39,99 zł
Isaac i Hattie zostali zaproszeni na ważne wydarzenie do Państwowego Archiwum w samym sercu Paryża, by podziękować przedstawicielom Międzynarodowego Biura Miar i Wag za przyznanie jemu i jego przyjaciółce medali za uratowanie zegarów na całym świecie. Jednak gdy chłopiec przygotowuje się do wygłoszenia przemówienia, gasną światła i pada strzał. Zdaniem policji był to zamach na niesławnego biznesmena Balthazara Blaise'a, ale Isaac i Hattie zdają sobie sprawę, że dzieje się coś zupełnie innego, gdy odkrywają chłopca zabierającego coś z archiwów i znikającego bez śladu. Podczas śledztwa Isaac i Hattie zostają wciągnięci do podziemnego świata, w tajemnicze i zapomniane miejsca w poszukiwaniu skradzionego listu, zaginionej siostry i mapy, która odkryje dawno pogrzebaną tajemnicę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 291
Rok wydania: 2025
PROLOG
Pierwszy
Drugi
Trzeci
Czwarty
Piąty
Szósty
Siódmy
Ósmy
Dziewiąty
Dziesiąty
Jedenasty
Dwunasty
Trzynasty
Czternasty
Piętnasty
Szesnasty
Siedemnasty
Osiemnasty
Dziewiętnasty
Dwudziesty
EPILOG
OD AUTORA
PODZIĘKOWANIA
O AUTORZE
Okładka
Tytuł oryginalny: Isaac Turner Investigates 2. The Forbidden Atlas
Autor: Sam Sedgman
Przekład: Anna Kłosiewicz
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redaktor prowadząca: Paulina Zaborek
Redakcja: Magdalena Jakuszew
Korekta: Beata Kozieł-Kulesza
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
Text © Sam Sedgman 2025
Illustrations © David Dean, 2025
Map © Thy Bui, 2025
This translation of The Clockwork Conspiracy, First Edition is published by Wydawnictwo Dwukropek by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.
© Copyright for the Polish translation by Anna Kłosiewicz, 2025
© Copyright for this edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
TDM Opt-out
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Dla Mai, która zawsze potrafi znaleźć właściwą ścieżkę
„Temu, kto spogląda w czeluści Paryża, niezmiennie grozi zawrót głowy. Nie ma nic bardziej fantastycznego, bardziej tragicznego i wspaniałego”1
Victor Hugo
„Mądrze zrobiłem, zaczynając od mapy (…)”2
J.R.R. Tolkien
1Victor Hugo, „Paris. Le passé”, Ollendorf, Paris 1913 (Œuvres complètes. Tom 26, s. 306–317); tłumaczenie pośrednie z języka angielskiego – Anna Kłosiewicz.
2J.R.R.Tolkien, Listy, przeł. Agnieszka Sylwanowicz, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2020, s. 242.
Rue Descartes
Aleje Paryża połyskiwały złociście w zimowych ciemnościach, rozciągniętych nad miastem niczym pajęczyna. W jednej z wąskich uliczek, biegnących z północy na południe niczym zagniecenie na mapie, ukryty był antykwariat z rzadkimi egzemplarzami książek. Jego witryna świeciła jak bryłka bursztynu, a bijący z niej ciepły blask tańczył w oczach Carmen na podobieństwo świetlików.
W brukowanym zaułku zapadła cisza, gdy tylko Carmen wyłączyła silnik motocykla i zdjęła kask. Pozwoliła, by jej oddech zamienił się w kłęby pary w mroźnym wieczornym powietrzu. Rozejrzała się jeszcze na wszystkie strony, ale ku jej zadowoleniu chodnik był pusty. Carmen lubiła Paryż, nawet w samym jego sercu można się było natknąć na takie oazy spokoju. Dzięki temu jej praca stawała się znacznie łatwiejsza.
Zignorowała tabliczkę z napisem „Fermé3” i pchnęła drzwi. W środku pachniało starym papierem, środkiem do pielęgnacji mebli i kurzem. Na stołach piętrzyły się obłożone w folię piękne wydania w twardej oprawie, pod ścianami ustawiono sięgające sufitu regały i witryny, z półkami uginającymi się od solidnych, oprawnych w skórę tomów, zwiniętych pergaminów i map.
– Mademoiselle4? – Sprzedawca wyszedł z zaplecza ze stosem książek w objęciach. Był to szczupły mężczyzna w kamizelce i koszuli z podwiniętymi rękawami. Jego twarz zdobiły bujne białe wąsy i bokobrody. Odłożył książki na kontuar i powiedział: – Obawiam się, że księgarnia jest już zamknięta.
– Ale jechałam taki kawał drogi. – Carmen zatrzepotała rzęsami. – Proszę, szukam czegoś wyjątkowego, a pan jest jedynym człowiekiem, który może to dla mnie zdobyć.
Mężczyzna wypiął lekko pierś.
– No cóż, jesteśmy jednymi z nielicznych specjalistów w naszej dziedzinie w tym mieście – powiedział, poprawiając kamizelkę. – A czego konkretnie pani szuka?
– Rzadkiej mapy Paryża – wyjaśniła Carmen.
– W takim razie trafiła pani we właściwe miejsce – zapewnił antykwariusz. – Mapy to nasza specjalność. Interesuje panią jakiś konkretny okres?
– Chodzi mi o Rzut Lavala – wyjaśniła Carmen z uśmiechem.
Sprzedawca jakby zesztywniał, odsunął się lekko od kontuaru.
– Ależ… to rzeczywiście niezwykle rzadko spotykana mapa, nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek miał przyjemność…
– Jedyna w swoim rodzaju – przerwała mu Carmen, kładąc dłonie na blacie i wbijając w mężczyznę skupione, intensywne spojrzenie. – Wiem na pewno, że ją macie.
Mężczyzna przełknął ślinę.
– Obawiam się, że ktoś panią źle poinformował.
Ale Carmen zauważyła, że jego wzrok powędrował na ułamki sekund w kierunku metalowego sejfu przy biurku.
– Zakupił pan Rzut Lavala w zeszłym miesiącu – dodała, okrążając powoli kontuar i ustawiając się tak, że antykwariusz był teraz za nim uwięziony. – Dla tej dziewczyny. A potem oboje próbowaliście złamać jego tajemnice. – Czubkiem buta postukała w sejf. – I chyba to się udało.
– Naprawdę nie, przysięgam. – Mężczyzna cofnął się jeszcze bardziej i wpadł na oprawioną w ramy zabytkową mapę Francji.
– Proszę nie kłamać. – Carmen podeszła trochę bliżej. – Potrafię wyczuć fałszywkę równie łatwo jak pan. – Wygładziła dłonią jedną z klap jego kamizelki. – Jak ma pan na imię?
– B-Bernard.
– No cóż, Bernardzie… – Z szerokim uśmiechem zacisnęła palce na materiale. – Pomożesz mi, czy będziesz próbował utrudniać sprawę?
Wargi mężczyzny zadrżały.
– Szukasz Atlasu, prawda? – zapytał.
Carmen uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Kim jesteś? – drążył mężczyzna.
– To bez znaczenia – odparła Carmen, kręcąc przy tym głową. – A teraz bądź grzecznym chłopcem i otwórz ten sejf.
– P-proszę – wyjąkał Bernard. – Naprawdę nic nie wiem. Atlas to tylko… legenda. Niewinna bajka! – zachichotał dziwnie.
– Nigdy nie przepadałam za bajkami. – Carmen pchnęła go z powrotem na mapę Francji, aż zakrywające ją szkło pękło w serii rozchodzących się promieniście rys. Bernard aż jęknął z przerażenia. – Otwieraj to! – warknęła Carmen. – Ale już.
Wreszcie go puściła, więc pokuśtykał w stronę sejfu i przyklęknął na podłodze, by obrócić pokrętło drżącą ręką, a kiedy drzwiczki stanęły wreszcie otworem, wyjął ze środka tubę z brązowej skóry.
– Proszę – dodał.
Carmen wzięła tubę do ręki i ostrożnie otworzyła jej mosiężne zapięcie, po czym zajrzała do środka, uniosła brew i odwróciła się w kierunku antykwariusza.
– Jest pusta – powiedziała, odwracając pojemnik do góry nogami.
– Co takiego? – Bernard wyglądał na naprawdę przerażonego.
– Cóż za rozczarowanie – westchnęła Carmen, kręcąc głową. Już miała zamknąć pojemnik z powrotem, ale przyjrzała się uważniej wieczku i zmarszczyła brwi. Na jego wewnętrznej stronie ktoś narysował markerem symbol: coś jakby spiralę przekreśloną ukośnie falistą linią. Nigdy wcześniej nie widziała takiego znaku.
– Musiała zabrać mapę ze sobą. – Bernard roześmiał się z ulgą, po czym oparł się o sejf i podniósł na Carmen wyzywające spojrzenie. – Samira to najmądrzejsza osoba, jaką znam. Nigdy nie znajdziesz Atlasu, bo nigdy nie dopadniesz Samiry.
Carmen cmoknęła z niezadowoleniem i przesunęła paznokciem po symbolu, a następnie rzuciła tubę na podłogę.
– Zawsze dostaję to, czego chcę, Bernardzie – oświadczyła, a antykwariusz aż się wcisnął w kąt pomieszczenia. – A to, czego chcę, to właśnie Atlas. – Nachyliła się nad mężczyzną groźnie. – Więc lepiej powiedz mi, gdzie ukrywa się Samira.
– Nie wiem! – Bernard przełknął rosnącą mu w gardle kulę strachu. – P-proszę, to moja przyjaciółka.
– Nie każ mi pytać ponownie.
Bernard zacisnął drżące wargi i uniósł wyzywająco podbródek, po czym pokręcił głową.
– Och, Bernardzie – westchnęła Carmen. – Wybrałeś zły wieczór na ten pokaz odwagi.
3zamknięte (fr.)
4Panienko? (fr.)
Musée des Archives Nationales
Zanim rozległ się wystrzał z broni, największym zmartwieniem Isaaca było przemówienie, które miał wygłosić.
Nie lubił zwracać na siebie uwagi, więc kiedy zaproszono go do Paryża, gdzie miał zostać uhonorowany w obecności tłumów ludzi, a jego ojciec orzekł, że z takiej okazji należałoby wygłosić krótkie podziękowania – ni mniej, ni więcej, tylko po francusku – Isaac naprawdę się przejął.
Mówienie po francusku nie wychodziło mu najlepiej. Potrafił policzyć do dwudziestu i zapytać o drogę, ale to przecież nie wystarczy, by podziękować przedstawicielom Międzynarodowego Biura Miar i Wag za przyznanie jemu i jego przyjaciółce Hattie medali w uznaniu zasług przy ratowaniu zegarów na całym świecie w październiku zeszłego roku.
„Ja się zajmę częścią po francusku, nie ma sprawy”, obiecała mu wtedy Hattie. „A ty możesz podziękować po angielsku”.
Mimo wszystko nie przestawał się martwić. Zapisał sobie kilka zdań na kartce, którą schował do kieszonki marynarki garnituru z drapiącego materiału, na wypadek gdyby nie zdołał ich zapamiętać. Słowa zawsze sprawiały mu sporo trudności, lepiej radził sobie z liczbami.
Uroczystość miała się odbyć w budynku Państwowego Archiwum w samym sercu Paryża. Przechowywano tam wszystkie ważne dla historii Francji dokumenty, na przykład listy rozmaitych królów czy plany słynnych budowli. Czasami urządzano tam wystawy, na których prezentowano publiczności część zbiorów, a na ten wieczór zaplanowano wielkie otwarcie najnowszej z nich. To właśnie na oczach wszystkich zaproszonych gości, popijających szampana z eleganckich kieliszków, Isaac i Hattie mieli odebrać odznaczenia.
Przez całe popołudnie na niebie zbierały się chmury zapowiadające burzę, a teraz, gdy Isaac razem z tatą wspinali się kamiennymi schodami do sali wystawowej, w okna bębnił deszcz. Impreza trwała już w najlepsze.
– Jesteście wreszcie! – Na spotkanie wybiegła im Hattie w czarno-złotej sukni, która połyskiwała przy każdym jej ruchu. Ciężkie czarne buty zadudniły na wyłożonej dywanami posadzce. – Już się baliśmy, że się zgubiliście po drodze.
– Skąd, tylko przemokliśmy do suchej nitki. – Isaac popatrzył na wodę skapującą z jego marynarki na dywan. – Spóźniliśmy się?
– Nie, nie spóźniliśmy się – zapewnił ojciec, strząsając z brody krople deszczu. – Zapomniałem o parasolu, ale nie o godzinie rozpoczęcia imprezy.
– Harriet, czemu ciągle masz na nogach te okropne buciory? – Szczupła kobieta w modnej czerwonej sukni pojawiła się nieoczekiwanie za plecami Hattie i położyła jej dłoń na ramieniu. – Gdzie się podziały te urocze pantofelki, które obiecałaś założyć?
– Musiałam je przypadkiem zostawić w hotelu, mamo – powiedziała Hattie, uśmiechając się ukradkiem.
– Hmm. – Jej matka zacisnęła wargi w wąską linię.
– Dobry wieczór, Patricio. – Ojciec Isaaca wyciągnął do niej rękę na powitanie. – Jak było w Wersalu?
– Niezwykle pouczająco – odparła mama Hattie radosnym tonem. Patricia Tan była wysoką kobietą o czarnych włosach obciętych w równiutkiego boba i wiecznie rozbieganych oczach. – Ależ się cieszę, że moja mała córeczka odbierze dzisiaj tak ważne odznaczenie. – Uścisnęła ramię Hattie, która natychmiast się odsunęła.
– Gdzie mamy wygłosić mowę? – zapytał Isaac, rozglądając się. Sala okazała się większa, niż się spodziewał, na dodatek kłębił się w niej teraz tłum ludzi w eleganckich strojach, popijających szampana i podziwiających eksponaty w przeszklonych gablotach.
– Tam, w rogu, jest scena – wyjaśniła Hattie, wskazując podest, na którym w świetle reflektorów grał kwartet smyczkowy. Na ten widok serce zabiło Isaacowi mocniej.
– Monsieur?5
Isaac aż podskoczył, gdy kelnerka w mundurku podsunęła mu tacę z tartinkami.
– Och! – Isaac sięgnął po niewielki placuszek z wędzonym łososiem. – Dzię… Mersy boku.
– De rien6. – Kelnerka z trudem zdusiła śmiech, a on natychmiast poczerwieniał jak burak.
– Podobno ma was przedstawić sam Balthazar Blaise – powiedziała ewidentnie przejęta Patricia i sama też sięgnęła po tartinkę.
– A kto to jest? – zapytał Isaac.
– Jeden z najbogatszych ludzi w Paryżu. To mój stary znajomy i wyjątkowo hojny sponsor opery, baletu oraz oczywiście Państwowego Archiwum – wyjaśniła Patricia. – To bardzo ważny człowiek, którego naprawdę powinnaś poznać, Harriet.
– Tak, mamo. – Hattie aż przewróciła oczami. – Ale teraz oprowadzę trochę Isaaca.
– Poszukam Luca i dowiem się, jaki jest plan – wtrącił ojciec Isaaca. – Nie odchodźcie daleko.
– Oczywiście.
Hattie pociągnęła Isaaca w tłum.
– Znalazłam coś bardzo dziwnego – powiedziała, gdy okrążali przeszklony stół z gablotą pełną starych listów i książek. – Taki nerd jak ty na pewno będzie zachwycony. – Wreszcie zatrzymali się przed wiszącą na ścianie gablotą z kuloodpornego szkła, w której wyeksponowano metalowy pręt.
– Le Mètre – odczytał z tabliczki Isaac. – To znaczy… t e n metr?
– Właśnie ten – odparła Hattie, szeroko otworzywszy oczy. – Pierwszy na świecie. To na jego podstawie zrobili wszystkie inne miarki. Cały jest z platyny, więc musi być wart mnóstwo forsy.
– Właściwie to jest bezcenny – odezwał się ktoś za ich plecami.
Kiedy się odwrócili, ujrzeli siwowłosą kobietę w sukni w odcieniu metalicznego błękitu i okularach w czarnych kwadratowych oprawkach. Jej podłużna, pokryta zmarszczkami twarz świadczyła o tym, że nieznajoma często się uśmiecha.
– Wybaczcie, ale słyszałam waszą rozmowę – dodała. – Jestem Eveline, kuratorka tej wystawy. Le Mètreto jeden z naszych najcenniejszych eksponatów.
– A ile jest wart? – zapytała Hattie.
– Ach, kobieta interesu! – Eveline zachichotała. – W porządku, jak już zauważyłaś, jest wykonany z platynoirydu, czyli stopu irydu i platyny, jednego z najdroższych metali na świecie. Gdyby go przetopić, można by za niego dostać jakieś… sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt tysięcy euro.
Hattie aż cicho gwizdnęła.
– Ale oczywiście nikt by tego nie zrobił – dodała Eveline. – Jego wartość w obecnej postaci jest znacznie większa. Wykonano go z tego materiału nie po to, by podnieść jego cenę.
– Tylko żeby ograniczyć kurczliwość? – podsunął Isaac.
– Dokładnie tak. – Kobieta popatrzyła na niego z podziwem. – Ale skąd o tym wiesz?
– Platyna to metal szlachetny, nie reaguje na czynniki chemiczne – odparł Isaac. – A jeśli ktoś postanowił zrobić wzór miary, to pewnie chciał, by zawsze była tej samej długości. W przypadku większości metali to niemożliwe.
– Właśnie tak – przyznała Eveline. – Takie na przykład żelazo rozszerza się pod wpływem wysokiej temperatury. Podobno w słoneczne dni wieża Eiffla robi się nawet piętnaście centymetrów wyższa.
– Ale dlaczego ten metr jest bezcenny? – wtrąciła Hattie.
– Ponieważ symbolizuje pomysłowość francuskiego narodu – odparła Eveline z dumą. – Po Wielkiej Rewolucji w nowej republice wprowadzono zupełnie nowy system miar, oparty na najważniejszych stałych obowiązujących na Ziemi. Podjęto więc decyzję, że metr będzie jedną dziesięciomilionową długości od bieguna północnego do równika. Po przeprowadzeniu szczegółowych pomiarów sporządziliśmy ten pręt, który spoczął w Archiwum jako świadectwo naszego osiągnięcia.
– To było przed tym, jak ścięliście głowy królowi i królowej, czy już po? – zainteresowała się Hattie.
– Po – odparła Eveline ze śmiechem. – Chociaż głowy spadały tu u nas jeszcze przez ładnych parę lat.
– Nie miałem pojęcia, że to we Francji wymyślono system metryczny – przyznał Isaac.
– Ależ oczywiście! Bo jak inaczej sprawdzałby się aż tak dobrze? – rzuciła Eveline.
– Isaac! Hattie! Bohaterowie wieczoru!
Znajomy mężczyzna ze starannie przystrzyżoną brodą, ubrany w modny golf, położył dłoń na ramieniu Isaaca. Był to Luc Bouchard, przyjaciel taty Isaaca i powód, dla którego zaproszono ich do Paryża.
– Bonsoir7, Eveline – przywitał się z kustoszką muzeum, całując ją w oba policzki.
– Bonsoir, Luc, wielkie dzięki za zaproszenie dwójki tak inteligentnych dzieciaków – odparła Eveline z szerokim uśmiechem.
– Isaac, twój tata wspominał, że to może ci się przydać. – Luc wręczył mu ręcznik, a Isaac od razu zaczął nim wycierać przemoczone włosy. – Za chwilę wasz wielki moment, lepiej chodźcie już na scenę.
Isaac miał wrażenie, że serce podchodzi mu do gardła, kiedy Luc prowadził ich przez tłum, a Eveline podążała tuż za nimi. To się naprawdę działo, za chwilę będzie przemawiał przed tymi wszystkimi mądrymi, eleganckimi ludźmi. Na widok oświetlonego reflektorami mikrofonu aż zaschło mu w ustach.
Jego tata oraz mama Hattie już czekali z dumnymi minami przy wejściu na scenę. Diggory Turner wyglądał nieco nieporządnie, ale tak było zawsze, nieważne, gdzie się akurat znalazł, chociaż zagniecenia na jego koszuli i rozczochrana broda jakoś bardziej rzucały się w oczy, gdy stał tuż obok Patricii w modnej czerwonej sukni. Towarzyszył im korpulentny mężczyzna z łysą głową, który na widok Isaaca uśmiechnął się szeroko i wyciągnął w jego stronę rękę.
– Bonsoir! Vous êtes Isaac et Harriet?8
– Ja… uch… – wydukał jedynie Isaac.
– Oui, Monsieur Blaise. Enchantée9 – wtrąciła Harriet i nawet lekko dygnęła, a Isaac zobaczył, jak jej mama rozpromienia się w jeszcze szerszym uśmiechu.
– Patricio, nic nie mówiłaś, że twoja córka jest tak uroczą panienką! – zauważył Blaise z rozbawieniem, a Patricia aż się zarumieniła. – Et Isaac? Est-ce que vous vous amusez ce soir?10
– Ja… nie znam francuskiego – wyznał Isaac, wciskając ręcznik pod pachę. Z każdą sekundą czuł coraz większe skrępowanie.
– Ach, wreszcie jest coś, czego to genialne dziecko nie potrafi! – zarechotał mężczyzna, a reszta dorosłych zaraz do niego dołączyła.
– Przepraszam – dodał Isaac.
– Nie ma za co. – Mężczyzna posłał mu uśmiech. – Nazywam się Balthazar Blaise, to ja przedstawię cię publiczności. Omarem się nie przejmuj, to mój ochroniarz.
Isaac aż się wzdrygnął, bo za plecami mężczyzny nieoczekiwanie pojawił się osiłek w garniturze. Jego kark wydawał się tej samej grubości co udo Isaaca.
– Chyba najwyższa pora zaczynać, co? – zasugerował zgromadzonym Luc.
– Oui, Oui. – Eveline pokiwała głową i ruszyła w kierunku sceny. – J’y vais11.
Postukała widelcem w swój kieliszek, by zwrócić na siebie uwagę publiczności, a kiedy wreszcie zapadła cisza, zaczęła mówić do mikrofonu, wykonując zamaszyste gesty rękami w kierunku rozmaitych eksponatów. Ponieważ jednak przemawiała po francusku, Isaac nie rozumiał z tego ani słowa.
– Kapiesz.
Isaac obejrzał się na stojącego za nim ochroniarza imieniem Omar.
– Z marynarki – dodał cicho mężczyzna, wskazując brzeg materiału, na którym zbierały się krople wody.
– Och, złapała nas burza – wymamrotał Isaac.
– Chcesz moją? – zaproponował mężczyzna. – Będzie trochę za wielka, ale za to sucha.
– Naprawdę?
– Jasne. – Omar natychmiast zdjął marynarkę i podał ją Isaacowi, który zdążył jeszcze wyciągnąć z kieszonki mokrego ubrania karteczkę z przemówieniem. Strój ochroniarza rzeczywiście był ogromny, ale przynajmniej nie ociekał wodą.
– Dzięki – szepnął jeszcze, bo Eveline już zaprosiła do mikrofonu Balthazara Blaise’a. Omar tymczasem przesunął się bliżej sceny.
– Zaraz my. – Hattie szturchnęła przyjaciela w żebra.
Isaac skinął głową i rozłożył kartkę z przemówieniem, a potem aż pobladł z przerażenia. Papier kompletnie rozmiękł, a litery zlały się w jedno. Nie dało się nic odczytać.
– O nie – jęknął Isaac, podczas gdy wśród rozbawionego słowami Balthazara tłumu rozległy się głośne wybuchy śmiechu. Tymczasem Isaacowi serce waliło jak młotem.
– Uśmiechnij się i weź głęboki oddech – odezwała się Hattie. Kiedy Isaac podniósł na nią wzrok, okazało się, że mówiła do siebie. Tymczasem Balthazar Blaise nie przestawał budować napięcia.
– …Mesdames et messieurs, j’ai l’honneur de vous présenter Harriet Bassala et Isaac Turner!12
Rozległy się gromkie brawa, Blaise wyciągnął rękę, by powitać ich oboje w świetle reflektorów. Hattie z szerokim uśmiechem ruszyła naprzód, za to Isaac od razu potknął się na skraju sceny. Dopiero Omar pomógł mu się na nią wspiąć.
– Poradzisz sobie – szepnął mu przy tym.
Isaac ruszył nieśmiało za przyjaciółką, która już mówiła coś po francusku do mikrofonu. Zebrani zachichotali na jej słowa, a ona aż się rozpromieniła. Za to on miał wrażenie, że język stanął mu kołkiem. Popatrzył znowu na przemoczoną kartkę ze swoim przemówieniem. Czy mu się zdawało, czy była tam mowa o wdzięczności?
– Isaacu? – Natychmiast podniósł głowę, gdy Hattie wypowiedziała jego imię. Wśród gości zapanowała cisza, wszyscy gapili się na niego. – Teraz twoja kolej – szepnęła do niego przyjaciółka.
– Uch… – Ruszył niepewnie w kierunku mikrofonu, światło reflektorów było wręcz oślepiające. – Dz-dziękuję – powiedział, nerwowo mrugając. – Dziękuję, że możemy tu być. Ja…
Scena nieoczekiwanie pogrążyła się w ciemnościach, przez tłum przebiegło pełne uprzejmego zaskoczenia „och”.
– Co się dzieje? – zaniepokoił się Isaac. Najwyraźniej mikrofon też przestał działać, a jego ogarnęła zmieszana z zaskoczeniem ulga.
– Nie mam pojęcia – odparła Hattie. – Może awaria prądu? Albo…
– Non! Arrête!13 – rozległ się nieoczekiwanie okrzyk w ciemnościach. Isaac poczuł, jak wśród zebranych narasta napięcie. Ktoś przesunął się na scenie za jego plecami, a zaraz potem salę rozświetlił błysk światła, któremu towarzyszyło głośne „bum”.
Ktoś wystrzelił z broni.
Musée des Archives Nationales
Ułamki sekund zdawały się ciągnąć niczym godziny, podczas których nikt nie miał pojęcia, co robić. Huk wystrzału wciąż jeszcze rozbrzmiewał w uszach Hattie, która stała w ciemnościach jak wmurowana, bo nie miała pojęcia, co innego mogłaby zrobić. Zastanawiała się tylko, czy nie została trafiona kulą. Ale chyba w takiej sytuacji czułaby ból, prawda?
A potem usłyszała, jak coś ciężkiego osuwa się za jej plecami na scenę, ktoś krzyknął, chwilę później zrobił to ktoś jeszcze, a potem krzyczeli już wszyscy. Hattie chwyciła Isaaca za ramię, była naprawdę bardzo, bardzo wystraszona.
W ciemnościach tymczasem zaczęły się pojawiać punkciki światła – to ludzie wyciągali telefony i włączali latarki. Hattie też sięgnęła po komórkę i poświeciła na scenę za ich plecami. Leżał tam przygnieciony potężnym ciałem Omara Balthazar Blaise.
– Au secours! – wydyszał z trudem mężczyzna. – Aidez-moi!14
Hattie już miała rzucić mu się na ratunek, kiedy ktoś nagle chwycił ją i Isaaca za ramiona i odciągnął od mikrofonu.
– Tato? – usłyszała głos Isaaca.
Diggory Turner ściągnął ich oboje ze sceny i pchnął w kierunku niewielkich drzwi na tyłach sali wystawowej. Hattie upadła na podłogę jakiegoś pomieszczenia, tuż obok niej klapnął Isaac.
– Uciekajcie – wydyszał z trudem Diggory, przystając w progu. – Biegnijcie jak najdalej stąd.
– Ale… – próbował oponować Isaac.
– Gdzie moja mama? – zapytała Hattie.
– Nic jej nie jest, też zaraz się stąd wynosimy, ale najpierw muszę wezwać karetkę. – W sali wystawowej zapaliły się wreszcie światła, Hattie dostrzegła panujące tam zamieszanie, ludzi biegnących w kierunku głównego wyjścia, szaleństwo na scenie, gdzie klęcząca przy ciele Blaise’a Eveline wrzeszczała co sił w płucach.
– Biegnijcie! – polecił im jeszcze raz Diggory. – Ale już!
Zatrzasnął za nimi drzwi, odcinając ich od pogrążonej w chaosie sali. Hattie uświadomiła sobie wtedy, że z przejęcia wstrzymała oddech, więc teraz gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
– Nic ci się…? – zapytał Isaac.
– Nic mi nie jest – zapewniła przyjaciela, próbując uspokoić i samą siebie, kiedy oboje zaczęli się podnosić z podłogi. – Chodź, twój tata kazał nam uciekać.
Chwyciła Isaaca za nadgarstek, po czym oboje ruszyli biegiem szerokim korytarzem z ławkami ustawionymi pod ścianami w kierunku oznaczonego zielonym symbolem wyjścia awaryjnego. Nagle Isaac pośliznął się na jakimś twardym przedmiocie i straciwszy równowagę, wylądował z głośnym łupnięciem na podłodze, a przedmiot, o który się potknął, uderzył w ścianę.
– W porządku? – zapytała Hattie, pomagając mu się podnieść.
– Jasne. – Isaac poprawił okulary. – Lecimy.
Ale Hattie wbiła wzrok w ścianę.
– Zobacz. – Wskazała palcem na wąski metalowy przedmiot, który leżał przy listwie przypodłogowej tuż pod biegnącą do kaloryfera rurą. – Czy to…? – Przyklęknęła, by przyjrzeć się uważniej.
– Nie dotykaj! – przestrzegł ją natychmiast Isaac i podał jej wyjęty z kieszeni ołówek. Hattie ostrożnie wyciągnęła za jego pomocą tajemniczy przedmiot spod kaloryfera.
– No tak – mruknęła cicho. – To pistolet.
Przez chwilę oboje wpatrywali się w broń bez słowa, po czym Isaac chwycił przyjaciółkę za ramię.
– Co jest? – zdziwiła się Hattie.
– Słuchaj! – polecił jej szeptem Isaac.
Nadstawiła więc uszu. Gdzieś z głębi korytarza dobiegał czyjś przyspieszony oddech.
– To nie ty, prawda? – upewniła się cicho i poczuła, że Isaac tylko pokręcił głową.
– Co my teraz zrobi…?
– Halo? – rzuciła Hattie, wstając z podłogi, po czym rozejrzała się wokół. – Wiemy, że tam jesteś, więc lepiej wyłaź! Ja… wcale się nie boję!
– Co ty wyprawiasz? – szepnął Isaac. – A jeśli to morderca?
– No właśnie! – odpowiedziała równie cicho Hattie. – Wolisz, żeby nas zaskoczył?
Uniosła wyżej telefon, by poświecić latarką w głąb korytarza.
– Kto tam jest? – krzyknęła. W tym momencie krąg światła padł na jakąś postać, która wyczołgała się spod jednej z ławek i sięgnęła do okna, by je otworzyć.
– Hej, ty! – zawołała Hattie. – Stój!
Isaac próbował złapać ją za ramię, ale już rzuciła się w kierunku podejrzanej sylwetki.
– Hattie, zaczekaj! – Ruszył za przyjaciółką biegiem. – To zbyt niebezpieczne.
– Naprawdę tego nie zauważyłeś? – nie poddawała się Hattie. – To był tylko jakiś chłopak!
Otworzyła okno na oścież i wyjrzała na zewnątrz. Znajdowali się na pierwszym piętrze, a deszcz wciąż nie przestawał bębnić o bruk dziedzińca poniżej.
– Tam. – Isaac wskazał na postać w ciemnej bluzie, która właśnie wdrapywała się na dach kolumnady w głębi, a potem obejrzał się w stronę drzwi prowadzących do sali wystawowej. – Musimy zawołać kogoś na pomoc.
– Nie mamy czasu, on zaraz nam ucieknie. – Hattie chwyciła za brzeg parapetu, by się na niego wspiąć.
– Oszalałaś?! – krzyknął Isaac. – To może być morderca!
– Nie ma broni!
– Ale i tak nie dasz rady sama go zatrzymać! – zaprotestował Isaac, a Hattie obejrzała się na niego.
– No właśnie, sama nie – rzuciła znacząco, a potem zeskoczyła na dach kolumnady i ruszyła w pościg.
Jardin des Archives Nationales
Lało jak z cebra, deszcz przemoczył Isaaca do suchej nitki w przeciągu zaledwie paru sekund. Płaski i wąski dach kolumnady łączył główny budynek Archiwum z murem otaczającym teren. Isaac ruszył przed siebie niepewnie, zgięty wpół, by nie stracić równowagi. Usiłował dogonić Hattie, której kroki dudniły energicznie na dachu. Chwilę później przyjaciółka zawróciła.
– Uciekł – podniosła głos, by przekrzyczeć ulewę. – Nie dotarł do muru, musiał w którymś miejscu zeskoczyć do ogrodu.
Isaac usłyszał bulgotanie gdzieś u swoich stóp.
– Tu jest rynna – zauważył, wskazując palcem wodę spływającą wirowym ruchem w głąb otworu.
Hattie pokiwała głową i błyskawicznie zsunęła się po żeliwnej rurze w dół, a potem ruszyła biegiem przed siebie. Isaac podążył za nią już mniej sprawnie, chwytając się kamiennych występów i usiłując zapierać się nogami o mokrą ścianę. Oczywiście niemal od razu się pośliznął i poleciał w dół, na trawę. Przewrócił się na bok, bo upadek sprawił, że na moment zabrakło mu tchu. Plecy go bolały, a mokre błoto zdążyło już przemoczyć mu rękaw. Poczuł się kompletnie bezużyteczny.
W tym momencie przez kurtynę deszczu doleciał go głośny okrzyk. Krzyczała Hattie. I była przestraszona.
Isaac podniósł się z ziemi i ruszył po omacku między krzewami, choć gałęzie uderzały go w twarz.
– Hattie! – zawołał. – Gdzie jesteś?
Gdzieś z prawej rozległ się pisk, więc ruszył w tamtą stronę. Wreszcie udało mu się wydostać na trawnik, na którym szamotały się teraz dwa cienie. Ozdobiona cekinami sukienka Hattie połyskiwała w półmroku, kiedy dziewczynka siłowała się z nieznajomym chłopakiem. Wyglądało to tak, jakby chwyciła go w pasie i powaliła na ziemię, a on próbował się jej wywinąć.
– Lâche-moi!15 – krzyknął chłopak i zsunął z ramion paski plecaka, za który trzymała Hattie, a potem uderzył ją z całej siły w klatkę piersiową, aż na moment zabrakło jej tchu. Chłopak wykorzystał okazję i podniósł się z trudem, chwyciwszy jeszcze swój plecak.
– Stój! – Isaac błyskawicznie przeciął trawnik i rzucił się na nieznajomego. Nie umiał się bić, ale wystarczyła jego prędkość i waga, by przewrócić przeciwnika niczym kręgiel. Chłopak aż stęknął, gdy obaj wylądowali w błocie, błyskawicznie wyrwał się jednak z uścisku Isaaca i usiadł na nim, a potem walnął mocno w ramię, aż Isaac poczuł przeszywający ból. Napastnik znów uniósł rękę, drugiego ciosu nie zdążył już jednak zadać, bo Hattie chwyciła go za stopę i wbiła zęby w jego kostkę niczym w kawałek mięsa. Chłopak zapiszczał i z całej siły wierzgnął nogą, a Isaac wreszcie zdołał się spod niego wykaraskać. Przeciwnik skorzystał z okazji, by zerwać się na równe nogi, po czym chwycił swój plecak i rzucił się do ucieczki.
– Nic ci nie jest? – Isaac pomógł przyjaciółce wstać.
– Wszystko OK – zapewniła Hattie, zasłaniając usta dłonią. – Szybko, bo nam zwieje!
– Ale…
– Musimy zobaczyć, dokąd pójdzie – krzyknęła Hattie. Nie było sensu się z nią spierać.
Ruszyli przez trawnik, Isaac dostrzegł jeszcze cień chłopaka na tle ściany z białego kamienia, ich przeciwnik właśnie skręcił w boczną uliczkę. Isaac poprowadził przyjaciółkę w tamtą stronę, żwir chrzęścił głośno pod ich stopami. Ostrożnie wyjrzeli zza budynku.
Uliczka była ślepa. I zupełnie pusta.
Hattie podbiegła do znajdującego się na jej końcu muru w poszukiwaniu jakichś dróg ucieczki. W ścianach budynków nie było widać żadnych drzwi ani okien. Isaac podniósł wzrok, ale ujrzał jedynie wysokie kamienne ściany, gładkie niczym lustra i mokre teraz od deszczu.
– Ciii! – Isaac znieruchomiał, nasłuchując jakichkolwiek oznak życia, ale na próżno. W powietrzu niosło się jedynie wycie syren i bulgotanie deszczówki w rynsztoku.
Wymienili z Hattie zaskoczone spojrzenia. Chłopak zwyczajnie zniknął.
5Proszę pana? (fr.)
6nie ma za co (fr.)
7dobry wieczór (fr.)
8Dobry wieczór. Wy jesteście Isaac i Harriet? (fr.)
9Tak, panie Blaise. Miło nam pana poznać (fr.)
10A ty, Isaacu, dobrze się bawisz? (fr.)
11Właśnie tam idę (fr.)
12Panie i panowie, mam zaszczyt przedstawić państwu Harriet Bassalę i Isaaca Turnera (fr.)
13Nie! Zatrzymać się! (fr.)
14Pomocy! Ratunku! (fr.)
15Puść mnie! (fr.)
Sous la Rue des Francs-Bourgeois
Leon szedł po kostki w wodzie, snop światła latarki tańczył na ścianach tunelu przed nim. Kamienne sklepienie starego kamieniołomu znajdowało się nisko nad jego głową, musiał ją pochylić, by jakoś przecisnąć się korytarzem. Zanim ktokolwiek się zorientuje, gdzie zniknął, on będzie już daleko. Po prostu nie może się zatrzymywać.
Zajrzał do plecaka. Sam był kompletnie przemoczony, ale zawartość wodoodpornego plecaka pozostała sucha. Leon odetchnął z ulgą, a potem poświecił jeszcze latarką za siebie. Tunel ciągnął się daleko w głąb i niknął gdzieś w czarnej czeluści.
„Wszystko w porządku”, pomyślał, ruszając dalej. Dzieciaki już go nie śledziły. Ale skąd się tam właściwie wzięły? I co to w ogóle za bachory? Ostrożnie poruszył kostką, nadal obolałą w miejscu, gdzie dziewczyna zatopiła zęby.
Dotarł do rozwidlenia tunelu i oświetlił promieniem latarki znak, który wymalował wcześniej na ścianie białym sprejem, by zaznaczyć właściwą drogę. Teraz skinął do samego siebie głową i skręcił w szerszy korytarz, a suchy żwir zachrzęścił głośno pod podeszwami jego traperów. Był to jeden z nowszych tuneli, wydrążonych przez inspekcję kopalni w okolicach Wielkiej Rewolucji i odzwierciedlających układ ulic na powierzchni. Wreszcie dotarł do zardzewiałej drabinki, wsunął latarkę za pasek i zaczął się wspinać, choć ostre fragmenty rdzy wbijały się mu w dłonie.
Odsunął właz studzienki i wyszedł na powierzchnię nieopodal potężnego budynku wielkiej paryskiej biblioteki, Bibliothèque Historique. Deszcz ciągle siekł miejski bruk. W dzielnicy Le Marais aż roiło się od kafejek, ale w tym akurat zaułku mimo piątku panował spokój. Ulicą przejechał skuter, więc Leon cofnął się w cień, by uniknąć znalezienia się w światłach jego reflektorów, a dla pewności naciągnął jeszcze kaptur bluzy na głowę. Potem przykucnął, by umieścić pokrywę studzienki na właściwym miejscu, i wreszcie ruszył w kierunku Rue de Rivoli oraz stacji metra Saint-Paul.
Kiedy znalazł się na bulwarze, serce zabiło mu mocniej w piersi, bo tuż obok niego przemknęły z rykiem syren trzy radiowozy. Skręciły z piskiem opon w prawo i popędziły w kierunku budynku Archiwum.
„Wszystko jest w porządku”, zaczął powtarzać w myślach z nadzieją, że jeśli będzie to robił wystarczająco często, stanie się to prawdą. Jutro się dowie, co właściwie zaszło. Katakumby wreszcie zdradzą swój sekret.
Zbiegł na stację metra i przeszedł przez bramkę z głośnym szczękiem metalu. Słyszał, że pociąg już wyjeżdża z tunelu. Kiedy pędził schodami w dół, myślami wrócił do Samiry – kiedy widział ją po raz ostatni, machała mu z peronu, podczas gdy metro, którym miał dotrzeć do szkoły, właśnie ruszało.
„Już pędzę”, pomyślał, wskakując do wagonu, nim chwilę później drzwi się za nim zamknęły. „Znajdę cię”.
Musée des Archives Nationales
– Voleurs! Meurtriers!16
Podniesiony głos Eveline niósł się od strony schodów. Isaac widział, jak kobieta wymachuje rękami w rozmowie z wyposażoną w notatnik policjantką.
W holu Archiwum kłębił się tłum gości pilnowanych przez zaledwie garstkę funkcjonariuszy, w kącie ktoś szlochał. Woda głośno chlupotała w butach Isaaca, kiedy razem z Hattie przepychali się między ludźmi.
– Isaac! – Diggory Turner zamknął syna w niedźwiedzim uścisku. – Na szczęście jesteś bezpieczny.
– Och, Harriet! – Tuż obok niego pojawiła się Patricia, a na jej twarzy odbiła się ulga. – Tak się zamartwiałam, mój Boże. Ale coś ty zrobiła z tą sukienką?
– Widzieliśmy zamachowca – zaczęła tłumaczyć Hattie, wyciskając wodę z włosów. – To był chłopak, próbował uciekać. Goniliśmy go, ale w końcu zniknął nam z oczu.
– A znaleźliście już broń? – wtrącił Isaac. – Jest na górze.
– Policja ją ma – wyjaśnił mocno pobladły Diggory. – To wy ją widzieliście?
– Aha, ale wcale jej nie dotykaliśmy – zapewnił Isaac. – To znaczy, tak w ogóle to się o nią potknąłem, ale potem jej nie dotknąłem.
– Ścigaliściezamachowca? – Patricia nie kryła przerażenia.
– I nawet z nim walczyliśmy – odparła Hattie z dumą. – Ja ugryzłam go w nogę. Ale potem nam zwiał.
– Ale dlaczego zrobiłaś coś takiego? – Diggory wpatrywał się w nią okrągłymi ze zdumienia oczami.
– No przecież broni już przy sobie nie miał… – Isaac lekko się zawahał, kiedy próbował tłumaczyć coś, co w tamtym momencie wydawało się im dobrym pomysłem. – A poza tym… to był tylko chłopak.
– Co wam strzeliło do głowy? Postanowiliście zabawić się w bohaterów? – obruszyła się Patricia, przyciskając dłoń do czoła.
– Mamo, przecież właśnie mieliśmy odebrać medale za bohaterstwo – wytknęła Hattie. – Czego się po nas spodziewałaś? Że puścimy mordercę wolno?
– Właściwie to ten człowiek nie jest tak do końca mordercą, dzięki Bogu – zauważył Diggory.
Akurat w tym momencie tłum rozstąpił się, by przepuścić ratowników z karetki, schodzących po schodach z noszami. Mimo wysiłków ojca, by zasłonić mu widok, Isaac dostrzegł leżącego na nich z otwartymi oczami i ciałem zakrytym po samą szyję ochroniarza Omara.
– Nic mu nie będzie? – zapytał.
– Taką mam nadzieję – odparł Diggory i uścisnął ramię syna.
– Balthazarze! – Patricia podbiegła do pana Blaise’a, który z trudem pokonywał właśnie kolejne stopnie, blady jak ściana.
– Proszę się odsunąć, proszę pani! – Drogę natychmiast zastąpił jej szczupły mężczyzna z wąsami i zmartwioną miną.
– Wszystko w porządku, Michelu – powiedział Blaise, omijając go. – To moi przyjaciele.
– Nic ci się nie stało? – zapytała Patricia.
– Nic mi nie jest, ale to dla mnie wielki cios. – Mężczyzna rozejrzał się po ich niewielkiej grupce. – Ufam Omarowi jak nikomu innemu na świecie. Gdyby nie ten biedak, zamachowiec trafiłby mnie. – Zasłonił twarz dłonią. – Jeśli umrze, nie wiem, co pocznę.
– Monsieur, musimy pana zabrać w bezpieczne miejsce – mruknął Michel, rozglądając się bacznie wokół.
– Widzieliśmy tego chłopaka, który do pana strzelał – wtrąciła Hattie. – Pobiegliśmy za nim, ale nam uciekł. Mamy dowód…
– Chłopaka? – Blaise zrobił zdumioną minę. – Jakiego chłopaka?
– Cicho, Harriet, nie teraz. – Patricia cmoknęła z niezadowoleniem. – Balthazarze? – Teraz jej ton złagodniał. – Gdybyś czegokolwiek potrzebował, proszę… – Uścisnęła mężczyznę.
– Dziękuję – odpowiedział Blaise ze słabym uśmiechem.
Michel odchrząknął.
– Sir, czy możemy? Tu nie jest pan bezpieczny.
– Muszę już iść – dodał Blaise i odwrócił się w kierunku Michela. – Każ wysłać do szpitala kwiaty. I znajdź mi numer do żony Omara.
– Zawsze taki życzliwy – mruknęła Patricia, patrząc w ślad za oddalającymi się mężczyznami.
– Dlaczego nie pozwoliłaś mi powiedzieć o tym chłopaku, który do niego strzelał? – obruszyła się Hattie.
– To nie jemu powinniśmy o tym powiedzieć, tylko policji – wtrącił Isaac.
– W takim razie to zróbcie.
Isaac aż podskoczył na dźwięk głosu mężczyzny, który właśnie pojawił się za jego plecami: wysokiej postaci w granatowym mundurze i berecie, z równo przyciętą kozią bródką.
– Ekhm, Isaacu, Hattie, to komisarz Théo Garonne – powiedział Diggory, przepuszczając mężczyznę. – Z francuskiej policji. Panie komisarzu, to mój syn Isaac oraz Hattie, córka Patricii.
Mężczyzna popatrzył na nich ciemnymi jak kamyki oczami, Isaac od razu zauważył przypiętą do jego pasa kaburę z pistoletem. To nie był Londyn.
– A więc… angielski? – zapytał komisarz, przenosząc wzrok z niego na Hattie i z powrotem.
– Je parle français mais pas mon ami17 – wyjaśniła Hattie.
– OK. – Policjant z obojętną miną otworzył notatnik. – Tak więc, co właściwie widzieliście?
Isaac opowiedział, jak znaleźli broń i natknęli się na uciekającego oknem chłopaka.
– Wyszliście na dach?
– I zeskoczyliśmy do ogrodu – dodała Hattie. – Próbowaliśmy go złapać, ale nam uciekł.
– Gdzie?
– On, hm… – Isaac na moment się zawahał. – Widzieliśmy, jak wbiega w alejkę, a potem zwyczajnie zniknął.
– Alejkę? Tu w Archiwum?
– Nie, takie przejście między budynkami. Pokażę panu. – Isaac zaprowadził policjanta i resztę do przeszklonej gabloty, w której znajdowała się makieta terenu Archiwum Państwowego. – Zeszliśmy tędy… – powiedział, wskazując kolumnadę – biliśmy się z nim tu, na trawniku, a potem on zniknął tutaj.
– Ale stamtąd nie ma drogi ucieczki – odparł policjant obojętnie. – Jedyne wyjście prowadzi przez główną bramę, która była non stop strzeżona. Przez cały wieczór nikt nie opuścił terenu.
– Może ten chłopak nadal gdzieś tu jest – podsunął Diggory.
