Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Czy wiecie, jak pachnie szczęście?
W Brzozówce, małej wsi na Powiślu, niebiańskie zapachy otulają mieszkańców przez cały rok, ale wyjątkowo intensywnie pachnie tam wiosną i latem. W coraz cieplejszym powietrzu unoszą się wyczekiwane przez wszystkich aromaty ziół i kwiatów, a w domach czuć woń pierwszych przetworów owocowych. Czy to właśnie jest zapach miłości? Miłości, która nie patrzy na wiek, stan zdrowia czy zasobność portfela? Która cierpliwie znosi nawet drobne (a czasem całkiem poważne!) złośliwości teściowej, doświadczenie tęsknoty za bliskimi i trudy wychowywania dzieci?
Sylwia Kubik po raz kolejny zaprasza nas w wyjątkową, pełną domowego ciepła i humoru podróż do świata, w którym życie, choć nie jest pozbawione trosk i wyzwań, płynie w spokojnym rytmie pór roku. W którym swoje miejsce znajdują i najmłodsi, i seniorzy. W którym takie wartości jak rodzina, wspólne dobro i życzliwość wciąż stanowią dla ludzi fundament, pozwalający budować swoją teraźniejszość i przyszłość. I dzięki którym wszyscy – młodsi i starsi – mogą spełniać swoje małe i wielkie marzenia.
Dacie się znowu skusić płynącym z Brzozówki zapachom nieba?
-------------
Serię Powiślańską pokochałam od pierwszych stron za cudowną, sielską i klimatyczną atmosferę. Za bohaterów, którzy są tak zwyczajni, a jednocześnie nadzwyczajni. Nie da się ich nie lubić… no może poza jednym małym wyjątkiem. Dzięki książkom Sylwii Kubik mogłam przenieść się myślami do czasu dzieciństwa, na moją ukochaną wieś, do domu dziadków. Tam, tak jak w Serii Powiślańskiej, zawsze pachniało chlebem i ciastem. W Brzozówce również poczujecie te zapachy
Maria Manterys-Storma
Seria Powiślańska uzależnia, ale zdecydowanie powinna być zapisywana na receptę, by odzyskać spokój, sielskość i czarodziejskość. Zalecam przedawkować. To probiotyk i witaminy w jednym!
Marzena Gackowska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 292
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o.
Copyright © 2026 by Sylwia Kubik
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska
Korekta: Anna Strakowska
Redakcja techniczna: Paweł Kremer
Projekt okładki: Lena Wójcik
Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN: 978-83-8404-144-4
Wydawnictwo Emocje, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków
wydawnictwoemocje.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Anielce Grodzickiej i Magdalenie Hupało w podziękowaniu za pomoc w uporządkowaniu danych o Brzozówce i jej mieszkańcach.
Dziękuję, Dziewczyny!
Helena, umęczona spacerem, w ten dość chłodny i wietrzny dzień z przyjemnością przyjęła zaoferowaną przez Stefana herbatę. Osłodziła ją porządnie dwiema łyżeczkami cukru i zamieszała energicznie, żeby jak najszybciej się rozpuścił. Metalowy uchwyt szklanki nagrzał się, ale na to nie zważała. Uniosła napar do ust i upiła kilka łyków wrzątku, parząc sobie spierzchnięte wargi. Przyjemne, błogie ciepło rozlało się po jej zmarzniętym ciele.
Z wiekiem było jej coraz zimniej. Kiedyś już w kwietniu chodziła boso, ciesząc się miękkością młodej trawy. Wtedy nie przeszkadzał jej chłód wilgotnej od roztopów ziemi, teraz nawet w słoneczny dzień wkładała halkę pod spódnicę, a na górę kilka warstw, żeby zimny wiatr nie wdarł się nigdzie pod ubranie. Czuła już swoje lata i choć dawno pogodziła się ze swoją starością i zbliżającym się niechybnie kresem życia, zapragnęła zachować zdrowie choć na tyle, żeby doczekać powrotu Małgosi. Ta zaś jednak najwyraźniej nie zamierzała wracać.
Rok temu nie miała pojęcia o istnieniu tej dziewczyny i nie spodziewała się, że w jej życiu pojawi się jeszcze ktoś, kogo tak pokocha. Ktoś, za kim będzie tęsknić tak jak za ukochaną ciotką i kuzynem, których już od dawna przy niej nie było. Margarethe przybyła z Niemiec, z zupełnie innego, nieznanego Helenie świata, a mimo to znalazły wspólny język i przez kilka miesięcy zgodnie wspólnie mieszkały, dzieląc się troskami i radościami. Można nawet powiedzieć, że dzięki Małgosi i wnukowi Stefana Rafałowi przypomniała sobie, czym jest prawdziwe życie. Na stare lata dane jej było zakosztować entuzjazmu młodych, oglądać ich rozwijające się uczucie. W ostatnim roku przeżyła więcej niż przez kilkadziesiąt samotnych lat.
– W takich chwilach żałuję, że nie mam telefonu. – Westchnęła, otulając szklankę zgrabiałymi rękami.
– I co by ci to dało? – burknął Stefan. – Myślisz, że młodzi mają czas, by dzwonić do starych? O czym to niby mieliby z nami gadać?
– A choćby i o tym, kiedy wrócą – odparła Helena, nieco urażona tonem głosu przyjaciela, choć przecież dobrze znała szorstkość jego charakteru. – Nie mam pojęcia, co Małgosia planuje. Nie wiem nawet, co się tam w tych Niemczech wydarzyło.
– Toć przecież doskonale wiesz! – Mężczyzna uniósł krzaczaste brwi. – Ta cała Karolina, jak tylko młodzi dali znak, że są na miejscu, przybiegła do nas z wiadomościami.
– Cóż to za wiadomości? Wiedzieliśmy, że ojciec Małgosi jest umierający i że pewnie ona zostanie przy nim przynajmniej parę dni. Ale jak długo? Tego już Małgosia nie powiedziała.
– A skąd miała wiedzieć, jak długo ojciec będzie umierać? Tego to nawet w tych wszystkich telefonach i internetach nie wyczytają. To tylko jeden Pan Bóg wie, co komu pisane.
– Też prawda. – Helena znów westchnęła. – Ale my nie wiemy nawet, czy ten człowiek jeszcze żyje.
– Pewnie żyje, skoro dziewucha wciąż przy nim siedzi.
– Ja to nikomu źle nie życzę, naprawdę. Bóg mi świadkiem, że nawet najgorszemu oprawcy nigdy śmierci nie życzyłam, ale – urwała i upiła łyk herbaty, żeby stłumić targające nią emocje – dobrze byłoby, żeby ta sprawa jakoś się w końcu rozwiązała.
Stefan zacisnął zęby i nerwowo postukał palcami w blat stołu. Małgorzata, a tym bardziej jej ojciec, wcale go nie obchodziła. To jej sprawa, na ile wyjechała. Ma tu, co prawda, pracę i obowiązki wobec seniorów w domu opieki, ale uznał, że najwidoczniej teraz można sobie brać urlop na nie wiadomo jak długo. Bardziej interesowała go data powrotu jego wnuka. Miał tylko dziewczynę zawieźć, a jak pojechał, to przepadł w Hamburgu jak i ona.
– Rafał też graty tu zostawił i siedzi tam nie wiadomo po co – sarknął. – Czego on tam jeszcze szuka?
– Pewnie czeka jak i my, aż Małgosia będzie mogła wrócić do Polski – odparła Helena, wierząc, że póki Rafał jest przy dziewczynie, to jest nadzieja, że ta niebawem wróci.
– Te ludzie to same nie wiedzą, czego chcą. Taki chory, umierający, a jeszcze chyba żyje. I po co? Czas tylko bliskim marnuje i trzyma ich w takim zawieszeniu.
Helena drgnęła, bo słowa Stefana w pełni oddawały to, co i jej nieraz przeszło przez myśl, a czego okropnie się wstydziła, wiedząc, że ani to po chrześcijańsku, ani po ludzku patrzeć tak na nieszczęście drugiego człowieka.
– Stefan, nie mów tak – szybko się zreflektowała. – Niech człowiek żyje jak najdłużej. Poczekamy, ile trzeba, bo przecież kiedyś wrócą. – Spojrzała na starego przyjaciela smutnymi, ale pełnymi nadziei oczami. – Prawda?
– Dlaczego mieliby nie wrócić? – odparł, próbując nadać głosowi pewności. – Gdzie im będzie lepiej niż w Brzozówce? To oni nas potrzebują, nie my ich – dodał, po czym na chwilę zamilkł, jakby się zawahał. – Jak ich nie było, to też jakoś sami sobie radziliśmy i dobrze żyliśmy – powiedział z lekkim wahaniem w głosie, po czym zamilkł na chwilę. – Dopij herbatę, bo całkiem ci już wystygła. Wstawię wodę na nową. Nasmażę nam jajek. Zjemy, to zaraz ci się zrobi lepiej.
Helena nic nie odpowiedziała. Nie była głodna. Właściwie to nie pamiętała, kiedy ostatnio zjadła coś pożywnego. Tęsknota za Małgosią i strach, że dziewczyna nie wróci do Polski, sprawiły, że straciła apetyt. Bała się, że ten cudowny czas, który dane jej było spędzić z wnuczką jej ukochanego Józka, właśnie się skończył.
Stefan odwrócił wzrok od twarzy przyjaciółki. Przerażały go jej smutek i bezradność w oczach. Z tej tęsknoty zapadła się w sobie, tak że przypominała bardziej dziecko niż dorosłą kobietę. Wiedział, że powinien jakoś ją pocieszyć, przygarnąć do siebie, przytulić, powiedzieć coś, co da jej odrobinę nadziei. Niestety tego nie potrafił. Nigdy nie umiał okazywać współczucia. Zrobił więc to, co umiał. Porządną jajecznicę z dużą ilością boczku dobrze wysmażonego na swojskim smalcu.
*
Chwycił wibrujący telefon i po raz kolejny odrzucił połączenie. Zleceniodawcy zaczynali się denerwować. Co prawda wyjaśnił im sytuację i uprzedził o kilkudniowej przerwie w pracy, ale minął już tydzień. Zlecenia zaczynały się piętrzyć. Ratowało go to, że zawsze był solidny i miał nieposzlakowaną opinię osoby rzetelnej i terminowej, więc wszyscy jego klienci uwierzyli w prawdziwość sytuacji i wykazali zrozumienie. Mimo to dłużej nie mogli czekać. Musiał podjąć jakąś decyzję. Mógł oczywiście zorganizować sobie tu jakiś komputer i pracować zdalnie, bo jego zawód mu to umożliwiał, ale konieczność stałego towarzyszenia Małgosi podczas wizyt w szpitalu czy choćby podwożenia jej znacznie ograniczała mu czas, który mógłby poświęcić na pracę. Zresztą w tej sytuacji trudno mu było się na czymkolwiek skupić.
Postanowił porozmawiać z dziewczyną, gdy tylko wrócą ze szpitala. A właściwie, gdy ona wróci, bo jego obecność przy niej ograniczała się do czekania na parkingu w samochodzie. Nie chciał krępować Małgosi ani jej matki, gdy czuwały przy łóżku chorego ojca i męża. Był przecież dla niego kimś obcym.
Czekając na powrót dziewczyny, miał dużo czasu na rozmyślania. I obserwację. Musiał przyznać, że tak dziwnej rodziny jeszcze nigdy nie spotkał. Po przyjeździe do Niemiec Małgosia została potraktowana przez matkę z takim dystansem i chłodem, że początkowo pomyślał, iż ta wysoka, szczupła, elegancka i niezwykle wyniosła kobieta to jakaś zupełnie obca osoba. Na niego samego spojrzała tak, że do dzisiaj wrzała w nim krew. Z pogardą i wyższością, jakby był robakiem pełzającym po talerzu, a nie kimś ważnym dla jej córki. Mężczyzną, który rzucił wszystko, by jechać przez kilkanaście godzin na złamanie karku i bezpiecznie przywieźć najbliższą jej osobę.
Uraziło go to, ale z początku jej zachowanie usprawiedliwiał trudną sytuacją. Mąż tej kobiety umierał, a w takich chwilach nie myśli się o konwenansach. Gdy jednak po kilku dniach jej podejście do niego wcale się nie zmieniało, zaczął podejrzewać, że to nie kwestia okoliczności, lecz charakteru matki Małgosi. Ta, mimo że nieraz powtarzała, iż z rodzicami niewiele ją łączy, bardzo się przejęła chorobą ojca. Niemal całą drogę do Niemiec przepłakała. Nie uspokoiła się nawet w kolejnych dniach. Gdy tylko opuszczała szpital, po jej policzkach płynęły łzy. Tę tak pełną emocji reakcję tłumaczył sobie tym, że być może jego dziewczyna udawała obojętność wobec rodziców, a tak naprawdę ich więź była silniejsza, niż twierdziła. Gdy jednak zaczął ją pocieszać, zapewniając o swoim wsparciu i zrozumieniu dla bólu z powodu stanu zdrowia jej ojca, Małgosia zdecydowanie zaprzeczyła.
– Nie płaczę nad tatą. Ani nad jego chorobą. Płaczę nad tym, co już dawno straciłam.
– Co masz na myśli?
– Rodzinę.
Teraz to rozumiał. Tych ludzi łączyło nazwisko i pokrewieństwo. Nic więcej. Patrząc na matkę Małgosi, Rafał miał wrażenie, że przez te wszystkie lata nie dotarło do niej, że jest matką, osobą odpowiedzialną nie tylko materialnie, ale i emocjonalnie za drugą osobę. Traktowała córkę jak kolejnego pacjenta, którego trzeba zdiagnozować, zlecić mu leczenie i wypuścić z gabinetu. Trudno mu było sobie wyobrazić, jak musiało wyglądać życie jego dziewczyny, gdy była dzieckiem. Zaczął powoli rozumieć, dlaczego mając niecałe dwadzieścia lat, uciekła od rodziców do Polski i zamieszkała z panią Heleną. Początkowo wydawało mu się dziwne, że tak młoda osoba wolała żyć ze starą ciotką w domu z dala od cywilizacji i bez żadnych wygód. Dziś lepiej pojmował motywacje Małgosi. Najwidoczniej szukała rodzinnego ciepła, poczucia bycia kochaną. Gdy tak myślał o rodzinie swojej dziewczyny, zaczął nawet dochodzić do wniosku, że przy matce Małgosi jego burkliwy dziadek Stefan zdawał się mistrzem czułości i współczucia.
– No to mam urojenia – powiedział do siebie na głos, śmiejąc się szczerze. – Jeszcze trochę i uwierzę, że staruszek jest aniołem miłosierdzia. Dobrze, że on tego nigdy nie usłyszy, bo gdyby dowiedział się, że tak o nim pomyślałem, ze złości by mnie pogonił.
Telefon znowu zawibrował. Rafał zerknął na wyświetlacz. Kolejny klient. Westchnął z niechęcią, ale musiał odebrać. Rozmowa była dość nerwowa, ale uspokoił poirytowanego nieco mężczyznę obietnicą, że do końca tygodnia skończy zlecony projekt. Żałował, że nie wziął ze sobą swojego laptopa, bo godziny spędzone w samochodzie mógł przecież wykorzystać na pracę. Pakując się szybko, w ogóle nie pomyślał, że ta cała wyprawa potrwa tak długo.
Po kilku minutach na parkingu pojawiła się owinięta pluszowym płaszczem drobna postać. Przemykała szybko między samochodami. Zanim zdążył odpalić silnik, otwarła drzwi i wpakowała się na przednie siedzenie. Wyjątkowo tego dnia nie była zapłakana, raczej zamyślona.
– Ale dzisiaj zimno – powiedziała, rozcierając dłonie. – I do tego wieje od morza, podobnie jak po polach u ciotki Heleny. Wiosną w Hamburgu takie wichury to norma. Trzeba zrobić zakupy i ugotować coś ciepłego. Jak u ciotki – wyrzuciła z siebie serię komunikatów.
– Musimy porozmawiać – odparł, ignorując jej monolog.
– Nie możemy w domu?
Odrzucił ten pomysł, gdy tylko pomyślał o cienkich ścianach i echu, które niosło się po minimalistycznie urządzonym wnętrzu.
– Wolałbym tutaj.
– Okej. O co chodzi?
– Wiem, że sytuacja wciąż jest bardzo trudna, i zdaję sobie sprawę z tego, że musisz tu zostać, ale ja nie mogę ci już dłużej towarzyszyć. Zlecenia czekają, klienci zaczynają się niecierpliwić. Muszę to jakoś rozwiązać.
Spojrzała na niego nieobecnym, zamglonym wzrokiem. Jej mina była pozbawiona jakichkolwiek emocji. Wyglądała niczym piękna lalka, która niczego nie odczuwa. Gdy się poznali, urzekło go w niej to, że wszystkie uczucia miała wprost wypisane na twarzy. Zachwyciła go swoją żywiołowości, autentycznością, entuzjazmem wobec najprostszych nawet rzeczy. Tutaj, w Niemczech, założyła na siebie jakąś maskę, której nie zdejmowała, nawet gdy byli sami. Zdumiewało go to, jak wielki wpływ ma na człowieka otoczenie, w którym się znalazł.
– Małgosiu. – Przejechał czule palcami po jej chłodnym policzku. – Jeśli chcesz, to z tobą zostanę. Muszę tylko pojechać po swój sprzęt.
– Nie ma takiej potrzeby – odparła zdecydowanie. – Stan ojca jest ciężki, ale ma dobrą opiekę. Przecież większość lekarzy tutaj to znajomi moich rodziców.
– Czy to znaczy, że wracamy?
– Ty wracasz. Ja nie mogę ojca zostawić, bo beze mnie będzie tu leżał zupełnie sam. Matka ma swoją pracę, a mój brat olał sprawę. Stwierdził, że mamy mu nie zawracać głowy, bo ma wichtige Projekte – odparła nieco poirytowana.
– Serio?
– Serio! Dlaczego mnie to nie dziwi? – zapytała sarkastycznie. – Był idealnym dzieckiem, wymarzonym synkiem mamusi i tatusia. Pilny, ambitny, skupiony na dążeniu do swoich celów. Tak go wychowali i taki jest. Ich lustrzane odbicie.
– Tym bardziej! Nawet jeśli praca jest dla niego tak ważna, powinien chyba znaleźć dzień czy dwa, żeby pożegnać się z ojcem. Skoro byli ze sobą tak blisko. A co na to twoja mama? Nie próbuje go tu ściągnąć? – zapytał jakby wbrew sobie.
– Matka? Coś ty! Ona go cały czas tłumaczy. Wiesz, co mi powiedziała? Że przecież ojciec i tak jest w śpiączce, więc nie ma pojęcia, kto go odwiedza. Szkoda, żeby z takiego powodu Eryk tracił szansę na rozwijanie kariery.
Rafał aż się wzdrygnął.
– Żartujesz. Jak mu te kilka dni miałoby przeszkodzić w karierze?
– Nie mam pojęcia. Też uważam, że powinien przylecieć. Gdy powiedziałam to matce, zrobiła mi taki wykład, jakby zapomniała, że nie jest w auli akademickiej, tylko na szpitalnym korytarzu. Mnie oczywiście wytknęła, że jestem nieudacznikiem i nic w życiu nie osiągnęłam, skoro mogę sobie tracić czas na siedzenie przy łóżku ojca.
Chwycił jej dłoń i delikatnie zamknął ją w swojej.
– Nawet nie wiem, co ci powiedzieć. To przekracza wszelkie pojęcie. W mojej rodzinie też różnie bywało, ale nikt raczej nie ma wątpliwości, co jest w życiu najważniejsze.
– Wiem i bardzo ci tego zazdroszczę – odparła z niespodziewaną czułością. – To, co zrobiłeś dla dziadka... Przecież przeprowadziłeś się na wieś, żeby zaopiekować się człowiekiem, którego nawet nie znałeś. I to jakim człowiekiem! – Margarethe westchnęła na myśl o paskudnym charakterze Stefana.
– Każdy na moim miejscu by tak zrobił.
– Jak widzisz, nie każdy. – Wzruszyła ramionami. – Nie ma co jednak nad tym dyskutować. Skupmy się na naszych sprawach. Ja muszę jeszcze zostać, sumienie nie dałoby mi spokoju, gdybym wyjechała. Zadzwonię do Moniki i wyjaśnię jej, jaka jest sytuacja. Ty wracaj do Polski. Dziadek na ciebie czeka, a i ciotce Helenie wiosną przyda się pomoc. Zresztą pewnie biedna czeka i się zamartwia. Powinnam była poprosić Karolinę, żeby ją uspokoiła. Pojedziesz do niej i powiesz, że wrócę. Nie wiem kiedy, ale wrócę.
– Na pewno chcesz tu zostać sama?
– Niezupełnie sama, mam przecież mamę. – Zrobiła dziwny grymas i ponownie wzruszyła ramionami. – Dla ciebie nasze relacje są dziwne i szokujące, a ja po prostu jestem do takiego życia przyzwyczajona. Poradzę sobie.
– Skoro tak chcesz. Ale jak tylko… – zawahał się – sytuacja się zmieni, to od razu do mnie zadzwoń. Przyjadę.
Wtuliła głowę w jego ramię. Nie chciała, by widział jej twarz i pełne łez oczy. Musiała odegrać rolę silnej, bo wiedziała, że inaczej Rafał nigdy nie wróci do pracy, a przecież nie mógł aż tak bardzo się dla niej poświęcać. Poza tym czekało na niego dwoje stęsknionych staruszków. Nie mogli ich pozostawiać tak długo bez opieki.
*
Monika z ciężkim westchnieniem odłożyła telefon. Nie bardzo wiedziała, co robić. Rozumiała sytuację Małgorzaty. Sama nie była zbyt blisko związana z rodzicami, ale gdyby któreś z nich poważnie zachorowało, też rzuciłaby wszystko, żeby im towarzyszyć.
Nie zmieniało to jednak faktu, że nieobecność Małgośki bardzo im już doskwierała. Okazało się, że dziewczyna robiła w Brzozowej Ostoi więcej, niż się wydawało. Nie tylko pomagała w komunikowaniu się z pensjonariuszami, z których wielu posługiwało się wyłącznie językiem niemieckim. Panowała też nad całą niemieckojęzyczną dokumentacją, a także kontaktami z kolejnymi seniorami z Niemiec, którzy zainteresowani byli zamieszkaniem na stare lata w Brzozówce.
– No nic. Trzeba będzie zaprzęgnąć do pracy jakiegoś tłumacza, a na razie radzić sobie za pomocą translatora – mruknęła i otworzyła skrzynkę mailową, gdzie czekało kilkanaście nieodczytanych meili.
Nie wiedziała, od czego zacząć. Rachunki? Zgłoszenia? Przebiegła wzrokiem przez ekran laptopa. Jej uwagę przykuła wiadomość nosząca tytuł „Wypowiedzenie”. Kliknęła w nią, przeczytała i westchnęła ze smutkiem. Sytuacja finansowa rodziny jednej z pensjonariuszek się pogorszyła, dlatego zdecydowali o przeniesieniu matki do DPS-u. Przykra sytuacja. Niekiedy takie się zdarzały, ale zazwyczaj zachowywano ustalony w umowie okres wypowiedzenia, dając pensjonariuszowi czas na spokojne spakowanie się, pożegnanie ze znajomymi. To nie były łatwe chwile, bo mieszkańcy Brzozowej Ostoi bardzo się ze sobą zżyli i stanowili już coś w rodzaju dużej rodziny. Dzieci tej pani zamierzały zabrać matkę pojutrze. A najgorsze, że ona nic o tym nie wiedziała.
Ewidentnie przekazanie tej smutnej wiadomości chciano przerzucić na nią, choć nie napisano tego wprost. Nie zamierzała się na to godzić. Starsza pani zasługiwała na to, by tak ważne decyzje komunikowali jej członkowie rodziny. Monika sięgnęła po teczkę pensjonariuszki, żeby przygotować wszystkie formalności. To należało do jej obowiązków i do tego postanowiła się ograniczyć.
Pracę przerwało jej pukanie do drzwi.
Zacisnęła lekko szczęki i westchnęła poirytowana, po czym szybko zmieniła minę na profesjonalny, uprzejmy uśmiech.
– Proszę – powiedziała donośnie. Wiedziała, że wielu seniorów ma kłopoty ze słuchem, dlatego nauczyła się mówić głośno i powoli.
– Dzień dobry, pani Moniko! – Do gabinetu weszła ubrana w kwiecistą sukienkę Maria Manterys-Storma. – Wiem, że kierowniczka jest zajęta, ale ja tylko na chwilę, bo czas nagli. Wesele już za rogiem, więc trzeba ustalić najważniejszą kwestię.
Monika zmarszczyła lekko czoło.
– Wydaje mi się, że już wszystko ustaliłyśmy – odparła spokojnie. – Wesele ma się odbyć w naszym ogrodzie. Firma eventowa przywiezie namioty i podest. Przekąski zapewnia catering, a obiad ugotują nasze kucharki.
– Widzi pani, sprawa trochę się skomplikowała. – Seniorka poprawiła swoje siwe loki ułożone w aureolę. – Marzenka narzeka, że ona przecież z tym swoim chodzikiem nie da rady przejść przez trawę. A i mówi, że sprawdziła pogodę, a tam burza z piorunami! Ulewa i wichry takie, że zmiotą nas razem z tym namiotem.
– Przecież prognozy na cały maj są znakomite! – Monika spojrzała z wyrzutem na pensjonariuszkę, po czym wpisała datę ślubu do aplikacji meteorologicznej. – Proszę zobaczyć. – Obróciła w jej stronę laptopa. – Piękna, słoneczna pogoda. Wręcz upalna. Żadnych chmurek ani przed ślubem, ani po nim, ani tym bardziej w trakcie.
– To ja nie wiem, jak ta Marzenka to sprawdzała. Może wpisała złą datę?
– Możliwe – odpowiedziała, siląc się na spokój, Monika.
– Ale to i tak nie rozwiązuje problemu – drążyła starsza pani. – Wszyscy znamy Marzenę. Ona będzie mi tak długo dziurę w brzuchu wierciła, tak dogadywała. Wolę sobie oszczędzić tego ględzenia i wyjść jej naprzeciw. Zresztą niezależnie od pogody poruszanie się z chodzikiem po trawie faktycznie może być kłopotliwe, nie tylko dla niej, więc trochę racji ma.
Monika na końcu języka miała odpowiedź, że problem sam się rozwiąże, bo to właśnie panią Marzenę rodzina postanowiła z dnia na dzień przenieść do innego ośrodka, ale w porę powstrzymała się przed wyjawieniem tego gorącego newsa. Zapewne w ciągu pięciu minut obiegłby Brzozową Ostoję lotem błyskawicy, wprawiając w konsternację samą zainteresowaną.
– Pani Mario, rozumiem doskonale te wątpliwości, ale innego miejsca w naszej Ostoi nie ma. W sali gimnastycznej stoi wiele sprzętów do rehabilitacji. Nie mamy możliwości wyniesienia ich do schowka, bo po pierwsze się nie zmieszczą, a po drugie zbyt wiele czasu zająłby demontaż, a później ponowna instalacja tych urządzeń. Może lepszym rozwiązaniem będzie organizacja wesela w którejś z okolicznych restauracji?
– Nie! – Pani Maria stanowczo pokręciła głową. – Chcemy, żeby w naszym ślubie i weselu wzięli udział wszyscy pensjonariusze. Przecież oni teraz są dla nas jak najbliższa rodzina! Dla wielu z nich taka wyprawa poza nasz dom mogłaby być zbyt męcząca.
– Zatem musi zostać, tak jak ustaliliśmy.
– To może w stołówce? – Maria nie odpuszczała. – Albo w holu na dole? Przecież bez problemu się tam zmieścimy. Razem z pensjonariuszami to zaledwie trzydzieści osób.
Monika zmarszczyła brwi.
– Trzydzieści? Przecież na liście, którą mi pani przekazała, mam prawie czterdzieści nazwisk.
Maria uniosła kącik ust w delikatnym uśmiechu i wzruszyła lekko ramieniem.
– A może i czterdzieści? Ale przecież to żadna różnica!
– Pani Marysiu, proszę mi tu oczu nie mydlić – odparła lekko rozbawiona Monika. – Naprawdę się nie pomieścimy. Poza tym Ostoja musi normalnie funkcjonować. Nie możemy całego domu wyłączyć z użytkowania na dwa dni.
– Jakie dwa? Przecież wesele to raptem parę godzin.
– Dwa, bo zapewne zechcą państwo zorganizować poprawiny. Choć nie są oficjalnie planowane, to i tak się odbędą. Prawda?
– Z panią to się trudno negocjuje. – Seniorka się zaśmiała. – Za dobra pamięć i zbyt duża spostrzegawczość.
– Trudno było nie zauważyć, że namiot z parkietem wynajęto na dwa dni. Przecież to ja musiałam podpisać zgodę na udostępnienie miejsca na podwórzu. Przykro mi, pani Mario. Niezależnie od tego, co powie pani Marzenka, wesele musi odbyć się poza ośrodkiem. Na szczęście pogoda zapowiada się wspaniale, więc proszę być dobrej myśli i więcej już nie komplikować. I tak już wykazaliśmy się dużą otwartością wobec państwa.
– Właściwie to już muszę iść. Ta rozmowa zeszła na bardzo niebezpieczny tor – odparła nieco zbita z tropu Maria i z gracją wstała z krzesła. – Ale zanim wyjdę, to jeszcze zapytam, czy pani Małgosia do nas wróci.
Monika bezradnie rozłożyła ręce.
– Naprawdę nie wiem, jak to wszystko się ułoży. Na pewno nie będzie jej przez najbliższe dwa tygodnie. Przed chwilą skończyłam z nią rozmawiać. Zapewniła mnie, że chce do nas wrócić, ale nie wiadomo, kiedy będzie to możliwe. Wzięła urlop bezpłatny na kolejne czternaście dni. I bardzo serdecznie wszystkich państwa pozdrawia.
– Niech ten jej ojciec się zdecyduje, czy chce żyć, czy umrzeć, a nie trzyma dziewczynę w takiej niepewności – odparła seniorka kąśliwie.
– Pani Marysiu! – Monika z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.
– Mówię, jak jest, a wiem, co mówię, bo przecież mi tam, na drugą stronę, bliżej niż dalej. Trzeba się zdecydować, czy człowiek chce jeszcze żyć, czy już nie.
– Jest pani niemożliwa!
– Po prostu szczera. Znam życie i wiem, że takie zwodzenie najbliższych własną śmiercią jest niedopuszczalne. Ale już idę, idę. Pracy teraz to ma pani za dwie.
– Niestety. – Monika znowu serdecznie się uśmiechnęła. Pani Maria może była nieco uciążliwa, szczególnie w kwestii swego planowanego wesela, ale trudno było jej nie lubić i nie szanować. Widać było, że to prawdziwa dama, niezwykle kulturalna. Z takimi pensjonariuszami przyjemnie się rozmawiało. Zresztą co się dziwić jej przejęciu? To zapewne ostatni ślub w jej życiu. Monika w duchu westchnęła na wspomnienie własnego niedawnego wesela. Też była nim bardzo zaaferowana.
Tymi myślami najwidoczniej przywołała swojego męża. Ledwo pensjonariuszka wyszła, gdy rozdzwonił się należący do Moniki smartfon. Szybko zerknęła na wyświetlacz, obawiając się, że dzwoni nauczycielka jej syna. Kuba rano był dość markotny. Podejrzewała, że zaczyna go brać przeziębienie, i nawet zamierzała zostawić go w domu, ale uparł się, że musi iść na lekcje, bo zaplanowano próby do akademii z okazji święta Konstytucji 3 Maja. Na szczęście na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Macieja.
– Słucham.
– Ależ oficjalnie! – odparł w odpowiedzi na to powitanie. – Może jakieś: „witaj, kochanie” czy coś w tym stylu. Nie było mnie całą noc w domu. Nie stęskniłaś się?
– Stęskniłam, ale nie mam głowy do czułostek.
– Co się stało? – zapytał już poważnie Maciej.
– Gośka dzwoniła. Jej ojciec wybiera się na tamten świat jak sójka za morze. Wiem, że to niestosowny żart, ale robota mi się tu pali, a nikt nie wie, ile to potrwa.
– Wiesz, że w wypadku guza mózgu i śpiączki bywa różnie. To może potrwać kilka dni, a nawet i kilka tygodni albo miesięcy. Bądź bardziej wyrozumiała.
– Ależ jestem! Tylko ta moja wyrozumiałość nie zmienia naszej beznadziejnej sytuacji. Ze wszystkim jestem tu sama.
– Zaraz będę w domu, to ci pomogę – zaoferował.
– Znasz niemiecki?
– A o to chodzi. No niestety w tym nie będę pomocny. Na czas nieobecności Małgośki trzeba będzie chyba zatrudnić kogoś w zastępstwie.
– I na kilka tygodni wstrzymać przyjmowanie kolejnych niemieckojęzycznych pensjonariuszy. Zwalnia nam się miejsce po pani Marzence, a w kolejce same Niemki i jedna Polka.
– A co się stało z panią Marzenką? – zapytał zaniepokojony.
– Nic poważnego, później ci opowiem. W tej sytuacji ominęłabym jednak kolejkę i wybrała Polkę. Nie mam siły na załatwianie formalności po niemiecku.
– I słusznie. Nie ma co sobie brać dodatkowego problemu na głowę.
Monika westchnęła tylko i przesunęła kursorem po kolejnych rubrykach z listy rezerwowej. Były na niej niemal wyłącznie niemieckie nazwiska. To, że w ich domu obsługiwano pensjonariuszy także po niemiecku, było ich ogromną zaletą, ale w czasie nieobecności Małgosi stanowiło nie lada wyzwanie.
Maciej pożegnał się szybko, rozumiejąc, że najwyraźniej przeszkadza żonie w jej obowiązkach. On nie miał cierpliwości do dokumentów i do odpisywania na dziesiątki meili z pytaniami o miejsce, dlatego z wdzięcznością pozostawił to Monice, a sam od czasu do czasu brał dyżury w pobliskim szpitalu. Ośrodek przynosił im spore pieniądze, ale koszty jego remontu były tak ogromne, że pozostało mu jeszcze do spłacenia parę kredytów. Zresztą powoli zaczął myśleć także o budowie własnego domu. Mieszkanie w Brzozowej Ostoi, choć nowocześnie urządzone i wygodne, było dosyć ciasne. Zbyt ciasne jak na jego plany.
*
Ksiądz Karol pełnym współczucia wzrokiem spojrzał na brata markotnie przesuwającego resztki jajecznicy po talerzu. Z każdym dniem mówił i jadł coraz mniej. Tracił chęć do życia i zainteresowanie synem, który też bardzo tęsknił za matką. Proboszcz czuł, że bratanek bardziej niż nieobecnością mamy martwił się teraz obojętnością ojca. Jakby obawiał się, że i on go zostawi. Chłopiec zagadywał tatę, próbował wyciągnąć go na spacer lub przekonać do wspólnego układania puzzli. Krzysztof zgadzał się, a po chwili całkowicie o tym zapominał, zatracając się w swoich myślach.
– Tatusiu, mieliśmy iść nad jezioro – zaczepił ojca Jędrek, wymachując kawałkiem nadzianej na widelec parówki. – Obiecałeś, że pójdziemy na ryby.
– Tak, tak, pójdziemy.
– Kiedy?
– Później.
– Kiedy później?
Ksiądz Karol, widząc, że chłopiec tym razem nie zamierza odpuścić, postanowił interweniować.
– Jędrek, a nie chciałbyś wybrać się ze mną do sołtyski? Ma ładne kurki. Może nawet pozwoli ci zebrać jajka z kurnika.
– Z tatą? – W głosie chłopca zabrzmiała taka nadzieja, że duchownemu serce zadrżało z żalu. Jego brat nawet nie zwrócił uwagi na pytanie syna.
– Tata musi zająć się pracą – wyjaśnił łagodnie. – Pójdziemy sami, ale zapewniam cię, że nie będziesz się nudził. Pani Krystyna ma mnóstwo zwierząt.
– Świnie też ma? Bardzo chciałbym zobaczyć świnkę na żywo! Ostatnio widziałem świnki w bajce i wiem, że to mądre zwierzęta. Uwielbiają skakać w błotku. W kaloszach! Myślę, że byśmy się polubili.
– Też tak sądzę, ale świnek akurat nie ma – odparł rozbawiony. – Choć kto wie, może kiedyś się na nie zdecyduje? Ale sołtyska nie znosi bałaganu, więc raczej nie będzie zachwycona skakaniem w błotku.
– To chodźmy! – zawołał z entuzjazmem. – Opowiem jej o całej rodzinie świnek!
– Świetny pomysł. A teraz idź umyj buzię i ręce. Wiesz – mrugnął do niego okiem – w gości nie wypada iść z keczupem na policzkach. No chyba, że jest się świnką.
Chłopiec zaśmiał się perliście i przytknął obie dłonie do twarzy, niechcący rozsmarowując sos pomidorowy jeszcze bardziej.
– Ups – stwierdził, zerkając na swoje dłonie. – Ale narobiłem! Biegnę do łazienki.
Gdy wyszedł, Karol spojrzał na brata, który myślami był jednak zupełnie gdzie indziej. Miał ochotę chwycić go za ramię i mocno nim potrząsnąć. Nie mógł patrzeć, jak zapada się w melancholii. I jak ignoruje syna, który nie dość, że został pozbawiony opieki matki, to i z ojca niewiele miał pożytku. Mimo że na co dzień ludzie w konfesjonale zwierzali mu się z różnych swoich życiowych kłopotów, a on starał się im coś doradzić, w wypadku problemów własnej rodziny czuł się zupełnie bezradny. Naprawdę nie wiedział, co w tej sytuacji robić i jak rozmawiać z bratem.
– Krzysiek, wybieramy się z Jędrkiem do sołtyski.
Zero reakcji.
– Krzychu. – Szturchnął mężczyznę w ramię. – Idziemy z Jędrkiem na wieś.
– Idźcie – odparł tylko i zapatrzył się w okno.
– A ty zjedz coś. Od kilku dni grzebiesz w talerzu. Wychudłeś, zmarniałeś. Nie możesz się tak wyniszczać. Musisz mieć siły, żeby…
– Daj mi spokój – przerwał mu Krzysztof, wstając gwałtownie od stołu. – Nie jesteś w kościele, więc przestań mi tu prawić kazania.
Karol zamilkł. Jego brat nigdy do tej pory tak się do niego nie odzywał. Jako ksiądz nieraz słyszał od ludzi tego typu docinki, a nawet wrogość, mimo że starał się nie wtrącać w niczyje życie, jeśli ktoś sobie tego nie życzył. Przywykł do różnych oskarżeń, które kierowano pod jego adresem, choć najczęściej zupełnie bezpodstawnie. Najczęściej dostawało mu się w zastępstwie za kolegów księży, którym, owszem, zdarzało się mieć wiele na sumieniu. Cierpliwie znosił te przytyki, wierząc, że ludzie w końcu zrozumieją, że oskarżanie na ślepo wszystkich duchownych nie ma sensu. Tym razem jednak miał prawo się wtrącać, skoro został w tę całą sytuację mimo woli wciągnięty. Pozwolił sobie zatem na jedno zdanie komentarza.
– Pamiętaj, że tu nie chodzi o mnie. Masz syna.
Krzysztof, zorientowawszy się, że przesadził, zacisnął nerwowo usta i wyszedł z kuchni. Musiałby przeprosić brata, a nie był na to gotowy.
– Jestem! – Do kuchni wbiegł Jędrek z wyszorowaną twarzą i zmoczonymi włosami. – Idziemy?
– Oczywiście! – odparł Karol i wskazał bratankowi drzwi. Miał nadzieję, że ta krótka wymiana zdań z jego ojcem zmieni coś w jego nastawieniu do syna.
Dom sołtyski znajdował się nieopodal kościoła, więc zazwyczaj droga zajmowała proboszczowi około pięciu minut. Z Jędrkiem szybki spacer nie wchodził jednak w grę. Wszystko go ciekawiło. Jego uwadze nie umknęły żadna trawka, mrówka, kamyk czy krzak. Przystawał, oglądał, wąchał i zadawał niezliczoną ilość pytań.
Chłopiec był naprawdę uroczy i wysnuwał tak zabawne wnioski ze swoich obserwacji, że Karol nie pamiętał, kiedy ostatnio tyle się śmiał. I coraz bardziej nie rozumiał jego matki. Jak mogła tak po prostu go zostawić? Przecież musiała go kochać. Zajmowała się nim z czułością, mimo że sama miała osobowość narcyza i lubiła skupiać na sobie uwagę. Pod wpływem dziecka coś się jednak w niej zmieniało na lepsze. Karol widział tę ich bliskość. Tego nie da się udawać. Cóż więc się wydarzyło? Dlaczego jego bratowa porzuciła syna? Zrozumiałby – choć z trudem – rozstanie z jego ojcem. Nie pojmował jednak, jak matka mogła wyrzec się własnego dziecka. Czy Krzysztof powiedział mu całą prawdę?
Z tym pytaniem w głowie wszedł na podwórko Krystyny, która siedziała na ławce przed domem i obierała warzywa. Obok stał wózek ustawiony przodem do wiosennego słońca. Dziecko spało, więc na powitanie tylko skinął głową, nie wiedząc, czy swoim głosem nie obudzi śpiącej Irenki.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – przywitała go sołtyska. – Śmiało! Córcia przywykła do hałasów i głosów. Wydaje mi się nawet, że lepiej i dłużej śpi, gdy wokół niej coś się dzieje.
– Na wieki wieków amen. Właśnie tak się zastanawiałem, czy przypadkiem przyszliśmy nie w porę – odparł ksiądz. Widok roześmianej Krystyny z jeszcze większą mocą uświadomił mu dziwność sytuacji, w której się znalazł. Przez lata obserwował walkę swej parafianki najpierw o zajście w ciążę, a potem o adopcję. Od kilku miesięcy zaś patrzył, jak ta kwitnie jako kobieta, w końcu mogąc realizować się nie tylko w roli sołtyski, ale także matki. Zestawienie tych dwóch postaw bardzo go uderzyło. Jego bratowa porzuciła dziecko, podczas gdy Krystyna robiła wszystko, co mogła, by móc je mieć.
– Zawsze jest pora na gości – gospodyni przerwała rozmyślania księdza. – Zaraz zrobię kawę. A dla tego młodzieńca to chyba herbatę? – Zerknęła na chłopca stojącego u boku proboszcza. – A może wolisz kakao?
– Chciałbym raczej iść do kurek – bąknął nieśmiało. – Mogę?
Krystyna uśmiechnęła się szeroko, odstawiła miskę z warzywami i wyciągnęła do niego rękę.
– Oczywiście. Mamy tu kury, kaczuszki, a nawet króliki. Chciałbyś je nakarmić?
Jędrek energicznie pokiwał głową, a oczy z radości wręcz mu rozbłysły.
– Chodźmy zatem. Mój mąż akurat buduje nową wolierę, bo chce im powiększyć wybieg. Możesz być jego pomocnikiem. Chciałbyś?
– Tak! Chodźmy! – odparł rozentuzjazmowany Jędrek, którego policzki z wrażenia aż się zaczerwieniły.
Karol, widząc tę scenę, poczuł jednocześnie radość i żal. Jędrek naprawdę cieszył się pobytem na wsi, nawet jeśli jego ojciec nie poświęcał mu wystarczająco dużo uwagi. Jako wujek chłopca bał się, że jego znakomity nastrój zniknie, gdy ten zda sobie sprawę z tego, że nie są tu w świątecznych odwiedzinach, a jego mama nie pojechała w delegację. Wciąż liczył na to, że to jedynie chwilowy kryzys, ale trudno mu było dowiedzieć się, co się tak naprawdę wydarzyło w małżeństwie brata.
– A ksiądz to pewnie w sprawie pierwszej komunii przyszedł – zawołała donośnie Krystyna, wychodząc zza węgła. – Czyżby Urszula znowu proboszczowi krwi napsuła?
– Właściwie to nie – odparł zaskoczony. Był tak zajęty swymi sprawami rodzinnymi, że zapomniał o zbliżającej się uroczystości. – Pani Ula nadal jest na mnie obrażona i ze mną nie rozmawia. W przygotowania też chyba nie zamierza się włączyć, więc liczę na to, że pani zapanuje nad wyobraźnią rodziców i utrzyma ich fantazję w ryzach.
– Wiedziałam, że to o komunię chodzi – stwierdziła bez cienia wątpliwości Krystyna. – Niech się proboszcz nie martwi. Zajmę się tym, choć Urszula ze mną też nie rozmawia. Trudno, kiedyś jej przejdzie. Nie można takimi niesnaskami psuć dzieciom ich święta. Zbyt ważne to dla nich wydarzenie. Chociaż sama nie wiem, czy dla nich, czy dla ich rodziców, bo niektórzy przygotowują się z takim rozmachem, jakby wesele organizowali. Co ja się nasłuchałam o tym, że ksiądz zabrania dziewczynkom sukni i każe im się ubrać w alby! A przecież wiadomo, że nie szata zdobi człowieka. Gdy ja będę moją Irenkę do komunii posyłać, to wszystko zrobi się skromnie, ale z godnością. Sam ksiądz wie, jak to ludzie potrafią innych obgadać. – Westchnęła przeciągle, siadając na ławce, ale szybko się z niej zerwała. – Rozgadałam się o komunijnych kieckach, a kawy przecież nie podałam!
– Ależ dziękuję. Dopiero co piłem do śniadania – odparł niepewnie, nieco zbity z tropu opowieściami parafianki. Miała rację w kwestii przesady, w jaką popadają niektórzy rodzice, ale akurat ta sprawa w tym roku nie spędzała mu snu z powiek. Można powiedzieć, że do tej całej komunijnej wystawności nieco już przywykł.
– To może herbaty zrobię?
– Nie, nie trzeba. Naprawdę, bardzo dziękuję – zaoponował. Miał do Krystyny sprawę i chciał ją jak najszybciej omówić, korzystając z nieobecności bratanka.
– Tak przy pustym stole nie godzi się siedzieć – powiedziała stanowczo. – Zaraz wracam.
I wróciła z dzbankiem pachnącej herbaty owocowej oraz talerzem drożdżowych rogalików obsypanych cukrem pudrem.
– Prosto z pieca. Oczywiście z konfiturą z płatków róży. Taką, jaką ksiądz lubi.
– O, słodkości to ja bardzo. – Westchnął, sięgając po jeden z rogalików. – Jakoś trudno mi sobie ich odmówić. Jedynie w poście trzymam się jako tako, a później. Ech, łasuch ze mnie i tyle. – Poklepał się po wydatnym brzuchu.
– Post się skończył, proszę śmiało jeść. Trzeba przecież mieć coś z życia. A o przygotowania do komunii i te sukienki proszę się nie martwić. Zajmę się nimi. Przemówię do rozumu wszystkim którzy zapominają, o co chodzi w tym dniu.
Karol przytaknął tylko, ratując się od odpowiedzi tym, że jego usta wypełnione były słodkim rogalikiem. Naprawdę nie miał dziś ochoty na rozmowy o organizacji pierwszej komunii.
– Jędrek z ojcem to na długo zostaną? – zmieniła temat Krystyna. Odważyła się zadać pytanie, którego inni nie śmieli. Nie na darmo była sołtyską. Musiała mieć na wszystko i na wszystkich oko. Szczególnie na przyjezdnych, nawet jeśli należeli do najbliższej rodziny proboszcza.
Imię bratanka spowodowało w nim poczucie ulgi. Właściwie to o nim przyszedł tu porozmawiać i był wdzięczny, że Krystyna sama zaczęła ten temat.
– Przepraszam, zamyśliłem się. O co pani pytała?
– Ksiądz to zawsze z głową w chmurach – skwitowała ironicznie. – Pytałam, czy Jędrek z ojcem na długo do Brzozówki przyjechali. Trochę już tu siedzą. Dzieciak pewnie się nudzi na plebanii, bo co tam u księdza za rozrywki dla takiego małego chłopca? Żadne.
– Wcale nie żadne! – oburzył się. – Mam przecież kozy. Całe dnie u nich spędza. Nosi im jedzenie, oswaja. Ma co robić.
– Zwierzęta oczywiście są ważne, ale kontaktu z rówieśnikami nie zastąpią. Dzieci potrzebują towarzystwa – powiedziała stanowczo, zerkając na zaróżowione od snu policzki córeczki. – Dorośli i zwierzęta to zbyt mało, żeby się odpowiednio rozwijały.
– Widzę, że z pani Krysi zrobiła się specjalistka od wychowania – odparł z przekąsem.
– Raczej od ludzkich zmartwień – odparła, spoglądając mu w oczy. – Nietrudno się domyślić, co jest przyczyną tego proboszczowego frasunku. Toż chłopiec nie jest sierotą. Oprócz ojca ma też matkę, a jej jakoś we wsi nie widać.
– Ech! Pani to tak zawsze z grubej rury, bez ceregieli.
Wzruszyła ramionami i sięgnęła po warkocz. Natrafiła na pustkę. Wciąż jeszcze zapominała, że obcięła włosy i teraz jedynie mogła je zagarnąć za ucho, a nie przerzucić przez ramię.
– Sołtyską we wsi jestem, a nie dyplomatką na salonach. Znam ludzi i widzę, że tu jest jakiś większy kłopot. Ojciec chłopca też się poza plebanią nie pokazuje.
Ksiądz zrobił niewyraźną minę. Była to dla niego zupełnie nowa sytuacja. Przecież to on od wielu lat wysłuchiwał problemów innych ludzi i próbował pomóc znaleźć im rozwiązanie. Zupełnie nie wiedział, jak zapytać kogoś o własne zmartwienia.
– Ja tam taka mądra i kształcona jak ksiądz nie jestem, ale wiem, że problemów na odległość to się nie rozwiąże. Trzeba dwóch stron i rozmowy, żeby wszystko sobie powyjaśniać. Jak człowiek ucieka przed jakimś kłopotem, to on go i tak dogoni. A i jeszcze urośnie, bo czas i wyobraźnia swoje dołożą. No ale… – westchnęła, chwytając za pusty talerz – jak proboszcz mówić nie chce, to zrobię jednak tę kawę i doniosę jeszcze rogalików, skoro tak smakowały.
Zaczerwienił się, bo nawet nie zauważył, że z tego zdenerwowania opróżnił cały talerz. Zawstydził się jednak nie tylko swojego łakomstwa, ale i bezradności. Tak bardzo chciałby się kogoś mądrego poradzić i tak bardzo nie potrafił tego zrobić. Choć właściwie i bez pytania sołtyska dała mu niezwykle trafną radę.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Zapachy nieba
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Meritum publikacji
