Zaproszenie na śmierć - Alfred Siatecki - ebook

Zaproszenie na śmierć ebook

Alfred Siatecki

3,5

Opis

Bezlitosny szlak mordercy

W apartamencie profesora inżynierii biomedycznej Bolesława Witkowskiego znaleziono zwłoki kobiety, a on sam znika bez śladu. Komisarz Jacek Syski zaczyna drobiazgowe śledztwo. Dochodzi jednak do kolejnych brutalnych morderstw, a sprawa coraz bardziej się komplikuje. Na pomoc policji przychodzi Daniel Jung.

Zaproszenie na śmierć to czwarta część serii o dziennikarzu śledczym Danielu Jungu.

Alfred Siatecki – pisarz i dziennikarz. Twórca wielu powieści, między innymi kryminalnego cyklu o śledztwach Daniela Junga. Jest autorem słuchowisk, zajmuje się też krytyką literacką i historią literatury. Jego utwory przekładano na białoruski, łużycki, niemiecki i rumuński.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 445

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Zabójcy to na ogół ludzie bez wyobraźni; zabijają w afekcie lub z premedytacją i nie myślą o tym, że najtrudniejsze jeszcze przed nimi: jak żyć później, jak uporać się z wyrzutami sumienia, jak pozbyć się wspomnień, snów czy chociażby jak umknąć sprawiedliwości.

Janusz Majewski, Czarny mercedes

Jodłów, os. Olszowe piątek wieczorem

– Nie wiedziałam, że i po naszym letnisku kobiety chodzą w mundurach. Je-je-jej! A jakaż to gorąca sprawa sprowadza panie w piątek przed wieczorem? Oj, coś strasznego musiało się chyba stać w Jodłowie, że panie o tej porze! – zawołała zdumiona żona profesora Witkowskiego, podchodząc do ogrodzenia, za którym zatrzymał się ciemnozielony nissan ze znakiem straży leśnej.

Wysiadając z niego, kobieta tak mocno i zdecydowanie popchnęła drzwi samochodu, że walnęła nimi w słupek, do którego była przymocowana siatka, ale nawet nie przyjrzała się wgnieceniu. Była w zielonej koszuli z krótkimi rękawami, kamizelce, spod której wystawała kabura pistoletu, i w dżinsowych spodniach nieco poza kolana. Na głowie miała polówkę moro, nad dużym daszkiem oznaczoną godłem leśników. Witkowska dałaby jej nie więcej niż trzydzieści lat. Druga, w drucianych okularach, szczuplejsza, która była kierowcą, miała na sobie identyczne ubranie, wyglądała na troszkę młodszą i mniej pewną siebie.

Co roku od pierwszych dni maja do końca września Celina Witkowska jest mieszkanką Jodłowa, toteż dobrze pamięta twarz listonoszki, policjanta, obu śmieciarzy, brodacza raz w miesiącu spisującego stan licznika poboru prądu. W sklepie przyglądała się mundurowi zastępcy nadleśniczego ze Sławy, ale nigdy nie spotkała strażniczek leśnych.

W jakim celu ktoś taki miałby przyjeżdżać, skoro z centrum letniska do skraju lasu trzeba iść co najmniej kwadrans? Zresztą po co ktoś miałby kraść drewno, jeśli w październiku Jodłów się wyludnia i tak jest do pierwszych dni maja? Wtedy nie tylko drzwi restauracji nad Jeziorem Tarnowskim Dużym i sklepiku są zamknięte, a niedzielny kościółek pustoszeje. Po letnisku zamożniejszych zielonogórzan, wrocławian, głogowian, nowosolan gwar roznosi się jedynie latem. Nieliczni niemieccy emeryci również wyjeżdżają przed zimą. Tak samo jest w Tarnowie Jeziernym, Radzyniu, Lubiatowie, Józefowie. Jedynie w Sławie nawet w połowie lutego można spotkać obcych, szwendających się po przyjeziornym parku.

– Do pani należy posiadłość? – zapytała grubym głosem ta, która pierwsza wysiadła z nissana, rzuciwszy papierosa na drogę.

Celina Witkowska mogła potwierdzić, tym bardziej że nie tylko gotuje, pierze, sprząta w domu, lecz także raz w tygodniu kosi trawę na podwórku, co dwa dni podlewa georginie i kanny, wyrywa chwasty z warzywnika, zbiera porzeczki z krzaków wzdłuż płotu, z których smaży powidła albo wyciska sok, jakiego nie ma w żadnym supermarkecie.

– Przepraszam, wzięłam pana za kobietę. Mundur, szaro, to i o pomyłkę nietrudno – zaczęła się tłumaczyć Witkowska speszona.

– Jestem kobietą. – Wyprężyła się. − Czy do pani należy ta posiadłość?

– Dlaczego to panią interesuje? – postawiła się Witkowska. Dałaby głowę sobie uciąć, że to jednak mężczyzna.

– Będziemy rozmawiać wyłącznie z właścicielem – rzuciła okularnica takim tonem, że Witkowska natychmiast skarlała, odwróciła się i poszła za studnię, gdzie jej mąż razem z gośćmi piekli kiełbaski na ogniu.

Dwie minuty później Witkowski był przy furtce, przedstawił się, identycznie jak żona spytał, skąd to zainteresowanie i dlaczego przedstawiciele straży leśnej przyjechali tak późno.

– Pan profesor jest notarialnym właścicielem posiadłości? – odezwała się okularnica, jakby sprawdzała, czy ma przed sobą właściwą osobę.

– Pani mnie zna? – spytał. Miał na końcu języka jeszcze jedno pytanie, ale uprzytomnił sobie, że skoro dziś kobiety pracują w służbach wojskowych i policyjnych, to równie dobrze mogą i w straży leśnej.

Okularnica zorientowała się, że niepotrzebnie nazwała Witkowskiego profesorem, ale wymsknęło się jej.

– Wszyscy wiedzą, kim pan jest na uniwersytecie i jakie ma zasługi dla polskiej ortopedii – przyszła jej z pomocą ta tęższa, którą Witkowska wzięła za mężczyznę.

Profesor najpierw zaniemówił, bo i jemu wydawało się, że druga osoba jest mężczyzną. Po namyśle zadowolony wyprostował plecy i kiwnął głową. Jeszcze niewiele wypił, ale już czuł, że krew mu szybciej pulsuje.

– Chyba nie będziemy rozmawiali przez płot? Proszę wpuścić nas za ogrodzenie.

– Co jest powodem tego życzenia?

– Ktoś zadzwonił do dyżurnego w nadleśnictwie, że u pana na podwórku pali się ognisko.

– Świętujemy urodziny. Moje urodziny. Przyszli współpracownicy z życzeniami. Mam zamiar przyjemnie spędzić czas w gronie bliskich mi osób. Właśnie zaczęliśmy piec kiełbaski. Może panie także…

– Czy pan, profesorze Witkowski, na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że palenie ognia w miejscu do tego nieprzeznaczonym, w porze letniej, kiedy występuje największe zagrożenie pożarowe, w dodatku w miejscowości o charakterze wyraźnie letniskowym jest działaniem sprzecznym z prawem i wbrew zdrowemu rozsądkowi?

– Pierwszy raz coś takiego słyszę, a domek w Jodłowie mam od sześciu lat. Co roku czternastego sierpnia przychodzą tu moi współpracownicy na urodzinowe kiełbaski – przyznał się profesor, zaskoczony tym, co usłyszał. Ale zaraz przypomniał sobie, że przecież w każdy weekend wędkarze aż do białego rana palą ogniska na cyplu jeziornym.

– Tamta część podlega nadzorowi straży rybackiej, my zaś reprezentujemy służbę leśną – odpowiedziała tęższa kobieta, wskazując palcem plakietkę na rękawie koszuli. – Jesteśmy zmuszone ukarać pana mandatem.

– Nie wiedziałem, że jest zakaz palenia ogniska w Jodłowie. Jeśli…

– Musimy wejść z koleżanką na teren posiadłości i spisać dane personalne wszystkich uczestników zgromadzenia – odezwała się okularnica, nie pozwalając profesorowi dokończyć zdania.

– Jeśli ktoś powinien ponieść konsekwencje, to tylko ja. Proszę mnie ukarać. Tamci państwo – pokazał za siebie – są moimi gośćmi. Nie chciałbym, żeby spotkała ich nawet najmniejsza przykrość.

– Siedzą przy ognisku? Siedzą. Opiekają kiełbaski? Opiekają. Czyli również łamią przepisy określone w ustawie o lasach – stwierdziła ta tęższa i nie pytając o zgodę, ruszyła w stronę gości profesora. Tam powtórzyła to, co powiedziała Witkowskiemu, a gdy doktor Nowakowski podniesionym głosem oznajmił, że jest adwokatem i wykładowcą uniwersyteckim na wydziale prawa, wszystkie ustawy ma więc w małym palcu, ale nie przypomina sobie, żeby ktokolwiek wydał takie przepisy, rzuciła: – A ja z koleżanką jesteśmy na służbie w straży leśnej i wiemy, za co Lasy Państwowe wypłacają nam pensje. Przepisy nie są po to, żeby je lekceważyć.

– Będą państwo uprzejmi pokazać legitymacje służbowe lub inne wiarygodne upoważnienia do przeprowadzenia kontroli o tej porze dnia, to znaczy po zapadnięciu zmroku – nie ustępował Nowakowski, zwłaszcza że wypite dwa kieliszki wyborowej dodały mu odwagi.

– Czy to panu nie wystarczy? – zapytała okularnica, wskazując palcem najpierw na znak służby leśnej nad daszkiem czapki, potem naszywki na kamizelce i rękawie koszuli.

– Pan doktor Nowakowski… Oczywiście nie mamy żadnych wątpliwości, że taki przepis obowiązuje – sumitował się profesor. – Niewątpliwie…

– Ognia nie wolno rozpalać w odległości mniejszej niż sto metrów od lasu – nie ustępował Nowakowski. – Stąd do pierwszych drzew będzie pół kilometra, a może i więcej.

– Pan i pozostali uczestnicy zgromadzenia będą uprzejmi okazać dowody osobiste. Koleżanka starszy strażnik – okularnica pokazała na tę tęższą, ustawiwszy się bokiem tak, żeby wszyscy dostrzegli kaburę pistoletu – je zbierze, a ja spiszę dane. – Na wyjaśnienia za późno, tym bardziej że jesteście państwo po spożyciu alkoholu.

– Koleżanka… starszy strażnik? – Nie krył zaskoczenia Nowakowski. – Ja żem myślał, że to facet. Głos wyraźnie męski, twarz też jakby…

– Ja też – przyznał się Witkowski.

Profesorowa chciała powiedzieć, że spotkanie zaczęło się niedawno, jedni wypili po dwa kieliszki wódki, drudzy sączą wino, a doktor Letzki pije jedynie sok porzeczkowy, ale zabrakło jej odwagi.

Okularnica zaczęła spisywać dane podyktowane jej przez drugą strażniczkę.

– Witkowski Bolesław, zamieszkały w Zielonejgórze przy ulicy Czesława Niemena. Czy to tam, gdzie miała być druga palmiarnia? – Profesor się zawstydził, bo na opinii o nieprzydatności zardzewiałego szkieletu do podtrzymywania konstrukcji budowli, którą nie wiadomo dlaczego dał mu do podpisu doktor Letzki, również widniało jego nazwisko, ale przytaknął. – Musi się panu nieźle powodzić, skoro stać pana na apartament w takim miejscu. I jeszcze na domek letniskowy w Jodłowie na pewno nieźle urządzony – dodała tonem cokolwiek ironicznym. Tak się wydawało profesorowej. – Nowakowski Wacław. – Krytycznie zmierzyła prawnika. – Osiedle Kamieni Szlachetnych w Zielonejgórze. – Pan mecenas sam? Bez żony?

– Pani Alicja nie najlepiej się czuje, dlatego postanowiła zostać w domku – wyjaśniła Witkowska, pokazując na światło w oknie.

– Kulschmann Adam i Kulschmann Vanessa. – Tęższa kobieta najpierw przypatrywała się zdjęciom, potem długo sąsiadce prawnika. – Niemcy, Guben, Alte Poststrasse. Państwo musicie wyjątkowo cenić jubilata, skoro przyjechaliście aż z zagranicy – bardziej stwierdziła niż spytała, jakby chciała przekonać profesora i jego gości, że nawet i o tym wie. – Aleksander Stonoga – podniosła oczy na mężczyznę z zadbaną brodą – właściciel sławnej firmy produkującej implanty kręgosłupowe, rywal… – zaczęła i skarcona wzrokiem koleżanki, dyktowała dalej: – Medina Stabrowska-Stonoga. Żona? Co się pytam? Jeśli takie samo nazwisko, to musi być poślubiona doktorowi. Zielonagóra, osiedle Malarzy siedemnaście. Rogala Marian. Również osiedle Malarzy. Dziewiętnaście. Sasza Kubisztal. Też osiedle Malarzy dziewiętnaście. Panowie mieszkają razem? Pod jednym dachem? Aha, coś w rodzaju związku partnerskiego. Rząd uchwalił… Nareszcie takie osoby nie muszą się ukrywać – uśmiechnęła się okularnica do drugiej strażniczki, jakby to, co powiedziała, było i dla nich bardzo ważne. – I Letzki Bogusław, Zielonagóra, ulica Władysława czwartego. Singiel. Pana jeszcze nie stać na pałacyk z miedzianym dachem i fotokomórkami z firmy profesora Kurzawy.

– Bogusław? – zdziwił się Nowakowski. – Tyle się znamy, a nie wiedziałem, że jesteś Bogusławem.

– Jaki Bogusław? Przecież Bogdan – powiedziała Witkowska. – Bogusław nie pasuje.

– Mama uzgodniła z ojcem, że będę Bogdanem Adrianem. Drugie imię właśnie po ojcu. Ale w urzędzie stanu cywilnego coś się mu pokićkało – wyjaśnił Letzki, nic sobie nie robiąc z uwagi przyjaciół.

– Jung Daniel i Kwiatkowska-Jung Maria, Zielonagóra, osiedle Słoneczne – kontynuowała strażniczka bez zainteresowania. – Pan Remigiusz Carewicz, Witaszków osiem A.

– Ksiądz doktor habilitowany Remigiusz jest proboszczem – pośpieszył z wyjaśnieniem Witkowski. – Wykłada teologię pastoralną w seminarium i filozofię religii na uniwersytecie, gdzie ma godność profesora. Jest ciotecznym bratem naszej pani poseł.

– Gdzie leży Witaszków?

– Tycia wioska między Lubskiem i Gubinem.

– Musiał ksiądz mocno podpaść swojemu biskupowi, skoro profesora doktora habilitowanego, w dodatku brata ciotecznego posłanki, wysłał na wieś zabitą dechami.

Daniel Jung, który lepiej znał księdza, wiedział, że duchowny zadarł nie z biskupem, lecz z sekretarzem regionalnej Partii Demokratycznych Obywateli, a właściwie z jego siostrzeńcem, który przyszedł na egzamin z filozofii prosto z dyskoteki, w dżinsach i rozciągniętym swetrze, przed czym wykładowca przestrzegał. W przeciwieństwie do świeckich profesorów ksiądz był przykładem trochę staroświeckiego nauczyciela i wychowawcy.

– Razem dwanaście dobrze wykształconych osób i wyjątkowo nieodpowiedzialnych. Nawet świętowanie urodzin profesora Witkowskiego nie może być uznane za okoliczność łagodzącą.

– I będzie dwanaście mandacików – dopowiedziała druga. – Najpóźniej do końca przyszłego tygodnia poczta dostarczy je pod adresy wypisane z dowodów osobistych. Trzeba będzie pokwitować odbiór.

– Na stałe jesteśmy zameldowani w Zielonejgórze, ale latem rzadko bywamy w swoich mieszkaniach. Prawie wszyscy mamy domki letniskowe i dlatego o tej porze roku większość czasu spędzamy tu, w Jodłowie – wyjaśnił Witkowski.

– Dobrze, osobom przebywającym w Jodłowie osobiście przywieziemy mandaty. Ewentualnie ktoś z nadleśnictwa dostarczy decyzję w ciągu dwóch tygodni – oznajmiła okularnica, kątem oka przypatrując się Jungowi. Nie mogła sobie przypomnieć, gdzie go spotkała i dlaczego jego nazwisko zapadło jej w pamięć. – Pieniądze trzeba będzie wpłacić na wskazane konto urzędu wojewódzkiego.

Danielowi się wydawało, że jej koleżanka mrugnęła do Vanessy Kulschmann albo do Mediny Stonogi, bo siedziały obok siebie. Może którąś z nich znała?

– Decyzję pań zaskarżę do sądu! – zawołał Nowakowski. I mniej pewnym głosem dodał, że to samo powinni zrobić pozostali goście profesora.

Żebyś wiedział, prowincjonalny mecenasie, o co tu chodzi, nabrałbyś wody w usta, pomyślała okularnica.

Zielonagóra, os. Słoneczne sobota po południu

Latem od poniedziałku do piątku Daniel Jung nawet kilka razy na dzień zaglądał do internetu i sprawdzał, jaką pogodę meteorolodzy zapowiadają na sobotnie przedpołudnie. W pozostałe dni mogło wiać i lać, ale nie w sobotę, gdy Miśka nie szła do kliniki, a on, uwolniony od obowiązków domowych, zaraz po wspólnym śniadaniu wsiadał do ibizy i wyjeżdżał na lotnisko Przylepa, gdzie wyprowadzał motolotnię z hangaru. Dwie godziny albo i dłużej latał nad podmiejskimi łąkami i lasami, to wzbijając się wysoko, to zniżając lot maszyny, aby z góry podpatrywać tych, którzy wylegiwali się nad jeziorem w Dąbiu. Przy słonecznej pogodzie lądował w pobliżu dystrybutora paliwa, napełniał bak motolotni benzyną i jeszcze co najmniej przez godzinę w myślach wychwalał kolegę, który namówił go do latania. Gdyby ktoś mu kazał zrezygnować z pracy w redakcji „Gazety Zielonogórskiej” albo z latania, wybrałby to pierwsze. Tych pieniędzy, które dostawałby jako emeryt policyjny, wystarczałoby na chleb z pasztetówką i dwuprocentowe mleko, a on nie należał do wymagających smakoszy. Już się zastanawiał, jak się zachowa, gdy jesienią stanie przed komisją i ze względu na wiek lekarze złożą wniosek o nieprzedłużenie licencji motolotniarza. Jacek Syski, którego w zeszłą sobotę zabrał do motolotni i po wszystkim zaprosił do kawiarni przy lotnisku, podpowiedział mu w żartach, że jeśli nie dostanie licencji, powinien się zapisać do sekcji modelarskiej lub do kółka miłośników astronomii.

Niedoczekanie.

Po trzech godzinach latania i przygotowywania motolotni do kolejnej wyprawy nad okoliczne łąki, pola i lasy Jung wrócił na osiedle, gdzie jeszcze jako podkomisarz w pionie kryminalnym dostał trzypokojowe mieszkanko na dziewiątym piętrze. Gdy dzieci były małe, marzył o kupieniu czegoś większego, żeby każde miało swój pokoik, ale wtedy Miśka była tylko asystentką profesora Kałużnego z głodową pensyjką, a on zarabiał tyle, że ledwie starczało na podstawowe wydatki. Teraz gdy może i stać go nawet na domek w zabudowie szeregowej na obrzeżach miasta, nie ma ochoty emigrować z osiedla, do którego się przyzwyczaił i skąd wszędzie miał blisko. A najbliżej na lotnisko.

Najpierw wetknął klucz do górnego zamka w drzwiach swojego mieszkania i nacisnął klamkę. Zamknięte? Pomyślał, że Miśka wyszła do sklepu po coś, czego zabrakło w kuchni, włożył więc drugi klucz do środkowego zamka i go przekręcił. Gdy otworzył drzwi, zrobił krok i zatrzymał się osłupiały.

– Prawdziwy wałek? – zapytał, pokazując oczyma na to, co żona trzymała w prawej ręce, i się roześmiał. – Na mnie? Za co? Przecież wiedziałaś, że będę na lotnisku, a nie z kolegami na wódce.

Miśka również się roześmiała, bo jeśli nawet Daniel wracał późno z jakiegoś spotkania i zachowywał się za głośno, nigdy nie czekała na niego w przedpokoju z wałkiem.

– Zaraz po tym, gdy wyszedłeś z mieszkania, umyłam naczynia i zajęłam się swoją robotą w kuchni. Dawno nie pichciłam gołąbków po naszemu, chciałam więc zrobić ci przyjemność. Zaczęłam parzyć kapustę, gdy usłyszałam chrobotanie w zamku. Pomyślałam, że wróciłeś, bo znowu o czymś zapomniałeś. Ale dlaczego grzebiesz kluczem w środkowym zamku, skoro wiesz, że gdy jestem w domu, nigdy go nie zamykam? Wyglądało tak, jakbyś był po dużej wódce i nie mógł trafić kluczem w dziurkę. Ponieważ trwało to z minutę, może dłużej, przekręciłam górny zamek i chwyciłam za klamkę przygotowana na to, że powiem ci coś do słuchu. Za drzwiami były dwie kobiety, jedna przykucnęła z jakimś szpikulcem w ręku, druga stała za jej plecami z latarką. Nagle struchlała krzyknęłam: „Co panie tu robią?!”. A one w nogi.

– Złodziejki w biały dzień?

– Za krótko je widziałam, ale dałabym głowę, że gdzieś je spotkałam. Jedna była wyższa i tęższa, o męskim wyglądzie, druga w drucianych okularach i raczej szczupła. Można powiedzieć, że filigranowa. Tak na oko miały nie więcej niż po dwadzieścia kilka lat. W każdym razie przed trzydziestką.

– Pewnie osiedlowe włamywaczki. Teraz pełno takich. Czekały, aż wyjadę. Nie mamy telefonu stacjonarnego, nie mogły więc sprawdzić, czy jeszcze jestem, a numeru mojej komórki nie znają. W dodatku domofon nawalił. Były pewne, że nikogo nie ma w domu – dedukował Jung. – Gdyby włamały się do mieszkania, to co by wyniosły? Co można wynieść z naszego mieszkania? Fotele i kredens za ciężkie. Łóżko nie zmieści się w drzwiach, trzeba je rozmontować, co jest czasochłonne. Najwyżej telewizor, stary odtwarzacz, mój laptop, kasetkę z twoją biżuterię, futro. Książki?… Pieniądze trzymamy na koncie w banku.

– A nie pomyślałeś, że mogło im chodzić o twoje notatki? I że wcale to nie były włamywaczki?

– U mnie wakacyjna posucha. Wszystko, co ostatnio było interesujące, sumiennie opisałem. Nawet Jacek się śmiał, że jak tak dalej pójdzie, to komendant zlikwiduje jego wydział kryminalny, a mnie szefowa wyśle na grzybki.

Zielonagóra, ul. Kazimierza Wielkiego poniedziałek z rana

– Jeśli jeszcze raz w tajemnicy przede mną wsiądziesz do nissana, to po powrocie pamiętaj o uzupełnieniu paliwa w baku, żebym nie poznał, ile żeś jeździł. I dobrze byłoby, kurwa, gdybyś zawsze po takiej przejażdżce przynajmniej szyby wytarł z kurzu – wytknął komendant posterunku strażnikowi. – Areczku, ale i tak mnie nie oszukasz.

– A dokąd niby miałżem jeździć po służbie?

– Nie patrzę ci na ręce, bo mnie nie obchodzą twoje prywatne sprawki.

– Jedynie wtedy, kiedy bierzesz urlop, siadam za kierownicą naszego nissana. Albo jak za mocno popijesz – przypomniał strażnik Woźniakowi. – A w piątek prosto z nadleśnictwa podryndałem do domciu. W sobotę i niedzielę byłżem z żonką u teściów. Zadzwoń i sprawdź.

– W takim razie, Areczku, kto jeździł nissanem? Od piątku do wczorajszego ranka byłżem za granicą. Woziłem gołębie do Épernay na długi lot. Może myślisz, żem się wybrał na wycieczkę po pijaku i dlatego nie pamiętam, com robił? Albo może pan nadleśniczy pojechał na dziwki?

– Jak babcię kocham, byłżem z żonką u teściów, kurtka na pasach. – Zaciśniętą pięścią Arek uderzył się w piersi aż zadudniło.

– Udajesz twardziela, a nie masz odwagi przyznać się do wyskoku służbowym autem. Ja za ciebie nie będę świecić oczami przed nadleśniczym.

– Sześć lat razem pracujemy i dopiero teraz mi nie wierzysz? Czy kiedykolwiek cię oszwabiłem? Może podłożyłem ci świnię albo poleciałem do starego z jęzorem, jak siatkę, co miała być na ogrodzenie szkółki, wziąłeś sobie? Czym ogrodziłeś gołębnik? No, czym?

Komendant machnął ręką, żeby Banda nigdy więcej tego mu nie przypominał. Zresztą czy tylko Woźniak czeka na takie okazje? Gdyby wszyscy gajowi byli święci, jeździliby sfatygowanymi fiacikami. Leśniczy z Moczydła z kalendarzem w ręku każde lato wita w coraz nowszym oplu. Córce, która tylko Bóg wie dlaczego studiuje astronomię, kupił sportową kię. Za leśną pensyjkę to?

– W piątek zatankowałem do pełna, żeby w razie czego, na przykład pożaru, nadleśniczy nie miał do nas pretensji – przypomniał i umilkł, czekając, kiedy Arek kiwnie głową. – Spisałżem stan licznika, jak to robię na koniec każdego tygodnia. A dziś rano patrzę: przybyło sto dwadzieścia osiem kilometrów.

– Może pomyliłeś się w odczycie? Albo źle zapisałeś? – bronił się Banda.

– Ty mi lepiej wyjaśnij, jak dostałżeś się do garażu, skoro ja mam oba klucze? Dorobiłeś je sobie, co? – dociekał komendant. Kilka dni po tym, jak Banda został strażnikiem leśnym, komendant zaczął go podejrzewać o robienie machlojek z właścicielami domów ogrzewanych drewnem brzozowym, ale niczego nie mógł mu dowieść, a teraz zdobył dowód potwierdzający nieuczciwość podwładnego. Jeszcze dziś Woźniak napisze wniosek do nadleśniczego o przesunięcie Bandy do innego działu. A jeśli inżynier spyta, dlaczego chce się go pozbyć, niczego nie będzie ukrywał. Ale jeśli powiem prawdę, wyjdzie z tego sprawa prokuratorska, pomyślał Woźniak. Szkoda chłopa. I mnie zaczną ciągać na przesłuchania, a przecież nie mam czystych rąk. – Jeżeli jeszcze raz zdarzy się coś podobnego, wylecisz ze służby. W straży leśnej nie ma miejsca dla takich, kurwa, co za dużo kombinują – ostrzegł Bandę, nie patrząc mu w oczy. Dopiero teraz zauważył wgniecenie na prawych drzwiach nissana. Tego nie da się ukryć przed nadleśniczym.

Zielonagóra, ul. prof. Zygmunta Szafrana poniedziałek przed południem

Bolesławowi Witkowskiemu wyleciały z pamięci niektóre zdania z opinii o przyczynach korodowania implantów kręgosłupowych firmy Kulsch Medizintechnik, które jako biegły zbadał na zamówienie sądu. Dziadzieję, pomyślał profesor, wpatrując się w plamy wątrobowe rozsiane na wierzchu lewej dłoni. Bał się starości na wózku, z chorobą alzheimera, w domu opieki. Niepotrzebny. Ale nie poddam się tak szybko, zapewniał siebie i współpracowników.

– Zaczyna się najlepszy dla nas czas, prawda, pani Kulschmann? – powiedział do fotografii Vanessy, na której Niemka była z mężem. I zanucił: – „Nie ma takich, jak my dwoje”.

Gdyby Witkowski pamiętał, pod czym się podpisał, jeszcze dziś mógłby poinformować profesora Zarzyckiego, że ma gotowy referat i na pewno przyjedzie do Zakopanego na sympozjum ortopedyczne. Prosi tylko o to, żeby tłumacz wcześniej się z nim skontaktował, ponieważ nadał nowe polskie brzmienie niektórym nazwom niemieckim. W ostateczności w roli tłumacza może wystąpić Bogusław Letzki, ale trzeba mu za to zapłacić. Jako adiunkt w zakładzie inżynierii biomedycznej, doktor zarabia niewiele. Na razie. W niedalekiej przyszłości, jeśli dalej będzie pokornie robił to, co mu Witkowski każe, zostanie doktorem habilitowanym, potem zastępcą kierownika zakładu i biegłym z ministerialnej listy do spraw implantów ortopedycznych. Letzki nie jest najzdolniejszym współpracownikiem profesora, ale na pewno najbardziej uległym i przede wszystkim zaufanym. Nawet gdy zimą adiunkt bez pukania wszedł do gabinetu Witkowskiego i zastał go z sekretarką w sytuacji niebudzącej wątpliwości, co robi podstarzały mężczyzna z młodą, atrakcyjną mężatką na służbowej leżance, nie doniósł o tym profesorowej. Prawdę mówiąc, Celina Witkowska podejrzewała męża o to, że mimo siwych włosów, nie zawsze jest jej wierny, a od czasu, kiedy dostał się do klanu cenionych bioinżynierów, była pewna, że ją zdradza nie tylko ze swoimi asystentkami i studentkami, ale i ze współwłaścicielkami firm. Skoro tyle lat obok niego przeżyła i wychowała dwóch synów, wszystko przyjmowała ze spokojem, tym bardziej że po owariektomii sprawy łóżkowe niemal jej nie interesowały. Wobec niej Witkowski zachowywał się jak dawniej, a może nawet był bardziej delikatny. Zdarzało się, że przynosił kwiaty bez powodu.

– Panie pro-profeso-orze…

Witkowski nigdy nie widział Letzkiego tak przestraszonego. Natychmiast zerwał się z fotela przy biurku, sięgnął po szklankę i butelkę z wodą mineralną.

– Co z tobą, Bogdan?

– Zro-zrobiłem tak, jak pan profesor kazał. To znaczy…

– Byłeś w Residences in Park? – zapytał Witkowski, a Letzki ledwie kiwnął głową. – To dlaczego zachowujesz się tak, jakbyś zobaczył młodego Drakulę?

– Nieboszczyk.

– Jaki nieboszczyk, Bogdan? O czym mówisz? – ciągnął go za język profesor. – Gdzie ten nieboszczyk? U nas w zakładzie? Na ulicy?

– W mieszkaniu jest nieboszczyk.

– W czyim mieszkaniu, Bogdan? Coś ci…

– Przy Niemena.

– Przy Niemena? W moim apartamencie nieboszczyk?

– Kobieta. Nieżywa – wysapał Letzki drżącym głosem. – Nie przyglądałem się jej. To chyba ta, która przychodzi sprzątać i podlewać kwiaty.

– Staszka? Tylko Staszka ma klucz. Przecież ją znasz, bo jeszcze na Wyszyńskiego zajmowała się chłopcami. O nasze mieszkanie dbała lepiej niż o swoje – przypomniał mu Witkowski. Do rezydencji chciał wziąć młodszą gosposię, ale żona się nie zgodziła. Zdaniem Celiny żadna nie zadba o mieszkanie profesorstwa tak, jak to robi ich Stasia Wieczorek. – I ona by? Wiosną skończyła pięćdziesiątkę. Pewnie zatrzymanie akcji serca. Ostrzegałem, żeby tyle nie paliła.

– Na dywanie jest wyraźna plama. Jakby zaschnięta krew.

– O, kurwa. Krew? To nie będzie wesoło. A może o coś uderzyła się i…?

– Bez względu na to, co się stało, trzeba zawiadomić policję.

– Po co zaraz policja, kolego doktorze? – zapytał Witkowski. Ale po chwili namysłu zgodził się z Letzkim: – Nie znam numeru. Niech kolega do nich zadzwoni.

– Prawdopodobnie wezwą pana profesora do komendy i poproszą o złożenie wyjaśnień.

– Ja nie mam z tym nic wspólnego.

– Mnie też przesłuchają, choćby dlatego, że na klamkach znajdą ślady moich rąk.

Dopiero teraz profesor dostrzegł sekretarkę opartą o framugę drzwi. Nie chciał, żeby to, z czym wrócił adiunkt, wyszło poza jego gabinet, dlatego położył palec wskazujący na ustach i mrugnął do sekretarki, a ta pokiwała głową. Na niej Witkowski mógł polegać tak samo, jak na doktorze Letzkim.

Zielonagóra, ul. Czesława Niemena poniedziałek w południe

Komisarz Jacek Syski przyjechał za wcześnie. Mógł nacisnąć jeden z dzwonków i poprosić o wpuszczenie za ogrodzenie, ale wtedy musiałby wytłumaczyć, kim jest i dlaczego chce się dostać do rezydencji. A jak listonosz, kurier czy ci od spisywania stanu liczników gazu i prądu otwierają bramkę? Pewnie każdy dostał uniwersalny kluczyk albo jest zarejestrowany w biometrze głosowym, sam sobie wyjaśnił policjant. Oparł się więc o pień ogromnego klonu i w jego cieniu postanowił czekać na profesora Witkowskiego. Może i lepiej, że tak się stało, bo jeszcze nie przyjechali technicy, a medyk sądowy będzie najwcześniej za pół godziny. Do tego czasu powinien też pojawić się ktoś z komisariatu osiedlowego. Latem większość policjantów bierze urlopy, dlatego nie jest łatwo o radiowóz z kierowcą, chociaż każdy dzielnicowy musi mieć prawo jazdy.

Przed wyjściem ze swojego pokoju na Wąskiej Syski zadzwonił do zastępcy komendanta z informacją, dokąd jedzie i co się stało w rezydencji na Niemena. Tak robił zawsze. Podinspektor przyznał się, że do zeszłej jesieni Witkowski był jego sąsiadem w wieżowcu przy Wyszyńskiego. Miał cztery pokoje, które teraz wynajmuje komuś z tej sławnej firmy na Trasie Północnej, robiącej implanty ortopedyczne. Olemed czy jakoś podobnie. Oprócz tego, że profesor zajmuje pokój kierownika uniwersyteckiego zakładu bioinżynierii medycznej, bierze pieniądze za referaty wygłaszane na konferencjach w kraju i za granicą, ma pół etatu w klinice chirurgii urazowej, podpisuje się pod opiniami dla sądu, jest głównym projektantem w firmie Stonogów i – ale o tym podinspektor bliżej nie potrafi opowiedzieć – opracował metodę wytwarzania implantów ortopedycznych w technice 3D, o której wdrożenie zabiega kilka firm na świecie. Ponieważ zarabia kilka razy więcej niż prezydent miasta, było go stać na apartament w Residences in Park, lecz latem niewiele w nim przebywa. Jeszcze gdy był sąsiadem zastępcy komendanta, z uniwersytetu jechał prosto do Jodłowa, gdzie postawił domek letniskowy, a właściwie dworek z salonem, trzema pokojami na parterze i dwoma pod skośnym dachem, garażem i składzikiem oraz szopą na drewno. Od pierwszego dnia maja do końca września profesorowa tam gotuje, pierze, sadzi warzywa, podlewa kwiaty, kosi trawę, smaży powidła, robi kompoty, a nawet zbiera grzyby. W październiku wraca do Zielonejgóry z tym, co przygotowała na zimę. Tak więc Witkowscy żyją na dwa domy.

Syski pamięta, że tu, gdzie teraz rozsiadło się pięć pałacyków należących do Residences in Park, wtedy gdy kończył studia i z kandydatką na żonę zapuszczał się w okolice amfiteatru, miała stanąć palmiarnia większa od tej w centrum miasta. Leśnicy wykarczowali zdrowe dęby i klony, drogowcy ścięli wierzchołek wzniesienia, budowlańcy wlali tony cementu w wykopy pod ławy na fundamenty, żeby zastalowcy mieli na czym ustawić szkielet konstrukcji. Zostało jeszcze wprawienie szyb i zrobienie czegoś w środku, co będzie wabiło ludzi tak, jak stara restauracja z kawiarnią na Wzgórzu Winnym przyciąga turystów. Dlaczego budowy palmiarni nie dokończono, tego nikt nie wyjaśnił.

Teraz Syski przykucnął pod ocalałym klonem, którego leśnicy nie wycięli, ponieważ ktoś zmienił decyzję. Podobała mu się pagórkowata dzielnica wokół amfiteatru, od południowej strony okolona ogródkami, za którymi rozłożył się ni to las, ni park z torem saneczkowym, stokiem dla narciarzy, strumykami biegnącymi w stronę uniwersyteckiego Ogrodu Botanicznego i namiastki zoo. Sto metrów za Residences in Park, gdzie najpierw była ekskluzywna restauracja z hotelem Piastenhöhe, zamieniona na dom wypoczynkowy dla oficerów Wehrmachtu, potem Regionalny Ośrodek Doskonalenia Kadr i Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, ma swoją rezydencję biskup diecezjalny. Niedaleko renomowanego liceum, na placu kiedyś przeznaczonym na zespół szkół artystycznych, franciszkanie postawili kościół, plebanię i klasztor. Na zboczach poszatkowanych uliczkami o ptasich nazwach zwracają na siebie uwagę przysadziste domy z płaskimi dachami i nowe wille z gankami, werandami, wieżyczkami. Gdybym miał pieniądze, natychmiast wyniósłbym się z mieszkanka na Zaciszu, pomyślał komisarz, ale i zdawał sobie sprawę, że z własnej woli nigdzie się nie wyprowadzi. Do tych dwóch pokoików latem zbyt gorących, zimą za zimnych, przyzwyczaił się tak samo, jak i do sąsiadki każdej niedzieli słuchającej sumy z radia nastawionego na cały regulator.

Na asfaltówce od strony amfiteatru pojawiła się czarna octavia. Witkowski nie jeździł najnowszą audicą z napędem na cztery koła albo czymś jeszcze bardziej wypasionym? Pewnie profesor nie zwraca uwagi na to, za kierownicą czego siedzi, doszedł do wniosku Syski, gdy octavia zatrzymała się na parkingu oznaczonym tabliczką „Tylko dla mieszkańców rezydencji”. Zza kierownicy wysiadł młody człowiek i zanim komisarz wstał spod klonu, młodzieniec zdążył otworzyć drzwi od strony pasażera.

– Pan z policji? Myślałem, że jak policjant, to zawsze w mundurze – rzucił do Syskiego. Nie czekając na odpowiedź, wyjaśnił: – Pan profesor miał jeszcze pilną sprawę w związku z referatem, który do południa musiał skończyć i wysłać do Zakopanego, stąd nasze niewielkie spóźnienie. Ale już otwieramy bramkę i prowadzimy pana do apartamentu. – Zasłoniwszy sobą kasetę bramofonu, pochylony wolno wciskał klawisze.

Syski obserwował ruchy jego prawej ręki. Był przekonany, że kod składa się z czterech cyfr, pierwszą na pewno jest jedynka, ostatnią dziewiątka. W środku muszą być dwie czwórki albo dwie siódemki.

Witkowski stanął obok octavii z głową opuszczoną na piersi. Dopiero gdy usłyszał skrzypienie w zamku bramki, zrobił krok, lecz wtedy Syski chwycił go za rękaw koszuli.

– Czy to pan osobiście powiadomił komendę? – zapytał komisarz. Profesor zatrzymał się, jakby nie zrozumiał, dlaczego i z której strony padło pytanie. Syski powtórzył je wolniej i dodał, że od tej chwili on o wszystkim będzie decydował.

– Doktor Bogdan Letzki, to znaczy Bogusław. Bogusław Letzki przez tz. Ja telefonowałem na policję. Jestem starszym adiunktem w zakładzie inżynierii biomedycznej na naszym uniwersytecie, kierowanym przez pana profesora zwyczajnego doktora habilitowanego inżyniera Bolesława Witkowskiego – pełnym zdaniem wyjaśnił brodacz, wskazując dłonią oniemiałego starszego mężczyznę.

– Komisarz magister Jacek Syski, kierujący wydziałem kryminalnym komendy miejskiej, międzynarodowy ekspert i biegły sądowy – przedstawił się wyraźnie ironicznym głosem policjant. Śmieszyła go i drażniła tytułomania akademicka, służalczość młodszych pracowników wobec zwierzchników, wprost niewolnicza zależność od profesorów. – Kto ma klucz do mieszkania: pan czy profesor? – zwrócił się do Letzkiego.

– Pan profesor prosił mnie, abym wyświadczył mu przysługę. To znaczy pojechał do apartamentu i przywiózł niezwykle ważny dokument, akurat potrzebny do przygotowywanego referatu na konferencję w Zakopanem. Bywałem w Residences in Park nie raz, nie dwa, toteż z przeogromną ochotą…

– Do rzeczy, panie doktorze – ponaglił go policjant.

– Jak zawsze wdusiłem odpowiednie przyciski w kasetce przy furtce, żeby dostać się za ogrodzenie. Potem powtórzyłem tę czynność przy wejściu na klatkę schodową. Trzecią operacją było rozkodowanie zamku w drzwiach do apartamentu, włożenie klucza i przekręcenie go w lewo. Wszedłem do gabinetu, gdzie pan profesor przechowuje opinie sądowe, gdy poczułem słodkawy odór. Jakby rozlany sok z czarnej porzeczki. Najpierw zajrzałem do kuchni. Nic. Potem do salonu. To było straszne…

– Co było straszne? – Znowu przerwał mu komisarz.

– To, co zobaczyłem w salonie.

– A co pan tam zobaczył?

– Pani Stasia, znaczy pani, która sprząta, gotuje i podczas nieobecności profesorstwa cały apartament ma na głowie, leżała na dywanie z głową we krwi.

– Skąd pan wie, że to była krew?

– Panie komisarzu… – zaczął Letzki i zrobił taką minę, że Syski przestał pytać.

Akurat przyszedł naczelnik wydziału techniki kryminalistycznej ze swoimi podwładnymi. Komisarz przepuścił ich przodem, a sam oparł się o ściankę wiatrołapu z zamiarem obserwowania profesora i adiunkta. Niczego osobliwego nie zauważył w ich zachowaniu, toteż gdy weszli do budynku, poprosił Letzkiego, żeby otworzył drzwi do apartamentu, ale nie dotykał ręką klamki i futryny. Ledwie przekręcił klucz w lewo, technicy zaczęli robić to, co należy do ich obowiązków.

Było tak, jak opowiedział Letzki. W salonie na dywanie leżała kobieta z okrwawioną twarzą, zwróconą w stronę okna. Mimo że Syski był przyzwyczajony do fetoru, zakrył usta dłonią i starał się krótko oddychać.

– Smród nie do wytrzymania – rzucił do niego szef techników, fotografujący wnętrze ogromnego pokoju, pełnego słońca i obrazów. Wyglądały na oryginalne płótna pędzla Adama Bagińskiego. Podobne malowidła Syski widział w mieszkaniu Daniela Junga. Nawet mu się podobały. – Szkoda, że jeszcze nie ma naszego medyka. Jemu nigdy się nie spieszy.

– Właśnie jestem, panowie – spod otwartych drzwi odezwał się mężczyzna w czymś białym, co mogło być krótkim kitlem albo koszulą wypuszczoną na spodnie. – Gdyby nie korek na Wyszyńskiego… Myślę, że zjawiłem się w odpowiednim momencie.

– Zamiast tłumaczyć swoje spóźnienie, niech doktor szybko robi to, za co bierze pieniądze – rzucił Syski. Komisarz lubił tego lekarza przede wszystkim dlatego, że szybko odpowiadał na jego pytania i nie zadzierał głowy jak większość asystentów z uniwersyteckiej katedry patologii ogólnej.

Letzki zrobił krok, jakby miał zamiar iść za medykiem, ale komisarz chwycił go za rękę, nakazując pozostanie przy profesorze. Lekarz w milczeniu najpierw przejechał wzrokiem wzdłuż martwego ciała kobiety, potem przyklęknął przy jej biodrach i wpatrywał się to w głowę, to w kant ławy między dwoma kanapami.

– Wygląda na to, że nieszczęśliwie uderzyła głową o coś twardego – powiedział do policjanta, pokazując zaschniętą krew na lewej skroni. – Ale to pozory, bo gdyby uderzyła się o ławę i zamroczona upadła na dywan, to krew powinna mieć po prawej stronie. Ponadto, niech komisarz zobaczy, rant ławy od góry jest zaokrąglony. Po walnięciu się w coś takiego można mieć siniaki, a nie przeciętą skórę aż do kości. Daleko wstępnie mogę powiedzieć tyle, że to, co widać, nie powstało na skutek uderzenia głową o kant ławy. Została czymś uderzona, domyślam się, z zaskoczenia. Prawdopodobnie padła zamroczona i dlatego się wykrwawiła.

Syski otworzył usta, żeby spytać lekarza, czy potrafi powiedzieć, jak długo kobieta tu leży, gdy ten dał mu znak ręką, że to nie koniec hipotezy.

– Ona została uderzona czymś twardym, kanciastym w rodzaju kryształowego wazonu. – Chwilę omiatał pokój dociekliwym wzrokiem. Nie dostrzegł niczego, co jest podobne do szklanego wazonu z wyraźnie ściętymi bokami. – To może być ów zabójczy przedmiot – pokazał na lichtarz srebrzący się na kredensie. – Jak zawsze, ostatnie zdanie będzie należało do patologa sądowego. Myślę jednak, że doktor Trzcinka zgodzi się z moją hipotezą, a kolega komisarz przedstawi ją prokuratorowi do akceptacji.

– Doskonale. Jeszcze tylko trzeba ustalić dwie kwestie. Po pierwsze: dlaczego, po drugie: kto jest sprawcą. Kolejność nie ma znaczenia. Przy odrobinie szczęścia – mówiąc to, Syski zerknął na milczącego profesora – może się to udać przed niedzielą. Jeśli szczęście nas opuści, będziemy się guzdrali nawet rok. Albo dłużej.

Medyk podniósł głowę nieboszczki i zamiast cokolwiek powiedzieć, zasyczał przez zaciśnięte zęby.

– Coś nowego? – natychmiast zareagował Syski.

– Kolejna hipoteza, kolego komisarzu, tym razem za sto punktów. Zanim została uderzona czymś kanciastym w lewą skroń, jak przypuszczam, świecznikiem, nasza denatka już nie oddychała. Zaryzykuję stwierdzenie, że doszło do zbezczeszczenia ciała. Wcześniej kobieta została uduszona, o czym mogą świadczyć krwawe wybroczyny i sinica w obrębie twarzy. Morderca chciał wprowadzić nas w błąd, że śmierć jest wynikiem uderzenia się o kant stołu.

– Odór to pewnie…? – Policjant pokazał oczyma na zażółconą spódnicę.

– W czasie agonii puszczają wszystkie zawory – przypomniał lekarz o tym, co Syski wiele razy słyszał.

– Od ilu godzin ona tu jest? – spytał komisarz, starając się jak najmniej otwierać usta i oddychać nosem.

– Tego mimo doświadczenia i wiedzy zdobytej w zakresie medycyny sądowej na uniwersytecie w Erfurcie i u naszego doktora Trzcinki – podkreślił medyk – nie potrafię określić nawet w przybliżeniu. Tegoroczny sierpień jest wyjątkowo upalny, apogeum lata, zamknięte pomieszczenie. W takich warunkach procesy gnilne przebiegają inaczej niż w otwartej przestrzeni. Rigor mortis jeszcze nie ustało. Przypuszczam, że śmierć nastąpiła… dziś mamy poniedziałek… dwa, najdalej trzy dni temu. Między piątkowym wieczorem a sobotnim przedpołudniem. Na pewniejszą odpowiedź musi kolega komisarz poczekać. Mój profesor, doktor Trzcinka powinien sobie z tym poradzić. Jeśli nie dziś, to jutro.

– Mówisz, że dwa, trzy dni temu?

Medyk przykucnął, oświetlił latarką punktową twarz denatki.

– Są na niej plamki martwicy, niektóre jeszcze żółte, inne zbrązowiałe i nawet poczerniałe. To kolejny dowód na to, że nie żyje od co najmniej dwóch dni.

– Morderstwo w afekcie?

– Też tak uważałem. Zabójca nie spodziewał się, że ktoś jest w mieszkaniu. Wszedł i na wycofanie się było za późno. Wtedy ją udusił, czyli zabójstwo nie zostało dokonane, jak by to określił prokurator, dla zatarcia śladów lub uniknięcia konfrontacji ze świadkiem. Tyle że chwilę później uderzył ofiarę czymś kanciastym i to już było zaplanowane. Mamy do czynienia z obiema formami morderstwa: w afekcie i z premedytacją.

– Niech tym martwi się prokurator – rzucił komisarz.

– Panowie, szybciej, bo się porzygamy w tym smrodzie – poprosił szef techników swoich podwładnych.

– Dziś temperatura na dworze sięga trzydziestu stopni, wczoraj była nie do zniesienia, a tu, w zamkniętym pomieszczeniu jest o kilka kresek wyższa – tłumaczył lekarz. – W tych warunkach proces rozkładu ciała odbywa się znacznie szybciej. I dlatego panowie powinni założyć maski albo starać się nie oddychać przez usta.

– Pan znalazł zwłoki? – zwrócił się Syski do Letzkiego, jakby sprawdzał, czy adiunkt pamięta, co powiedział przy wejściu do mieszkania.

– Było to około dziesiątej. Akurat listonosz wkładał pocztę do skrzynek.

– Kiedy ostatni raz pan wchodził do swojego mieszkania? – zapytał profesora policjant, ignorując adiunkta, który chciał coś dodać.

– Dokładnie nie pamiętam – przyznał się Witkowski po dłuższym zastanowieniu. – Mo-może w połowie lipca. Latem zaraz po pracy jeżdżę do Jodłowa. Stamtąd rano wracam prosto na uczelnię, a jeśli mam coś pi-pilnego do załatwienia w szpitalu czy Olemedzie…

– Rozumiem – wszedł mu w zdanie komisarz. – A z jaką częstotliwością pan tu zaglądał? – zrobił krok w stronę Letzkiego.

– Jedynie wtedy, gdy pan profesor mnie o to prosił. Nie licząc dzisiejszego dnia, ostatni raz miałem przyjemność być w apartamencie dwa, nie, trzy tygodnie temu. Też przed południem, bo po południu pan profesor wyjeżdżał na konsultacje w Orthopädische Klinik w Stuttgarcie – powiedział do Witkowskiego, jakby go prosił o potwierdzenie, lecz profesor milczał. – Przepraszam, to było dokładnie dwudziestego drugiego lipca. W moje urodziny. Jako ewangelik nie obchodzę imienin.

– Chciałbym, żeby pan profesor rozejrzał się i odpowiedział, czy z mieszkania coś zginęło.

Witkowski omiótł wzrokiem obrazy w salonie, jakby je liczył, wzruszył ramionami i po chwili pokręcił głową.

– Rzeczy istotne w mojej pra-pracy przechowuję w gabinecie. Zresztą wszystko, co ostatnio zaprojektowałem, weszło lub niebawem we-wejdzie do produkcji w Olemedzie. Dla innych firm raczej nie pracuję. Chyba że…

– Co takiego? – natychmiast zapytał komisarz.

– Chyba że chodziło o wcześniejsze projekty, ale czy to możliwe, żeby kogoś interesowały prze-przestarzałe rozwiązania? Tempo zmian w bioinżynierii jest uzależnione od informatyki, a ta zmienia się z dnia na dzień. Wczorajsze projekty, jeśli nie zostaną dziś wdrożone do produkcji, jutro mają jedynie wartość muzealną.

– Trzy D, panie profesorze – podpowiedział Letzki.

– Co to takiego? – zaciekawił się komisarz.

– Od pewnego czasu razem z panem profesorem pracujemy nad wykorzystaniem drukarki trójwymiarowej w procesie wytwarzania implantów ortopedycznych. Skoro ta rewelacyjna, jak wiemy, metoda jest przydatna nawet w neurochirurgii, to tym bardziej da się ją wykorzystać w ortopedii. Pomyśleliśmy, że opierając się na tomografii komputerowej, można robić kopie stawów, które zostaną zastąpione implantami.

Komisarz udał, że zrozumiał wyjaśnienie Letzkiego, w rzeczywistości już po pierwszym zdaniu nie nadążał za adiunktem.

– Proszę sprawdzić w swoim gabinecie, czy nic się w nim nie zmieniło – powiedział Syski i przed profesorem wszedł do pokoju na półpiętrze.

– Tam powinna stać niebieska teczka – Witkowski pokazał ręką na regał.

– Czy było w niej coś ważnego?

– Jak dla mnie, już nie – odpowiedział profesor, kątem oka lustrując doktora Letzkiego, jakby dawał znak, żeby się nie odzywał, bo mu się opłaci.

Zielonagóra, ul. Wandy poniedziałek, po południu

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Część 1. Wokół Jeziora Tarnowskiego Dużego
Część 2. Wokół Schwielochsee
Epilog

Copyright © Oficynka & Alfred Siatecki, Gdańsk 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2020

Opracowanie redakcyjne: zespół

Korekta: Magdalena Paluch

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: © Elena Lar/Shutterstock

© sutham/Shutterstock

ISBN 978-83-65891-39-6

www.oficynka.pl

email: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek