Opis

Słyszeliście o Bezprymie? Obiło się coś o uszy?

Nie róbcie sobie wyrzutów, jeśli nie. Nawet historycy mają problem, bo zachowało się niewiele źródeł. Wiadomo tylko, że był najstarszym synem Bolesława Chrobrego i ojciec nie jemu, ale młodszemu synowi, znanemu jako Mieszko II, przekazał władzę. Dlaczego? Tajemnicza sprawa. Jednak przy odrobinie cierpliwości można sporo wyczytać ze średniowiecznych kronik. Informacje dotyczą szczególnie czasów, gdy Bezprym był nastolatkiem. Jeśli to, co wyśledzili historycy, jest choć po części prawdą, to życie tego chłopaka było niezwykłe.

Cofnijmy się o tysiąc lat i towarzyszmy przez chwilę chłopcu, który mógł być królem, a został Bezprymem.

Życzę miłego podróżowania w czasie.

Grażyna Bąkiewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Podobne


Okładka

Strona tytułowa

Grażyna Bąkiewicz

Mówcie mi Bezprym

Strona redakcyjna

Grażyna Bąkiewicz

Mówcie mi Bezprym

© by Grażyna Bąkiewicz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Mikołaj Kamler

Konsultacja merytoryczna:

prof. nadzw. dr hab. Przemysław Waingertner

Redakcja i korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska, Aleksandra Różanek

Wydanie III

ISBN 978-83-7672-430-0

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2018

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

[email protected]

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Opowieść inspirowana historią. Bohaterowie i wydarzenia nawiązują

POSŁANIEC

Jest jesień 999 roku.

Słońce tkwi na czubku sosny. Przyczepiło się i ani drgnie.

Nad wieżą leniwie krąży jastrząb. Wypatruje ofiary, a gdy ją dostrzega, spada w dół jak kamień.

Stoję na wieży i gapię się na rozległą polanę, ciągnącą się po horyzont. Widok mam otwarty, bo puszcza wokół grodu została już dawno wycięta. Z oddali dochodzi łoskot walących się drzew. Kmiecie karczują dalszy kawałek lasu. Jutro wydrą z ziemi korzenie, zasypią wykroty, wyrównają grunt. Wkrótce zaorzą i posieją ziarno. Zyskają kolejny skrawek ziemi cennej jak złoto. Polana gnieźnieńska rozrasta się z dnia na dzień. Jeszcze trochę, a z wieży nie dojrzy się puszczy, tylko same pola i pola.

Wychylam się i patrzę na to, co się dzieje na dole. Widzę kucharzy doglądających pieców z chlebem, psy biegające w psiarni i plac ćwiczeń, na którym drużynnicy ojca szyją z łuków do słomianych chochołów i ciskają włóczniami do poharatanych pni. Wojowie nieustannie doskonalą się w sztuce wojennej, a zaczynają tę naukę jako dzieci, co widać bliżej murów, gdzie drewnianymi mieczami tłuką się chłopcy. W większości to młodsi synowie wielmożów, dorastający na gnieźnieńskim dworze. Kiedyś zostaną wojami księcia i na zwycięskich potyczkach zdobywać będą korzyści i dostojeństwa. Władywoj, ich opiekun, pokazuje, jak ciąć mieczem, by rozpłatać wroga na pół, a oni po wielokroć powtarzają ten cios. Z zawziętymi minami i potem lejącym się po twarzach wyglądają naprawdę groźnie. Zwykle i ja tak wyglądam, gdy ćwiczę z nimi, ale teraz jestem tutaj, by ochłonąć po kłótni z Mieszkiem.

Do tej pory twarz mi płonie.

Mój młodszy brat nazwał mnie Bezprymem.

Powinienem go za tę obelgę sprać na kwaśne jabłko, ale wiem, że nie warto reagować złością na słowa wypowiadane przez dziecko. Moja nerwowa reakcja dałaby mu pewność, że trafił w słaby punkt, a wtedy już by nie odpuścił i powtarzał pogardliwe słowo w nieskończoność. A wiadomo, że nic tak nie przykleja się do człowieka, jak przezwisko.

Bezprym to ktoś bez prymu, bez pierwszeństwa.

A przecież jestem pierworodnym synem księcia Bolesława. Mam czternaście lat i jestem o całe cztery lata starszy od Mieszka Lamberta. To we mnie ojciec widzi swego następcę i chociaż wiem, że żadne głupie słowo tego nie zmieni, dotąd drżę z gniewu.

Wątpię, by Mieszko wymyślił je sam. Obawiam się, że jedynie powtórzył coś, co usłyszał, by sprawdzić, czy mnie tym rozgniewa.

Owszem, rozgniewał.

Widziałem sztywniejące twarze pachołków, u których szukał aprobaty. Opuszczali głowy, dając mi do zrozumienia, że nie mają z tym nic wspólnego, ale odniosłem wrażenie, że nie pierwszy raz słyszą to określenie.

Do licha! Czyżby za plecami krążyły jakieś słuchy o zagrożeniu mojego pierwszeństwa? Jeśli tak, będę musiał sprawdzić, skąd się biorą. Chociaż i bez sprawdzania wiem, że to księżna Emnilda jest ich źródłem.

– Dureń! – prychnąłem pogardliwie i był to jedyny komentarz na słowa Mieszka.

Udało mi się utrzymać nerwy na wodzy, choć złość aż we mnie buzowała, a szczęki bolały od zaciskania. Jarocha byłaby ze mnie dumna. Mówi, że gniew należy powstrzymać i zachować na później.

Łatwo jej mówić.

Dlatego jestem na wieży, bo tutaj supły w brzuchu rozluźniają się i przestaje szumieć w głowie.

Znowu upada drzewo, aż ziemia drży.

W oddali dostrzegam jeźdźca zmierzającego traktem w stronę grodu. W rozedrganym od upału powietrzu wygląda, jakby płynął. Po chwili znika za wzgórzem, ale po książęcym proporcu, który udaje mi się dostrzec, domyślam się, że to wysłannik z wieścią do ojca. Coś gdzieś się wydarzyło i wkrótce dotrze do nas informacja o tym.

Ojciec kocha informacje. Wie, co dzieje się w każdym grodzie, w każdym zakątku kraju, w głowie każdego wielmoży, którego osadził na urzędzie. Wie, jak poszły żniwa i jakich spodziewać się podatków. Zna wszystkie szlaki. Jest świadom tego, co przewożą przemierzający je kupcy, dokąd pojadą i jaki będą mieli z tego zysk. Zbiera wieści o wszystkim, co dzieje się na dworach niemieckim, kijowskim i praskim. Wie, co u Wieletów i na Węgrzech, co w Jomsborgu i u Duńczyków, co w Bawarii i u Sasów. Nawet co w Rzymie. Ma ludzi na dworach, którzy zbierają takie informacje i przekazują je przez posłańców. Płaci za nie, ale dzięki wiedzy, jaką posiada, mało co go zaskakuje.

Czasami wieści są istotne, czasami nie, ale ojciec nie gardzi żadną. Gromadzi je, jakby były grudkami złota. „Informacja daje władzę – mówi. – Im więcej wiesz, tym jesteś silniejszy. Nawet najdrobniejsze mogą okazać się kluczem do zrozumienia ważnych spraw. Drobiazgi ustawione we właściwym szyku sprawiają, że chaos układa się w sensowną całość. A wiedząc, co może się stać, będziesz miał czas na podjęcie najwłaściwszej decyzji, od której zależeć może twoje życie albo los państwa”.

Biorę sobie do serca jego nauki i staram się wiedzieć jak najwięcej.

Skradające się kroki są tak niezdarne, że słyszę je już w połowie wysokości wieży. Pozwalam, by stanął za moimi plecami, i dopiero wtedy mówię z drwiną:

– Musisz mnie bardzo lubić, skoro nie odstępujesz na krok.

Kątem oka patrzę na rozczarowaną minę pucołowatego blondaska, któremu wydawało się, że potrafi mnie zaskoczyć. Naiwniak.

– Nie lubię cię, bo śmierdzisz – krzywi się z odrazą mój młodszy brat.

W obelgach jest niezły, to muszę mu przyznać.

Księżna Emnilda każe zwracać się do niego Mieszko Lambert, a ja jestem jedynym, który tego nie robi. Używam jednego z imion, naprzemiennie, w zależności od humoru. W zasadzie powinienem mówić na niego „Misiek”, bo jest leniwy i ociężały jak stary niedźwiedź. Nawet po schodach nie potrafi wejść bezszelestnie. Chociaż podziwiam go, że w ogóle chciało mu się wleźć. Nie sądzę jednak, by zrobił to w dobrej wierze. Od jakiegoś czasu łazi za mną krok w krok i prowokuje do kłótni. Z każdym dniem robi się coraz bardziej natarczywy.

– To po co za mną łazisz, skoro ci śmierdzę? – pytam z ciekawością.

– Obserwuję cię – mówi przeciągłym głosem, który ma mnie przestraszyć.

– Po co? – ponawiam pytanie.

– Żebyś się mnie bał.

Ha!

Mieszko jest zbyt głupi, by znać granicę, której nie powinien przekraczać. Nabrał przekonania, że cokolwiek zrobi, ujdzie mu bezkarnie. To wina księżnej, która wbija mu do głowy, że jako syn władcy jest ponad innymi ludźmi. Tyle że on rozumie to po swojemu i gardzi wszystkimi. Dziwne, że ojciec tego nie widzi. A może widzi, tylko nie reaguje z tej prostej przyczyny, że młodszy syn i tak nie ma większego znaczenia.

– Bezprym – cedzi Lambert, patrząc mi prosto w oczy.

Gdyby nie strażnicy, którzy obserwują nas czujnie, kopnąłbym go w zadek i sprawa byłaby zakończona, przynajmniej na jakiś czas. Ale nie mogę zrobić tego przy świadkach. Strażnicy obrzucają nas spojrzeniami, gotowi zapobiec ewentualnej bójce. Ale póki to tylko zwykła braterska zwada, nie wtrącają się. Zamiast przegnać go kopniakiem, mówię więc:

– Lepiej idź stąd, Lambercie, i zajmij się swoimi lalkami.

Ja też wiem, czym najbardziej wkurzyć brata.

Przez jego dziecinną twarz przebiega skurcz dowodzący, że ugodziłem go celnie.

Lalki to tajemnica, którą wszyscy znają, ale udają, że nikogo to nie śmieszy, choć śmieszy – i to bardzo. Rzecz w tym, że księżna Emnilda, matka Mieszka, kupiła u arabskich kupców całą armię wojów, która mieści się na dłoni. Są z kości słoniowej, pięknie rzeźbieni, ze wszystkimi szczegółami stroju i uzbrojenia, a koniki, których dosiadają, wyglądają jak żywe. Mieszko uwielbia się nimi bawić, choć za skarby świata się do tego nie przyzna. Twierdzi, że przy ich pomocy uczy się taktyki wojennej. Tak jakby można się czegoś nauczyć, przewracając lalki, choćby były ze szczerego złota.

– Nic ci do moich wojów! – wrzeszczy, aż łzy pokazują mu się w oczach.

Ma delikatną twarz o bladym odcieniu, jaką mają dzieci, które często chorują i spędzają czas z dala od słońca.

Robi mi się go trochę żal.

Nie jesteśmy do siebie podobni. I nie chodzi tylko o to, że ja jestem okazem zdrowia, podczas gdy on chorowitkiem. Różnimy się pod każdym względem, a ojciec widzi tę odmienność i inaczej kieruje naszym kształceniem. Mnie uczy na woja, Mieszka na mnicha. Mnie od dawna zabiera w objazdy po kraju i wprowadza w tajniki zarządzania grodami. Dla niego sprowadza zakonników, by uczyli go łaciny, greki, niemieckiego. Ja od siódmego roku życia mieszkam w męskiej części dworu, on ciągle jest w babińcu, w pobliżu matki. On zna na pamięć mnóstwo modlitw, a ja, jeśli już muszę wysłuchiwać opowieści, najbardziej lubię te o wojnach i bohaterach.

To we mnie ojciec widzi swojego dziedzica. Ale Lambert ma matkę, która dba o jego interesy.

Mieszko nie tylko nie umie ukryć złości, ale i nie potrafi nad nią zapanować. Nie patrząc na obecność strażników, rzuca się na mnie. Pchnięcie nie jest zbyt silne, ale wystarczająco zaskakujące, bym na moment stracił równowagę. Nie miałoby to znaczenia, gdybym stał gdziekolwiek indziej. Ale stoję na wieży, gdzie jedynym zabezpieczeniem jest niskie obramowanie. Dosłownie w ostatnim ułamku chwili znajduję oparcie dla ramienia, a palce wczepiają się w jakąś nierówność w drewnie i cudem utrzymuję równowagę. Gdyby nie to, leciałbym w tym momencie na łeb na szyję. I tak kołyszę się niebezpiecznie, a belka, o którą się opieram, pęka i leci w dół. Uderzenie o bruk na dziedzińcu słyszę dobrych kilka chwil później.

To mogłem być ja.

– Dlaczego to zrobiłeś? – pytam.

– Niechcący – mówi, choć jego mina świadczy o zadowoleniu z siebie. – Potknąłem się.

Akurat. Jeszcze sobie szydzi ze mnie. Podstępny szczeniak!

– No dobra, sam się prosiłeś – zwalam się na niego całym ciężarem.

Po chwili jesteśmy jednym tarzającym się kłębowiskiem nóg, rąk, wypiętych tyłków, gołych brzuchów. Sczepiamy się ramionami i grzmocimy po plecach pięściami. Nie żałuję sobie. Lambert broni się zajadle, a tłukąc na oślep, trafia raz i drugi. Walkę toczymy w milczeniu, żeby jak najbardziej opóźnić reakcję strażników.

Muszę przyznać, że zaskakuje mnie jego zajadłość.

Nasze zapasy przerywa krzyk:

– Spokój, bo użyję bata!

To Odrzywół, dowódca straży.

Odskakujemy od siebie pospiesznie, bo Odrzywół znany jest z tego, że nigdy nie żartuje. Jemu wszystko jedno, czy porządek zaprowadza wśród wojów, czy książęcych dzieci.

– Nic się nie dzieje, już zgoda między nami! – woła Mieszko.

Odrzywół spogląda na nas z ukosa. To jedna z wielu naszych bójek w ostatnim czasie i ma prawo nie wierzyć w nasze pojednanie.

– Odstąpcie od siebie na dwa kroki – mówi.

Odstępujemy i zgodnie opieramy się o drewnianą zaporę, przez którą o mało co przed chwilą nie wyfrunąłem. Udajemy, że patrzymy na rozpościerający się w dole krajobraz. Odrzywół przygląda się nam przez chwilę i daje spokój.

– Skoro taki z ciebie chojrak, to ciekawe, czy wleziesz na szczyt wieży – szepczę Mieszkowi do ucha, bo chcę, by przyznał się do słabości.

Zaciska wargi, więc pozwalam sobie na lekceważący uśmiech.

– Tchórz! – syczę przez zęby.

– A ty wejdziesz? – pyta.

Wzruszam ramionami, że co to dla mnie. Chwilę później chwytam się rękoma za drewniany słupek, odbijam nogami od ziemi, podciągam się i już jestem na górze.

Wejść to nic takiego, chodzi o umiejętność utrzymania równowagi na wąskim skrawku belki. Prostuję się i rozglądam, zachłystując się widokiem. Lubię to podniecenie, gdy stoję zawieszony między niebem a ziemią. Za pierwszym razem, gdy tu wlazłem, miałem porządnego stracha. Za drugim też. Właściwie za każdym razem boję się, że wykonam niewłaściwy ruch i runę w dół. Dlatego zawsze robię to bez świadków. Dzisiaj to wyjątek, bo chcę zaimponować młodszemu bratu.

Kręci mi się w głowie, ale nie mogę okazać lęku. Nie teraz, gdy Lambert patrzy na mnie. Chcę, by wiedział, że zawsze i we wszystkim będę od niego lepszy.

– Ale widok! – wzdycham głośno.

Chwilę potem on decyduje się na coś, od czego cierpnie mi skóra. Rusza za mną.

Głupi. Nie powinien tego robić. Wątpię, by zdawał sobie sprawę z grożącego mu niebezpieczeństwa. Powstrzymuję się jednak przed wydobywającym się z mojego gardła protestem. Wolę się nie odzywać, by go nie przestraszyć. Jeden nieostrożny ruch i spadnie.

Nie spadł.

Po chwili, drżący, staje obok mnie.

Odkąd pamiętam, za wszelką cenę chciał mi dorównać. Ale o ile kiedyś było to śmieszne, z czasem stało się irytujące. A teraz obydwaj ryzykujemy życiem. Wystarczy, że jeden się zachwieje, i spadniemy obaj. Aż robi mi się zimno.

W oddali upada kolejne drzewo. Słyszę stęknięcie ziemi.

Mija dłuższa chwila, nim decyduję się zerknąć na Mieszka. Jest o głowę ode mnie niższy, więc najpierw widzę jego włosy, potem pot spływający po czole. I zamknięte oczy. Nagle zdaję sobie sprawę, że ten głupek jest nieprzytomny ze strachu. Cokolwiek zamierzał, już tego nie zrobi, bo władzę nad nim przejął strach.

Lambert boi się wysokości.

– Dasz radę zejść? – pytam, ale jest zbyt przerażony, by mówić.

Czyli nie da rady.

– Złaźcie stamtąd! – krzyczy Odrzywół.

On też się boi, bo jak któryś z nas zleci, to spadnie też i jego głowa.

– Asekuruj brata – mówi, gdy dostrzega, w jakim stanie jest Mieszko.

Próbuje wejść, ale nie ma tu miejsca dla jeszcze jednego. Tu w ogóle nie ma miejsca na jakiekolwiek działanie. Jedyne, co mogę zrobić, to zepchnąć Lamberta. Daję znak Odrzywołowi i popycham brata.

Patrzę, jak leci w dół. Prosto w ręce strażników.

– Dobra, mamy go! – woła z ulgą Odrzywół. – Złaź i ty, książę, bo nogi ci z tyłka powyrywam!

W tym samym momencie rozlega się dźwięk rogu oznajmiający, że ktoś przybywa do grodu. To strażnicy wreszcie dostrzegli posłańca. Mam satysfakcję, że wypatrzyłem go pierwszy.

Gdy zeskakuję, potężna dłoń chwyta mnie za kark. Odrzywół wykręca mi ucho, aż do oczu napływają łzy. Drugą ręką robi to samo z uchem Mieszka. Obaj majtamy nogami w powietrzu. Mieszko wrzeszczy jak zarzynany prosiak. Wije się, próbując uwolnić, ale strażnik trzyma mocno i sprowadza do sali, gdzie urzęduje ojciec.

Przed salą obrad kłębi się tłum.

Tu zwykle odbywają się narady w sprawach państwa. Na ławach stojących wzdłuż ścian zasiadają wtedy wielmoże i radzą, co zrobić, żeby w kraju było dobrze. W głębi, na podwyższeniu, stoi dębowe krzesło z rzeźbionym oparciem i podłokietnikami wyłożonymi skórą. To miejsce naszego ojca, księcia Bolesława.

Gdy byliśmy z Mieszkiem mniejsi, próbowaliśmy dla zabawy siadać razem na tronie, a potem spychaliśmy się. Ja z reguły wygrywałem, on latał ze skargą do księżnej i ojciec w końcu zabronił nam tych zabaw.

– Tron może nie wytrzymać waszych wygłupów – powiedział.

To wtedy zrozumiałem, że krzesło książęce przeznaczone jest tylko dla jednego z nas.

Ojciec daje znak dłonią, żebyśmy usiedli i poczekali na swoją kolej, bo jest zajęty.

Raz w miesiącu poddani przychodzą ze skargami, by rozsądzał ich spory. Dzisiaj właśnie jest taki dzień.

Czekając, mamy okazję wysłuchać werdyktów wydawanych przez księcia, naszego ojca. Jego głos, choć niegłośny, wibruje w pomieszczeniu. Wszyscy pochylają nisko głowy, nie tylko z szacunku przed majestatem, ale ze strachu, by nie ściągnąć na siebie jego gniewu.

Chcę być kiedyś taki jak on.

Mieszko przysiada na skraju ławy i kuli się, chowając głowę w ramionach, nie wiadomo – z zimna, ze strachu, czy może po to, by przybrać postać kogoś mniejszego, niż jest w istocie. Upodobał sobie rolę dziecka. Lubi być kimś, nad kim trzeba się litować i kogo należy otaczać stałą pieczą. Myślę, że wynika to ze sprytu i lenistwa.

Podczas rozstrzygania sporów między wieśniakami ziewa, bo sprawy zwykłych ludzi go nie interesują. Zajęty jest własnymi myślami.

Mnie sprawy ludzi ciekawią. Przestaję myśleć o tym, co się przed chwilą wydarzyło, a wsłuchuję się w racje dwóch braci kłócących się o schedę po zmarłym ojcu. Ojciec zostawił im pole, łąkę i las, a oni nie potrafią rozdzielić tego między siebie. Każdy podział sprawia, że jeden czuje się pokrzywdzony.

„Postępuj wobec innych tak, jak sam byś chciał, żeby inni postępowali wobec ciebie” – uczy ojciec. Stosuję się do tej rady i wydaję w głowie wyrok. Moment później słyszę głos ojca.

– Dowiedzmy się, jak moi synowie postąpiliby w takiej sytuacji.

Mieszko nie bardzo wie, co powiedzieć, bo nie słuchał. Żeby zaoszczędzić mu upokorzenia, podnoszę się i zabieram głos.

– Jeden powinien zatrzymać ojcowiznę w całości, drugi dostać odprawę w postaci jednorazowej zapłaty i poszukać miejsca do życia gdzie indziej.

Ojciec kiwa głową z aprobatą.

– Dobrze. Taki wyrok zatwierdzam. Który z braci zostaje, który odchodzi, ustalicie między sobą. Wysokość odprawy wyliczy wam skarbnik książęcy.

Kmiecie kłaniają się i wycofują. Mogą przyjąć wyrok albo kłócić się dalej. Trudno powiedzieć, co zrobią, bo spoglądają na siebie z nienawiścią. A mnie nachodzi refleksja, czy ja i Lambert też kiedyś będziemy tacy?

– Teraz wy – zarządza ojciec i każe nam stanąć na miejscu, gdzie przed chwilą stali wieśniacy.

Twarz Mieszka wykrzywia grymas upokorzenia. Ja nie mam z tym problemu. Mnie kmiecie nie śmierdzą tak jak mojemu delikatnemu bratu.

– Wyjaśnijcie przyczynę tego, co stało się na wieży – nakazuje ojciec.

Gdybym był mądrzejszy, powiedziałbym o obelżywym słowie rzuconym przez brata, o bezustannym szpiegowaniu i prowokowaniu kłótni, ale wymagałoby to dłuższego wyjaśniania. Wiem, że ojca zasmucają nasze kłótnie. W dodatku jestem świadom obecności ludzi, którzy przyszli z daleka z prawdziwymi problemami, i żal mi czasu, który ojciec mógłby poświęcić komu innemu.

– Nic takiego – mówię. – Zwykła głupota. Jeden drugiemu chciał zaimponować. Prosimy o wyznaczenie kary.

Jestem pewien, że Mieszko potwierdzi moje słowa i sprawa na tym się zakończy. Ale brat zaskakuje mnie po raz kolejny.

– To on mnie namówił, żebym wszedł na wieżyczkę, a potem zepchnął. Chciał mnie zabić – głos Mieszka, początkowo cichy, z każdym słowem nabiera siły i w końcówce przechodzi w krzyk.

Słucham z niedowierzaniem, jak bez zmrużenia oka zrzuca na mnie winę. Zamiast zaprzeczać, stoję jak słup, bo w głowie mam pustkę. Jeśli kołacze się w niej jakaś myśl, to tylko taka, że Lambert jest gnidą pozbawioną skrupułów.

Mieszko nie przewidział jednego – że ojciec wezwie świadka. Odrzywół staje między nami i mówi, jak było naprawdę. Zdaje relację ze skrajnej nieodpowiedzialności każdego z nas i pomocy, jakiej udzieliłem bratu, gdy ten utracił możliwość podejmowania decyzji.

Mieszko sapie ze złości.

Ojciec drapie się po głowie. Jest gwałtownikiem, więc spodziewam się wybuchu gniewu, ale nic takiego nie następuje. Tylko macha ręką, bagatelizując zdarzenie.

– Chłopackie głupoty – burczy.

Nie ma racji. A to, co się stało, nie jest tak niewinne, jak sądzi.

W chwili, gdy stałem obok brata, oświeciło mnie. Zrozumiałem przyczynę jego niechęci do mnie. Najwyraźniej pojął albo ktoś mu podsunął myśl, że jako młodszy syn księcia ma nikłą szansę na dziedziczenie i jeśli chce kiedyś zasiąść na ojcowym tronie, powinien myśleć o mnie jak o rywalu, którego trzeba się pozbyć.

I właśnie to chciał zrobić.

Ale przynajmniej karę dostaliśmy jednakową, dodatkowe godziny ćwiczeń. Mieszkowi przypadł w udziale plac treningowy, a mnie lekcje u biskupa Ungera. Obaj wolelibyśmy, żeby było odwrotnie, ale ojciec dobrze wie, co któremu z nas sprawi większą przykrość.

– Tak, ojcze – mówi Mieszko. – Przyjmuję karę z pokorą.

I natychmiast biegnie na plac, by wywijać drewnianym mieczykiem. Mało co butów nie gubi z pośpiechu, pokazując, jaki to z niego posłuszny synuś. Mam nadzieję, że chłopaki przetrzepią mu skórę, chociaż wątpię, by odważyli się zrobić to pod okiem Emnildy. A założę się, że księżna zaraz pojawi się na placu, by towarzyszyć Lambertowi w odbywaniu kary.

Ja też skłaniam głowę przed ojcem, przyjmując karę, chociaż przyznam, że niespieszno mi do biskupich nauk. Wolałbym czyścić stajnie, bo z tego byłby przynajmniej jakiś pożytek. Z siedzenia nad księgami nie będzie żadnego. Przez całe popołudnie Unger będzie przewiercał mnie niezadowolonym wzrokiem i bił po palcach za źle postawione litery. Aż zimno skrada mi się po kręgosłupie na myśl o tym. Jednak nie mam wyjścia i muszę odcierpieć swoje.

Skoro jednak nie został wyznaczony termin kary, postanawiam zwlekać, jak długo się da. Sprzyja temu tumult, jaki słychać przy bramie.

Jeździec, którego widziałem z wieży, zeskakuje z konia i, nie trapiąc się o niego, rusza biegiem przez dziedziniec. Biegnąc, woła:

– Z drogi! Prowadzić do księcia!

Widzę strużki potu spływające mu po szyi. To, z czym przybył, musi być ważne, skoro tak się spieszy.

Odsuwam się w stronę, którą i on wybrał. Robię to niby niechcący, chociaż pragnę, by wpadł na mnie. Potrzebuję kłopotów, by skierować swoje myśli na coś innego niż kara, która mi się nie podoba.

– Z drogi! – wrzeszczy, a gdy nie ustępuję, łapie mnie za ramię i odpycha na bok.

Mam na sobie stare ubranie, bo do codziennych włóczęg po okolicy niepotrzebne mi lepsze. Z tej pewnie przyczyny bierze mnie za pachołka.

– Jestem księciem – mówię półgłosem.

Puszcza mnie momentalnie i skłaniając się, mówi:

– Wybacz, panie, i, jeśli łaska, prowadź do księcia Bolesława.

Wzrokiem zahaczam o sakwę przytroczoną do pasa i jeśli wcześniej miałem zamiar jeszcze trochę go podrażnić, to rezygnuję w jednej chwili. W podobnej sakwie dwa lata temu posłaniec taki jak on przywiózł ludzką głowę.

Byłem przy tym, jak ją wyjmowano. Miała otwarte oczy i usta rozchylone w uśmiechu. Samo wspomnienie wystarcza, by dreszcz grozy przebiegł mi po plecach. Żaden umarły nie powinien się tak uśmiechać. Widok był tym bardziej przerażający, że kilka dni wcześniej widziałem tę samą głowę tkwiącą na szyi żywego człowieka, biskupa Wojciecha z Czech. Biskup gościł na naszym dworze w drodze do Prus, gdzie planował szerzyć chrześcijaństwo. Ojciec szczerze mu to odradzał, bo Prusowie, nasi północni sąsiedzi, wcale nie pragnęli nowej religii. Wojciech jednak się uparł, twierdząc, że skoro ma krzewić wiarę, to będzie to robił wśród tych, którzy są najbardziej temu niechętni. No i zginął, co było do przewidzenia. Prusowie przebili mu plecy włócznią, mieczem ścięli głowę, spakowali ją do worka i kazali posłańcowi wieźć do Gniezna. Ku przestrodze, gdyby komuś jeszcze przyszło do głowy szerzyć wśród nich niechcianą religię.

– Nie gap się, panie, tylko prowadź – słyszę głos tuż przy uchu.

Wzdrygam się, ale na szczęście to nie gadająca głowa, tylko posłaniec, któremu się spieszy.

Unoszę rękę w przepraszającym geście, a potem ruszam przodem, bo wiem, że niektóre wieści wymagają pośpiechu. Być może ta, z którą przybył, należy do tego gatunku.

Posłaniec depcze mi po piętach, a ledwo dostrzega ojca, odsuwa mnie niecierpliwie i zaczyna przedzierać się przez tłum ludzi oczekujących na sąd. Rozpycha się łokciami, nie żałując kuksańców. Gdy dociera do tronu, skłania się nisko, klęka i zaczyna szeptać.

– Kiedy będą? – słyszę podniesiony głos ojca.

– Już wyruszyli z Rzymu. Dotarcie zajmie im trzy miesiące.

– Dlaczego dowiaduję się o tym tak późno?

– Decyzja trzymana była w tajemnicy. Wyruszyłem, jak tylko się dowiedziałem. Jestem w drodze bez odpoczynku, tyle co na zmianę koni.

– Koniec sądu na dzisiaj – oznajmia ojciec i nakazuje wszystkim opuścić salę.

Trzymam się blisko w nadziei, że może pozwoli mi zostać. Ale nie. Muszę tak jak inni oddalić się, a pachołkowie przed ciekawskimi zamykają drzwi.

Wiadomość musi być niezwykła.

Robię w tył zwrot i wycofuję się bez słowa. Mam swoje sposoby, by dowiedzieć się, cóż to za nowina, która tak wzburzyła ojca. Wkładam palce między zęby i gwiżdżę. Odpowiada mi przeciągły świst. Spoglądam w tamtą stronę i widzę znajomą postać. To Milek.

Milek jest ode mnie zaledwie o rok młodszy, ale wygląda na siedem lat, taki jest mały i chudy. Dwa lata temu wykupiłem go z rąk handlarzy niewolników. Umierał z głodu i marna była szansa, że przeżyje, ale dałem za niego posrebrzaną kolczugę. Dostałem za to reprymendę od ojca, bo, jak twierdził, za tę cenę mogłem dostać tuzin takich zdechlaków. Ale nawet ojciec czasami się myli. Milek okazał siłę woli i przeżył. W podzięce za to, że go uratowałem, nie odstępuje mnie na krok. Jest nie tyle sługą, co przyjacielem. Rozumiemy się bez słów. Wystarczy spojrzenie, gest, ułożenie palców, a już wie, co mam na myśli.

Teraz też dotyka palcem czoła na znak, że zrozumiał polecenie, które mu przekazałem. Wkrótce będę wiedział, z czym przybył posłaniec.

No cóż, jestem nieodrodnym synem swojego ojca i lubię mieć wszystko pod kontrolą. I mam na to swoje sposoby.

Otóż nad salą obrad, między stropem a podłogą wyższej kondygnacji, są puste przestrzenie, gdzie doskonale słychać, co dzieje się poniżej. Odkryłem je, gdy byłem niewiele większy od kota i tak jak kot wędrowałem, gdzie chciałem. To wtedy znalazłem tamto miejsce. Potrafiłem siedzieć tam godzinami i słuchać, o czym radzą wielmoże wraz z ojcem. Potem urosłem i niezbędny stał mi się pomocnik, który byłby moimi uszami. Milek okazał się idealny, bo choć przeżył i wydobrzał, to pozostał mikrusem. Potrafi wcisnąć się w dziurę, a podsłuchane rozmowy przekazuje mi z najdrobniejszymi szczegółami.

To, z czym przybył posłaniec, wkrótce nie będzie dla mnie tajemnicą.

MADZIARKA

Z zamkowej kuźni dobiegają dźwięki kucia.

Zatrzymuję się, by popatrzeć, jak kowal Jamroży rzuca rozpalony kawał żelaza na kowadło i wykuwa długi pręt. Potem chłodzi go, znów rozgrzewa, skręca z drugim prętem, kuje, znów chłodzi i znów kuje. Od czasu do czasu nacina rozgrzane żelazo i wklepuje srebrne wióry. Na klindze wiją się srebrne węże. Na pracę Jamrożego mógłbym patrzeć godzinami, podobnie jak słuchać magicznych zaklęć, które mamrocze podczas pracy. Mówi, że to śpiew, ale ja swoje wiem. Słyszałem nieraz, jak Jarocha śpiewa to samo, gdy chce czegoś od bożków, w które ciągle potajemnie wierzy.

– Dla kogo ten miecz? – pytam, gdy kowal robi chwilę przerwy.

– Dla dzielnego wojownika.

Mam nadzieję, że kiedyś takim się stanę. Ćwiczę po kilka godzin dziennie, by to przyspieszyć.

Podnoszę jeden z gotowych mieczy i robię zamach.

– Za ciężki dla ciebie, książę – śmieje się Jamroży.

– Niedługo będę wystarczająco silny – mówię.

– Tak. Krzepy nabierasz, książę, aż miło. Niedługo będziesz mocny jak tur. Masz siłę po ojcu.

– A co mam po matce?

Pytanie samo wyfruwa mi z ust. Nie planowałem go, ale skoro padło, nie zamierzam się wycofywać. Czekam na odpowiedź.

Kowal jest wystarczająco stary, by pamiętać moją matkę. Jednak zaciska usta i wraca do pracy. Tak zachowują się wszyscy, których o nią pytam. Doznają nagłego zaniku pamięci.

– Nie mam prawa z tobą, książę, o tym rozmawiać – szepcze w końcu. – Wróćmy lepiej do rozmowy o mieczach.

Nie nalegam.

O matce wiem niewiele. Jakieś okruchy, które przypadkiem wpadały mi w ucho, gdy byłem dzieckiem. Łapałem je, zbierałem i stworzyłem z nich obraz węgierskiej księżniczki z rodu Arpadów, z którą ojciec ożenił się, gdy był niewiele starszy ode mnie. Gdy się urodziłem, odesłał ją na Węgry i wziął za żonę inną księżniczkę, Emnildę, która została matką Mieszka.

Za swoją madziarską matką nigdy nie tęskniłem, bo nie zdążyłem jej przecież poznać. Przez wiele lat nie słyszałem nawet jej imienia – z jakiegoś powodu zostało skazane na zapomnienie. A skoro nie wymieniano imienia, to tak jakby i ona sama nie istniała. Powiedziano mi, że umarła. Przyjąłem to wyjaśnienie i nie szukałem innego.

Aż do dzisiaj.

Słowo „Bezprym”, którym rzucił we mnie Mieszko, sprawiło, że zacząłem się zastanawiać.

Dlaczego moja matka została odesłana? Czy fakt, że tak się stało, wpłynie na mój los? Czy jestem przez to gorszy? Czy mogę zostać odsunięty od należnej mi schedy?

Najgorsze, że nie mam komu zadać tych pytań.

Najlepiej byłoby spytać ojca, ale żeby otrzymać odpowiedź, musiałbym postawić właściwe pytanie. Postawienie niewłaściwego mogłoby być ryzykowne. Słowo „bezprym” może przecież świadczyć o snutych przez kogoś planach. Jeśli przez ojca – to źle dla mnie. Ale gorzej, jeśli są to plany księżnej, o których on nie wie. Nie chcę uchodzić za mąciciela, więc żeby rozpocząć taką rozmowę, muszę wiedzieć więcej. Ojciec jest zbyt niecierpliwy, by wysłuchiwać dziecinnych skarg.

Gdy odkładam miecz, do głowy przychodzi mi Kobas. On może wiedzieć.

Kobas to Madziar. Niewykluczone, że jeden z tych, którzy piętnaście lat temu przybyli do Gniezna razem z moją matką. Z jakiegoś powodu został. Może z rozkazu Arpadów, by słać im wieści o moim losie. Był czas, że miałem z nim bliski kontakt, ale byłem wtedy dzieckiem i interesowały mnie jedynie ryby, które łowił. Gdy podrosłem, ojciec odseparował nas od siebie. Może z obawy, by Kobas nie mącił mi w głowie.

Tak, zacznę od niego.

Dawniej miał swoje siedlisko w zakolu rzeki nieopodal Gniezna. Niewykluczone, że mieszka tam nadal. Wolę nikogo nie wypytywać, bo wieść o tym, gdzie się wybieram, dotrze do ojca prędzej, niżbym chciał.

Patrzę na słońce, by ocenić porę dnia.

Wzniosło się już ponad wierzchołki sosen, czyli zbliża się południe. Konno mogę dotrzeć i wrócić przed zmrokiem, chociaż czas wyprawy rzadko zależy od odległości, a bardziej od stanu drogi i okoliczności, jakie napotka się w trakcie jazdy.

Ale zanim udaje mi się obmyślić plan, natykam się na biskupa Ungera.

– No, zdybałem cię wreszcie, książę. Tu jesteś!

A niech to. Zdążyłem zapomnieć i o nim, i o karze.

Unger jest ponurym jak noc Niemcem, który mieszka w Gnieźnie od wieków. Przysłała go cesarzowa Teofano jeszcze za życia dziadka, by pomógł budować organizację kościelną w księstwie gnieźnieńskim. Nadal się tym zajmuje. Dziadek Mieszko nie był zwolennikiem przymuszania ludzi do nowej wiary. Wolał dać czas na oswojenie się z nowym Bogiem. Ojciec jest mniej cierpliwy i chce ten proces przyspieszyć. Dlatego narzuca kary na tych, którzy wolą wierzyć w stare bóstwa, i każe wybijać zęby biedakom, którym zdarza się zjeść w piątek mięso.

– Idziemy na naukę – nakazuje Unger i wbija mi kościsty palec pod żebra, żebym nie pomylił drogi i trafił tam, gdzie powinienem trafić już dawno.

Jest już stary, ale nie brak mu energii. Jego żwawość pasuje raczej do młodych wojów niż do starego biskupa.

W izbie przy kaplicy daje mi nawoskowaną tabliczkę i rysik.

– Pisanie to ważna umiejętność – mówi. – Przydatna księciu jak rzadko która.

– Akurat! – parskam. – Umiejętność przydatna księciu to władanie mieczem. Od pisania ma mnichów.

– Nie gadaj, pisz.

Wzdycham z żalu nad ilością zmarnowanego czasu. Mógłbym już gnać do Kobasa, a sterczę przy pulpicie, wpatrując się w pergamin usiany robalami, i usiłuję odwzorować je na tabliczce. Bez powodzenia.

– Kulfony! – prycha Unger i nakazuje zmazać i pisać od nowa.

Co za bzdura! Księciu przystoi miecz, koń i łowy, a nie skrobanie po pergaminie. Przed znajomością liter bronię się, jak umiem, tak na wszelki wypadek, bo wiem, że każdy władca jednego z synów szkoli na następcę, drugiego zaś oddaje w służbę bogom. Z nas dwóch to Lambert musi być wykształcony, nie ja.

Ale biskup Unger zna się doskonale na sztuce przymuszania i, mimo mojego oporu, zdołał mi wbić do głowy część liter. Potrafię się już podpisać i chyba wystarczy.

Jedyne, co mnie ratuje, to jego starość.

Gdy w ciszy skrobię rysikiem po tabliczce, łysa głowa Ungera opada coraz niżej i niżej.

Skrobu skrob, skrobu skrob.

W końcu biskup zasypia.

– A mówiłem, że to nudy – szepczę.

A ponieważ nie wolno przerywać odpoczynku staremu człowiekowi, odkładam tabliczkę i rysik na pulpit i, najciszej jak umiem, ruszam w stronę drzwi. Byle nie skrzypnęły.

Uwaga, teraz! – udaje mi się wymknąć.

Ruszam opłotkami. Znam każdy zakątek grodu i wiem, którędy iść, by nie rzucać się w oczy. Obchodzę mur wewnętrzny i obok kuchni wydostaję się z podwórca. Potem przez stajnie, wzdłuż wybiegu dla świń dostaję się do nadrzecznego muru. Pełznę wzdłuż palisady i gdy jestem już prawie wolny, obok studni dostrzegam Jarochę.

Oj. Jarocha jest jedyną osobą, która ma prawo przylać mi gałganem przez plecy. Są chwile, że boję się jej bardziej niż ojca.

Stoi podparta pod boki i przygląda mi się podejrzliwie.

– Widzę, książę, że masz coś na sumieniu.

Kto jak kto, ale ona zna mnie dobrze. Najlepiej ze wszystkich. Wolę więc od razu powiedzieć prawdę.

– Uciekłem Ungerowi – mówię. – Kazał mi pisać litery, ale zasnął z nudów.

– Trzeba go było obudzić – prycha, ale nie ma w tym gniewu.

– Nie śmiałem, jest tak stary, że potrzebny mu sen, dużo snu.

Jak Jarocha się śmieje, drży całe jej ciało. Zadowolona z chwili radości, którą jej dałem, zezwala mi na dalszą ucieczkę. Kładę rękę na sercu na znak, że ją kocham, i pochylony nisko biegnę dalej. Po chwili docieram do stajni.

Niestety zapomniałem o jednej przeszkodzie, o placu treningowym tuż za obwałowaniem. Wrzaski chłopaków słychać z daleka. Ale to nie oni są zagrożeniem, ani nawet nie Mieszko, który nadal ćwiczy. Zatrzymuję się, by przez moment na niego popatrzeć. Jest powolny, ślamazarny i zupełnie nie radzi sobie z dotrzymywaniem kroku rówieśnikom. Ćwiczenia z mieczem są dla niego prawdziwą katorgą.

– Tylko nie w brzuch! – słyszę jego histeryczny pisk.

Gdyby tak się zachował którykolwiek inny chłopak, oberwałby jeszcze mocniej. Ale Mieszkowi ujdzie to płazem. Powodem jest Emnilda. Tak jak przewidziałem, przyszła popatrzeć na syna. Przy księżnej nikt nie odważy się przewrócić ani mocniej uderzyć Lamberta. Władywoj pewnie nakazał chłopakom, by dawali małemu księciu fory, chociaż Mieszko wcale nie jest mały. Ma już dziesięć lat i jest starszy od wielu chłopców, którzy trenują pod okiem Władywoja. Słyszałem, jak ojciec upominał Emnildę, że jak będzie traktować syna jak dziecko, on nigdy nie dorośnie. Ale księżna nie chce tego słuchać i żąda, by traktowano go ulgowo.

– Jest mały, jest chorowity, jest księciem!

No cóż, pewnie kiedyś zostanie biskupem, więc umiejętność władania mieczem do niczego mu się nie przyda.

Martwi mnie, że nie wiem, jak przemknąć obok placu ćwiczeń, by nie zostać zauważonym przez Emnildę. Wolałbym nie wpaść w jej ręce. Główny powód to śliwa pod okiem Mieszka, jaka pozostała po naszej bójce na wieży. Fakt, że on nabił mi taką samą, nie ma najmniejszego znaczenia. Lambert zapewne przedstawił matce taką wersję wydarzeń, że księżna będzie lubiła mnie jeszcze mniej.

Nie chcę przez to powiedzieć, że jest złą macochą. Jest całkiem w porządku. A przynajmniej była przez całe moje dzieciństwo. Nawet jeśli miała ojcu za złe, że nie odesłał mnie w ślad za moją matką, nigdy nie dała mi tego odczuć. Dopiero od niedawna zaczęła zachowywać się wobec mnie z niechęcią. Zauważyłem, że ma to związek z moim wzrostem. Im robię się wyższy, tym i dystans między nami rośnie.

Rozumiem, że wolałaby własnego syna, a nie mnie, widzieć dziedzicem. I choć nie dam sobie ręki uciąć, to podejrzewam, że „Bezprym”, który wyrwał się dzisiaj Mieszkowi, wyszedł właśnie od niej.

– Książę, książę! – słyszę ciche nawoływanie. – Tutaj!

Odwracam się i widzę Gulę. To wyrośnięte chłopaczysko o pociągłej twarzy, z której sterczy wielki nochal. Jest pachołkiem koniuszego i zajmuje się czyszczeniem stajni. Właśnie taszczy wiadro wody, a rzut oka wystarcza mu, by ocenić moje kłopotliwe położenie i znaleźć rozwiązanie.

Rzuca mi swój kaptur i gestem pokazuje, bym nałożył go na głowę. Nakładam, a on podsuwa mi wiadro, że mam niby pomóc mu je dźwigać. Gula nie potrzebuje pomocy, ale ja owszem, więc podchodzę i pomagam.

– Tędy, panie – szepcze.

Dzięki kapturowi i wiadru bez przeszkód dostaję się na tylny podwórzec.

– No i po strachu – śmieje się Gula, gdy jestem już osłonięty przed wzrokiem księżnej.

Kiwam głową z wdzięcznością.

– Osiodłaj mi Olafa – szepczę.

Nie pyta po co, tylko biegnie do stajni. Ja zaś wychodzę przez przełaz w wale i czekam na zewnątrz obwarowań. Chwilę później Gula przyprowadza konia.

Mój Olaf nie jest zbyt piękny, ale nie służy przecież do parad, tylko do pokonywania odległości, a w tym nie ma sobie równych. Jest drobny i trochę kuleje, gdy idzie stępa, ale wrodzony defekt nie przeszkadza mu w biegu. Jest silny, a co najważniejsze – wytrzymały.

Wskakuję na jego grzbiet i ruszam traktem w stronę puszczy.

Zwykle jeździ ze mną strażnik, ale tym razem żaden nie zdążył. Nie pierwszy raz wyrywam się na wolność.

Brak matki ma swoje dobre strony. Mam więcej swobody niż reszta rodzeństwa. Mogę włóczyć się po okolicy, sypiać w szałasach z pastuchami, uczestniczyć w polowaniach i nikt nie wszczyna z tego powodu rwetesu. Z pewnością nie księżna Emnilda. Założę się, że gdy nie wracam na noc, snuje myśli o zabłąkanych strzałach albo watahach wilków polujących na zagubionych w puszczy chłopców. Może nawet wstydzi się swoich myśli, ale nie miałaby nic przeciwko temu, żeby się ziściły.

Strzały jednak mnie omijają, wilki nie tykają, a zabłądzenie w puszczy raczej mi nie grozi, bo potrafię się po niej poruszać jak dziki zwierz.

– Pewnie pisany jest ci inny los niż pożarcie przez wilka – śmieje się Jarocha.

Pochylam się nad karkiem Olafa i pędzę jak po ogień. Wiatr rozwiewa mi włosy i chłodzi twarz. Ludzie, piszcząc i złorzecząc, rozbiegają się na boki.

Na przeszkodę trafiam dopiero w okolicy mostu. Drogę blokuje stado świń. Chłepczą wodę z kałuży i ani myślą zrobić mi przejście. Ja też nie zamierzam zwalniać. Ściągam wodze i zmuszam konia do skoku. Olaf niemal frunie nad świńskimi łbami, których one nawet nie unoszą. Za to chłopak, który ich pilnuje, wygraża mi pięścią i dopiero gdy mnie rozpoznaje, opuszcza rękę. Miga mi wielka szrama biegnąca przez połowę jego twarzy, od czoła aż po brodę. Przez chwilę moje myśli zajmuje ciekawość, co takiego mu się przytrafiło. Bo cokolwiek to było, miał chyba szczęście, że przeżył.

Gnam dalej, bo czas nagli. Za dużo go straciłem przez Ungera i jego litery.

Słońce jest już daleko na nieboskłonie, gdy zbaczam z ubitego szlaku i skręcam w las. Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem drogę.

Dalej można iść tylko pieszo, więc zeskakuję z konia, ukrywam go w gęstwinie i ruszam przez trzciny w stronę jeziora. Jest ślisko, a ziemia zdradziecka, pełna korzeni, wykrotów, kamieni. Odgarniam zwieszające się gałęzie, skaczę przez leżące pnie. Po godzinnej wędrówce docieram nad brzeg jeziora i odnajduję krzywy dąb i chatę.

To tu. Cieszę się, że trafiłem.