Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Najnowszy, szósty tom z serii Zdarzyło się w Polsce.
Witaj w sercu dawnej potęgi! Wkraczasz do krainy, która przez stulecia pisała własną historię. Od ponownego przyłączenia Mazowsza do Korony Polskiej minęło dokładnie pięćset lat. Poznaj miasto, które było stolicą naszego kraju, zanim ktokolwiek pomyślał o Warszawie, biskupów budujących potężne katedry i rycerzy biorących udział w bitwach, które zmieniały losy regionu. Odkryj zapomniane sekrety i wielką politykę niezależnego Mazowsza, gdzie twardą ręką rządzili polscy władcy – Władysław Herman i Bolesław Krzywousty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 124
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Grażyna Bąkiewicz, Zuzanna Orlińska, Kazimierz Szymeczko, Paweł Wakuła
Zatruty kielich 10 opowiadań z dziejów Płocka
Cykl: Zdarzyło się w Polsce
© by Grażyna Bąkiewicz © by Zuzanna Orlińska © by Kazimierz Szymeczko © by Paweł Wakuła © by Wydawnictwo Literatura
Publikacja dofinansowana ze środków Miasta Płocka
Okładka i ilustracje: Mikołaj KamlerPomysłodawca cyklu: Paweł WakułaKorekta: Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska
Wydanie I, Łódź 2026 ISBN 978-83-8208-736-9
Wydawnictwo Literatura
91-334 Łódź, ul. Srebrna [email protected] tel. (42) 630-23-81www.wydawnictwoliteratura.pl
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Drodzy Czytelnicy,
im głębiej zaglądamy w dzieje Mazowsza, tym bardziej odkrywamy, że historia potrafi być niezwykłą opowieścią pełną odwagi, tajemnic i przygód. Dawni kronikarze zapisali na kartach pergaminów historie o Mieszku I i jego następcach, o książętach strzegących mazowieckiej ziemi, biskupach budujących potężne katedry oraz rycerzach, którzy wyruszali na wielkie bitwy. Były też spory i walki, które przez wieki zmieniały losy naszego regionu.
Z opowieści tych wyłania się silne i wyjątkowe Mazowsze – kraina rozległych pól, lasów i królowej polskich rzek, Wisły. A w samym jej sercu od wieków stoi Płock – miasto o pięknej historii i niezwykłej tradycji. To tutaj działy się rzeczy ważne dla całej Polski. Płock był nawet stolicą naszego kraju, zanim Warszawa w ogóle pomyślała, by nią zostać!
Rok 2026 przypomina nam o wyjątkowej rocznicy. Mija dokładnie 500 lat od ponownego przyłączenia Mazowsza do Korony Polskiej. To ważny moment, ale historia nie składa się wyłącznie z wielkich dat i uroczystych wydarzeń. Tworzą ją także codzienne losy ludzi, ich marzenia, troski, odwaga i przygody.
Zapraszam Was do wspólnej podróży po Płocku oraz Mazowszu, krainie pełnej ciekawych opowieści, które uczą, inspirują i pokazują, jak niezwykłe miejsce tworzymy razem od pokoleń.
Prezydent Miasta Płocka
Andrzej Nowakowski
Paweł Wakuła
Płock ośrodkiem kultowym Mazowszan
Wyruszyli przed brzaskiem, zanim pierwsze promienie słońca zaróżowiły czubki drzew. Wilk mimo ciemności pewnie wybierał drogę. Nic dziwnego, w końcu był najlepszym łowcą w całej osadzie. Stanko ziewał i przecierał zaspane oczy, ale dzielnie szedł jego śladem.
Świt to najlepsza pora na polowanie, wszelki zwierz budzi się do życia i wychodzi na żer, a poza tym bogowie sprzyjają myśliwym. Przedwieczni upodobali sobie czas przejścia, gdy Złe traci moc, a dola na nadchodzący dzień jeszcze nie jest ustalona. Wszystko może się zdarzyć.
Zakrakał kruk, Wilk drgnął, ale nie zwolnił kroku.
– Z prawej… – szepnął Stanko i natychmiast plasnął się dłonią w usta.
Myśliwi wyruszający na polowanie powinni zachować ciszę. Poza tym jego dziadek dobrze wiedział, że krakanie jest złą wróżbą tylko wówczas, gdy dochodzi z lewej strony.
Wilk rzucił chłopcu karcące spojrzenie, ale nie powiedział ani słowa. Podążali w milczeniu, nie oglądając się za siebie. Gdy wzeszło słońce, siedzieli już w kryjówce za rzeką, cierpliwie czekając na zwierzynę.
Bogowie niemal od razu im poszczęścili. Z lasu wyszedł młody koziołek sarny, rozejrzał się czujnie, a potem uspokojony zanurzył pysk w wodzie. Wilk powoli naciągnął cięciwę i strzała pomknęła w kierunku zwierzęcia. Koziołek podskoczył rozpaczliwie, ale było już za późno. Szaropióry pocisk dosięgnął celu.
Wilk podszedł do zdobyczy z lekko napiętym łukiem, choć ostrożność nie była konieczna. Gdy zwierzę padało na trawę, już nie żyło.
Myśliwy zmówił krótką modlitwę. Błagał duszę koziołka o wybaczenie i dziękował Leszemu, opiekunowi wszystkich leśnych stworzeń, za szczodry dar, jaki od niego otrzymał.
– Wracamy? – zapytał cicho Stanko.
Można było już mówić, a on z trudem wytrzymał aż dotąd bez pytlowania językiem.
Wilk bez słowa zarzucił koziołka na ramię i ruszył przed siebie. Do miejsca, w którym zostawili łódkę, nie było daleko, a Stankowi przez cały czas gęba się nie zamykała:
– Mam już dziewięć lat, dawno odbyłem postrzyżyny, więc jestem mężczyzną. Myślisz, że mógłbym kiedyś sam wybrać się na polowanie? Z odległości stu kroków trafiam w pasek brzozowej kory! Przemko gadał, że…
Wilk stanął jak wryty i uciszył wnuka zdecydowanym ruchem dłoni. Położył zdobycz na trawie i wyciągnął zza pasa krótką siekierkę.
Po plecach Stanka przeszedł dreszcz. Teraz on także poczuł dziwny zapach. Ledwo wyczuwalną nutę goryczy unoszącą się w rozgrzanym powietrzu.
Chłopiec ściągnął z pleców mały łuk i nałożył strzałę na cięciwę. Dziadek dał mu znak ręką. Stopa za stopą ruszyli przed siebie. Po chwili zobaczyli głęboki wykrot, a na jego dnie pozostałości po niewielkim ognisku przysypane ziemią. Ktoś zadał sobie sporo trudu, żeby ukryć je przed cudzymi oczami.
Wilk jednym susem skoczył na dno jamy. Zanurzył dłoń w popiele i przesiał go przez palce. W pewnej chwili podniósł coś z paleniska.
– Byli tu dwa, najdalej trzy dni temu… – mruknął i pokazał wnukowi otwartą dłoń, na której leżał krótki i szeroki grot z kości.
– Kto? – wyjąkał Stanko, choć w głębi serca znał odpowiedź.
– A jak myślisz?
Wilk wdrapał się na krawędź wykrotu i nie czekając na wnuka, ruszył przed siebie. Po kilkudziesięciu krokach znalazł się na brzegu rzeki, rozchylił zwisające nad wodą gałęzie i wskazał Stankowi widok rozciągający się po drugiej stronie Wisły.
– Przeklęci szpiedzy… Na to się gapili!
Był piękny czerwcowy dzień. W blasku słońca lśniła wysoka nadrzeczna skarpa, na której stał drewniany gródek. Częstokół i strzechy domostw odbijały się w wodzie.
Nad świętym wzgórzem Mazowszan zapadła noc. Płomienie ogniska rozpalonego w kamiennym kręgu wydobywały z mroku głaz ofiarny i stojące nieopodal posągi Swaroga, Peruna i Welesa. Czerwony blask pełgał po ich zatroskanych obliczach, sprawiał, że wydawały się żywe.
Stanko miał wrażenie, że Przedwieczni patrzą tylko na niego. Byli tak blisko, niemal czuł ich obecność. Ale czy zechcą pomóc plemieniu w chwili próby?
– …jeśli Jaćwingowie obserwują nas już teraz, u progu lata, to znaczy, że przybędą późną jesienią, gdy krowy zrobią się tłuste, a nasze spichlerze zapełnią się plonami – mówił od jakiegoś czasu Wilk. – Zrabują bydło i ziarno. Porwą tylu niewolników, ilu zdołają, i popędzą ich na północ, za Narew.
Tłum mężczyzn zgromadzonych wokół ogniska zaszemrał. Dobrze wiedzieli, o czym mówi myśliwy.
– Będziemy się bronić! – wyrwał się jakiś młodzik.
Sędziwy Gorazd pokręcił z powątpiewaniem głową.
– My żyjemy z roli, Jaćwingowie nie orzą i nie sieją. Siedzą w głębi puszczy, a wychodzą z niej tylko po to, żeby ruszyć na wyprawę wojenną. Nie wiemy, kiedy zaatakują, a nasz gród… Ech…
Nie dokończył zdania, ale wszyscy wiedzieli, o czym myśli. Częstokół otaczający osadę na świętym wzgórzu nie był okazały.
Tłum zafalował.
– Musimy walczyć!
– Nie! Lepiej zapłaćmy im haracz! Wtedy zostawią nas w spokoju!
– Niedoczekanie!
Stanko spojrzał bezradnie na posąg Welesa, jakby szukał u boga pomocy.
Nagle w krąg światła wkroczył Radost, mąż silny i bywały w świecie. Wiele lat spędził w dalekim Poznaniu w służbie tamtejszego księcia i znał się na wojaczce jak nikt inny.
– Jeśli zostaniemy sami, będzie z nami źle – oznajmił krótko.
– Co radzisz? – spytał Gorazd.
– Prosić Mieszka o przyjaźń. Jemu niestraszni Jaćwingowie.
Mężczyźni pokiwali głowami. Tę sprawę nieraz poruszano podczas wiecu. Polanie nie byli obcy, gadali ludzką mową i czcili tych samych bogów… W każdym razie do niedawna.
– Ponoć Mieszko dał się pokropić wodą i przyjął wiarę w Chrystusa… – burknął Wilk. – Możemy mu zaufać?
Gorazd wzruszył ramionami.
– A mamy inne wyjście?
Stanko z szeroko otwartymi ustami gapił się na sznur wojów zmierzający w stronę osady. Drużynnicy Mieszka mieli na sobie skórzane kaftany, a na głowach hełmy, byli uzbrojeni w podłużne tarcze, topory i włócznie. Najmniej dwie kopy mężczyzn szły miarowym krokiem, nie rozglądając się na boki. Z ich gardeł wydobywała się monotonna pieśń:
– Ho! Ho!
Naprzód idź!
Hej! Hej!
Chrobry bądź!
Ho! Ho!
Topór w dłoń!
Hej! Hej!
Wroga siecz!
Na końcu kolumny jechało kilkunastu konnych, wszyscy w sięgających kolan kolczugach, z mieczami pobrzękującymi u pasów. Jeźdźcy byli wysocy i barczyści, mieli długie brody zaplecione w warkoczyki i okrągłe tarcze pomalowane na jaskrawe kolory. Był też jeden niski, z nosem przypominającym dziób krogulca. Jego bystre spojrzenie omiatało święte wzgórze, rzekę i zgromadzonych Mazowszan.
– Ten pokurcz to sam książę Mieszko – wycedził Wilk. – Przyjechał obejrzeć swój nowy nabytek.
– A te wielkoludy na koniach?
– Przyboczni Normanowie. Lepiej nie wchodzić im w drogę.
– Tęgie chłopy! – zachwycił się Stanko. – Teraz to już Jaćwingowie nam niestraszni!
– A pewno! Kto inny ogołoci nasze spichlerze! – skrzywił się Wilk.
Stanko spojrzał na niego zdziwiony. Od pamiętnej nocy, gdy wiec zdecydował, żeby wezwać Mieszka na pomoc, jego dziadek stał się innym człowiekiem. Nigdy nie był wylewny, ale teraz to już całkiem przestał gadać. Chodził tylko z kąta w kąt z zafrasowaną miną. Widać było, że coś go dręczy.
– Co ci jest, dziadku?
Niespodziewanie Wilk zaczął cedzić przez zęby, zupełnie jakby coś w nim pękło:
– Jaćwingowie nam niegroźni… Za to Polanie oskubią nas jak głodny kundel kość. Przekonasz się, w zamian za ochronę będziemy harować w pocie czoła, a na koniec zostaniemy ich niewolnikami. Odbiorą nam wszystko, naszą ziemię, wolność… a na koniec bogów.
– Jak to odbiorą bogów? – zdziwił się Stanko. – Przecież to niemożliwe!
Ale Wilk tylko machnął ręką.
– Sam zobaczysz.
Nie minęło wiele czasu i Stanko przekonał się, co dziadek miał na myśli.
Jesień przeszła spokojnie, Jaćwingowie musieliby być chyba szaleni, żeby zaatakować tylu zbrojnych. Za to z nadejściem zimy w osadzie zawrzało jak w ulu.
Z rozkazu Mieszka mężczyźni mieli przez cały dzień rąbać puszczę w górze rzeki. Olbrzymie dęby i jesiony padały pod ciosami siekier, a ich pnie spławiano Wisłą w okolice skarpy.
Stary częstokół obalono przy pomocy zaprzęgów wołów, a w jego miejscu zaczęto wznosić wysokie na kilka sążni wały z kamieni, piasku i gliny. Kobiety i dzieci całymi dniami wypełniały otoczakami drewniane skrzynie, które zapobiegały osuwaniu się ziemi.
Wilk znalazł sposób, żeby wymigać się od harówki. Chodził do lasu – sam albo ze Stankiem – i polował, aby pilnujący budowy wojowie Mieszka mieli zawsze świeże mięso. Przy okazji nie zostawiał na nich suchej nitki:
– Czy przed rozpoczęciem pracy złożyli obiatę bogom? Hę? Nawet im to przez myśl nie przeszło! Owszem, odstraszyli Jaćwingów, ale ich utrzymanie kosztuje nas więcej niż najazd wroga! Już nie jesteśmy panami we własnym domu, teraz rządzą tu obcy…
Stanko słuchał dziadka, ale w głębi ducha nie zgadzał się z nim. Dobrze pamiętał dzień, gdy odkryli w puszczy obozowisko szpiegów. Wróg nie zaatakował tylko dlatego, że na świętym wzgórzu pojawili się Mieszko i jego wojowie.
Przyszła jednak chwila, gdy musiał przyznać mu rację.
Tęgie mrozy na jakiś czas przerwały budowę, ale z nastaniem wiosny znowu ruszyła z kopyta. Wspólnym wysiłkiem zaczęto wbijać pale w koronę wału. Nowy częstokół lśnił z daleka, jakby sporządzono go nie z dębiny, lecz ze złota.
I wtedy Polanie bez uprzedzenia zaczęli wznosić kościół. W dodatku tuż obok pradawnego kręgu ofiarnego!
Wilk patrzył na to świętokradztwo ze zgrozą, a potem chwycił łuk i strzały i pobiegł do lasu.
Od kilku dni padał ulewny deszcz, prace przy budowie grodu niemal zamarły. Polowanie także nie miało sensu. Ślady dzikiego zwierza rozmyły potoki wody lecącej z nieba, a cięciwy łuków zwiotczały od wilgoci.
Wilk ze Stankiem schronili się przed deszczem pod osłoną wału i patrzyli na szeroko rozlaną Wisłę.
– Jeszcze nie teraz, ale przyjdzie taki dzień, gdy Polanie obalą posągi naszych bogów i cisną je do rzeki… – mówił z goryczą dziadek. – Być może ja tego nie dożyję, ale ty na pewno. I po co to wszystko? Żeby zbudować nowy gród dla ochrony przed Jaćwingami? Mieliśmy dobry częstokół, mogliśmy się zza niego bronić…
– Ten koślawy płotek to miał być częstokół? – parsknął ktoś pogardliwie.
Dosłownie kilka kroków od nich, za załomem wału stał książę Mieszko. Bogowie wiedzą, co go tu przywiało. Wpatrywał się w szarą toń rzeki i mówił jakby sam do siebie:
– Wspólne dobro wymaga wyrzeczeń. Nie było mi łatwo porzucić dawnych bogów, ale musiałem to zrobić… Narzekać i migać się od roboty każdy głupi potrafi. Ale budować państwo, w którym wszyscy będą bezpieczni, nie jest łatwo… Trzeba zacisnąć zęby i robić swoje dla tych, którzy żyją teraz, i dla tych, którzy przyjdą po nas…
Wilk położył dłoń na ramieniu wnuka.
– My już pójdziemy…
Mieszko oderwał wzrok od rzeki, jakby dopiero teraz ich zobaczył.
– Postawię w tym miejscu prawdziwy płot! – powiedział z naciskiem. – Taki, który obroni was, a przy okazji całe księstwo!
– Tak, panie – szepnął Wilk.
Stanko długo nie mógł zasnąć. W uszach brzęczały mu słowa Mieszka: „Państwo… Wspólne dobro… Dla tych, którzy przyjdą po nas…”. O co mu chodziło? Ciemności rozbrzmiewały pochrapywaniem domowników, a on wciąż myślał. Wreszcie oczy same mu się zamknęły.
Obudziło go delikatne potrząsanie za ramię.
– Już świta? Idziemy na polowanie?
– Ja idę – poprawił go Wilk. – Nic tu po mnie. Nie będę czekać, aż dobiorą mi się do skóry.
– Pójdę z tobą!
– Nie, znam las, a on mnie. Dam sobie radę. Ty zostań, jesteś młody, przywykniesz do nowych porządków. Tylko obiecaj mi jedno…
– Co takiego, dziadku?
– Nie wyrzeknij się naszych bogów. Bez nich będziemy zgubieni. Wiesz przecież, że to Weles od zarania świata broni nas przed złem. Robi to pod postacią Żmija. On jest naszym zbawcą, nie Mieszko i Polanie. Jeśli zobaczysz na niebie wielkie światło, to będzie znaczyć, że pojawił się, żeby nieść nam pomoc.
Chłopiec chciał o coś jeszcze spytać, ale dziadek położył mu palec na ustach. Po chwili jego sylwetka przepadła w mroku.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Paweł Wakuła. Idzie nowe. Płock ośrodkiem kultowym Mazowszan
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
