Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
218 osób interesuje się tą książką
Jedno kłamstwo wystarczy, by wszystko wymknęło się spod kontroli
Siedemnastoletnia Genevieve Edwards w weekendy porzuca mury elitarnej Phillips Exeter Academy i zamienia się w pewną siebie studentkę z Bostonu – z fałszywymi dokumentami, nowym imieniem i marzeniami, których nie powinna mieć.
Wystarcza jeden wieczór, by jej misternie zbudowany świat runął.
Jedno spotkanie. Jeden mężczyzna. Liam Donovan – starszy, błyskotliwy i niebezpiecznie pociągający. Rozumie ją jak nikt inny. Okazuje się jednak kimś, kogo powinna unikać. Bo od poniedziałku jest jej nauczycielem.
Między nimi rodzi się zakazana więź – podszyta pożądaniem, sarkazmem i nieustannym napięciem. Im bardziej próbują się trzymać się na dystans, tym silniej coś ich do siebie przyciąga. Ale tajemnica, która ich połączyła, może też wszystko zniszczyć.
Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TYTUŁ ORYGINAŁU:
I Wish I Would’ve Chosen You: A Forbidden Student Teacher Romance (Forbidden Wishes Book 2)
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Ewelina Czajkowska
Redakcja: Katarzyna Sarna
Korekta: Katarzyna Kusojć
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Zdjęcia na okładce: © Qualit Design; © PNG STORE / Stock.Adobe.com DTP: pagegraph.pl
Copyright © 2024. I WISH I WOULD'VE CHOSEN YOU by Whitney G.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Karolina Kłosowska, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie I
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-608-5
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Z myślą o erze lawendy. Pierwszej z wielu…
Ostatni raz, gdy skoczyłam z tego mostu, jakiś dobry samarytanin zanurkował w oceanie i mnie wyratował. Nie pytając o pozwolenie, wyciągnął moje ciało, ułożył na znajdującej się nieopodal łódce i uciskał klatkę piersiową do czasu, aż wróciłam do świata żywych.
„Boże! Prawie utonęła!”
„Ależ miała szczęście, że pan tu był!”
„Założę się, że jest panu wdzięczna!”
Turyści obsypywali go niezasłużonymi pochwałami.
Dobrze, że byłam zbyt przemarznięta i odrętwiała, żeby zareagować, bo desperacko chciałam powiedzieć: „Gratuluję panu. Właśnie zniszczył mi pan życie”.
Ale dziś nie ma tu ze mną absolutnie nikogo, dlatego nie obawiam się, że ktoś mnie uratuje. Moje tajemnice utoną wraz ze mną i mam nadzieję, że woda zabierze i mnie, i moje sekrety do jakiegoś bezpiecznego miejsca.
Bo właśnie to sobie obiecałam.
Nigdy nie pisnęłam nikomu ani słowa na temat tego, co zaszło między mną a mężczyzną, w którym nie powinnam była się zakochać. Zapewniałam go, że nasze wspólne chwile były tylko nasze i nikt o niczym nie wie. A jeśli ktokolwiek zacznie zadawać jakiekolwiek pytania, prędzej umrę, niż na nie odpowiem.
Nawet teraz, choć kusi mnie, aby wrócić do tych wspomnień i przeżyć je po raz ostatni, muszę się powstrzymywać od rozmyślania o wszystkich tych sobotach, kiedy to wymykaliśmy się po to, aby mógł rozchylić moje nogi i spróbować, jak smakuję. Ileż to razy trzymał mnie za biodra, a ja ujeżdżałam go za kulisami w pustej sali teatralnej. Były jeszcze wszystkie te poranki tuż po świcie, kiedy całował mnie tak mocno, że wszystkie inne pocałunki przy nich bledły.
Pode mną fale znienacka rozchodzą się kręgami, obiecując, że zabiorą mnie, gdy spadnę. Kiedy wiatr przeczesuje moje loki, wdycham przesycone solą powietrze i z trudem odrywam palce od poręczy.
Liczę do trzech i puszczam poręcz.
Raz, dwa…
Udawaj aż do skutku.
Jeśli nie popełniasz oszustwa ani nie wyrządzasz nikomu krzywdy, nikt nie musi wiedzieć, że kłamiesz…
Boston, Massachusetts
Pociąg mocno trzęsie się na szynach. Wagon tak intensywnie drży, że prawie tracę równowagę i przewracam się na podłogę.
– Szanowni państwo – rozlega się z głośnika. – Pociąg zatrzymuje się na stacji South. Prosimy pasażerów wysiadających o sprawdzenie, czy został zabrany cały bagaż osobisty.
Wstaję i sprawdzam, czy identyfikator Phillips Exeter Academy nadal tkwi w moim staniku, a potem chwytam torbę i wysiadam z pociągu prosto w deszcz.
20.17, 21.29, 22.11, 22.29.
Idąc, powtarzam w myślach godziny odjazdu, by się upewnić, że jeśli uda mi się wrócić na teren kampusu przed północą, nadal będę mogła w weekendy jeździć do Bostonu i udawać studentkę. Zrobię wszystko, aby móc spotykać się z ludźmi, którzy nie uważają, że obsesja na punkcie książek to coś „cholernie dziwnego”. Na rogu jasne światła klubu Sauvage zachęcają do wejścia. Szukam miejsca na tyłach.
Z jakiegoś dziwnego powodu nikt nie ma przy sobie typowych dla samców alfa dzienników w czerwonej oprawie, świadczących o zarozumiałości piór wiecznych ani cynamonek na stole. Nie widzę też nikogo z grona wielbicieli literatury, którzy zwykle się tu gromadzą.
Nagle na scenę wchodzi facet w czarnym garniturze i różowym berecie, więc chyba zaraz się zacznie.
– Dziś – mówi – odczytam wam fragment mojego wiersza pod tytułem Do czego zdolna jest miłość. Ten tekst zgarnie nagrody i stanie się bestsellerem.
No dobra, chyba mają opóźnienie.
– „Mój penis sunie ku jej błonie, nim ją przebije, być może namiętność spłonie”. – Facet zamyka oczy i robi długą pauzę. Po chwili ciszy czyta dalej. – Może jakiś aplauz? – zwraca się z prośbą do publiczności. – Obnażam swoją duszę przed wami. Za darmo.
Tłum klaszcze, a on bierze głęboki oddech i kontynuuje.
– „Jest ciepło, mokro i ciasno, jednak nie wszedłem w nią jak w masło. Gdy moje serce stęka, guma nagle pęka”.
No, bez jaj…
Wyciągam telefon i sprawdzam, czy się nie pomyliłam. Okazuje się, że owszem. Niech to, jestem tu dwa tygodnie przez terminem.
Dzisiejszy wieczór wcale nie jest poświęcony romansom. To otwarty mikrofon… Rozczarowana macham do kelnerki.
– Co podać? – pyta, kiedy do mnie podchodzi.
– Chciałabym zamówić sok żurawinowy.
– Z wódką?
– Nie, sam sok.
– „Gdy guma się napręża, mój kutas się zwęża”. – Poeta wzdycha do mikrofonu. – „Otwór był duży, tej percepcji nic nie zaburzy”.
– Czyli z wódką.
Wręczam jej moje prawo jazdy.
– Doskonały wybór. – Wsuwa je do kieszeni fartucha. – Zaraz podam.
Przeglądam w telefonie notatki i wydarzenia zaplanowane na przyszły tydzień, gdy na ekranie pojawia się nowa wiadomość.
Najdroższa przełożona: Hej, właśnie przechodziłam obok twojego pokoju i widzę, że cię nie ma.
Najdroższa przełożona: Już dawno po godzinie zamknięcia wejścia. Gdzie jesteś?
Cholera…
Ja: Jesteś pewna, że mnie tam nie ma?
Najdroższa przełożona: Właśnie u ciebie jestem. Dzwoniłam już trzy razy…
Najdroższa przełożona: Oddzwoń. Natychmiast.
Jest zdecydowanie za głośno, żebym mogła zadzwonić, a moje kłamstwo się nie wydało.
Wstaję z krzesła, przeciskam się pomiędzy stolikami i ruszam biegiem w stronę toalety.
Najdroższa przełożona: Halo?
Najdroższa przełożona: Genevieve?
Przede mną stoi kolejka złożona z piętnastu kobiet. Niestety, nie mogę tak długo czekać. W panice rozglądam się i nie widząc nikogo oczekującego, przechodzę do męskiej części toalet.
Mijam puste kabiny i pisuar. Staję koło umywalek i oddzwaniam.
– No wreszcie – słyszę w słuchawce. – Gdzie ty, do cholery, się podziewasz?
– Ja… eee… hm… – Odchrząkuję. – Jestem bibliotece, w pomieszczeniu do cichej nauki.
– Znowu? – Wzdycha. – Czy w zeszłym tygodniu o mały włos nie zarobiłaś ode mnie nagany za zbyt późny powrót?
– Ale tylko o takiej godzinie mogę mieć to miejsce tylko dla siebie.
– No dobrze – prycha. – Ostatni raz ci daruję, ale od teraz w weekendy musisz wracać najdalej o północy, okej?
– Okej. Dziękuję, Heather.
– I jeszcze coś – dodaje. – Chyba nie powinnaś… Zaczekaj. Co to za dźwięk?
Od ścian odbija się głuchy bas, co może znaczyć, że mistrz poezji wzbogacił swój występ o muzykę albo został przegoniony ze sceny przez didżeja.
– Nic nie słyszę – odpowiadam, odkręcając kurek kranu i pochylając się niżej. – Chyba że chodzi ci o moją deszczową playlistę? Ostatnio regulacja głośności na laptopie działa nieprzewidywalnie.
– Och, u mnie jest tak samo. – Śmieje się. – Dziwne. W każdym razie ponieważ w tym roku mamy na kampusie mnóstwo pracowników na zlecenie, sporo rzeczy się zmieni.
Słucham z wysiłkiem, gdy za moimi plecami otwierają się drzwi. Odwracam się, garbię i przyczajam się za umywalką jeszcze niżej.
– Aha, no… – Odkręcam wodę, a ona w dalszym ciągu nadaje. – Tak… Mhm.
– Ja też się na to cieszę – mówi moja rozmówczyni.
W tym momencie facet, który właśnie wszedł, włącza megagłośną suszarkę do rąk. A potem chrząka.
W zasadzie chrząka, jak gdybym stała muna drodze.
– Genevieve? – pyta Heather. – Co to za dźwięk?
– To nic, po prostu jestem strasznie głodna. – Muszę natychmiast zakończyć tę rozmowę. – Wrócę, jak tylko doczytam ten rozdział, obiecuję.
– Okej. – W końcu ustępuje. – Do zobaczenia niedługo.
– Do zobaczenia! – rzucam na pożegnanie i odwracam się do gościa. – Serio? – pytam. – Nie widać, że rozmawiam? To znaczy dlaczego… – Dalsza część zdania więźnie mi w gardle, gdy widzę, z kim rozmawiam.
Mrugam kilkakrotnie, aby się przekonać, że nie śnię.
Mężczyzna, który stoi naprzeciwko, to wcielony ideał męskiego piękna. Począwszy od intensywnie niebieskich oczu, których spojrzenie zaprasza, abym podeszła bliżej, po wyrzeźbiony podbródek. Wygląda, jakby wyszedł wprost z okładki czasopisma. Jakby jego miejsce było wszędzie z wyjątkiem toalety.
Ma na sobie grafitowy płaszcz, a pod spodem ciemnoszary garnitur. Przesuwa dłonią po krótkich kruczoczarnych włosach, a potem jeszcze raz, jak gdyby domyślał się, że też miałabym ochotę to zrobić.
Przestań. Dość tego!
– Rozmawiałam przez telefon, gdy pan wszedł. – Skupiam się na jego niegrzecznym zachowaniu. – Mógł pan przynajmniej zachować się ciszej.
– Przepraszam. – Uśmiecha się złośliwie. – Kogo pani okłamywała?
– To nie pańska sprawa – mówię, a on podchodzi bliżej. – To pan tu wtargnął.
– A pani wygląda oszałamiająco. – Błyska uśmiechem, którym mógłby reklamować usługi wybielania zębów.
Rumienię się niepewnie, nie wiedząc, jak zareagować na komplement.
– Jestem Liam – mówi. – Jest pani tu sama?
– Nie – odpowiadam. – Mój chłopak właśnie produkuje się na scenie ze swoją poezją.
– Przykro mi to słyszeć. – Sprawia wrażenie rozczarowanego. – Przed chwilą zapłaciłem mu stówę, żeby skrócił nasze cierpienia.
– To zdecydowanie pan przepłacił. Jestem pewna, że dwadzieścia by wystarczyło.
Śmieje się.
– Więc to nie jest pani chłopak?
– Oczywiście, że nie.
– Czy to znaczy, że powie mi pani, jak ma na imię?
– Rebecca.
– Hm… Rebecca –wymawia to słowo w tak uwodzicielski sposób, że chciałabym usłyszeć z jego ust moje prawdziwe imię. – Mogę ci postawić drinka?
Kiwam głową, a on otwiera drzwi, wskazując drogę na korytarz. Ściskając moją dłoń, prowadzi mnie przez dwie kondygnacje na dach.
Kelnerka serwuje nam wino, a ja rzucam okiem na zegar wiszący na budynku po drugiej stronie ulicy.
22.17, 21.29, 22.11, 22.29.
– Czym się zajmujesz, Rebecco? – pyta.
– Niczym. Jeszcze studiuję.
– Studia czy podyplomówka?
Ani jedno, ani drugie.
– Studia podyplomowe. – Nie chcę ryzykować, że facet odejdzie. – Specjalizuję się w twórczym pisaniu.
– Interesujące. – Uśmiecha się. – Też to studiowałem, a skończyłem, pracując na Wall Street.
– Chcesz mi powiedzieć, że z angielskiego trudno się utrzymać?
– Jestem przekonany, że już o tym wiesz.
– Przygotowałam się na bezdomność. – Śmieję się. – Którego pisarza najbardziej sobie cenisz?
– To będzie cała lista.
– Mam czas.
Uśmiecha się i jakimś sposobem zagłębiamy się w rozmowę o literaturze, a on nie ustępuje mi ani o krok. Mamy tych samych literackich ulubieńców (z wyjątkiem tych, którzy lubują się w momentach grozy), uwielbiamy tych, którzy wprowadzają nas w świat fantasy, a do tego każde z nas nade wszystko kocha pisać.
Zanim zdążę się obejrzeć, zegar wskazuje trzecią nad ranem. Jestem już po dwóch szotach i trochę się wstawiłam, czuję dotyk kolan Liama, a mój ostatni pociąg właśnie odjechał.
Jeśli do świtu nie wymyślę, jak się stąd teleportować, będę musiała przygotować jakąś wiarygodną wymówkę, dlaczego opuściłam zwiedzanie internatu zorganizowane dla czwartoklasistów.
– Coś nie tak, Rebecco? – Liam się pochyla i dotykamy się czołami.
– Nie – odpowiadam, a jego wargi muskają moje. – Wręcz przeciwnie.
Widzę wybrzuszenie w jego spodniach i wstrzymuję oddech, bo wyczuwam, że jest o krok od zaproszenia mnie, abym poszła z nim do domu.
– Nie jestem zwolenniczką seksu na pierwszej randce – oświadczam, a na jego usta wypływa uśmiech.
– Okej. – Przeczesuje palcami moje włosy. – To może jesteś zwolenniczką rozkoszowania się twoją cipką tak, że będziesz ociekać wilgocią wprost na moją twarz?
– Eee… ja… – Jeszcze żaden facet tak do mnie nie mówił. – Tak.
– Świetnie. – Powoli odsuwa się i dopija swojego drinka. – Gdzie mieszkasz?
– Półtorej godziny jazdy pociągiem stąd.
– I codziennie tyle czasu dojeżdżasz na zajęcia? – Unosi brwi. – Na której uczelni studiujesz?
– Ja raczej…
Bzzzz! Bzzz! Bzzzz!
Jego telefon komórkowy wibruje. Po raz pierwszy tego wieczoru coś zakłóca nam rozmowę.
– Zaczekaj – mówi i odbiera połączenie. – Słucham. Tak, jeszcze w Bostonie… Ale chcesz, żebym zajął się tym teraz? –Wzdycha. – Nie, rozumiem. Wezmę auto i się tym zajmę. Podaj mi tylko adres, jak już będziesz go mieć. – Kończy rozmowę i rzuca mi współczujący uśmiech. – Przepraszam – mówi. – To moja nowa praca. Muszę się zająć czymś niecierpiącym zwłoki.
– Jesteś lekarzem na ostrym dyżurze?
– Chciałbym być. Ale wynagrodzę ci to.
– Nie musisz.
– Owszem, ale chcę. – Dotyka ekranu telefonu. – Podaj mi swój numer.
Zanim zdążę się zastanowić, dyktuję mu numer, a on go zapisuje.
– Zadzwonię do ciebie jutro – mówi i zostawia stosik banknotów na blacie. – Odbierz, proszę. – Po tych słowach wycofuje się, wpatrując się we mnie, dopóki nie dotrze do schodów.
Po rozważeniu opcji transportu dokańczam drinka, a potem schodzę na dół, żeby uregulować wcześniejszy rachunek.
– A, to ty… – Barman wywraca oczami na mój widok.
– Tak. – Wzruszam ramionami. – Muszę zapłacić i odzyskać dowód tożsamości. Może mi pan w tym pomóc?
Barman odstawia szklankę na blat i rzuca mi puste spojrzenie.
– Naprawdę jest mi potrzebny, żeby wrócić do domu – mówię, wskazując pudełko z dokumentami. – Czy może mi pan go podać?
Nadal nie rejestrując mojej prośby, odkręca piwo i przesuwa je w stronę klienta. Następnie sięga po słuchawkę telefonu.
– Pani Warren chciałaby odzyskać swój dowód – mówi. – Tak, jest przy barze.
Kusi mnie, żeby sięgnąć ponad blatem i zabrać to, co moje, ale facet w granatowym garniturze chwyta karton i uśmiecha się do mnie.
– Proszę za mną, panno Warren. Z pewnością będę mógł pani pomóc.
– Dziękuję. – Idę za nim za bar i wchodzę do niewielkiego biura.
Mężczyzna zamyka za nami drzwi, a z twarzy momentalnie znika mu uśmiech.
– Panowie, to jest ta młoda kobieta, o której panom dziś mówiłem.
Co takiego?! Widzę kilku policjantów, którzy stoją przy wyjściu.
– Proszę podać torebkę i opróżnić kieszenie – mówi ten wysoki stanowczym głosem.
– Moment! O co chodzi? – Przełykam ślinę. – Niczego nie ukradłam, przysięgam.
– Nie będę powtarzał. – Policjant wyciąga rękę. – Słyszała mnie pani za pierwszym razem.
Zbyt zaskoczona, żeby wykrztusić cokolwiek więcej, robię, co mi każe, a on ciska torebkę na biurko. Jeden z gliniarzy świeci na zdjęcie latarką o bardzo intensywnym świetle, a drugi sprawdza mój portfel. Wyciąga karty kredytowe jedną po drugiej, a potem dociera do prawa jazdy.
Po chwili wyjmuje kolejneprawo jazdy.
I jeszcze jedno…
– Rebecca Warren, Tate Jensen, Isadora Jacobs i… Genevieve Edwards – mówi. – Tylko ten ostatni dokument należy do pani. I tylko w tym przypadku jest podany pani wiek. Nie ma pani dwudziestu jeden lat. Co tu jest grane?
– Chodzi o to, że… miałam zamiar w końcu zwrócić wszystkie te dokumenty do biura rzeczy znalezionych.
– Och, nie wątpię. – Policjant wywraca oczami i fotografuje wszystkie prawa jazdy, a potem przekazuje je koledze. – Ma pani szczęście, że właściciel baru też jest absolwentem Exeter i zadzwonił do szkoły, zamiast nalegać na to, aby panią zaaresztować.
– Mogę to wyjaśnić – mówię. – Przychodzę tu tylko wtedy, gdy jest wieczór poezji albo jakieś występy, bo to dlatego…
– Proszę sobie oszczędzić tłumaczeń – wchodzi mi w słowo policjant. – Nie ma dobrej wymówki na kradzież tożsamości ani spożywanie alkoholu przez młodzież. Nie ma pani dwudziestu jeden lat. Do cholery, nie jesteś nawet pełnoletnia!
Przygryzam dolną wargę, a on przeszukuje kieszenie torebki, nawet te ukryte. Wyciąga opakowanie prezerwatyw i potrząsa głową, ale nie komentuje.
– Możesz już wszystko spakować – mówi, wskazując gestem, abym uprzątnęła ten bałagan. – Dzisiaj dostajesz tylko mandat, ale jutro z samego rana każdy barman w tym mieście dostanie ulotkę z twoją podobizną. Jeśli w ciągu najbliższych czterech lat któryś z nich do mnie zadzwoni, maszerujesz prosto za kratki. Czy wyrażam się jasno?
– Tak jest.
Wyprowadza mnie na dwór, gdzie za rogiem stoi auto z włączonymi światłami.
Drzwi po stronie kierowcy się otwierają, a z samochodu wysiada Liam. Patrzy na gliniarza, a potem na mnie.
Nieeeee. Boże, błagam, nie…
– To pana przysłali z Exeter? – pyta policjant.
– Tak. – Liam nadal się na mnie gapi. – Zgadza się.
Menadżer wychodzi i robi zdjęcie, a lampa błyskowa nas oślepia. Odchrząkuje.
– Dyrektor właśnie potwierdził, że to jest osoba, która ma ją odebrać. Bezpiecznej drogi i proszę odstawić do domu naszą nieletnią imprezowiczkę.
Gliniarz prowadzi mnie do fotela po stronie pasażera.
– Nie prawiłem jej kazań, skoro szkoła zamierza się tym zająć. Skonfiskowałem też wszystkie fałszywe prawa jazdy.
– Fałszywe prawa jazdy? – pyta Liam.
– O tak. – Gliniarz śmieje się, pomagając mi wsiąść. – Miała całkiem bogatą kolekcję. Taylor, Isadora, Rebecca i tak dalej. Ach, te dzisiejsze dzieciaki.
– Tak, dzieciaki… –Liam wraca na drugą stronę samochodu i przygląda mi się przez szybę. – Bardzo panu dziękuję.
Szsz, szsz… Szsz, szsz…
Wycieraczki intensywnie pracują na przedniej szybie, kiedy Liam przyspiesza na autostradzie. Cztery kółeczka logo Audi drgają, jakby okazując niezadowolenie z mojej osoby. Odkąd ruszyliśmy, nie odezwał się do mnie ani słowem. Nawet nie włączył radia.
Ani ogrzewania.
Patrzy przez siebie, zaciskając szczęki. Trzyma kierownicę kurczowo, aż na dłoniach zbielały mu kłykcie.
Chociaż odurza mnie woń jego wody kolońskiej, a w żyłach krąży alkohol, to staram się przekonać samą siebie, że to wszystko tylko sen.
Za chwilę obudzę się w moim pokoju w internacie i będzie dobrze.
– Czy jesteś jednym z tych nowo przyjętych administratorów bezpieczeństwa? – usiłuję nawiązać rozmowę. – To dlatego cię wezwali, żebyś mnie odebrał?
Chwyta kierownicę jeszcze mocniej i nie odpowiada.
– Dla ścisłości, nie byłam na imprezie. Musiałam się wyrwać na chwilę i pogadać z kimś o literaturze.
Chrząka.
– Dlatego przedstawiłam się jako Rebecca. – Przełykam ślinę. Zbliżamy się do świateł. – Chciałam powiedzieć ci prawdę, gdybyś zadzwonił, bo choć wydaje mi się, że coś nas łączy, to nie chciałam, żebyś… – Urywam w pół słowa, widząc, że odwraca się w moją stronę.
Błękitne tęczówki, które wcześniej mnie zauroczyły, teraz przepełnia gniew. Doskonale wykrojone usta, którymi prawie złożył pocałunek na moich wargach, już nie kuszą zapraszająco, są wąskie i zaciśnięte.
Na sygnalizatorze zapala się zielone światło. On odwraca się z powrotem w kierunku szyby i rusza.
Nie mówię już ani słowa.
Godzinę później Liam zatrzymuje się przy pozłacanej bramie, która ozdabia wjazd do Phillips Exeter Academy.
Pochyla się w moją stronę, aby otworzyć schowek, i wyjmuje czerwoną przepustkę.
Czyli jest nowym administratorem.
Otwiera szybę. Do auta podchodzi strażnik z parasolem.
– Dziękuję za przywiezienie panny Edwards na kampus – mówi. – Czy zawiezie ją pan aż do Hoyt Hall?
– Nie. – Odpowiada oschłym tonem. – Wysiądzie tutaj.
– Dobrze. – Strażnik rusza w moim kierunku. Pomaga mi wysiąść i prowadzi do swojej budki. Następnie wręcza mi znajomy różowy świstek – naganę.
Patrzę na zwyczajowo zaznaczone kółkiem sformułowania: „wykroczenie”, „złamanie zasad polityki akademii” oraz „naruszenie zasad zachowania” i dostrzegam, że po raz pierwszy zostałam oskarżona o „popełnienie wykroczenia grożącego wydaleniem”.
Mój ostatni rok nauki właśnie się skończył, zanim się zdążył rozpocząć…
Później tego samego wieczoru (a w zasadzie ranka)
Nie przyjmuję do wiadomości wydarzeń mających miejsce w ciągu ostatnich kilku godzin. Nie ma mowy, że całą noc spędziłem z nieletnią, więc zdeterminowany wgapiam się w rysy na suficie, czekając, aż ktoś mi powie, że to jakiś żart.
– Proszę pana, czy potrzebuje pan pomocy? – Staje nade mną mężczyzna z brodą, trzymający w ręce podkładkę do pisania z uchwytem.
– Nic mi nie jest. Dlaczego pan pyta?
– Bo leży pan na podłodze i mówi sam do siebie – odpowiada. – I to od kilku ładnych godzin.
– Ach tak. – Zmuszam się do wstania. – Doceniam pańską troskę.
– Nie ma za co.
Wchodzę do pomieszczenia, które zmieni się w moją bibliotekę, i otwieram górną szufladę biurka. Wyjmuję ulubiony burbon, odkorkowuję butelkę i piję prosto z gwinta.
Dziś kadra pedagogiczna wprowadza się do swoich kwater na kampusie, a ja powinienem pojawić się na spotkaniu organizacyjnym, które ma mnie przygotować do tego, jak „obchodzić się z niezwykle inteligentnymi i wyjątkowymi umysłami osób uczących się w tej szacownej instytucji”.
Teraz jednak nie jestem w nastroju, żeby się z kimś spotykać.
Mentalnie tkwię w sytuacji z poprzedniego wieczoru, żałując wszystkiego, co powiedziałem. Niestety nie mogę zwalić winy na alkohol, bo byłem trzeźwy jak świnia.
Jak tylko „Rebecca” odwróciła się w moją stronę w toalecie, musiałem mrugnąć kilka razy, aby upewnić się, czy jest prawdziwa.
Piwnooka lisica w jasnofioletowej sukience, która doskonale uwypuklała wszystkie krągłości i eksponowała biust. Falowane czarne włosy związane były w niski kucyk, a ich pasma układały się na ramionach, kusząc wręcz, by przesunąć je między palcami.
Pełne usta o różowym kolorze ułożyły się w perfekcyjne kółko, gdy ta mała lustrowała mnie wzrokiem. Momentalnie poczułem do niej pociąg tak silny jak nigdy wcześniej.
Założyłem, że była studentką, i to na studiach podyplomowych. Może licencjackich. Na pewno nie widziałem w niej uczennicy szkoły średniej.
Jednak im częściej odtwarzam sobie w głowie naszą rozmowę, w tym większym stopniu odpowiedzi, jakich udzielała, zdradzają strategiczne poziomy podstępu.
„Jeszcze studiuję”. „Specjalizuję się w twórczym pisaniu”. „Dojeżdżam pociągiem”.
Znowu biorę łyk z butelki, przypominając sobie, że to Rebecca pierwsza poruszyła temat seksu między nami. Ale to ja napomknąłem, co chciałbym zrobić z jej cipką.
Cholera.
Puk, puk!
– Proszę zostawić regały na środku podłogi! – krzyczę do ekipy przeprowadzkowej. – Dziś i tak przyjedzie tylko połowa moich mebli.
Mimo mojej prośby pukanie nie cichnie.
Z alkoholem w ręce wracam do salonu, ale po ekipie ani śladu. Otwieram drzwi wejściowe i staję twarzą w twarz z najdłużej urzędującym dyrektorem.
– Nie zamierzasz mnie zaprosić do środka? – pyta.
– Muszę się nad tym chwilę zastanowić, dyrektorze Peterson.
– Nie musisz silić się na formalności, kiedy jesteśmy sami. Jesteś moim wnukiem.
Otwieram szerzej drzwi i gestem zapraszam go do środka.
– Materac i stolik z Ikei naprawdę robią klimat – żartuje. – Bardzo elegancko.
– Też jestem tego zdania.
– Dzisiaj przyjedzie twój stół Harknessa. A jeśli chodzi o dzisiejszą noc, to… – Przeczesuje ręką włosy. – Bardzo mi przykro, że musiałem zawracać ci głowę, ale nie mogłem ryzykować wysłania żadnego z nauczycieli.
– Dlaczego? Czyżby ich sen był cenniejszy niż mój?
– Nie spałeś. – Przewraca oczami. – Ale nie. Gdybym poprosił o to którąkolwiek osobę z grona pedagogicznego, to cały kampus już trząsłby się od plotek.
– Nauczyciele plotkują z uczniami?
– Jeszcze jak! – Mój dziadek podnosi rolety. – Jeśli nie ma zajęć, to wszyscy zajmują się tylko jednym. W każdym razie czy ta uczennica była skruszona, gdy ją stamtąd zabrałeś?
– Tak. – Ocalę ją, choć nie zasługuje na łaskę.
– Gdy się zjawiłeś na miejscu, czy zauważyłeś, żeby zadawała się z kimś znacznie starszym?
– Widziałem tylko policjantów.
– Okej, dobrze. – Poklepuje się po brodzie. – Usiłuję zebrać wszystkie fakty, zanim wymierzę jej karę. Masz może jakieś propozycje?
– Nie. – Potrząsam głową, nie mając już ochoty zawracać sobie głowy myśleniem o tej dziewczynie. Jeśli będę miał szczęście, zobaczę ją gdzieś w przelocie podczas mojego pobytu w tej szkole.
– Cieszę się, że dołączasz do Exeter, żeby zacząć na nowo – mówi. – To chyba będzie dobra zmiana tempa od czasu twojego rozwodu.
– Taką mam nadzieję.
Dziadek omiata wzrokiem tatuaże na moim ramieniu, znając dokładnie ich znaczenie, rozumiejąc cierpienie i ból, przez które przeszedłem, i które uwieczniłem na ciele atramentem, aby te rysunki mi o tym przypominały.
Imię jego syna, czyli mojego ojca, który był zadłużonym bankrutem, nie zasługiwało na miejsce na moim ciele, ale ostatecznie zostało wytatuowane drobną kursywą pod hasłem „Co mnie nie zniszczyło” podanym po łacinie.
– Liamie, tak mi przykro – stwierdza. – Nigdy sobie nie wybaczę tego, że przyczyniłem się do jego istnienia.
– To nie twoja wina.
– Chciałbym w to wierzyć. – Ściska mnie. – Jestem tu, gdybyś mnie potrzebował.
– Dzięki.
Czekam, aż dziadek odejdzie, zanim wrócę do gabinetu.
Wyciągam pierwszą lepszą książkę z kartonu i chwalę sam siebie za to, że przez ostatnie pięć minut myślałem o czymś innym niż tamta dziewczyna.
Czyli jestem w stanie zapomnieć, że kiedykolwiek ją ujrzałem. To postęp.
Otwieram książkę i czytam pierwszą linijkę tekstu.
„Wczoraj w barze spotkałem najpiękniejszą kobietę świata. Czarnowłosą i piwnooką. Nigdy jej nie zapomnę, ona…”
Zamykam książkę i idę wziąć zimny prysznic.
Niedziela rano
Exeter, New Hampshire
Drewniany wentylator sufitowy skrzypi i syczy przy każdym obrocie, rozprowadzając ciepłe letnie powietrze po dusznym pomieszczeniu. Chociaż nasza akademia szczyci się otrzymaniem miliardowej darowizny, to odmawia zainstalowania klimatyzacji w swoich budynkach.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Prolog
LEKCJA NR 1
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Meritum publikacji
