Zagłada Żydów. Studia i Materiały nr 12 R. 2016 - Dariusz Libionka, Prof. Barbara Engelking - ebook
lub
Opis

12. numer rocznika naukowego „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” wydawany przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów IFiS PAN.

Wspólnym mianownikiem wielu publikwanych artykułów jest kontekst europejski. Zamieszczone teksty dotyczą m.in. zaangażowania francuskiego Kościoła w ukrywanie dzieci żydowskich (Eliot Nidam Orvieto), akcję wysyłania ich do Anglii (Anna M. Rosner), działania Sonderdienst w Genrelanym Gubernatoriskie (Peter Black), a także o postrzegania Żydów przez niemieckich cywilów zatrudnionych w aparacie okupacyjnym (Stephan Lehnstaedt).

Szczególnie polecamy artykuł Marty Janczewskiej, która analizując raport Jürgena Stroopa,  interpretuje niemiecki język urzędowy opisujący żydowską śmierć.

Przybliżamy sylwetki postacie historyczne: „Frankensteina”, sadystycznego policjanta z getta warszawskiego (Jan H. Issinger), antykwariuszy Gutnajerów (Nawojka Cieślińska-Lobkowicz) oraz działacza politycznego, Eleazara Grünbauma (Jacek Dehnel).

 

W dziale „Punkty widzenia” publikujemy m.in. artykuł interpretujący polską literaturę o Zagładzie jako horror (Przemysław Czapliński), oraz teksty inspirowane lekturą Neumannowskiego Behemota (Raul Hilberg) czy porównujący w świetle tej książki faszyzm z komunizmem (Marcin Kula). W obszernym artykule omawiamy głośną książkę Mirosława Tryczyka Miasta śmierci (Krzysztof Persak).

W numerze działy:
  • Studia
  • Sylwetki
  • Konteksty
  • Z warsztatów badawczych
  • Materiały
  • Bilanse
  • Punkty Widzenia
  • Omówienia, recenzje, przeglądy
  • Wydarzenia
  • Curiosa

A w nich między innymi:

  • Marta Janczewska o niemieckim języku urzędowym w warszawskim getcie
  • Stephan Lehnsdaedt o zwykłych Niemcach w okupowanej Warszawie i ich wiedzy o Zagładzie
  • Peter Black o lokalnej kolaboracji na przykładzie Sonderdienst
  • Dagmara Swałtek-Niewińska o strategiach przetrwania w getcie w Bochni
  • Katrin Stoll o niemieckich kolejarzach odprawiających transporty do Treblinki
  • Agnieszka Haska i Karin Ohry o Żydach z getta warszawskiego w Bergen-Belsen
  • Jerzy Giebułtowski o kosztach rozbiórki pozostałości po warszawskim getcie
  • Przemysław Czapliński o przedstawianiu Zagłady w najnowszej literaturze polskiej jako horroru
  • Badania i pamięć Zagłady na Węgrzech i w Serbii
  • Powojenne rozliczenia w NRD
  • Piotr Forecki, Jan Grabowski i Dariusz Libionka o muzeum w Markowej

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1385

Podobne


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Publikacja została zrealizowana dzięki wsparciu:

Fundacji PZU

Stowarzyszenia Żydowski Instytut Historyczny

North American Council for the Legacy of Polish Jews oraz darczyńców prywatnych

 

 

Rada Naukowa:

Michał Głowiński, Israel Gutman , Jan Jagielski, Szymon Rudnicki, Paweł Śpiewak, Nechama Tec, Jerzy TomaszewskiFeliks Tych, ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel

 

Redakcja:

Barbara Engelking (zastępca redaktora naczelnego), Jan Grabowski, Jacek Leociak, Dariusz Libionka (redaktor naczelny), Jakub Petelewicz (sekretarz redakcji), Alina Skibińska

 

Sekretariat Redakcji:

Justyna Majewska

 

Współpraca redakcyjna:

Agnieszka Haska, Marta Janczewska

 

Copyright © by Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów Warszawa 2016

 

ISSN 1895-247X

ISBN: 978-83-63444-48-8

 

Wersją pierwotną rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały" 2016, nr 12 jest wersja drukowana.

 

Wydawca

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

„Zagłada Żydów. Studia i Materiały"

Centrum Badań nad Zagładą Żydów, IFiS PAN

ul. Nowy Świat 72, pok. 120

00-330 Warszawa, POLAND

www.zagladazydow.org

e-mail:[email protected]

Table of contents

Table of contents

From the editor

Israel Gutman Prize

In memoriam

Tomasz Blatt. Memory Does not Expire[Marek Bem]

Samuel Willenberg[Mikołaj Grynberg]

Imre Kertész[Kinga Piotrowiak-Junkiert]

Studies

Marta Janczewska,Death in the German Official Language as Exemplified by Jürgen Stroop’s Report

Stephan Lehnstaedt,German Occupants in Warsaw and the Publicness of the Holocaust

Peter Black,The Sonderdienstin the General Government

Kinga Piotrowiak-Junkiert,The Ghettoization of Budapest During 1944-1945. An Outline

From research workshops

Anna M. Rosner,Kindertransports – British Campaigns to Rescue Jewish Children during 1938-1939

Eliot Nidam Orvieto,Jews in Convents in France during the Holocaust. Observations, Dynamics, and Internal Operations

Jan H. Issinger,Frankenstein in the Warsaw Ghetto. The History and Legend ... 187

Justyna Kowalska-Leder, “Ever New Demands, Ever New Grimaces” – the Power and Subordination Relation between Poles and Jews Hiding on the ‘Aryan’ Side

Dagmara Swałtek-Niewińska,Salomon Greiwer and the Municipal Workshops in Bochnia

Nawojka Cieślińska-Lobkowicz,Death of the Antiquarian on Chłodna Street

Materials

Katrin Stoll,One-Way Schedule. Interrogations of Former Reichsbahn Clerks Regarding the Deportation of Jews from Prużany to Auschwitz in 1943

Sonia Wajselfisz’s List[Karin Ohry,Sonia’s List;Agnieszka Haska, “Hundreds of Friends.” A List from Bergen-Belsen]

Aleksandra Bańkowska, Agnieszka Haska, “...buried in the Basements of the Enumerated Buildings Are...” The Search for the Ringelblum Archive

Jerzy Giebułtowski,The History of an Invoice. A Comment on a Footnote or Heinrich Himmler’s Central Park

Points of view

Krzysztof Persak,A Shell. Critical Reading of Mirosław Tryczyk’s Miasta Śmierci

Przemysław Czapliński,The Holocaust as a Horror. A Handful of Comments on Polish Literature during 1985-2015

Marta Tomczok,The Demon of Reconciliation. The Discourse on the Contemporary Righteous in Popular Novels

Jacek Dehnel,All Trials of Eleazar Grünbaum

Dan Michman,Dutch Society and the Jewish Fate: A Puzzling Record

Marcin Kula,Reflections after Reading The Behemoth

Raul Hilberg,The Relevance of The BehemothToday

Short forms

Tadeusz Bartoś,To Forgive

Reports

Kinga Piotrowiak-Junkiert,The Current State of Research on the Holocaust in Hungary

Magdalena Bogusławska,The Holocaust in the Serbian Memory Order

Katharina Friedla,The Myth of Reckoning with the Past. Persecution of Nazi and War Crimes in the Soviet Occupation Zone in Germany and the GDR

Jurij Radchenko, “Popular Science” Propaganda and a “Struggle” against “Myths”: Ukrainian-Jewish Relations in the 20thCentury in Volodymyr Viatrovych’s Texts

Adam Kopciowski,Sefer Praga. The Memorial Book of the Warsaw Quarter of Praga

Reviews

Yehuda Bauer,Przemyśleć Zagładę[Monika Adamczyk-Garbowska] 

Mietek Pachter,„Umierać też trzeba umieć”..[Bartłomiej Krupa]

Joshua D. Zimmerman,The Polish Underground and the Jews, 1939-1945[Dariusz Libionka]

Alvin H. Rosenfeld,Kres Holokaustu[Justyna Majewska]

Łucja Pawlicka-Nowak,Świadectwa Zagłady[Przemysław Nowicki]

Karolina Wigura,Wina narodów[Stanisław Obirek]

Magdalena Tarnowska,Artyści żydowscy w Warszawie 1939-1945; Ocalałe/Salvaged. Kolekcja malarstwa, rysunku i rzeźby ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego[Nawojka Cieślińska-Lobkowicz]

Jan Borowicz,Nagość i mundur. Ciało w filmie Trzeciej Rzeszy[Tomasz Żukowski]

Martin Winstone,Generalne Gubernatorstwo. Mroczne serce Europy Hitlera[Tomasz Frydel]

Jerzy Jurandot,Miasto skazanych. 2 lata w warszawskim getcie,

Stefania Grodzieńska,Dzieci getta[Sławomir Buryła]

Anna Cichopek-Gajraj,Beyond Violence. Jewish Survivors in Poland and Slovakia, 1944-48[Tomasz Frydel]

Kinga Piotrowiak-Junkiert,Świadomość zwrócona przeciwko sobie samej. Imre Kertész wobec Zagłady[Marta Tomczok] 

Angelika Benz,Handlanger der SS. Die Rolle der Trawniki-Männer im Holocaust[Katharina Friedla]

Our Brother Max Aue. „Punkt zero: Łaskawe.” Directed by Janusz Opryński,‘Provisorium’ Theater[Jagoda Budzik]

Commemorating the Holocaust

Jan Grabowski, Dariusz Libionka,Historical Policy Gone Astray. What the Ulma Family Museum of Poles Saving Jews in World War II Fails to Discuss

Piotr Forecki,The Museum of Reconciliation in Markowa.

Nawojka Cieślińska-Lobkowicz,Munich Documentation Centre for the History of National Socialism and the German Collective Memory

Natalia Sineaeva-Pankowska,Visitors’ Reactions to the Holocaust Gallery. From a Guide’s Notes

Barbara Kirshenblatt-Gimblett,POLIN Museum’s Core Exhibition: A Response

Events

Agnieszka Stawiarska,To Shake the Society. On the Significance of Ruta Vanagaité’s book Musiśkiai for Lithuania 

Kinga Piotrowiak-Junkiert,The responses to Son of Saul

Elżbieta Cajzer,Archeology of Crime

Curiosa

Dariusz Libionka,Con Men Made into the Accursed. Comments on the Documentary Torah and the Sword

Notes about the authors

Od Redakcji

Od Redakcji

Od ukazania się ostatniego numeru pisma pożegnaliśmy wielu ważnych świadków Zagłady. Oprócz Samuela Willenberga, Imre Kertésza i Tomasza (Toviego) Blatta, których wspominamy w dziale „In Memoriam”, chcemy odnotować też odejście Julesa Schelvisa i Philipa Bialowitza (Filipa Białowicza) – dwóch ostatnich żyjących więźniów obozu zagłady w Sobiborze. Jules Schelvis został przywieziony na rampę w Sobiborze z Holandii przez obóz w Westerbork w maju 1943 r. Zginęła tam cała jego rodzina, on dzięki znajomości niemieckiego został skierowany do nieodległego obozu pracy. Przeszedł następnie przez kilka obozów, m.in. Auschwitz. Jest autorem monografii naukowej Vernietigingskamp Sobibor (Obóz zagłady Sobibór). W Nowym Jorku zmarł ostatni już świadek Sobiboru i uczestnik buntu w tym obozie – Filip Białowicz, pochodzący z Izbicy. Swoje przeżycia z obozu opisał w książce Bunt w Sobiborze: opowieść o przetrwaniu w Polsce okupowanej przez Niemców (wyd. polskie 2008). W Holonie we wrześniu zmarł 98-letni Baruch Dorfman, ostatni ocalały z pogromu kieleckiego, który w wyniku pobicia stracił wówczas wzrok. Ze smutkiem żegnamy także Eliego Wiesela, jednego z najbardziej znanych Ocalałych, autora Nocy i laureata Pokojowej Nagrody Nobla (1986), który większość życia poświęcił na pielęgnowanie pamięci o Zagładzie.

Odeszli też nasi przyjaciele i bliscy, Ocalali, którzy byli ważnymi osobami w naszym prywatnym życiu. W Izraelu zmarła w przedeniu Rosz ha-Szana Halina Aszkenazy-Engelhardt, urodzona w 1924 r. w Warszawie, gdzie przeżyła getto, a potem ukrywała się po aryjskiej stronie i była łączniczką w powstaniu warszawskim. Po wojnie wyjechała do Izraela, opublikowała swoje wspomnienia (Pragnęłam żyć, wyd. polskie 1991) oraz kilka tomików opowiadań, była również przewodniczącą Związku Żydów Warszawskich w Izraelu. W lipcu w Toronto zmarła Rywka Goldfinger (Schenker), która przeżyła Montelupich, Płaszów, Auschwitz, marsze śmierci, Bergen-Belsen, a wcześniej przez dwa lata ukrywała się w ziemiankach w lasach pod Dąbrową Tarnowską.

W zeszłym roku zmarła w Tel Awiwie Miriam Akavia, urodzona w 1927 r. w Krakowie, która z krakowskiego getta, przez Płaszów, Auschwitz i Bergen-Belsen, trafiła z transportem Czerwonego Krzyża do Szwecji, by w 1946 r. znaleźć się w Palestynie i do końca swego bogatego, aktywnego życia mieszkać w Izraelu. Zostawiła po sobie wiele książek i wdzięczną pamięć.

Z roku na rok umierają ostatni już spośród tych, którzy przeżyli Zagładę. Żywimy przekonanie, że wraz z ich odchodzeniem coraz większa odpowiedzialność spoczywa na badaczach Holokaustu. Szczególnie silnie odczuwamy tę odpowiedzialność dziś w Polsce, gdzie dla doraźnych celów politycznych chętnie ożywia się demony przeszłości: nietolerancji, pogardy, ksenofobii, antysemityzmu, nienawiści do wszelkiej odmienności. Zabieraliśmy w tej sprawie głos wielokrotnie, zarówno w naszym piśmie, jak i za pomocą oświadczeń1, lecz przede wszystkim koncentrujemy się na rzetelnym badaniu i obiektywnym wykonywaniu naszej pracy. Jest to tym bardziej potrzebne, że w coraz większym stopniu tematyka Zagłady i stosunków polsko-żydowskich staje się przedmiotem instrumentalizacji i manipulacji. O tym, jak usilnie próbuje się tworzyć nową, skrajnie uproszczoną, nierzadko nieprawdziwą historię Zagłady oraz relacji polsko-żydowskich w czasie okupacji niemieckiej, świadczy chociażby wystawa w nowo otwartym muzeum w Markowej, której poświęcamy w tym tomie wiele miejsca.

Wspólnym mianownikiem wielu artykułów zamieszczonych w bieżącym numerze pisma jest kontekst europejski: publikowane teksty odnoszące się do różnych perspektyw Zagłady – od Warszawy i Bochni, przez Budapeszt, do Amsterdamu, Londynu i Paryża – dotyczą mniej znanych w Polsce historii, jak chociażby zaangażowanie francuskiego Kościoła w ukrywanie dzieci żydowskich czy akcję wysyłania ich do Anglii. Interesują nas również różne aspekty działań sprawców – publikujemy artykuły o Sonderdienst, odpowiedzialności niemieckich kolejarzy za odprawianie transportów do Treblinki, sadystycznym policjancie znanym w getcie warszawskim jako „Frankenstein”, a także o postrzeganiu Żydów przez niemieckich cywilów zatrudnionych w aparacie okupacyjnym.

Poza wspomnianym „Frankensteinem” w artykułach zamieszczonych w niniejszym tomie przedstawiamy też inne interesujące postacie historyczne – losy znanej rodziny warszawskich antykwariuszy Gutnajerów oraz portret Eleazara Grünbauma, działacza politycznego o skomplikowanej okupacyjnej biografii.

Na szczególną uwagę zasługuje tekst Marty Janczewskiej, która interpretuje niemiecki język urzędowy, pokazując, w jaki sposób posługiwano się nim przy opisie żydowskiej śmierci. Autorka wzięła pod lupę raport Jürgena Stroopa i na jego przykładzie demonstruje, jak w ciągu kilku lat Zagłady wykrystalizowała się nazistowska forma raportowania o zabijaniu Żydów.

Chcemy też zwrócić uwagę Czytelników na dwa teksty z działu „Punkty widzenia”, które prezentują Zagładę z interesujących perspektyw: Przemysław Czapliński interpretuje polską literaturę o Zagładzie jako horror, a Marcin Kula, zainspirowany lekturą Neumannowskiego Behemota, porównuje faszyzm z komunizmem. Polecamy tam także wnikliwy esej recenzyjny Krzysztofa Persaka o głośnej książki Mirosława Tryczyka Miasta śmierci, stawiający zarazem ważne pytania o stan pisarstwa historycznego i krytyki naukowej w Polsce.

W dziale „Omówienia” przedstawiamy tym razem tematy z Ukrainy, Serbii i Węgier, a także mało znaną w Polsce kwestię powojennych rozliczeń z nazistowskimi zbrodniarzami w byłej NRD.

Ponadto jak zwykle zamieszczamy sprawozdania z bieżących wydarzeń oraz recenzje, przybliżające wydane ostatnio wartościowe publikacje o Zagładzie oraz ciekawe edycje pamiętnikarskie.

W tym roku nasza redakcja rozpoczyna przyznawanie Nagrody im. Israela Gutmana za najlepszy tekst naukowy o tematyce dotyczącej Zagłady i stosunków polsko-żydowskich. Liczymy na to, że przyczyni się to do rozwoju badań, a zwłaszcza ogłaszania ich efektów w powołanych do tego celu specjalistycznych wydawnictwach. Chcemy w ten sposób dowartościować tę formę działalności naukowej, a zarazem mamy nadzieję, że teksty te wzbogacą pismo w większej niż dotąd liczbie. Szczegółowe informacje na temat nagrody znajdują się wewnątrz tego numeru oraz na stronie internetowej rocznika pod adresem http://nagroda.zagladazydow.org.

1 Oświadczenie członków Centrum Badań nad Zagładą Żydów w związku z wypowiedziami minister edukacji narodowej Anny Zalewskiej i nowo wybranego prezesa IPN dr. Jarosława Szarka, http://www.holocaustresearch.pl/index.php?mod=news&show=319.

Oświadczenie członków Centrum Badań nad Zagładą Żydów w związku z przyjętym przez Radę Ministrów projektem zmian w ustawie o IPN, zmierzającym do ograniczenia swobody wypowiedzi, badań naukowych i penalizacji popularyzacji wyników badań http://www.holo-caustresearch.pl/index.php?mod=news&show=321.

Nagroda im. Israela Gutmana

Nagroda im. Israela Gutmana

Redakcja rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” oraz Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów postanowiły ufundować NAGRODĘ im. Israela Gutmana dla autora najlepszego artykułu naukowego poświęconego tematowi Zagłady. NAGRODA adresowana jest do wszystkich, lecz w sposób szczególny zależy nam na uhonorowaniu badaczy młodej generacji. To ich chcemy wspierać, zachęcać do pracy trudnej, żmudnej, wymagającej nieraz benedyktyńskiej cierpliwości i skrupulatności. Praca historyka Zagłady bywa też obarczona wyzwaniami pozanaukowymi, stając się często emocjonalnie, moralnie i egzystencjalnie doświadczeniem trudnym. W naszej intencji NAGRODA im. Israela Gutmana ma stanowić nie tylko wyraz uznania dla wysokiej jakości merytorycznej pracy wyłonionej w procedurze konkursowej, lecz także zwracać uwagę na wymiary humanistyczny i etyczny, w jakie nieuchronnie wpisują się badania nad Zagładą.

Nagród przyznawanych w Polsce za prace naukowe czy literackie jest dużo. Nagradzane są monografie, edycje źródłowe, prace popularnonaukowe. Nagradzany jest całokształt działalności naukowej czy społecznej. Novum naszej inicjatywy polega na tym, że NAGRODA im. Israela Gutmana przyznawana jest za artykuł naukowy. Książka staje się nieraz przedmiotem dyskusji i polemik, artykuł zazwyczaj ginie bez echa w czasopismach naukowych czy pracach zbiorowych i rzadziej niż książka trafia do szerszego obiegu, rzadziej jest zauważany i komentowany. Wyróżniamy naszą NAGRODĄ artykuł również dlatego, że – szczególnie dla młodszych badaczy – stanowi on najczęściej jedyną formę publikacji wyników ich prac. Chcemy, by ich trud mógł być zauważony i doceniony.

Najważniejszymi dla nas kryteriami oceny są wartości merytoryczne, warsztatowa rzetelność, poznawcze nowatorstwo, pasja badawcza, odwaga podejmowania tematów kontrowersyjnych, zaniedbywanych, spychanych na margines.

Israel Gutman – patron naszej NAGRODY – urodził się w Warszawie, był członkiem Ha-Szomer ha-Cair, uczestnikiem powstania w getcie warszawskim, więźniem obozu na Majdanku i KL Auschwitz. Po wojnie stał się najważniejszym izraelskim badaczem zajmującym się eksterminacją Żydów warszawskich i powstaniem w getcie warszawskim. Był zarówno świadkiem, jak i historykiem Holokaustu. Dla nas, założycieli pisma „Zagłada Żydów. Studia i Materiały”, Israel Gutman był jednym z najważniejszych autorytetów, dla wielu z nas Mistrzem i Przyjacielem. Związany z naszym pismem od początku, aż do śmierci w 2013 r. zasiadał w jego Radzie Naukowej. Pragniemy Go w ten skromny sposób uhonorować.

Ustanawiając tę NAGRODĘ, wierzymy, że zyska ona uznanie środowiska historycznego oraz stanie się bodźcem do podejmowania studiów nad Zagładą i stosunkami polsko-żydowskich w czasie wojny i tuż po niej.

Zapraszamy przedstawicieli pism naukowych oraz środowisk akademickich do zgłaszania kandydatur do NAGRODY. Szczegóły na stronie internetowej rocznika http://nagroda.zagladazydow.org.

W bieżącym roku NAGRODĘ im. Israela Gutmana dla najlepszego artykułu naukowego poświęconego tematowi Zagłady otrzymuje Karolina Panz za tekst pt. „Dlaczego oni, którzy tyle przecierpieli i przetrzymali, musieli zginąć?”. Żydowskie ofiary zbrojnej przemocy na Podhalu w latach 1945-1947, opublikowany w nr. 11 rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” z 2015 r., s. 33-89. Karolinę Panz nagrodziliśmy za rzetelne opracowanie problematyki bardzo trudnej, obciążonej stereotypami, zmistyfikowanej, poddawanej manipulacjom i przekłamaniom, ciągle wywołującej gwałtowne emocje i spory. Chodzi o traktowanie Żydów ocalałych z Zagłady przez członków podziemia antykomunistycznego. Choć wcześniej pisano na ten temat wielokrotnie, Karolina Panz z jednej strony zweryfikowała lub uzupełniła ustalenia swoich poprzedników, z drugiej zaś potrafiła powiedzieć nam coś istotnie nowego. Nie tylko o sprawcach tych zbrodni, lecz przede wszystkim o ich ofiarach, traktowanych zwykle czysto instrumentalnie. Podejmowanie tego rodzaju tematyki w dobie promowanego przez władze kultu „żołnierzy wyklętych” i w wyjątkowo niesprzyjającym klimacie politycznym wymaga sporej odwagi. Wymaga też szczególnej dbałości o udokumentowanie stawianych tez i wszechstronne naświetlenie problemu. Z satysfakcją odnotowujemy, że Karolinie Panz udało się sprostać wysokim standardom rzemiosła historycznego.

In memoriam

Tomasz Blatt. Pamięć nie zna przedawnienia [Marek Bem]

Tomasz Blatt

(1927-2015)

Pamięć nie zna przedawnienia

Kilka lat temu na łamach rocznika „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” pisałem o unikatowym i jakże ważnym projekcie z lat 2006-2007, przy którego realizacji udało mi się odnaleźć i poznać szesnastu, wszystkich pozostających wówczas przy życiu, byłych więźniów niemieckiego obozu zagłady w Sobiborze1. Czas jest nieubłagany, dzisiaj są wśród nas tylko: Selma Engel, Lea Białowicz, Arkadii Weisspapier, Tadeusz Grzesiak i Siemion Rozenfeld.

Tomasz Blatt zmarł 31 października 2015 r. w Santa Barbara2.

Tomasza Blatta poznałem 26 lat temu. Skończył właśnie wtedy trwającą wiele lat batalię o ustanowienie Sobiborskiego Miejsca Pamięci. Udało mu się. W trakcie uroczystości związanych z pięćdziesiątą rocznicą sobiborskiego powstania więźniów i ich ucieczki z obozu udostępniono zwiedzającym Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze. Rozpoczęliśmy wtedy współpracę, która przerodziła się w przyjaźń. Całe powojenne życie Tomasza Blatta to nieustająca podróż po świecie, spotkania, wykłady i niekończące się opowiadanie o Sobiborze. Przypominanie światu o tym, co się wydarzyło w tym miejscu, traktował jako swoją misję.

Tomasz Blatt urodził się w 1927 r. w małym miasteczku Izbica, położonym w południowo-wschodniej części województwa lubelskiego, zamieszkanym przed wojną w 93 procentach przez ludność żydowską. Uciekł z izbickiego getta z zamiarem przedostania się na Węgry. Aresztowany przez policję niemiecką, trafił do więzienia w Stryju, skąd uciekł po kilku miesiącach i wrócił do Izbicy. Podczas ostatecznej likwidacji tamtejszego getta w kwietniu 1943 r. wywieziono go wraz z rodzicami i młodszym bratem Herszem do Sobiboru. Rodzice i brat zostali zamordowani w komorze gazowej, a Tomasza wyznaczono do prac na terenie obozu. W obozie był znany pod przezwiskiem „Feuermeister” (ogniomistrz) z powodu wykonywanej pracy. Zajmował się spalaniem dokumentów, fotografii i wszystkiego, co pozostało po zamordowanych w obozie Żydach. Zaangażował się w konspirację więźniów planujących powstanie.

Były omawiane różne plany ucieczki. W końcu postanowiliśmy, że Niemców trzeba zabić w ciągu jednej godziny między czwartą i piątą wieczorem. Mieliśmy to zrobić po cichu, w miejscach, gdzie zwabimy ich i nikt tego nie będzie widział. Po tym wszystkim normalnie mieliśmy stawić się na apelu. Tam trzeba powiadomić wszystkich jeszcze niewtajemniczonych i pod wodzą współpracujących z nami kapo pomaszerować w stronę głównej bramy obozu. Zakładaliśmy, że Ukraińcy nie zorientują się tak szybko, o co w tym wszystkim chodzi. Wiedzieliśmy także, że z nimi jest szansa się dogadać3.

I wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie to, że w obozie niespodziewanie pojawił się esesman Bauer. Jego przyjazd zbiegł się z odkryciem przez ukraińskiego strażnika trupa jednego z esesmanów. W obozie wybuchła panika i strzelanina. Tomasz Blatt pobiegł w stronę głównej bramy. Słyszał świst kul wokół głowy. Znalazł się przy ogrodzeniu. Ktoś inny przybiegł z siekierą, aby wyrąbać przejście. Ludzie rzucili się do dziury w ogrodzeniu, a ci, którzy nie mogli się dopchać, wdrapywali się na druty. Pod ich ciężarem płot się zawalił i przygniótł Blatta. Okazało się, że uratowało mu to życie.

Wcześniej przygotowałem sobie skórzany płaszcz, z którego łatwo mi było się wyślizgnąć. Ci, którzy pierwsi wybiegli na wolną przestrzeń, już za obozem, trafili prosto na miny. Ginęli, torując drogę innym. Po przebyciu około 200 metrów, już w lesie, poczułem się wolny4.

Do nadejścia Armii Czerwonej Blatt ukrywał się na Lubelszczyźnie. Jedna z kryjówek okazała się tragiczną pułapką. Chłop, pod którego opiekę trafił, usiłował go zabić. Prawdziwe schronienie Blatt znalazł we wsi Mchy u gospodarza o nazwisku Petla. Ojciec Tomasza przyjaźnił się z nim jeszcze przed wojną. Petla przyjął Tomka bardzo serdecznie i zaproponował, by pracował u niego jako pastuch. I tak Tomasz doczekał wyzwolenia.

Usłyszałem strzały, poszedłem na dół do wioski. Zobaczyłem, że żołnierze się myją. Wziąłem krowę na wszelki wypadek ze sobą z obory. Jakby mnie zaczepili, to pasłem krowy. Poszedłem na wzgórek. Na wzgórku były snopy zboża i jeden snop się ruszał. Doszedłem, a tam jeniec sowiecki uciekł ze stodoły. Usiadłem koło niego. Tłumaczył, że front jest jakieś dwa kilometry stąd. Potem widziałem, jak Niemcy wysadzają w powietrze czołgi na wsi, żeby się nie dostały w ręce rosyjskie. Zszedłem na dół do wioski. Staję na drodze, nikogo nie widzę. Wreszcie koło lasu zauważyłem jakiegoś jeźdźca, w czarnej pelerynie. Wjechał na brzeg lasu, patrzył i wrócił z powrotem do lasu. Widzę, dróżką na rowerze jedzie jakiś żołnierz. Stałem na drodze. Dojechał do mnie i pyta: „germanców niet?”. Mówię, że nie. Wykręcił się i pojechał z powrotem. I to było całe moje wyzwolenie5.

W pierwszych dniach po wyzwoleniu Tomasz Blatt wyjechał do Lublina, gdzie wraz z innymi uciekinierami z Sobiboru zamieszkał w kamienicy przy ul. Kowalskiej. Pracował w zakładzie garbarskim uruchomionym przez byłego więźnia Sobiboru Leona Feldhendlera. Pod koniec lat czterdziestych wyjechał do Łodzi i rozpoczął naukę w wojskowej szkole podoficerskiej. Z Łodzi przeprowadził się do Szklarskiej Poręby i podjął pracę jako pracownik administracyjny w jednym z ośrodków wczasowych. W 1957 r. wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkał aż do śmierci. Do Sobiboru przyjeżdżał co roku. Zeznawał jako świadek w dwóch procesach wytoczonych Karlowi Frenzlowi, „najgorszemu z najgorszych członków załogi obozu”, jak zeznawali wszyscy, którzy przeżyli to miejsce. W wyniku pierwszego procesu Frenzel został skazany na dożywocie. Po kilkunastu latach spędzonych w więzieniu doczekał się apelacji. Chociaż wyrok został podtrzymany, Frenzel ze względu na zły stan zdrowia do więzienia już nie wrócił. Zgodził się wtedy na rozmowę z Blatem w cztery oczy. W kwietniu 1983 r., w pokoju hotelowym w Hagen, rozmawiali cztery godziny. Blatt liczył na jeszcze jedno spotkanie z Frenzlem, tym razem już w jego domu. Frenzel nie odmówił. Blatt przyszedł tam ze swoją żoną. Frenzla nie było. Przyjęła ich jego żona. Oprowadziła Blattów po swoim mieszkaniu. Otwierając drzwi do sypialni, poprosiła, aby szybko weszli. Chodziło o to, że w środku fruwała papużka i gospodyni obawiała się, aby nie uciekła. Na szafie stała otwarta klatka. Dlaczego papużka nie jest zamknięta? – zapytał Blatt. Mąż nigdy by się na to nie zgodził – odrzekła.

Tomasz Blatt był i pozostanie nadal niestrudzonym propagatorem wiedzy na temat sobiborskiego obozu. Jest autorem licznych artykułów i trzech książek poświęconych kwestiom Holokaustu oraz dziejom obozu w Sobiborze. Jedna z jego książek, Z popiołów Sobiboru. Historia przetrwania, doczekała się czterech wydań w Stanach Zjednoczonych, dwóch wydań w Niemczech, a w 2002 r. została wydana w Polsce przez Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego. W 1957 r. w Izraelu przekazał pisemną relację z pobytu w Sobiborze jednemu ze znanych byłych więźniów Auschwitz. Usłyszał w odpowiedzi, że ma niezwykle bujną fantazję. Jego rozmówca przyznał wprost, że pierwszy raz usłyszał o takim obozie i że doszło tam do jakiegoś powstania.

Moim słuchaczom trudno było zrozumieć, że my tak dobrze wyglądaliśmy, chodziliśmy bez obozowych numerów i bez pasiaków, odwiedzaliśmy się nawzajem w barakach, kochaliśmy się i w ogóle mieliśmy tyle swobód. Nie obcinali nam włosów, mogliśmy brać czyste ubrania z transportów i mogliśmy się myć. To, że byliśmy czyści, nie odczłowieczało nas, tak jak to było w innych obozach. Niemcy robili to z jednego powodu. Z powodu propagandy. Kiedy przychodziły transporty, chcieli, abyśmy wyglądali jak ludzkie istoty, a po drugie, Niemcy mieszkali blisko naszych baraków i bali się ewentualnych chorób6.

Tomasz Blatt do końca swoich dni nie wyzwolił się z piekła Sobiboru. To zadecydowało o całym jego życiu. Był czas, kiedy próbował zakładać rodzinę. Bez powodzenia. Rozwodził się kilkakrotnie. Przywracanie prawdy o sobiborskim miejscu kaźni okazało się dla niego ważniejsze. Mimo tej determinacji był ciągle pozytywnie myślącym, pogodnym człowiekiem, otwartym na ludzi i wrażliwym na ich krzywdę. Dlatego miał wielu przyjaciół i był powszechnie lubiany, tym bardziej że nie stronił od ludzkich uciech. Gniewał się jedynie wtedy, kiedy ktoś go zawiódł i nie dotrzymywał danego słowa. Był bardzo tajemniczy. Niektórzy opisują go jako fajtera, który całe powojenne życie poświęcił mówieniu o obozie. W tym, co robił, wykazywał się dużym uporem i pragmatycznym podejściem. Poza tym był hardy, wiedział, czego chce. Jednak nigdy nie uporał się z przeszłością. Wielokrotnie byłem świadkiem chwil jego głębokiej zadumy. Miałem wówczas wrażenie, że świat wokół niego przestawał istnieć. Pamiętam, jak podczas jednej z naszych podróży po Stanach Zjednoczonych obudził się nad ranem z krzykiem. Sobiborska przeszłość nieustannie go dopadała. Sen z powiek spędzało mu rozstanie z matką. Po przekroczeniu bramy obozu powiedział do niej z pretensją: „Nie pozwoliłaś mi wczoraj wypić całego mleka. Chciałaś zostawić trochę na dzisiaj”. Chwilę później ich rozdzielono. Cały czas żałował tych słów. Wspomnienie tej sceny prześladowało go nieustannie. „Żałuję, że pożegnałem matkę w taki dziwny sposób. Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas, żeby móc ją uścisnąć i powiedzieć, że ją kocham” – wspominał. Tomaszowi udało się ocaleć, bo Niemcy uznali go za zdolnego do pracy w warsztacie obozowym.

Tomasz Blatt był skarbnicą wiedzy historycznej, świadkiem dramatu. Jego życiową misją stało się przywracanie pamięci o Sobiborze. Oczywiście nie umniejszając wkładu pozostałych więźniów, o których dość często się zapomina. To jednak Tomasz miał niesamowity dar mówienia, a ludzie lubili go słuchać. Korea, Australia, Izrael, cała Europa, wszędzie opowiadał o Sobiborze. W domu był gościem. Wielokrotnie zastanawiałem się, skąd czerpał siłę. Byłem pełen podziwu dla jego zaangażowania i intensywności pracy. Spędziłem z nim wiele czasu. Jak wspomniałem, podróżowaliśmy razem po USA. Szczególnie utkwiła mi w pamięci nasza wyprawa samochodem do Meksyku. Przegadaliśmy wówczas wiele godzin, pokonując tysiące kilometrów. Bardzo często poruszaliśmy temat obozu. Były chwile, gdy dzielił się ze mną takimi detalami, których próżno szukać w jakichkolwiek źródłach. Zdumiewała mnie jego pamięć. Miałem to szczęście, że lubił ze mną rozmawiać. W odniesieniu do wielu wydarzeń i osób z obozu miał bardzo osobiste i sekretne refleksje. Dzielił się nimi ze mną, ale prosił, żeby powtarzać to dopiero po jego śmierci. Przyjdzie na to wkrótce czas. Tomasz Blatt bez wątpienia był tym, który starał się łączyć wszystkich ocalonych z Sobiboru. Podróżował, organizował z nimi spotkania, skłaniał do rozmów nawet tych, którzy nie chcieli opowiadać o wydarzeniach sprzed lat. Poza tym wszyscy spotykali się jako świadkowie na procesach zbrodniarzy z Sobiboru. Ostatni, po wielu latach przerwy, odbył się w 2009 r. Przed wymiarem sprawiedliwości stanął wówczas Iwan Demianiuk – ukraiński strażnik z Sobiboru.

Chcę zeznawać w sprawie Demianiuka. Nie mogę pozwolić, aby świat zaczął zapominać o Sobiborze. Demianiuka nie pamiętam, ale na pewno musiałem go w obozie spotkać. Musiałem go w Sobiborze widzieć, tak jak i innych ukraińskich strażników7.

Tomasz uważał, że ludzie muszą się dowiedzieć, co naprawdę działo się w Sobiborze. To był jego życiowy cel. Dlatego angażował się w te procesy. Pisałem już, że w 1984 r. był świadkiem podczas rozprawy Karla Frenzla w Hagen. Brał też udział w śledztwie przeciw szefowi Gestapo w Izbicy Kurtowi Engelsowi. Bardzo to przeżywał, nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć. Pamiętam, z jaką frustracją wracał do zdarzeń, gdy w latach osiemdziesiątych podjęto decyzję o wybudowaniu w Sobiborze nowego kościoła. Sam kościół nie był dlań problemem, lecz jak policzek odebrał to, że zbudowano go na miejscu byłego obozu śmierci. W tym samym czasie na terenie sobiborskiego obozu zdarzyła się jeszcze inna dziwna sytuacja. Drewniany budynek, który wzniesiono jako stróżówkę, przekształcono w przedszkole, ze ślicznym ogródkiem. W miejscu, gdzie kiedyś stała fabryka śmierci, dzieci bawiły się na zjeżdżalniach i huśtawkach. Kilka lat temu przekazał mi robione z ukrycia przez „służby” zdjęcia, na których widać, jak odkręca tablicę z napisem, że w tym miejscu naziści wymordowali 250 tys. jeńców radzieckich, Żydów, Polaków i Cyganów. Wymienił ją na nową (którą prywatnie ufundował), mówiącą o zamordowaniu przez Niemców 250 tys. Żydów i około 1 tys. Polaków oraz o tym, że „14 października 1943 roku wybuchło tu zbrojne powstanie kilkuset więźniów żydowskich, którzy po walce z załogą hitlerowską wydostali się na wolność. W rezultacie powstania obóz został zlikwidowany”.

Ubolewał, że państwo polskie przez wiele lat nie dbało o to miejsce. Doczekał jednak czasu, kiedy zaczęło się to zmieniać. Są plany zagospodarowania terenu byłego obozu, budowy nowego muzeum, prężnie działają archeolodzy. Cały czas coś się dzieje. Osoby, które znały Tomasza, odnoszą jednak wrażenie, że w opracowywanych nowych koncepcjach to, o co walczył, gdzieś się rozmywa. Tymczasem wszystkie rzeczy, które dzieją się dzisiaj w Sobiborze, są tak naprawdę jego zasługą. O koncepcji rozbudowy i zagospodarowania terenu po byłym obozie rozmawialiśmy z Tomaszem w latach 2002-2004. Powstał wówczas tzw. Masterplan Sobibór. Nigdy nie zapominał o roli, jaką w urzeczywistnianiu tych planów odegrali Andrzej Przewoźnik, prof. Andrzej Kola, Wojciech Mazurek, a przede wszystkim Doede Sijtsma z holenderskiej prowincji Gelderland. Robił wszystko, by ludzie nie zapomnieli o Sobiborze. W 2008 r. udało nam się zrealizować projekt pod patronatem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dzięki któremu w Dniu Pamięci o Holokauście odbyło się warszawskie spotkanie sobiborczyków i powstańców warszawskiego getta. Oprócz prezydenta Kaczyńskiego w spotkaniu tym uczestniczył także ówczesny prezydent Izraela Szimon Peres. Więźniowie Sobiboru poczuli się docenieni. Dzięki pomocy prezydenta Lecha Kaczyńskiego opublikowaliśmy kilka sobiborskich wspomnień. Blatt chciał dotrzymać słowa, jakie dał w dniu buntu i ucieczki z obozu, gdy chwilę przed rozpoczęciem powstania Sasza Peczerski stwierdził, że jeśli ktoś „cudem” przeżyje ucieczkę i wojnę, to jego obowiązkiem będzie powiedzieć światu o Sobiborze. Blatt dobrze pamiętał ten moment – „A ja się modliłem: Boże, daj mi przeżyć, a ja powiem. I opowiadam, opowiadam i opowiadam” – mówił podczas uroczystości w Sobiborze w 2013 r.

Wypełnił ten testament. Świadczył o tamtych chwilach, pisząc także książki. Jego wspomnienia, zatytułowane Z popiołów Sobiboru, to jedna z ważniejszych powojennych publikacji o Zagładzie. Opisane tam wydarzenia zostały przywołane w filmie Ucieczka z Sobiboru. Blatt, który jako konsultant filmu Jacka Golda obserwował kręconą scenę ucieczki z obozu, nagle bezwiednie zaczął biec za aktorami i statystami i gdzieś zniknął. Na planie wybuchła panika, wszyscy zaczęli go szukać. Ukrytego w krzakach w lesie znalazł Stanisław Szmajzner, kolega z obozu, również konsultant powstającego filmu. Tomasz przyznał potem, że nie mógł się powstrzymać, przypomniał sobie o tym, co przeżył w 1943 r. To były najważniejsze minuty w jego życiu. Zresztą trudno mu się dziwić. Podczas jednej z naszych rozmów powiedział, żebym spróbował pójść do sobiborskiego lasu, sam, nocą, kiedy jest bardzo ciemno. Zrobiłem to. Nie życzę nikomu, by znalazł się w takiej sytuacji. Próbowałem gdzieś dojść, rozpoznać drzewa.

Bardzo mi brakuje Tomasza. Ciągle go widzę. Nie myślę, że odszedł. Kiedy piszę coś o Sobiborze, mam wrażenie, że jest ze mną.

Mimo takiego bagażu doświadczeń potrafił cieszyć się życiem. Choć czasami odnosiłem wrażenie, że były to tylko pozory. W jednej chwili widziałem na twarzy Tomasza uśmiech, by za moment zobaczyć w jego oczach rzeczy, z którymi nie dawał sobie rady. W tych oczach nie było spokoju. Chyba nie udało mu się do końca uciec z Sobiboru. Rozumiał, co to jest piekło, co się dzieje, gdy człowiek traci nadzieję. Pamiętam opowieść Tomasza o dniu, kiedy do obozu przywieziono Holendrów. Blatta wysłano do sprzątania w okolice obozowej „drogi do nieba”, którą Żydzi prowadzeni byli na miejsce ich kaźni. Zwrócił uwagę na piękne niebo i księżyc. Po chwili przeszło obok niego około 2 tys. ludzi, którzy za chwilę mieli umrzeć. Trwało to kilka minut, a niebo wciąż było piękne. Wokół nic się nie zmieniło. Mimo że 2 tys. ludzi już nie było na tym świecie. Tomasz podkreślał, że właśnie w obozie można było się przekonać, do czego zdolny jest człowiek. Przez całe powojenne życie pytał: Dlaczego to wszystko się stało? Nie znalazł odpowiedzi. Nam wszystkim, słuchaczom jego opowieści, będzie jeszcze trudniej znaleźć odpowiedź na to pytanie. Odchodzą kolejni uczestnicy przełomowych momentów historii i wkrótce zostaniemy pokoleniem bez świadków. Musimy ocalić od zapomnienia ich słowa. Niebawem tylko one nam pozostaną.

Marek Bem

1 Filip Bialowicz, Lea Bialowicz, Symcha Bialowicz, Thomas Blatt, Selma Engel, Dov Freiberg, Samuel Lerer Yehuda Lerner, Estera Raab, Siemion Rozenfeld, Jules Schelvis, Kurt Ticho, Aleksy Waicen, Arkadii Weisspapier, Jozef Wins, Regina Zielinski (nazwiska podaję we współczesnej pisowni).

2 Imię i nazwisko nadane przy narodzeniu – Toivi Hersz Ber Blatt. W Polsce, po zakończeniu drugiej wojny światowej, posługiwał się imieniem Tomasz, w USA przyjął imię Thomas.

3 Notatki z rozmów z Tomaszem Blattem, przeprowadzonych przez autora. Archiwum prywatne autora.

4Ibidem.

5Ibidem.

6Ibidem.

7Ibidem.

Samuel Willenberg [Mikołaj Grynberg]

Samuel Willenberg

(1923-2016)

Samuel Willenberg urodził się w 1923 r. w Częstochowie, w rodzinie żydowskiego nauczyciela. Jego matka była prawosławną Rosjanką, która przeszła na judaizm. W czasie wojny razem z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami, Itą i Tamar, znajdował się w getcie w Opatowie, skąd trafił do obozu w Treblince. Został tam skierowany do pracy – zajmował się m.in. sortowaniem ubrań po zamordowanych – rozpoznał wśród nich ubrania swoich sióstr. 2 sierpnia 1943 r. podczas buntu więźniów uciekł z obozu. W Warszawie odnalazł ojca, ukrywającego się po stronie aryjskiej. Zaangażował się w konspirację, walczył w powstaniu warszawskim. W 1950 r. wyjechał z żoną i matką do Izraela, został geodetą. Po przejściu na emeryturę zajął się rzeźbą, jest autorem wielu dzieł związanych z Zagładą. W 1986 r. opublikował wspomnienia Bunt w Treblince. Zmarł 19 lutego 2016 r., jako ostatni z żyjących uczestników buntu.

Samuel i Krysia Willenbergowie byli jednymi z bohaterów książki Ocaleni z XX wieku Mikołaja Grynberga1.

***

8 listopada 2010 r. o godzinie 11.00 usiadłem przy kuchennym stole Willenbergów.

Samuel opowiadał mi o swoim życiu, a Krysia przygotowywała coś do zjedzenia. Zanim opowieść dotarła do 1 września 1939 r., Samuel postawił między nami butelkę zacnego koniaku w temperaturze pokojowej, czyli około 37 stopni Celsjusza. Spojrzał mi prosto w oczy, mrugnął i nalał. Później nalewał jeszcze wiele razy, a Krysia wiele razy prosiła , by przestał. Gdy wypiliśmy dwie butelki koniaku i zjedliśmy pewnie z kilogram śledzi od Dorfmana z targu Karmel, Samuel zakończył swoją opowieść. Przyszła kolej na historię Krysi. Inna historia, inaczej opowiedziana, ale tak samo nie do ogarnięcia współczesnym rozumem.

Przez kilka godzin byłem świadkiem tego, jak byli z siebie dumni, jak się wzajemnie wspierali i ze sobą spierali. Usłyszałem, jak Samuel mówi do Krysi, że „ona mu już prawie 63 lata podcina skrzydła”. Od Krysi dowiedziałem się, że „nie ma się co o niego martwić, bo jakoś ciągle mu te skrzydła odrastają. Pewnie dlatego, że ona ma dwie lewe ręce do tego odcinania”.

W trakcie opowieści Krysi Samuel wtrącał się dosyć często, ale tylko po to, by podkreślić, jaka ona jest mądra, ile zna języków i jaki jest z niej dumny. Gdy opowiadał o swoim życiu, ona uprzedzała mnie, żebym się przygotował, bo on zaraz zacznie płakać.

Gdy skończyliśmy rozmowę i już miałem wychodzić, Krysia poprosiła, bym pokazał im tekst przed publikacją książki.

Podczas ich pobytu w Warszawie podrzuciłem maszynopis do hotelu i umówiłem się na kolejny dzień, by porozmawiać. Czułem, że będą kłopoty, i się nie pomyliłem. Do hotelu wróciłem z synem, który miał posłużyć jako element łagodzący. Od razu zauważyłem, że Krysia jest niezadowolona. Samuel był wściekły i miotał w moją stronę niecenzuralne słowa. W Tel Awiwie byliśmy „na ty”, nawet zwracali się do mnie per Mikołajku. Teraz byłem panem Mikołajem, który ich zawiódł. Obecność mojego syna nic nie pomogła. Przedmiotem ich złości był język, jakim mówią w tekście. Ich oburzenie było wielkie. Chodziło głównie o tzw. szyk przestawny, czyli cechę bardzo charakterystyczną. Uważali, że złośliwie pozamieniałem wszystkie słowa miejscami albo, w najlepszym wypadku, ktoś mi to źle przepisał.

Tego wieczora zostałem, razem z moim bogu ducha winnym synem, wyrzucony z ich hotelu. Umówiliśmy się tylko, że następnego dnia zostawię w recepcji oryginalne nagranie.

Kilka dni po powrocie do Izraela Krysia zadzwoniła do mnie i powiedziała, że przesłuchali 10 minut naszego nagrania. Było jej bardzo przykro, bo nie zdawała sobie sprawy, że tak mówią. Nawet udało się jej namówić Samuela, by mnie przeprosił. „Nie często mi się zdarza przepraszać, ale właśnie chciałbym to, Mikołajku, zrobić”.

Dostałem zgodę na publikację, choć wiem, że woleliby, by redakcja tekstu podążała bardziej w kierunku języka literackiego. Byłem im bardzo wdzięczny, a zarazem niezmiernie wzruszony tym, że wznieśli się ponad obraz samych siebie.

Przez wiele ostatnich lat Samuel Willenberg wracał do Polski. Co roku przyjeżdżał na obchody rocznicy powstania warszawskiego, którego był żołnierzem. Przyjeżdżał, bo był dumnym polskim Żydem. Przyjeżdżał, mimo że w pierwszych dniach powstania jako Żyd sam stał się celem dla żołnierzy z batalionu AK. Miał już wtedy za sobą doświadczenie bycia więźniem Treblinki i uczestnikiem buntu w 1943 r., który zakończył się udaną ucieczką.

Samuelowi Willenbergowi przyszło żyć w XX wieku.

Przedwojenny rozrabiaka z częstochowskich ulic zmarł jako dumny Izraelczyk. Do końca życia dzielił się z innymi zmiennymi kolejami swojego losu. Jak wielu ocalałych, wierzył, że dawanie świadectwa o czasie Zagłady jest gwarantem niepowtarzalności historii.

Oby miał rację.

Mikołaj Grynberg

1 Wprowadzenie do tekstu od redakcji.

Imre Kertész [Kinga Piotrowiak-Junkert]

Imre Kertész

(1929-2016)

31 marca odszedł Imre Kertész, jeden z ostatnich świadków Zagłady, laureat Literackiej Nagrody Nobla, autor kanonicznych powieści, przenikliwy obserwator rzeczywistości i kondycji Europy, tłumacz. W wieku 14 lat został wywieziony do Auschwitz, Buchenwaldu i Zeitz, skąd wrócił na Węgry w 1945 r. Przez całe życie był związany z tematem granicznego doświadczenia obozów, poświęcił mu wszystkie swoje utwory prozatorskie, passusy dziennikowe, eseistykę i wywiady. Na prośbę rodziny każdy z żałobników przyniósł jedynie pojedynczą gałązkę kwiatu. Mowy pogrzebowe wygłosiły tylko dwie osoby, najbliżsi przyjaciele pisarza: Péter Esterházy i György Spiró. Esterházy wymienił trzy słowa, które uznał za fundamentalne w życiu Kertésza – „cisza, niepokój, cierpienie” – wiążąc je ze sposobem postrzegania świata, Boga, ojczyzny, samego siebie. Spiró zaś stwierdził, że „nie znał bardziej wolnej osoby” niż zmarły, choć musiał on funkcjonować bez posady, punktu życiowego zaczepienia w czasach historycznego mroku.

Imre Kertész urodził się 9 listopada 1929 r. w Budapeszcie w rodzinie żydowskiej, która nie była wierna tradycji – pisarz nie znał hebrajskiego ani jidysz, nie studiował Tory, nie uczestniczył w świętach ani nie praktykował modlitwy. Po oswobodzeniu z obozu postanowił kontynuować przerwaną naukę i w 1948 r. zdał maturę, po czym przyłączył się do redakcji pism „Világosság” i „Esti Budapest”. W latach 1951-1953 pracował w dziale prasowym Ministerstwa Przemysłu Hutniczego i Maszynowego, a od 1953 r. zajmował się przekładem literackim. W czasie poprzedzającym „okres pisarski” zatrudniał się także jako robotnik. Decyzję o napisaniu pierwszej powieści poprzedziły lata intensywnych lektur i uzupełniania intelektualnych zaległości, co po latach wytężonej pracy skutkowało niezwykłą, imponującą erudycją pisarza. Debiutował w 1975 r. jako dojrzały twórca, niezwykle świadomy literacko i życiowo. Pierwsza powieść, Los utracony1, przyniosła mu w 2002 r. najważniejsze odznaczenie w świecie literatury, Nagrodę Nobla. Kolejne utwory prozatorskie – Fiasko2 (1988), Kadysz za nienarodzone dziecko3 (1990) i Likwidacja4 (2003) – zbudowały „trylogię ludzi bez losu”, niezwykle konceptualny, złożony cykl powieściowy, głęboko zanurzony w tradycji literackiej, poświęcony pamięci o doświadczeniu obozu i funkcjonowaniu w rzeczywistości poobozowej. Bohaterowie Kertésza stawiali fundamentalne pytania o możliwość egzystencji z piętnem obozu, stawiali czoła stalinowskiej i kádárowskiej codzienności, najczęściej przegrywając walkę o oswobodzenie z kleszczy pamięci. Dla pisarza życie w kolejnej dyktaturze było, jak sam twierdził, formą samobójstwa. Smakowanie nieznośnej magdalenki stalinizmu i kádáryzmu pozwoliło Kertészowi na powrót do świata obozów, przywoływało obrazy wyparte przez świadomość i pamięć. Niezwykle cenne wnioski dotyczące własnej biografii przedstawił w Dossier K.5, prowadząc rozmowę z samym sobą.

Całe życie pisarskie Kertésza przenikało głębokie przekonanie o kryzysie dotychczasowej kondycji Europy i sytuacji na Węgrzech, a także o kryzysie kondycji ludzkiej. Pisarz odważnie stawiał pytania o siłę tradycji, mitu czy „ducha opowieści”, który zajął miejsce nieobecnego Boga. Twórczość eseistyczna noblisty stała się z czasem przestrzenią wnikliwej analizy dyskursu obozowego, kluczowych zjawisk kultury, kinematografii o Zagładzie, sylwetek autorów będących wciąż dla nas, potomnych, nauczycielami. Szeroki wybór tych tekstów wydano w języku polskim w tomie Język na wygnaniu6.

Jedną z ważnych części twórczości był przekład literacki i artystyczny. Kertész przetłumaczył kilka fundamentalnych pozycji, przybliżając Węgrom wybitne dzieła kultury niemieckojęzycznej: dzieła Tankreda Dorsta, Waltera Ericha Richartza, Friedricha Nietzschego, Sigmunda Freuda, Hugona von Hoffmanstahla, Heimita von Doderera, Arthura Schnitzlera, Friedricha Dürrenmatta, Josepha Rotha, Eliasa Canettiego, Ludwiga Wittgensteina i innych. Uważny namysł nad kolejnymi archipelagami idiolektów doprowadził własny język pisarski do wyjątkowej precyzji. Kertész wielokrotnie odwoływał się do swojej translatorskiej profesji, która umożliwiała pracę nad językiem, rozwijała umysłowo i pozwalała na obcowanie z największymi gigantami kultury. Świadomość tradycji dała o sobie znać także w tomie Angielska flaga7, w którym węgierski pisarz budował prywatną filozofię „życia w dyktaturze” na podstawie analizy podobnych sytuacji w odległych miejscach globu. Kertész zawsze patrzył na rzeczywistość podwójnym spojrzeniem: Węgra, osoby zanurzonej w lokalnych problemach, i Europejczyka, który pozostaje ponad przyzwyczajeniem do „nieznośnego bytu” w komunistycznym i postkomunistycznym świecie. Dowodził tego w tomie Ja, inny. Kronika przemiany8.

Osobną przestrzenią praktyk artystycznych było pisarstwo dziennikowe, które towarzyszyło wszystkim próbom pisarskim, stając się ważnym źródłem wiedzy na temat życia prywatnego Kertésza. Kolejne tomy Dziennika galernika9, „Widza”10 (Néző), „Zapisz jako” (Mentés másként)11 i Ostatniej gospody12 prezentowały dylematy twórcze i inspirujące przygody lektury, odnotowywały trudy konfrontacji z rzeczywistością, przemiany polityczne, podróże na międzynarodowe konferencje, dylematy egzystencji naruszonej obozowym doświadczeniem, śmierć matki, pierwszej żony Albiny, chorobę drugiej żony Magdi. A ostatecznie przerodziły się w dziennik umierania, odchodzenia, żegnania się ze światem.

Pisarz do ostatnich chwil intelektualnej aktywności, choć zmagał się przez ponad dekadę z chorobą Parkinsona, pozostawał wierny swoim największym pasjom: literaturze i muzyce. Nauczył się w późnym wieku obsługi plików tekstowych, by móc napisać ostatni dziennik, co wydawało się niewykonalne, gdy nie mógł już utrzymać pióra w dłoni. Rozkoszował się sonatami fortepianowymi Ludwiga van Beethovena i symfoniami Gustava Mahlera. Pielęgnował przyjaźń z Andrásem Schiffem i Danielem Barenboimem, dzięki którym mógł uczestniczyć we wszystkich ważnych koncertach muzyki poważnej w Europie. Odchodził wśród najbliższych, otoczony miłością i opieką.

Zostanie zapamiętany jako niezwykle dowcipna, serdeczna i skromna osoba, uważny, wyjątkowo inspirujący twórca i nieustannie poszukujący Środkowoeuropejczyk, który konsekwentnie uzmysławiał problemy funkcjonowania (zarówno artystycznego, jak prywatnego) w miejscu, które zawsze zmusza do konfrontacji z historią i różnorodnością etniczną. Kertész stał się przez lata wyjątkowym kronikarzem swoich czasów, który nie traci surowości spojrzenia, nie przestaje dociekać i wypunktowywać zaniedbań społecznych, politycznych a przede wszystkim historycznych. Jesteśmy mu winni kontynuację tego dzieła.

Kinga Piotrowiak-Junkiert

1 Imre Kertész, Los utracony, tłum. Krystyna Pisarska, Warszawa: W.A.B., 2002.

2Idem, Fiasko, tłum. Elżbieta Cygielska, Warszawa: W.A.B., 2003.

3Idem, Kadysz za nienarodzone dziecko, tłum. Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2003.

4Idem, Likwidacja, tłum. Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2003.

5Idem, Dossier K., tłum. Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2008.

6Idem, Język na wygnaniu, tłum. Elżbieta Cygielska, Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2004.

7 Idem, Angielska flaga, tłum. Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2004.

8Idem, Ja, inny. Kronika przemiany, tłum. Anna Górecka, Warszawa: W.A.B., 2004.

9Idem, Dziennik galernika, tłum. Elżbieta Sobolewska, Warszawa: W.A.B., 2006.

10Idem, A néző. Feljegyzések 1991–2001, Budapest: Magvető, 2016.

11Idem, Mentés másként. Feljegyzések 2001–2003, Budapest: Magvető, 2011.

12Idem, Ostatnia gospoda. Zapiski, tłum. Kinga Piotrowiak-Junkiert, Warszawa: W.A.B., 2016.

Studia

Marta Janczewska, O śmierci w niemieckim języku oficjalnym na przykładzie raportu Jürgena Stroopa

Marta Janczewska

O śmierci w niemieckim języku oficjalnym

na przykładzie raportu Jürgena Stroopa

I

Raul Hilberg w monumentalnym dziele Zagłada Żydów europejskich pierwszy pokazał Trzecią Rzeszę jako rozbudowaną machinę biurokratyczną, w której rutynowe działania administracyjne stworzyły strukturę umożliwiającą przeprowadzenie ludobójstwa1. W tym ujęciu Zagłada była procesem administracyjnym, wdrażanym przez biurokratów pracujących w sieci połączonych ze sobą urzędów.

Prymat urzędu nad jednostką i rozbudowana inwigilacja obywateli, występujące we wszystkich systemach totalitarnych, sprzyjają rozrostowi biurokracji, a co za tym idzie – sprawozdawczości. Rozwinięta sprawozdawczość jest bowiem wewnętrzną cechą każdego systemu biurokratycznego2. Nie inaczej rzecz się miała z Trzecią Rzeszą. Tam przedmiotem sprawozdawczości stała się także realizacja „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” (Endlösung der Judenfrage). Gorliwość w raportowaniu i kontroli postępów zabijania (zarówno w czasie eksterminacji pośredniej, jak i bezpośredniej) cechowała właściwie wszystkie ogniwa łańcucha sprawców. Choć różny jest stopień zachowania dokumentów, można przyjąć, że sprawozdania czy raporty pisali wszyscy: od urzędników administracji cywilnej, przez oddziały Policji Porządkowej i SS, na komendantach obozów koncentracyjnych kończąc3. Jeśli chodzi o raporty z postępów w zabijaniu Żydów, to forma takiego meldunku ukształtowała się głównie w czasie działalności Einsatzgruppen. Tak jak działalność owych grup operacyjnych Heydricha4, które postępując za wkraczającym Wehrmachtem, w okresie od 22 czerwca 1941 do 21 maja 1943 r. zamordowały 2 mln europejskich Żydów, była poligonem doświadczalnym zabijania, tak sprawozdania z ich poczynań pokazują sposób wypracowania odpowiednich form biurokratycznych w zakresie języka, wachlarza poruszanych tematów oraz formalnego ukształtowania meldunków.

Raporty Einsatzgruppen poświadczają śmierć Żydów litewskich i białoruskich, zgładzonych i pogrzebanych w masowych grobach w lasach5. Meldunki z tego „zadania” są prawdopodobnie największym zbiorem dokumentującym dzień po dniu „rozwiązanie kwestii żydowskiej” w praktyce. Sprawozdawczość była jednym ze stałych obowiązków dowódców „akcji specjalnych” (Sonderaktionen). Czterem Einsatzgruppen towarzyszył sztab sekretarek, operatorów dalekopisów i radiostacji, wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt. Przy ich pomocy każdy dowódca przesyłał do kwatery głównej miejscowej grupy operacyjnej szczegółowy raport z poprzedniego dnia. W kwaterach głównych sporządzano raporty zbiorcze, przekazywane do biur Heydricha w Berlinie6. Zachował się zbiór 195 „porannych meldunków z ZSRR” i 55 dłuższych „raportów tygodniowych”. Oprócz zwykłych raportów zachowały się także trzy „autorskie” meldunki grup operacyjnych. Autorem dwóch był dowódca Einsatzgruppe A Franz Walter Stahlecker, trzeciego – jego podkomendny Karl Jäger, a zawarł w nim opis ponad 70 „operacji specjalnych”, w których życie straciło dokładnie 137 346 „Żydów i komunistów”. Do maja 1942 r. raporty takie wysyłane były do Berlina codziennie, po maju zaś co tydzień. Jako że raporty z masowych rozstrzeliwań służyły do wypracowania jak najskuteczniejszych procedur zabijania, cezurą odzwierciedlającą częstotliwość ich wysyłania było uruchomienie ośrodków zagłady, gdyż zmieniły one sposób realizacji „ostatecznego rozwiązania”.

Raporty Einsatzgruppen warte są wspomnienia nie tylko z tego powodu, że stanowią nieporównywalny z niczym zbiór dokumentów zbrodni na niespotykaną skalę, lecz także dlatego że są obszarem kształtowania się niemieckiego sposobu pisania o mordowaniu Żydów. Sposób i zakres raportowania wyłonił się jako efekt kilku instrukcji Heydricha, kierowanych do Einsatzgruppen od września 1939 do czerwca 1941 r. Raporty przybrały ostateczny kształt po konferencji w Berlinie w czerwcu 1941 r., podczas której Himmler i Heydrich przedstawili dowódcom poszczególnych grup swoje oczekiwania w tej materii. Domagali się faktów, precyzji i szczegółów, piętnowali zaś powierzchowność, rozwlekłość, niejasność sprawozdań7. Językiem raportów rządziły reguły (Sprachregelung) opracowane przez Heydricha, a stanowiące doskonały przykład LTI8. W suchym stylu podawane są informacje o miejscu i liczbie ofiar, zawarte w kodzie pojęciowym czarnych eufemizmów, które zasłaniają istotę rzeczy i umożliwiają mówienie o śmierci w sposób zakamuflowany: akcja, specjalne traktowanie, przeprowadzenie zgodne z procedurami. Już sam tytuł raportu Stroopa przywołujący „żydowską dzielnicę mieszkaniową” należy do tego typu eufemizmów, ponieważ słowo „mieszkaniowy” skrywa niemieckie kłamstwo dotyczące koncentracji ludności żydowskiej w celu usprawnienia procesu eksterminacji, najpierw pośredniej, a następnie bezpośredniej9. Raporty odnotowują również informacje o „nastrojach miejscowej ludności”.

Raport Jürgena Stroopa, który stanowi w tym studium przykład niemieckiego urzędowego mówienia o śmierci, jest elementem gigantycznej maszynerii biurokratycznej, a także kontynuuje w swej treści i formie tradycję nazistowskiego meldowania o zabijaniu w sposób, który wykrystalizował się w ciągu kilku lat realizowania planu Zagłady. Należy go zatem uznać za typowy przykład swego gatunku i dokumentu LTI – sprawozdania złożonego z bezwzględnego mordowania Żydów. Z jednej strony jest niejako zwieńczeniem owego procesu meldowania o postępach w zabijaniu i ze względu na rozmiar operacji, i z powodów chronologicznych (dotyczy bowiem jednej z ostatnich „akcji” eksterminacyjnych; potem eksterminacja odbywała się przeważnie w obozach i ośrodkach zagłady). Z drugiej strony raport Stroopa wykazuje cechy osobne i nosi znamiona pewnej wyjątkowości, o czym będzie mowa dalej.

II

Tekst określany jako raport Jürgena Stroopa10 jest formą hybrydyczną – składają się nań raporty dzienne z postępów w dławieniu powstania w warszawskim getcie, wysyłane przez Stroopa sukcesywnie do zwierzchników w Berlinie, a spisywane i redagowane w sztabie na podstawie rozmów z dowódcami poszczególnych odcinków, ponieważ, jak mówił sam Stroop: „ja nie mogłem być wszędzie”11. Zebrane meldunki dzienne uzupełnia obszerny wstęp, tłumaczący „konieczność likwidacji żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej”, napisany z pewnością ex post (choć noszący datę 15 maja 1943 r.), jak również kolekcja zdjęć z „akcji” (zatytułowana przez Stroopa Bildbericht, czyli fotoreportaż, „meldunek zdjęciowy”).

Wstęp oraz zdjęcia12 i raporty dzienne zostały zebrane w pamiątkowym albumie, wręczonym Himmlerowi 2 czerwca 1943 r.13 Album ten, zatytułowany Es gibt keinen jüdischen Wohnbezirk in Warschau mehr! (Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje!), zachował się w dwóch, nieco odmiennych, wersjach14.

Dzienne meldunki Stroopa z „przebiegu akcji w getcie” obejmują okres od 20 kwietnia (dalekopis, opisujący przebieg wydarzeń z 19 kwietnia) do 24 maja 1943 r. Stroop pisze swoje meldunki w postaci dziennych doniesień z postępów w dławieniu powstania, pozostając w ciągłym kontakcie ze zwierzchnikami. Dalekopisy, wysyłane nawet dwa razy dziennie, adresowane były do wyższego dowódcy SS i policji w GG Friedricha Krügera, który z kolei przekazywał meldunki Himmlerowi. Teksty raportu tworzą się niejako na oczach zwierzchników – to dla nich (a w tym wypadku konkretnie dla Krügera i Himmlera) autor codziennie odtwarza teatr walki, w którym jest głównym bohaterem. Stroop dzień po dniu morduje i bezwzględnie niszczy getto, ale robi to ze świadomością, że wieczorem będzie swoje działanie musiał odwzorować w tekście15. Dzieli zatem sytuację ze wszystkimi podwładnymi, których działanie formatuje sytuacja spodziewanego raportu do zwierzchników. (Mimo że meldunki dzienne były redagowane w sztabie Stroopa, a informacje pochodziły od jego adiutantów, ostateczny kształt nadał albumowi sam Stroop, dlatego uznaję go za autora całości tekstu).

Tzvetan Todorov, analizując oficjalne sprawozdania konkwistadorów, notuje spostrzeżenie, że znaczna część ich poczynań była warunkowana tym, iż podporządkowano je relacjom z podróży. Chęć kolejnych odkryć i podbojów wynikała ze świadomości, że będzie można je zaprezentować w sprawozdaniu16. Raport jawi się zatem jako forma niezwykle silnie oddziałująca na autora i modelująca jego zachowania. Podwładny – autor sprawozdania – nie tylko działa, lecz jednocześnie już czyta swe przyszłe sprawozdanie na temat wykonanych zadań, patrzy na siebie oczami przełożonych, antycypując ich oceny. Całe działanie staje się podporządkowane spodziewanemu zapisaniu17. Musi udowodnić w nim swą sprawność i zasadność powierzenia właśnie jemu zadania, a nawet zadziwić zwierzchników. Mimo konwencjonalności i ograniczonej wariantowości raport odzwierciedla zarazem osobowość i sytuację komunikacyjną autora. Wszystkie te elementy znajdziemy w raporcie ze zdławienia powstania w warszawskim getcie.

Warto w tym miejscu podkreślić także zaufanie, jakie prezentował Stroop po wojnie w stosunku do zapisów w albumie. W czasie swego procesu odpowiadał na pytania prokuratora podważające wiarygodność relacji: „Jeśli tak jest w raporcie, to się zgadza”. I dalej, tłumacząc się ułomnością własnej pamięci, wskazywał na dokumentalną wartość raportu: „To już jest tyle lat temu, że nie wszystko pamiętam, musiałbym użyć fantazji. Proszę się powołać na to, co jest w raportach”18. Sformułowane kilka lat po wojnie twierdzenie autodefiniuje tożsamość Stroopa. Podkreślając „idealne przyleganie” faktów w tekście i faktów historycznych, definiuje siebie, autora raportu, jako doskonałego żołnierza, a zapis jako przezroczyste medium. Zapis raportu w tym ujęciu musi być prawdziwy, został bowiem sporządzony przez żołnierza, który jest jedynie pasem transmisyjnym rozkazu19. Zdanie to wskazuje na wyobrażoną i projektowaną przez Stroopa jedność jego czynów i słów oraz rolę raportu w budowaniu jego tożsamości.

Widać wyraźnie, że sam sposób konstruowania tekstu przez Stroopa, a nawet jego zewnętrzna forma mieszczą się w konwencji; podobnie zbudowany jest między innymi raport Friedricha Katzmanna Rozwiązanie kwestii żydowskiej w dystrykcie Galicja20. W obu raportach znajdziemy nie tylko wspólne motywy i podobny sposób mówienia o zabijaniu, lecz także analogiczny sposób konstrukcji tekstu: poprzedzenie go „historycznym wstępem”, a zakończenie materiałem zdjęciowym, dokumentującym osiągnięcia „akcji”. Oto krótki przegląd wspólnych dla tego typu tekstów elementów konstrukcji oraz zachowań retorycznych:

• Sporządzenie raportów w języku LTI i charakterystyczny dla tego języka kamuflaż słowny dotyczący czynności mordowania są bez wątpienia jednym z obowiązkowych elementów relacjonowania Zagłady21. Katzmann, Stroop i im podobni w naturalny sposób tę retorykę przyswoili i stosowali w sprawozdaniach. Oto kilka przykładów:

„Z powodu zapadających ciemności nie można było przeprowadzić natychmiastowej ich [ujętych Żydów – M.J.] likwidacji. Postaram się uzyskać na jutro pociąg do T II, w przeciwnym wypadku likwidacja zostanie przeprowadzona jutro” (25.04) – pisze Stroop22, kryptonimując ośrodek zagłady w Treblince i pisząc o przeprowadzeniu „likwidacji” (Liquidierung durchführen). Jednym z często powtarzających się słów kluczy jest „akcja”. Jak podkreśla sam Stroop, „akcja” w getcie była związana z zamierzeniem „przeniesienia do Lublina znajdujących się w getcie przedsiębiorstw przemysłu zbrojeniowego i wojennego wraz z siłą roboczą i maszynami” (s. 33). „Wielka akcja, projektowana na 3 dni”, oznaczała zatem, zgodnie z nomenklaturą hitlerowską, „przeniesienie do Lublina”. Jak informuje Stroop w toku wywodu we wstępie poprzedzającym raporty, to planowane „przeniesienie” było jedynie kolejnym krokiem, konsekwencją „pierwszego wielkiego wysiedlenia” (czyli tzw. wielkiej akcji eksterminacyjnej, s. 33). Konstruując ten związek przyczynowo-skutkowy, Stroop sam się demaskuje, wskazując na rzeczywisty cel „przeniesienia”, analogiczny do „wysiedlenia”, czyli zamordowania wszystkich warszawskich Żydów. Chełpliwy tytuł meldunku demaskuje Stroopa po raz kolejny: fakt, że „żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje” (oraz dodany wykrzyknik), poświadcza właśnie osiągnięcie zamierzonego od początku celu „akcji”.

• U Katzmanna wstęp w postaci opisowej, podobnie jak w tekście Stroopa, poświęcony jest historii „rozwiązywania kwestii żydowskiej” od momentu naznaczenia Żydów i zamknięcia ich w gettach. Obaj autorzy podkreślają, że ich działanie to wynik konsekwentnego wdrażania raz powziętego przez zwierzchników planu i ostatni akord jego realizacji, co więcej, jest to kontynuacja wielowiekowego procesu23. Katzmann „rozwiązuje problem” „odrębnego [żydowskiego] świata, zasilającego nowymi pokoleniami środowiska żydowskie na całym świecie” (s. 18). Stroop „ochrania ludność aryjską przed Żydami” (s. 29).

Obaj przedstawiają się jako sukcesorzy wcześniejszych idei, pisząc o konieczności „zażegnania niebezpieczeństwa [żydowskiego]” i powołując się na tradycyjne nazistowskie argumenty. U Katzmanna przewodnim tematem jego wywodów są argumenty natury medycznej i epidemiologicznej. Stroop, dokonujący dzieła zniszczenia już po wcześniejszych (jak sam pisze) „wysiedleniach”, powołuje się ogólnikowo na „warunki bezpieczeństwa, które wymagały, ażeby Żydów całkowicie usunąć z Warszawy” (s. 33). To dodatkowe uzasadnienie zabijania jest bardzo typowym elementem niemieckich raportów. Zwracali na to uwagę zarówno Raul Hilberg24, jak i Roland Headland w swojej analizie raportów Einsatzgruppen25. Mimo że dokumenty krążyły w obiegu zamkniętym, między wtajemniczonymi, zaangażowanymi wysokimi urzędnikami Trzeciej Rzeszy, ich autorzy nie zrezygnowali z budowania sztucznej fasady „uzasadnienia” zbrodni i podawania racjonalnej, „legalnej” (w rozumieniu nazistowskim) podstawy zabijania. Badacze tłumaczą ten fakt względami psychologicznymi i „oczyszczaniem” świadomości przez zbrodniarzy. Według Headlanda, nie do pominięcia wydaje się też fakt, że prawnicy stanowili znaczny procent dowódców Einsatzgruppen i mieli istotny wpływ na kształtowanie się formy przekazu informacji o zabijaniu26. Na tym tle Stroop znajduje się pozornie w innej sytuacji.

O ile dowódcy Einsatzgruppen czy Katzmann w swoim raporcie muszą podkreślać „racjonalne” powody mordowania, o tyle Stroop po prostu raportuje, jak odpowiada ogniem na ogień. Jego działanie wydaje się nie wymagać usprawiedliwienia. Do kwestii tej powrócę w dalszej części rozważań.

• Krytyka niemieckiej administracji cywilnej, której działalność zmusza SS i policję do radykalnych posunięć, jest również elementem obecnym w obu tekstach27. Obaj autorzy uzasadniają konieczność interwencji brakiem profesjonalizmu niemieckich cywilów bądź nielojalności sojuszników. Wobec podatności na korupcję żołnierzy włoskich (Katzmann) czy niemieckich kierowników szopów (Stroop) jedynie radykalne posunięcia policji mają przyczynić się do zaprowadzenia porządku. Katzmann utyskuje: „Niestety, przysyłani tutaj Niemcy, szczególnie zaś tak zwane firmy zastępcze czy też osławieni «powiernicy», prowadzili z Żydami największe nielegalne interesy. [...] ze względu na dobre imię narodu niemieckiego konieczna była jak najbardziej energiczna interwencja” (s. 20). A Stroop daje wyraz zdziwieniu: „Nie mogę sobie wyobrazić, ażeby gdziekolwiek mógł panować większy bałagan niż w warszawskim getcie. Żydzi mieli tu wszystko do dyspozycji, począwszy od środków chemicznych służących do wyrobu materiałów wybuchowych, a skończywszy na częściach umundurowania i uzbrojenia” (s. 35). Racjonalizacja działań, przeciwdziałanie siłom chaosu i destrukcji, wprowadzanie porządku – to w optyce Stroopa i Katzmanna efekt ich „akcji”.

• Stałym wątkiem tych raportów jest także eksponowanie poświęcenia podwładnych. Gdy Katzmann zwraca uwagę na „dobry nastrój i ducha prawdziwie godnego pochwały” oraz „osobiste poczucie odpowiedzialności każdego dowódcy i każdego szeregowca” (s. 87), Stroop podkreśla energię, odwagę i gotowość bojową, niezmordowany i ofiarny wysiłek oraz bezprzykładną brawurę swoich podwładnych (s. 39).

• Ważnym elementem raportów, występującym zarówno u Katzmanna, jak i Stroopa, jest podawanie (najczęściej precyzyjnej) liczby zamordowanych Żydów. Stroop raportuje o 56 065 zgładzonych (vernichten), Katzmann o 434 329 wysiedlonych (ausgesiedelt). Zwyczaj księgowania zabitych i buchalteryjna precyzja tych liczb, mimo że budząca uzasadnione wątpliwości (masowe zabijanie wyklucza przecież branie pod uwagę takiego drobiazgu, jakim jest pojedyncze ludzkie życie), wydaje się bezpośrednio wypływać z samej struktury raportu, który ma zawierać informacje dokładne, bez ogólników i marginesu błędu. Ponadto podanie ścisłej (z dokładnością do pojedynczego ludzkiego życia) liczby zamordowanych wypływa także, jak sądzę, z chęci zarysowania horyzontu czasowego nazistowskich działań: przecież każde „zlikwidowane” żydowskie życie przybliża „ostateczne rozwiązanie”, gdzie „ostateczne” oznacza właśnie „całkowite”. Im precyzyjniej określona zostanie liczba zamordowanych, tym dokładniej wiadomo, ilu pozostało przy życiu. Taką właśnie podwójną informację niesie w sobie każdego dnia księgowana i aktualizowana przez Stroopa liczba „ujętych” i „zastrzelonych”.

Drugim ściśle notowanym elementem jest lista „wojennych łupów”, do których w pierwszej kolejności należą broń, kosztowości i pieniądze, choć dowódcy nie pogardzają także „starymi kurtkami mundurowymi”, „starymi spodniami”, niemieckimi hełmami (Stroop, 24 maja), zapalniczkami, scyzorykami i częściami do zegarków (Katzmann, s. 40)28. Drobiazgowość, z jaką sporządzane są te spisy, mówi nie tylko o zasięgu niemieckich kradzieży, lecz może przede wszystkim ma zaświadczać o uczciwości i skrupulatności niemieckich dowódców. Księgowanie „1 funta irlandzkiego, i węgierskiego pengö, 2 meksykańskich pesos” (Katzmann, s. 40) nie ma wszak charakteru praktycznego, a właśnie retoryczny29.

Dwa stałe elementy wojny: mord i grabież, poddawane są zatem tej samej skrupulatnej arytmetyce i stają się formą charakterystyki autorów, reklamą ich sprawności i (jak się okaże – pozornej) skrupulatności.

• Zewnętrzna forma obu raportów jest bardzo podobna. Tekst raportu Katzmanna ma także formę oprawionego pamiątkowego albumu, podarowanego Krügerowi (i stworzonego niewiele później niż tekst Stroopa, bo opatrzonego datą 30 czerwca 1943 r.). Również załączanie zdjęć do raportu poświadczającego mordowanie Żydów było standardowym zabiegiem30. Niezwykle rozbudowana wkładka zdjęciowa prezentuje w obu wypadkach sekwencję fotografii dokumentujących dokonania ich autorów. O ile Katzmann stopniuje napięcie, rozpoczynając sekwencją zdjęć pokazujących wykorzystanie żydowskiej siły roboczej przez Niemców w galicyjskich obozach pracy przymusowej (jest to niejako preludium do „wysiedlenia”; pierwsze zamieszczone zdjęcia przedstawiają wizytującego obozy Himmlera), o tyle Stroop od razu rozpoczyna od pointy: album otwiera zdjęcie strawionej przez ogień siedziby warszawskiej Rady Żydowskiej przy ul. Grzybowskiej. Pierwsze zdjęcie jest zarazem podsumowaniem historii opisanej w raportach; czytelnik wie już, że niespodzianki nie będzie. Każdy album rozpoczyna się serią zdjęć o charakterze pseudoetnograficznym (zdjęcia zdeformowanych żydowskich ciał, w duchu „Stürmera”31), by następnie przejść do sekwencji zdjęć dokumentujących żydowskie bunkry – główną przeszkodę w płynnym wykonaniu zadania.

III

Raport zatytułowany Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje! jest zatem z jednej strony, jak pokazałam wcześniej, skonstruowany zgodnie z zasadami rządzącymi dokumentami tego typu. Z drugiej strony pozostaje tekstem osobnym. Uzasadnieniem tej wyjątkowości jest przede wszystkim zupełnie inna sytuacja Stroopa: zostaje dowódcą „akcji”, ponieważ Niemcy napotykają zmasowany, zbrojny opór Żydów. Stroop pisze zatem o swej „akcji” inaczej, bo też i inna jest owa „akcja”. Takie uzasadnienie nie wystarcza jednak, jeśli chcemy wykazać osobność tekstu Stroopa (wszak o żydowskim oporze zbrojnym pisali i inni – powrócę jeszcze do tej sprawy w dalszej części tekstu). Decydującą kwestią wydaje się fakt, że Stroop włącza w swoją opowieść raporty pisane na gorąco, dzień po dniu, w przeciwieństwie do tych autorów, którzy – jak Katzmann – ujmują temat z zamkniętej perspektywy zakończonej „akcji”32. Stroop pisze na bieżąco, co sprzyja budowaniu wrażenia klasycznej potyczki wojskowej. Nieprzypadkowo działania wojenne określa się metaforą „teatru wojennego”. Stroop gra na oczach swoich pełnomocników, kreuje się na wodza, dowódcę potężnej operacji militarnej, co z jednej strony buduje prestiż autora, z drugiej zaś uzasadnia przedłużające się trwanie tej „wojny”. Choć w zamkniętym, eleganckim albumie nie ma konieczności zestawiania wysłanych już wcześniej raportów (zwierzchnicy Stroopa czytali je wszak na bieżąco i wystarczyłoby im podsumowanie), Stroop decyduje się jednak na ten krok, by odegrać ponownie sceny z „teatru wojennego” i wykorzystać raz jeszcze okazję do wystąpienia w roli pogromcy powstania.

Bieżące sprawozdania z wykonywania powierzonego zadania Stroop zamyka w formie, którą określić można jako meldunek bojowy. Autor Żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej... wchodzi w rolę klasycznego dowódcy operacji militarnej, mimo że – jak wiadomo – dowódcą takiej operacji nie jest. Wymordowanie ostatnich warszawskich Żydów było pacyfikacją, a nie operacją militarną w klasycznym znaczeniu tego słowa. Niewielka liczba pistoletów i butelek zapalających w rękach Żydów pozwala Stroopowi przedstawić śmierć wroga, w tym setek cywilów, w sposób jawny, odpowiadający wojennej konwencji33. Żydowska broń nie zmienia ostatecznych zamiarów Stroopa (i jego mocodawców) wobec getta, ale nie tylko wpływa na sposób działania niemieckiego dowódcy, lecz także modyfikuje jego sposób pisania o wydarzeniu. Cały tekst Żydowskiej dzielnicy... balansuje nieustannie między dwoma biegunami: raportu z „akcji” (w nazistowskim rozumieniu tego słowa) oraz meldunku bojowego z wojny partyzanckiej. Mimo że koniecznym elementem „akcji” eksterminacyjnej i każdej klasycznej potyczki militarnej jest agresja, to jednak charakteryzują się one odmiennym sposobem symbolizacji i interpretacji obrazu przeciwnika oraz innymi praktykami przemocy. „Akcja” jest polowaniem na zwierzynę34, podczas gdy wojna jest uważana za sztukę35, w której każda strona musi nałożyć sobie pewne ograniczenia, przestrzegać prawa konfliktów zbrojnych (łac. ius in bello, prawo w czasie wojny), czyli zbioru norm zaakceptowanych przez społeczność międzynarodową, a dotyczących sposobu prowadzenia konfliktów zbrojnych oraz ochrony ofiar36.

Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że tam, gdzie Stroop jest podmiotem raportu z „akcji”, tam realizuje się jego rola urzędowa. Autorskie „ja” wodza jest zaś domeną prywatnych ambicji, które rozgrywa także w tekście swoich raportów.

Meldunek (raport) wojskowy pozostaje bardzo starą i silnie skonwencjonalizowaną formą języka oficjalnego. Współczesna encyklopedia wojskowa definiuje meldunek jako dokument sprawozdawczy opracowany przez komórki operacyjne sztabów, pisemny lub ustny, o sytuacji powstałej w działaniach bojowych; zawierający szczegółowe dane o położeniu wojsk własnych, uzyskane informacje o nieprzyjacielu oraz informacje, co w danej sytuacji uczynił lub zamierza uczynić meldujący; jak również prośby pod adresem przełożonego. Formuła meldunku wymaga, by zawierał on źródła podawanych informacji i wnioski, musi także spełniać warunki formalne, tj. zawierać oznaczenie osoby wysyłającej oraz miejsce i czas wysłania. Raport jest zaś pojęciem szerszym i oznacza regulaminową formę zwracania się żołnierzy do przełożonych37.

Gatunek ten znany był od starożytności, między innymi wodzowie rzymscy zmuszeni byli po każdej wyprawie przedstawiać senatowi raport w formie pisemnej. Najbardziej znanym dokumentem tego typu były Wojna galijska i Wojna domowa Juliusza Cezara. Sprawozdania z wojen Juliusza Cezara (zwłaszcza z wojny galijskiej, Commentarii de bello Gallico, relacjonujące kampanię z lat 58 do 52 p.n.e.), choć napisane z bliskiego dystansu czasowego w formie pamiętników, stały się klasycznym dziełem historii wojskowości. Znawcy tematu podkreślają, że Cezarowe Commentarii niesłusznie tłumaczone były jako „pamiętniki”, gdyż trzeba je właśnie rozumieć jako „sprawozdania” czy „urzędowe protokoły”38. Cezar zmienił wzorzec tego typu raportów: wcześniej wodzowie mieli manierę chełpienia się swoimi dokonaniami wojennymi. Cezar wprowadził styl powściągliwy i rzeczowy, co miało sprawiać wrażenie obiektywizmu i prawdomówności, spotęgowane jeszcze przez pisanie o własnych czynach w trzeciej osobie. Polityk, który stał się w historii synonimem władcy, nie obrzucał przeciwników obelgami, pisał o nich w sposób powściągliwy, a miarą jego wielkości miały być przywoływane raz po raz na kartach Wojny przykłady łaskawości okazywanej pokonanym. Jak podkreślają znawcy tematu, mimo lakonicznego stylu i zwięzłego sprawozdawczego języka, tekst zawiera starannie dobrany materiał, który jest w istocie autoreklamą wodza, mającą dodać jego czynom blasku. Wojna..., napisana już post factum, miała być także odpowiedzią na zarzuty przeciwników, że prowadzone przez niego działania były nieuprawnione. Te dwa główne komponenty: uświetnienie własnych czynów oraz usprawiedliwienie i wytłumaczenie postępowania, powodują, iż tekst wojskowego sprawozdania służy skonstruowaniu tożsamości dowódcy. Cezar przeszedł do historii jako wybitny wódz nie tylko dlatego, że był doskonałym strategiem i zwycięzcą, lecz także dlatego że zostawił Pamiętniki, w których jako taki wódz się prezentuje39.

Przy zachowaniu odpowiednich proporcji Żydowska dzielnica. chce właśnie być tekstem w typie sprawozdań wojskowych Cezara: część wstępna zakreśla historyczne uwarunkowania „wojny z Żydami” i jej konieczność, raporty dzienne ilustrują dzień po dniu postępy wojny oraz prezentują taktykę głównego dowódcy. Jednocześnie tekst konstruowany przez Stroopa zawiera w sobie, przypomnę, wyraźne rozdarcie – z jednej strony Stroop buduje obraz wojenny dwóch stojących naprzeciw siebie równorzędnych partnerów, dwóch stron w militarnej potyczce. Z drugiej strony jest to dokument postępów „akcji”, a zatem sytuacji nierównorzędnej, do której język wojenny w ogóle nie przystaje. Jako autor raportu z „akcji” Stroop jest ucieleśnieniem „nosiciela rozkazów”, jak by go określiła Hannah Arendt40. Jako autor raportu wojskowego buduje swój prestiż i podszywa się pod tradycję wielkich wodzów operacji militarnych. Aby raport spełniał warunki, jakie stawiano raportowi z „akcji”, autor nasyca go zgodnie z Sprachregelung oraz buduje wedle oczekiwań zwierzchników, o czym była już mowa. Chcąc przekonać o słuszności zaprezentowania wydarzeń w getcie jako wojny, Stroop odwołuje się do innego arsenału retorycznych chwytów i stosuje rozmaite zabiegi, by sytuację wojny uzasadnić czy wzmocnić.

• Sytuację wojny budują w tekście przede wszystkim oczywiście środki leksykalne, czyli w tym wypadku słownictwo wojenne, w znacznej części akcentujące wzajemność czy dwustronność (tj. zarówno Niemców, jak i Żydów) ataku i obrony: siły własne (eigene Kräfte), straty własne (eigene Verluste), siły w akcji (Einsatzkräfte), oddział szturmowy w sile 1/6041 (ein Stosstrupp in Stärke von 1/60), zaatakować (stürmen), przeciwnik (Gegner), stawiać opór (die Widerstand leisten), zbrojny opór (Widerstand mit Waffen), opór został złamany (Widerstand wurde gebrochen), odpowiedziano ostrym ogniem (