Reksio i Pucek i inne opowiadania - Jan Grabowski - ebook
lub
Opis

Klasyczny już wybór opowiadań o zwierzętach. Te pełne ciepła i humoru historyjki zdobyły serca całych pokoleń dzieci i rodziców.

Zbiór zawiera również utwór Puc, Bursztyn i goście, zalecany jako lektura dla szkół podstawowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 192

Popularność

Podobne


JanGrabowski

Reksio i Pucek Fragment

i inne opowiadania

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Poznaj naszą ofertę lektur i książek edukacyjnych

http://www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

Puc, Bursztyn i goście w wersji do słuchania

Reksio i Pucek (Historia psich figlów)

1

Widzicie, jak on łajdacko łypie do mnie okiem? Śmieje się ze mnie.

Dlaczego?

Było to tak.

Pewnego dnia zjawia się u mnie jakaś babina. Widzę, że ma coś pod chustką.

– Kupi pan jamnika? – powiada do mnie.

– Jamnika? Prawdziwego? – pytam.

– Jak złoto, panie – mówi baba z zachwytem. I wyciąga spod chustki szczenię.

Łaciate!

Trochę mnie to zastanowiło. Jako żywo, nigdy nie widziałem jamnika w łaty! Ale widzę, szczenię ma nogi w ósemkę, uszy – jak łapcie, a długie takie jest, że aż dziw, że mu jedna jeszcze para nóg w środku dla podtrzymania brzuszka nie wyrosła!

Łaciaty jamnik przeszedł kilka kroków na prawo, cofnął się, usiadł, spojrzał mi w oczy niebieskimi pacioreczkami. A później, jak nie ziewnie! Tak od serca! Podreptał ku mnie, dźwignął się na tylne łapy.

Wyciągnąłem do niego rękę. Liznął mnie.

– Będzie bardzo przywiązany – powiada baba.

Ale że widać świerzbiły go dziąsła, więc mnie uciął porządnie w palec, aż syknąłem z bólu.

– Zły! Będzie z niego dobry stróż – gada znów moja babina. – Nie ma, panie, jak jamnik! I dobre to, i złe, a mądre jak człowiek. Zostawić?

– I... moi drodzy – mówię – mam już psów dość. Będę tam kupował jeszcze jednego...

– Jamnika? Prawdziwego jamnika pan nie kupi? – pyta baba zgorszona.

Skrzywiłem się. Babina jak nie porwie psa, jak nie zacznie go obracać na wszystkie strony! To mi podtyka pod oczy nogi, to ogon, to głowę, to majta mi przed oczyma uszami.

A dogaduje, a zachwala!

Sam król nie może mieć ładniejszego psa.

Pyta mnie wreszcie:

– Miał też pan prawdziwego jamnika?

– Nie miałem – powiadam wstydliwie.

– To musi pan kupić, i koniec. Zostawiam psa. Po pieniądze przyjdę później.

Poszła. Cóż było robić? Wziąłem szczenię, „prawdziwego jamnika”, no i zaniosłem na podwórze.

Odtąd miałem o jednego psa więcej!

Po ostatnim psim niemowlęciu został mi koszyk. Wymościłem go słomą. Położyłem do kosza nowy nabytek, okryłem, chcę iść. Ale ani gadania! Szczeniak drze się, jakby go kto ze skóry obdzierał! Cichnie jednak natychmiast, gdy się zbliżam.

„Ha! – myślę sobie. – Rasowy pies! Ma swoje fanaberie! Na to nie ma rady!”

Zabrałem więc koszyk. Przeniosłem go z drwalni do kuchni. W tym też czasie postanowiłem, że tak niezwykły pies musi mieć niezwykłe imię.

Trudno nazywać królewicza zwyczajnie Ciapą, Finkiem czy Filutem! Nazwijmy go Reks, co po łacinie znaczy „Król”.

Reks, znalazłszy się w kuchni, wcale się nie uspokoił. Obwąchał kąty. Wlazł pod szafę, skąd ledwiem go wydostał. Ale gdy tylko chciałem go zostawić samego, rozpoczął koncert na nowo!

Postanowiłem iść z nim na udry. Ty tak, a ja znów tak. Trzasnąłem więc drzwiami i poszedłem. Reks kwiczał, płakał, aż zasnął.

Tak trwało do wieczora.

Za to w nocy!

Darł się tak, że chcąc zasnąć, musiałem go przenieść do pokoju i postawić z koszykiem tuż koło łóżka.

Myślicie może, że mogłem spać?

Gdzie tam!

Reks nabrał takiego rozpędu do zabawy, że do północy harcował po pokoju, targał pantofle, znęcał się nad dywanem! Zasnął dopiero wtedy, gdy ćwieknął się łepetyną o nogę stołu i uznał dalsze wycieczki po ciemnym pokoju za niebezpieczne.

Odtąd Reks sypiał ze mną.

Postawił na swoim!

I dlatego właśnie śmieje się tak łajdacko!

Nie myślcie jednak, że Reksiowi wolno było wszystko w moim domu.

Wiedział on bardzo dobrze, czego nie lubię ja, a czego nie znosi Katarzyna. Rozumiał, że z kurami trzeba być bardzo ostrożnym, a od koguta Kicka trzymać się jak najdalej.

Ale Reksio był pies mądry. Wiedział on, że życie to nie miód i konfitury! Że trzeba wziąć od czasu do czasu po łbie od koguta albo ścierką od Katarzyny.

Toteż Reks ani na chwilę nie tracił dobrego humoru, apetyt miał doskonały, a zjadał wszystko, czego tylko można było dopaść.

2

Pewnego dnia wpada mój Reks do pokoju, obiega mnie wkoło, naszczekuje, przypada do ziemi.

– Reks, co ci to? – pytam.

A on to wybiega z pokoju, to wraca, to znów wybiega.

– Mam iść z tobą? – pytam go i postępuję kilka kroków w kierunku sieni.

Reks ucieszył się. Śmiga przede mną, aż brzuszkiem wlecze po podłodze. Wypadł przed sień i znowu wraca. Wreszcie stanął na progu. Nie rusza się, tylko odwrócił ku mnie głowę i nie spuszcza ze mnie niecierpliwych oczu.

– Ady prędzej, prędzej! – poszczekuje.

Idę. Reks zeskoczył z progu i pobiegł w krzaki. Słyszę, jak tam piszczy i skomli. Nasłuchuję. Słyszę dwa głosy. Na pewno dwa. Czekam. Po chwili wyłania się z bzowego krzaka Reks. A za nim pstry kłębuszek!

Reks obiega ten kłębek dokoła, zachęca, prowadzi.

– Chodź – mówi – to porządny dom. Będzie ci tu dobrze! – i patrzy to na wystraszone szczenię, to na mnie.

Wskoczył na próg. Majta ogonkiem i spogląda mi w oczy tak przymilnie, jak nigdy.

– Mój przyjaciel – powiada. – Zaprosiłem go do siebie. Będzie mu dobrze w naszym domu, prawda?

Usunąłem się. Reks póty przekonywał wystraszonego, puchatego znajdę, aż go namówił, że wszedł do sieni. I zaraz uciął go boleśnie w ucho, bo szczenię cofnęło się przed moją ręką.

– Masz być grzeczny! Nie rób mi wstydu! – warknął na niego Reks. – Trzeba pana całować w rękę! Tak robi pies dobrze wychowany! – burczał, liżąc mnie i obskakując z radosnym skomleniem.

Cóż było począć? Miałem być niegościnny? Przecież przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi. Zaprosiłem więc kolegę Reksa na spodeczek mleka. Reksowi aż oczy na wierzch wychodziły z łakomstwa, ale nie tknął mleka. Nowy przyjaciel wylizał spodeczek do czysta.

Poszli na podwórze. Reks oprowadził gościa po najciekawszych miejscach.

Na kolację zjawił się już razem z towarzyszem. Pilnował, by o nim nie zapomniano. Potem razem ułożyli się spać w koszyku.

No, i gość Reksa został już na stałe. Ktoś nazwał go Puckiem, i tak już Puckiem został na zawsze.

Trzeba przyznać, że Reksio umiał być dobrym, oddanym przyjacielem. Darowałem mu też bez trudu, że nie był prawdziwym jamnikiem.

Kto by tam zresztą zważał na to, czy ktoś jest, czy nie jest prawdziwym jamnikiem, skoro ma prawdziwe serce?

3

Jakoś w kilka tygodni po zjawieniu się Pucka przywieźli na podwórze skrzynię.

Nie była to zwykła skrzynia, o nie.

Zamiast wieka miała ona kratkę z prętów drewnianych, lekko przybitych.

A i ładunek tej paki nie był taki, jaki bywa w większości skrzyń, które wożą pociągami. Ładunek paki, postawionej na podwórzu, darł się wniebogłosy!

Przez pręty wieka wysuwał żółte główki! Majtał nimi bezradnie! Otwierał szeroko czerwone dzioby i skarżył się na swe więzienie!

No i co? Czy nie była to naprawdę niezwykła skrzynia? Kiedy przywieziono tę pakę pełną kacząt, nie było Katarzyny w domu. Skrzynia stała na podwórzu. Kaczęta darły się, wysuwały łebki przez pręty i gorzko wyrzekały na swój nieszczęsny los.

Stare psy spojrzały zezem na wydzierające się ptaszki i nie chciały zajmować się tą krzyczącą sprawą.

Za to Reks z Puckiem wzięli sobie bardzo do serca niedolę kacząt.

Siedli przy skrzyni i w bek!

Szczególnie Pucek, który był beksą z natury i o byle co zanosił się od płaczu.

Powiada do niego Reks przez łzy:

– Bracie, damy to tak gnębić takie ładne ptaszki?

– Nie damy – jęczy Pucek.

– A co zrobimy? – pyta Reks.

– Nie wiem – rozpacza Pucek i aż głowę zarzuca na grzbiet, tak wyje.

– A gdyby tak połamać pręty? – proponuje Reks.

– Połamać! Ale jak połamać? – płacze Pucek.

– Zębami! – ryczy Reks.

– To łam!

– Łam ty!

Pucek chwyta pręty w zęby. Krach, trach! Już jednego nie ma. Prask! Już po drugim!

Kaczęta wyrywają się ze skrzyni.

Pucek ich nie widzi, ale za to Reks widzi wszystko.

Przestał płakać. I nawet jakby się śmiał jednym okiem.

Te żółte puszki tak zabawnie drepczą! Toczą się jak kule! O, jeden rozczapierzył skrzydełka i zmyka!

– Łapaj, trzymaj! – wrzasnął Reksio, który nie mógł patrzeć spokojnie na żadne poruszające się stworzenie. – Pucek, zachodź im z boku! – krzyknął.

I jak bomba wpadł w sam środek kacząt.

– Kwa, kwa, kwa! Rozbój! Rata, rata! – wrzasnęły kaczki.

A że już miały skrzydełka wcale niezgorsze, odbiły się więc od ziemi jak piłeczki złote i dalejże śmigać we wszystkie strony!

Przede wszystkim zaś, rozumie się, uciekały tam, skąd je dochodził głos statecznej, starej kaczki, która miała matkować pannom sprowadzonym z daleka.

Psy, zacietrzewione gonitwą, puściły się na oślep za kaczkami!

Ani się obejrzały, gdy już były za kratą kurnika!

Kurnik!

Biada psu, a szczególnie małemu, który się znalazł w kurzym państwie!

Rozumny, stary pies nie zagląda tam nigdy.

Bo i po co?

Czy to pies jada jęczmień albo surową osypkę?

Tylko niedorosłe szczenięta, które wszędzie wścibiają nos, przełaziły za ogrodzenie.

Reks był w kurniku parę razy. Nie znalazłszy tam nic, o co warto by było ząb zaczepić, wypijał kurom wodę.

Jakby nie było wody dość i gdzie indziej!

Ale taka to już szczenięca natura. Zawsze lepsze to, co cudze, zakazane.

Reks dostał za swoje łakomstwo uczciwą nauczkę od starej Łysuchy, która nie pozwalała sobie w kaszę dmuchać.

Obydwa więc psy wpadły do kurnika. Kaczek psy w kurniku nie znalazły. Ale za to Reks zobaczył Łysuchę, do której od dawna miał urazę. Powiada do Pucka:

– Pucek, widzisz tego drapaka obskubanego?

– Ano widzę.

– Ładna, co?

– Pokraka.

– Wiesz, co ona mówi o tobie?

– Ciekawym.

– Że się jej boisz.

– Niech ona ze mną nie zaczyna! – powiada Pucek i odyma się.

– Na całe podwórko ci wymyśla. Spytaj się Ciapy, jeśli mnie nie wierzysz!

– Ja jej pokażę! – wrzeszczy Pucek i już sadzi do Łysuchy.

Kura w nogi.

– Co to-to?! Co to-to?! – woła. – Kogucie, kogucie!

Biały kogut, Kicek, chodził sobie jak hrabia po kurniku. Grzebnie nogą raz, grzebnie drugi. Tu ziarenko, tam robaczek. Nie lubi hałasów, ordynarnych krzyków.

Obrócił więc jedno oko w stronę, skąd go wołanie Łysuchy dochodzi, i pyta:

– Kto tam znowu terkocze? Cha, cha, cha! A to co? A to co?

Zobaczył psy. Zrozumiał, co zaszło.

– Znów ten smarkacz! Ja mu dam! Ja mu dam! – zakrzyczał pełen złości, aż grzebień mu stanął na łebku. – Czarnucha! – zawołał na wielką czarną kurę, która grzebała w piasku. – Czarnucha!

Kicek był stary mądrala, ukrył się więc z Czarnuchą za przymurkiem. I czeka.

Pierwszy przebiegł Reks, który wysunął się naprzód.

Pyta się Czarnucha:

– Skoczymy na niego?

– Ten już nas zna. Czekaj.

Jak tylko Pucek mignął Kickowi przed oczyma, kogut wrzasnął z całego gardła:

– Huzia na niego! Popamięta on nas!

Kicek skoczył z góry i spadł na sam łeb Pucka. Od razu przygniótł go do ziemi. Czarnucha skoczyła psu na plecy.

– Kuj, kuj, kuj, kuj! – krzyczał Kicek.

Biedny Pucek rozciągnął się na płask na ziemi. Gradem sypały się na niego ciosy dziobów. Włosy na karku stanęły mu dęba! A jedno, jedyne oko, które mógł otworzyć, prawie wylazło mu ze łba ze strachu!

– Ojej, jej, jej! – skomlał boleśnie. – Już nigdy nie będę!

Reks uwijał się dokoła przyjaciela. Chciał go ratować. Skubnął nawet Kicka za ogon. Czarnuszce wyrwał kilka piór.

Ale co pocznie męstwo wobec przewagi wroga?

Dostał sam dobrze po łbie, z uszu już mu się krew sączyła.

Cofnął się więc o kilka kroków od pola walki i co miał sił, wymyślał kurom:

– Cham Kicek, Kicek cham! Czarnucha – dławimucha! Białka – pogubiła jajka!

Kury ani dbały o te wyzwiska. Kuły i kuły. Aż Kicek, który nie chciał się znęcać, zawołał:

– Ma dość! Uciekaj, basałyku!

Pucek, skomląc, zwiał za kratę kurnika.

– Wziąłeś? – powiada Reksik.

– Byłbym ich nabił, tylko mi się noga zwinęła – odpowiada mu Pucek i utyka na nogę, która go wcale nie bolała więcej niż kark i boki.

– Popamiętacie mnie! – szczeknął do kur i zamiótł za sobą łapami. – Chamy! – wrzasnął raz jeszcze w ich stronę i poszedł.

4

Przyjaciele uznali, że nie ma co robić na podwórku. Tym bardziej że koło skrzyni uwijała się już Katarzyna. Zobaczyła ona żółte pióra, które nie wiadomo dlaczego uczepiły się pyszczka Reksa, i już biegła w jego stronę. A w ręku miała kawałek pręta wyłamanego przez Pucka.

– Śmigaj w ogród! – zdążył krzyknąć Reks.

I spłaszczywszy się przy ziemi, przelazł pod sztachetami.

– Ojej! – wrzasnął Pucek, bo go pręt dobrze przejechał po grzbiecie, zanim zdołał się prześliznąć za Reksem.

– Boli cię? – spytał go Reksio, gdy Puc, skomląc, wylazł spod sztachet.

– Oj, boli – jęknął Pucek.

– Ty zawsze taki – warknął Reksik. – Beksa! Sam nie wiem, czy cię mam zabrać ze sobą.

– Dokąd? – spytał Pucek i zaraz przestał się mazać. – Ty pewno myślisz, że ja się Katarzynie dam. A jakże! Popamięta mnie ona! – odgrażał się.

Reksio nie odpowiedział nic na te przechwałki.

Wolnym kroczkiem biegł aleją między krzakami porzeczek i agrestu.

Pucek za nim.

Z podwórza dochodził krzyk Katarzyny:

– Skaranie boskie z tymi psami! Kaczęta rozpędziły! Tasiuchny, taś-taś-taś! Poczekajcie, poczwary, już ja się z wami porachuję!

Psy słyszały te groźby, ale niewiele sobie z nich robiły.

Były już za płotem.

– Pokażemy, że się jej nie boimy – szepnął Reksio do Pucka. – Przejdziemy tuż przed nią. Niech nas widzi!

I obydwa psy skręciły na ścieżkę, która biegła tuż przy sztachetach. Pewne, że im nic nie grozi, śmiały się drwiąco do Katarzyny.

Katarzyna, że właśnie miała pod ręką kubeł, chlusnęła wodą na szczeniaki.

– Ojej! – wrzasnął tym razem Reksio, któremu się więcej dostało, i jak niepyszny dał nura w krzaki.

– Boisz się jej? – spytał Pucek.

– Ja? Miałbym się jej bać? Dobre sobie! Ty czarownico! Ty brzydaku! – szczekał Reksio w stronę Katarzyny, zamiatał za sobą nogami i aż parskał ze złości.

Trzeba jednak przyznać, że trzymał się dość daleko od sztachet.

I prędzej, niżby należało, biegł w ogród.

Pucek dreptał za nim.

Obiegli wszystkie krzaki, zajrzeli w każdy kąt ogrodu. Wywąchali wszystkie ślady, jakie tylko mogli wynaleźć na trawie, na ścieżkach. Pucek trafił na starą krecią norę.

– Co to jest? – pyta Reksia.

Reksik sam nie wiedział, rozumie się, co by to było? Nigdy nie widział żywego kreta. Ale miał się tam zdradzać przed Puckiem, że byle dziura w ziemi kryje nieznane mu tajemnice?

– Nigdy nie myślałem, że z ciebie taki fryc! – powiada do Pucka, nadymając się jak paw. – Nie wiesz, kto tu mieszka w tej dziurze? Naprawdę nie wiesz?

– Nie wiem – przyznaje się Pucek. – A ty wiesz?

– Wiem.

– No, to powiedz.

– Będę tam byle komu opowiadał! – parsknął Reksik. – Kop, to się sam przekonasz.

Pucek porwał się do kopania.

Darł ziemię łapami! Wysypał za siebie całe tumany piasku. Zasypał sobie oczy. Pełno kurzu miał w nosie!

Prychał też od czasu do czasu, a nawet postękiwał często, bo się uznoił nie lada.

Wykopał już tak głęboko, że całą łepetynę mógł schować w dziurę.

– No i co? Jest? – pyta go Reks.

Pucek wsadził nos w jamę, pociągnął raz, pociągnął drugi. Parsknął. Powąchał raz jeszcze i powiada:

– Mysz, nie mysz! Czuć coś, ale co?

– Pokaż, ja zobaczę – warknął na niego Reksik i odepchnął Pucka od dziury.

Wsadził nos. Obszedł dziurę dokoła. Wsadził nos raz jeszcze. Pociągnął raz, drugi. I mówi:

– Nie umiesz kopać.

– To kop sam – odburknął Pucek, który już tchu nie czuł ze zmęczenia.

– Rozumie się, że będę kopał – powiada Reksik i zaczął kopać ziemię z szybkością maszyny.

Pucek usiadł przy jamie i czeka.

– No i co? – spytał po chwili.

– Zaraz będzie – wychrypiał Reksik w odpowiedzi, bo całe gardło miał pełne ziemi. – Już go słychać. Słyszysz?

– Nie słyszę – powiada Pucek, który nasłuchiwał na oba uszy, przechylając głowę na boki.

– Toś głuchy! – warknął ze złością Reksik i z jeszcze większym zapamiętaniem wyrzucał za siebie ziemię.

– Jest? – pyta go Pucek.

– Głupiś! – krzyknął na niego Reksik. – Pyta się i pyta! Jest! Rozumie się, że jest! Tylko wiesz, co ja myślę?

– No?

– Że on właśnie wyszedł z domu.

– No, to nie ma po co kopać.

– Właśnie to samo myślałem. Przyjdziemy tu później.

– A kto to jest? – pyta Pucek i pokazuje dziurę.

– Jak mi się jeszcze raz zapytasz, to cię tak utnę, że zobaczysz! – burknął Reks i pobiegł, nie oglądając się za siebie.

Trafił na wiadro.

Zostawiła je tu Katarzyna.

Na dnie było tam trochę świńskiej karmy rozbełtanej z wodą.

Pucek, że mu się pić chciało, rwał się do kubła. Reksik go odepchnął.

– A jakże! Wszędzieś pierwszy! Niby to mnie się nie chce pić?!

– Ta woda pachnie jakoś niemiło – uprzedził go Pucek, który już zdążył powąchać.

– Nie wszędzie się trafia na przysmaki! – odpowiedział mu Reksik. – Nawet jeśli z początku ci nie smakuje, pij! Wyda ci się wyborne, jak się przyzwyczaisz.

I wsadził łeb w kubeł. Chłeptał skisłą breję, choć aż się w nim wszystko przewracało, taka była paskudna.

Pucek patrzy w wiadro i się oblizuje.

– Masz, używaj! – sapnął wreszcie Reksik.

– A dobre? – pyta go Pucek.

Reks byłby mu może odpowiedział, ale zemdliło go tak potężnie, że co rychlej pobiegł przed siebie, żeby Puckowi nie psuć smaku swoim widokiem.

5

Za ogrodem była łączka. Na niej pasły się dwie krowy. Pucek, który nigdy przedtem krów nie widział, bo obórka była odgrodzona wysokim parkanem od reszty podwórza, stanął zdumiony.

– Co to jest? – szepnął do Reksika.

– To jest chodzące mleko – odpowiedział Reks tonem psa, który wie wszystko.

– Mleko? – zdziwił się Pucek.

– A mleko – burknął Reks znudzony. – Pociągnij nosem, to się przekonasz. I przestań mnie nudzić. Wszystko mu tłumacz, wszystko wyjaśniaj! – zrzędził Reksio, który czuł się trochę nieswojo po wyżłopaniu zupki z kubła.

Pucek, wyciągnąwszy szyję, wąchał.

– Pachnie mlekiem – stwierdził.

– A widzisz! – ofuknął go Reksik. – A nie mówiłem ci?

– A gdzie jest w nich mleko? – pyta Pucek.

– Przy ogonie.

– Przy ogonie?

– A gdzieś myślał?

– A jak pociągnąć za ogon, to co?

– To... to... – kręcił Reksik, który nie wiedział, co będzie, jak się krowę pociągnie za ogon – to będzie leciało mleko – dopowiedział jednym tchem.

– Będzie leciało mleko? – zdumiewał się Pucek.

– A coś ty myślał? Puc, jakiś ty jeszcze głupi! – zaśmiał się Reks, którego jakoś odeszły mdłości.

– Napiłbym się mleka – westchnął Pucek.

– I ja – zgodził się Reksio.

– No więc?

– Ty łap tę łaciatą, a ja czerwoną – zakomenderował Reksio, który nie lubił się nad czymś długo namyślać.

Skoczyli naprzód.

Ale nie tak to łatwo było chwycić krowę za ogon, jakby się na pierwszy rzut oka zdawało!

Miało się na deszcz, muchy cięły okrutnie. Krówki opędzały się ogonami. Kity ogonów migały tylko psom przed oczyma.

– Łapaj! – wrzasnął Pucek, który właśnie chwycił kitę łaciatej w zęby.

– Już mam! – odpisnął Reksik, uczepiwszy się wreszcie ogona czerwonej.

Głosy ich były przytłumione, ale już tam jeden przyjaciel drugiego rozumiał.

Krowy poczuły ciężar na ogonach. Z początku nie zważały na to. Trawa była nazbyt smaczna. Oganiały się tylko i biły po bokach.

– Ojej! – wrzasnął Pucek, trzasnąwszy z rozmachem łbem o wystające krowie żebra.

– Nie puszczaj! Nie puszczaj! Aj! – krzyknął Reksik, który rozpłaszczył się na boku czerwonej.

Krówkom jednak dokuczały te ciężary u ogonów. Poczęły majtać nimi z pasją, a tak szybko, że psy musiały się trzymać z całych sił, inaczej bowiem odleciałyby precz, wyrzucone jak z procy.

– Ojoj, oj! – jęczał Pucek.

– Trzymaj się! Trzymaj! – krzepił go Reksik, który na krowim ogonie zataczał w powietrzu zawrotne koła.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

Metka

Dostępne w wersji pełnej

Fryga

Dostępne w wersji pełnej

Mucha z humorami

Dostępne w wersji pełnej

Czarny kogut

Dostępne w wersji pełnej

Muc, wróbel beznogi

Dostępne w wersji pełnej

Żołnierski kot

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

Gąska Małgosia

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

Pipuś

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

Puc, Bursztyn i goście

1

Dostępne w wersji pełnej

2

Dostępne w wersji pełnej

3

Dostępne w wersji pełnej

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

Wybór opowiadań Jolanta Sztuczyńska

Opracowanie typograficzne okładki Maria Turbaczewska

Text © copyright by Hanna Dmochowska

© Copyright by Wydawnictwo „Nasza Księgarnia”, Warszawa 1987, 1994

Tekst oparto na pierwodrukach:

Reksio i Pucek

REKSIO I PUCEK. HISTORIA PSICH FIGLÓW

Warszawa 1929, Nasza Księgarnia

Metka

Fryga

Mucha z humorami

Czarny kogut

Żołnierski kot

KOCHANY ZWIERZYNIEC

Warszawa 1939, Nasza Księgarnia

Muc, wróbel beznogi

Gąska Małgosia

Pipuś

SKRZYDLATE BRACTWO

Warszawa 1936, Nasza Księgarnia

Puc, Bursztyn i goście

PUC, BURSZTYN I GOŚCIE

Warszawa 1933, Nasza Księgarnia

Ilustracja na okładce Stanisław Rozwadowski.

Redakcja techniczna Agnieszka Dwilińska-Łuc, Joanna Piotrowska

Przygotowanie pliku do konwersji Agnieszka Dwilińska-Łuc

ISBN 978-83-10-12474-6

Plik wyprodukowany na podstawie Reksio i Pucek, Warszawa 2010

www.naszaksiegarnia.pl

Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA Sp. z o.o.

02-868 Warszawa, ul. Sarabandy 24c

tel. 22 643 93 89, 22 331 91 49,

faks 22 643 70 28

e-mail: [email protected]

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

http://eLib.pl