tej branży dobry. Nie przepadam za bezpośrednimi kontaktami z ludźmi, wolę poznawać ich przy pomocy Internetu. Przyznaję, że parę razy udało mi się poważnie wpłynąć na światowe rynki finansowe przy pomocy pewnych tricków komputerowych, bawiło mnie to – nie będę się wdawał w szczegóły.

– Wiem doskonale o wszystkim – przerwał profesor. – Nie będę publicznie rozstrzygał tych spraw. Zresztą, i tak nikt, niczego nie może ci udowodnić. Wirusy komputerowe rodzą się nie wiedzieć gdzie i kiedy. Ich twórcy pozostają nieuchwytni, jeśli mają taki spryt, jak ty. Tak, tak, mój drogi! Jesteś rewolucjonistą XXI wieku! Nie trzeba przelewu krwi, rzezi, łańcucha przemocy, żeby zmieniać oblicze świata.

Lennie mimo kojącego wpływu ambrozji był silnie wzburzony. Z przerażeniem dowiedział się, że ktoś może znać jego największe hakerskie tajemnice!

– Nie obawiaj się, Leonardzie, twoje poczynania nie wyjdą na światło dzienne – mówił dalej Saul Goldberg. – Natomiast chcę zwrócić uwagę na dziwny paradoks. Lenin robił rewolucję w imię równości społecznej. Każdemu po równo – taka była jego dewiza. Twoja działalność zaś, jak zresztą cała rewolucja komputerowa, przyczynia się do pogłębiania różnic ekonomicznych między ludźmi, rasami, kontynentami. Bogaci stają się bogatsi, a biedni coraz biedniejsi. Kapitał wypływa z nędzarskich krajów do bogatej Ameryki czy Europy Zachodniej. To dla mnie ciekawe, od strony psychologicznej – czy jako zwolennika równości i braterstwa nie oburzają cię krzywdy biedaków tego świata?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałem – rzekł Lennie. – Trzeci Świat znam tylko z ekranu telewizora. Murzyńskie dzielnice slumsów też nigdy mnie nie pociągały. Dowodzi to raz jeszcze, że jestem zupełnie innym człowiekiem niż pan Vladimir Uljanov.

– Przyjdzie pora, żeby zastanowić się nad tym fenomenem, bo jest wśród nas... profesor Freud! – uśmiechnął się triumfalnie Saul Goldberg. – Natomiast, jeśli wolno mi wyrazić własne zdanie – przyszłość należy do ducha, nie do ciała. Zmieniać świat będą ludzie intelektu. Trzeci Świat to właściwie zbędny balast. Myślę, że przekonanie to jest coraz bardziej powszechne. Dlatego nawet Lenin w naszych czasach musiałby przyznać, że (wbrew opiniom moralistów) racjonalny jest przepływ kapitałów ze strony zdegenerowanej do lepszej, bardziej postępowej. Bogaci powinni być bardziej bogaci, aby przyspieszać rozwój całej, zdrowej ludzkości.

Myślę, że środki finansowe, które chcę zapewnić tobie, drogi Leonardzie, oraz wam wszystkim, moi kochani, przyczynią się do rozwoju właśnie tej najbardziej cywilizowanej części ludzkości.

Proponuję, abyśmy wszyscy wypili łyczek ambrozji za pomyślność tych planów. One zresztą muszą zrealizować się prędzej czy później, bo to jedyna droga do rozwoju cywilizacji. Twoje zdrowie, Lennie!

Wszyscy wypili po łyku, nawet ci, którzy dotychczas wyraźnie się oszczędzali. Widać było, że ostatni kwadrans wyczerpał nerwowo słuchaczy profesora. Gospodarz zauważył, że prawie wszystkie naczynia z nektarem są puste. Zadzwonił po służącą, by przyniosła następne porcje.

Austerlitz i Waterloo

Niemal dotykalne, wyczuwalne zmysłami napięcie nerwowe na sali wyraźnie spadło. Nieoczekiwanie dla wszystkich energicznie wstał z krzesła i zabrał głos niewysoki, szczupły młody człowiek o hipnotycznym spojrzeniu.

– Piękne bajeczki pan nam tu dzisiaj opowiada, profesorze! – powiedział. – Bałem się, że dzisiejszy dzień będzie dla mnie zmarnowany. Jednak nie. Przecież sam mi pan dostarcza w ręce groźnego hakera komputerowego, którego ścigam od miesięcy. To on zapewne spowodował kryzys walutowy kilka miesięcy temu, poprzez groźne wirusy o pięknie brzmiących nazwach!

– Spokojnie, inspektorze! – przerwał Saul Goldberg. – Muszę przedstawić pana tu obecnym: oto szef policji w Los Angeles, nadkomisarz Napoleon Buono.

Lennie poczuł, że zimny pot mu występuje na czoło. Wydawało mu się, że ambrozja błyskawicznie wywietrzała z głowy. Profesor Goldberg nie stracił jednak zimnej krwi.

– Wszyscy jesteście dla mnie, jak rodzone dzieci – powiedział spokojnie. – Dobry ojciec musi zawsze pamiętać, że jego pociechy mają różne niebezpieczne pomysły, chcą się czasami brzydko bawić; dlatego musi przewidywać najtrudniejsze sytuacje. Drogi inspektorze, powiem jedno: kampania wyborcza obecnego gubernatora; konto na hasło: Victory 856. Mam wszelką dokumentację.

Tym razem nadinspektor wyraźnie zbladł, stracił pewność siebie. Szybko jednak się opanował.

– Nie doceniałem pańskich zdolności, profesorze! – rzekł. – Bardzo szybko by pan zrobił karierę u nas, w policji.

– Dziękuję za wyrazy uznania, a są one dla mnie tym bardziej zaszczytne, że... Co tu dużo mówić – pochodzą z ust człowieka, który stworzył historię XIX wieku, zmienił bieg dziejów. Przed nami – Napoleon Bonaparte!

– A ściślej mówiąc, jego dokładna kopia – wtrącił jeden z bliźniaków, siedzący po lewej stronie ojca.