Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Miasto rozdarte wojną. Niebezpieczny sekret. Wstrząsająca zdrada.
Paryż, rok 1940. Wojna wkracza do miasta miłości. Jacques patrzy, jak Niemcy odbierają mu wszystko, co kocha. Jego żona musi się ukrywać, a jemu zostaje jedynie stara, dobra księgarnia La Page Cachée. Pewnego dnia prosi go o schronienie młoda kobieta z dzieckiem. Jacques wie, że nie ma wyboru: musi zaryzykować, by ratować ludzkie życie.
Współcześnie. Juliette przyjeżdża z mężem do Paryża na romantyczną wycieczkę. Z każdym kolejnym dniem dostrzega jednak, jak bardzo się od siebie oddalili. Ona łaknie czegoś nowego, podczas gdy on kurczowo trzyma się życia, które od dawna przestało jej wystarczać. Gdy przypadkiem trafia na podupadły lokal do wynajęcia, jej los zdaje się przypieczętowany. Nie wie jeszcze, że to zapomniane miejsce skrywa dramatyczną historię sprzed lat i… tajemnicę, która połączy ją z pewną kobietą ocalałą w czasie wojny.
Czy mała księgarnia raz jeszcze kogoś uratuje?
Przejmująca opowieść o miłości, rozstaniach i niezwykłej sile książek, które potrafią ocalić pamięć, nadzieję i ludzkie życie. Idealna dla fanek Kate Quinn i Jennifer Chiaverini.
Daisy Wood – jest autorką powieści historycznych i obyczajowych. Inspiracje czerpie z wielogodzinnych badań archiwalnych. W swoich książkach opisuje poruszające wydarzenia XX wieku, stawiając w centrum wydarzeń miłość i sprzeciw wobec nienawiści. Szczególnie interesują ją życiorysy zwykłych ludzi postawionych przed niezwykłymi wyborami. Prywatnie uwielbia spacery z psami, pieczenie chleba na zakwasie i ciasta Dorset apple cake oraz lekturę współczesnej literatury obyczajowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 387
Data ważności licencji: 7/30/2031
Tytuł oryginałuThe Forgotten Bookshop in Paris
Projekt okładkiNATALIA TWARDY
Fotografie na okładce TREE4TWO/ISTOCK SUPERSTARPHOTO/MAGNIFIC ARTANTIKUSUMAAYU/MAGNIFIC ANDERSPHOTO/ADOBE STOCK
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA
RedakcjaELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK
KorektaIWONA HUCHLA
Redakcja technicznaSTANISŁAW TUCHOŁKA / panbook.pl
Copyright © 2024 Daisy Wood Translation © Publicat S.A. 2026, translated under licence from HarperCollins Publishers Ltd.
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7122-1
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Patrickowi i Nickowi
oraz pamięci ponad jedenastu tysięcy żydowskich dzieci
aresztowanych we Francji w latach 1942–1944
i wywiezionych do obozu koncentracyjnego w Auschwitz,
gdzie zostały zamordowane
Ta opowieść jest fikcją literacką. Jak dotąd nikt nie znalazł dowodu na istnienie w Paryżu księgarni z tajnym pomieszczeniem, gdzie ukrywali się ludzie; wiemy jednak, że podziemną gazetę drukowano właśnie w piwnicy sklepu z książkami. Pomimo to starałam się jak najwierniej oddać tło historyczne. Wojska niemieckie weszły do Paryża 14 czerwca 1940 roku i okupowały miasto do 25 sierpnia 1944. Francja została podzielona na dwie strefy. Północna, okupacyjna, pozostawała pod władzą Niemców; południową administrował kolaboracyjny rząd z siedzibą w Vichy. W ciągu tych czterech długich lat Francuzi doświadczyli upokorzeń, przymusu, a nieraz i głodu. Żywność była wywożona do Niemiec, a linie zaopatrzenia wewnątrz kraju też pozostawały w rękach władz okupacyjnych. Jedna z pierwszych i najbardziej wpływowych grup oporu powstała w Musée de l’Homme, którego dyrektor, antropolog Paul Rivet, był zdecydowanie przeciwny nazistowskiej tezie o rzekomej supremacji Aryjczyków. Członkinią tej grupy była Agnès Humbert, historyk sztuki. Jej wspomnienia zatytułowane Résistance opisują odwagę i nieustępliwość bojowników o wolność.
Dwie inne książki, które szczególnie mnie zainteresowały, to dziennik Hélène Berr, ukazujący wojenną codzienność Paryża z punktu widzenia żydowskiej studentki, oraz Curfew in Paris Ninetty Jucker, której niestety nie można już znaleźć w księgarniach. Ninetta była Angielką zamężną z Włochem; udało jej się uniknąć deportacji do Besançon i całą okupację spędziła w stolicy.
Pozwoliłam sobie także umieścić w tej książce postać, która istniała naprawdę: ojca Franza Stocka, „archanioła uwięzionych”. Był to Niemiec, katolicki ksiądz odpowiedzialny za opiekę duchową nad więźniami hitlerowskich więzień, takich jak Mont-Valérien, La Santé i Cherche-Midi. Był świadkiem niemal dwóch tysięcy egzekucji. Dostarczał uwięzionym żywność, książki i listy, choć wiązało się to dla niego z osobistym ryzykiem.
Los żydowskich dzieci w ówczesnej Francji wyciska łzy z oczu. Już na początku wojny do domów dziecka trafiły setki sierot, których rodzice zostali zabici bądź uwięzieni. Wkrótce ich liczba znacznie wzrosła. Żydowski ruch skautowski, organizacje dobroczynne, społeczności lokalne i jednostki dokładały starań, by te dzieci ukryć albo przewieźć do neutralnej Szwajcarii. Ocalono około siedmiu tysięcy, lecz ponad jedenaście zostało w latach 1940–1942 wywiezionych do Auschwitz i w większości zagazowanych zaraz po przybyciu. Fakt, że tropiła je francuska policja, pozostaje źródłem narodowej hańby.
Ważne jest jednak, by nie spychać przeszłości w zapomnienie, nawet gdy jest bolesna. Sporą część tej książki napisałam już po wybuchu wojny w Ukrainie, kiedy to dylemat „poddać się czy stawić opór?” nabrał szczególnej ostrości. Straty, jakie poniósł i wciąż ponosi ten kraj, pokazują cenę walki z najeźdźcą, lecz męstwo Ukraińców porusza i inspiruje ludzi na całym świecie. Wydaje się zdumiewające, że po osiemdziesięciu latach rozgrywa się znów ten sam dramat przemocy i zniszczenia. Jest w nim jednak miejsce także na dobro i człowieczeństwo, na niedającą się zmiażdżyć siłę ludzkiego ducha, która łączy nas ze sobą w najtrudniejszych czasach.
W momencie, w którym Jacques po raz pierwszy zobaczył ten pusty, wzgardzony i brudny lokal, ujrzał też oczyma wyobraźni, czym może się on stać. Pośrednik mówił o lokalizacji i potencjalnej liczbie klientów, ale Jacques go nie słuchał: puszczał wodze fantazji. Stali w sześciokątnym, obitym boazerią foyer, gdzie ustawiłby kasę i może kilka stojaków z elegancką papeterią. Po prawej otwierało się przestronne pomieszczenie z wysokimi oknami wystawowymi, które wychodziły na ulicę. Tu byłby główny lokal sklepowy, dostatecznie duży, żeby obudować go biegnącymi wzdłuż ścian półkami, a na środku ustawić gablotę, którą w miarę możliwości wypełni cennymi pierwodrukami. Doda kilka taboretów, na których klienci mogliby przysiąść, żeby przeczytać parę stron. I lampy. Tak, rozstawione tu i ówdzie stojące lampy. Nastroju dopełni cicha muzyka w tle.
Na lewo od wejścia parę stopni w dół prowadziło do mniejszego, zacisznego pokoju z pękatym żelaznym piecykiem. Tu ustawiłby obrotowy stojak z książkami dla dzieci, podłogę zasłałby mnóstwem barwnych poduszek i może jeszcze... właśnie: przyda się tu półka z książkami kucharskimi. Jedna będzie otwarta na jakimś szczególnie nęcącym przepisie. Stworzy prawdziwy sezam, ciepły i zaciszny zimą, gdy z nieba leje się marznący deszcz, a chłodny latem – przez otwarte okna wiatr będzie niósł zapach upieczonego chleba ze znajdującej się naprzeciw boulangerie. Cisza i życzliwy, gościnny spokój. Atmosfera, która będzie koić troski zwabionych do wnętrza klientów. On sam – nieco na uboczu, gotów pomóc, jeśli zajdzie potrzeba – pozwoli im szperać po półkach tak długo, jak będą mieli ochotę. Chciał dzielić z nimi radość, jaką daje odkrycie w autorze bratniej duszy; ekscytację płynącą z porwania przez wir opowieści barwniejszej i żywszej od dnia codziennego. Nazwie swój sklep La Page Cachée – Ukrytą Stronicą. Wiedział przecież, ile magii można odkryć między okładkami książki.
Dawniej sprzedawano tu damskie kapelusze i pończochy, ale wedle słów agenta właścicielka sklepu przeniosła się na starość do Deauville. W tym samym budynku, dwa piętra wyżej, było do wynajęcia pozostawione przez nią mieszkanie, gdyby szanowny pan okazał się zainteresowany...
– Tak – posłyszał własne słowa, zanim przyszło mu do głowy, żeby spytać o czynsz. – Wynajmę jedno i drugie.
Nie mógł się przecież spierać z przeznaczeniem. Wszak to ono podsunęło mu jak na tacy spełnienie marzenia, które prześladowało go od pięciu lat, odkąd zaczął sprzedawać książki: własny sklep.
W tym czasie zdążył również zakochać się w Mathilde, i to po jednej z nią rozmowie. Byłą kustoszką w Musée de l’Homme po przeciwnej stronie Łuku Triumfalnego, chociaż wyglądała raczej na gwiazdę filmową niż uczoną. Weszła do księgarni, w której wtedy pracował, szukając publikacji z dziedziny egiptologii. Zaczęli pogawędkę, którą Jacques odtwarzał w myślach przez kilka następnych dni. Nie ośmieliłby się smalić do niej cholewek – już na pierwszy rzut oka wydawała się poza zasięgiem – ale z zapałem rozmawiali o książkach, później o jej pracy, o różnych wystawach planowanych w świeżo zreorganizowanym muzeum. Jak stwierdziła, jego celem jest gromadzenie wszystkiego, co definiuje istotę ludzką. Miał to być swoisty hymn na cześć różnic, ale i podobieństw.
Ożywiona, była jeszcze piękniejsza. Orzechowe oczy jarzyły się własnym światłem, a pięknie wykrojone usta wyginały się w uśmiechu. Jacques zgodził się z nią, że takie założenie ma szczególnie wiele sensu zwłaszcza w obecnych czasach, zważywszy na to, co dzieje się w Niemczech...
Zaczął odwiedzać ją w muzeum i wkrótce się zaprzyjaźnili. Regularnie jadali razem lunch – bagietki w Ogrodach Trocadéro – rozmawiając o tubylcach z Samoa i rytach przejścia u rozmaitych plemion indonezyjskich. Przynosił jej kwiaty, które stawiała na swoim biurku, świeżo wydane książki, które mogły jej się spodobać, a raz nawet parę rękawiczek, kiedy zgubiła swoje w metrze. Nocami zaś śnił, że bierze ją na ręce i przenosi przez próg La Page Cachée. W rzeczywistości nigdy nawet jej nie pocałował – ze strachu, że zniszczy łączącą ich kruchą więź.
Sklep nabierał kształtu. Tak się szczęśliwie złożyło, że przyjaciel Jacques’a, Henri, był cieślą. Pracował właśnie przy przebudowie luksusowej willi przy Boulevard Haussmann, w której powstawały mieszkania do wynajęcia. Dzięki temu Jacques mógł tanio odkupić kilka pięknych dębowych regałów bibliotecznych, które Henri zamontował w największym pomieszczeniu wraz z przesuwną drabiną. Poświęcił na to kilka wieczorów i niedziel. Półki sięgały aż do sufitu. Było dość miejsca, aby Jacques nie musiał się zastanawiać, gdzie znajdzie dany tytuł. Zainwestował wszystkie swoje oszczędności i dopożyczył pieniędzy z banku. Wieczorami wertował katalogi wydawców i zaczął już składać zamówienia w hurtowni. Henri cyklinował i woskował drewniane podłogi, a Jacques biegał po pchlich targach, szukając dywanów i lamp. Wprowadził się do mieszkania na drugim piętrze z jednym materacem, paroma garnkami i patelnią. Na parterze budynku było tylne wejście do sklepu, tak że czasem przez kilka dni z rzędu nie wychodził na ulicę. Co dzień rano meldowała się na śniadanie bezdomna pręgowana kotka. Jacques dał jej na imię Milou i przygotował dla niej koszyk obok piecyka.
Wszystko było już prawie gotowe do otwarcia. Zastanawiał się nieraz, czy powinien powiedzieć Mathilde, co do niej czuje. Chyba go lubiła; byli razem na dwóch wystawach i w kinie, a przy naleśnikach i bretońskim cydrze gruntownie omówili naskalne rysunki wykonane w jaskiniach przez Buszmenów z Afryki Południowo-Zachodniej. Śmieszyły ich te same dowcipy, tak samo martwiły doniesienia o rosnącej sile faszyzmu i prześladowaniach Żydów. Może prędzej by się zdecydował, gdyby nie była taka piękna. Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, co ta niezwykła kobieta mogłaby zobaczyć w krótkowzrocznym, astmatycznym księgarzu z niepewnymi widokami na przyszłość. Na pewno była znużona mężczyznami ubiegającymi się o jej względy. Mimo to sklep natchnął go odwagą – teraz miał coś, co mógł jej ofiarować. Nie wspomniał jej dotąd o La Page Cachée; chciał zaczekać, aż wszystko zostanie dopięte na ostatni guzik, zanim wyzna swą skrywaną namiętność. Czuł, że jeśli to prędko nie nastąpi, chyba pęknie.
Pewnego ciepłego wiosennego wieczoru, kiedy zaczęły rozkwitać wiśnie, umówił się z nią w muzeum po pracy. Ruszyli spacerem w stronę Łuku i wreszcie znalazł odwagę, żeby opowiedzieć jej o swoich marzeniach. Słuchała uważnie, świadoma wagi chwili, i nagle powietrze między nimi zaiskrzyło. Widoki i dźwięki miasta zniknęły; byli tylko on i kobieta, z którą chciał spędzić resztę życia.
Weszli na Place Dorée. Zdobiona latarnia uliczna świeciła w zapadającym zmroku niczym sygnałowa pochodnia. W oknie księgarni paliła się lampa, świeżo wymalowany szyld pysznił się nad drzwiami. Jacques trzęsącymi się rękami wetknął klucz do zamka, przekręcił go i zaprosił Mathilde do środka. Sklep wyglądał tak, jak go sobie wyobraził przed kilkoma miesiącami: oaza spokoju pełna opowieści, które czekają, by ich ktoś wysłuchał.
Obeszła go powoli, w milczeniu, chłonąc każdy szczegół. Tu i tam zdjęła książkę z półki, żeby zobaczyć okładkę, albo delikatnie powiodła palcem po złoconym skórzanym grzbiecie. Milou otarła się przyjaźnie o jej nogi.
Jacques wstrzymywał oddech. Po nim samym i Henrim była dopiero trzecią osobą, która ujrzała to miejsce w pełnej krasie.
– Cudowna – powiedziała w końcu, obracając się do niego ze światłem w oczach.
Uświadomił sobie, że nadszedł czas na pocałunek. Objął delikatnie smukłą talię Mathilde i przyciągnął ją do siebie. Wargi miała właśnie tak miękkie i słodkie, jak sobie roił.
– Kocham cię od naszego pierwszego spotkania – wyszeptał, kiedy odzyskał głos. – Nie obawiaj się, nie żądam tego samego od ciebie, ale po prostu musiałem ci powiedzieć. Od rana do nocy myślę tylko o tobie. Dzięki temu, że jesteś na świecie, stał się on zupełnie innym miejscem, a kiedy jesteśmy razem, ja też się zmieniam. Przy tobie czuję, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Ten sklep – powiódł dookoła ręką – powstał dzięki tobie. I dla ciebie.
Uśmiechnęła się do niego. Z ulgą odpowiedział uśmiechem. Wreszcie to z siebie wyrzucił i... chyba jej nie przeraził ani nie zgorszył.
– Och, Jacques... – Zajrzała mu w oczy. – Chyba zdajesz sobie sprawę, że ja też cię kocham?
– Poważnie? – wyjąkał z niedowierzaniem.
– Poważnie! – Zaśmiała się. – A czemu nie? Jesteś mądry i dobry, mogę z tobą rozmawiać o wszystkim. Mój wygląd nie interesuje cię bardziej niż to, co myślę i kim jestem. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś, kto by tak dobrze, tak całkowicie mnie rozumiał. Jesteśmy bratnimi duszami. – Objęła dłonią jego policzek. – A tym dołeczkom po prostu nie sposób się oprzeć.
Pocałowali się jeszcze raz i tym razem ziemia przestała się obracać.
Tak oto Jacques zdobył wszystko, czego kiedykolwiek pragnął. Miał niebo w zasięgu ręki i tylko trochę, odrobinę się bał, że bogowie, którzy tak nieoczekiwanie okazali mu swą przychylność, jutro zmienią zdanie.
Niedługo później wpakował do chlebaka butelkę szampana, do kieszeni zaś pierścionek zaręczynowy swojej babki, i kiedy siedzieli na stopniach Sacré-Coeur, a skwierczące w letnim upale miasto leżało im u stóp, wziął Mathilde za rękę i spytał, czy za niego wyjdzie.
– Tak – odpowiedziała, śmiejąc się i płacząc równocześnie. – O, tak! Będę z tobą bardzo szczęśliwa.
Pobrali się w ratuszu na początku września. Ceremonia kościelna była skromna i odbyła się między nabożeństwami. Kiedy przy dźwięku dzwonów wyszli z kościoła, dowiedzieli się, że Anglia i Francja są w stanie wojny z Niemcami.
To był zarazem najlepszy i najgorszy dzień w życiu Jacques’a. Strach, że mógłby utracić Mathilde, przytłoczył go z niemniejszą siłą niż miłość.
– Boję się myśleć, że moglibyśmy zostać rozdzieleni – szepnął do niej w nocy, wodząc palcami wzdłuż jej szczupłych pleców. – Jesteś mi niezbędna jak powietrze. Nie zdołałbym przeżyć bez ciebie.
Obróciła się, żeby na niego spojrzeć.
– Moje serce zawsze będzie należało do ciebie, nawet gdy coś nas rozłączy. Może będziemy zmuszeni się rozdzielić, ale nigdy nie zwątp we mnie, Jacques. Kocham cię duszą i ciałem. Zawsze będę.
– Przestań. – Zakrył jej usta dłonią. Nie był jeszcze gotowy na takie słowa.
Przez następne miesiące Francja wstrzymywała oddech. Nie było wiadomo, czy i kiedy Hitler uderzy. Jacques, przez astmę sklasyfikowany jako niezdolny do służby wojskowej, czuł zmieszaną ze wstydem ulgę. Henri został zmobilizowany i wysłany na szkolenie. Wiosną siły niemieckie zajęły Belgię i Luksemburg; w maju przerwały francuskie linie obrony i dotarły aż do wybrzeża. Na początku czerwca Luftwaffe zaczęła bombardować Paryż. Ludzie masowo uciekali z miasta.
– Może też powinniśmy wyjechać – zastanawiała się Mathilde. – Moglibyśmy się schronić u mojego kuzyna Pierre’a w Prowansji.
– I zostawić Paryż Niemcom? – żachnął się Jacques. – Nie możemy porzucić domu i uciec. Poza tym maman nie zniesie podróży.
Matka Jacques’a cierpiała na żołądek i raptownie traciła na wadze.
Inni jednak uciekali. Ładowali dobytek na taczki, wózki i rowery. Długie sznury furgonetek stały w korkach na drogach. Uchodźcy szli w nieznane, brakowało im żywności, nie zastanawiali się nawet, gdzie znajdą dach nad głową – byle dalej na południe, byle zdążyć, nim wejdą Niemcy. W zamieszaniu rodziny traciły ze sobą kontakt; dzieci i starcy umierali z wyczerpania bądź odwodnienia, ginęli w wypadkach drogowych. Ludzie okradali się nawzajem i potrafili toczyć zacięte bójki o każde osłonięte miejsce na nocleg. Ginęli od zrzucanych z samolotów bomb i od ognia karabinów maszynowych. Czytając doniesienia w gazetach, Jacques i Mathilde cieszyli się, że zostali w Paryżu. Starsza pani Duval sprowadziła się do nich. Doktor potwierdził to, czego się obawiali: cierpiała na raka żołądka i nie zostało jej wiele czasu. Z całą pewnością nie przeżyłaby podróży, ale tak czy owak Jacques nie chciał zostawiać ukochanej księgarni na łup hitlerowców, a Mathilde zamierzała pracować w muzeum, jak długo to będzie możliwe.
Nim nastał czerwiec, armia była w odwrocie. Rząd wyjechał z Paryża. Marszałek Pétain ogłosił, że miasto nie będzie bronione. Kilka dni później Jacques i Mathilde poszli pod Łuk Triumfalny i trzymając się za ręce, patrzyli na wkraczających do stolicy Niemców. Żołnierze maszerowali pieszo, jechali konno, w czołgach, ciężarówkach i limuzynach. Na ulicach zaroiło się od szarozielonych szwabskich mundurów (choć rozumniej było nie używać publicznie tego określenia). Tablice uliczne zmieniono na niemieckie; z balkonów i budynków publicznych zwisały czerwone flagi ze swastyką. Na samym początku inwazji podpalono zbiorniki z ropą i benzyną; nad miastem długo wisiał gęsty opar, a potem sadza spadła na ziemię z czarnym oleistym deszczem, po którym chodniki zrobiły się ciemne i śliskie. Jacques miał uczucie, że Paryż jest w żałobie, jego niebo płacze czarnymi łzami. Na ulicach panowała martwa cisza. Ptaków nie było – zabił lub przepędził je smog – a ludzie bali się wychodzić z domów.
– Słyszałeś? – wydyszała Mathilde, gdy przybiegła z pracy do domu. – Pétain poprosił Niemców o rozejm! Poddał się praktycznie bez walki! Wstyd mi, że jestem Francuzką!
Naród okrył się hańbą, choć nikt nie mówił o tym głośno. Ogłoszono godzinę policyjną i obowiązek całkowitego zaciemnienia. Zamykano coraz więcej sklepów, autobusy przestały kursować, nawet zegary przestawiono na czas obowiązujący w Niemczech. Ciszę mąciły tylko rytmiczny łoskot podkutych żołnierskich buciorów i marszowe pieśni. Eins, zwei, drei. Halt! Widok żołnierzy defilujących po Polach Elizejskich wprawiał Mathilde we wściekłość. Jacques’owi robiło się rozpaczliwie smutno, jakby dłoń w czarnej rękawicy ściskała mu serce.
– Przynajmniej są uprzejmi – mawiała madame Bourdain, konsjerżka w ich kamienicy. – Panuje dyscyplina, nie słyszy się o rabunkach, zbiorowych gwałtach czy niekontrolowanej przemocy. No owszem, palą papierosy w metrze i nago kąpią się w Sekwanie, ale miło na nich spojrzeć – dodawała filuternie – bo wielu jest rosłych i świetnie zbudowanych. No i widać, że Paryż im się podoba.
Z biegiem dni miasto wypracowało sobie nową, acz trochę dziwną normę. Część Paryżan, którzy uciekli na południe, schowała dumę do kieszeni i wróciła do dawnego życia w narzuconym reżimie. Powrócił też Henri. Udało mu się dotrzeć samotnie do domu z lasów Alzacji, choć większość jego towarzyszy broni trafiła do obozów jenieckich w Niemczech. Pétain stanął na czele marionetkowego rządu z siedzibą w Vichy, w strefie wolnej od bezpośredniej okupacji, i dokładał starań, by wiernie wypełniać niemieckie rozkazy.
W Paryżu okupanci głównie buszowali po sklepach. Kurs wymiany był dla nich korzystny, każdy zakup jawił się więc okazją i doprawdy mogło się zdawać, że głównym celem inwazji jest opróżnienie magazynów. Rzadko widywało się oficera bez pakunku pod pachą, a na dworcach bagażowi zwijali się jak w ukropie, wożąc sterty paczek nadawanych do Niemiec. Brakowało benzyny, na ulicach nie spotykało się już prywatnych samochodów, za to wozy meblowe były wszędzie: wywoziły sprzęty, dywany, obrazy, pościel, odzież i biżuterię z poddanych rekwizycji mieszkań. Paryż się wykrwawiał, a Niemcy tuczyli normandzkim masłem, kiełbasą z Tuluzy i winem z Doliny Loary. Hitler orzekł, że każdy niemiecki żołnierz powinien przynajmniej raz zwiedzić Paryż; obwożono ich więc wokół Wieży Eiffla, Notre Dame i Sacré-Coeur, gdzie robili zdjęcia i kupowali pamiątki na ulicznych straganach. Jacques ponownie otworzył księgarnię i sporo zarabiał na pocztówkach i przewodnikach. Mathilde uważała, że nie powinien obsługiwać szwabów, ale co by im z tego przyszło? Musieli z czegoś żyć, a rachunki doktora i leki dla matki były coraz kosztowniejsze.
Jacques brnął przez kolejne niekończące się dni otępiały z rozpaczy. Mathilde spalała się w podskórnej furii. Zaczęli się kłócić – zawsze w nocy i szeptem, żeby maman nie słyszała. Życie było ciężkie: żywność racjonowano, kobiety wystawały w długich kolejkach do sklepów, w których niewiele mogły kupić. I nagle któregoś wieczoru Mathilde wpadła do sypialni jak bomba z dawnym światłem w oczach. Złapała w radiu audycję nadawaną z Anglii, której siły powietrzne toczyły heroiczny bój z Luftwaffe. Jakiś francuski wojskowy, generał nazwiskiem de Gaulle, zwracał się do rodaków, żeby powstali przeciw nazistom.
– Szkoda, że go nie słyszałeś! – wykrzyknęła, rzucając się na łóżko. – Apeluje, byśmy zwarli szeregi i stawili opór zamiast płaszczyć się przed Hitlerem. Wreszcie mamy przywódcę, który jest coś wart!
Ziarno strachu, którego Jacques’owi nigdy nie udało się pozbyć, rozrosło się gwałtownie w obficie rozgałęzione pnącze, które zdusiło mu serce i płuca, tak że ledwie łapał oddech. Czuł, że straci swoją cudowną, ukochaną żonę. Była zbyt namiętna, zbyt odważna. Taka żarliwość zwykle prowadzi do zguby.
– Nie – zaoponował głosem łamiącym się z nerwów. – Nie będę go słuchał i ty też nie powinnaś. Jeśli Niemcy się dowiedzą, trafisz do więzienia i Bóg jeden wie, co z tobą zrobią. Wyrzuć to radio, zanim sąsiedzi coś zwęszą. Błagam cię. Nie warto aż tak ryzykować.
Żadne z nich nie spało dobrze tej nocy. Mathilde wstała o świcie; słyszał, że parzy kawę. Poszedł za nią do kuchni.
– Musimy mieć nadzieję – powiedziała – żeby w ogóle było po co żyć. Nie potrafię stać bezczynnie, gdy Niemcy się tu panoszą. Chyba to rozumiesz, prawda?
Nie zdołał znaleźć słów. Miał poczucie, że już ją stracił. Objął mocno żonę, opierając podbródek na czubku jej głowy. Patrzyli razem, jak słońce wschodzi nad dachami ich ukochanego miasta – znanego, a jednak obcego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
