Opis

Te pytania wkrótce będzie musiał zadać sobie Piotr, mąż cierpiącej na depresję poporodową Anny. Kobieta pewnego dnia wychodzi na spacer, z którego nie wraca, a znalezione na plaży rzeczy jasno sugerują, że popełniła samobójstwo. Piotr nie przyjmuje jednak tej wersji zdarzeń do wiadomości, tym bardziej że w materacu ich wspólnego łóżka znajduje netbook – dowód na to, że Ania nigdy nie była tą, za którą ją uważał.

Zarówno w trakcie ich małżeństwa, jak i przed nim, prowadziła sekretne życie jako liderka czarnego teatru. Coraz więcej wskazuje też na to, że Ania miała związek z tragiczną śmiercią koleżanki. Czasem granica między byciem ofiarą a sprawcą jest cieńsza, niż mogłoby się wydawać...

Fascynujący thriller. Mroczna, pełna moralnych dylematów historia Anki uzależnia i boli niemal fizycznie.
Polecam
- Sarsa

Ewa Przydryga - urodziła się w Poznaniu. Jest absolwentką filologii angielskiej, pracuje jako nauczycielka i tłumacz języka angielskiego. Autorka powieści „Motyle i Ćmy". Tworzy thrillery psychologiczne w stylu domestic drama, pęczniejące od rodzinnych tajemnic i intryg.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1.

7 października 2017

Piątek rozbudzał się w objęciach chmur, a uchylone okno wpuszczało do łazienki duszący zapach aksamitki i suszących się w słońcu liści. Piotr przetarł dłonią lustro, ścierając z niego miętowe rozmazy po paście do zębów. Od kilku dni odbijała się w nim zawieszona na wieszaku koszulka nocna Ani. Jej zapach nadal unosił się na setkach niezapominajek rozrzuconych na kremowym tle z bawełny. Nie zamierzał jej tknąć, tym bardziej przełożyć w inne miejsce. Liczył, że sama to zrobi. Na umywalce leżała szczotka do włosów z kilkoma włosami wplątanymi w kłujące metalowe ząbki. Tuż obok niej porzucony tusz, nowa, nietknięta paleta cieni do powiek, kilka ziarenek rozsypanego pudru. Zamknął oczy i wciągnął powietrze. Wydało mu się, że czuje jej dłonie, oplatające najpierw jego skronie, a potem dotykające powiek, ust, i coraz niżej, w okolicach pępka, wsunięte pod spodnie i splecione na pośladkach. Dawna codzienność. Znajomy dotyk smukłych wilgotnych palców na jego skórze. Moment ułudy rozmył się jednak, nim zdążył się zatracić. Podniósł wzrok i zmierzył się z kimś, kogo coraz trudniej było mu rozpoznać. Kolejna bezsenna noc wypłukała kolor z tęczówek, pogłębiła sińce pod oczami i nienaturalnie wyostrzyła rysy. Patrzył na swój własny karykaturalny portret. Tej nocy nie przespali wspólnie z Basią; by łagodzić kolejną serię jej kolek, próbował chyba wszystkiego. Paradoksalnie, ten czas pozwalał mu choć na chwilę wyrwać się myślom, które układały setki scenariuszy pełnych miejsc, do których bał się zapuszczać. A jednak i tak to robił. Nawet teraz. Przemył twarz zimną wodą, wrzucił skotłowaną bieliznę do pralki i założył polówkę. Wyciągnął telefon z kieszeni spodni; przesunął palcem po wyświetlaczu i otworzył listę ulubionych kontaktów. Ania nadal była liderką tej grupy. Za nią jego wspólnik, kilkoro znajomych z klubu kitesurfingowego, jacyś stali klienci i Grzegorz Senny z wydziału kryminalnego, który prowadził dochodzenie. Dwie osoby, do których najbardziej chciałby zadzwonić – jego siostra i mama – zniknęły z tej listy cztery lata temu. Ania nie zdążyła ich nawet poznać; pojawiła się w jego życiu niczym Anioł Stróż kilka miesięcy po tej stracie. Nie usunął ich numerów, choć kilka razy zmuszał się, by to zrobić. Jednak i bez tego ich telefony milczały od tamtej jesiennej nocy, która zburzyła życie całej jego rodziny. Nie zapobiegł tragedii, chociaż już jako dziewięciolatek poprzysiągł sobie, że zawsze będzie je chronił. To wtedy przejął rolę mężczyzny w ich domu. Mgliste wspomnienia jego ojca z okresu wczesnego dzieciństwa nie należały do najlepszych. Nigdy nie był dla nich opiekunem, sam raczej dopominał się o atencję i troskę. Odkąd Piotr sięgał pamięcią, stresy urzędowej pracy jego tato rozładowywał dwa razy w tygodniu podczas wieczornych spotkań z kumplami. Tak przynajmniej twierdził on sam, a wersję tę z wyrozumiałym uśmiechem za każdym razem potwierdzała matka, łagodna i dobra. Działo się tak aż do pewnego wieczora, kiedy stojąc z uchem przy ścianie, wystraszony siedmiolatek usłyszał dźwięki karczemnej awantury. Chodziło o kolejną pokaźną kwotę, jaka znikła z konta rodziców. W natłoku wzajemnych oskarżeń najczęściej przewijały się krótkie hasła: „Jak mogłeś ?!”, „kasyno”, „hazard”… Wykrzykiwała je matka. W odpowiedzi na nie ojciec najczęściej wybierał: „Zamknij się”, „Skończę z tym”, „Jeszcze tylko ten jeden raz, żeby się odkuć”. Mały Piotr szybko zrozumiał sens tego dialogu. Mimo zapewnień, że zerwie z nałogiem, ojciec nie przestawał. Z czasem było coraz gorzej, a atmosfera w domu z każdym jego weekendowym powrotem stawała się coraz bardziej nieznośna, tym bardziej że kolejne porażki ojciec zaczął topić w alkoholu. Frustrację przelewał też na swoje dzieci. W jego przekonaniu mały Piotr niewystarczająco się starał; nakładana na niego regularnie jedna i ta sama kara najwyraźniej nie działała. Bicie nieustannie wracało. Młodsza o dwa lata Nina miała nieco więcej szczęścia; nie obrywała tak często jak brat. Ojciec pozwalał sobie na lanie zresztą tylko wtedy, gdy matki nie było w pobliżu. Sztukę maskowania siniejących śladów po pasie na ciałach dzieci także opanował do perfekcji. Od początkowo zdrowej, ojcowskiej relacji, małego chłopca i jeszcze mniejszą dziewczynkę z biegiem czasu odgradzał właściwie już cały świat. Mama rekompensowała dzieciom mękę z toksycznym ojcem swoją bezwarunkową miłością i zapewnieniem, że w najbliższym czasie od niego odejdą i zaczną zapełniać nową kartę w życiu tylko we trójkę. Pewnego dnia faktycznie skończyło się dręczenie, a wraz z nim awantury, tłuczone naczynia i nocne powroty do domu. Odeszła jednak nie matka, a ojciec. Pozostawił po sobie tylko długi i wspomnienia podszyte strachem. Piotr znalazł go tamtego letniego dnia w oranżerii, dumie jego mamy. Duszne i parne sierpniowe popołudnie niosło ze sobą obietnicę burzy i oczyszczenia, całkiem odmiennego od tego, jakie czekało na chłopca po przekroczeniu szklanych drzwi zimowego ogródka. Kiedy wszedł do środka po swój nożyk do strugania, oranżerię zalewało szare światło, a w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Absolutną ciszę przerywał tylko chropowaty dźwięk chromowanego zegara. Coś jednak było nie tak. Instynkt zaprowadził chłopca do składziku, mniejszego pomieszczenia przylegającego do pokoju wypełnionego ciepłolubnymi roślinami. Ojciec wisiał na masywnej lampie między paprociami a komodą ze środkami do pielęgnacji roślin. Gruba pętla szura oplatała się wokół jego szyi, a w mętnych oczach zgasło już życie. Czubki ulubionych, wyświeconych do nieprzyzwoitości butów uparcie wskazywały drobne pęknięcia w podłodze. To na nich Piotr zawiesił wzrok, nim wybiegł stamtąd, ciągnąc za sobą swój niemy krzyk. Wydarzenia następnych kilku dni spowijała warstwa gęstej mgły czegoś, co nazwano fachowo syndromem wyparcia. Z pomocą psychologa doszedł jednak do siebie względnie szybko. Trudniej było mu natomiast pozbyć się nawracających przez pierwsze lata wyrzutów sumienia, podszeptów gdzieś z tyłu głowy, że jednak mógł temu zapobiec. Wcześniejszych pogróżek ojca nie brał na poważnie; myślał, że to kolejny test granic jego wytrzymałości. Z czasem zrozumiał, że wraz z matką i siostrą był tylko jego ofiarą. Dorastając, zdecydował, że nie chce w żadnym stopniu posiadać cech, które wiązałyby go w jakikolwiek sposób z ojcem. Brzydził się słabością, przemocą, kłamstwem, nieudacznictwem. Obiecał sobie, że przy nim jego mamę i siostrę nie spotka już nic złego. Spełniał tę obietnicę tak długo, jak potrafił. – Nie mógł jednak przewidzieć wypadku, do jakiego doszło kilkanaście lat później. Stracił je wtedy na zawsze.

Ciała żony do tej pory nie odnaleziono, co podsycało jego nadzieję. Ani upływający czas, ani brak postępów w śledztwie nie mogły go złamać. Tym razem złożył sobie inną dozgonną obietnicę: sprowadzić Anię bezpiecznie do domu. Chociażby oznaczało to odegnanie napływającego czasem falami zwątpienia albo przetrząsanie każdego zakamarka na ziemi, nawet jeśli miałby to zrobić na własną rękę.

Położył telefon na parapecie i sięgnął po maszynkę do golenia. Skrzywił się, kiedy przebiegł palcami po kłujących wypustkach na skórze. Zdał sobie sprawę, że nie używał jej od przynajmniej tygodnia. Kiedy wyjmował zużyte ostrze, rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Odłożył golarkę na umywalkę i zbiegł ze schodów. Z odległości kilku metrów zza szklanych drzwi zobaczył na ganku znajomą postać krępego mężczyzny. Nosił wypucowane buty i ten sam wyciągnięty pulower, którym maskował swoją tuszę. Jego obecność tutaj zawsze oznaczała zmianę. Piotr rzucił z oddali okiem na niesiony przez niego folder wypełniony dokumentami. Zassał powietrze, próbując odgadnąć, co kryje się w środku. Czy to wiadomości, na które czeka? Może nic, pustka, a on zamieni z nim kilka kurtuazyjnych słów. Może jest tam jeszcze coś innego, dowód na papierze, o którego istnieniu nie chciał nawet widzieć? Dosyć zgadywanek. Nacisnął klamkę i wpuścił gościa do środka.

– Znaleźliście ją? – zwrócił się do mężczyzny, nim ten zdążył przekroczyć próg.

Detektyw ścisnął usta w milczeniu, nieśpiesznie przejechał dłonią po włosach, podrapał podwójny podbródek i nieproszony przeszedł przez hol. Zatrzymał się dopiero w jadalni.

– Mogę? – Wskazał na jedno z czterech krzeseł rozstawionych wokół stołu.

Nie czekał na pozwolenie. Nim usiadł, podciągnął zsuwający się z bioder pas, na którym zawieszona była kabura pistoletu. Spod pachy wyciągnął papierową teczkę wraz z legitymacją służbową i rozłożył je na blacie. Rozsiadł się wygodnie na siedzisku krzesła i odsupłał teczkę. Sekundy, z każdym jego metodycznym ruchem nad kartkami biegły kolejne sekundy. Cholernie dużo sekund – liczył w myślach Piotr. Mężczyzna rzucił mu spojrzenie jasnych oczu, zdradzające rutynę takich wizyt i rozmów. Nie kryło się w nim nic krzepiącego.

– Nie mam najlepszych wieści… – Funkcjonariusz Senny zaczął spokojnym tonem.

Piotr oderwał się od trzymającej jego ciężar framugi drzwi, a ciało napięło się jak struna. Pulsacyjny syk zaczął uderzać w skronie.

– Co to znaczy?

– Chodzi o przesłanki dotyczące zaginięcia pańskiej żony. Wykluczają udział osób trzecich… – Z ust detektywa padła formułka, znak rozpoznawczy sposobu, w jaki zawsze się z nim komunikował. – Potwierdzają natomiast to, co prokurator przypuszczał już wcześniej… – dodał.

Nie chciał jej na to pozwolić, ale w oczekiwaniu na dalsze wyjaśnienia nadzieja zaczęła samowolnie wsiąkać w podłogę.

– Nowe przesłanki?! – powtórzył Piotr.

– Po pierwsze, kopia robocza esemesa, który znaleźliśmy w telefonie pana żony. Ostatnia wiadomość w jej skrzynce nadawczej…

Piotr wypuścił powietrze z ust.

– Więc o to chodzi – powiedział z ulgą. – Podobno pisała go do mnie. Znam tę treść na pamięć. Starała się być szczęśliwa, dla mnie, dla Basi. Ale nie potrafi. Przeprasza.

Detektyw niepostrzeżenie wzruszył ramionami.

– Sam pan widzi.

– Niezupełnie. Ania nie napisałaby tych słów. Nie zostawiłaby nas w taki sposób.

– Przykro mi – odparł sucho śledczy. – Ale fakty nie podlegają dyskusji. Nadawcą nie mógł być nikt poza pana żoną. – Ten sam monotonny głos, chłód i profesjonalizm wylewający się z jego ust. – Wyświetlacz zabezpieczony był odciskiem jej palca, a klawisz odblokowujący nie nosił żadnych prób manipulacji.

– Fakty!? Jak dla mnie to tylko hipoteza pisana patykiem po wodzie – mruknął Piotr.

Spojrzał na detektywa zaczepnie czerwonymi, podkrążonymi z niewyspania oczami. Senny drgnął niemal niezauważalnie i wziął głęboki oddech. Nie pierwszy raz i nie tylko w ten sposób ktoś testował granice jego wytrzymałości. Już dawno do tego przywykł.

Piotr podszedł do kredensu, odsunął górną szufladę i wyłowił z niej plik papierów.

– Mam tu gdzieś kopię liściku, który powie panu coś zupełnie innego…

Senny uniósł rękę w geście, który miał oznaczać: Niech pan nie szuka. Doskonale pamiętam. Mam oryginał w swoich aktach.

– Nie pozwolił mi pan dokończyć – burknął, wytrącony z rytmu. – Ten liścik potwierdza tylko ciągłą parabolę nastrojów pańskiej żony; stany euforii przechodzące w fazy głębokiego przygnębienia. Nic ponad to.

– Więc zna pan moją żonę lepiej niż ja – skomentował ironicznym tonem Piotr.

– Rozmawialiśmy z jej terapeutą. Zaprzestała leczenia po pierwszej sesji – oznajmił, obrzucając Piotra wnikliwym spojrzeniem. – Nie przyjmowała przepisanych leków – dodał z ostrzejszą nutą w głosie.

– Nie bez powodu.

Senny nie odpowiedział. Nadal łypał na Piotra znad blatu stołu.

– Nie chciała faszerować się chemią, by móc karmić piersią naszą córeczkę. Pewnie rozmawiał pan z doktor Wójcicką. Konsultowaliśmy się też z innym lekarzem w tej sprawie.

– I co zalecił? – Śledczy zamrugał wyblakłym w jasnym świetle okiem.

– Odstawienie leków. Ania faktycznie zaczęła czuć się lepiej.

Detektyw nie drgnął, a jego twarz pozostała nieruchoma.

– Mówi pan o lekarzu czy o kimś, kto para się medycyną niekonwencjonalną?

Dwie rozżarzone gniewem źrenice Piotra wycelowane były w detektywa.

– Co pan sugeruje? Że nie zadbałem właściwie o żonę?! – warknął.

– Przy braku odpowiedniego leczenia, poprawa, jeśli w ogóle, jest tylko chwilowa – wyjaśnił Senny spokojnie. – Mówimy o skomplikowanym przypadku depresji poporodowej – dodał, po czym przekartkował plik papierów.

Z etui wyłowionego z kieszeni spodni wyjął okulary – wielkie kwadratowe szkła w rogowej oprawie. Nasunął je na nos.

– „Deficyty w relacji z własnymi rodzicami, wahania hormonalne, przedwczesne narodziny córki i związane z tym komplikacje pogłębiły tylko problem…” – wyliczył, posiłkując się dokumentami oznaczonymi pieczątką i podpisem psychologa.

Piotr nie przerywał detektywowi, zawiesił wzrok na gwoździu w ścianie; jego gałka oczna pulsowała niespokojnie pod skórą.

– Przypadek, przesłanki, deficyty, schemat – powiedział, kiedy Senny skończył. – To właśnie tak widzi ją pan od samego początku? Jako kolejny numer seryjny akt? Statystyki? Następną sprawę do odhaczenia, włożenia do pudła, zanim wróci pan do domu i pójdzie spokojnie spać? – cisnął oskarżycielskie słowa. – I po co w ogóle ta rozmowa, po jakie licho pan tu dzisiaj przyszedł?!

Detektyw dźwignął się z fotela. Wyraz jego twarzy nie zmienił się od początku rozmowy. Mimo to stanął obok Piotra i spojrzał mu łagodnie w oczy. W świetle, które nagle wdarło się do pokoju, skóra jego twarzy wydawała się cienka jak pergamin powleczony siatką bruzd. A jednak jest człowiekiem, nie cyborgiem – pomyślał Piotr.

– Emocje bywają złym doradcą. – Ton jego głosu stał się nieco cieplejszy, bardziej ludzki. – Potrzeba czasu, żeby opadły i pozwoliły zobaczyć więcej. Rozumiem to – nieoczekiwanie położył rękę na jego ramieniu – ja muszę je natomiast oddzielić od swojej pracy – dodał. – Doświadczenie. Logika. Fakty – wyliczył na pulchnych palcach. – To mój patent na skuteczne działanie. Tylko one prowadzą do prawdy. Czy nie tego obaj w gruncie rzeczy chcemy?

Piotr wyszarpnął się i zawiesił wzrok na obrączce Sennego.

– Czy tylko tym kierowałby się pan, gdyby to ona nie wróciła do domu któregoś dnia? Ja znam swoją żonę – dodał, silnie akcentując pierwsze słowo.

Senny zignorował pytanie Piotra.

– Lata pracy w policji nauczyły mnie, że miłość czy też bliskość, o których pan mówi, odbierają obiektywizm.

– Czy wzięto pod uwagę to, co mówiłem o jej rysunku? – Piotr niespodziewanie zmienił temat.

– O tym, który namalowała przed wyjściem na plażę?

Przytaknął.

– Słońce albo drzewa. Rysowała je na marginesie lub w rogu kartki tylko wtedy, kiedy rozmawiała z kimś przez telefon.

– Sprawdzałem ten trop – potwierdził Senny, leniwie przeciągając sylaby. – Z tym że nikt, poza panem, nie łączył się z jej telefonem tamtego poranka.

– Może rozmawiała z kimś z innego telefonu, z jakiegoś numeru na kartę? Jest milion możliwości. – Zareagował impulsywnie.

– Telefonu, który przed panem ukrywała? Przed chwilą mówił pan, że zna dobrze swoją żonę. To zresztą bardzo kruche poszlaki.

Piotr starał się wziąć w cugle buzujący w nim coraz mocniej gniew.

– Więc jakie są te pana fakty?

– Nie moje, a fakty.

– Dobrze, więc jakie są fakty?!

Detektyw wyciągnął z teczki kolejne papiery, tym razem dwie kartki złożone na pół.

– Dane z twardego dysku laptopa pana żony. – Przebiegł po nich wzrokiem. Natrafiwszy na ciąg cyfr, stuknął w kartkę palcem. – Począwszy od ostatniego dnia sierpnia do dwudziestego września odwiedziła kilkadziesiąt stron i forów internetowych dla samobójców. Kilkanaście z nich traktowało o tym, jak odebrać sobie życie przez utonięcie.

Piotr ani drgnął; wpatrywał się w notatki detektywa, jakby czekał na więcej.

– Oszczędzę panu szczegółów – zamknął temat śledczy. I temat, i teczkę.

Kolejne pytania mnożyły się w głowie Piotra.

– Jeśli tak, to gdzie jest jej ciało? Czy nie powinno już wypłynąć? – wypowiedział je na głos.

– Tamtego dnia na Bałtyku szalała cofka; prąd wsteczny utrzymywał się zresztą przez następne dwa dni. Prowadziliśmy poszukiwania, ale wiadomo, że wielokrotnie morze nie oddaje ciał… Czasami nie oddaje ich od razu, a czasem – w ogóle.

Zagryzł dolną wargę, czując w ustach metaliczny posmak krwi.

– Przyszedł więc tu pan dzisiaj, by mi powiedzieć, że moja żona odebrała sobie życie. Czy tak?

– Nie zawieszamy śledztwa – odparł detektyw wymijająco. – Będziemy je prowadzić, dopóki jej nie znajdziemy.

Z kieszeni pulowera wyciągnął chusteczkę higieniczną i podał ją Piotrowi.

– Skaleczył się pan – powiedział i wskazał na krwawiącą wargę.

Piotr zignorował jego gest.

– Mówiąc „jej”, ma pan na myśli ciało, a nie moją żonę. Czy tak?

Senny milczał.

– Ona wciąż może żyć, rozumie pan?! Szukajcie gdzie indziej, do cholery! – wykrzyczał Piotr.

Śledczy uniósł się z krzesła i dosunął je do stołu, dając do zrozumienia, że nie ma już nic więcej do powiedzenia. Pozbierał dokumenty ze stołu, ułożył równo jeden na drugim, spiął spinaczem i ułożył w teczce. Zamknął ją i ostatecznie odgrodził się od akt dużym supłem.

– Proszę nam zaufać. Zrobimy wszystko, co będzie w naszej mocy. Obiecuję – powiedział i przebiegł wzrokiem po korytarzu prowadzącym do wyjścia.

– Lubi pan te swoje zgrabne formułki, co? – sarknął Piotr. – Byleby się zawinąć i dalej robić swoje.

Detektyw nie dał się sprowokować; ruszył w stronę drzwi wejściowych, rzucając jeszcze zawieszonej na ścianie kolekcji szabli i bagnetów kilka ukradkowych spojrzeń.

– Nie zostawię tak tego. – Głos Piotra dosięgnął Sennego już w przedsionku, o krok od drzwi wejściowych. Zamiast opuścić dom, podciągnął mankiet swetra, obrócił się i uniósł czujnie brew. Żaden mięsień jego twarzy nawet nie drgnął.

– Co więc zamierza pan zrobić?

Piotr splótł ręce na klatce piersiowej. Odchylił lekko głowę, by móc sięgnąć wzrokiem pulsującej czerwoną diodą elektronicznej niani.

– Cokolwiek, byle nie dreptać w miejscu! – warknął.

– Będziemy w kontakcie – rzucił śledczy leniwie i nie czekając na słowa pożegnania, nacisnął klamkę. – I proszę na siebie uważać… – dodał ostrzegawczo, zamykając za sobą drzwi.

Piotr został sam na sam z przytłaczającą go przestrzenią domu, z jego pustymi pokojami i zimnym korytarzem prowadzącym właściwie donikąd. Odległość między jednym a drugim pomieszczeniem wydawała się otchłanią nie do przebycia.

2.

10 października 2017

Nic się nie zmieniło. Żaden z kolejnych dni nie przyniósł przełomu. Żadna z rozmów ze znajomymi z otoczenia Ani nie zaprowadziła go krok dalej. W szufladach jej biurka, w kalendarzu, na kartach ulubionego notatnika nie znalazł nowych wskazówek. Nie wiedział już, gdzie sięgnąć, jaki fragment nieba i ziemi poruszyć, żeby coś w końcu posunęło się do przodu. Cokolwiek. Odebrał tylko kolejny telefon od jednej z koleżanek żony. Pracowały razem przy projekcie Gdyńskiej Akademii Teatru Niezależnego, gdzie Ania prowadziła zajęcia z emisji głosu i treningu aktorskiego. Dostał kolejną porcję ciepłych słów od kobiety, której praktycznie nie znał. Nie miał zresztą pewności, czy nie jest kolejną łowczynią taniej sensacji. I tacy się ostatnio pojawiali. Wystawali na ganku, wścibiali nos przez przymknięte rolety i zostawiali swój brudny ślad na ich wycieraczce. Instynktownie wyparł podszepty wobec tej kobiety, bo czuł, że potrzebuje wsparcia. Jakiegokolwiek. Nie chciał być ze swoimi myślami wiecznie sam na sam, bo zbyt często ostatnio rozlewały się toksyną w jego głowie. Odłożył słuchawkę na biurko. Piętrzyła się na nim sterta dokumentów, zamówień i namiarów na kolejne antyki, po które miał jechać do Francji. W warsztacie czekały na niego meble z transportu z poprzedniego miesiąca i wizja ich renowacji według indywidualnych potrzeb klientów. Kolejny znak, że zamiast pracować na pół gwizdka, powinien spędzać w pracowni więcej czasu. W firmie bywał tylko po to, by zająć czymś myśli i ręce, i nie zostawiać swoich klientów całkowicie na lodzie. Nie czuł już dawnej pasji; wena do działania też rozpłynęła się w powietrzu, a on stał się w zasadzie zwyczajnym rzemieślnikiem. Odfajkowywał po prostu kolejne zlecenia. To wszystko było zupełnie nie w jego stylu. Nigdy w ciągu ostatnich sześciu lat nie pozwalał sobie na dezorganizację czy opóźnienia. Dziś dopadł go jeden z tych obcych mu momentów, w których najchętniej rzuciłby wszystko w cholerę, zamknął drzwi pracowni na cztery spusty, porwał te papiery i wepchnął do kubła na śmieci. Szczerze nienawidził tego uczucia. Nie był przecież ani tchórzem, ani słabeuszem; nigdy nie odpuszczał, zwłaszcza w sytuacjach podbramkowych. A teraz czuł się jak zbity pies. Chciał móc tak po prostu wziąć się w garść, ale wszelkie argumenty za powrotem do względnej normalności zawodowej za diabła do niego nie trafiały. Ubrał zmiętą koszulę, spojrzał z politowaniem na swoje lustrzane odbicie, po czym zaczął dłońmi rozprostowywać jej zagniecenia. Skończyło się na tym, że machnął ręką na marny efekt swoich prób. Pościelił łóżko jak zwykle. Z kredensu wyciągnął nieco za dużą, patchworkową narzutę i przykrył nią pościel. Codzienna rutyna, której już zupełnie nie zauważał. Kiedy usiłował wcisnąć końce kapy do wnętrza ramy łóżka, natrafił na lekki opór. Zaskoczony, wepchnął materiał z większym impetem, ale przeszkoda nie ustąpiła. Co jest? – szepnął sam do siebie. Ukucnął, odsłonił narzutę i przesunął palcem po materacu. W jednym miejscu był lekko wypukły, jak gdyby wybrzuszona sprężyna tarła o niego od środka. Rozpiął zamek i włożywszy do środka dłoń, opuszkami palców zetknął się ze śliską, gładką powierzchnią. Nie miał pojęcia, na co trafił, jednak z całą pewnością nie był to kawałek sprężynującego metalu. Może kartonik lub fragment tektury? Zmarszczył brwi, zacisnął na przedmiocie niecierpliwe palce i wysunął go delikatnie z wnętrza pianki. Nie był spory, miał najwyżej kilka centymetrów długości i tyle samo szerokości. Albo był całkiem pusty w środku, albo nosił w sobie jakąś wyjątkowo lekką zawartość. Piotr przetarł dłonią papierową pokrywkę, jakby chciał usunąć stamtąd kurz, którego wcale nie było. Drobinki brokatu na małym, zielonym pudełeczku z wytłoczonymi długopisem literami „Happy Birthday, Piotrusiu” zamigotały mu przed oczami. Przeciągnął palcem po aksamitnej, czerwonej kokardzie i uśmiechnął się gorzko. Od razu rozpoznał jej charakter pisma, te uroczo pokoślawione litery, zawijasy naniesione niebieskim tuszem, lekko rozlanym przez zbyt mocne przyciskanie do tekturki albo przez dłoń, która pośpiesznie przejechała po napisie. Niemal czuł, jak wprawiony ruchem jej palców długopis sunął z wyczuciem po papierze. Kokarda nadal pachniała miodowym kremem, którym smarowała ręce. Zawahał się, co powinien zrobić: czy rozerwać opakowanie i dostać się do zawartości, czy może jednak spróbować się opanować? Zachować je jako kolejny dowód na to, że skoro planowała zrobić mu urodzinową niespodziankę, nie mogła tak po prostu odebrać sobie życia? Zamyślony, usiadł na podłodze, dokładnie na wysokości rozsuniętego zamka materaca. Odłożył pudełko na podłogę i postanowił jednak zajrzeć do środka. Wszystko wydawało się na swoim miejscu; jego czujność wzbudziły jedynie nienaturalnie wygięte sprężyny. Wplótł w nie palce, pociągnął i maksymalnie rozszerzył. Tak dla pewności. Ręka wylądowała w kolejnych warstwach pianki, gdzieniegdzie rozczapierzonej i naderwanej. Nic niepokojącego. Mimo to wcisnął palce jeszcze głębiej. Wślizgnęły się gładko, pociągnęły za sobą całą dłoń, przedramię, a na końcu nawet łokieć. Przeszukał dokładnie materac. Poza kolejnymi rzędami sprężyn, na jakie natrafiał raz po raz, przestrzeń pomiędzy warstwami pianki wydawała się pusta do momentu, kiedy bokiem lewej dłoni nie otarł się o twardą, płaską krawędź. Ledwie jej sięgnął. Przedmiot wepchnięty był tak głęboko, że z początku wziął go za kawałek plastyku. Przyciągnął go bliżej siebie, badając palcami jego wielkość i kształt. Zaklął pod nosem. Był dużo większy, niż założył. Rozmiar i ciężar wskazywały na tablet, może laptop. Wbił w niego mocniej palce i jednym, zachłannym ruchem wydobył na zewnątrz niewielki netbook w czarnym pokrowcu z podłączoną do niego ładowarką. Minilaptopy tego typu produkowano kilka lat temu; nie było na nie zapotrzebowania, toteż szybko zniknęły z rynku, przypomniał sobie. Spotkał się z podobnym sprzętem, ale był pewien, że takiego modelu nie widział wcześniej. A już na pewno nie w ich domu. Podniósł górną klapę urządzenia i wcisnął okrągły przycisk startu. Mimo kilkukrotnych prób, netbook nie zareagował. Po podłączeniu do gniazdka i kilku wlekących się w nieskończoność minutach, na wyświetlaczu zamrugał ekran startowy Windowsa oraz kilkanaście ikonek porozrzucanych na pulpicie. Potarł wilgotne, niecierpliwe dłonie o spodnie. Jeden krok dzielił go od wkroczenia na zakazany teren, gdzie pośród tych plików ukrywała się przed nim żona. Nie miał pojęcia, dlaczego; przecież nie mieli przed sobą żadnych tajemnic. W normalnych okolicznościach odłożyłby netbook na ich stolik nocny i zaczekał, by zapytać Ankę, co jest grane. Ale z ich życia zniknęła już normalność, a on potrzebował szybkich odpowiedzi i jakiegokolwiek bodźca do działania. Palce zatańczyły na klawiaturze, a brak blokady pozwolił mu na przeglądanie plików. Folder z dokumentami był pusty, do urządzenia nie była też przypisana skrzynka e-mailowa. Uruchomił przeglądarkę i sprawdził historię wyszukiwanych ostatnio stron. Nie było ich wiele. Pobieżnie ocenił, że w prawie wszystkich przypadkach logowano się na Facebooka. Może więc tablet wcale nie należał do Ani, przemknęło mu przez myśli. Nie miała przecież konta na żadnym z portali społecznościowych, starając się chronić swoją prywatność. Kiedyś nawet posprzeczali się o to, że przesadza. Przesunął myszkę nad okienko logowania użytkownika zarejestrowanego jako Camilla Rhodes. Kojarzył to nazwisko – należało do fikcyjnej postaci, jednej z bohaterek ich ulubionego filmu Mulholland Drive. Nie musiał wpisywać wcześniej wypełnionych już pól z hasłem i nazwą użytkownika. By zobaczyć ostatnią aktywność Camilli, wystarczyło kliknąć na ikonkę „Zaloguj się”. Nie miała znajomych, nie udostępniała też żadnych postów poza górskim krajobrazem, który służył za jej zdjęcie profilowe. Pisała jednak dość regularnie z Matyldą Słowikowską, uczennicą pobliskiego gimnazjum. Piotr zupełnie nie kojarzył tej dziewczyny, nie był w stanie jej rozpoznać na podstawie zdjęcia profilowego. Dzięki publicznym ustawieniom konta nastolatki mógł za to przejrzeć całą galerię jej zdjęć. Była ładną, smukłą, długowłosą dziewczyną, ukazaną na fotkach z pościeranymi kolanami i biszkoptowym labradorem u boku. Coś w nim drgnęło, kiedy podczas przewijania zdjęć dotarł do takiego, na którym wyraźnie widać było jej twarz. Miała oczy Ani – ten sam kolor i kształt migdałów, te same kości policzkowe, wydatne usta, uśmiech, to samo zadziorne spojrzenie. Niezręcznie zamknął wirtualny album i otworzył listę wiadomości, którymi się wymieniały. Ania skontaktowała się z nią pierwsza. Twierdziła, że jest jej ciocią, pytała dziewczynę, czy dostaje jej listy, chciała się spotkać, porozmawiać. Nastolatka odpowiedziała trzy dni później i umówiły się na gorącą czekoladę w domku Żeromskiego – kawiarni położonej nieopodal orłowskiego mola. Piotr odchylił się na krześle i zmierzwił palcami włosy. Niczego nie rozumiał. Ania nie miała przecież rodzeństwa. Temat jej rodziny zawsze był dosyć drażliwy. Niejednokrotnie chciał dowiedzieć się więcej, ale bał się naciskać; wierzył, że któregoś dnia sama się przed nim otworzy. W tej sferze bezpośrednia zazwyczaj Ania była zawsze jak zamknięta księga. Wiedział tylko, że jej mama, śpiewaczka operowa, osierociła córkę będącą jeszcze niemowlęciem. Ojciec umarł kilka lat temu. Nie mówiła o nim z czułością, nie przywoływała żadnych wspólnych wspomnień, choć sama wiedziała o jego bliskich wszystko. Nie miała również żadnych rodzinnych zdjęć, poza jednym jedynym portretem jej mamy zawieszonym w centralnym miejscu ich sypialni. Z zapisu czatu wynikało, że do spotkania z Matyldą faktycznie doszło, bo jeszcze tego samego wieczora dziewczyna wysłała Ani emotikonkę serduszka z podpisem: „Dziękuję. Musimy to niedługo powtórzyć”. Korespondowały jeszcze kilkakrotnie, a z kontekstu tych rozmów Piotr wywnioskował, że po raz ostatni Ania widziała się z siostrzenicą na trzy tygodnie przed porodem. Wkrótce po narodzinach Basi przesłała jej zdjęcie małej. Ostatnie dwie wiadomości – pierwszą w dzień zaginięcia Ani, drugą kilka dni później – wysłała nastolatka.

 

Ciociu, daj znaka, czy z tobą wszystko w porządku? Widziałam w wiadomościach to info o zaginionej kobiecie. To chyba nie ty, prawda?

Martwię się bardzo. Odezwij się, proszę ☹

 

Obie prośby pozostały bez odpowiedzi. Piotr wrócił na stronę główną profilu nastolatki. Namierzenie klasy 3b, do której chodziła, jak i planu jej zajęć okazało się banalnie proste. Według internetowej rozpiski Matylda kończyła dziś zajęcia za ponad godzinę. Obliczył, że dojazd na miejsce nie powinien mu zająć więcej niż pięć minut. Miał czas. Szperał więc w netbooku dalej. Dowiedział się, że Ania odwiedziła jeszcze jeden facebookowy profil. Podrapał się po brodzie w zamyśleniu. Agata Larek. I to nazwisko nie brzmiało znajomo. Kimkolwiek ta kobieta była, Ania nie starała się z nią skontaktować. Ponieważ jej konto należało do kategorii prywatnych, Piotr nie mógł dowiedzieć się niczego ponad to, co wywnioskował ze zdjęcia profilowego o słabej rozdzielczości, zrobionego na tle sopockiego mola. Miała koło trzydziestki, tlenione blond włosy, zmęczoną twarz, którą starała się ożywić krzykliwym makijażem i pstrokatą bluzą. To tyle. Poza tymi facebookowymi aktywnościami żony nie natrafił na nic, co przykułoby jego uwagę. Już miał odłożyć netbooka i przygotować się do wyjścia, kiedy tknęło go, by kliknąć jeszcze na ikonkę „Kosz”. Nie był pusty. Wewnątrz folderu znajdował się jeden niezatytułowany plik wideo. Przesunął nad nim myszką i przycisnął przycisk odtwarzania kilka razy naraz. Kółko, jakie pojawiło się wtedy na ekranie zamiast filmu, nie przestawało się kręcić, karząc go za zbytni pośpiech. Mruknął coś pod nosem. Kiedy miał już zrestartować system, zastygły obraz zamrugał biało-czarnym kadrem z napisem „Perseidy”, po nim na ekranie znów rozlała się tylko ciemność. Gdyby z głośników komputera nie wydobyły się dźwięki, pomyślałby pewnie, że plik jest uszkodzony. Spokojna początkowo elektroniczna muzyka eksplodowała stopniowo pasmem szumów, zlepów, trzasków. Zamiast ściszyć, tylko ją pogłośnił. Chciał zagłębić się w tym innym świecie. Zmrużył oczy, by z ciemności móc wychwycić jakiekolwiek detale. Coś, jakby zarys czarnej kurtyny, może zasłon otaczających zaciemnioną scenę poruszył się w tle, oświetlony przez małe, migoczące punkciki. I czy melodia niosąca się po sali nie brzmiała znajomo? Zbyt znajomo? Charakterystyczne, metaliczne dźwięki – zastygł na moment. Czyżby jej hang? Wielokrotnie wygłupiali się oboje, uderzając w te dwie stalowe półkule przypominające kosmiczny spodek. Powinien być jeszcze gdzieś na strychu. Nacisnął przycisk pauzy, by ochłonąć, bo poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła.

 

Co się dzieje, Anka? Dlaczego tak skrzętnie ukrywałaś to, że masz siostrę? Czy maczałaś palce przy tym projekcie? Nie kumam. Przecież jedno i drugie to raczej powód do dumy, a nie wstydliwa tajemnica, którą należy ukrywać w sprężynach naszego łóżka.

 

Wygładziwszy dłońmi lepkie i wilgotne włosy, wznowił odtwarzanie filmu. Dawne zainteresowanie astrologią pozwoliło mu w rozmieszczeniu świecących na czarnej płachcie punktów rozpoznać gwiazdozbiór Oriona i konstelację Byka. I ten jasny blask szybko pochłonęła ciemność, osłabiając dotychczasową dynamikę spektaklu. Po sali niosły się już tylko miarowe oddechy widzów, kilka niecierpliwych chrząknięć, może stuknięć krzesłem. Jakby świadomi dokładnego przebiegu scenariusza, wyczekiwali na jakiś kulminacyjny, znany tylko im moment. Nie kazała na siebie długo czekać – smukła, sprężysta postać w połyskującym czernią kostiumie niemal natychmiast wyłoniła się z mroku backstage’u. Wraz z nią pojawiło się ultrafioletowe światło reflektorów, wodzących za aktorką powłóczystym promieniem. Oplatało jej giętkie i plastyczne ciało, a spod czerni kostiumu wydobyło niewidoczne dotychczas kolorowe pasy malowane fluorescencyjną farbą. Zsynchronizowana z muzyką postać wciągała widza w grę z optyczną iluzją. Raz po raz wypełzała z cienia, prężyła się w świetle, potem znów kryła w mroku. W żadnym z jej ruchów nie było przypadkowości, a jedynie pewność siebie i precyzja. Wypełniały przestrzeń sceny przez kilka kolejnych minut. Choć do końca nagrania pozostał jeszcze niemal kwadrans, Piotr wcisnął przycisk pauzy i przybliżył odpowiedni kadr. Miał ją przed sobą, z uniesionym splotem dłoni, nogi rozsunięte w szpagacie. Nie mógł rozpoznać rysów jej twarzy ukrytych pod elastyczną maską, ale i tak wiedział, że była kobietą. Potwierdzał to kontur żłobień jej sylwetki, seksowne wgłębienia we wszystkich właściwych miejscach; smukłe uda, krągłe biodra i pośladki, wydatne piersi. Sposób, w jaki dotychczas wprawiała je w różne formy plastycznej ekspresji, też nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Zmrużył oczy. Na scenie pojawili się inni aktorzy – rozmyte, ledwie zauważalne zjawy wobec mocy, jaką emanowała główna aktorka. Piotr przebiegał wzrokiem tylko po osi jej ruchu; poruszała się zwiewnie, niemalże unosząc nad podłogą. Tak jakby scena była naturalnym środowiskiem aktorki, a kostium – drugą skórą. Pochłonięta swoją grą, nie nawiązywała z nikim kontaktu wzrokowego, zupełnie jakby nie zdawała sobie sprawy z obecności publiki wypełniającej całą salę. Tym większe było jego zaskoczenie, kiedy niespodziewanie przystanęła, spojrzała w obiektyw kamery i złowiła jego spojrzenie. Jeden moment. Ułamek sekundy i ani chwili dłużej. Tyle potrzebował, by zrozumieć. Może to wzrok płatał mu figle, może to ciężar ostatnich wydarzeń, efekt braku snu, potężnej tęsknoty i Bóg wie jeszcze czego. Mógłby jednak przysiąc, że to Ania; że ze sceny spoglądała na niego właśnie ona.

*

Upolowała ją na pchlim targu zachwycona tym, jak promienie słońca odbijają się od wężowych wytłoczeń na jej obwolucie. Choć były tylko imitacją, wysłużona kosmetyczka wyglądała ekscentrycznie w otoczeniu całej sterty poobijanych gratów rozłożonych na przesiąkniętych tytoniem kocach. Zapomniana, smutna, intrygująca. Uwięziona pod tłustym łapskiem obleśnego typa – straganiarza ze złotym zębem. To wszytko sprawiało, że musiała ją stamtąd zabrać. Już wcześniej nosiła się z zamiarem prowadzenia pamiętnika, a kosmetyczka idealnie się do tego nadawała. Oczywiście potrzebowała pewnych przeróbek, by móc stać się pośrednikiem w rozmowach pomiędzy nią a kimś bliskim jej sercu. O to właśnie chodziło. Jej głowę zawsze rozsadzały kreatywne wizje, podparte manualną smykałką do tego, by w stare przedmioty tchnąć drugie życie. W środku nigdy nie przechowywała żadnego kosmetyku; tuż po zakupie usunęła przegródki i foliową nakładkę, a wnętrze zaadaptowała według własnego pomysłu. Co kilka dni zapisywała w niej kolejną kartę. Czasem dwie, trzy, a nawet więcej. W zasadzie nigdzie się z nią nie rozstawała przez ostatnich kilka lat, aż do tego dnia w zeszłym miesiącu, kiedy to kosmetyczka na dobre osiadła na dnie pudła. Nikt jej stamtąd nie wyciągał. Aż do teraz…

Wnętrze kosmetyczki niezmiennie wypełniał plik kartek w kratkę o zaokrąglonych rogach przytwierdzonych sznureczkiem biegnącym gdzieś pod jej grzbietem; pożółkły nieco i nasiąknęły upływem czasu, zaszły też trochę wilgocią. Zbindowane trzema zszywkami i ozdobione własnoręcznie przez Anię, zyskały kształt spersonalizowanej książeczki. Boki okładki opalone były świecą, a roztopiony wosk w odcieniach zieleni i fioletu, wzorem ściekających łez, zastygł na tej i kolejnej karcie. Na każdej z następnych stron zapisane były listy, a ich adresatką zawsze ta sama osoba. Jej mama. Czasem atakowały ją wielkimi literami, czasem, pisane w pośpiechu, ledwie dawały się odczytać. Nosiły ślady intymnych myśli i emocji ukrytych w przekreśleniach, wykrzyknieniach, zawijasach naniesionych niebieskim atramentem. Gdzieniegdzie rozmyte były śladami jej smutku. Między karty wdzierał się chaos, zaburzał chronologię lat, miesięcy i dni. Ktoś właśnie tasował karty, usiłując je uporządkować. Nad pierwszą z nich drżała pomarszczona dłoń, z wybijającą się grubą fioletową żyłą, ta sama, która wyswobodziła właśnie listy z ukrycia.

 

Gdynia, 2 września 2014 r.

Mamo,

Ma na imię Piotr. I nie jest po prostu moim kolejnym.

Nie wzdychaj i nie patrz tak na mnie. Proszę! I przede wszystkim nie wypominaj mi, że już setny raz powtarzam tę samą śpiewkę.

Przyznaję, może i tak kiedyś było. Kolejna fascynacja – pisałam Ci. Kolejna porażka – przyznawałam potem ze wstydem i skruchą, kilka tygodni, czasem kilka miesięcy później, kiedy opadała kolejna kurtyna, a on albo okazywał się draniem, albo zwyczajnie mi się nudził.

Tylko że teraz jest naprawdę inaczej. Piotr nie przypomina żadnego faceta, z którym byłam dotychczas. Przy nim czuję się kimś innym, kto wreszcie zasmakował tego, co było mu obce i zakazane – tej namiastki normalności, jaką inni mają na co dzień. To dla mnie niezły detoks. Ale nie znudzę się. Uwierz mi, tym razem, jak nigdy wcześniej, nie chcę tego spieprzyć.

Gdyby to zależało ode mnie, byłoby to faktycznie oczywiste i proste, obie jednak dobrze wiemy, że między nami, a w zasadzie między mną a każdym innym człowiekiem, stoi niewidzialna bariera.

Usadowiła się z tyłu mojej głowy i zainfekowała sobą cały krwiobieg, odkąd położyłaś na szali swoje życie i ocaliłaś mnie, a nie siebie. Wina. Trucicielka. Wraca z każdą moją kolejną spartaczoną decyzją. Kilka lat temu jedna z nich przeważyła szalę. Od tego dnia winie wolno wszystko; sama decyduje, kiedy i jak pociągnąć mnie ze sobą na dno. A ja i tak się od niego odbijam i zawsze wracam. Nikt się jednak nie zorientował – myślę i w duchu czuję ulgę. Ale ja tylko egzystuję, zamiast żyć. Czujnie oglądam się za siebie, a błędne koło się nakręca. Nie pozostaje mi nic innego, jak dalsze doskonalenie sztuki udawania. A wina, niespłacona i nieodpokutowana, wraz z upływem czasu rośnie w siłę, coraz bardziej władcza, zachłanna. Rości sobie do mnie prawo, bo to jej się poddałam, nim pozwoliłam komukolwiek innemu wydać na siebie wyrok.

Kim więc on jest, pytasz? Dla kogo znowu chcę zaryzykować? Wpadliśmy na siebie pięć tygodni temu, kiedy tonąc w strugach deszczu, spacerowałam po plaży w Babich Dołach. Mam tam nieopodal swoją kryjówkę. Z dala od ludzi, ukrytą w rozpadlinie klifu, z widokiem na torpedownię. Lubię to miejsce, bo ta obnażona ze wstydu przeszłości stara konstrukcja przypomina mi o tym, jak kruche jest wszystko, co doczesne, i o tym, że czas odbiera i niszczy fizyczną powłokę. I że chociaż ma nad nami tę cholerną przewagę – to on kontroluje nas, a nie my jego – to i tak posiadamy pewną moc sprawczą. Możemy ocalić naszą pamięć od zapomnienia. Nie mam na myśli ani rozdrapywania starych ran, ani ciągłego umartwiania się – to bywa toksyczne, sama najlepiej wiem. Chodzi mi raczej o pewną nierozerwalną więź. Chociażby tę, jaką budujemy my dwie, mamo.

Aby się dostać do tego mojego miejsca, muszę wspiąć się po drewnianych schodkach, a potem przejść polną ścieżką wzdłuż opuszczonego magazynu mundurów. Nie ma tam śladu żywej duszy, tylko ja i moje myśli. Dlatego wystraszył mnie na śmierć. Nie Piotr, a jego pokraczny kundelek, równie zdziwiony moją obecnością w tej samotni. Natarł na mnie z kijem w pysku i w jakiejś psiej euforii oplótł smycz wokół moich stóp. Podciął mnie, a ja jednym, szybkim ślizgiem wylądowałam w kałuży. Nim zdążyłam się podnieść, Piotr też już nade mną sterczał. On, jego zdziwiona mina i wyciągnięta w moim kierunku ręka.

Żenada. Wywróciłam chyba nawet oczami. Daruj sobie te pseudogentelmeńskie gesty – pomyślałam i chyba coś mu odburknęłam. – Nie jestem ani słabeuszem, ani jakąś paniusią. Nie pozwolę żadnemu facetowi dźwigać mnie z kolan, to ja zawsze zwykłam wstawać o własnych siłach.

I właśnie to zrobiłam. Cisnęłam pewnie w niego jeszcze wściekłym wzrokiem i kazałam mu lepiej pilnować swojego psa. Brzydal – przemknęło mi nawet przez myśl. Oklapnięta, rozwiana grzywka wystająca spod kaptura, bezkształtna sylwetka ukryta pod przeciwdeszczowym ortalionem – tylko to wtedy widziałam. Chyba zgodzisz się ze mną, mamo, że to nie typ faceta, jaki przykułby kiedykolwiek moją uwagę. Kojarzył mi się prędzej z zatęchłym rybakiem po całodniowym połowie, a nie charyzmatycznym draniem, jakich najczęściej przyciągam. Zapomniałam, że pewnie sama nie wyglądałam najlepiej. Rozmyta maskara ściekała mi po twarzy, a w mokrej, ociekającej błotem ręce ściskałam gaz pieprzowy.

A on stał tam, totalnie niewzruszony. Stał, a jego łagodne, błękitne oczy śmiały się mi się w twarz. I miał w nosie i gaz, i zacieki na twarzy, i błoto na moich ciuchach. I nawet tę moją opryskliwość. Nie wiem więc, co skłoniło go do tego, żeby zaproponować mi po tym wszystkim kawę. A mnie do tego, żeby odpowiedzieć mu „Okej”. Nie mam też pojęcia, o czym rozmawialiśmy i jakim cudem wpuścili nas do kawiarenki z psem.

Jakkolwiek było, to tam, przy filiżance podwójnego espresso i czekoladowym brownie, zorientowałam się, że łapiemy wspólną falę. Że on też jest trochę nie z tego świata, choć sposób wyrażania jego inności całkiem różnił się od mojej.

Altruistyczny dziwak. Bezlitośnie nieoczywisty. Superambitny gość – te określenia cisną mi się na usta, kiedy o nim myślę. Bo kto inny prowadzi z dzieciakami warsztaty rzeźbienia w drewnie, z których nie ma ani grosza, a o restaurowaniu antycznych mebli mówi z taką czułością, jakby każdy z tych przedmiotów miał duszę? Ciągle głodny jest wiedzy, zgłębiania nowych technik renowacji, a metamorfozy mebli w jego wykonaniu nagradzane są regularnie i publikowane w topowych magazynach o architekturze i wystroju wnętrz. Podoba mi się to, że angażuje się całym sercem w to, co robi. I nie odpuszcza, jeśli w coś wierzy, niezależnie, czy wypełni to po brzegi jego portfel, czy, wręcz przeciwnie, narazi na straty. Nie, nie jest lekkoduchem, jeśli mój opis sprawił takie wrażenie – ma dobrze prosperującą firmę, mnóstwo zleceń i zadowolonych klientów. Nie jest też samochwałą. To nie on wyrecytował mi listę swoich zalet. Znasz mnie. Wiem, jak się dowiedzieć.

Co więc z nim jest nie w porządku? – pytasz… Hmm… Jest zbyt ciekawski. Chce o mnie wiedzieć wszystko. Nie wie, że to strach sznuruje mi usta; że nie mogę mu nic powiedzieć w wiadomej mi i tobie obawie przed „samodyskredytacją”. Poza tym drażnią mnie te jego wizualne wtopy: oklapnięta grzywka pozostała dokładnie taka sama nawet, kiedy wyschła i nie rozwiewał jej wiatr; zgoliłabym mu brodę, bo postarza go o kilka lat i cholernie kłuje. Chciałabym też, by choć przez jeden tydzień nie nabijał sobie nowych siniaków, kiedy szarżuje na desce kitesurfingowej. A i o kiteserfingu mówi zawsze z pasją w oczach.

Wiesz, że szukałam tych wad na siłę i z przymrużeniem oka. I tak jest nam ze sobą dobrze. Bez spiny. Bez wiążących obietnic.

Tylko że ostatnio po głowie chodzą mi te niebezpieczne, obce pytania z cyklu: „Dlaczego by nie stworzyć choć raz czegoś na serio?”. Dla innych to pewnie objaw normalnego podejścia do związku, dla mnie wizje zbyt odległe, ryzykowne. Bo im bliżej będziemy siebie, tym trudniej będzie mi uwolnić się i odejść. A wina i tak w pewnym momencie zrobi swoje…

Czasem zastanawiam się, czy moje życie nie byłoby tak popaprane, gdybym mogła zrozumieć, co to matczyna troska. Gdybym choć raz poczuła, jak twoja ręka gładzi moje włosy, gdybyś dała mi szlaban za szlajanie się po nocach, gdybyś odkryła skrytkę z jointami i wszystkimi innymi świństwami, których próbowałam. Gdybyś nie pozwoliła mi na kolejną ucieczkę z domu albo na kolejny lot. Gdybyś wtedy zareagowała, zatrzymała mnie, nim to wszystko wymknęło się spod kontroli. Gdybyś po prostu była. Ty, a nie twój duch, jaki przemyka tylko po stronach pamiętnika w postaci mojego pokręconego monologu.

Dużo więcej tych „gdybyś” ciśnie mi się na usta, mamuś.

3.

10 października 2017, godz. 15:00

Nie zastawszy sąsiadki, która pod jego nieobecność zajmowała się małą, zmuszony był zabrać dziecko ze sobą. Zaparkował auto u podnóża ulicy i wdrapywał się stromą aleją ku górze. Znał to miejsce na pamięć, każdy jego kąt i zakamarek. Pokonywał przecież tę trasę codziennie przez cztery lata. Niewiele się zresztą zmieniła, odkąd był tu ostatni raz kilkanaście lat temu, kiedy z grupką licealnych przyjaciół odbierał swoje świadectwo maturalne. Czubki dębów i buków, jak wtedy, haczyły o zasnute chmurami niebo, tworząc kilkupiętrową górską oazę pośród chmur. Dziś były może nieco bardziej strzeliste, jeszcze śmielej wyciągały korony ku górze i ocierały się o nieboskłon. Widział, że dorosły razem z nim. Przypomniał sobie, jak często lubił z kumplami wspinać się po tym morenowym lesie na mały sparing przy metalowych drabinkach albo wygłupy przy udziale fajek i energetyków; tę szczeniacką ekscytację, kiedy znajdywali łuski po nabojach i inne dowody na to, że w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu przetaczał się front walk o niepodległość miasta. Tutaj dyskutowali, a ich głowy eksplodowały pomysłami rozegrania swojego własnego scenariusza pod tytułem Przyszłość. Minął kolejne domy, te mniej zadbane, ranione pociskami, i te jasne, już odrestaurowane. Soczysta zieleń ściekała jeszcze po liściach i żywopłotach, które odcinały miejskie, modernistyczne wille od ulicy. Październikowy wybryk natury – pomyślał. Zupełnie jakby tylko tu lato nie miało zamiaru ustąpić, a jesień wcale nie nadejść. Jak dawniej, niewiele działo się w jednej ze spokojniejszych dzielnic Gdyni. Ciszę mącił jedynie beztroski chichot ciągnący się za dwiema dziewczynkami na hulajnogach i pomruk wiatru przebiegający po leśnej darni. Po chwili dołączył do nich metaliczny dźwięk koparki, jej ciężkie ramię wgryzało się w ziemię, gdy nad głową Piotra i paru robotników przerzucało stertę ziemi. Rejestrował to wszystko bez większego entuzjazmu, jaki zastąpiła dziś czujność i skupienie. Kiedy dotarł na miejsce, boisko szkolne zalała już fala kolorowych sylwetek nastolatków, które z młodzieńczą werwą zaczęły wylewać się przez główną bramę. Tylko nie to – pomyślał. Liczył na to, że Matylda nie zdołała się jeszcze ulotnić i że będzie ją potrafił rozpoznać w tym pędzącym na niego tłumie. Nadzieja zaczęła topnieć wraz z falą uczniów przedzierających się obok niego i wózka, którym zablokował przejście przez furtkę. Ciągnęli za sobą salwy śmiechu i skondensowane zapachy nastoletniej żądzy, dymu papierosowego, owocowych gum oraz przepoconych po wf-ie ciał zamaskowanych kwiatową wodą toaletową. Nie sposób było przebiec wzrokiem po tych wszystkich twarzach, tym bardziej że obudzona hałasem Basia zaczęła płaczem domagać się uwagi. Minęły dwie, może trzy minuty, nim się uspokoiła. Boisko prawie zupełnie opustoszało, nie licząc kilku grupek nastolatków rozproszonych wzdłuż skorodowanego płotu graniczącego z lasem. Czas nie okazał się dla niego łaskawy – pomyślał Piotr, patrząc na powyrywane gdzieniegdzie metalowe drążki. Stojąc w pewnej odległości od dzieciaków, wyczuwał ich nieskrępowaną swobodę i przetaczającą się przez plac burzę hormonów. Niektórzy nawet nie hamowali się z ukryciem swoich ostatnich seksualnych ekscesów przed kimkolwiek, kto stał w promieniu pięćdziesięciu metrów. Tematów tabu wypowiadanych głośno i wyraźnie na forum boiska było znacznie więcej. „Alkomelanże”, seksowne dziunie, fatałaszki, sens nastoletniego życia, brechy, upierdliwa matematyca, jeszcze bardziej upierdliwi starzy i tym podobne. Piotr zdecydował się zbliżyć do trzyosobowej grupki dzieciaków, stojących w miejscu, w którym po drugiej stronie ogrodzenia sam spędzał długie przerwy. Leśna polana nie różniła się zanadto od tej, jakiej obraz zakodował w pamięci kilkanaście lat temu. Wokół prowizorycznej ławki przybyło nieco więcej śmieci i petów, gałęzie porastającego polanę dębu rozrosły się, a pień spotężniał i z biegiem lat poszybował w górę. Poza tym nic się więcej nie zmieniło. Pamiętał, że nie raz zakładał się z kumplami o to, który z nich da radę wspiąć się na sam szczyt dębu, obierając sobie za cel kilka zamocowanych na drzewie zbutwiałych desek, pozostałości czasów wojny. To, co praktycznie niemożliwe do zdobycia, otwierało wtedy drogę do zgarnięcia tytułu szkolnego lidera. Szkopuł w tym, że nie tylko Piotrowi nie udało się sięgnąć celu; raz za razem drzewo pozostawało niezdobyte przez kolejnych śmiałków. Lokalna tajemnica z zamierzchłych czasów przyciągała jednak jak magnes. Była na tyle kusząca, że nastolatkowie podejmowali kolejne próby. Kierowany dodatkowo historyczną podnietą Piotr był w zasadzie za każdym razem głównym prowodyrem nowych podejść. Wystarczyło, że podłapał kiedyś krążące po dzielnicy słuchy, by całkowicie wkręcić się w temat. Dowiedział się, że po 1939 roku niemieccy oficjele, którzy wysiedlili lokalnych mieszkańców, zajmując ich domy, zbudowali domki z desek i drewnianych skrzyń dla swoich dzieci. Pomijając już wszystkie inne motywy, zafascynowany Piotr chciał ich zwyczajnie dotknąć, zbadać historię na własną rękę. Dźwięk żołędzia uderzającego o metalowy daszek śmietnika otrzeźwił go. Zmrużył oczy i przyjrzał się trzem roześmianym dziewczynom palącym na ławce fajki. Pośród nich nie było Matyldy. Kiedy się odwrócił, alejkę prowadzącą pod wejście główne żwawo przemierzała zadbana kobieta w średnim wieku. Przykuła jego uwagę, bo było w niej coś znajomego; może ta wypracowana ćwiczeniami sylwetka albo błyszcząca, zdrowa skóra, a może zdecydowany chód? Poluzowała pasek opinający marynarkę, na czubek głowy nasunęła wielkie, designerskie okulary. Zatrzymała się obok dziewczyny siedzącej na murku ze słuchawkami na uszach. Nastolatka miała delikatną, mleczną cerę, nosiła czarne poprzecierane rurki spięte agrafkami i celowo sprany bezrękawnik z nadrukiem ust i wypełzającym z nich językiem. Wystawiła twarz do słońca i zmrużyła oczy. O krawędź murka wystukiwała palcami rytm do sobie tylko słyszanego bitu. Miarowe drgania pod jej powiekami zdradzały, że poruszała się w swoim własnym świecie, oddalonym od szkolnych murów o lata świetlne. Na każdym jej nadgarstku, zgodnie z muzycznym brzmieniem, brzęczał pęk czarno-białych bransoletek, a w nosie pobłyskiwał mały piercing. Kobieta odezwała się do niej, a kiedy pochłonięta muzyką dziewczyna nie zareagowała, trąciła jej ramię. Nastolatka otworzyła oczy i wykrzywiła w niezadowoleniu usta – dwie przeciągnięte bezbarwnym błyszczykiem fale.

– Dżizas