Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
165 osób interesuje się tą książką
W Dolinie rozpoczyna się zupełnie nowa era. Zaskoczy tych, którzy znają drużynę od lat, i porwie tych, którzy zawitają tu po raz pierwszy!
Edmund zwany Kociołkiem ma pełne ręce roboty. Karczma Pod Kaprawym Gryfem zyskała sławę i niemal każdy w okolicy chce wyprawić w niej wesele. Spokoju nie daje mu też ostatnia wola króla Rodryka Odnalezionego, której nikt nie rozumie i wszyscy zamierzają ją zignorować. Na domiar złego Gramm wpada na olbrzyma domagającego się spełnienia dawnej obietnicy, a w pobliżu Gryfa wyje coś, co z pewnością nie jest wilkiem.
Karczmarza, rycerza Doli, guślarza, elfa, krasnoluda i goblina, znanych w Dolinie jako drużyna do zadań specjalnych, czekają nowe wyzwania i niebezpieczeństwa. Walka ze Złym ich zahartowała, ale czy to wystarczy, gdy do akcji wkroczy Zamęt? Kim jest zaginiona córka Rodryka? No i gdzie podział się Eliah? Może ktoś powinien zająć jego miejsce w drużynie?
I na Dolę i Los! Owsianka na śniadanie trzeci dzień z rzędu?!
Złe zostało pokonane, więc czas na nowe tarapaty!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rozdział drugi Rozdział trzeci Rozdział czwarty Rozdział piąty Rozdział szósty Rozdział siódmy Rozdział ósmy Rozdział dziewiąty Rozdział dziesiąty Rozdział jedenasty Rozdział dwunasty Rozdział trzynasty Rozdział czternasty Rozdział piętnasty Rozdział szesnasty Epilog
Książkę tę dedykuję najlepszej redaktorce na świecie Joasi Mice, która ją uratowała.
Było już ciemno, gdy te przeklęte bestie przypuściły ostateczny szturm.
Teraz już nawet ja sięgnąłem po łuk. Z desperacją posyłaliśmy w nadciągającą falę dziesiątki strzał i bełtów, opróżniając kołczan za kołczanem. Gramm złapał jakiś koc, podpalił go i rzucił w dół. Zwijający się i falujący materiał przylgnął do kilku stłoczonych ciał i buchnął płomieniami, które natychmiast przeniosły się dalej. Nieugięty krasnolud wyrzucał koc za kocem, a te słały ku niebu snopy tłustego, gęstego dymu i napełniały wąwóz niewyobrażalnym smrodem.
Oczy piekły i łzawiły, w gardłach zaschło, ramiona i palce bolały od napinania łuków, ale pruliśmy do każdego potwora, który zdołał wczepić się w mur i pełznąć ku górze.
– Skubańcze! – ryknął Żychłoń, wbijając któremuś koniec kija w gardło.
Nie było chwili, by któryś nie spadł martwy, a mimo to sytuacja tylko się pogarszała. Zamku nie otaczała fosa, a stosy zwłok rosły, co ułatwiało wspinaczkę następnym. Co gorsza, taras był długi, a nasza garstka nie miała szans zatrzymać wszystkich intruzów, zwłaszcza że dym wyciskał z oczu łzy i dusił kaszlem.
– Cofamy się! – wrzasnąłem. – Do wnętrza! Razem! Razem!
Otaczały mnie sceny piękne i zarazem przerażające, bo ciemności rozświetlane przez nasz stos zmieniły potwory w stworzenia rodem z koszmaru. Mimo to stawiliśmy im czoła z zimnym opanowaniem. Urgo spychał przeciwników tarczą i jednocześnie zataczał mieczem krwawe kręgi, z każdym ciosem wyszarpując któremuś życie. Zwierzak wbił włócznię w brzuch jednego z przeciwników, wyszarpnął ją, tępy koniec wpakował w szczękę drugiego, na moment zniknął między włochatymi ciałami, po czym znów się wyłonił – zakrwawiony, z zawziętą miną i błyszczącymi oczami. Żychłoń, wciąż kaszląc od dymu, cofał się krok za krokiem, ale celnymi uderzeniami kija miażdżył pysk każdego stwora, który zdołał się do niego zbliżyć. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności tuż obok walczył Gramm i ciął toporem na płask. Eliah skakał po blankach i siekł sztyletami, co chwila nurkując w tłum wrogów i wyłaniając się z niego kawałek dalej.
– Razem! – krzyczałem. – Bliżej siebie!
Przeciwnik miał bowiem dwa atuty, z którymi nie sposób było sobie poradzić – zajadłość i przewagę liczebną. Tam, gdzie przed chwilą stał jeden potwór, nacierały już dwa albo trzy, a na ciało właśnie zabitego natychmiast wskakiwał następny. Musieliśmy zewrzeć szyki!
– Bliżej siebie! – krzyczałem, choć mój głos ginął w ogłuszającym ryku nacierających, a każdy z nas walczył już właściwie tylko o życie.
Chwilę później, gdy powaliłem kolejnego bydlaka, przebiłem mu gardło, a potem rozrąbałem czaszkę innemu, uświadomiłem sobie, że od dłuższej chwili nie widzę goblina.
– Zwierzak! – wrzasnąłem i runąłem naprzód, rąbiąc na oślep we wszystkie strony.
Każdy cios, niczym zamach kosy w rękach żniwiarza, odsłaniał kolejny fragment klęski. Pozbawiony tarczy Urgo opędzał się od wrogów z zajadłą determinacją. Gdzieś mignęła mi zalana krwią twarz Gramma, a przez nawałę wrzasków przebiło się bolesne wycie Eliaha.
Żychłonia nigdzie nie widziałem.
Czyjś miecz odrąbał pazurzaste ramię, które właśnie sięgało ku mojej głowie.
– Eliah! – wrzasnął Urgo.
Elf krzyczał niczym upiór ciemności. Jakby ktoś wyszarpywał z niego życie. A potem nagle się urwał, co okazało się jeszcze bardziej przerażające.
I wtedy zrozumiałem, że właśnie tutaj nasza historia dobiegnie końca.
Chwilę później coś we mnie przywaliło.
Zawsze myślałem, że w chwili śmierci rzeczywiście przeleci mi przed oczami całe życie albo chociaż ujrzę Sarę i dzieciaki.
Ale nie.
Okazało się, że śmierć jest czarna, bolesna, cuchnie i charczy.
Kilkanaście dni wcześniej
Na Dolę, aleśmy potańcowali.
Wyciągnąłem się w łóżku na całą długość, aż zaprotestowało ze skrzypnięciem. Z lękiem spojrzałem na Sarę, którą na ogół budził byle szmer, ale moja żona jedynie chrapnęła głośniej przez sen. Najwidoczniej była jeszcze bardziej zmęczona ode mnie.
Ostatnimi czasy w naszych stronach zaszło kilka zmian i powoli dochodziłem do wniosku, że nie jesteśmy na nie gotowi. Byłem doświadczonym karczmarzem i powinienem był docenić moc przetaczających się po okolicy plotek, ale nic nie mogło nas przygotować na to, co przyniosły. Otóż ludność wiosek, która przyglądała się naszym zmaganiom ze Złym, a później uczestniczyła w nich pod wodzą Vitalisa, uznała nas za swoich zbawców, a karczmę „Pod Kaprawym Gryfem” za miejsce zgoła legendarne. Na nasze nieszczęście, moim skromnym zdaniem.
Faktem było, że w obronie naszej gospody stoczyliśmy trzy duże bitwy i kilka pomniejszych. Nie mogłem się nie zgodzić, że gościli u nas wszyscy książęta, jak również cudownie odnaleziony król z niewidzialną królową, a na dokładkę plemię goblinów. W istocie tu leczono rannych podczas ostatecznego starcia z siłami wroga, stąd wyruszył król Rodryk Odnaleziony na swą ostatnią bitwę, tutaj zapadały decyzje dotyczące przyszłości Doliny, a ściany i belki powały pokryte były czarodziejskimi znakami. Wszystko to rzeczywiście wystarczyłoby do zbudowania legendy, na której Głuszec czy Droździk, znani mi minstrele związani z książęcą rodziną, zbiliby niezłą kasę, ale nasi sąsiedzi prześcigali się w dokładaniu kolejnych warstw do opowieści i za niektórymi wątkami przestawałem już nadążać. Wiele z nich krążyło wokół podziemi karczmy, które wedle mądrości ludowej rozrosły się do rozmiarów miasta, bo znajdowały się tam grobowiec królewski, więzienie dla kilku ocalałych stworów Złego, skarbiec wypchany złotem, tunel prowadzący do Sokolnika i Krzemyku oraz sala pełna dziwacznych przyrządów, w której tajemniczy elf z biczem w dłoni przyjmował gości obojga płci. Słyszałem o tym, że na dziedzińcu karczmy raz po raz lądowały wiedźmy, że kapłani Doli szykowali się, by ją zniszczyć, że mieszka tam gadający pies, że ze studni tryska uzdrawiająca woda i że warto gwizdnąć coś z terenu karczmy, bo ów przedmiot przyniesie zdrowie, bogactwo i szczęście. Ta ostatnia plotka okazała się zgubna w skutkach, bo zauważyłem, że ubywa bruku na dziedzińcu.
Przewróciłem się na prawy bok i wsunąłem rękę pod poduszkę. Nie wiedziałem, co boli mnie bardziej – kolana czy stopy. Nie miałem pojęcia, jak ja dłużej to wszystko wytrzymam.
Nowy status Gryfa przełożył się bowiem na rosnącą popularność karczmy wśród nowożeńców. Nigdy nie cierpieliśmy na brak klienteli i zdarzało się, że urządzaliśmy huczne weseliska, ale to, co się działo od wiosny, przechodziło ludzkie pojęcie. Wyglądało na to, że wydanie córki za mąż pod dachem Gryfa jest szczytem dobrego smaku, a podniesienie cen za usługi wywołało wręcz odwrotny efekt, bo teraz takowe weselisko stało się usługą luksusową. Innymi słowy, co tydzień mieliśmy przynajmniej dwie, a bywało, że i trzy imprezy po byku, a młode pary rezerwowały lokal już na przyszły rok.
Nie zrozumcie mnie źle. Uwielbiam gotowanie i podczas naszych licznych wypraw, gdy padał deszcz, a do domu było daleko, marzyłem, by znów przepasać się fartuchem karczmarza. Niemniej między tym, co chciałem robić, a tym, czym musiałem się zajmować, ziała przepaść wielka jak miłość Eliaha do zatłoczonych pomieszczeń.
Sara pochrapywała cicho, a ja zacisnąłem powieki, próbując przywołać sen, który w chwilach zmęczenia jak na złość przychodził niechętnie. Weselisko oznaczało, że musieliśmy nakupić parę razy więcej produktów niż zwykle. Upiec więcej chlebów i ciast, gdzieś upchnąć dodatkowe beczki z piwem i gorzałą, doglądać kilku pieczeni, nagotować wiele garów zupy, przygotować pokoje dla gości, wysprzątać podwórze i rozwiesić dekoracje, a równolegle zajmować się bieżącymi sprawami. Rozmowy z Sarą zastępowała seria wyszczekiwanych komend, nowe psoty Nuuta kompletnie mi umykały, a obecność Andrei, o zgrozo, budziła we mnie ulgę. Edvin i Salia wyręczali nas w dziesiątkach sytuacji, co również obracało się na moją niekorzyść, bo nie było dnia, by któreś z nich ostro mnie o coś nie opieprzyło, i to na ogół z właściwego powodu.
Traciłem więc nie tylko radość z pracy i kontakt z rodziną, ale również resztki autorytetu, a na dodatek chyba przegapiłem moment, gdy mi dzieciaki dojrzały.
Znów przewróciłem się na plecy i przeciągnąłem. Przeszło mi przez myśl, żeby zejść na dół i wstawić nogi do miski z gorącą wodą, ale byłem zbyt zmęczony, by się podnieść.
Siłą rzeczy drużyna bardzo szybko uznała, że ma tej kołomyi dosyć. Jako pierwszy wyprowadził się Urgo, ale trudno było mieć do niego pretensje – mój drogi przyjaciel zamieszkał po prostu z Dislai, swą świeżo poślubioną żoną. Czasem wpadał – niby pogadać, ale tak naprawdę zawsze chciał coś pożyczyć – i widziałem, że życie w sierocińcu, hojnie uposażonym przez królową Matyldę, dobrze mu służy. Spodziewałem się, że za jakiś rok doczeka się pierwszych fałd na brzuchu.
Potem zniknął Eliah, czemu nikt się specjalnie nie zdziwił. Przyznam, że czasem intrygowało mnie, gdzie się podziewa – nie było go już przecież ponad trzy miesiące! – ale pocieszałem się myślą, że może już wrócił, tylko nikomu się nie pokazał. Jako trzeci wyparował Gramm, który z początku czerpał sporo radości z nieustającej zabawy, ale w końcu zaczęła go ona przerastać. O jego talencie do pochłaniania niewyobrażalnych ilości alkoholu krążyły bowiem legendy i zastępy miejscowych ochlapusów obrały sobie za cel zmierzenie się z krasnoludem. Po którymś szczególnie zaciętym pojedynku Majster uznał, że ma już tego dosyć, chwiejnie przestąpił nad ciałami pretendentów do miana największego kiziora okolicy i padł w krzakach. Następnego dnia wyjaśnił mi, że najwyższy czas, by zajął się pewnymi osobistymi sprawami w ojczystym thanacie. Nie zadawałem żadnych pytań, bo przypuszczałem, że chodzi o sprawy rodzinne, a te uwierały go boleśnie.
Dzień czy dwa później zniknął też Żychłoń, który również za hucznymi imprezami nie przepadał, ale ujmowało go to, że niektóre pary życzyły sobie ślubu w dawnym obrządku, któremu błogosławiła Los. Puchł wówczas z dumy i przy każdej okazji dogryzał Vitalisowi, przez co zwykle skakali sobie do gardeł. Wojna religijna między starszymi panami zdawała się eskalować i w sumie wszyscy odpoczęli, gdy Żychłoń pewnego dnia otrzymał jakiś list, przeczytał go, skrzywił się, spakował manatki i wyjechał, nie mówiąc nikomu, kiedy wróci.
Pozostał więc tylko Zwierzak, który nie bardzo potrafił pomóc w gospodarstwie, ale za to nie generował żadnych problemów, a do tego miał oko na dzieciaki, przynosił ryby ze stawu i rozwieszał girlandy tam, gdzie inni bali się wleźć. Podczas ślubów zawsze przygrywał na fujarce i prowadził korowód taneczny, co bardzo mu się podobało, przynajmniej do chwili, gdy wypijał swoje pierwsze i jedyne piwo. Później dzieciaki wlekły go do stajni, gdzie spał do rana z błogą miną, najczęściej ku frustracji którejś z druhen –miejscowe piękności robiły zakłady, której uda się go uwieść jako pierwszej. Weźcie mnie za starego, zramolałego dziada, ale naprawdę nie rozumiem młodzieży.
Wierciłem się coraz gwałtowniej, wciąż nie mogąc znaleźć wygodnej pozycji. Sara przebąkiwała coś o kupnie puchowej pościeli, na którą ponoć już mieliśmy fundusze. Może nie był to wcale taki zły pomysł, skoro spanie miało się stać moją jedyną życiową przyjemnością.
Chrapnęła głośniej, niemal ostrzegawczo. Znieruchomiałem i wtedy usłyszałem, że ktoś się potyka na schodach.
Zwierzak, ty patałachu, pomyślałem ze znużeniem, a potem uśmiechnąłem się do siebie, bo przypomniało mi się, jak tańcował dziś z Malinką, panną młodą. To w ogóle był wzruszający ślub. Przystanęliśmy z Sarą w cieniu werandy i z rozrzewnieniem przyglądaliśmy się młodym. Ona, malutka i ciemnowłosa, z wielkimi, rozpromienionymi oczami, ledwie panowała nad swą energią. On, Kłos, stateczny, niezgrabny, niemal klockowaty, ale przecież poważny, roztaczał wokół opiekuńczą aurę. Od razu było wiadomo, że to ona pociągnie go ku nowym wyzwaniom, a on będzie się o nią zamartwiał i przynajmniej udawał, że ją hamuje. Nie było też dla nikogo tajemnicą, że są silną, kochającą się parą i stworzą wspaniałą rodzinę. Atmosfera na przyjęciu była wręcz upajająca, a jedyną niezadowoloną osobą wydawała się matka pana młodego, nadęta jak ropucha w czerwcu i przypuszczalnie należąca do podgatunku bab, którym nie spodoba się absolutnie żadna synowa. Nikt więc nie miał pretensji do jej męża, który urżnął się popisowo, choć w związku z tym to i owo stracił – po północy jego małżonka wpadła w ramiona Szmyrgla, który sobie tylko znanym sposobem wkradał się na dosłownie każde wesele. Nie miałem jednak serca, by tradycyjnie drania wykopać, bo zabawiana przez Szmyrgla Kłosowa mateczka zaczęła się nie tylko uśmiechać, ale i wesoło chichotać. W obawie o własną poczytalność dalej się sprawą nie interesowałem.
Zresztą jak? Gdy tylko wypełniliśmy główne zadania gospodarzy przyjęcia, Kłos z powagą skłonił się przed Sarą i zaprosił ją do tańca, a mnie wzięła w obroty Malina. Na próżno tłumaczyliśmy, że jesteśmy w pracy, bierzemy za przyjęcie pieniądze i w ogóle nie wypada – nikt nas nie posłuchał i wnet bawiliśmy się w najlepsze.
Na Dolę, aleśmy potańczyli!
Wykończy mnie ta robota, pomyślałem i westchnąłem ciężko, a potem znów odwróciłem się na bok.
Wtedy ktoś zapukał do drzwi sypialni.
Znieruchomiałem, przekonany, że chyba jednak zasnąłem, a ów dźwięk mi się przyśnił, ale nie, pukanie się powtórzyło, choć tym razem było mocniejsze.
– Kociołek? – wyszeptał znajomy głos.
Zacisnąłem powieki.
Nie. Tylko nie to.
– Kociołek, jesteś tam? – powtórzył głośniej Gramm.
– Tak – wychrypiałem. – Idź sobie.
– Śpisz?
– Nawet gdybym spał… Zresztą, nieważne! Idź sobie!
– Nie mogę – wymamrotał Gramm. – Jesteś… eee… no, zajęty? Wiesz, rzeczami?
– Tak, próbuję spać!
Sara zachrapała i powiedziała przez sen coś, co mogło być zniekształconym przekleństwem.
– To wyłaź. Musimy pogadać.
– Nie. Idź stąd, Majster! Rano pogadamy!
– Musimy teraz! Kociołek, to ważne! – upierał się krasnolud.
– Jestem zmęczony i nigdzie nie…
– Na skały i lawiny, jaka z ciebie męczybuła! Chodź tu!
Nakryłem głowę kołdrą, ale wtedy usłyszałem niewyraźny głos Sary:
– Ja pieprzę, Edmund, idź do niego, bo się nie zamknie.
Wzmocniła swoje słowa celnym uderzeniem pięty, wobec czego nie miałem już wyboru. Z kwaśną miną i morderczymi zamiarami postawiłem stopy na podłodze. Kątem oka dostrzegłem, jak Sara zagarnia dla siebie całą kołdrę.
Gramm czekał na schodach ze skrzyżowanymi na piersi ramionami. Roztaczał wokół siebie zapach potu, skóry i sierści jelonka, mimo półmroku dostrzegłem też, że z ramion zwisa mu podróżna opończa.
– Myślałem, że już nigdy nie wyleziesz – parsknął ze złością. – Zostało coś gorzałki?
– Majster – wymamrotałem, opierając się o ścianę. Dopiero teraz, gdy wreszcie wstałem, zrozumiałem, jak bardzo jestem zmęczony. – To twój szczęśliwy dzień, bo zwyczajnie nie mam siły, żeby ci przywalić.
– Przestań gadać głupoty i odpowiedz mi na pytanie. Zostało coś gorzały czy nie?
Zacisnąłem powieki i potarłem czoło.
– I po to mnie obudziłeś?
– Chciałbyś – burknął krasnolud. – Mam o wiele poważniejszą sprawę, ale bez wódki tematu nie ugryziesz.
Powoli, stopień po stopniu, trzymając się ściany, poczłapałem na parter. W izbie głównej nadal paliło się w kominku, dzięki czemu w pełni ujrzałem, jak straszliwy bałagan pozostawili biesiadnicy – Sara bowiem, wbrew swoim zwyczajom, a ku mojej nieopisanej uldze, uznała, że nie będziemy sprzątać, i powlekła się do sypialni zaraz po tym, jak zatrzasnąłem bramę. Gramm szedł teraz powoli wzdłuż stołów zawalonych naczyniami, butelkami i resztkami jedzenia. Raz po raz zaglądał do kufli i flaszek. Odstawiał je niedbale i co rusz coś z rumorem spadało na podłogę.
– Wiesz, co się stanie, jak obudzisz Sarę? – wymamrotałem, siadając na ławie.
– Już ją obudziłem. O, tu sporo zostało! – Gramm odkorkował jakiś dzban i powąchał. – Coś tu wrzucono, ale mniejsza o to.
Pociągnął łyk na próbę, a potem drugi, mocniejszy, a ja rozciągnąłem się na ławie, która naraz wydała mi się miększa niż puchowe piernaty. To, że rozlano na niej coś lepkiego, średnio mi przeszkadzało.
– Dobra – sapnął krasnolud, odstawiając naczynie. – Teraz możemy gadać.
– Uhm – odparłem i ziewnąłem.
Macałem przez moment wokół siebie, aż natrafiłem dłonią na jakiś zapomniany obrus czy ręcznik. Zwinąłem go w kulkę i wcisnąłem sobie pod głowę.
– Kociołek, sprawa jest poważna.
– Aha.
Materiał trochę śmierdział, ale kto by się tym przejmował?
– Pamiętasz, jak szukaliśmy dusz trolli?
– Słabo.
– Na pewno pamiętasz!
– Wiem, że dusze trolli są bezpieczne. I że obiecaliśmy sobie, że nie będzieeee… – Ziewnąłem ponownie i zamknąłem oczy. – Że nie będziemy o nich rozmawiać, by nikt nas nie podsłuchał.
– Nie zbywaj mnie, bo ja nie o duszach chcę gadać! – odciął się Majster, a ja wyobraziłem sobie, jak gniewnie potrząsa głową. – Chcę gadać o samych poszukiwaniach. O naszym spotkaniu pośród śnieżnej zamieci w ruinach tego fortu. Nie mów, że zapomniałeś! Wtedy spotkaliśmy Lubę, która zresztą chciała mnie zjeść, a Żychłoń zrobił jakieś czary-mary i ją zamienił na powrót w dziewczynę. Opowiadałem wam wtedy… Kociołek, słuchasz mnie?
Słuchałem. Dobrze pamiętałem ruiny owego fortu i garnek nad ogniem, w którym podgrzewałem grzybową. Podgrzewałem czy gotowałem? Chyba podgrzewałem. Eliahowi zebrało się na szczekanie, a potem wykrawaliśmy przeręble na dziedzińcu, a Pogorzałek powiedział, że trzeba do środka wrzucić mydło. Wróciliśmy wtedy do pokoju Salii, po drabinie rzecz jasna, bo Nuut zmniejszył schody, do tego w powietrzu latały takie dziwne czerwone kropki, które smakowały przypaloną cukinią. Sara zdjęła sukienkę, a świat się kołysał i dygotał…
– Kociołek!
Otworzyłem nagle oczy i zrozumiałem, że świat się serio kołysze i dygocze.
– Kociołek, obudź się! – Gramm szarpał mnie za ramię. – Ja ci tu, kutasie jeden, serce na dłoni przynoszę, a ty śpisz?
– Nie śpię – wymamrotałem. – Myślę. Myślę o tym, co mi powiedziałeś, i…
– A co ci powiedziałem?
– No, że Luba…
– Ja pierdolę! – Krasnolud jednym wściekłym ruchem strącił mnie z ławy prosto na brudną podłogę.
– Auć, Majster, bo jak…
Ale Gramm nie dał mi dojść do głosu.
– Nieźle żeś przysnął! O olbrzymie mówiłem!
– O… o kim?
Odsunął butem nadgryzioną pajdę chleba i usiadł przede mną, skrzyżował nogi. Przechylił lekko głowę, a do mnie w jednej chwili zaczęły napływać wspomnienia. Zamrugałem z niedowierzaniem.
– Już sobie przypomniałem. Do tego fortu przybył za tobą jakiś olbrzym – wymamrotałem. – Ten, który pomógł nam przytrzymać Lubę, gdy opanowała ją furia, ale jednocześnie sprowadził zamieć i oskarżył cię o…
– O oszustwo. – Gramm najwyraźniej wolał samemu wypowiedzieć to słowo. – W tilhaug, świętej grze w kości. Wtedy obiecaliśmy mu, że pomożemy mu odnaleźć Dom.
– Nie, nie, poczekaj – wyszeptałem, bo już wszystko sobie przypomniałem.
Otóż po długiej wojnie, która nie przyniosła nikomu zwycięstwa, krasnoludy i olbrzymy ustaliły, że od tej pory wszelkie konflikty będą rozstrzygać, rzucając kości zwane tilhaug. Z tego, co zrozumiałem, kości służyły im również do rozstrzygania zakładów i zmuszania się nawzajem do wyświadczania sobie przysług. Krasnoludy, zwłaszcza z klanu Gramma, słynęły z umiejętności przewidywania przyszłych wydarzeń, olbrzymy zaś uważane były za te, które wiedziały wszystko o przeszłości. To właśnie skłoniło Gramma do wyzwania napotkanego olbrzyma do gry w tilhaug: chciał się dowiedzieć, gdzie ukryto dusze trolli, a olbrzym oczekiwał, że krasnolud odnajdzie zaginiony Dom.
Rozgrywka ułożyła się nie po myśli Gramma. Oszukał olbrzyma raz i drugi, a zanim podjął trzecią próbę, ten się rozeźlił. Seria osobliwych zdarzeń doprowadziła zaś do tego, że wszyscy wzięliśmy na siebie dług Majstra.
– Nie to mu obiecaliśmy. Umówiliśmy się, że poszukamy Człekonia, który być może coś wie o tym Domu, a jak już tego dokonamy, rozpalimy ognisko u stóp gór, a on zejdzie, by się z Człekoniem rozmówić. No nie? Nie tak było?
– Tak było – stęknął krasnolud. – No więc ten olbrzym domaga się spłaty długu.
Przez długi czas drapałem się po głowie, ale mimo to jedyna odpowiedź, którą zdołałem wykrztusić, brzmiała:
– Co?
– Na gwiazdy i kamienie, Kociołek, ale ty tępy jesteś.
– Ja tępy?! – oburzyłem się. – To chyba ten twój olbrzym ma jakieś problemy z pomyślunkiem! Fakt, obiecaliśmy mu, że poszukamy Człekonia, ale chyba nie od razu, co? Musieliśmy najpierw pokonać Złe, a potem było od cholery roboty! Tylko w tym miesiącu opieprzyliśmy tu sześć wesel, a w zeszłym trzy! Chcesz zobaczyć mój kalendarz na przyszły?
Gramm pociągnął z dzbana.
– Możesz go pokazać olbrzymowi. Jak nic zmięknie i zmieni zdanie.
– Zmieni zdanie – powtórzyłem. – Poczekaj, chcesz powiedzieć, że z nim rozmawiałeś?
– Dopadł mnie, jak szedłem w góry – wymamrotał niepocieszony Gramm. – Chciałem się z mamą zobaczyć i w ogóle, ale gdzie tam. Złapał mnie, wyzwał od oszustów i wsadził do worka. Nosił mnie przez dwa dni na plecach jak byle tobół, a gdy w końcu pozwolił mi wyleźć, oznajmił, że daje nam tydzień na spełnienie obietnicy.
Wytrzeszczyłem oczy.
– Jak my mu w tydzień znajdziemy Człekonia?
– Pięć dni – poprawił mnie sucho Gramm. – Odlicz dwa dni na podróż z podnóża Gwiżdżących Gór do Gryfa.
– Na Dolę i Los… A może… Może to jakiś dowcipniś był?
Krasnolud pokręcił głową.
– Był poważny, choć gdy opowiadał o ulewach i wichurach, które ześle na Gryfa, chyba poniosła go wyobraźnia.
Zaschło mi w gardle.
– Na Gryfa…?
– I na sierociniec – dodał krasnolud. – Przyjdzie tu, waligóra chędożony, i będzie nas dręczył. Bo olbrzymy to pamiętliwe gnoje, a do tego całe swoje życie spędziły na rozpamiętywaniu przeszłości.
– Aż z tego wszystkie zapomniały, gdzie ich Dom – parsknąłem. – Pięć dni, tak? Przecież… Na Dolę, przecież dokładnie wtedy wypada u nas kolejna impreza! I to, wyobraź sobie, nie wesele. Czcigodny pan Hubert ze wsi Rympał zapłacił z góry za urodziny małżonki, bodajże Albiny…
– Aldony – rzekł Zwierzak.
– No właśnie, Aldony. Urodziny, wyobraź sobie. Niebawem będziemy musieli dopisać nową usługę do oferty i nie wiem, czy mnie to cieszy, czy martwi, bo… Zwierzak?
– Cześć! – oznajmił goblin. – Tu sobie leżę. Zabrałeś mi koszulkę, ale to nic. Możesz sobie ją zatrzymać.
Obaj patrzyliśmy, jak goblin wyczołguje się spod ławki i zdmuchuje sobie pajęczynę z czoła.
– Myślałem, że dzieciaki jak zwykle zawlekły cię do stajni – przyznałem zdziwiony.
– Zawlekły – potwierdził Zwierzak. – Ale się obudziłem, bo Żurawiszka zapytała mnie, jak się wasze wesela kończą, a ja nie wiedziałem, bo zawsze widziałem tylko początek. No to obejrzałem sobie koniec i stwierdzam, że ogólnie nie warto.
– Żurawiszka? – zapytał Gramm, któremu nadal nie mieściło się w głowie, że gobliny kontaktują się ze sobą przez sen. – Zwierzak, jesteś pierdolnięty jak zaskroniec.
– Ale to ty się boisz jakiegoś tam olbrzyma – odciął się goblin.
Gramm uniósł oczy ku powale.
– Jakiegoś olbrzyma? – jęknął i rozrzucił ramiona, potrącając cynowy dzban. – Jakiegoś, tak? Wy nędzne złamasy, nie macie bladego pojęcia, o czym mówicie!
Dzban się zakołysał i z brzękiem spadł na podłogę, czego Majster nawet nie zauważył.
– Olbrzymy są jak… Jak siła natury! – wyrzucił z siebie. – Ogromne, bezwzględne, ślepo posłuszne tradycji i wbrew temu, na co liczy Kociołek, nie mają ani cienia poczucia humoru. Każdy z nich jest silniejszy od stu ludzi, a do tego potrafi ściągnąć zamiecie, ulewy, huragany i zaraza wie, co jeszcze. Jeśli mam być szczery, już chyba wolałbym tłuc się ze Złym, bo na to przynajmniej mamy glify!
Nigdy dotąd nie widziałem, by był czymś tak przejęty. Białka błyskały mu w świetle dogasającego kominka, a słowa wyrzucał prędko jak nigdy. Wreszcie westchnął ciężko i pokręcił głową.
– To, jak mamy przerąbane, nie mieści mi się w pale, a wierzcie mi, że…
W tej samej chwili rozległo się głośne skrzypnięcie drzwi, które niemal natychmiast rąbnęły w ścianę. Rozległy się pospieszne kroki, a potem…
– Musicie robić hałas i mnie budzić, ochlapusy?! – warknęła rozczochrana Sara, opierając się o balustradę. – Nudzi wam się? To wypad z karczmy, jeden z drugim! Przydajcie się na coś i sprawdźcie, co tam wyje i kusi na skraju lasu, bo oka zmrużyć nie można.
W półmroku izby nie mogła ujrzeć, że coś chcę powiedzieć. Musiała się tego po prostu domyślić.
– Ani słowa, Edmund. Do roboty, bo, na Dolę i Los, szlag mnie trafi do reszty!
*
Parłem w stronę Dzikowego Lasu, nie oglądając się na Gramma i Zwierzaka.
– Pewnie – warczałem wściekle. – Oczywiście! Nie ma problemu! Z radością spełnię każde życzenie jaśnie pani Kociołkowej! Trzech ochlapusów przewróciło dzbanek? Karygodne! Coś wyje i kusi? Już, najdroższa! Wytłukę wszystkie komary w okolicy, powyrywam skrzypiące progi, a każdemu, kto czymś choć stuknie czy puknie, osobiście wyrwę jajca z przyległościami!
Ze złości aż dostałem czkawki.
– Wszystko… hik! zrobię! – wysapałem. – Wszystko, bylebyś mogła się wyspać jak należy!
– Kociołek – zawołał Gramm. – Poczekaj, chłopie!
Letnia noc była ciepła, a księżyc, któremu niewiele brakowało do pełni, bez trudu wydobył z mroku rumiane, brodate oblicze zafrasowanego krasnoluda.
– Kociołek, baran z ciebie. – Majster ledwie zipał. – Kompletny baran. Syn dwóch baranów, rzekłbym. Słyszałem każde słowo z tej twojej durnej tyrady i… I nie wiem, co martwi mnie bardziej.
Wpatrywałem się w niego morderczym wzrokiem, ale zdawał się całkowicie obojętny na jakiekolwiek oddziaływanie natury psychologicznej.
– Czy to, że szczekasz na swoją żonę, co nie wydarzyło się nigdy wcześniej – ciągnął krasnolud, ocierając pot z czoła. – Czy też to, żeś kompletnie nic nie zrozumiał z mojej opowieści. Nic!
– Zrozumiałem wszystko, Majster.
– Nie, nie zrozumiałeś. Twoim problemem nie są ani brak snu, ani fochy Sary, ani nawet zapchany grafik – wycharczał Gramm. – Olbrzym z Gwiżdżących Gór – wyrzekł powoli, wyraźnie artykułując każde słowo. – To jest twój problem, barani łbie! Z każdą upływającą godziną…
– Aha! – czknąłem. – Ty też, jak widać, masz wobec mnie listę oczekiwań, tak? Zadzieraj, Kociołek, kiecę i zapieprzaj szukać Człekonia, bo przyjdzie olbrzym i cię zje! A ty, Zwierzak? Też chciałbyś, żebym coś dla ciebie zrobił?
– Nie – bąknął nieco zaskoczony goblin. – A co?
– A co… – powtórzyłem bezsilnie.
Nie po raz pierwszy pozazdrościłem mu całkowitej odporności na wszystkie te irytujące drobiazgi, które czynią życie uciążliwym. Odwrócił się ku nieodległemu skrajowi Dzikowego Lasu, który w blasku księżyca zamienił się w mozaikę ciemnych i srebrnych plam.
Powietrze, które stygło po upale, przesycał wonny, świeży zapach tysięcy ziół. Nieopodal tańczyły dwie ćmy, gdzieś dalej odezwała się sowa, której odpowiedział inny nocny ptak, zaszczekała sarna, a z pobliskiego bajora dobiegało kumkanie dziesiątek żab. W innych okolicznościach rzekłbym, że trudno o piękniejszą chwilę, ale byłem zbyt zmęczony i niewyspany, by upajać się letnią nocą.
Choć mój instynkt zadziałał dobrze.
Poczułem, jak na karku podnoszą mi się włoski, gdy wzdłuż skraju lasu przemknął dziwny kształt, za duży na lisa, zbyt gibki na wilka. Zimno mignęły błękitne ślepia, coś błysnęło na biało, a potem pojawił się kształt drugi i trzeci. Wszystkie znieruchomiały. Trzy pary lodowatych oczu wpatrywały się we mnie i w moich kompanów.
– Co to jest? – bąknął niepewnie krasnolud, łapiąc za topór.
– Nie wiem. – Odkaszlnąłem, bo w ustach zrobiło mi się nieprzyjemnie sucho. – Nie wiem, ale…
Któreś ze stworzeń uniosło pysk, zbyt podłużny jak na psi bądź wilczy, a potem zawyło chrapliwie. Dwa inne poszły w ślad za nim.
– …ale ewidentnie to one przeszkadzają Sarze.
– Czyli to małżeńska sprawa, tak? – spytał Gramm. – Nie moja? Nie muszę się w to mieszać?
– Nie, pewnie, że nie. Idź się zajmij olbrzymem.
Rozległo się ciche stuknięcie, gdy Zwierzak nałożył strzałę na cięciwę. Skrzypnął napinany łuk. Uff, przynajmniej goblin nie zadawał głupich pytań.
– Poczekaj – szepnął krasnolud. – Nie wiem, co to za stwory, ale może nie powinniśmy…
Zwierzak opuścił łuk i skierował strzałę ku ziemi, a Gramm mruknął coś, ale nadal trzymał topór wysoko. W oddali nieustannie jarzyły się trzy pary lodowatych ślepi. Nagle jedna z bestii podeszła bliżej i ujrzeliśmy coś, na widok czego Zwierzak znów poderwał łuk. Z grzbietu nieznanego stworzenia wyrastał rząd kościanych kolców, jak gdyby każdy z kręgów rozrósł się na tyle, że przebił skórę karku.
Wtem gdzieś w głębi lasu rozległ się przerażający ryk. Drgnęliśmy wszyscy trzej, podobnie jak owe stwory. Przywarły do ziemi, opuściły łby, jakby chciały węszyć, a ich kostne wypustki – widziałem wyraźnie! – wysunęły się mocniej z grzbietów niczym kocie pazury.
Ryk ustał, jakby nieznane stworzenie musiało nabrać tchu, po czym rozległ się na powrót, głośniejszy niż za pierwszym razem, przeszedł w serię kaszlnięć i wtem przeobraził się w coś, co ze zgrozą rozpoznałem.
– Żychłoń! – sapnął z ulgą Zwierzak. – A już myślałem, że Złe wróciło!
Dla trzech wilkopodobnych bestii wokalne popisy starego guślarza okazały się na tyle upiorne, że podkuliwszy ogony, czmychnęły w ciemność. Chwilę później wyrósł przed nami Żychłoń w pełnej krasie, rosły, łysy, brodaty i najwyraźniej bardzo zadowolony z siebie.
– Kociołek! – Guślarz rozpostarł ramiona. – A pójdźże ty w moje objęcia!
Była to trudna noc, a więc nie omieszkałem skorzystać z zachęty – rzadko się wszak zdarzało, by ktoś był gotów mnie przytulić wtedy, gdy naprawdę tego potrzebowałem – zaraz jednak tego pożałowałem, bo guślarz straszliwie śmierdział wódką.
– Hej! – huknął, klepiąc mnie po plecach. – Kociołek, kajdaniarzu jeden! Czemu w piżamie po lesie chodzisz, co? Spać nie mogłeś?
– Może i mogłem – wykrztusiłem i odsunąłem się od niego na tyle, by nie poczuł się dotknięty. – Nie wiem, bom tyle szczęścia nie doznał.
– Sara go wywaliła – dorzucił złośliwie Gramm.
– Och. Chodź tu, biedaku, dziadek Żychłoń przytuli i…
– Nie o to chodzi! – Zwinnie odskoczyłem. – Sara nie może spać, bo jakiś baran łazi po lesie i ryczy jak żubr z pochodnią w dupsku!
– Że niby ja? – Guślarz wytrzeszczył oczy. – O rety. Trzeba było mówić. Już nie będę. To co, kochani? – ściszył głos do szeptu. – Chlapniemy po jednym na zgodę?
– Mam ważniejsze sprawy na głowie! – warknął krasnolud.
– Niech mnie wysmagają! – zdziwił się Żychłoń. – Kociołek w piżamie biega po lesie i ucisza żubry, a Majster uważa, że są sprawy ważniejsze od gorzałki. Świat zwariował!
– Ja jestem normalny – sprzeciwił się Zwierzak.
Spojrzeliśmy na niego we trzech i każdy z nas uznał, że wszelki komentarz jest zbędny.
– Dobra, chłopaki. – Guślarz objął mnie i Gramma. – To co, idziemy do Gryfa?
Uśmiechnąłem się wbrew sobie, bo widok Żychłonia jak zwykle sprawił, że wszelkie lęki i niepokoje odeszły hen w noc. O dziwo, nie myślałem już nawet o owych wilkopodobnych stworach, choć jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że to być może błąd.
– Nie, nie chce mi się – powiedziałem. – Senność już odeszła, a ponadto nie sądzę, by udało wam się zachować ciszę. Nie chcielibyście może posiedzieć tu ze mną do świtu?
Żychłoń chyba łaknął choć prostych wygód, ale wyczuł, że nie zdoła mnie przekonać, a Grammowi i Zwierzakowi nie robiło różnicy, gdzie zalegniemy. Rozsiedliśmy się więc wśród wonnych traw i rozpaliliśmy niewielkie ognisko, a wtedy nagle zrobiło się błogo.
– Powiedz mi, Żychłoń, skąd ty w ogóle wracasz? – zapytałem, wpatrując się w iskierki śmigające ku rozgwieżdżonemu niebu.
– Miałem parę spotkań w Sokolniku. – Żychłoń machnął dłonią. – A tam się za kołnierz nie wylewa.
– Czekaj, czekaj. – Gramm aż się wyprostował. – Chcesz powiedzieć, że idziesz nawalony aż z Sokolnika? To przecież kilkadziesiąt mil stąd.
– Koleżanka mnie podrzuciła – bąknął guślarz. – Lepiej opowiedz, dlaczego masz nochal na kwintę. Balbina cię z bagna wywaliła?
– Gdzie tam! – żachnął się Gramm. – Gruba sprawa, Żychłoń. Posłuchaj lepiej uważnie, bo do Kociołka mało co dociera.
Spojrzał na mnie z urazą i rozpoczął opowieść, a ja westchnąłem ciężko i wyciągnąłem się w trawie. Obok mnie pochrapywał już Zwierzak, uśmiechając się jak półgłówek, co oznaczało, że pewnie znów spotkał się ze swoją ukochaną. Ja zaś miałem ochotę wyłącznie na to, by wszyscy zostawili mnie w spokoju. Wpatrzony gwiazdy rozsypane na ciemnym nieboskłonie, usiłowałem się skupić na opowieści krasnoluda, ale jego słowa zdawały się dobiegać z oddali, aż oblekła mnie cieplutka, wygodna ciemność.
*
Obudziła mnie mucha, która muszym zwyczajem uparła się, by łazić mi po twarzy. Sapnąłem raz i drugi, a gdy to nie pomogło, zacząłem potrząsać głową, w końcu machnąłem ręką, ponowiłem machnięcie, a potem trzepnąłem się w nos.
Usiadłem tak gwałtownie, że aż zakręciło mi się w głowie. W ustach czułem nieprzyjemny smak, w krzyżu rypało, a oczy piekły. Przetarłem je pospiesznie i się rozejrzałem. Nie dostrzegłem żadnego z moich kompanów, nasze niewielkie ognisko cuchnęło przeokrutnie, zapewne ugaszone strumieniem moczu, a słońce stało wysoko na niebie, naparzając mnie w twarz. W trelach ptactwa słyszałem wyraźną drwinę.
Wstałem niechętnie, wysikałem się, splunąłem i powlokłem się do Gryfa. Czułem się jak włóczęga, i to w dodatku w podeszłym wieku, a odgłosy radosnej krzątaniny na dziedzińcu tylko pogorszyły moje i tak paskudne samopoczucie.
– Teraz mi się jeszcze oberwie od Sary – wymruczałem. – I od Salii. I oczywiście od Andrei. A te gnojki będą tylko siedzieć, słuchać, nabijać się i wznosić toasty.
Oberwało mi się, a jakże. Ale od żadnej z trzech wymienionych pań.
– Won, dziadu! – wrzasnęła przysadzista kobieta. Krucze włosy upięła na czubku głowy, co dodawało jej wojowniczości. – Poszedł stąd! – dodała, unosząc miotłę.
Ramiona miała masywniejsze od moich. Zresztą wszystko w niej wydawało się masywniejsze ode mnie.
– Pani Sara nie wydała żadnych dyspozycji na temat jałmużny, a więc siedź grzecznie przy drodze i czekaj, aż ci coś Dola przyniesie – ciągnęła, nacierając na mnie miotłą. – Na wieczór pewnie wyrzucimy resztki jedzenia. No, wynocha!
– Ale… – wyjąkałem. – Ale ja tu mieszkam!
– Tak? – Kobieta uniosła grube brwi. – Na Los, o tym też nie wiedziałam. No nic, nieważne. Później ci znajdę coś sensowniejszego, a teraz bierz taczkę, leć na pole i nawieź kamieni.
Zafrasowana rozejrzała się po dziedzińcu.
– Ten bruk to obraz nędzy i rozpaczy – mruknęła do siebie.
I nim zdążyłem zebrać myśli lub choćby zamknąć rozdziawioną gębę, odwróciła się i popędziła w stronę werandy, gdzie inna kobieta o wyraźnie wiedźmiej aparycji myła właśnie naczynia. Zgnębiony młodzian wyślizgnął się z izby głównej, niosąc wiadro ze śmieciami, a inny szorował ławę. Andrea, wyłożywszy sobie parapet poduszkami, wsparła na nich łokcie i wbijała we mnie wzrok pełen potępienia, Edvin szedł z zaaferowaną miną w stronę kurnika, a Paproch szczekał radośnie. Dobrze, czyli nie pomyliłem adresu, ale nie miałem pojęcia, co tu się wyprawia.
– O, jesteś – powiedziała Sara.
Stanęła obok mnie z wiaderkiem czereśni. Była nieco blada z niewyspania, ale w jej oczach płonęły znajome iskry. Wargi barwił jej sok czereśniowy.
– Co to tak ryczało w nocy? – spytała.
– Żubr – wymamrotałem. – Ale poprosiłem, żeby przestał. Sara, postanowiłem zostać żebrakiem. Myślisz, że jakoś na siebie zarobię?
– Możliwe. – Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. – Masz w sobie jakąś taką… no nie wiem… nieporadność przemieszaną z pokorą, a do tego wygląd istoty permanentnie zaszczutej. Dałbyś sobie radę.
Miała rację, tym bardziej że właśnie przypomniałem sobie własną tyradę na jej temat z zeszłej nocy i zrobiło mi się koszmarnie głupio. Mało brakowało, a zgiąłbym się wpół.
– A gdyby coś poszło nie tak – ciągnęła Sara – zapas tłuszczu pozwoli ci przetrwać do wiosny.
– Ja też cię kocham – wymamrotałem.
– Powiedziałabym to samo, ale poczekam, aż mi wróci nastrój.
– To dlatego nie zapędziłaś nas wczoraj do sprzątania? – spytałem, wskazując ekipę uwijającą się po karczmie.
Sara dmuchnięciem odegnała lok z czoła i pokiwała głową.
– To ich próbne zlecenie i chciałam sprawdzić ich w trudnej sytuacji. Sporo zarabiamy na tych imprezach i pora wesprzeć lokalną ekonomię, tym bardziej że nie mam już ochoty urabiać się po łokcie.
– Aha. A czemu mi o tym nie wspomniałaś?
– Ależ wspomniałam. W odpowiedzi rzuciłeś coś na kształt: „eee, dobra, spoko, pogadamy jutro, ja pieprzę, rosół kipi”. Owo jutro, dla ścisłości, minęło trzy dni temu. Innymi słowy, nie ma sprawy.
Pokiwałem głową z niechętnym podziwem.
– Świetny pomysł, kochana.
– Wiem. Idź się ogarnij. Aż się lepisz.
Uznałem jej słowa za zachętę do zrobienia sobie wolnego popołudnia. Podszedłem do studni, wyciągnąłem wiadro wody i wylałem je sobie na głowę, bo słońce ostro przygrzewało i nad dziedzińcem unosiły się tumany kurzu. Zagadnąłem wracającego już Edvina, ale nawet mnie nie zauważył, pochłonięty jakimiś wyliczeniami, przez moment śledziłem ekipę sprzątającą, która nie zwróciła na mnie uwagi, a potem uniosłem wzrok ku teściowej, zdawałoby się jedynej osobie, która rejestrowała moją obecnoś. W jej oczach wyczytałem tradycyjną pogardę. Ukłoniłem się jej grzecznie i nagle odkryłem, że jeszcze ktoś mi się przygląda.
Gramm siedział w zacienionym kącie dziedzińca i palił fajkę, nie przestając świdrować mnie wzrokiem.
Wzdrygnąłem się i poczłapałem do karczmy. W sypialni pospiesznie zdjąłem mokrą, brudną piżamę i rzuciłem się na łóżko, by zaznać jeszcze choć odrobiny snu.
Niestety, nie udało się.
W głowie kotłowały mi się wydarzenia ostatnich dni. Impreza za imprezą. Trakty pełne gości i wozy z zaopatrzeniem. Piękne, letnie słońce, kuchnia buchająca zapachami i beczki piwa. Wesołe pokrzykiwania nad dziedzińcem, ciężka praca, śmiechy i muzyka. Nie, nie miałem tego dosyć. Jakże bym mógł. O takim życiu przecież marzyłem i nawet jeśli zdarzały mi się chwile słabości, brały się one wyłącznie ze zmęczenia lub wątpliwości, czy podołamy licznym obowiązkom.
I jak zwykle, gdy wszystko zaczynało się układać, na horyzoncie pojawiło się coś, co mogło mnie wyrwać z chwil szczęścia.
Wyciągnąłem się na łóżku i wpatrywałem w powałę, pogrążając się w gorzkiej zadumie.
Cholerny olbrzym. Ale sobie chwilę znalazł.
Nie, nie w tym leżał problem. Moment, by domagać się spłaty długu był tak samo dobry jak każdy inny, tyle że ja… po prostu o nim zapomniałem. Ba, wyparłem go. Po pokonaniu Złego chciałem wreszcie żyć normalnym, spokojnym życiem i przestać się zajmować sprawami wielkiego świata, a więc wyrzuciłem z pamięci wszelkie wspomnienia tej przerażającej zimy, gdy jak szaleni szukaliśmy dusz trolli.
Co więcej, nie było to jedyne zobowiązanie, które zlekceważyłem. Pozostawała jeszcze sprawa ostatniej woli króla Rodryka Odnalezionego, przekazana mi podczas wieczoru kawalerskiego Urgo. Zaklasyfikowałem ją jako sprawę do rozgryzienia kiedyś tam i odepchnąłem jak najdalej od siebie.
Podobnie zresztą jak spotkanie z osobliwymi kapelusznikami, których twarze…
– Nie – wymamrotałem, wciskając pięści w oczodoły. – Za dużo tego. Nie chcę, nie mogę, nie będę.
Nagle organizowanie imprez okolicznościowych wydało mi się zbawieniem i postanowiłem, że napiszę list do królowej Matyldy. Oficjalnie ogłoszę w nim przejście na emeryturę i zaznaczę, że sprawa kapeluszników to nie mój problem, toteż ktoś inny musi się nią zająć. Powinna wiedzieć, o co chodzi, wszak ponoć pojawili się w całej Dolinie. W zamian wprowadzę specjalne rabaty dla niej i członków dworu królewskiego na przyjęcia ślubne i urodzinowe.
Uspokojony tą myślą, chyba jednak usnąłem.
*
Po południu przyjechał z wizytą Urgo.
– Co tam słychać, moi drodzy? – zawołał radośnie, zsiadając z konia. – Jak wam się darzy? Ho, ho, jaki tu porządek, jaka gospodarność! Szanowna pani Andreo, jak miło panią ujrzeć, do stóp przypadam!
Moja teściowa, która na spotkanie rycerza wyszła chyba przez przypadek, skrzywiła się przelotnie w nieokreślonym grymasie, po czym pospiesznie się ulotniła. Nie dziwiłem się temu szczególnie, bo sam nie miałem przekonania, czy naprawdę mi pasuje niedawna przemiana Urgo. W dawnych czasach, gdy z nieufnością zerkał na wszelkie przedstawicielki płci przeciwnej i wraz z Andreą spędzał mnóstwo czasu na śpiewaniu psalmów ku Doli, wydawało mi się, że czegoś mu w życiu brakuje, i trochę mu współczułem. Teraz jednak, gdy odnalazł ów brakujący element, jego entuzjazm i radość z życia wydawały się cokolwiek przytłaczające.
– Kociołek, mój przyjacielu! – Urgo porwał mnie w ramiona i zakręcił mną jak w tańcu. – Twój teść kazał cię serdecznie pozdrowić.
– Od razu mi się lepiej zrobiło – wymamrotałem. – Mógłbyś mnie już puścić? – dodałem i wyślizgnąłem się z objęć rycerza, by lepiej mu się przyjrzeć.
Miał na sobie zwykłe portki i rozpiętą koszulę, a twarz znaczyły mu zdrowe rumieńce, ocienione słomkowym kapeluszem. Nie dostrzegłem żadnej broni, jeśli nie liczyć młotka ciesielskiego za paskiem.
– Co u ciebie? – spytałem.
– Leci – westchnął Urgo. – Praca, praca, praca. Postawiliśmy już z panem Vincentem szkielet i teraz szukamy odpowiednich drzew na belki poprzeczne. W tej właśnie sprawie przyjechałem, bo muszę to przegadać z Żychłoniem. Nie chcę mu tam jakiegoś świętego gaju wyrąbać. Wrócił już?
– Wrócił – przyznałem kwaśno, bo znów ogarnęły mnie wyrzuty sumienia.
Urgo podczas swego wieczoru kawalerskiego ślubował, że stworzy szkołę dla rycerzy Doli, i bezzwłocznie zabrał się do jej budowy. Wychodziło więc na to, że tylko ja zapominałem o złożonych dawniej obietnicach. Znów się poczułem, jakby obsikał mnie Paproch.
– O, na Dolę! – Urgo wyrzucił ręce ku niebu. – Ja to dopiero mam szczęście! Zaraz naszego guślarza odnajdę, ale jeszcze masła chciałem pożyczyć.
– Nie wiem, gdzie jest. – Rozejrzałem się bezradnie. – Ja to w ogóle coraz gorzej panuję nad tym, co się tu dzieje.
Spojrzałem na wyrostków, którzy w pocie czoła szorowali werandę. Starsza pani o wiedźmiej aparycji pucowała okna i miałem szczerą nadzieję, że tym, co mruczała pod nosem, były przekleństwa za lata zaniedbań, a nie uroki. Szefowa zespołu prowadziła gdzieś Sarę pod ramię. Moja żona wydawała się zaniepokojona.
– Żartowałem. Wiem, gdzie jest masło – powiedziałem. – Ale Żychłonia musisz sobie sam poszukać. Kręci się tu pewna niepowstrzymana ekipa porządkowa i niewykluczone, że stary został umyty i posprzątany.
– Dobra – odparł Urgo. – Oby mi się udało. Chciałbym zdążyć do sierocińca przed deszczem.
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Na błękitnym niebie nie było ani pół obłoczka.
– Idą ciemne chmury od północy – wyjaśnił.
Wszedłem na mur okalający karczmę. Drań miał rację – na północy niebo istotnie zaczęło czernieć, a gdy tylko to spostrzegłem, zdałem sobie sprawę, że powietrze stało się ciężkie i lepkie, jak zwykle przed letnią burzą. Obok mnie śmignęła jaskółka, a po niej kolejna.
– Chodźmy po to masło.
Ekipa sprzątająca nie dotarła jeszcze do piwnic, w których ze względu na chłód składowaliśmy większość zapasów, dzięki czemu szybko udało mi się znaleźć odpowiednie kanki.
– Łap. – Wręczyłem jedną przyjacielowi. – Tylko odnieś później, bo mało ich mamy.
Rycerz podziękował i razem wyszliśmy na dziedziniec, by się przekonać, że w trakcie tych kilku krótkich chwil zaszły tam zaskakujące zmiany. Chmury zdążyły już zakryć słońce i niebo powlekła ponura szarość, a koronami drzew w sadzie targały podmuchy. Wilgotność powietrza wzrosła tak bardzo, że moja twarz natychmiast pokryła się potem. Sara stała na środku placu wśród kłębów pyłu unoszonych wiatrem i wpatrywała się z niedowierzaniem w nadciągający żywioł. Jej włosy falowały.
– Wiesz co? Zostań ty lepiej z nami – powiedziałem do Urgo, który przytrzymywał swój kapelusz.
Skinął głową.
– Zaprowadzę konia do stajni – rzucił i zbiegł po schodach.
– Edmund! Ściągnij pranie! – Głos Sary przebił się przez szum wiatru. Wskazywała łopoczące wściekle prześcieradła, rozwieszone w sadzie.
– A gdzie dzieciaki?
– Są ze Zwierzakiem!
Gdzieś w oddali podbrzusza chmur rozświetliła błyskawica. O bruk jęły uderzać pierwsze ciężkie krople.
Zdążyliśmy w ostatniej chwili. Paproch wskoczył do budy, dzieciaki przybiegły wraz z goblinem, a Sara i ja wpadliśmy do głównej izby, z naręczami suchych, pachnących poszewek, które przejęły od nas Andrea i szefowa ekipy sprzątającej. Jako ostatni do karczmy wkroczył Gramm, czyniąc to demonstracyjnie powoli i ani na moment nie spuszczając ze mnie wzroku. Huknął drzwiami tak, że budynek aż zadygotał, a potem usiadł na ławie i znów wbił we mnie spojrzenie.
Przypomniało mi się, jak kiedyś powiedział, że krasnoludy, gdy nie mogą się przebić przez zator w kopalni, siadają przy nim i wpatrują się w niego w absolutnym skupieniu przez godzinę czy dwie. Ponoć pomaga.
Zrobiło mi się nieswojo, ale nie tylko dlatego. Mieszkaliśmy na równinie, burze występowały tu regularnie, ale rzadko nawiedzały nas równie silne, a już na pewno nie tak niespodziewanie. Wiatr targający sadem nieco się uspokoił, ale wtedy lunęło z niespotykaną siłą, a dziedziniec pokryły szybko rozrastające się kałuże. Prawie czułem, jak rynny uginają się pod naporem mas spływającej po dachu deszczówki. Błyskawice co chwila rozświetlały okolicę na biało, niebem wstrząsał ryk piorunów. Z trzaskiem obłamała się gałąź jabłoni, po bruku przetaczało się zapomniane wiadro, przez łoskot deszczu przebijał się tupot kopyt przestraszonych koni.
W izbie zawisła duchota, spotęgowana dodatkowo niepokojem. Dzieci zgromadziły się przy parapecie i z przejęciem przyglądały szaleństwu za oknem, a Sara nawet nie próbowała ukryć lęku. Urgo próbował wciągnąć Żychłonia do rozmowy, ale ta raczej się nie kleiła. Ekipa sprzątająca szeptała we własnym gronie, Andrea modliła się cicho, Zwierzak drzemał.
A Gramm gapił się na mnie.
Tak, Majster, wiem, co to oznacza, pomyślałem ze złością. Wiem, że masz rację. Odwal się już ode mnie.
Chodziłem po izbie tam i nazad, zaciskając pięści i mrucząc coś pod nosem, i za nic miałem, że tylko podkręcam nerwową atmosferę.
Wtem świat za oknami zamigotał bielą błyskawicy, po której rozległ się grzmot tak potężny, że zdawał się docierać aż do fundamentów Gryfa. Nuut krzyknął z przestrachem i pognał od okna wprost w ramiona Sary. Ta objęła malca, szeptała mu do ucha uspokajające słowa, ale w jej oczach malowała się zgroza.
– Odejdźcie od okna – poleciła, siląc się na spokojny ton.
Salia i Edvin, od pewnego czasu jakby bardziej skorzy do protestów, teraz bez słowa usłuchali polecenia, a potem również wtulili się w matkę.
Gramm nadal wpatrywał się we mnie.
Zakląłem cicho i odkaszlnąłem.
– Zaraz wracam – warknąłem, idąc w stronę drzwi.
*
Czekał na mnie w samym środku tej cholernej burzy.
I chyba wiedział, że przyjdę, bo z chwilą, gdy przekroczyłem bramę Gryfa, deszcz jakby zelżał, a podmuchy wiatru niemal ustały, zupełnie jakby utworzył dla mnie wygodniejszy korytarz. Oczywiście natychmiast przemokłem do suchej nitki i brnąłem po kostki w błocie, ale już kilkanaście kroków dalej żywioł szalał znacznie mocniej. Nadspodziewana łaskawość olbrzyma wcale nie poprawiła mi humoru – przeciwnie, moja złość tylko się wzmogła.
Sukinsyn wiedział, że idę, i ułatwiał mi dotarcie do siebie, bym przypadkiem nie zrezygnował, a jednocześnie roztaczał przede mną wachlarz swoich możliwości.
Źle trafił, bo miałem to w dupie.
Nieustępliwie brnąłem naprzód, nie zwalniając ani na moment, rozgrzany złością, aż stanąłem kilka metrów przed nim.
Stał pochylony ku mnie, ściskając w łapsku maczugę, której czubek zanurzał się w błocie. Krople deszczu spływały po bruzdach na jego twarzy, kapały z brody i włosów potężnymi kroplami. Na mój widok zamruczał z niezadowoleniem i zmrużył powieki.
– Obiecałeś mi coś! – zadudnił.
Jakby w odpowiedzi, za moimi plecami zamigotała błyskawica. Gdzieś nad Gryfem.
– Przerwij to – zażądałem.
Olbrzym zmrużył oczy jeszcze bardziej. Przypominały teraz pęknięcia w skale.
– Dlaczego? – zapytał, przekrzywiając głowę. – Dlaczego mam słuchać oszusta?
Niespodziewanie poderwał maczugę i rąbnął nią o ziemię. Obryzgało mnie błoto, a po niebie przetoczył się ogłuszający grzmot. O dziwo, tylko wzmogło to moją złość.
– Po pierwsze, nie jestem oszustem! – ryknąłem, ocierając twarz. – To Gramm cię orżnął w tę waszą grę, nie ja! Po drugie, jeśli chcesz mojej współpracy, to natychmiast przestań nękać moją rodzinę!
– Oczywiście, że jesteś oszustem – upierał się olbrzym. – Przecież obiecałeś, że pomożesz nam znaleźć Dom, ale nic w tej sprawie nie zrobiłeś. A zatem dopuściłeś się oszustwa.
– Mocne słowa jak na kogoś, kto naraża życie niewinnych ludzi – odparowałem. – Co by było, gdyby któryś z tych twoich piorunów wzniecił ogień? Co by się stało, gdyby wiatr zrzucił kogoś z drabiny albo przestraszył tak, że oblałby się wrzątkiem? Pomożesz ludziom odbudować dachy? Wyłapiesz ich przerażone konie?
– Ludzie są mi obojętni – zagrzmiał olbrzym. – Ja przybywam tu, by odebrać należny mi dług!
– Ode mnie! – oświadczyłem ze złością. – Nikt inny nie musi z tego powodu cierpieć.
– Ludzie… – zaczął olbrzym, ale mu przerwałem:
– Tak, wiem, są ci obojętni. Cóż, zaraz się może okazać, że ja mam w dupie olbrzymów!
– Pyszałek z ciebie! – Olbrzym potrząsnął głową, rozbryzgując krople deszczu. – I to nierozważny! Mógłbym jednym ciosem maczugi zamienić cię w kupę ścierwa!
– I nie dość, że straciłbyś okazję na odnalezienie swego Domu, to jeszcze nie wyszedłbyś z tego żywy. Moi przyjaciele wiedzą, gdzie jestem. Gramm wie.
Olbrzym zmarszczył czoło i wyprostował się na całą swą wysokość. Spoglądał na mnie spod chmur.
– Zawarliśmy umowę – oświadczył gniewnie.
– Rozpędź burzę, a do niej wrócimy.
– Ani mi się śni. Boś oszust! Gdybym nie rozpętał burzy, nigdy byś nawet nie pomyślał, by dotrzymać słowa!
Z całego serca liczyłem, że na mojej ubłoconej twarzy nie widać wyrzutów sumienia.
– Rozumiem, że ten wasz cały Dom to jedyne, co się dla ciebie liczy! – podniosłem głos. – Ja jednak musiałem się martwić o wiele innych spraw, niestety o wiele poważniejszych! Słyszałeś może o wojnie, którą toczyliśmy ze Złym? Słyszałeś o miastach spustoszonych przez smoki, o cudem odnalezionym królu i jego ostatniej bitwie? Czułeś swąd znad stosów pogrzebowych i spalonych wsi? Wybacz, klocu jeden, że olałem wasz Dom, ale przede wszystkim musieliśmy uratować Dolinę. Gdybyśmy przegrali tę wojnę, nikt by ci nie pomógł.
Olbrzym przechylał głowę to w jedną, to w drugą stronę.
– Dotarło tam na górę?! – huknąłem. – A skoro tak, to przegoń tę cholerną burzę! I to już!
Olbrzym zamruczał, a potem zamachał dłonią, jakby się opędzał od monstrualnego komara. Ulewa zaczęła zauważalnie słabnąć.
Stałem na szeroko rozstawionych nogach i ciężko oddychałem.
– Nigdy więcej nawet nie próbuj mnie do czegokolwiek zmuszać – wycedziłem, celując w niego palcem – a jeśli kiedykolwiek narazisz moją rodzinę na najmniejszy nawet dyskomfort, znajdę sposób, by ci zaleźć za skórę.
– Jesteś oszustem – pożalił się olbrzym. – I pyszałkiem.
– Obiecałem, że ci pomogę, więc to zrobię – wyrzekłem twardo. – Spróbujemy odnaleźć Człekonia, który zapewne wie, gdzie jest ten wasz Dom, a jeśli nie, być może zrobi to ktoś inny. Bądź spokojny, olbrzymie. Jeśli istnieje na to sposób, znajdziemy go.
Olbrzym milczał przez długą chwilę. Deszcz wokół nas to przybierał na sile, to znów słabł, jakby odzwierciedlał burzę trwającą w jego głowie. W końcu mruknął niechętnie i pokręcił głową.
– Nie ufam ci – oświadczył. – I chyba nawet cię nie lubię, ale coś mi mówi, że to powszechna dolegliwość.
Pochylił się i nagle jego ogromna głowa znalazła się tuż naprzeciwko mojej. Poczułem się bardzo nieswojo, ale nie zrobiłem nawet kroku w tył.
– Ale zgoda – dodał po chwili. – Nie będę już nękał twoich bliskich, zostanę jednak w pobliżu, a ty wymyślisz sposób na odnalezienie Domu.
Mówiąc ostatnie słowa, wycelował we mnie paluch rozmiarów nogi od stołu.
– Zajmę się tym – powiedziałem. – Nie wiem, ile czasu mi to zabierze ani czego będę w tej sprawie musiał dokonać, ale obiecuję, że będę szukał twego Domu do momentu, gdy go znajdę lub wyczerpię wszystkie możliwości.
– Lepiej by to zabrzmiało, gdybyś po słowie „znajdę” już niczego nie powiedział – burknął olbrzym.
Udałem, że nie usłyszałem jego słów.
– Niemniej ja też coś od ciebie chcę – powiedziałem hardo.
Olbrzym wyprostował się i zmarszczył brwi.
– My tu nie prowadzimy negocjacji! – huknął karcąco. – Ja tu odbieram dług!
Udałem, że tego też nie słyszę.
– Chciałbym, żebyś odpowiedział mi na jedno pytanie, olbrzymie – oświadczyłem, ale jakoś głupio mi się zrobiło, że mówię do niego tak bezosobowo. – Zacznijmy jednak od tego, jak mam się do ciebie zwracać?
– Wystarczy olbrzym – stwierdził oschle.
– Dobra, jak tam chcesz – rzuciłem nieco urażony i przetarłem mokre czoło. – Gramm mówił, że wy, olbrzymy, znacie przeszłość. To prawda?
– Znamy – burknął tamten niechętnie. – A właściwie nie tyle znamy, co wiemy, gdzie jej szukać.
– Dobra – westchnąłem. – To posłuchaj, bo intryguje mnie jedna sprawa.
– Nie mam najmniejszego zamiaru niczego dla ciebie robić! – Olbrzym znów pogroził mi paluchem. – Ja tu przyszedłem, żeby…
– Odebrać dług, wiem. A ja ci chciałem powiedzieć, że skoro mamy współpracować, również powinieneś zrobić coś, by mnie do siebie zjednać! Wystarczyłby jeden gest dobrej woli z twojej strony, a na pewno bardziej bym się starał!
– Za takie usługi się płaci! – Olbrzym zgrzytnął zębami, co przypominało odgłos przetaczanych głazów.
– Bliskich współpracowników będziesz kosztami obciążał? – Udałem zdumienie. – No wiesz? Nie w ten sposób buduje się lojalność i zaufanie.
– Ja cię naprawdę nie lubię.
– Powszechna dolegliwość, jak sam zauważyłeś. Odpowiesz mi na to pytanie czy nie?
Olbrzym podrapał się po brwiach, prychnął i pokręcił głową z niechęcią.
– Mówże.
Powiedziałem olbrzymowi, o ci mi chodzi, a ten zadumał się i powiedział:
– Przyjdź tu za dwa dni. Możliwe, że będę coś wiedział.
Zapomniana siostra
Copyright © by Marcin Mortka 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redaktorka prowadząca – Kasia Kotynia
Redakcja – Joanna Mika, Katarzyna Myszkorowska
Korekta – Nicola Chwist, Julia Młodzińska
Skład i łamanie – Kasia Kotynia
Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel
Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Ilustracja okładkowa i ilustracje wewnątrz książki – Piotr Sokołowski
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788384067079
ISBN mobi: 9788384067062
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia, Edyta Gara
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.sqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Strony tytułowe
Drzewo genealogiczne
Mapy
Dedykacja
Prolog
Rozdział pierwszy
Reklamy
Strona redakcyjna
