Zakochaj się jeszcze raz - Christina Lauren - ebook + audiobook + książka

Zakochaj się jeszcze raz ebook

Christina Lauren

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Trzy lata temu Emery Finch zrobiła coś, czego nikt się po niej nie spodziewał – wyszła za mąż. Jej wybranek Luca to niezwykle czarujący architekt krajobrazu, którego poznała podczas upojnej nocy w Vegas. Sprawił, że się śmiała, że tańczyła, że czuła.

Dziś Emery całkowicie poświęca się tajnemu projektowi badawczemu. Odwołuje kolacje z mężem, zapomina o rocznicach, tłumacząc sobie przy tym, że Luca zrozumie, gdy w końcu będzie mogła wyjawić prawdę na temat swoich nowatorskich badań. Dochodzi jednak do czegoś strasznego – Lucę odbiera jej tragiczny w skutkach wypadek.

Zdesperowana Emery postanawia złamać wszelkie zasady, aby odzyskać męża. Luca zapewne byłby wdzięczny, gdyby tylko ją pamiętał. Nie zachował jednak wspomnień ich pierwszego pocałunku, słonecznych niedziel na plaży i całego życia, które razem stworzyli…


Może to cud nauki, ale dla Emery jedyna druga szansa. Tym razem jej nie zmarnuje, bo prawdziwą miłość zawsze warto rozpalić na nowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 359

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Romance Revival

Copyright © 2026 by Christina Hobbs and Lauren Billings

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Faceout Studio

Ilustracje na okładce:

© arxichtu4ki/ Adobe Stock

© tofutyklein/ Adobe Stock

Redakcja: Agnieszka Luberadzka

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Olga Smolec-Kmoch

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Karolina Nowak

ISBN: 978-83-8441-700-3

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

SERIA: HYPE

PROLOG

Emery

Teoretycznie nigdy do siebie nie pasowaliśmy.

On chciał założyć rodzinę, a ja nie planowałam wychodzić za mąż. On surfuje, chodzi po górach, jeździ na rowerze, biega, natomiast ja nienawidzę piasku i słońca, sprintem puszczam się jedynie, by nie zginąć lub żeby zdobyć kawę. On jest ekstrawertykiem, potrafi oczarować każdego, kto wejdzie z nim w interakcję, ja zdecydowanie wolę psy od ludzi.

Zawsze na weselach tańczy ze starszymi ciotkami, pijanymi druhnami i małymi dziewczynkami, które rzucają w kościele kwiaty. Mnie nikt nie oderwie od ściany, gdy na parkiecie wszyscy bawią się w pociąg. On pracuje na życie, ja żyję pracą.

Kiedy jednak, ku zaskoczeniu wszystkich przyjaciół, zrobiłam sobie długi wolny weekend i poleciałam na ślub kuzynki do Vegas, wystarczyło, że usłyszałam, jak śmiał się po drugiej stronie sali bankietowej, by zmieniło się całe moje życie.

Nasze spojrzenia się spotkały, na chwilę spoważniał, zanim zwrócił się do mocno wytatuowanego mężczyzny, z którym do tej pory rozmawiał, a następnie podszedł do mnie, przez cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku.

Dopiero kiedy się do mnie zbliżył na mniej niż metr, zwróciłam uwagę na to, jaki jest wysoki, dobrze zbudowany i atrakcyjny.

Cholera.

Pragnęłam znaleźć w nim choćby jedną wadę, ale nie dałam rady.

Tuż za mostkiem nerwowo trzepotało moje biedne serduszko, błagając wszechświat, aby nie pozwolił mi spieprzyć tego spotkania. Nigdy nie byłam dobra w podobnych sytuacjach – moja przyjaciółka już dawno porzuciła starania, aby umówić mnie z kimś na randkę w ciemno. Pierwszego faceta, gdy próbował zjeść makaron orzo, odstraszyłam nawijaniem o larwach muchówek. Następnego wkurzyłam poprawianiem gramatyki, kiedy mówił „mniej”, choć w zdaniu powinien użyć „rzadziej”.

Trafił mi się też taki, który przez cały posiłek gadał o tym, ile suplementów powinnam przyjmować – Czy mogłabym użyć jego karty stałego klienta przy kasie? – zanim zaczął wypytywać o mój plan treningowy na siłowni. Najśmieszniejsze jest to, że nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jest najbliższy klub fitness. Ostatnim gwoździem do trumny randek w ciemno był typek, przez którego spotkanie zakończyło się, jeszcze zanim zdążyliśmy zamówić danie główne. Początkowo relacja zapowiadała się całkiem dobrze, ale potem napomknął, że jego ulubiona powieść to American Psycho. Zrozumiałam, że lepiej spożytkuję ten czas w laboratorium. I nigdy z niego nie wyjdę.

Toteż to zrobiłam, całkowicie rezygnując z umawiania się z kimkolwiek. I w ten sposób moim najlepszym, wymarzonym partnerem okazała się praca.

Jakiś czas później poleciałam jednak do Vegas, usłyszałam ten perfekcyjny śmiech, po czym jego właściciel nagle znalazł się przede mną, a mój umysł się wyłączył. Stojąc tak blisko niego – miał na sobie czarny garnitur, ale bez krawata i z rozpiętym górnym guzikiem białej koszuli, odsłaniającym gładki, opalony obojczyk – poczułam, jakby wszechświat w jakiś sposób odpowiedział na moje błagania. Nie byłam już molem książkowym ani szczurem laboratoryjnym, jak zawsze się prezentowałam, a kobietą w niebieskiej sukience z cekinami, bez ramiączek, która po raz pierwszy od kilku tygodni się umalowała, zgodziła się, aby inna kobieta zaplotła jej zazwyczaj związane w kucyk włosy w koronę na czubku głowy, a także wypiła dwa kieliszki wina i najbardziej na świecie pragnęła oddać resztę nocy mężczyźnie, który zatrzymał się zaledwie kilka centymetrów od niej.

Później miałam wspominać tę chwilę, gdy staliśmy naprzeciwko siebie na plaży Torrey Pines ze splecionymi palcami, a fale ochlapywały nam łydki, a także zmywały ślady naszych stóp, jakbyśmy nigdy nie byli nigdzie indziej. Tamtego pierwszego wieczoru sprawił, że poczułam się, jakbym znalazła się na tym świecie, na tym weselu, tylko po to, żeby mógł przejść przez salę, kierując się w moją stronę.

– Jestem Luca – przedstawił się głębokim, spokojnym głosem.

– Emery.

Uścisnął mi dłoń, a jego uśmiech z grzecznego i nieco niepewnego stał się flirciarski i pełen ekscytacji.

– Cześć, Emery – szepnął.

Serce zabiło mi mocniej. Przystojny i uroczy. Całkowicie na moją zgubę.

– Cześć, Luca.

Parsknął nerwowym śmiechem, puszczając moją rękę. Przeczesał palcami gęste włosy w odcieniu ciemny blond, a ja jak zahipnotyzowana śledziłam wzrokiem ten ruch.

– Widziałem, że na mnie patrzysz, więc pomyślałem, że podejdę i się przedstawię.

– Och, spojrzałam tam, bo usłyszałam twój śmiech – powiedziałam nieporadnie.

– Tak?

– Wybuchł w sali jak petarda w bibliotece – rzuciłam i od razu zapragnęłam cofnąć te słowa, ale Luca jeszcze bardziej się rozpromienił, jakby właśnie dostał najwspanialszy komplement w życiu.

– Petarda w bibliotece, powiadasz?

Pokiwałam głową.

– To znaczy wspaniale się śmiejesz.

Przechylił głowę z uśmiechem i pojęłam, że zapewne słyszał już coś takiego z milion razy. Najprawdopodobniej śmiech tego mężczyzny sprawiał, że wszyscy wokół byli wniebowzięci.

– A ty masz piękne oczy – wyznał, przenosząc wzrok pomiędzy nimi, aż zatrzymał się na plamce jasnej miedzi w mojej prawej tęczówce.

Przełknęłam ślinę.

– Dziękuję.

Piosenka zmieniła się na wolną, a Luca stał przede mną, spoglądając, jakby nie miał nic innego do roboty, gdy, w tym samym momencie, w którym miałam wybuchnąć z nerwów, bo nie byłam w stanie znaleźć w umyśle ani jednego dobrego tekstu, wyciągnął do mnie dłoń.

– Zatańczymy?

I w ten oto sposób stałam się gwiazdą parkietu.

* * *

Prawdę mówiąc, to było bardziej kołysanie się na boki niż taniec.

Nie wiem jednak, jak miałabym wykonywać jakiekolwiek inne ruchy, gdy mocno trzymał mnie przy sobie. Prowadził z wprawą, niekiedy płynnie obracając się ze mną w ramionach, a później znów łagodnie kołysząc.

Czy tańczy tak ze wszystkimi? – rozważałam w duchu, a potem odpędziłam od siebie te myśli. Po pięciu minutach znajomości już budziła się we mnie zazdrość.

Ale czy którakolwiek miałaby inaczej? Skupiał na sobie więcej uwagi na tej sali niż bolid F1 na torze. Mężczyźni, kobiety, młodsi, starsi, hetero czy queer – wszyscy mu się przyglądali. Oczywiście, że był wspaniały – z gęstymi, jedwabistymi włosami, opaloną cerą, ciemnymi brwiami i psotnymi niebieskimi oczami – jednak przede wszystkim miał w sobie to „coś”. Cechowała go jakaś taka lekkość bytu, gdy swobodnie poruszał kończynami, a kiedy się uśmiechał, wydawał się niczym przystojny, łaskawy książę, który nawet nie zdawał sobie sprawy ze swojej mocy.

– Czym zajmujesz się zawodowo, Emery?

Zaskoczył mnie tym pytaniem, chociaż nie powinien, bo był to dość oczywisty początek rozmowy. Chociaż w moim przypadku rozpoczynanie konwersacji w ten sposób zawsze prowadziło do nieuchronnego skurczu żołądka.

Powiedz mu prawdę, pomyślałam i natychmiast odrzuciłam ten pomysł. Nie mogłam tego zrobić i na pewno się o to nie pokuszę.

– Pracuję w dziale projektowania i wdrażania laserów medycznych stosowanych w sprzęcie chirurgicznym.

Znieruchomiał, utraciwszy rytm, i spojrzał na mnie.

– Poważnie?

Potaknęłam, znów zaskoczona. Tak wyćwiczyłam tę nudną odpowiedź, że naprawdę rzadko ktoś pytał mnie o potwierdzenie. W większości przypadków mogłam rozwinąć temat w technicznych szczegółach, używając pojęć jak fototermoliza czy optymalizacja ablacji, aż słuchacz straciłby zainteresowanie, ale w tej chwili z jakiegoś powodu nie chciałam rozbudowywać tego kłamstwa. Zazwyczaj samo wypływało z moich ust, lecz dzisiaj miałam go dość. Odczuwałam je niczym kaftan bezpieczeństwa.

– Jakiego rodzaju szkoły trzeba pokończyć, żeby móc robić lasery? – W jego tonie pobrzmiewał przyjemny zaśpiew, którego nie umiałam umiejscowić, jakby dodatkowa samogłoska na końcu niektórych słów.

Zaśmiałam się, zdumiona.

– Studiowałam medycynę – przyznałam. – Ale nie praktykuję.

Przeważnie.

– Jesteś lekarką? Doktor Emery?

Znów się zaśmiałam, kiwając głową.

– Doktor Emery Finch.

Znów zaczął się kołysać w powolnym tańcu, w którym mogliśmy na siebie patrzeć.

– Wyjdę na ignoranta, jeśli przyznam, że nie byłem u żadnego lekarza chyba od pięciu lat?

– Tak, ale nikomu nie powiem – ściszyłam głos i zakończyłam wypowiedź uśmiechem. – Tak naprawdę nie znam wielu lekarzy.

– Potrafię wszystko wyleczyć za pomocą ibuprofenu i wody.

– Na moje oko prezentujesz się całkiem zdrowo – dodałam, nadal się uśmiechając. Niedopowiedzenie stulecia. – Jako lekarka powiem, że dopóki będziesz stosował krem z filtrem i jadł warzywa, zapewne nic ci się nie stanie.

– Bystra i seksowna – skwitował, kręcąc głową i również się uśmiechając. – Czuję się lekko onieśmielony.

Parsknęłam.

– No błagam.

– Poważnie, teraz mogę się chwalić, że znam osobę, która robi lasery.

– Mówisz, jakby coś takiego znajdowało się na twojej liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią.

– Emery Finch, chyba nie doceniasz tego, ile mężczyźni myślą o laserach.

Wpatrywałam się w niego, całkowicie oczarowana.

– A ty czym zajmujesz się zawodowo?

Szeroko wyszczerzył zęby.

– Jestem architektem krajobrazu.

Ponownie się zdziwiłam, choć tylko na chwilę. Prócz garnituru i sztucznego otoczenia Vegas, jakie mieliśmy wokół, wszystko w tym mężczyźnie podpowiadało, że pracuje na zewnątrz, w słońcu.

– Okropnie mi się to podoba.

– Tak? Dlaczego?

Przechyliłam głowę, aby uważniej mu się przyjrzeć.

– Ponieważ bardzo to do ciebie pasuje.

– Jakie ładne określenie, by powiedzieć, że wyglądam jak ktoś, kto nie czyta w pracy.

Zaśmiałam się.

– Mówię, że wyglądasz jak ktoś, kto lubi przebywać na zewnątrz, w słońcu, i poruszać ciałem.

Wypowiedziawszy te słowa, poczułam lekkie zażenowanie, ale chyba nie usłyszał w tym mojego podniecenia.

– Tak, naprawdę uwielbiam przebywać na zewnątrz.

– Spoko.

Poprawnie zinterpretował mój ton.

– Ty nie za bardzo, co?

– Wolę myśleć o sobie w czterech ścianach.

Parsknął i ponownie rozbrzmiał ten zaraźliwy dźwięk.

– A co lubisz w nich robić?

Zanim zdołałam to przemyśleć, uniosłam brwi. Z jego ust znów wyrwał się kolejny śmiech, wypełniając salę, ściągając uwagę gości wokół nas, którzy również się uśmiechnęli.

– Dobra – rzucił. – Sam się w to wpakowałem.

– Szczerze mówiąc, tak jakby jestem pracoholiczką – przyznałam.

– Dobra, ale tak poważnie, założę się, że lasery są całkowicie fascynujące.

Wzruszyłam ramionami.

– Dla mnie tak.

– Co sprawiło, że znalazłaś się w tej branży?

Nie byłam pewna, czy ktokolwiek pytał mnie o to wcześniej, więc nie miałam czasu na wymyślenie bardziej optymistycznej odpowiedzi.

– Rodzice zginęli w wypadku samochodowym, a to, czym się teraz zajmuję, to jakby wymyślny sposób tworzenia rzeczy, które mogłyby ich ocalić.

Ku mojemu zdziwieniu, gdy słowa te wyszły z moich ust, ogarnęła mnie ulga, jak w przypadku, gdy człowiek niesie coś ciężkiego i w końcu może to odłożyć, choćby na parę minut. No i proszę, pomyślałam. Stuprocentowa prawda.

– O cholera – palnął, znów się zatrzymując. – Naprawdę? Szlag. Bardzo mi przykro.

– Tak. Dzięki.

– Ile miałaś wtedy lat?

– Czternaście.

– Rety.

Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się do niego, licząc, że wyczyta z mojej twarzy, iż się już pozbierałam, a nie że szczerzę się jak głupi do sera, mówiąc o śmierci własnych rodziców.

Utwór zmienił się na szybszy, na parkiet powchodzili goście, krzycząc z radości, więc ochoczo umknęliśmy im z drogi.

Luca wziął mnie za rękę, zaprowadził do pustego stolika z naznaczonymi szminką kieliszkami do wina, talerzami z okruchami po ciastach i muślinowymi woreczkami z migdałami w twardej polewie cukrowej. Obrócił krzesła w stronę parkietu i przez chwilę obserwowaliśmy, jak ludzie dobrze się bawią, skacząc i krzycząc.

– Wybacz założenie, że nie chciałabyś tańczyć macareny – odezwał się.

– Dziękuję, jesteś niesamowity. – Bawiłam się torebką ze słodyczami. – Być może powiem teraz coś kontrowersyjnego, ale odnoszę wrażenie, że te migdały w polewie wynaleźli dentyści, żeby zwiększyć sobie obroty.

Luca parsknął śmiechem, wziął ode mnie woreczek i przyjrzał się jego zawartości.

– We Włoszech dajemy ich po pięć, co ma symbolizować życzenia dla nowożeńców: zdrowia, bogactwa, szczęścia, płodności i długiego życia. – Otworzył opakowanie, wsadził jeden migdał do ust, chrupnął i się skrzywił.

Zaśmiałam się, a potem zrozumiałam, co powiedział. To właśnie stamtąd ten akcent.

– Pochodzisz z Włoch?

– Mieszkałem tam, ale kiedy miałem dziewięć lat, przeprowadziliśmy się do Stanów – wyznał, co tłumaczyłoby jedynie melodyjną nutę w jego głosie.

– Mogę cię o coś zapytać?

Przytaknął z udawaną powagą, ale przez to, jak zawzięcie chrupał migdał, nie potrafiłam się skupić.

– O wszystko.

Ściszyłam głos do szeptu.

– Volturi istnieją naprawdę? – zagadnęłam.

Perfekcyjny śmiech sprawił, że aż dostałam ciarek z podniecenia.

– Nie mówimy o nich, Emery – odparł równie cicho. – Udajemy, że nie wiemy o ich istnieniu. Tak jest bezpieczniej.

– Tak właśnie myślałam. – Uśmiechając się, wróciłam wzrokiem do zatłoczonego parkietu.

– Kogo znasz na tym weselu?

Ruchem głowy wskazał na pana młodego.

– Arla. Przyjaźniliśmy się w szkole średniej. A ty?

Podobnym ruchem wskazałam na pannę młodą.

– Justina to moja kuzynka.

Obserwowaliśmy, jak para została uniesiona na krzesłach nad parkiet. W akcie, który z perspektywy trzeźwych osób uszedłby za ewidentnie nierozsądny, pijani drużbowie z trudem podnosili nad głowy krzesła z parą młodą.

– To wydaje się całkowicie bezpieczne – skwitowałam.

– Stawiam dychę, że Arlo skończy z twarzą na podłodze.

Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową.

– Nie będę się o to zakładała.

Luca spojrzał na mnie z błyskiem w niebieskich oczach, uśmiechając się łagodnie.

– Doktor Emery Finch, chcesz stąd wyjść?

* * *

Chciałam uciec jak najszybciej.

Wziął mnie za rękę i wyprowadził z sali bankietowej równie wprawnie, jak wcześniej na parkiet. Później dowiedzieliśmy się, że Luca jednak wygrał zakład, a Arlo skończył z paskudnym sińcem. Właściwie to żadne z nas nie wróciło myślami do wesela aż do następnego dnia, długo po wschodzie słońca, którego złote promienie padały na kupkę białej, gładkiej pościeli leżącej u stóp hotelowego łóżka Luki.

Pierwszy pocałunek okazał się równie prosty, jak pierwsze słowo, pierwszy taniec czy pierwszy raz, gdy daliśmy nogę z imprezy. Miał miejsce w windzie, po cichej chwili, w której spotkały się nasze spojrzenia. Luca się zbliżył, przyparł mnie do lustra, pochylił się i musnął moje wargi. Odsunął się i przyjrzał mojej reakcji. Wzięłam go za kark i przyciągnęłam do siebie. Musiałam stanąć na palcach, by pogłębić pocałunek. Pieścił mnie językiem, całując mocno, głęboko, co było tak upajające, jakbym wypiła znacznie więcej alkoholu, niż miało to miejsce.

Luca był pierwszym facetem, z którym pokusiłam się o jednorazowy numerek, i trzecim partnerem, jakiego w życiu miałam, ale sprawił, że czułam się jak bogini seksu.

Naprzeciwko łóżka stało lustro, a Lucę fascynował nasz widok.

Widzisz?

To, jak mnie w siebie przyjmujesz?

Sei perfetta – to idealne.

Pokaż mi, jak doprowadzić cię na szczyt.

Dotykał mnie w rozgorączkowany, chciwy sposób, obejmował moją sylwetkę, ściskał, przyciągał do siebie, pieścił do szaleństwa. Był pode mną, nade mną, za mną, całkowicie mną zawładnął, przy czym przez całą noc mogłam myśleć tylko: Więcej tego wszystkiego, więcej jego.

Po pierwszym razie leżeliśmy twarzami do siebie, przez kilka godzin rozmawiając o wszystkim, od problemów, z jakimi spotkaliśmy się w dzieciństwie – Luca często zostawał sam z młodszymi siostrami, którymi musiał się opiekować, podczas gdy ich rodzice podróżowali lub się bawili, a ja wiodłam szczęśliwe życie jedynaczki, aż do tragicznego wypadku rodziców – po nasze ulubione sporty, książki, zespoły muzyczne, filmy. Stopniowo przysuwaliśmy się do siebie, całowaliśmy się i dotykaliśmy, zaczepialiśmy, aż któreś zaczęło błagać o więcej. Tak było przez całą noc.

Następnego ranka przy śniadaniu, gdy tace ustawione w wieżę jedna na drugiej leżały na stole, Luca wpatrywał się we mnie sennym, pełnym uwielbienia wzrokiem.

– Luca? – zagadnęłam, przeżuwając naleśnika. Czułam się, jakby w mojej klatce piersiowej trzepotał spanikowany ptak. Coś w niej niespokojnie tłukło się o żebra, za wszelką cenę pragnąc się wydostać. W odpowiedzi tylko mruknął, całkowicie spokojny.

– Czy ja zwariowałam?

– Nie.

– Co się tu dzieje?

Uniósł kubek, podmuchał na parującą kawę.

– Wydaje mi się, że wiesz.

Chyba tak.

* * *

Dziwne, że chociaż poznaliśmy się w Vegas, nasz ślub się tam nie odbył. Doszło do niego kilka miesięcy później w naszym wspólnym rodzinnym mieście San Diego, na klifie z widokiem na Ocean Spokojny. Przybyli jego rodzice i siostry, moja babcia, ciotka z kuzynką oraz kilku naszych przyjaciół, którzy na ostatnią chwilę zdołali przylecieć do Kalifornii.

Długo się wahałam. Nie chodziło o to, czy powinnam wyjść za Lucę – od tamtej pierwszej nocy wiedziałam, że zrobię wszystko, by go zatrzymać. Nie, miałam jednak problem z tym, że nigdy nie będę mogła całkowicie się przed nim otworzyć.

Dla jego bezpieczeństwa, jak również dla swojego.

Chciałam jednak, aby to wypaliło. Przypominałam sobie, że przy odpowiednim skupieniu zawsze osiągałam to, co sobie zaplanowałam. Mogłam kochać go na tyle, by zrównoważyć swoje sekrety.

Stworzyliśmy własne przysięgi, obiecując wzajemne wsparcie w pasjach, rozwoju i niezależności, chociaż niektóre punkty pozostawiliśmy tradycyjne.

Na dobre i złe.

W bogactwie i w biedzie.

W zdrowiu i w chorobie.

Miłość i wierność,

Dopóki śmierć nas nie rozłączy.

W tej chwili, gdybym tylko mogła, przepisałabym ostatnie zdanie.

Dopóki śmierć nas nie rozłączy…

Na szczęście śmierć nie ma ze mną żadnych szans.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Emery

TRZY LATA PÓŹNIEJ…

Nie mogę znaleźć kluczyków. – Kuśtykam korytarzem w jednym bucie i do połowy zapiętej ulubionej granatowej sukience w delikatne prążki. – Ani marynarki. – Zaglądam do łazienki, ale nie znajduję zaginionych rzeczy. – I drugiego buta.

Luca bez słowa podaje mi parujący kubek. Nawet jeśli nadal nie mam kluczyków, marynarki i buta, mąż dokładnie zna w tej chwili moje priorytety – przed dziewiątą rano i kilkoma kubkami kawy jestem nie do życia.

Co, szczerze mówiąc, jest niefortunne, bo najważniejsza prezentacja mojego jestestwa wypada o szóstej rano tego piekielnego dnia, czyli godzinie dogodnej dla kadry zarządzającej i inwestorów z San Diego, Chicago, Nowego Jorku, Londynu i Bazylei, ale zupełnie nie dla mojego utartego rytmu dobowego.

– Kluczyki leżą przy mikrofalówce – mówi Luca, idąc za mną, aby zapiąć suwak. Jako pracownica naukowa wierzę w prawdopodobieństwo, a nie szczęście, a ten ciuch jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Kiedy miałam na sobie tę sukienkę, nigdy nie spotkało mnie nic złego.

Mąż wbija wzrok w moje piersi, co jest kolejnym atutem tego stroju.

– Marynarka w pokrowcu z pralni chemicznej wisi na oparciu krzesła w jadalni – przypomina. – A buta szukałaś pod łóżkiem po swojej stronie?

Luca wydaje się mieć niekończące się pokłady cierpliwości. W podziękowaniu całuję go w zarośnięty policzek, po czym biegam po poszczególnych pomieszczeniach, zbierając swoje rzeczy. Zegarek na mikrofalówce wskazuje piątą rano, a o tej godzinie nie śpią chyba tylko sowy, niemowlęta i ludzie, którzy, jak Luca, uwielbiają wschody słońca.

Odkąd go poznałam, Luca jest rannym ptaszkiem. Biega przed brzaskiem, pracuje, gdy ja dopiero zwlekam się z łóżka. Mózg włącza mi się dopiero około pory lunchu, więc napędzana kawą, adrenaliną oraz wszelkimi możliwymi resztkami śmieciowego jedzenia, jakie znajduję w pokoju socjalnym w firmie, pozostaję najbardziej efektywna dopiero po północy. Tak naprawdę skończyłam dopieszczać swoją prezentację zaledwie kilka godzin temu, gdy zaspany Luca nakazał mi chociaż godzinę odpocząć przed moim wielkim dniem.

Minęły trzy lata, a postronni nadal nie rozumieją, jak możemy być razem. Nie jestem brzydka, ale Luca jest oszałamiający. Prezentuje się absolutnie cudownie ze złotą karnacją, mięśniami i uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Może nie jestem obiektywna, ale widziałam kiedyś, jak dorosły facet uderzył rowerem w drzewo, bo zagapił się na mojego męża, który pracował na podwórzu bez koszulki.

Nasz rytm dobowy kardynalnie się różni, pracujemy w zupełnie odmiennych branżach, mamy przeciwstawne temperamenty – jestem zdeterminowana i uparta, czasami zatracam się w myśleniu o pracy, nawet gdy otaczają mnie ludzie, a Luca w tym czasie pozostaje towarzyski, zabawny i zawsze uśmiechnięty. Jednak to w nas właśnie uwielbiam. Podoba mi się, że Luca tak doskonale mnie dopełnia.

W dodatku bez mojego wiecznie szczęśliwego, spokojnego męża w najważniejszym dniu dla mojej kariery pojechałabym do pracy Uberem w połowie ubrana i w jednym bucie.

Luca stoi na progu, trzymając przede mną otwarte drzwi, mając na sobie spodenki do biegania, skarpety, dopasowaną koszulkę oraz czapkę z daszkiem. Jest opalony, zadowolony i gotowy, by wyjść, gdy tylko mnie odprawi.

Chwyta mnie w talii, pochyla się i przysuwa się do mojego ucha.

– Nie wyjdziesz bez porządnego pocałunku.

Unoszę głowę, ochoczo mu się poddając, a praca na chwilę znika z mojego umysłu i pozostaje jedynie cichy magnetyzm Luki. Przechyla głowę, pogłębia pocałunek, sunąc dużą dłonią po mojej szyi, aż ujmuje mój policzek.

Jak zawsze pojawia się między nami chemia, ciepło rozlewa się po ciele, prąd pulsuje między udami. Zaraz jednak cichy głosik z tyłu mojej głowy napiera na umysł i coraz głośniej domaga się uwagi, podrzucając: Nie masz na to czasu.

Ale chcę. Pragnę wyczarować więcej czasu dla Luki.

Odsuwam się, wtulam twarz w jego szyję, w jednym głębokim oddechu zaciągając się jego słodyczą i seksapilem, zarzekając się w duchu jak niemal każdego ranka: Od przyszłego tygodnia poświęcę mu więcej czasu. Wrócę do domu, zanim zaśnie, nie będę brać jego spokoju i pogody ducha za pewnik, postaram się być lepszą partnerką. Staję na palcach, by po raz ostatni cmoknąć go w usta.

– Powodzenia, Em – mówi, uśmiechając się przy mojej skórze.

– Dziękuję. Tak się denerwuję, że aż mi niedobrze.

– Pójdzie jak po maśle. – Odsuwa się, zakłada mi kosmyk włosów za ucho i omiata wzrokiem moją twarz. Nałożyłam makijaż, choć zazwyczaj nie maluję się do pracy, ale ta prezentacja… którą obejrzą największe szychy… wymaga nieco dopieszczenia mojej aparycji. Luca zawsze twierdził, że kręcą go moje piegi, ale dostrzegam w jego oczach, że zauważył róż, który je skrywa, nieco szminki na wargach i ostrą czarną kreskę na powiekach. – I pięknie wyglądasz.

– Ty również.

Szczerzy zęby.

– Do wieczora. Domyślam się, że przyjedziesz prosto do restauracji.

Natychmiast marszczę brwi.

– Do restauracji?

Luca traci na chwilę uśmiech. Jest ona tak krótka, że ledwie to zauważam, a jednak nie da się tego pominąć.

Zaraz jednak rzuca ze śmiechem:

– Tak, bo…

Żołądek mi się kurczy, gdy umysł podsuwa dzisiejszą datę.

– Ach, tak, tak – odpowiadam, starając się zatuszować swój błąd. – Myślałam tylko, że wrócę do domu, nim…

– Zapomniałaś. – W jego niebieskich oczach błyszczy psota, ale zauważam również napięcie.

Cień.

– Wcale nie! – rzucam lekkim tonem. To nie do końca kłamstwo. Pamiętałam, że zbliża się rocznica, i chciałam zaplanować coś niesamowitego, ale potem Tom zorientował się, że mamy kilka błędnie opisanych próbek, w laboratorium nastąpiła cała seria zamian i zagubień fiolek, więc z naszego i tak napiętego harmonogramu wyleciał tydzień. A to była tylko jedna z kilku ostatnich katastrof, a każda mogła zniszczyć cały projekt, gdybyśmy jej nie wykryli. Zbierając to wszystko do kupy, moje najlepsze intencje… zeszły po prostu na dalszy plan. – Chciałam wrócić do domu, żeby przebrać się przed kolacją.

– Może być. – Pochyla się i po raz ostatni daje mi buziaka w czoło.

– Wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy, Emery. I idealnego dnia. Poradzisz sobie. Widzimy się o dziewiętnastej.

– Dziewiętnasta – powtarzam z mocno dudniącym sercem.

Wychodzę z domu z laptopem w torbie, a z nerwów kolana mam jak z waty. Macham Luce na pożegnanie, nim wsiadam do swojego auta i odjeżdżam na spotkanie, które zmieni nie tylko moje życie, ale i cały świat.

ROZDZIAŁ DRUGI

Emery

Podczas jazdy zastanawiam się, czy można utonąć w pogardzie do samej siebie. Zapomniałam o tej cholernej rocznicy. Do kogo to w ogóle podobne?

Tak, dziś jest przełomowy dzień w mojej karierze, i tak, napięte terminy i wszystkie nieprzewidziane katastrofy rozproszyły mnie bardziej niż zwykle, ale przecież mamy to zapisane w kalendarzu! Tym, który wisi na ścianie, a w którym Luca skrupulatnie zaznacza urodziny członków rodziny, wizyty u lekarzy i słoneczne niedziele na plaży. Można by zapytać, kto w dzisiejszych czasach wciąż używa papierowego kalendarza?

Mój ukochany mąż, który upiera się, że lubi możliwość fizycznego kontaktu i to, że wszystko można zobaczyć. Tak, to prawda, a w dodatku wiesza go przy ekspresie do kawy, zdając sobie sprawę, że to jedyne miejsce, w którym istnieje największe prawdopodobieństwo, że rzucę na niego okiem.

Niestety zazwyczaj, czekając na napar, jestem półprzytomna. A nawet gdybym się już obudziła, nie pamiętałabym, żeby patrzeć na papierowy kalendarz. Ten, który pamięta o wszystkich ważnych spotkaniach oraz zadaniach czekających mnie w pracy, znajduje się w telefonie, który zgodnie z podpisaną umową muszę trzymać z dala od męża.

Kalendarz, telefon i cały niewielki sejf, o istnieniu którego Luca nawet nie ma pojęcia.

Niemal nikt nie zdaje sobie sprawy z ich istnienia – nawet ta wścibska sąsiadka, która wie chyba wszystko, a która z pewnością wyglądała przez okno, gdy wyjechałam z podjazdu na ulicę.

Do diabła, zapewne pamiętała też o naszej rocznicy.

* * *

Mamy takie powiedzenie, że kłamstwo powtarzane wiele razy staje się prawdą, a ja zbudowałam na tym wyrażeniu całe swoje życie. Na temat pracy nie wolno mi rozmawiać z nikim, nawet z najbliższymi.

Kluczowym aspektem życia w kłamstwie jest to, by ściśle się go trzymać, przez co, odkąd codziennie wychodzę z laboratorium i wracam do domu, odtwarzam wersję siebie, którą chcę zademonstrować światu – doktor Emery Martín, pod kierownictwem której zespół konstruuje nowatorskie rezonatory optyczne do zastosowania w laserach chirurgicznych… Szczegóły są skomplikowane i okropnie nudne, więc nikt nie zadaje mi zbyt wielu pytań.

Niekiedy jednak całe to oszustwo mnie męczy. Przy Luce jestem czułą – chociaż zakochaną w pracy – żoną. W słoneczne niedziele, które spędzam z mężem, uwielbiam plażować, jeść, co mi ugotuje, lub nie wychodzić z łóżka. W pracy natomiast można określić mnie mianem zdeterminowanej, inspirującej pracownicy naukowej, która ma dar do tworzenia innowacji.

Kłamstwa jednak nie tylko zwiększają obciążenie mojego umysłu oraz podnoszą poziom stresu, lecz dosłownie przeprogramowują mózg. Gdzieś kiedyś czytałam o naukowym odkryciu na temat tego, że część przetwarzająca emocje – ciało migdałowate – jest aktywniejsza, kiedy ktoś kłamie po raz pierwszy, a potem jej działanie słabnie.

Mówiąc wprost, im częściej ściemniasz, tym twój mózg bardziej przyzwyczaja się, by to lekceważyć. Codziennie rano i wieczorem zmieniam postać z tak wielką łatwością, że niekiedy zastanawiam się, czy celowo nie wprowadzam się w stan rozdwojenia jaźni.

Zanim wyszłam za Lucę, wiedziałam, że będę musiała rozgraniczać sprawy zawodowe od prywatnych. Byłam jednak zakochana i pełna nadziei… i zapewne trochę zarozumiała, ale w miarę upływu czasu kłamstwa przychodzą mi z coraz większym trudem. Zdaję sobie sprawę, że w końcu będę musiała wyznać Luce prawdę, niemniej najpierw muszę przebrnąć przez dzisiejszą prezentację.

Kiedy zatem wjeżdżam na parking i staję na swoim miejscu – podpisanym „Dr Emery Martín” – zaczynam zachowywać się jak profesjonalistka, którą zresztą jestem. Zrzucam tę społeczną maskę, wracając do postaci, którą widzi bardzo niewiele osób. Wysiadam, prostuję plecy, stawiam dłuższe i pewniejsze kroki. Wyostrzam również spojrzenie. W moją stronę pędzi dwoje asystentów: Tom Halliday bierze moją torbę, a Claire Morgan podaje mi kolejną kawę. Ubóstwiam tę kobietę. Oboje przekrzykują się, by wprowadzić mnie w sytuację.

– Wei, Johns, Dunn i Zimmerman już się zalogowali – informuje Tom.

– Sprzęt przygotowany – dodaje Claire. – Materiał załadowany, zweryfikowałam, że to najnowszy plik, który wysłałaś dziś rano. – Milknie na chwilę, w czym wychwytuję niewypowiedzianą krytykę. – O trzeciej trzydzieści sześć.

Krzywię się z zakłopotaniem.

– Nie mogłam przestać poprawiać.

– Szokujące – mówi, unosząc brwi.

Uwielbiam Claire nie tylko za to, że zaspokaja moje uzależnienie od kofeiny, ale jest też aktywną członkinią fanklubu Tony’ego Bennetta (wspieram entuzjazm miłośniczek w każdym wieku) oraz najbardziej niezawodną, a jednocześnie bezkompromisową asystentką, jaką kiedykolwiek miałam. Niegdyś sądziłam, że zachowuje się w ten sposób, bo przez dwie dekady pracowała z politykami, ale teraz myślę, że ukształtowało ją wychowanie sześciu synów. Przejrzy każdą ściemę. W tym moją.

I chociaż nie ma dnia, żeby nie zwróciła uwagi na to, że wysyłam coś w środku nocy, jednocześnie przyznaje, że żadne z nas nie potrafi zachować tego, co można by nazwać „normalną” równowagą pomiędzy pracą zawodową a życiem codziennym. Taką właśnie cenę płacimy za to, co robimy, i mieliśmy tego świadomość, rozpoczynając karierę. Właściwie podpisaliśmy całą stertę papierów, że się na to zgadzamy.

– Ktoś sprawdzał, co z Karmelką?

– Obiekt dziesięć tysięcy sto czterdzieści dwa o piątej czterdzieści pięć był stabilny – raportuje jak robot Tom. Jeśli Claire jest najbardziej niezawodną asystentką na świecie, ten facet z największą obsesją dba o szczegóły. Skończył dwadzieścia osiem lat, ale wygląda na czternaście i często podczas przerwy na lunch można zobaczyć, jak sprawdza kody mieszanek naszych preparatów, bo go to uspokaja. Kiedy na rozmowie kwalifikacyjnej posługiwał się wyrażeniami takimi jak „proces wdrażania”, „farmakowigilancja” i „grawimetryczny”, wiedziałam, że to mój człowiek.

Biorę od niego teczkę i przeglądam wyniki.

– CRP i płytki?

– Oba parametry w porządku.

– Cudownie. Wisienka na torcie. – Podekscytowana oddaję mu teczkę, gdy przechodzimy przez marmurowy hol tego błyszczącego, składającego się ze stali i szkła budynku z ogromnym szyldem SurgOptix widocznym dla każdego, kto przejeżdża pobliską autostradą numer 805.

Machamy ochroniarzowi, który siedzi za biurkiem, na co odpowiada tym samym, gdy widzi na ekranie, że mija go troje pracowników działu optymalizacji laserowej, który mieści się na dziesiątym piętrze.

Przyciski windy prezentują się dość zwyczajnie, ale wyposażono je w niewidoczne skanery biometryczne. Claire naciska ten ze strzałką w górę, a jej palec zostaje zeskanowany, odcisk się zgadza, więc automatycznie rozsuwają się drzwi windy po lewej stronie. Kiedy wsiadamy, sprawdza nas kolejny skaner, po czym otwiera się ukryty w tylnej ścianie panel, wpuszczając nas do krótkiego korytarza.

Kiedy ktoś będzie chciał wsiąść do tej windy, kabina będzie pusta, nawet jeśli nigdzie nie pojechała.

Podchodzimy do przejścia, przy którym musimy zeskanować zarówno siatkówkę oka, jak i całą dłoń, następnie schodzimy po metalowych stopniach i natrafiamy na następnego ochroniarza za biurkiem. Wpuszcza nas za solidne stalowe drzwi do długiego betonowego tunelu, z którego wydostajemy się do czystej, otwartej przestrzeni, otoczonej nowoczesnymi pomieszczeniami i laboratoriami.

Żegnamy SurgOptix, witamy BioNEX – miejsce, w którym tak naprawdę spędzam większość swojego czasu.

Z głośnika przy wejściu rozbrzmiewa mechaniczny głos:

– Dzień dobry, doktor Martín.

– Dobry, Rob – odpowiadam. Nad bezpieczeństwem w firmie czuwa skaner AI, odzywający się z eleganckim akcentem, który nazwałam imieniem Roberta Pattinsona. Zarząd nadał mu nudną nazwę DSPA, skrót od „dynamiczny system przetwarzania algorytmów”, który wymawiają „despa”, ale nie wierzę, że ktokolwiek, patrząc na ten akronim, nie widzi w tym słowa „DUPA”.

Tom i Claire wracają do swoich boksów, a ja zauważam, że przed wejściem do sali konferencyjnej czeka na mnie przyjaciółka i współpracownica – Annabella Rodriguez. Pospiesznie mnie ściska.

– Jak się czujesz? – pyta cicho.

Upijam łyk świeżej kawy i uśmiecham się do niej, jakbyśmy miały nie wywrócić do góry nogami całej współczesnej nauki o zdrowiu.

– Ech, wiesz, właściwie to całkiem dobrze.

– To znaczy, że jesteś gotowa podzielić się najbardziej ekscytującą technologią medyczną, jaką kiedykolwiek pozna ludzkość?

Parskam i upijam kolejny łyk.

– Zawsze oskarżasz mnie o przesadę. Próbowałam nie robić z tego wielkiej afery.

– Ale to dobre. – Przysuwa się, by z powagą spojrzeć mi w oczy. Annie jest jak pianka otoczona stalową powłoką, groźna, ale tylko pozornie (najczęściej), mimo to potrafi przerazić, jeśli tego chce. – Bo wiesz, że nie możemy powiedzieć im o Preparacie Y.

Przełykam ślinę i natychmiast kręcę głową. Dziś omawiamy projekt, który jest gotowy do dalszych analiz i został maksymalnie dopracowany, w przeciwieństwie do tego drugiego.

– Nawet bym o tym nie pomyślała.

– Nie daj się sprowokować Leonardowi do rozmowy o nim.

Krzywię się. Mój szef z działu badań i rozwoju, Leonard Montrell, jest jeszcze bardziej nakręcony w tej kwestii niż ja, ale oboje wiemy, że dziś musimy trzymać się planu.

– Niech spróbuje. Jestem jak ceglana ściana. Jak betonowy sarkofag.

– Widział wyniki Karmelki – przyznaje, również się krzywiąc. – Niecierpliwi się.

Tym mnie zaskakuje.

– Co? Kiedy?

– Wczoraj w nocy. Nie chciałam cię denerwować przed dzisiejszym spotkaniem, ale nie mogłam ci nie powiedzieć. Właśnie kończyłam analizy, gdy wpadł do mojego gabinetu jak jakiś duch i zobaczył „P”.

Jęczę.

– Kurwa.

– Dane są świetne. Preparat Y działa. To twoja zasługa, Em. Nie ma w tym niczego złego… ale nie możemy dopuścić, aby Leonard poruszył dziś ten temat.

– No tak. Jest jeszcze za wcześnie. Poza tym i bez tego mamy się czym pochwalić.

Kiwa głową i ściska moje ramię.

– Jestem z ciebie dumna, Em. Brak mi słów, żeby opisać, jak bardzo.

– A ja jestem dumna z nas obu. – Pospiesznie mocno ją ściskam, następnie cofam się, aby poprawić marynarkę. – Myślisz, że sprawimy, że zwieracz Vince’a zaciśnie się do wielkości łebka od szpilki?

Doktor Vincent Barker to mój kolega po fachu i bez jakiejkolwiek przesady, moje nemezis. Nie rzucam w tym przypadku słów na wiatr, ale jest człowiekiem, który nieustannie podważa osiągnięcia podwładnych, przypisuje sobie ich zasługi, gdy wpadną na jakiś genialny pomysł, i celowo zataja informacje, aby inni wychodzili na spotkaniach na idiotów. Zapewne ucieszyłabym się, mogąc zepsuć mu nieco dzień.

Na sterylnym korytarzu rozlega się dźwięczny śmiech Annie.

– Och, nie mam co do tego wątpliwości.

Dla całego świata Annie jest wybitną weterynarką, która nadzoruje dwie opływające w sukcesy kliniki. Jednak tylko nieliczni znają prawdę, że sprzedała firmę i pracuje w tym momencie w tajnym gabinecie głęboko pod budynkiem SurgOptix. Od chwili, gdy poznaliśmy się niemal dekadę temu, gdy się poznałyśmy, jest moją najwierniejszą powierniczką i prawą ręką podczas projektu mojego życia o nazwie BioVIVE.

Odwracamy się i razem wchodzimy do sali. Kiedy zajmuję miejsce u szczytu stołu konferencyjnego, jestem już opanowana, a niewielkie wyrzuty sumienia z powodu zapomnienia o rocznicy schodzą na dalszy plan, zepchnięte przez ekscytację, bo za chwilę mam przedstawić epokową prezentację.

– Dzień dobry wszystkim – witam się z osobami zebranymi przy stole. – A także dobry wieczór – dodaję, bo niektórzy znajdują się po drugiej stronie globu, a dołączają do nas na ściance z monitorami. Przygotowując się, spoglądam na każdą z osób, na chwilę zatrzymując wzrok na bystrej przyjaciółce i współpracownicy z kręconymi włosami, która zajęła miejsce niemal przy końcu długiego mebla.

To naprawdę się dzieje, przekazujemy sobie spojrzeniami.

W końcu uśmiecham się promiennie.

– Kto z państwa jest gotowy porozmawiać o cudach?

ROZDZIAŁ TRZECI

Emery

Starając się zrobić to niezauważalnie, ocieram dłonie o sukienkę, nim odwracam się do laptopa, aby rozpocząć prezentację.

– Jak zapewne wszystkim z państwa wiadomo, zespół doktora Vincenta Barkera zbliża się do wprowadzenia BioSCAN-u na rynek publiczny. Technologia ta ma potencjał, aby zastąpić nie tylko zdjęcia z rentgena, tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego, ale teoretycznie również biopsje, badania genetyczne, a nawet diagnostykę krwi. Z pewnością jest to coś, co zrewolucjonizuje medycynę.

Vince uśmiecha się szeroko, siedząc za stołem. Długie, czarne włosy związał w ciasną kitkę, przez co wyraźnie widać wdowi szpic na jego czole. Gdyby miał fuksjową karnację, kropka w kropkę przypominałby Hrabiego z Ulicy Sezamkowej. Mężczyźni zajmujący miejsca obok niego klepią go po ramionach, składając w ten sposób gratulacje, jednak Vince miał już swój dzień chwały.

Dzisiejszy należy do mnie.

– BioSCAN to naprawdę wizjonerski projekt, niemniej naszym celem od dawna pozostaje coś więcej. – Zauważam, że uśmiech Vincenta natychmiast gaśnie. Pierwszy ścisk dupy. – Zadanie mojego zespołu polegało nie tylko na identyfikacji urazu, dolegliwości czy choroby, ale także na natychmiastowym wyleczeniu. Jak wam zapewne również wiadomo, w ciągu ostatniego dziesięciolecia przeznaczono na ten projekt ponad dziesięć miliardów dolarów, chociaż prawdopodobieństwo odniesienia sukcesu pozostawało niesamowicie niskie. Ochoczo przedstawię nasze dotychczasowe postępy. – Kiwam głową do Claire, która pozostała przy ścianie. – Proszę o przygaszenie światła.

Kiedy w sali zapada ciemność, a za moimi plecami rozjaśnia się ekran komputera, pokazuje się na nim panoramiczny widok na coś, czemu poświęciłam większość ostatniej dekady mojego życia – na kapsułę BioVIVE.

Wieko się otwiera, do środka wchodzi animowany człowiek, a następnie urządzenie się zamyka. Obraz przenosi się do wnętrza, gdzie maszyna skanuje ciało pacjenta.

– BioVIVE implementuje własnościową technologię BioSCAN-u – mówię, gdy wszyscy wpatrujemy się w symulację komputerową, na której skan pokazuje zmieniony obszar ciała. – A potem stawia diagnozę, celuje w zajęte tkanki i opracowuje idealny dla nich plan leczenia, wykorzystując do tego przeróżne techniki, począwszy od terapii światłem, przez laserowe ablacje guza czy miejscową chemioterapię, aż po precyzyjne modyfikacje genetyczne.

Vincent parska śmiechem.

– Przepraszam – rzuca, nadal szczerząc zęby, gdy wszyscy przy stole kierują na niego wzrok. – Ale po prostu… Czy to wszystko, co masz, doktor Martín? Zebrałaś cały zarząd, aby pokazać animację? Dziesięć lat, miliard dolarów, a my dalej nie wiemy, czy ta technologia leczenia działa na tkankach organicznych?

– Pytanie zadane w idealnym momencie, doktorze Barker – kwituję i z uśmiechem klikam na klawiaturze, aby animacja płynnie przeszła w nagranie. – Oto Wafelka – przedstawiam. – Pięcioletnia suka z genami labradora i boksera, która trafiła do gabinetu weterynaryjnego mojej współpracowniczki przy badaniach nad BioSCAN-em. – Uśmiecham się do Annie. – Właściciel znalazł w klatce piersiowej Wafelki guz, a doktor Rodriguez poddała zwierzę procedurze, podczas której BioSCAN zidentyfikował chłoniaka. – Staję się narratorką dla wyświetlanych obrazów. – Skan BioVIVE potwierdził wynik i wskazał na liczne przerzuty w ciele Wafelki, które nie zdążyły jeszcze dotrzeć do kości. Suka miała bardzo małe szanse na przeżycie bez stanowczej interwencji medycznej. – Ponownie klikam i mówię: – Możecie państwo teraz zobaczyć, że gdy włączamy procedurę BioVIVE, urządzenie wskazuje umiejscowienie guzów i… – Uśmiecham się nieco szerzej, gdy na ekranie widać, jak laser wypala zmienione tkanki Wafelki. – Natychmiast usuwa komórki nowotworowe. Pacjent nie odczuwa przy tym bólu, a produkty rozpadu wydalane są z organizmu wraz z moczem.

Po sali rozchodzi się pomruk zadowolenia. Nie wszyscy obecni rozumieją szczegóły techniczne tego, co właśnie zaprezentowałam, ale pojmują, co to może oznaczać – wielki skok w medycynie. I kupę forsy do zarobienia.

Zachęcona, kontynuuję wywód:

– Biorąc pod uwagę poziom tajności projektu i oczywiste problemy z testowaniem procedury na ludziach, rozpoczęliśmy współpracę z klinikami weterynaryjnymi, aby przeprowadzać nasze badania na zwierzętach, które są terminalnie chore lub uległy tragicznym wypadkom.

Ponownie wskazuję na ekran, opisując kilkanaście przypadków interwencji, które przeprowadziliśmy w komorze BioVIVE, w tym skuteczne leczenie psów z nowotworem w kościach oraz niewydolnością nerek, jak również kota ze zmiażdżoną miednicą.

Unoszę głowę i spoglądam na twarze zgromadzonych.

– Jak możecie się państwo domyślić, nasza technologia daje nadzieję na wyleczenie niemal wszystkich ludzkich chorób o znanym podłożu, a nawet tych jeszcze nieokreślonych.

Na jednym z ekranów mężczyzna przysuwa się do przodu. Gwałtownie wciągam powietrze, gdy rozpoznaję doktora Pierre’a Auberta z francuskiego Ministerstwa Zdrowia.

– Niesamowity przełom technologiczny – zapewnia.

– Z pewnością to dość ciekawe rozszerzenie przełomowego wynalazku, jakim jest BioSCAN – dodaje oschle Vincent.

– Mais non – upiera się doktor Aubert. – To wykracza daleko poza wszystko, co do tej pory widzieliśmy. BioVIVE… diagnozuje i leczy? Alors, to… to coś niebywałego.

Patrzę na Annie, gdy Vincent ciężko opada na krzesło. Nawet nie muszę zerkać, by wiedzieć, że wrze ze złości. Właśnie ma najgorszy przypadek ścisku pośladów.

Zapamiętuję, aby później powspominać tę chwilę, z radością skupiając się na szczegółach jego postawy i wyrazu twarzy, by móc rozkoszować się jawnym dyskomfortem mężczyzny, który robił wszystko, co w jego mocy, żeby mnie zdyskredytować, i to od pierwszych chwil, gdy rozpoczęłam pracę nad tym projektem.

Na razie jednak muszę odpowiedzieć na falę pełnych ekscytacji pytań.

Sala aż tętni od energii, spekulacji, prognoz zysków i szacunków, ile czasu może zająć zwiększenie skali działania urządzenia, testowanie go na rynkach międzynarodowych, a potem zatwierdzenie przez Agencję do spraw Żywności i Leków.

Krew pulsuje mi w żyłach, serce wali jak młotem. Pracowałam nad tym od lat, doświadczałam euforii przy przełomach i rozpaczy podczas spektakularnych porażek. Podczas pracy nad BioVIVE wylałam krew, pot i łzy. Poświęciłam czas z przyjaciółmi i mężem, by spędzać w laboratorium każdą możliwą godzinę, rozwijając tę technologię. I proszę, nie tylko wyszło całkiem dobrze, ale okazało się niesamowitym sukcesem.

Rozglądam się po sali, która aż kipi od euforii. Leonard promienieje, jego radosne spojrzenie podpowiada, że moja prezentacja została doceniona. Annie również się szczerzy. Claire cicho klaszcze. Odnoszę wrażenie, że nawet Tom jest szczęśliwy, chociaż w jego przypadku jak zawsze trudno określić.

Pewnego dnia podzielę się tym zwycięstwem również z Lucą, powtarzam sobie w duchu. Nie teraz, ale niebawem.

Jestem cholernie zadowolona.

W tym samym momencie spoglądam na Vince’a i żołądek mi się kurczy. Nie chodzi o to, że się uśmiecha, ale robi to jak ktoś, kto zamierza wyjąć zawleczkę z granatu.

– Doktor Martín – zaczyna, po czym odchrząkuje i wskazuje na salę. – Może zechcesz podzielić się z zebranymi swoim drugim projektem?

Annie natychmiast na mnie spogląda, a jej uwaga przywodzi ciepło na moje policzki.

Patrzę wymownie na Vincenta. Nie rób tego, Vince. Nie rób tego.

– Myślę, że dziś zajęłam już wszystkim dostatecznie dużo czasu, doktorze Barker. – Odwracam wzrok i zwracam się do całej sali: – Dziękuję państwu, że zechcieliście dołączyć. Będziemy…

– Wręcz przeciwnie. – Vince wstaje i obchodzi stół. – Z pewnością dała nam pani dziś sporo do przemyślenia, ale uważam, że ważne jest, abyśmy przed podjęciem decyzji otrzymali wszystkie niezbędne informacje.

– Jest tego więcej? – wtrąca doktor Aubert. – Coś ponad BioVIVE?

– Vincent – syczę, ale i tak jest już za późno.

Zamykam oczy, gdy z jego ust padają kolejne słowa:

– Doktor Martín przez większość tego poranka rozprawiała o medycznych cudach, ale chciałbym usłyszeć wyjaśnienia na temat prawdziwego powodu jej pracy w BioNEX, a mianowicie wskrzeszania zmarłych.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Emery

Dobra… nawet ja muszę przyznać, że brzmi to podejrzanie, gdy ująć to w ten sposób.

Pieprzony Vince.

Wybrzmiewa ogłuszająca cisza, w której członkowie zarządu przy stole wymieniają pytające spojrzenia, a ci na ekranach patrzą przed siebie, jakby mogli wejrzeć do sali konferencyjnej, natomiast wszyscy skupiają uwagę dokładnie na mnie.

I czekają.

Kiedy nie potrafię wydusić spójnego zdania, Vince robi to za mnie:

– Zespół Emery pracuje w sekrecie nad preparatem, który ma za zadanie wywołać hipotermię, przedłużyć działanie układu krążenia, a co za tym idzie, za pomocą BioVIVE przywrócić życie martwym ssakom.

Dlatego właśnie kolejne jedenaście godzin spędzam na zamkniętych spotkaniach z krzyczącymi przełożonymi nad sobą.

* * *

Chyba jednak powinnam nieco cofnąć się w tej historii.

Można by pomyśleć, że całe moje życie to kłamstwo, ale naprawdę rozpoczęłam karierę w branży laserów chirurgicznych, lecz po pierwszym spotkaniu z Leonardem stanęło na tym, że dopóki będę rozwijać technologię BioVIVE, on będzie finansował dzieło mojego życia, czyli badania nad preparatem, który znacząco obniży temperaturę ciała, utrzyma skurcze serca oraz sygnały elektryczne w mózgu na przynajmniej godzinę w celu zapewnienia ofiarom wypadków wystarczająco dużo czasu, by mogły uzyskać fachową pomoc medyczną.

Właśnie dlatego zgodziłam się na takie życie. Od początku pracy pragnęłam jedynie oszczędzić rodzinom ofiar bólu, który sama przeżyłam.

A teraz…? Pieprzony Vince.

– Nie wierzę, że martwiłam się tym, co może powiedzieć Leonard, skoro Vince też tam był. Powinnam była to przewidzieć – mówi Annie, siedząc na niewielkiej sofie w moim gabinecie. Włożyła dziś jasnoróżową ołówkową spódnicę, kremową bluzkę, przy kołnierzyku której zawiązała męski krawat. Wygląda w tym stroju modnie i swobodnie, a jednocześnie profesjonalnie. Z jej postawy bije jednak aura kogoś, kto zastanawia się, czy popełnić morderstwo oraz gdzie potem ukryć ciało. – Zarozumiały, mały szczur. Właśnie dlatego nadmierna pewność siebie znajduje się na dwudziestym ósmym miejscu mojej „Fuj listy”.

Wspomniany spis to nieustannie zmieniający się katalog rzeczy, które mężczyźni robią, mówią lub posiadają, a które natychmiast wykluczają ich z grona jej potencjalnych adoratorów.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji