Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ponury jeździec zbliża się do posępnej rezydencji rodu Usherów – domu, który zdaje się żyć własnym, chorym życiem. Wezwany listem dawnego przyjaciela, narrator staje w progu siedziby, nad którą wisi przekleństwo starego rodu. Roderyk Usher, ostatni dziedzic nazwiska, gaśnie w oczach, dręczony chorobliwą wrażliwością zmysłów i lękiem, którego nie potrafi nazwać. Gdzieś w głębi domu dogorywa jego siostra bliźniaczka, lady Madeline – a wraz z nią dogorywa cały ród.
Przekonaj się, dlaczego od blisko dwustu lat czytelnicy na całym świecie wciąż drżą na dźwięk nazwiska Usher.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 34
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Edgar Allan Poe
Zagłada domu Usherów
Przetłumaczył Bolesław Leśmian
Przez cały dzień pewnej jesieni – dzień zadymką omglony, posępny ioniemiały, gdy chmury ciężko inisko zwisły na niebie, przebywałem samopas ikonno obszary niezwykle ponurej krainy iwreszcie, wchwili przypływu zmierzchów wieczornych, stanąłem przed melancholijnym Domem Usherów. Nie wiem, jak się to stało, ale od pierwszego wejrzenia, które rzuciłem na ową budowlę, uczucie smutku ponad siły przeniknęło mą duszę. Mówię: ponad siły, ponieważ tego smutku nie koiło zgoła najmniejsze źdźbło owego nastroju, któremu istota poezji nadaje niemal barwy rozkoszy, aktóry zazwyczaj ogarnia duszę wobec najposępniejszych widoków natury, pełnych spustoszenia izgrozy.
Oglądałem przeciwległy mi krajobraz inic, jeno dom icharakterystyczna perspektywa tej miejscowości, mury chłodem przesycone, okna, podobne do oczu, które, patrząc, nie widzą – kilka kęp jędrnego sitowia oraz kilka pni zbielałych ispróchniałych drzew – samym swym widokiem zdziałały, że doznałem owego całkowitego pognębienia ducha, które wśród uczuć ziemskich najtrafniej można przyrównać tylko przedocknieniowym majaczeniom palacza opium – jego bolesnym do codzienności powrotom – straszliwemu aniechętnemu pierzchaniu zjego oczu zasłony. Była wtym – drętwota serca, znękanie, niemoc – niepokonany smutek zadumy, której żaden bodziec wyobraźni nie mógł ożywić ani spotężnić.
Cóż to za przyczyna – myślałem wduchu – cóż to za przyczyna tkwi wmoim wzruszeniu na widok Domu Usherów? Była to tajemnica zgoła nieodgadniona inie mogłem oprzeć się pochmurnym przeczuciom, które gromadziły się we mnie podczas rozmyślań. Byłem zmuszony uciec się do tego niezbyt wystarczającego wniosku, że istnieją bardzo proste zestawienia szczegółów natury, posiadające władzę wzruszania nas wten sposób, iże analiza tej władzy leży wtej dziedzinie rozważań, gdzie myśl nasza zgubiłaby wszelki wątek. Być może – myślałem – że prosta odmiana wukładzie przedmiotów krajobrazu, wposzczególnych częściach całości zdołałaby złagodzić, anawet znicestwić ową władzę narzucania uczuć bolesnych, – i, stosując się do tej myśli, skierowałem konia ku urwistemu brzegowi czarnego iżałobnego stawu, który, na kształt nieruchomego zwierciadła, tkwił przed budynkiem. Atoli zprzenikliwszym jeszcze, niż poprzednio, dreszczem strachu oglądałem odbite iodwrócone widma szarawego sitowia, złowieszczych pni drzewnych iokien, podobnych do oczu, które patrzą, aby nie myśleć.
A wszakże wtym właśnie przybytku melancholii zamierzałem spędzić kilka tygodni. Właściciel jego – Roderick Usher – był jednym zbliskich mi przyjaciół dzieciństwa, lecz lat kilka upłynęło od czasu naszego ostatniego spotkania.
Wszakże niedawno wdalekim zakątku kraju zaskoczył mię list jego – list, którego obłędnie naglące słowa nie dopuszczały innej odpowiedzi, jak osobiste moje przybycie. Pismo nosiło ślady nerwowego niepokoju. Autor listu mówił oostrej niemocy fizycznej – ognębiącym go rozstroju umysłowym io żarliwej chęci widzenia się ze mną, jako najlepszym inaprawdę jedynym przyjacielem, wtej nadziei, iż radość obcowania zmoją osobą sprawi poniekąd ulgę jego cierpieniom. Iwłaśnie ton, nadany tym wszystkim iwielu jeszcze innym zdaniom, oraz błagalna szczerość serca wzbroniły mi wszelkich namysłów. Skutek był taki, że niezwłocznie uległem tym nawoływaniom, które wszakże uważałem za bardzo osobliwe.
Chociaż wdzieciństwie żyliśmy wścisłej przyjaźni, znałem mimo to mego druha jeno bardzo pobieżnie. Odznaczał się zawsze wyjątkową niechęcią do wynurzeń. Wiedziałem jednak, że jest potomkiem bardzo starego rodu, który od czasów niepamiętnych wyróżniał się niezwykłą tkliwością serca.
Tkliwość owa poprzez wieki skierowała się wswym rozwoju ku licznym dziełom najczystszej sztuki iprzejawiała się od dawien dawna wczęstych uczynkach miłosierdzia tyleż szczodrego, ile bezimiennego, oraz wżarliwym ukochaniu raczej trudności niż tak łatwo zawsze dostępnych zrozumieniu klasycznych powabów sztuki muzycznej. Dowiedziałem się też otej wielce znamiennej okoliczności, że genealogiczne drzewo rodziny Usherów, aczkolwiek tak chwalebnie starożytnej, nigdy, wżadnym okresie czasu nie wydało gałęzi rozłożystych, czyli innymi słowy cały ród utrwalał się jeno wlinii prostej, pomijając kilka bardzo nieznacznych ibardzo przelotnych wyjątków.
Ten to właśnie brak – myślałem, oddany całkowicie zadumie odoskonałej zgodzie charakteru miejscowości zprzysłowiowym charakterem rodu irozważaniom wpływu, który wdługim następstwie wieków ród imiejscowość wzajem na siebie wywrzeć mogły – ten to zapewne brak gałęzi bocznych oraz nieustanny przekaz zojca na syna ojcowizny inazwiska przyczynił się zbiegiem czasu do tak spójnego utożsamienia obojga, że pierwotne miano dóbr zapodziało się wdziwnej idwuznacznej nazwie Domu Usherów, nazwie rozpowszechnionej wśród ludu, aktóra wjego pojęciu zdawała się zawierać zarówno ród, jak isiedzibę rodu.
Nadmieniłem, że jedynym skutkiem mej nieco dziecinnej próby – mianowicie zajrzenia do jeziora – było pogłębienie pierwszych, a
