Zapiski starego świntucha - Charles Bukowski - ebook + książka

Zapiski starego świntucha ebook

Charles Bukowski

4,3

Opis

Charles Bukowski w nowym wydaniu!

Ta książka to rodzaj osobistego pamiętnika, publikowanego w formie stałej rubryki na łamach jednego z kalifornijskich czasopism z lat 60. Autor ostro komentuje wydarzenia w polityce, z dużą wrażliwością reaguje na kwestie społeczne, w mocnych, niemal drastycznych, nie pozbawionych przy tym refleksji zdaniach opisuje własne życie i twórczość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (14 ocen)
7
4
3
0
0

Popularność




Tytuł oryginału: NOTES OF A DIRTY OLD MAN
Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA
Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA
Projekt okładki: TOMASZ LEC
Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © 1969 by Charles Bukowski All rights reserved For the Polish edition Copyright © 2016, Noir sur Blanc, Warszawa All rights reserved
Wydanie czwarte Pierwsze wydanie w tej edycji
ISBN 978-83-7392-595-3
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o. ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa e-mail: [email protected] księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Zapiski starego świntucha

jakiś drań nie chciał wyjechać z kasą, wszyscy twierdzili, że są spłukani, więc złożyliśmy karty i siedziałem teraz z moim kumplem Elfem, byliśmy sami, a Elf chorował na coś, jak był dzieckiem, i całymi latami leżał w łóżku i robił dziwne ćwiczenia – ugniatał gumowe piłeczki i inne podobne rzeczy, i gdy pewnego dnia wstał z łóżka, był tak samo szeroki jak wysoki: śmiejąca się góra mięśni, i koniecznie chciał zostać pisarzem, tyle że pisał za bardzo pod Thomasa Wolfe’a, a T. Wolfe (poza Dreiserem) był najgorszym pisarzem, jakiego Ameryka kiedykolwiek wydała, i przywaliłem Elfowi tuż za uchem – bo powiedział coś, co nie przypadło mi do gustu – ze stołu spadła butelka i gdy się podniósł, ściskałem w ręku butelkę, szkocka w dobrym gatunku, i rąbnąłem go jeszcze raz – częściowo w szczękę, a częściowo w szyję – i Elf znów osunął się na podłogę; czułem się panem sytuacji, byłem uczniem Dostojewskiego, po ciemku słuchałem Mahlera, i miałem teraz chwilę czasu, by pociągnąć z butelki i odstawić ją na stół, potem zamarkować prawą, a lewą przyłożyć Elfowi tuż poniżej pasa, i Elf poleciał na komodę z lustrem, lustro się rozprysło, zupełnie jak w kinie – brzęk i lecące na podłogę odłamki szkła – gdy wtem Elf rąbnął mnie w nasadę nosa tak, że poleciałem do tyłu, razem z krzesłem, które pode mną się dosłownie rozsypało, tani mebel, i teraz ja byłem w opałach – miałem za małe pięści i prawie żadnej ikry niezbędnej w prawdziwej bójce i nie mogłem przywalić mu tak, żeby się ode mnie odczepił, a on ruszył na mnie jak oszalały i pałający zemstą zombi z jakiegoś horroru i na każdy mój cios (niespecjalnie dobry) odpowiadał trzema; w całym pokoju wszystko szło w drobny mak – meble, szkło – z potwornym łoskotem, i pomyślałem, że może ktoś wreszcie usłyszy cały ten rumor, przyleci i położy temu koniec – gospodyni, gliny, Bóg, ktokolwiek – ale nie, nikt nie chciał przylecieć i to się ciągnęło i ciągnęło bez końca, a dalej już nic nie pamiętam.

gdy doszedłem do siebie, świeciło słońce, a ja leżałem pod łóżkiem. wyczołgałem się i stwierdziłem, że mogę się podnieść – najpierw na kolana, a potem na nogi. miałem rozcięty podbródek i obdarte ze skóry kostki na rękach. budziłem się już w o wiele gorszych stanach i w o wiele gorszych miejscach. jak w więzieniu? może. rozejrzałem się po pokoju: to zdarzyło się naprawdę. wszystko w drzazgach, obsmarowane i poplamione krwią, potrzaskane – lampy, krzesła, komoda, fotele, łóżko, popielniczki – zniszczone, zdemolowane, zrujnowane, bez sensu, bez ładu i składu. napiłem się trochę wody, powlokłem do szafki i wyciągnąłem szufladę: wszystko było na swoim miejscu – dziesiątki, dwudziestki, piątki – cała kasa, którą wrzucałem tam po drodze od stolika do kibla, gdy musiałem pójść się odlać, i wtedy przypomniałem sobie, że cała ta chryja zaczęła się właśnie z powodu PIENIĘDZY. wygarnąłem wszystkie zielone, wsunąłem je do portfela, z kąta wyciągnąłem walizkę z tektury, położyłem ją na resztkach łóżka i do środka zacząłem wrzucać swoje łachy: robocze koszule, stwardniałe na kamień buty z dziurami w podeszwach, brudne skarpetki, rozchodzone spodnie, maszynopis opowiadania o tym, jak kiedyś zarobiłem parę szram i szwów w operze w San Francisco, i rozpadający się słownik, wydanie kieszonkowe: „palingeneza – występowanie w ciągu indywidualnego rozwoju organizmu cech zanikłych już w procesie ewolucji danej grupy”.

budzik chodził; stary, dobry budzik – ile to już razy patrzyłem na niego o 7.30 rano, na potwornym kacu, i mówiłem do siebie: „do chuja z pracą? DO CHUJA Z PRACĄ!” teraz wskazywał 4 po południu. miałem go właśnie położyć w walizce na samą górę, gdy rozległo się – jasne, no co? – pukanie do drzwi.

– TAAK?

– PAN BUKOWSKI?

– TAK? TAK?!

– CHCIAŁABYM WEJŚĆ I ZMIENIĆ POŚCIEL.

– OCH, NIE, NIE DZISIAJ, DZISIAJ JESTEM CHORY!

– OCH, TAK MI PRZYKRO! ALE PROSZĘ MNIE WPUŚCIĆ NA CHWILĘ I POZWOLIĆ TYLKO ZMIENIĆ POŚCIEL!

– NIE, NIE, JESTEM CHORY, PRZECIEŻ POWIEDZIAŁEM PANI, ŻE JESTEM CHORY! NIE CHCĘ, ŻEBY MNIE PANI WIDZIAŁA W TAKIM STANIE!

i tak dalej. w kółko to samo. mówiła, że chce mi tylko zmienić pościel; ja mówiłem, że nie. ona – że chce mi zmienić pościel, ja – że nie ma mowy. w koło Macieju. ta gospodyni. co za ciało! wszystko w niej krzyczało: CIAŁO CIAŁO CIAŁO! mieszkałem tam dopiero 2 tygodnie i na dole był bar; gdy ktoś chciał się ze mną zobaczyć, a mnie nie było akurat w domu, mówiła: „on jest na dole, w barze. on zawsze jest na dole, w barze”. i ludzie przychodzili do baru i od wejścia pytali: „rany boskie, człowieku, kto to jest ta twoja GOSPODYNI?”

ale to dorodne białe ciało leciało na Filipinosów, a ci Filipinosi, mówię wam, ci to znali numery, takie numery, na które żaden biały nie wpadłby przez całe życie, nawet ja. ale tych Filipinosów już nie ma – z ich nasuniętymi głęboko na czoło kapeluszami w stylu George’a Rafta, z wywatowanymi na ramionach marynarkami; zawsze wyprzedzali modę – te chłopaki ze sprężynowcami w kieszeniach, w butach na wysokich obcasach, o nalanych, złych twarzach, co się z wami stało?

no dobra; nie miałem ani kropli do picia i przez wiele godzin siedziałem u siebie, odchodząc od zmysłów; rozwścieczony, zmordowany, z jajami jak fistaszki i z 450$ łatwej kasy, za którą nie mogłem kupić nawet odstałego piwa. czekałem na ciemność. na ciemność, nie na śmierć. chciałem wyjść. jeszcze raz zaryzykować. miałem tego już tak dość, że wreszcie zebrałem nerwy do kupy i uchyliłem drzwi, z wciąż założonym łańcuchem. a tam stał jeden z nich, tych jej Filipinosów, i opierał się na wielgachnym młocie. za każdym razem, gdy uchylałem drzwi, ta żółta małpa podnosiła młot i szczerzyła zęby. gdy drzwi przymykałem, żółtek wyciągał z ust gwoździe i robił taki ruch, jak gdyby chciał je wbić w chodnik, którym były wyłożone schody prowadzące na parter i do jedynego wyjścia w całym domu. nie mam pojęcia, jak długo to trwało. otwieram drzwi, on podnosi swój młot i suszy zęby. pierdolona małpa! stał tam, jak gdyby zapuścił korzenie. zaczynałem naprawdę odchodzić od zmysłów, zalewać się potem, cuchnąć, małe kółka zaczęły mi wirować i migotać migotać migotać w mózgu i przed oczami. bałem się, że naprawdę zwariuję. podszedłem do łóżka i podniosłem walizkę: była lekka, zaledwie parę szmat, gdy wtem mój wzrok padł na maszynę do pisania – stalową przenośną maszynę, którą kiedyś pożyczyłem od żony mego byłego przyjaciela i nigdy nie oddałem. przyjemnie się ją czuło w ręku – szara, płaska, ciężka, złośliwa i banalna. oczy przekręciły mi się na tył głowy, łańcuch naraz opadł, drzwi były otwarte i z tekturową walizką w jednej ręce i kradzioną maszyną do pisania w drugiej stanąłem twarzą w twarz z ogniem karabinów maszynowych, ze wschodzącym słońcem, z końcem tego wszystkiego.

– HEJ, GDZIE IDZIESZ?!

żółta małpa podniosła się na jedno kolano i zaczęła unosić młot nad głowę. tego właśnie potrzebowałem – błysku światła na obuchu; walizkę ściskałem w lewej ręce, a w prawej – stalową maszynę do pisania; żółtek był w doskonałej dla mnie pozycji: tuż pod moim kolanem. wziąłem porządny zamach i wykorzystując siłę ciężkości, z pewną wściekłością, najdokładniej jak mogłem, płaską stroną maszyny walnąłem go w skroń, w czaszkę, w całe jego jestestwo.

błysk światła, krzyk, jak gdyby cały świat naraz krzyknął, i cisza. nagle byłem na zewnątrz, na chodniku, nie wiedząc nawet, jak zbiegłem po tych wszystkich stopniach. jak na zawołanie nadjeżdżała żółta taksówka.

– TAXI!

byłem w środku.

– UNION STATION!

co za wspaniałe uczucie: słuchać cichego szumu opon w porannym powietrzu.

– NIE, CHWILECZKĘ, NA DWORZEC AUTOBUSOWY!

– O CO CHODZI? – spytał taksiarz.

– WŁAŚNIE ZABIŁEM OJCA.

– ZABIŁEŚ OJCA?

– SŁYSZAŁEŚ O KIMŚ TAKIM JAK JEZUS CHRYSTUS?

– JASNE!

– NO WIĘC, NA DWORZEC AUTOBUSOWY!

na dworcu czekałem z godzinę na autobus do Nowego Orleanu, zastanawiając się, czy rzeczywiście zabiłem tamtego gościa. wreszcie wsiadłem do autobusu; maszynę do pisania wepchnąłem w głąb półki nad głową, żeby mnie samemu na koniec nie rozwaliła czaszki. była to długa podróż z długim piciem, bo na szczęście miałem ze sobą jakąś butelkę, i nawet z gadu-gadu z jakąś rudą z Fort Worth. w Fort Worth wysiadłem razem z nią, ale okazało się, że mieszka z matką, i musiałem znaleźć sobie jakieś lokum. przez pomyłkę wylądowałem w burdelu – przez całą noc wrzaski: „HEJ! TEGO nie wetkniesz we MNIE, choćbyś mi PŁACIŁ nie wiem ile!”, nieustanny szum wody w toaletach, trzaskanie drzwiami.

ta ruda – to było całkiem miłe i niewinne stworzenie, albo udawała taką, żeby złowić lepszego klienta. w każdym razie opuściłem to miasto, nie dobrawszy się nawet do jej majtek. i w końcu wylądowałem rzeczywiście w Nowym Orleanie.

ale Elf, pamiętacie? ten koleś, z którym się u mnie biłem. no więc podczas wojny zabili go z karabinu maszynowego. słyszałem, że leżał jeszcze jakieś 3 czy 4 tygodnie w szpitalu, nim zszedł. a najdziwniejsze w tym wszystkim, że wtedy, u mnie, powiedział mi, nie, on mnie zapytał:

– załóżmy, że jakiś GŁUPI sukinsyn pociągnie za cyngiel i przetnie mnie na pół?

– no, to wtedy sam będziesz sobie winien.

– dobra, dobra, ja wiem, że ty nie skończysz przez serię z jakiegoś pieprzonego cekaemu.

– a tego to możesz być pewien; chyba że będzie to cekaem Wuja Sama.

– nie wciskaj mi kitu! przecież wiem, że kochasz ten kraj! to widać w twoich oczach! miłość, prawdziwa miłość!

to właśnie wtedy przywaliłem mu po raz pierwszy. resztę historii już znacie.

gdy już byłem w Nowym Orleanie, upewniłem się, że nie wylądowałem w żadnym burdelu. choć całe miasto tak wyglądało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nakładem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazały się następujące książki Charlesa Bukowskiego:

NAJPIĘKNIEJSZA DZIEWCZYNA W MIEŚCIE2014

SZMIRA2014

NOCE WANILIOWYCH MYSZY2014

KOBIETY2014

KŁOPOTY TO MĘSKA SPECJALNOŚĆ2014

FAKTOTUM2014

LISTONOSZ2015

Z SZYNKĄ RAZ!2015

FRAGMENTY WINEM POPLAMIONEGO NOTATNIKA2015

HISTORIE O PRAWDZIWYM SZALEŃSTWIE2015

HOLLYWOOD2016