Zatoka pełna czarów - Katarzyna Wierzbicka - ebook + audiobook

Zatoka pełna czarów ebook i audiobook

Wierzbicka Katarzyna

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Talent Magdy do czytania w myślach przysparza jej wielu kłopotów. Rada Magów wysyła ją do letniej szkoły dla wyjątkowo uzdolnionych Iskier, by nauczyła się lepiej kontrolować swoje moce.

Kiedy dziewczynka przyjeżdża do ośrodka treningowego, odkrywa, że inni uczniowie są do niej wrogo nastawieni. Czy to efekt tego, że znajdują się wśród nich Iskry zbuntowane przeciwko Radzie, które boją się, że Magda zajrzy do ich umysłów i ujawni plany oporu? Do czego mogą się posunąć, aby uniknąć zdemaskowania?

Na domiar złego w kuchni ośrodka rządzi kikimora, na poddaszu gnieżdżą się wampiry, a nauczyciel czytania w myślach okazuje się demonem. I jak tu w takich warunkach zdać egzamin z używania magii?

Oto trzeci tom cyklu „Córka maga”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 197

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 5 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Magdalena Herman-Urbańska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Wiele razy w życiu żałowałam, że urodziłam się obdarzona magicznym talentem. Nigdy chyba jednak bardziej niż w tej chwili, kiedy stałam na szczycie wzgórza i patrzyłam na zbliżającego się do mnie ogromnymi susami potwora. Był jeszcze daleko, ale przemieszczał się szybko i zręcznie. Wiedziałam, że wkrótce znajdzie się przy mnie i że muszę go powstrzymać.

Nie miałam tylko pojęcia, w jaki sposób.

Cała sytuacja przypominała koszmar senny, kiedy czujesz, że musisz coś zrobić, ale nie możesz ruszyć palcem ze strachu. Stwór miał kilkanaście długich ramion, brakowało mu za to nosa i uszu. Wyglądał tak okropnie, że chciałam tylko zamknąć oczy i po prostu skulić się w kłębek na ziemi. Nie był to jednak dobry moment, aby pozwolić sobie na załamanie nerwowe.

– Zrób coś! Spróbuj go zahipnotyzować! – usłyszałam za sobą zdenerwowany głos.

Dziewczyna o jasnych włosach związanych w kucyk, ze świeżymi śladami po oparzeniach na twarzy chwyciła mnie mocno za rękę. Zalały mnie jej myśli pełne strachu i złości.

– Ale jak? – Pokręciłam gwałtownie głową, aby się z nich otrząsnąć. – To niemożliwe!

– Nie bójcie się, odepchnę go za pomocą wichury! – krzyknął wysoki, smukły jak trzcina chłopak. Emocji, które nim targały, mogłam tylko się domyślać po wyrazie zmartwienia na jego twarzy, bo umysł miał przede mną zamknięty. Uniósł ręce i wokół nas zerwał się wiatr.

Pochyliłam się odruchowo, osłoniłam twarz. Natychmiast przypomniała mi się straszna chwila, gdy kilka tygodni temu wir powietrzny przywołany przez południcę oderwał mnie od ziemi i wzniósł w przestworza.

Tym razem nie zdarzyło się nic podobnie spektakularnego. Lekka bryza poruszyła koniuszkami wysokich traw i ochłodziła moją twarz, po czym ucichła. Poczułam, jak moc emitowana przez chłopca rozpływa się w powietrzu.

– No nie! Nie wyszło – jęknął z rozczarowaniem, zaciskając pięści.

Okropny stwór był już całkiem blisko. Widziałam wyraźnie jego paszczę pełną ostrych zębów i wielkie, srebrzyste ślepia.

– A ty nie możesz czegoś zrobić? – Odwróciłam się w stronę blondynki.

– Niby co? Widzisz tu jakieś komputery? – fuknęła jakby ostatkiem sił. Widziałam, że jest tak zmęczona i obolała, że ledwo trzyma się na nogach.

– Gdyby tu były, mógłbym przynajmniej rzucić nimi w tego potwora – dodał z żalem stojący za nią barczysty, rudowłosy chłopak, wycierając nerwowo dłonie o spodnie.

„Może to i lepiej, bo pewnie znów trafiłbym w kogoś po naszej stronie” – dotarła do mnie jego pełna poczucia winy myśl.

Obejrzałam się za siebie. Na dwie pozostałe dziewczyny nie mieliśmy co liczyć. Siedziały skulone na ziemi, przytulając się i popłakując, a nad nimi szalała mała, lecz intensywna burza. Gwałtowny deszcz padał z unoszącej się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów ponad ich głowami czarnej chmurki.

Nie mieliśmy szans. Musiałam się z tym pogodzić.

Demon był już przy nas. Zamachnął się uzbrojoną w długie pazury łapą. Odskoczyłam, próbując znaleźć w sobie tę samą siłę, która pozwoliła mi narzucić południcy moją wolę podczas walki.

Nic z tego. Czułam tylko strach.

Potwór zatrzymał się w pół gestu w momencie, gdy jego szpony prawie dotykały mojej głowy. Srebrzysty blask w ślepiach zgasł, uniesione ramię zamarło w powietrzu, a otaczająca go iluzja rozwiała się bez śladu. Z bliska zobaczyłam, że to jedynie napędzana magią metalowa kukła.

– Koniec symulacji – rozległ się głos, w którym wyraźnie pobrzmiewały zniecierpliwienie i złość.

Skuliłam się jeszcze bardziej. To nie wróżyło nam dobrze.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestał działać czar do tej pory osłaniający salę treningową. Wzgórze zniknęło. Staliśmy na gładkiej podłodze w kompletnie pustym, rozległym pomieszczeniu bez okien. Wysoko nad nami zamiast nieba rozciągał się biały sufit, który emitował delikatną poświatę.

Usiadłam, bo ze stresu i zmęczenia ugięły się pode mną nogi. Tak bardzo chciało mi się płakać. Przymknęłam oczy, próbując sama sobie odpowiedzieć na pytanie, jak mogłam dopuścić do tego, że znalazłam się w tak okropnej sytuacji…

Pewnie podstawowym powodem było to, że zwyczajnie nie miałam wyboru. Zgodziłam się na współpracę z Radą Iskier tylko po to, aby w zamian zwrócili mojemu tacie i mojej młodszej siostrze pamięć oraz odblokowali ich magiczne moce. Nie mogłam znieść tego, jak bez nich cierpią i jak z każdym dniem tracą jakąś część siebie.

Z bardziej egoistycznych pobudek: chciałam znów mieć przy sobie kogoś, kto będzie rozumiał moje problemy związane z posiadaniem talentu do czytania w myślach. Moja mama, choć pisała książki fantastyczne o elfach, smokach i czarodziejach, nie miała pojęcia, co to znaczy urodzić się z magicznymi zdolnościami. Mimo że bardzo mnie kochała, nie była w stanie wspierać mnie w świecie pełnym czarownic, magów, demonów i innych nadnaturalnych stworów. Tak samo moja starsza siostra Emilka i młodszy brat Piotrek należeli do zwyczajnych ludzi. Najmłodsza z nas, Asia, miała za to w sobie ogromny i niebezpieczny magiczny potencjał, lecz nie wiedziała jeszcze nic o Radzie, Iskrach ani Kodeksie, którego musieliśmy przestrzegać.

Ja zaś, odkąd po zakończeniu wakacji na kempingu nad jeziorem przeniosłam się na resztę lata do babci, wkuwałam reguły korzystania z magii codziennie przez długie godziny. Babcia załamywała ręce nad nędznym poziomem mojej wiedzy i niemal każdego dnia dzwoniła do taty, aby nakrzyczeć na niego za to, że dopuścił do tak strasznych braków w moim wykształceniu. Kiedyś bym się z nią zgodziła, lecz odkąd dowiedziałam się, jak blisko współpracuje z Radą kontrolującą całą społeczność Iskier, wszystkie jej słowa przyjmowałam z lekką nieufnością. A Rady i jej regulaminów miałam po dziurki w nosie.

Mówią jednak, że aby pokonać wroga, trzeba go najpierw poznać, zatem spędzałam początek sierpnia głównie na hamaku w ogródku babci, pałaszując wiśnie zerwane prosto z drzewa i zgłębiając opasłe księgi opisujące historię Iskier oraz zasady, jakimi muszą się one kierować w życiu.

Pierwsza i podstawowa brzmiała: nie pozwolić żadnemu zwykłemu człowiekowi się dowiedzieć, że magia istnieje naprawdę.

I z tym właśnie miałam największy problem. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o poglądy, bliżej było mi do rozwijającego się w ukryciu ruchu zbuntowanych Iskier, które chciały ujawnić istnienie magii zwykłym ludziom, by móc bez przeszkód korzystać z nadnaturalnych talentów. Kiedy wyobrażałam sobie świat, w którym wreszcie mogłabym być w pełni sobą i nie musiałabym ciągle się kontrolować, robiło mi się cieplej na sercu. Nie chciałam się przez całe życie ukrywać. Przecież nie robiłam nic złego! Owszem, umiałam czytać w myślach ludzi znajdujących się niedaleko mnie, ale nic nie mogłam na to poradzić! Taka już się urodziłam. Wspominałam zresztą z żalem ten krótki czas, gdy mama i Emilka wiedziały o moich zdolnościach. Zaakceptowały mnie wtedy taką, jaka jestem. I to było cudowne uczucie.

Trwało to zaledwie kilka dni, zanim Rada zdecydowała się odebrać im pamięć.

Pewnie powinnam się cieszyć, że nie ukarali naszej rodziny surowiej. Teraz, kiedy czytałam o procesach za niewłaściwe korzystanie z magii i niefrasobliwe narażanie naszej tajemnicy, włosy stawały mi dęba na głowie. Wiele z tych spraw na przestrzeni lat kończyło się trwałym odebraniem mocy lub wyrokiem śmierci. Dzięki wstawiennictwu babci oraz mojej obietnicy, że będę pracować dla Rady, udało nam się wyjść z kłopotów prawie bez szwanku.

Cały czas zastanawiałam się, co będę musiała zrobić w zamian. I jak bardzo będzie się to kłóciło z moimi przekonaniami. Rada niezwykle ceniła sobie umiejętności wpływania na ludzkie umysły, a ja w to lato udowodniłam, że w momencie największego zagrożenia potrafię narzucić swoją wolę nawet demonicy. Co prawda tylko na chwilę i nie byłam w stanie tego kontrolować, niemniej zdawałam sobie sprawę, że magowie nie wypuszczą z rąk takiego talentu.

Przez ostatnie dni lipca miałam jednak spokój i w sumie zaczynałam już nawet się przyzwyczajać do leniwego rytmu dni u babci, gdy pewnego ranka na początku sierpnia wszystko się zmieniło.

– Spakuj się dziś. Wyjeżdżamy – oznajmiła sucho babcia, podrzucając na patelni naleśnika.

Przyjrzałam się jej znad talerza pełnego jajecznicy, tostów, twarożku i świeżych warzyw z ogródka. Śniadania u babci były pyszne i obfite. I nikt nie wyżerał mi najlepszych kąsków z talerza. Mimo to niekiedy czułam w sercu ukłucie tęsknoty za Piotrkiem i Asią.

– Dokąd? Dlaczego? – wymamrotałam i przełknęłam kęs bułeczki z miodem.

– Nie mów z pełną buzią, wnusiu. – Babcia zsunęła na mój talerz zwinięty w rulon naleśnik i podała mi słoik z domową marmoladą. Jej twarz złagodniała. – Dobrze, że masz apetyt, dziecko. Przyda ci się siła – westchnęła.

– Ale na co? – Przestraszyłam się tak, że aż przestałam jeść.

Babcia zajęła miejsce w bujanym fotelu naprzeciwko mnie, splotła dłonie na kolanach i zakręciła młynka palcami. W długiej spódnicy w kwiaty, kamizelce i kraciastej chustce wyglądała jak przemiła, krucha, kompletnie bezbronna starowinka. Pozory potrafią mylić. Wiedziałam, że jest jedną z najsilniejszych czarownic współpracujących z Radą Iskier.

– Nauczyłaś się tu, ile się dało, ale przyszła pora na praktykę – wyjaśniła. – Najlepiej w kontrolowanych warunkach. Niedaleko stąd jest ośrodek treningowy dla szczególnie utalentowanych młodych Iskier. Skorzystamy z niego, abyś mogła popracować nad swoimi wyjątkowymi umiejętnościami.

Babcia była jedną z tych nielicznych osób, które umiały ukrywać przede mną myśli i emocje. Nie potrafiłam odczytać jej umysłu. Kiedy jednak patrzyłam na jej zaciśnięte usta i przymrużone oczy ukryte za grubymi szkłami okularów, miałam wrażenie, że jest czymś mocno zmartwiona.

– Skąd ta nagła decyzja? – zapytałam podejrzliwie.

Wzruszyła ramionami.

– A wiesz, wnusiu, jak to czasem jest, pojawi się szansa i trzeba płynąć z prądem czy jak tam wy, młodzi, mówicie. Ja nie jestem specjalistką od telepatii, a w ośrodku będziesz mogła nauczyć się czegoś nowego od wykwalifikowanych nauczycieli.

Nie wierzyłam jej za grosz.

– Mam dać znać rodzicom, że się przenosimy? – Odsunęłam od siebie talerz. Jakoś straciłam apetyt.

– Ee, a po co ich denerwować? – Babcia starannie unikała mojego wzroku. – Tata pewnie jest zawalony robotą na nowym stanowisku, a mama zajęta szykowaniem dzieciaków do szkoły. Co im będziemy głowę zawracać…

Westchnęłam. Teraz to się naprawdę zdenerwowałam. Jeśli babcia chciała ukryć nasz wyjazd przed swoim synem, który był magiem i dobrze orientował się w magicznym świecie, to podejrzewała, że ten pomysł z ośrodkiem treningowym wcale by mu się nie spodobał.

A to nie oznaczało dla mnie nic dobrego…

Zastanawiałam się, w jaki sposób tam pojedziemy. Babcia nie miała własnego samochodu i jak wiedziałam, nigdy nie zrobiła prawa jazdy. Przez głowę przemknęła mi wizja lotu na miotłach, ale zaraz z niej, z pewnym żalem, zrezygnowałam. Po pierwsze, równoczesne rzucanie zaklęcia utrzymującego miotły w powietrzu i czarów niewidzialności wymagałoby zużycia groźnych ilości energii. Po drugie, babcia już od dawna korzystała z odkurzacza.

Nie miałam czasu, aby długo o tym myśleć. Ledwo zdążyłam sprzątnąć po śniadaniu i wrzucić swoje rzeczy do torby, gdy pod domek babci zajechało z piskiem opon czarne BMW. Rzuciłam się do okna, by zobaczyć, kto po nas przyjechał. Auto zatrzymało się w cieniu pod jabłonką. Silnik zgasł, lecz nikt nie wysiadł.

– Wnusiu, długo jeszcze będziesz tam stała i gapiła się jak cielę na malowane wrota? Samochodu nigdy nie widziałaś? – Babcia kręciła się niespokojnie po przedpokoju, postukując laseczką. Poprawiła zawiązaną pod brodą chustkę, wzięła z komody klatkę z papugą. – Jesteś gotowa?

– Tak – bąknęłam, po czym chwyciłam swoją torbę i wielką skórzaną walizkę, do której babcia spakowała chyba pół domu.

Okazało się jednak, że absolutnie nie byłam gotowa na widok kierowcy. W samochodzie z ponurym wyrazem twarzy siedział Ksawery, wampir z Biura do spraw Bezpieczeństwa Magii, który kilka tygodni temu na kempingu groził mojemu tacie i wraz z babcią próbował rozwiązać sprawę zaginionych artefaktów.

– No nie! – jęknęłam. – A co on tu robi? Przecież wiem, że go nie znosisz!

I była to prawda. Nie mogłam odczytać myśli babci, ale chyba nawet ktoś o znacznie słabszych zdolnościach telepatycznych zdołałby wyczuć promieniującą od niej niechęć, gdy patrzyła na Ksawerego.

Równie łatwo zorientowałam się, że nie jest zadowolona z moich słów.

– Trochę szacunku, wnusiu! Ksawery od wielu lat jest cenionym współpracownikiem Rady – powiedziała, rzucając mi ostrzegawcze spojrzenie znad okularów.

Zamilkłam. Wampir nie wyglądał, jakby przejął się moją nietaktowną uwagą. Wyszczerzył duże, żółte zęby w nieprzyjemnym uśmiechu.

– Nie bądź taka surowa dla dzieciaka, Tereso! – rzucił beztrosko. – Nie zdradziła żadnej tajemnicy. Ty i ja jesteśmy za starzy, żeby się przejmować tym, czy ktoś nas lubi, czy nie. Mamy wspólne zadanie do wykonania i tyle. Jak dla mnie możesz mnie nie cierpieć, bylebyś tylko zrobiła, co do ciebie należy.

– A jakie to zadanie? – zapytałam, by zmienić temat.

– A ty, Iskierko, nie bądź taka ciekawa – mruknął. – No, wsiadacie w końcu czy nie?

– To może chociaż otwórz bagażnik, żebyśmy włożyły bagaże. Bo na większą pomoc nawet nie liczę! – burknęła babcia.

– No przecież wiesz, że nie mogę wysiąść… Słońce za mocne… – Sposępniał nagle, jakby słowa babci sprawiły mu przykrość.

Poprawił naciągnięty nisko na czoło kapelusz z szerokim rondem. Był cały ubrany na czarno, na dłoniach miał skórzane rękawiczki, szyję ochraniał mu wysoki kołnierzyk. Właściwie jedyne części ciała, które wystawiał na ewentualne działanie światła słonecznego, to krogulczy nos i zapadnięte policzki. Mimo to przebywanie w ciepły letni dzień na zewnątrz musiało sprawiać mu dyskomfort nawet w klimatyzowanym aucie, bo pot spływał mu po twarzy. Nie było mi go żal. Przerażał mnie i denerwował od momentu, kiedy go poznałam. I nie mogłam przeboleć, że tak bardzo różni się od przystojnych i mrocznych wampirów, które znałam z filmów.

– Wnusiu, możesz się pospieszyć? – Podniesiony głos babci wyrwał mnie z zamyślenia.

Włożyłam szybko rzeczy do bagażnika, a potem usiadłam na tylnym siedzeniu. Klatkę postawiłam obok siebie. Wielkie, wyskubane ptaszysko o imieniu Frunia zaskrzeczało i spróbowało dziobnąć mnie w palec. Rzuciłam jej pełne niesmaku spojrzenie i odsunęłam się jak najdalej. Moim zdaniem chowaniec czarownicy powinien być obdarzony jeśli nie magicznymi mocami, to chociaż szczątkową inteligencją. Tymczasem Frunia prezentowała jedynie wręcz piekielną złośliwość i nieprzeciętną wytrwałość w próbach zjedzenia wszystkiego, co znalazło się w zasięgu jej dzioba. Wliczając w to różne części mojego ciała. Nigdy nie rozumiałam, jakim cudem babcia widzi tę krwiożerczą paskudę jako malutkie i urocze pisklątko.

– Dobrze, siedzicie? To jedźmy wreszcie – powiedział Ksawery i włączył silnik.

– Pamiętaj o zapięciu pasów, wnusiu – przykazała surowo babcia, obróciwszy się do tyłu. – I oddaj mi komórkę.

– Co? Dlaczego? Nie ma mowy! – zaprotestowałam rozpaczliwie. – Rodzice będą się martwić, jeśli nie będę się do nich odzywać. – Sięgnęłam po ostateczny argument.

– Względy bezpieczeństwa. – Ksawery wzruszył ramionami. – Tylko nieliczni są upoważnieni do posiadania sprzętów elektronicznych na terenie tajnych ośrodków Rady. Nie bierz tego do siebie, Iskierko, ale nie zasłużyłaś sobie jeszcze na nasze zaufanie.

„I wcale nie zamierzam” – pomyślałam wściekle. Całe te magiczne struktury budziły we mnie coraz większy sprzeciw, zwłaszcza że przez ich głupie reguły nie mogłam posłuchać sobie audiobooka albo obejrzeć filmu podczas jazdy.

– Wnusiu, proszę. – Babcia z nieugiętą miną wyciągnęła do mnie rękę.

Przewróciłam oczami i niechętnie spełniłam polecenie. Wcale mi się to wszystko nie podobało. Nagła decyzja o dodatkowym szkoleniu, pospieszne pakowanie się, wyjazd w nieznane, strata telefonu? Brzmiało niebezpiecznie.

Cóż, nie miałam nic do powiedzenia. Chciałam czy nie, w towarzystwie babci-czarownicy i zgryźliwego wampira wyruszałam na ostatnią przygodę tego lata.

 

Redakcja: Adrianna Hess

Korekta: Justyna Yiğitler, Iwona Zyśk

 

Projekt okładki, ilustracje wykorzystane na I stronie okładki oraz wewnątrz książki: Wioleta Herczyńska

 

Skład i łamanie: Łukasz Slotorsz

Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl

 

Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.

03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210

[email protected]

www.wydawnictwomieta.pl

tel. +48 505 636 224

 

ISBN 978-83-68608-44-1