Zaginiona - Piotr Kościelny - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zaginiona ebook i audiobook

Kościelny Piotr

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

58 osób interesuje się tą książką

Opis

Brutalny i trzymający w napięciu kryminał od Piotra Kościelnego!

Po awanturze narzeczonych Krzysztof wybiega z domu. Kolejnego dnia budzi się w nieznanej okolicy, nie pamiętając co się wydarzyło, ani jak znalazł się w obcym miejscu. Jego narzeczona – Agnieszka – wzburzona po kłótni wychodzi na spacer. Nie wie, że obserwuje ją psychopata.

Gdy Agnieszka znika w tajemniczych okolicznościach, Krzysztof staje się głównym podejrzanym.

Jedyną osobą, która wierzy w jego wyjaśnienia jest komisarz Tomasz Świderski. Sprawa zaginionej dziewczyny może pomóc mu powrócić na szczyt podupadającej kariery. Rusza śladem porywacza. Czy uda mu się uchronić kolejne ofiary przed brutalną rzeczywistością?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 250

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 4 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamil Pruban

Oceny
4,0 (4 oceny)
3
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Mike781

Nie polecam

Okropna, przerażająca historia.
00
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Agskowron

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa
00



Prolog

Wrocław, 23 lipca 2014 r.

Patrzył na nagranie z umieszczonej w pokoju kamery. Wiedział, że to nie ma sensu – że katuje się widokiem tego, co dzieje się na ekranie. Musiał jednak coś zrobić, nie mógł dłużej tego wszystkiego znosić. Odbijało się to nie tylko na jego kondycji psychicznej, ale także na pracy. Już kilka tygodni temu zamontował w sypialni parę zamaskowanych kamer, które w dyskretny sposób rejestrowały schadzki jego żony z kochankiem. Aneta była na tyle bezczelna, że sprowadzała swojego lowelasa do ich wspólnego mieszkania. Do rozwodu miał już wszystko, czego potrzebował. Każdy sąd, widząc, co wyprawiała jego żona, bez wahania orzeknie jej wyłączną winę.

Zatrzymał nagranie i zapalił papierosa. Starał się wyłączyć umysł, nie chciał, aby wyczyny ślubnej pozbawiły go zdolności logicznego myślenia. Sięgnął po komórkę. Odblokował klawiaturę, z listy kontaktów wybrał numer Anety i wcisnął zieloną słuchawkę. Oczekując na połączenie, zgasił peta w popielniczce.

– Czego chcesz? – usłyszał jej głos po drugiej stronie.

– A może jakieś „cześć” na początek?

– Nie mam czasu na pierdoły – warknęła. – Dzwonisz z czymś konkretnym czy tylko po to, żeby mnie wkurzyć?

– Dobra, zapomnij – powiedział, po czym się rozłączył i rzucił.

Wyłączył laptop, zgarnął z komody policyjną blachę oraz kajdanki i schował je do kieszeni bojówek. Następnie poszedł do sypialni. Starał się nie patrzeć na łóżko, gdzie poprzedniej nocy jego żona gziła się z kochankiem. Odsunął drzwi szafy i wstukał kombinację cyfr w stojącym wewnątrz sejfie. Gdy blokada ustąpiła, wyjął ze środka kaburę ze służbowym Waltherem P99. Trzymając w dłoni broń, zastanawiał się, czy nie pojechać do tego fagasa i nie wymierzyć sprawiedliwości. Z trudem pohamował żądzę zemsty. Przypiął kaburę do paska i spojrzał na stojący na komodzie zegar. Dochodziła osiemnasta.

Za kilka minut przed jego blokiem powinien zatrzymać się służbowy Fiat Punto, należący do Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Za kierownicą będzie siedział jego partner, aspirant Wojciech Kaczorowski. Razem pojadą do wydziału terroru kryminalnego. Rozpocznie się jego kolejna służba.

Wyszedł na klatkę, z głośnym hukiem zamknął za sobą drzwi i przekręcił klucz w zamku. Wiedział, że podczas gdy on będzie w pracy, w jego sypialni pojawi się ktoś, kto zastąpi go w obowiązkach małżeńskich.

Zbiegł po schodach i wyszedł z bramy. Stanął przed wejściem, patrząc, jak w jego stronę jedzie nieoznakowany samochód policyjny.

– Witam sąsiada! – usłyszał nagle z boku.

Odwrócił się i kiwnął głową.

– Dzień dobry, pani Dąbrowska.

– A pan już do pracy? Dawno nie widziałam pańskiej żony. Czyżby wyjechała?

Uśmiechnął się krzywo. Doskonale zdawał sobie sprawę, że sąsiadka go okłamuje. Stara plotkara wiedziała o wszystkim, co dzieje się w ich kamienicy.

– Żona pracuje do późna, więc pewnie dlatego rzadko ją pani widuje.

– Może tak być. Ale układa się między wami, tak?

– Tak, wszystko w jak najlepszym porządku, pani Dąbrowska. Przepraszam, muszę już iść.

Podszedł do samochodu i wsiadł na miejsce pasażera.

– Co się stało? – spytał Kaczorowski.

– A daj spokój. Nie dość, że stara mnie wkurwia, to jeszcze ta jędza kłapie jęzorem. Nieważne, jeźdźmy – powiedział, zapinając pas.

Odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Marka. Ich romans trwał już prawie pół roku. Pojawił się w agencji marketingowej, w której pracowała jako kierowniczka do spraw kluczowych klientów, dziesięć miesięcy temu i od razu wpadł jej w oko. Trzy miesiące wystarczyły, aby zbliżyli się do siebie. Początkowo spotykali się w hotelach albo w plenerze. Szybki seks w samochodzie i powrót do domu. Po kilku tygodniach postanowiła, że bezpieczniej będzie zapraszać go do siebie. Tomek i tak spędzał noce poza domem – ryzyko wpadki, wbrew pozorom, było mniejsze niż gdziekolwiek indziej. Jako policjant pracujący w terenie zawsze mógł gdzieś zauważyć jej auto, a do domu nigdy nie zaglądał w trakcie służby.

– Mężulek dzwonił? – spytał Marek, ukazując śnieżnobiałe uzębienie.

– Nie naśmiewaj się z niego.

– Skarbie, ja się nie naśmiewam. Zastanawiam się tylko, dlaczego ciągle z nim jesteś. W łóżku nie układa wam się od dawna, praktycznie nie spędzacie razem czasu, dzieci nie macie… Olej go i wystąp o rozwód.

– To nie takie proste. – Aneta pokręciła głową. – Nie mamy intercyzy, straciłabym więcej, niż zyskała. Już lepiej niech zostanie tak, jak jest.

– Jak tam sobie chcesz. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Mnie ten układ też pasuje. Nawet jakbyś zaszła, będzie na niego.

Nie skomentowała tych słów. Bolało ją, że jej kochanek szydzi z jej męża, nawet jeśli nie czuła już do Tomka tego co kiedyś.

– Dzisiaj mężulek znowu w pracy?

– Policja to nie praca, to służba. Ale tak, nie będzie go w domu.

– To wpadnę.

Ucieszyła się. Marek trochę ją zirytował wtrącaniem się w jej życie małżeńskie, ale i tak miała na niego ogromną ochotę. Zadurzyła się w podwładnym i nie wyobrażała sobie już życia bez niego. Oczywiście w grę wchodził wyłącznie romans. Mówiła prawdę – nie brała pod uwagę rozwodu. Nie kochała już męża, jednak wiedziała, że zawsze może na niego liczyć.

– Będę mógł spać w jego piżamie? – spytał Marek, uśmiechając się szeroko.

– Daj już spokój, naprawdę. To, że między nami coś jest, nie upoważnia cię do takiego zachowania. Rozumiem, że czujesz się zdobywcą, ale ja nie jestem zdobyczą. Jasne?

Mężczyzna przestał się uśmiechać. Przez chwilę milczał, patrząc na Anetę uważnie. Chyba zrozumiał, że przesadził. W końcu podszedł bliżej i ją objął.

– Możesz tak nie robić? – Aneta szybko zrzuciła z siebie jego dłonie. – Jeszcze ktoś zobaczy…

– Wstydzisz się mnie?

– Nie, ale jesteś moim podwładnym. Romans w pracy nie jest czymś, co zaakceptowałaby centrala.

Marek kiwnął głową i skierował się w stronę drzwi.

– Będę koło dziesiątej. Pasuje?

– Tak – odparła krótko Aneta. Wiedziała, że dzisiejszą noc spędzi w objęciach kochanka.

Nie mógł się skupić na pracy. Jego myśli ciągle krążyły wokół żony i zdrady, jakiej od dłuższego czasu się dopuszczała. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy w agencji pojawił się ten cały Marek. Zmiany w zachowaniu Anety były coraz bardziej zauważalne. Znikała, unikała go, chodziła z głową w chmurach. W końcu zamontował w mieszkaniu zestaw szpiegujący – kilka kamer i podsłuch. Nie chciał się rozwodzić, ale chyba nie miał wyboru. Zdawał sobie sprawę, że są ludzie, którzy potrafią wybaczyć zdradę, niektórym związkom nawet żyje się po niej lepiej, jednak on nie umiał sobie tego wyobrazić. Chyba już zawsze w łóżku zastanawiałby się, czy żona, pieszcząc go, nie myśli o innym. Był ciekaw, czy jak jej romans wyjdzie na jaw, Aneta zrozumie swój błąd. Bo to, że związek z kolegą z pracy jest błędem, było dla niego oczywiste.

– Śpisz?

– Co? – zapytał nieprzytomnie, wyrwany z zamyślenia.

– Tomek, kurwa, co się z tobą dzieje?

– Nic.

– Nie pierdol. Znam cię. Jeździmy razem już kawał czasu i widzę, że coś jest nie tak.

Przez chwilę milczał. Kaczorowski był nie tylko jego partnerem z pracy, ale w pewnym sensie też przyjacielem. Komu jak komu, ale jemu mógł zaufać.

– Żona mi się puszcza – powiedział cicho.

– Kurwa… No to grubo.

– A wiesz, co jest najgorsze?

– Co?

– Najgorsze jest, kurwa, to, że wiem, kim jest ten frajer. Wiem, gdzie mieszka, i wiem, kiedy rucha mi kobietę. Mam w domu kamery. Wszystko, co robią, się nagrywa.

– Papiery już złożyłeś?

– Nie. Jeszcze się nie zdecydowałem. Na razie tylko oglądam, jak ją posuwa.

– Po chuj się tak męczysz? Złóż papiery o rozwód i wypierdol ją z domu.

Tomek milczał. Zdawał sobie sprawę, że kolega ma rację. Katował się, przeglądając te nagrania. Czuł ból w sercu, widząc, jak Aneta wije się pod tym gogusiem. Zbierało mu się na wymioty, gdy słyszał ich jęki i czułe słówka.

Podjął decyzję.

– Ten chuj dzisiaj znowu będzie ją posuwał w moim domu – warknął.

– Pierdolisz…

– Raczej on. – Uśmiechnął się krzywo.

– Powinieneś to przerwać. Jeśli masz już dowody, zwyczajnie wpierdol się na jamę i złap ich na gorącym.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta druga. Wiedział, że kochanek Anety z reguły pojawia się w ich domu właśnie o tej porze.

– Masz rację. Podjedziemy tam i rozmówię się z nim.

– Tylko nie narób głupot – poradził Kaczorowski. – Chcesz, żebym wszedł z tobą?

Tomek pokręcił głową. Powinien to załatwić sam.

– Zjedzmy coś i ruszajmy. Niech zaczną się zabawiać. Nie spodziewają się jeszcze, jak ta zabawa się skończy.

Pociągnął za klamkę i wysiadł z auta. Idąc do restauracji, czuł, jak drżą mu nogi.

Patrzył, jak Aneta robi mu loda. Trzymał ją za włosy i uśmiechał się błogo. Czuł, że zdominował swoją szefową. Odkąd zdał sobie sprawę, że łatwo mu przychodzi manipulowanie kobietami, sporo już osiągnął. Potrafił tak omotać kobietę, że ta tańczyła, jak jej zagrał. Najpierw je w sobie rozkochiwał, prawił im komplementy, słuchał, co mówią. Zachowywał się inaczej niż ich mężowie. Ci, zajęci trudami dnia codziennego, nie mieli czasu na drobne gesty, niespodzianki czy choćby miłe słowo. On to wykorzystywał – i zawsze osiągał swój cel. W tej chwili miał trzy kochanki. Oprócz Anety były jeszcze Ania i Marta. Ania miała własny biznes i coraz lepsze perspektywy. Jedyne, czego nie miała, to zainteresowanie ze strony męża, wiecznie zapracowanego urzędnika. Marta była wiceprezeską spółki współpracującej z KGHM-em. Tutaj szczęście zawodowe także nie szło w parze ze spełnieniem w życiu osobistym.

Drgnął, czując zbliżający się orgazm. Uwielbiał seks z Anetą. Nie miała zahamowań, zgadzała się na wszystkie jego fantazje. Loda robiła do końca, z połykiem. Nie miała oporów nawet przed zabawami w stylu sado-maso. Bez wahania zgodziła się też na seks analny. Z pozostałymi nie było tak bezpruderyjnie, chociaż też nie miał powodów do narzekania.

– Tak… – jęknął.

Aneta podniosła głowę i spojrzała na niego zamglonym wzrokiem. Z kącika jej ust spływała drobna strużka nasienia. Uśmiechnął się na ten widok, usatysfakcjonowany swoją dominacją.

Wstała z kolan i sięgnęła po stojącą na stoliku lampkę z czerwonym winem. Gdy upiła łyk, Marek wyciągnął rękę.

– Ja też poproszę.

Podała mu jego kieliszek. Smakując trunek na języku, czuł się spełniony i zrelaksowany. I pomyśleć, że nic nie zapowiadało takiego zakończenia wieczoru. Rano dostał wiadomość od Marty. Miała pretensje, że ją zaniedbuje, że nie ma dla niej czasu. Wymiana kilku esemesów doprowadziła do tego, że się pokłócili. Wiedział, że to tylko kwestia czasu, pewnie kilku dni, jak Marta zacznie go przepraszać i błagać o spotkanie. Ania dla odmiany wszystko znosiła z pokorą, nie robiła mu wyrzutów. Ostatnio była zaangażowana głównie w remont domu, wybierała kolory farb i drewno na podłogę, co w sumie było mu na rękę. Nie mógł długo lawirować pomiędzy trzema kochankami. Musiał się nieźle nakombinować, aby wszystkie spotkania odbywały się w mieszkaniach kobiet lub hotelach. Oczywiście za wynajem pokoi płaciły one. Do siebie ich nie zapraszał, bo nie chciał dać się nakryć. Raz zdarzyła mu się wpadka. Spotykał się naraz z dwiema kochankami i obie znały jego adres. Gdy baraszkował w mieszkaniu z jedną, druga postanowiła zrobić mu niespodziankę. Udało jej się, i to jak! Obie rzuciły się na niego z pazurami. To po tamtej wpadce uświadomił sobie, że to zbyt duże ryzyko. Postanowił, że lepiej, by to jego kochanki martwiły się o to, żeby nie nakrył ich mąż.

– Długo jeszcze zamierzasz być z tym swoim? – spytał.

Aneta popatrzyła na niego z wyrzutem.

– Musimy o tym rozmawiać? Mówiłam ci już, że to nie jest takie proste.

– Moim zdaniem jest. Ale tobie chyba jest wygodnie.

– Marek, o co ci chodzi? Sam mówiłeś, że łączy nas tylko seks, że nie zależy ci na poważnym związku. Na słowo „ślub” reagujesz alergicznie.

– To prawda, jesteśmy tylko kochankami i nie zamierzam się hajtać. Po prostu widzę, jak się męczysz. Co on może ci zaoferować? Ciągły strach, czy wróci do domu z tej swojej nocnej służby, czy nie zginie podczas jakiejś akcji? Po chuj ci takie męczarnie?

Aneta nie odpowiedziała. Pamiętała, jak podczas jednego z pierwszych spotkań z Markiem wyżaliła mu się, jakim koszmarem był dla niej początek związku z Tomkiem. Zwłaszcza samotne noce, gdy on był na służbie. Każde kroki na klatce, każdy telefon powodowały u niej przyspieszone bicie serca. Bała się, że Tomek zginie, a ona zostanie sama. Może właśnie te obawy spowodowały, że nie mieli dzieci. Nie chciała, by kiedyś zostały sierotami. Teraz jednak na wszystko było już za późno. Zresztą przestała kochać Tomka. Od dłuższego czasu żyli razem, ale jakby osobno. Owszem, mogła na nim polegać. Wiedziała, że w razie jakiejkolwiek kryzysowej sytuacji mąż zrobi wszystko, aby jej pomóc. Ich małżeństwo było fikcją, ale oboje udawali, że nic złego się nie dzieje. Był tylko jeden problem: Aneta zakochała się w Marku.

– Dobra, szkoda czasu na gadanie – powiedział kochanek. – Chodź tu do mnie.

Uśmiechnął się do niej zmysłowo i mocno ją przytulił. Nawet nie zauważyła, kiedy obrócił ją plecami do siebie, pochylił tak, że brzuchem oparła się o tył fotela, i mocno wszedł w nią od tyłu.

Gdy podjechali pod blok, Tomek spojrzał w okna. W mieszkaniu paliło się światło. Zerknął na zegarek – był kwadrans przed północą.

– Mam iść z tobą? – spytał Kaczorowski.

– Nie. Muszę to załatwić sam.

Partner skinął głową. Wiedział, że zdradzany facet powinien załatwiać takie sprawy osobiście. Mogli co prawda nasłać na gogusia jakichś zbójów, by ci przemówili mu do rozumu, mogli zlecić połamanie mu nóg, ale tego rodzaju rozwiązanie było zbyt ryzykowne. Ktoś mógłby się wysypać i zaczęłyby się problemy.

– Powodzenia – rzucił, sięgając po papierosa.

– Życz raczej jemu.

Tomek wziął głębszy wdech i skierował się w stronę bramy. Zastanawiał się, jak to rozegrać. Nie chciał popełnić błędu, nie mógł ich spłoszyć. Jego wejście miało być dramatyczne. Sięgnął dłonią do kabury przy pasku. Nie zamierzał używać broni, raczej chciał się upewnić, czy kabura jest zapięta.

Wszedł po schodach na piętro i stanął przed drzwiami. Nasłuchiwał. Z mieszkania słychać było cichą muzykę. Aneta puściła Leonarda Cohena. Kiedyś oboje uwielbiali jego ballady. Teraz Tomkowi będą mu się one kojarzyły wyłącznie ze zdradą. Wyjął klucze z kieszeni dżinsów i najciszej jak mógł otworzył zamek. Delikatnie nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Zapalone w sypialni światło niczym latarnia morska wskazywało mu kierunek. Tomek powoli zmierzał w stronę swojego przeznaczenia. Po chwili stanął w cieniu jak sparaliżowany. W głębi sypialni Aneta opierała się o fotel, a jej młody kochanek posuwał ją od tyłu. Tomek słyszał ich przyspieszone oddechy i jęki. Miał ochotę podejść i kopnąć fagasa w wypięty goły tyłek. Ale nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Nie umiał też oderwać wzroku od kopulującej pary.

– O Boże… – zawołała Aneta.

– Dla ciebie mogę być nawet Bogiem – wysapał Marek.

Kobieta szybko wysunęła się spod kochanka i odskoczyła na bok. Stała pod ścianą i patrzyła na męża z przerażeniem, starając się zasłonić dłońmi piersi i krocze. Dopiero wtedy Marek się odwrócił i zauważył stojącego w progu mężczyznę; jego penis gwałtownie sflaczał.

– Dokończcie – powiedział Tomek lodowatym tonem. – Zrobię sobie kawę.

Odwrócił się i skierował w stronę kuchni. Wlał wodę do czajnika, a następnie wyjął z szafki kubek i wsypał do niego trzy łyżeczki kawy. Lubił sypaną, czarną, mocną i fusiastą. Nie gustował w śmietankach, mleczkach czy innych wynalazkach. Kawa miała być taka, jaką zapamiętał z dzieciństwa, gdy podpijał ją ojcu. Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy sklepowe półki świeciły pustkami, ludzie zalewali fusy kolejną porcją wody. Pili podłą lurę, ale nikomu to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie – wszyscy się nią delektowali. On zawsze kosztował jeszcze przed dolewką. Ledwie łyk czy dwa, ale wystarczyło, by poczuł się dorosły.

Gdy woda się zagotowała, usłyszał od progu głos Anety:

– Mnie też zrobisz?

Odwrócił się. Żona stała w progu, owinięta jego szlafrokiem, i patrzyła na niego z powagą. Bez słowa wyjął drugi kubek.

Gdy zalał obie kawy, usiadł przy stole i wbił wzrok w żonę. Aneta nie odważyła się wejść do pomieszczenia.

– Co teraz będzie? – spytała cicho.

– A co ma być? Napiję się kawy.

– Nie o to pytałam. Co z nami?

– Złożę papiery rozwodowe i zakończymy tę farsę.

Przełknęła ślinę.

– Od jak dawna wiesz?

– Od początku. Zapomniałaś, że masz męża gliniarza?

– Dlaczego więc tak pogrywałeś? Jakbyś od razu powiedział, że wiesz, nie byłoby tej sytuacji.

– Może. Ale chciałem mieć dowody, żebyś przed sądem nie obarczyła mnie winą za rozpad małżeństwa. Tak przynajmniej nie zszargasz mi opinii bardziej niż dotychczas.

– Wiesz, że bym tego nie zrobiła. Poza tym masz dobrą opinię.

– Tak uważasz? Twoim zdaniem powinienem się cieszyć z opinii rogacza? Dąbrowska wie, co wyprawiasz. A jak wie ona, to wiedzą wszyscy. Sprowadzasz ruchacza do naszego domu i myślisz, że to wasza słodka tajemnica?

– Tomek…

– Co: Tomek? Dla ciebie Tomek już nie istnieje. Wiesz, czemu postanowiłem cię przyłapać na gorącym uczynku? Chciałem spojrzeć ci w oczy i spytać, czy dobrze się bawiłaś. Teraz jednak wiem, że to nie ma sensu. Nawet przyłapana nie potrafisz zrozumieć, że wina leży po twojej stronie. Może nie cała, ale w większości. Zaraz pewnie mnie zaatakujesz i powiesz, że to przeze mnie. Że to ja ciągle pracowałem, przez co byłaś zaniedbywana. Tak wy, kobiety, tłumaczycie zdradę, prawda?

Wstał od stołu i podszedł do okna. Przez chwilę patrzył na światła miasta. Nagle usłyszał, jak otwierają się drzwi sypialni.

– Powiedz temu swojemu, żeby tu przyszedł – powiedział spokojnie.

– Tomek…

– Niech zachowa się jak facet i stanie oko w oko z gościem, któremu rucha żonę.

– Proszę cię…

Odwrócił się od okna i popatrzył na Anetę. Po jej policzkach płynęły łzy. Całe jej ciało drżało.

– Hej, kolego, zapraszam – zawołał, gdy kochanek żony przemknął przez przedpokój.

Marek wszedł do kuchni, ale tuż za progiem stanął. Nie odważył się zrobić kolejnych kroków.

– Siadaj.

Mężczyzna się nie ruszył.

– Siadaj!

Wszedł i ostrożnie opadł na krzesło. Wzrok miał rozbiegany, przestraszony. Raz po raz oblizywał usta. Tomek się uśmiechnął i sięgnął do kabury z bronią.

– Niewygodnie się siedzi z klamką u pasa – powiedział.

– Tomek, błagam cię – szepnęła Aneta.

Marek patrzył na pistolet jak zahipnotyzowany. Coraz bardziej się bał.

– Opowiesz mi, jak to jest? – spytał Tomek.

– Co?

– Jak to jest ruchać żonę drugiemu facetowi, i to pod jego dachem? Co się wtedy czuje?

Marek milczał.

Aneta zaczęła płakać. Tomkowi nie było jej żal, brzydził się nią.

– Przestań się mazać – rzucił. – Nie czas na łzy, gdy płoną lasy… Czy jakoś tak.

– Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Tak to szło – sprostował odruchowo Marek.

– Pytał cię ktoś o zdanie?

– Przepraszam.

Tomek wziął głęboki oddech i podniósł broń. Skierował wylot lufy w stronę kochanka żony. Patrzył, jak mężczyzna sztywnieje i wytrzeszcza oczy w panice. Tomek nie zamierzał do niego strzelić, chciał go tylko nastraszyć. Nastraszyć na tyle, aby ostatecznie wybić mu z głowy romansowanie z mężatkami. Już miał zamiar odłożyć broń, gdy nagle stało się coś, czego nie przewidział. Wszystko działo się jak w zwolnionym filmie. Kochanek żony szybkim ruchem poderwał się i rzucił do przodu. Krzesło, na którym siedział, powoli upadło za jego plecami. Tomek odruchowo uniósł broń. Stojąca na stole kawa się rozlała. Aneta wytrzeszczyła oczy, a z jej ust wydobył się krzyk. Policjant nacisnął język spustowy.

Rozdział I

Zaborów, okolice Ścinawy, 29 lipca 2017 r.

Od dwóch miesięcy mieszkali w starym popegeerowskim bloku. Zdecydowali się na wynajęcie tego mieszkania ze względów czysto pragmatycznych – potrzebowali odrobiny spokoju i kasy. Wcześniej mieszkali we Wrocławiu, wynajmowali tam dwa pokoje z kuchnią. Parą byli już cztery lata, mieszkali ze sobą praktycznie od samego początku związku. Mieli jakieś oszczędności i poszukiwali niedrogiego lokum do kupienia. Na wkład własny im wystarczyło, zdolność kredytową także posiadali. Potrzebowali tylko znaleźć coś odpowiedniego, pójść do banku i załatwić formalności. Do tego czasu jednak gdzieś trzeba było mieszkać, najlepiej budżetowo. Spodobało im się mieszkanie w Zaborowie. Kawalerka w starym bloku, w okolicy same gospodarstwa rolne i lasy. Cisza i spokój, brak wielkomiejskiego hałasu. Gdy podpisali umowę najmu, cieszyli się jak dzieci. Odświeżyli nieco wnętrze, wprowadzili się i rozpoczęli poszukiwanie swojego miejsca na ziemi. Czas wolny spędzali na spacerach po okolicznych lasach. Z sąsiadami się nie spoufalali, zresztą ci większość czasu spędzali przed klatką. Praktycznie od ósmej rano dorośli siedzieli na ławkach, popijając kawę. Wieczorem w miejsce kawy pojawiał się alkohol, głównie piwo. Odpalali papierosa od papierosa, podczas gdy dzieci biegały po ruinach dawnego PGR-u. I tak mieszkańcom upływał dzień za dniem. Brak pracy, a na pewno chęci do jej znalezienia, spowodował, że wszyscy byli na utrzymaniu gminy. Zasiłki na dzieci, dofinansowania do czynszu, dary z MOPS-u, jedzenie, paczki… Krzysiek nie rozumiał, jak można żyć w ten sposób. Sam pracował jako grafik komputerowy, czasem łapał też różne fuchy, gdy na przykład komuś trzeba było postawić stronę internetową. Agnieszka miała firmę konsultingową i co jakiś czas wpadały jej zlecenia. Kokosów z tego nie było, ale mogli odłożyć na skromne życie, bez obaw o przyszłość.

Cieszyli się z tego, co mają, nie zazdroszcząc innym. Byli szczęśliwi i żyli w zgodzie. Tak przynajmniej było do wczoraj. Agnieszka była tuż przed okresem, miała zmienne nastroje. Na dodatek jeden z jej kontrahentów wycofał się ze współpracy. Nic nie zapowiadało burzy, jaka rozpętała się później… Najpierw Agnieszka przyczepiła się do jego skarpetek rzuconych na podłogę. Potem awantura przeistoczyła się w regularną bitwę, gdzie w ruch poszły naczynia. Kilka talerzy rozbiła Agnieszka, on rozwalił kubek o ścianę. Kłócili się o wszystko – o swoje dawne związki, podział obowiązków, pieniądze. Kolejne pretensje i żale wyskakiwały jak królik z kapelusza. W końcu Krzysiek stwierdził, że ma tego dość. Wyszedł z mieszkania, trzasnął drzwiami i wsiadł do starego Opla Astry. Pojechał do Ścinawy, kupił dwie półlitrowe butelki wódki i cztery piwa Żubr. Ostatnie, co pamiętał, to moment, gdy otwiera kolejne piwo i zapala papierosa. Resztę wspomnień skryła zasłona urwanego filmu.

Obudził się kompletnie zdezorientowany. Siedział w aucie na szutrowej drodze pomiędzy polami. W ustach czuł kwaśny posmak trawionego alkoholu. W samochodzie śmierdziało wódką, rzygami i papierosami. Na siedzeniu pasażera, w plamie wymiocin, leżała niedopita butelka.

Otworzył okno i zaczerpnął głęboko powietrza. Nieco otrzeźwiony, wysiadł, żeby rozprostować kości. Cała złość, jaką jeszcze wczoraj czuł do Agnieszki, minęła. Postanowił, że zostawi wóz w polu i wróci do domu pieszo. Nie miał pojęcia, jak daleko jest od Zaborowa, ale nie chciał ryzykować jazdy po alkoholu.

Zamknął auto i ruszył w kierunku drogi.

Była wściekła na Krzyśka. Oczywiście zdawała sobie sprawę z tego, że to ona rozpoczęła awanturę i zachowywała się bardziej agresywnie, ale on był facetem. Powinien ją powstrzymać, przytulić i przeprosić. Znał ją wystarczająco długo, by wiedzieć, że przed okresem nie do końca jest sobą. On jednak po prostu wyszedł z mieszkania. Całą noc nie mogła zasnąć. Nasłuchiwała, czy wraca. O szóstej wstała i zrobiła sobie kawę. Gdy wyjrzała przez okno, zwróciła uwagę na to, że na parkingu nie ma ich samochodu. Dwudziestoletni Opel nie był łakomym kąskiem dla złodziei, więc pewnie Krzysiek gdzieś pojechał. Może do Wrocławia. Zawsze w kryzysowych sytuacjach jechał do mamusi.

Sięgnęła po komórkę i wybrała numer swojej siostry.

– Siostra, wiesz, która jest godzina? – usłyszała po krótkiej chwili.

– Obudziłam cię?

– Nie, dopiero wróciłam z imprezy. Jest weekend. Kojarzysz coś takiego? – spytała Paula.

– Nie bądź złośliwa…

– Po prostu wciąż nie rozumiem, dlaczego wyjechałaś na jakieś zadupie.

Agnieszka zaczęła żałować, że pod wpływem impulsu zdecydowała się wykonać ten telefon. Podświadomie wiedziała, że Paula, zamiast jej pomóc, zacznie ją dołować.

– Tłumaczyłam ci już wielokrotnie, dlaczego wyprowadziliśmy się z Wrocławia. Nie ma sensu do tego wracać.

– Dobra, dobra, sorki. Wasza decyzja i mi nic do tego. Lepiej powiedz, co się dzieje.

– Pokłóciłam się z Krzyśkiem.

– Uuu… Coś poważnego?

– Wczoraj wyszedł z domu i nie wrócił. Całą noc go nie było. Martwię się.

– Czyli coś poważnego.

Agnieszka kolejny raz odtwarzała w myślach ich awanturę. Wiedziała, że nie była bez winy.

– Nie… Spokojnie, na pewno wszystko jest okej. Podejrzewam, że zaraz zjawi się w domu. Niepotrzebnie do ciebie zadzwoniłam. Sorki, siostra.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Wiedziała, że Paula jej nie wierzy. Nawet w jej uszach te słowa nie brzmiały zbyt przekonująco.

– Spoko. Ale jakby coś, to dzwoń. Od czego ma się siostrę, nie?

– Dzięki. A co u was?

– W porządku. Przyjedziesz, to sama zobaczysz. Swoją drogą kiedy zamierzasz odwiedzić rodzinkę?

Agnieszka nie miała pojęcia, co powiedzieć. Od kilku tygodni nie była u rodziców. Powinna ich odwiedzić. Może jak wróci Krzysiek i wszystko sobie wyjaśnią, wspólnie zdecydują, kiedy pojadą do Wrocławia.

– W przyszłym tygodniu – rzuciła wymijająco.

– Super. Może wybierzemy się na jakiś shopping? Twój miś zostanie w domu, a my pozwolimy sobie na małe szaleństwo!

– Zobaczymy. Dobra, Paula, idź spać. Dzięki za rozmowę. Pa!

Położyła telefon na stole, sięgnęła po kubek i dopiła zimną już kawę. Spojrzała za okno, w stronę lasu. Pogoda zachęcała do porannego spaceru. Ciekawe, czy są już jakieś grzyby? – zastanowiła się Agnieszka. Niewiele myśląc, wskoczyła w dres. Naszykowała sobie kilka kanapek i przygotowała herbatę do termosu. Wycieczki na grzyby były tradycją w jej domu rodzinnym. Ojciec w każdy weekend sierpnia i września zabierał ich do lasu. Znał tajne miejsca, w których był wyjątkowy urodzaj. Zawsze z takich wypraw przywozili pełne kosze.

Zapakowała termos i kanapki do koszyka, po czym wyszła z domu.

Gdy weszła między pierwsze drzewa, poczuła dreszcz. Zapowiadał się upalny dzień, miało być ponad trzydzieści stopni – już teraz było ze dwadzieścia – nie miała więc pojęcia, skąd to uczucie. Rozejrzała się. Las wyglądał całkiem zwyczajnie, nie było powodów do obaw.

Odetchnęła głęboko i weszła w gęstwinę.

Czuł, że musi to zrobić. Ktoś, kto raz zasmakował krwi, będzie zmuszony smakować jej regularnie. Pierwszy raz zabił sześć lat temu. Umiejętnie pozbył się ciała – do dziś ofiara widniała w policyjnych dokumentach jako zaginiona. Druga, którą załatwił kilka miesięcy po pierwszej, również przepadła bez śladu. Jak to mawiają: nie ma ciała, nie ma zbrodni. Po dwóch zabójstwach zrobił sobie przerwę. Nie chciał poczuć się zbyt pewnie. Brawura wcześniej czy później zaprowadziłaby go za kraty, a tam długo by nie pożył. Obawa przed więzieniem nie była jedynym powodem, dla którego przestał zabijać. Była jeszcze ona – kobieta. Zakochał się i chciał tworzyć rodzinę. To związek sprawił, że nocne polowania przestały go kusić. Dzisiaj jednak znów poczuł ogromną potrzebę. Po prostu musiał ją zaatakować.

Widział, jak wchodziła do lasu. Słyszał, jak się z niego naśmiewała. One wszystkie się naśmiewają. Niby nic nie mówią, ale robią te swoje miny. Miny są najgorsze, okropne, krzyczą do niego! Tamte dwie też robiły miny. Jak je dorwał, zamknął je w piwnicy. Tam miały się zmienić, miały przestać się tak zachowywać. Pierwszą trzymał dwa tygodnie, dostarczał jej pożywienie i napoje. Obserwował ją. Prosił, by nie robiła tych min, wręcz błagał. Tłumaczyła się, że nic takiego nie robi, że nie chce źle, zawodziła, żeby jej nie krzywdził. W pewnym momencie nawet miał zamiar ją wypuścić, ale wtedy znowu zrobiła tę minę – i nie wytrzymał. Udusił ją gołymi rękami. W nocy wywiózł ciało i zakopał je w lesie w okolicy Miłosnej. Po zabójstwie czuł się inaczej. Był spokojniejszy. Nikt już się do niego nie krzywił, nikt go nie wyśmiewał.

Przez kilka miesięcy nic się nie działo. Układało mu się zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Druga ofiara sprowokowała go uśmiechem. Stał za nią w kolejce w Żabce w Lubinie. Gdy podchodzili do kasy, niechcący szturchnął ją koszykiem w udo. Przeprosił, a ona się do niego uśmiechnęła. Nie był to jednak zwyczajny uśmiech, raczej szyderczy grymas. Nie wiedział, jak zareagować. Stał niczym sparaliżowany. Nie słyszał nawet, co mówi do niego kasjerka. Widział tylko tę okropną minę. Patrzył, jak kobieta wychodzi ze sklepu. Zostawił swoje zakupy w koszyku i ruszył za nią. Śledził ją pod sam jej blok. Potem przez kilka dni wracał tam i ją obserwował. Wiedział, o której wychodzi z domu, gdzie pracuje i kiedy kończy. Ustalił, że jest rozwiedziona i mieszka tylko z kotem. W każdy poniedziałek i środę chodziła na siłownię, a we wtorki i czwartki miała zajęcia jogi.

Zaatakował ją w czwartek, kiedy wracała. Obezwładnił za pomocą paralizatora, wciągnął do auta i zawiózł do piwnicy. Trzymał ją w środku zaledwie trzy dni. Czuł, że to specyficzne więzienie spowodowało, że zrozumiała swoje postępowanie. Przestała się z niego naśmiewać, min też już nie robiła. Wypuściłby ją, gdyby nie fakt, że gdy wymieniał jej wiadro na nieczystości, próbowała uciec. Złapał ją i ukarał. Bił ją metalowym prętem po całym ciele. Nie patrzył, gdzie zadaje ciosy, nie liczył, ile ich było. Zupełnie jakby coś w niego wstąpiło. Kiedy wreszcie skończył, odrzucił pręt. Twarz kobiety przypominała miazgę. Miało to swoją dobrą stronę – nie mogła już robić min. Ciało zakopał w środku lasu obok Karczowisk.

Teraz patrzył, jak ta dziewczyna wchodzi do lasu. Słyszał, jak się z niego naśmiewa. To był wręcz krzyk. Nie znał jej, ale wiedział, że jak jej nie uciszy, wszyscy będą z niego drwić. Nie mógł na to pozwolić. Nie mógł też pozwolić, by jej zachowanie pozostało bez kary.

Wszedł za nią do lasu.

Ścinawa, 29 lipca 2017 r.

Nie miał siły podnieść głowy. Nie pamiętał wiele z wczorajszego wieczoru. Służbę skończył około szesnastej; komisariat na tym zadupiu otwarty był w niepełnym wymiarze godzin – potem wszystkie sprawy załatwiała komenda powiatowa w Lubinie. Po robocie poszedł do domu, zahaczając po drodze o sklep monopolowy. Nie musiał nawet mówić, co chce – pani Basia od razu sięgnęła po butelkę Wyborowej i trzy Tyskie. Do stałego zestawu dołożyła paczkę tytoniu Viceroy. Sam skręcał sobie papierosy, wychodziło taniej. Na zadupiu nie zarabiał tyle, ile w terrorze we Wrocławiu, a papierosy były coraz droższe. Po zesłaniu na komisariat w Ścinawie jedyne, co mu pozostało z dawnych lat, to stopień i nazwisko. Wszystko inne zostawił za sobą.

Rozwód z Anetą był szybki. Nie negocjowali – zostawił jej mieszkanie, nie chciał równego podziału majątku. Wyszedł, tak jak stał. Pół roku temu Aneta przyjechała do Ścinawy, aby powiadomić go o śmierci swojego ojca. Była zszokowana jego widokiem. Nie kąpał się od trzech dni, był nieogolony, miał na sobie pomięte dżinsy. Wypili kawę w restauracji i Aneta zdecydowała, że założy mu konto, na które co miesiąc będzie przelewać pięćset złotych. Nie chciał się zgodzić na jałmużnę, jednak stwierdziła, że to rekompensata za całe zło, które mu wyrządziła. Zanim jednak podjęła odpowiednie kroki, on uciekł. Skutecznie zadbał o to, żeby nie mogła się z nim skontaktować. Kilka razy pojawiała się w komisariacie, ale jak dotąd udało mu się jej unikać. Na pogrzeb jej ojca nie dotarł – był zbyt pijany.

Zasłonił lewą dłonią lewe oko i starał się skupić wzrok na jakimś elemencie wyposażenia pokoju. Musiał przyznać przed samym sobą, że ciągle jeszcze był pijany. Nie chciało mu się wstawać, ale czuł, że musi skorzystać z toalety. Nie mógł zlać się w spodnie. Miał jeszcze odrobinę honoru, nie był zwykłym obszczymurem. To, że trafił na samo dno, nie usprawiedliwiałoby zlania się w spodnie. Dochodziła dziewiąta rano. Zła pora na cokolwiek, zwłaszcza na zlanie się w gacie.

Wstał, starając się zachować równowagę. Trzymając się ściany, ruszył w stronę toalety. Podniósł deskę i zaczął sikać. Nie potrafił skoordynować ruchów, więc sporo moczu trafiło na podłogę wokół sedesu. Gdy skończył, puścił głośnego bąka. Zapiął rozporek i wyszedł z łazienki.Dotarłszy do kuchni, uświadomił sobie, że nie umył rąk.

– Chuj z tym… – mruknął pod nosem.

Przestraszył się swojego głosu. Brzmiał obco. Od papierosów i alkoholu miał chrypkę. Podszedł do szafki i wyjął kubek. Nie był najczystszy, ale nadawał się. Nasypał do niego trzy kopiaste łyżeczki kawy. Lubił czarną, mocną, sypaną. Taką podpijał ojcu, kiedy jeszcze był dzieckiem. Wstawił wodę, usiadł przy stole i wyjął z papierośnicy papierosa.

– Komisarz Tomasz Świderski, ksywa „Świder”. Kurwa, ja pierdolę – powiedział do siebie. – Chłopie, jesteś zerem.

Zaciągnął się i wstał, żeby zalać kawę. Wyjrzał przez okno na centrum Ścinawy. Nic go tu nie trzymało, nie miał tu przyjaciół, rodziny. Koledzy z komisariatu bardziej go tolerowali, niż lubili. Z nikim się nie zaprzyjaźnił, nawet nie miał takiego zamiaru. Stare relacje z Wrocławia zmarły śmiercią naturalną. Początkowo kumple jeszcze dzwonili, pytali, co u niego. Kaczorowski nawet go tu odwiedził. Ale z czasem wszystko ucichło, a on został sam.

W komisariacie nie zlecali mu żadnych trudniejszych spraw. Trzymali go raczej ze względu na stare czasy, kiedy był jednym z lepszych śledczych w województwie.

Zgasił papierosa w zlewie i napił się kawy. Postanowił, że dzisiaj postara się być trzeźwy. Zdawał sobie jednak sprawę, że nie dotrzyma słowa i napije się jeszcze przed wieczorem. Każdego dnia tak postanawiał – i każdego dnia scenariusz się powtarzał.

Zaborów, okolice Ścinawy, 29 lipca 2017 r.

Zaniepokoiła go panująca w mieszkaniu cisza. Spodziewał się, że zastanie Agnieszkę, że wszystko spokojnie sobie wyjaśnią, dziewczyny jednak nie było. Wszedł do kuchni i pozmywał zalegające w zlewie naczynia. Gdy skończył, postanowił wziąć prysznic. Musiał zmyć z siebie odór alkoholu, papierosów, a przede wszystkim wymiocin. Pod prysznicem długo się szorował, żeby pozbyć się smrodu.

Poszedł do pokoju z zamiarem zadzwonienia do Agnieszki, gdy zauważył jej telefon leżący na stole. Zdziwiło go to. Aga nigdzie nie ruszała się bez komórki. Nawet gdy szła na zakupy, wrzucała aparat do kieszeni.

Wrócił do kuchni i przygotował sobie śniadanie. Nie miał apetytu, ale wiedział, że na kaca powinien coś zjeść, inaczej pojawi się ból głowy. Postanowił usmażyć jajecznicę. Pojedynczo, tak jak nauczyła go matka, wbijał do miseczki jajka – w sumie trzy – i przelewał je na patelnię.

Kilka razy zatrzymywała się i odwracała. Pierwszy raz w życiu miała obawy, przebywając w lesie. Jako dziecko wielokrotnie chodziła z ojcem na takie eskapady i nigdy nie czuła lęku. Nie wierzyła w bajki o wilkach pożerających małe dziewczynki, złych czarownicach czy innych leśnych stworach. Była przekonana, że najgorsze, co może ją tu spotkać, to ugryzienie przez kleszcza lub pokąsanie przez mrówki.

Dzisiaj jednak było inaczej. Serce biło jej szybciej niż zwykle. Każdy odgłos, którego źródła nie potrafiła zlokalizować, przyprawiał ją o drżenie nóg. Kilka razy nawet zawołała cicho: „Jest tam ktoś?”, ale oczywiście nikt jej nie odpowiedział. Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się niedorzecznie. Gdyby ktoś tu był i miał zamiar ją skrzywdzić, odpowiedź na to pytanie byłaby równie prawdopodobna jak lądowanie kosmitów na polanie pod lasem.

Stanęła za drzewem i uważnie lustrowała ścieżkę, którą tu przyszła. Chciała się upewnić, że nikt się za nią nie skrada. Wytężała wzrok. W myślach liczyła sekundy, odkąd się zatrzymała. Doliczyła do dwustu i wzięła głęboki oddech. Nie czyhało na nią żadne niebezpieczeństwo. Uspokoiła się na tyle, że postanowiła zjeść śniadanie. Wyciągnęła z koszyka kanapkę z żółtym serem i usiadła na pobliskim pniaku. Jedząc, co jakiś czas rozglądała się dookoła, jednak w zasięgu wzroku nie było nikogo. Odkręciła termos i powoli nalała sobie herbaty do kubka. Już miała upić łyk, gdy usłyszała trzask łamanej gałęzi. Poderwała się z miejsca, czując, jak serce znów jej przyśpiesza. Kubek z gorącą herbatą wypadł jej z rąk. W odległości jakichś ośmiu metrów od niej stał lis, uważnie ją obserwując.

– Aleś mnie przestraszył, lisku – powiedziała cicho, po czym zaśmiała się sama z siebie. – No dobra, zmykaj już.

Usiadła z powrotem i sięgnęła po kubek. Otrzepała z niego fragmenty poszycia i ponownie go napełniła.

– Widzisz, las ci krzywdy nie zrobi – powiedziała do siebie cicho.

Upiła kilka łyków herbaty i zaczęła jeść kanapkę. Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna. Po chwili znów usłyszała odgłos łamanej gałązki – pewnie lis postanowił się oddalić. Tym razem jednak nie zwróciła na to uwagi.

Wciąż te miny. Krzyczały w jego głowie. Szedł za nią, wyczekując sprzyjającego momentu do ataku. Miał zamiar zabrać ją do piwnicy i oduczyć strojenia tych okropnych min. Kilkakrotnie chował się za drzewami, gdy ona zaczynała się nerwowo rozglądać. Nie widziała go – za każdym razem zdążył się schować. Słyszał jednak, jak się z niego naśmiewa, jak szydzi. Z całej siły złapał się za głowę, starając się stłumić jej głos rozchodzący się w czaszce. Miał dość. Usiadł na ziemi i zaczął się kiwać w przód i w tył. Nie obchodziło go, czy ktoś go widzi. Nie interesowało go nic z wyjątkiem tego, co działo się w jego mózgu. Dziewczyna co chwila się śmiała, mówiła, że jest nieudacznikiem, kompletnym zerem. Kpiła z jego męskości. Kpiła z jego wyglądu. Nie mógł na to pozwolić. Chciał sprawić, że zamilknie.

Wstał i rozejrzał się dookoła. Nigdzie jej nie widział. Przeszedł kilka kroków i ponownie się zatrzymał. Wytężył słuch. Cisza. Nie słyszał niczego poza własnym przyspieszonym oddechem. Nawet ptaki przestały śpiewać. Zastanawiał się, czy leśne zwierzęta zdają sobie sprawę z jego obecności. Czy wiedzą, że w ich domu pojawił się najgroźniejszy drapieżnik – on. Zdecydował się wrócić do domu. Gdzieś zgubił tę dziewczynę. Przynajmniej nie słyszał już, jak się z niego naśmiewa.

Splunął na ziemię i wyciągnął z kieszeni papierosy. Palił rzadko, ale teraz miał ochotę. Włożył jednego do ust i już zamierzał odpalić zapalniczkę, gdy za plecami usłyszał trzask łamanej gałęzi. Odwrócił się. W odległości jakichś trzydziestu metrów od niego stał lis i patrzył w dal. Podążył za wzrokiem leśnego drapieżnika i wtedy ją zobaczył. Zerwała się z pieńka i odwróciła się. Schylił się szybko, żeby go nie zauważyła. Wstrzymał oddech. Wiedział, że jest za daleko, by mogła cokolwiek usłyszeć, ale wolał być ostrożny. Miał wrażenie, że jego serce bije równie głośno jak przejeżdżający wiaduktem pociąg.

Z ukrycia patrzył, jak dziewczyna się odwraca i siada z powrotem na pniaku. Lis powoli się oddalił. Wtedy podniósł się i ruszył w jej stronę. Zajdzie ją od tyłu. W kieszeni spodni miał pałkę teleskopową; zawsze nosił ją przy sobie. Kiedyś używał paralizatora, ostatnio jednak preferował pałkę. Była bardziej poręczna. Wyciągnął ją i rozłożył jednym szybkim ruchem. Powoli podchodził do siedzącej i popijającej herbatę kobiety. Podniósł pałkę nad głowę, zamierzając uderzyć siedzącą w kark. Zrobił krok do przodu, aby cios był bardziej precyzyjny. Stawiając stopę, nadepnął na jakąś gałązkę. Sekundę później uderzył.

Po śniadaniu obszedł wszystkich sąsiadów. Nikt nie potrafił mu powiedzieć, co stało się z Agnieszką, widział jednak ich pełne politowania uśmiechy. Stanął przed blokiem, zastanawiając się, co robić. Po chwili z budynku wyszedł Mateusz Karpiński spod dwójki. Usiadł na ławce, postawił kubek z kawą na stoliku obok i wyjął z kieszeni papierosy. Zapalił jednego, po czym splunął na chodnik. Krzysiek schował się za garaż i dyskretnie obserwował sąsiada. Już wcześniej, gdy z nim rozmawiał, widział, że ten dziwnie się uśmiecha. Niby nic konkretnego, ale nie dawało mu to spokoju.

Po jakimś czasie z sąsiedniej klatki wyszedł Marian Kryska i otworzył bagażnik starego Forda Escorta. Z wnętrza wyjął czteropak Żubra i podszedł do Karpińskiego. Podał mu rękę na przywitanie, postawił czteropak na stole, a potem otworzył jedną puszkę.

– Słyszałeś? – spytał Karpiński.

– O czym?

– Ten nowy szuka swojej gwiazdy. Chyba mu spierdoliła. Ha, ha, ha!

– Nie interesi mnie ten frajer. Dopóki nie wpierdala mi się w paradę i czasem pożyczy zeta, niech robi, co chce. A jak coś spierdoli, wyłapie wpierdol. Chuj z nim. W kryminale nie z takimi sobie radziłem.

Karpiński wziął łyk piwa i odstawił puszkę na stół. Głośno beknął, odcharknął i splunął na ziemię gęstą zieloną flegmą. Krzyśkowi zrobiło się niedobrze. Takie zachowanie zawsze budziło w nim odrazę.

– Jak do mnie przylazł, zastanawiałem się, czy mu nie powiedzieć, że widziałem ją, jak lazła do lasu.

– Stary, serio mnie to nie interesuje – warknął Kryska.

– A ty, sąsiad, co taki podkurwiony jesteś?

– A, bo muszę, kurwa, papę położyć na dach garażu, bo jak przyjdą deszcze, to wszystko mi w środku zaleje.

– To z ciebie taki Bob Budowniczy? – Karpiński zarechotał. – Tylko się nie przepracuj!

– Spierdalaj. – Marian wstał z ławki.

Obserwujący całą sytuację z ukrycia Krzysiek zastanawiał się, w jakim celu Agnieszka poszła do lasu. Nie chcąc się zdradzić z tym, że podsłuchiwał sąsiadów, ruszył w przeciwną stronę, by za garażami przemknąć w stronę lasu.

Zaczął się martwić. Wiedział, że Agnieszka potrafi się poruszać po lesie, ale i tak czuł obawę.

Ręszów, okolice Ścinawy, 29 lipca 2017 r.

Odzyskała przytomność w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Nie wiedziała, gdzie się znajduje. Pamiętała tylko odgłos łamanej gałęzi, a potem wszystko spowiła ciemność. Potwornie bolała ją głowa. W nozdrza uderzył ją odór moczu i stęchlizny. Poruszyła ręką i zauważyła, że jest przykuta do ściany grubym i długim łańcuchem. Na nadgarstku miała szeroką metalową obejmę. Dotknęła potylicy i poczuła lepką wilgoć we włosach. Syknęła, bo ból wzmógł się do granic wytrzymałości.

Nie wiedziała, od jak dawna znajduje się w tym miejscu. Pamiętała, że w sobotę poszła na grzyby… Była zła na Krzyśka… Rozmawiała z siostrą i pożaliła się jej na swój los… Pamiętała też, jak w lesie wystraszył ją lis. Ale co było dalej, tego nie wiedziała.

Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do mroku, rozejrzała się dokoła. W pomieszczeniu nie było okien; dziura po jednym, które musiało się tu kiedyś znajdować, została zamurowana. Można się było stąd wydostać tylko przez drzwi. Podeszła bliżej i ich dotknęła. Były solidne, obite blachą. Od wewnątrz nie miały żadnej klamki ani zamka. Podejrzewała, że zamknięcie znajduje się na zewnątrz.

Na podłodze leżał materac, a na nim stary, spleśniały koc. W kącie stało wiadro na nieczystości. Domyśliła się, że dawno nie było opróżniane, bo zapach moczu aż dusił. Zdała sobie sprawę, że sama też będzie musiała z niego korzystać. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz korzystała z toalety, ale nie miała poplamionych spodni, co znaczyło, że nie przebywa tu dłużej niż kilka godzin.

Pomieszczenie miało może dwadzieścia metrów kwadratowych. Pod jedną ze ścian zalegała hałda gruzu, spomiędzy którego wystawały kawałki blachy. Na wprost drzwi kiedyś musiał stać piec, bo w suficie widniała charakterystyczna dziura. Zastanawiała się, czy dałaby radę wspiąć się przewodem kominowym. Będzie musiała spróbować, o ile tylko zdoła uwolnić się od tego łańcucha.

Ścinawa, 29 lipca 2017 r.

Przez większość dnia kręcił się bez celu po mieście. Tak jak sobie rano obiecał, nie tknął alkoholu. Było mu ciężko, ale zrobił wszystko, by wytrwać w postanowieniu. Był z siebie dumny. Chciał nawet uczcić sukces małpką Wyborowej. Służbę zaczynał dopiero w poniedziałek, więc miał dwa dni wolnego. Zresztą w komisariacie cieszył się specjalnym traktowaniem. Komendant nie zlecał mu trudnej roboty – widocznie zdawał sobie sprawę, że Tomek mógłby nie podołać. I bynajmniej nie chodziło tu o brak umiejętności, bo tych nikt nie mógł mu odmówić, raczej o ryzyko, że w trakcie pracy schleje się w trupa. Dlatego do jego zadań należało głównie ściemnianie, że coś się robi. I pomyśleć, że jeszcze parę lat temu nie mógłby usiedzieć na miejscu. Był typowym psem gończym, który jak złapał trop, podążał za nim do skutku – czyli do momentu ujęcia sprawcy. Dawne dzieje… Teraz miał wszystko gdzieś. Odliczał już tylko czas do emerytury. Potem – ku uldze swojej, komendanta i innych policjantów ze ścinawskiego komisariatu – odejdzie na zasłużony odpoczynek i będzie mógł pić o każdej porze dnia i nocy.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła siedemnasta, więc mógł już spokojnie udać się do monopolowego. Czasomierz był prezentem od komendanta głównego policji w nagrodę za zatrzymanie sprawcy kilku bestialskich zabójstw we Wrocławiu. Dziesięć lat temu w stolicy województwa grasował mężczyzna, który za cel upatrzył sobie młode kobiety wracające z nocnych klubów. Znaleziono w sumie pięć ofiar, brutalnie zgwałconych i zamordowanych. Po drugim zabójstwie podjęto decyzję o utworzeniu zespołu specjalnego, który miał się zajmować wyłącznie tą sprawą. Z wydziału terroru kryminalnego oddelegowano jego i Wojtka „Wojasa” Zielińskiego. W sumie w zespole było dziesięciu najlepszych gliniarzy z województwa. Na dowódcę jednostki wybrano nadkomisarza Marcina Górskiego, doświadczonego śledczego. Górski jednak szefował zespołowi zaledwie trzy dni, potem trafił do szpitala z zawałem. Schedę po nim przejął Tomek. Nie żeby się pchał, po prostu tak zdecydowała góra. Przez kilka kolejnych tygodni prowadzili żmudne czynności śledcze, przesłuchiwali podejrzanych, rozpytywali świadków, szukali jakiejkolwiek nitki, po której mogliby dojść do kłębka. Pół roku po pierwszym zabójstwie odnaleziono ostatnią ofiarę mordercy, którego operacyjnie nazwano Nocnym Łowcą. Ostatnią, bo już dwie godziny po odkryciu zwłok wytypowano sprawcę. Trafili idealnie. Zabójca, młody Ukrainiec, od razu przyznał się do winy, ze szczegółami opisując okoliczności każdej ze zbrodni. Nawet nie musieli go szczególnie dociskać. Ślady pozostawione w miejscach odnalezienia zwłok pasowały idealnie. Petro, bo tak miał na imię, trafił do aresztu. Niestety nie doczekał wyroku. Został znaleziony powieszony w celi wrocławskiego aresztu. Za złapanie psychopaty każdy członek zespołu dostał nagrodę pieniężną – pięćset złotych – od ministra resortu, a Tomek dodatkowo jeszcze zegarek.

Patrzył teraz na ostatni dowód swojego profesjonalizmu z dawnych czasów. Nic więcej mu nie zostało.

Był na siebie zły. Gdyby wczoraj nie wyszedł, Agnieszka teraz byłaby w domu. Tymczasem minęła szesnasta, a ona nie wracała. Przecież nikt nie zbiera grzybów przez cały dzień. Do żadnego z sąsiadów nie poszła, bo z nikim nie utrzymywali kontaktów. Do Wrocławia też na pewno nie pojechała – w mieszkaniu została jej torebka z dokumentami i pieniędzmi. Znowu zaczął się martwić. Na dodatek doskwierał mu kac. Głowa mu pękała, pomogły dopiero cztery tabletki Apapu.

W końcu postanowił przejść się po wsi i popytać mieszkańców. Może ktoś zabrał Agnieszkę do Ścinawy albo Lubina. Obszedł całą okolicę, nigdzie jednak nie znalazł śladu dziewczyny. Nikt też jej nie widział. Postanowił, że podejdzie do Ścinawy i zgłosi zaginięcie. W sumie to raptem osiem kilometrów.

Spacer dobrze mu zrobił – całkowicie wytrzeźwiał i nabrał nowych sił. Przed komisariatem stanął jak zamurowany. Kartka na drzwiach informowała, że posterunek jest czynny w dni robocze do osiemnastej, natomiast w weekendy jest zamknięty.

– Noż kurwa mać! – zaklął głośno, zwracając na siebie uwagę jakiejś starszej kobiety. – Przepraszam… – rzucił, gdy ta spojrzała na niego spod byka.

Jeszcze raz przyjrzał się kartce. Widniała na niej informacja, że poza godzinami urzędowania komisariatu w Ścinawie w pilnych sprawach należy się kontaktować z Komendą Powiatową Policji w Lubinie. Na kolejny spacer, tym razem szesnastokilometrowy, nie miał ochoty. Postanowił zgłosić zaginięcie Agnieszki telefonicznie.

Wyciągnął wysłużonego Samsunga Wave 533 i połączył się z internetem. Bardzo szybko znalazł w wyszukiwarce numer do oficera dyżurnego. Wybrał go i czekał.

– Komenda Powiatowa Policji w Lubinie, komisarz Marek Opaliński, w czym mogę pomóc?

– Dzień dobry, chciałbym zgłosić zaginięcie narzeczonej – powiedział bez zbędnych wstępów.

– Pana dane?

– Krzysztof Majewski.

– Proszę zgłosić się w komendzie osobiście.

– Nie mam jak dojechać. Właśnie dlatego dzwonię.

– No dobrze. Kiedy osoba zaginęła?

– Rano już jej nie było. Wróciłem… Wczoraj się pokłóciliśmy i wyszedłem z domu. Jak rano wróciłem, już jej nie było.

– Rozumiem, że zaginęła w dniu dzisiejszym, tak?

– Tak.

– W jakim wieku jest zaginiona?

– Dwadzieścia osiem lat.

– Panie Krzysztofie, zacznijmy od tego, że nie ma pewności, czy zaginiona nie pojechała do kogoś z rodziny czy znajomych. Może być na pana zła i dlatego nie daje znaku życia. Poza tym są pewne procedury…

– Chodzi o to, że zaczynacie szukać dopiero po upływie dwudziestu czterech godzin, tak? – Krzysiek wszedł policjantowi w słowo.

– Nie, to akurat nieprawda. Poszukiwania zaczynamy niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia. Musimy tylko ustalić, czy istnieje zagrożenie życia osoby zaginionej, czy może jej zaginięcie jest wynikiem zwykłego nieporozumienia.

– Aha…

– A procedury, o których wspomniałem, to wypełnienie kwestionariusza, dostarczenie nam zdjęcia zaginionej i oficjalne złożenie zawiadomienia. Istnieje też możliwość, że wysłany zostanie do pana radiowóz i zgłosi pan zaginięcie załodze, niemniej tak robimy raczej w przypadku zaginięcia dzieci. Na pana miejscu wstrzymałbym się do jutra. Może partnerce przejdzie złość i po prostu wróci.

Krzysztof zastanawiał się przez chwilę. Policjant miał rację. Może się okazać, że Agnieszka chciała zrobić mu na złość i pojechała do Wrocławia. Telefon i dokumenty mogła zostawić celowo, żeby się martwił. Tylko dlaczego sąsiad widział ją, jak szła do lasu. A może się pomylił?

– Halo, jest pan tam? – usłyszał głos w słuchawce.

– Tak, tak, jestem. Ma pan rację. Może się okazać, że niepotrzebnie robię zamieszanie. Jeśli moja dziewczyna nie wróci do domu w najbliższym czasie, zgłoszę się na komisariat.

– Proszę się nie martwić. Większość przypadków zaginięć kończy się szczęśliwie.

– Dziękuję, do widzenia.

Krzysiek schował telefon do kieszeni i zamierzał wrócić do domu. Zanim jednak ruszył w drogę powrotną, postanowił kupić coś do picia. Wszedł do pobliskiego sklepu i sięgnął po butelkę Pepsi stojącą na półce. Wtedy usłyszał z boku znajomy głos:

– Jak tam sąsiad? Znalazłeś swoją zgubę?

Odwrócił się i zobaczył sąsiada z klatki obok. Nie pamiętał jego imienia, ale facet wydawał się sympatyczny.

– Nie. Chciałem zgłosić jej zaginięcie, ale komisariat jest otwarty tylko w tygodniu, a i to w określonych godzinach. Poza nimi Ścinawa staje się miastem bezprawia.

– No tak, w nocy to z Lubina przyjeżdżają.

– Właśnie do nich dzwoniłem. Powiedziałem, że trochę się pokłóciliśmy, a dyżurny na to, że jak jej przejdzie złość, to wróci.

– W takim razie nie ma wyjścia, trzeba czekać. – Sąsiad wzruszył ramionami i dodał: – Dobra, ja spadam. Powodzenia.

– Dziękuję – powiedział Krzysiek, kierując się w stronę kasy.

Stał za regałem z piwem i przysłuchiwał się rozmowie dwóch mężczyzn. Żadnego z nich nie znał, ale zawodowo zwrócił uwagę na to, o czym rozmawiali. Kobieta jednego z nich zaginęła i chłopak narzekał na godziny urzędowania miejscowego komisariatu. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc te utyskiwania. Koleś nie zdawał sobie sprawy, że policji nie stać na utrzymanie posterunków na zadupiu. Kiedyś, jak była Milicja Obywatelska, nikt się nie liczył z kosztami. Nawet w najbardziej zapadłej dziurze miało być bezpiecznie. Władza musiała trzymać rękę na pulsie w obawie, aby reakcja nie zaatakowała na prowincji. Teraz wszystko wygląda inaczej. Władzy jako takiej już nie było, reakcji także. Czasy się zmieniały, a wraz z nimi priorytety.

W sumie nie wiedział, w jakim celu podsłuchuje rozmowę dwóch obcych mu ludzi. Zaginięcie nie zostało nawet oficjalnie zgłoszone, nikt mu nie przydzielił tej sprawy.

Patrzył, jak chłopak płaci za zakupy i wychodzi.

– Ej, mistrzu, poczekaj! – zawołał za nim.

Młody zatrzymał się i utkwił w nim wzrok. Widać było, że próbuje sobie przypomnieć, czy się znają. Otworzył butelkę pepsi i wziął łyk. Wtedy Świderski podszedł bliżej.

– Słyszałem, że narzekał pan na pracę miejscowego komisariatu – zaczął.

– A pan to tak z czystej ciekawości podsłuchuje cudze rozmowy czy w jakimś celu?

– Jestem policjantem. Komisarz Tomasz Świderski. Słyszałem też, że ma pan problem. Zaginęła panu dziewczyna. Zgadza się?

Chłopak lustrował go uważnie. Tomek zdawał sobie sprawę, że jego niechlujny wygląd nie wzbudza zaufania. Nie wyglądał na gliniarza – raczej na kogoś, kto potrzebuje kilku złotych na piwo.

– Pan jest policjantem?

– Ostatnio trochę się zapuściłem, ale mniejsza z tym. Słyszałem, że chciał pan zgłosić zaginięcie dziewczyny, ale dyżurny kazał się panu wstrzymać.

– No i?

– Niech mi pan wszystko dokładnie opowie. Przejdźmy się – zaproponował Świderski. – Tam, kawałek dalej, są ławki.

– No dobrze…

Poszli w stronę niedużego parku. Chłopak trochę się ociągał, widać było, że raczej mu nie ufa.

– Niech pan siada – powiedział Świderski, gdy zatrzymali się przy ławce.

Majewski usiadł, ale widać było, że jest spięty. Nie do końca mu wierzył. Świderski nie miał mu tego za złe.

– Tutaj jest moja legitymacja policyjna. – Wyciągnął blachę.

– Takie same można kupić na odpuście. Ma pan też plastikowy pistolet?

– Nie, taki na kapiszony. Panie…

– Krzysztof.

– Panie Krzysztofie, nie zaczepiłem pana, bo nie mam do kogo gęby otworzyć. Chcę panu pomóc.

– Dlaczego?

– Bo wiem, że… Mam przeczucie…

– I tak bezinteresownie chce mi pan pomóc? Ilu osobom pomógł pan tak wcześniej? – Krzysiek nadal był sceptyczny.

– Pan jest pierwszy. Wiem, że głupio to brzmi, ale taka jest prawda.

Majewski przyglądał mu się uważnie. Widać było, że kalkuluje, czy powinien mu zaufać. Po chwili skinął głową.

– Dobra. Od czego mam zacząć?

Świderski po raz pierwszy od dawna poczuł się znów prawdziwym śledczym.

Ręszów, okolice Ścinawy, 29 lipca 2017 r.

Nie mogła dłużej wytrzymać, musiała skorzystać ze stojącego w kącie wiadra. Podeszła bliżej i rozejrzała się czujnie. Nie wiedziała, czy gdzieś tu nie ma ukrytej kamery, czy ktoś jej nie obserwuje. Może nawet wrzuca filmiki z nią do sieci? Doszła jednak do wniosku, że ten, kto ją tu więził, prawdopodobnie miał wobec niej inne plany.

Zsunęła spodnie dresowe razem z majtkami i kucnęła nad wiadrem. Już po chwili poczuła ulgę. Ponieważ w zasięgu wzroku nie znalazła niczego, czym mogłaby się podetrzeć, podciągnęła dresy. W tym samym momencie usłyszała skrzypienie otwieranego zamka. Czuła, jak serce jej przyspiesza.

– I co? Dalej ci jest do śmiechu? – rozległo się zza uchylonych drzwi.

– Nie rozumiem… – szepnęła przerażona. Jej głos brzmiał niewyraźnie.

– Czego, kurwa, nie rozumiesz? Znowu zaczynasz? Masz mnie za głupka? Jestem głupkiem? Czy według ciebie jestem głupi? Odpowiedz mi, do cholery…

– Nie, nie uważam pana za głupka – zaprzeczyła. – Nie znam pana i wcale nie zamierzałam pana urazić. – Poczuła, jak zaczynają jej drżeć nogi. Wzdłuż kręgosłupa ściekał jej zimny pot. Potwornie się bała.

– To dlaczego ciągle się śmiejesz? – warknął mężczyzna, wchodząc głębiej do piwnicy.

Był wysoki i mocno zbudowany. Szeroki w barkach, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami. Na pewno ważył ponad sto kilogramów. Na głowie miał kominiarkę, więc nie widziała jego twarzy. Podszedł do niej i popatrzył jej prosto w oczy.

– Proszę pana… – Przełknęła głośno ślinę. – Nie mam pojęcia, o co chodzi. Obiecuję, że jak mnie pan wypuści, nikomu o niczym nie powiem.

Mężczyzna milczał przez dłuższą chwilę. Nagle odwrócił się od niej i chwycił za głowę. Skulił się i zaczął kiwać, jakby miał chorobę sierocą. Zastanawiała się, czy ma szanse uciec. Wiedziała, że nie może tu zostać. Tylko jak miała się uwolnić z pętającego ją łańcucha?

– Zamknij się, kurwa…

Głos mężczyzny kompletnie ją zaskoczył. Nie spodziewała się takiej reakcji. Po chwili mięśniak wstał i uderzył ją z otwartej dłoni w twarz. Poczuła w ustach metaliczny smak krwi. Wiedziała, że rozciął jej wargę i naruszył ząb.

– Przestań już! – wrzasnął. – Nie rób tych min!

Była kompletnie zdezorientowana. Nie wiedziała, jak się ma zachować. Bała się coraz bardziej. Jej oprawca najwyraźniej był niezrównoważony psychicznie, zupełnie nieobliczalny.

– Przepraszam… – szepnęła.

Pokiwał głową na znak, że przyjął przeprosiny.

– Zaraz przyniosę ci wodę i coś do jedzenia – rzucił.

– Czy mógłby pan mi zdjąć ten łańcuch? Nie ucieknę, nie mam jak, a od tej obręczy strasznie boli mnie ręka…

Przez kilka sekund patrzył na nią uważnie. W końcu odparł:

– Jak będziesz grzeczna, zastanowię się. A teraz czekaj, aż przyniosę żarcie.

Ścinawa, 29 lipca 2017 r.

Rozmowa z policjantem pomogła mu, choć Krzysiek na początku był wobec niego sceptyczny. Świderski potwierdził, że większość zaginięć kończy się szczęśliwie. Zaledwie kilka procent zaginionych znika bezpowrotnie i ryzyko, że Agnieszka znajdzie się w tym gronie, było znikome. Ta informacja sprawiła, że poczuł ulgę.

Siedział na ławce i palił papierosa. Do Zaborowa nie chciał wracać. Nie wyobrażał sobie, że spędzi noc w pustym mieszkaniu. Nie chciał też natknąć się na któregoś z sąsiadów. Czuł do nich żal. Jak sami czegoś potrzebowali, potrafili być mili, zagadać, nawet papierosem poczęstować. Ale jak nie mieli interesu, mijali go bez słowa, czasem nawet odwracali głowę.

Pamiętał, jak kiedyś w nocy jeden z sąsiadów przyszedł pożyczyć bezpiecznik prądowy. Krzysiek nie namyślał się długo – po prostu wyjął bezpiecznik z szuflady i mu dał. Trzy tygodnie później sam znalazł się w identycznej sytuacji. Niestety nie dostał wsparcia od sąsiada. Mało tego – nikt w całym bloku nie miał zapasowego korka. Cały wieczór, noc i poranek nie mieli z Agnieszką prądu. Dopiero w południe pojechał do Lubina i w Castoramie zaopatrzył się w kilka zapasowych bezpieczników. To wtedy postanowił, że nigdy więcej nie pożyczy nic sąsiadowi.

Rzucił niedopałek na ziemię i zgasił go butem. W tym samym momencie dotarło do niego, że jednak musi wrócić do Zaborowa. Przecież Agnieszka już dawno mogła być w domu. Może siedzi przed telewizorem jakby nigdy nic, a on niepotrzebnie się zamartwia.

Wstał i ruszył w stronę wsi.

Wrócił do domu i otworzył butelkę Wyborowej. Musiał się napić. Zastanawiał się, czy nie popełnił błędu, rozmawiając z tym chłopakiem. Nie wpłynęło oficjalne zawiadomienie o zaginięciu, więc teoretycznie nie miał powodu, by angażować się w tę sprawę. A jednak czuł, że powinien. Starał się uspokoić tego Majewskiego, tłumaczył mu, że ryzyko, iż dziewczynie stało się coś złego, jest znikome, choć sam nie był tego pewny. Tak naprawdę coś mu mówiło, że narzeczona chłopaka jest w niebezpieczeństwie. Szósty zmysł podpowiadał mu, że ma coraz mniej czasu. Będzie musiał jeszcze raz spotkać się z Krzyśkiem i uzyskać więcej informacji. Jeśli Agnieszka nie wróci do poniedziałku, trzeba będzie oficjalnie zacząć poszukiwania.

Nalał sobie wódki do kieliszka i wypił jednym haustem. Nawet się nie skrzywił. Alkohol nie działał już na niego tak jak dawniej, nie licząc efektów samego upicia się i morderczego kaca. W sumie nie czuł już smaku wódki. Zastanawiał się, czy z jego kubkami smakowymi wszystko jest w porządku. Pił, bo lubił, a nie dlatego, że mu smakowało. Na stare lata smakoszem nie zostanie.

Musiał coś zjeść. Picie na pusty żołądek w jego wieku nie było dobrym pomysłem. Poszedł do kuchni i otworzył lodówkę. Chwilę patrzył na jej zawartość, zastanawiając się, po co sięgnąć. Do wyboru miał starą pasztetową, kupioną z dwa tygodnie temu, paczkę parówek z Biedronki i serek wiejski. Na twaróg nie miał ochoty, pasztetowej ufał nie bardziej niż kilka lat wcześniej żonie. Pozostały tylko parówki. Otworzył opakowanie i powąchał zawartość. Zapach był całkiem znośny. Wyciągnął jedną, odwinął z folii i zaczął jeść. Żałował, że nie ma pieczywa ani musztardy. Mimo wszystko jadł łapczywie, odgryzając duże kawałki. Przełykał, nie trudząc się ich rozgryzaniem. Już po chwili sięgnął po kolejną parówkę. Wiedział, że musi napełnić żołądek, zanim zacznie pić na dobre. Bo to, że zacznie, było tak pewne jak to, że po nocy przychodzi dzień. Miał tylko nadzieję, że dzisiaj zaśnie w łóżku, a nie gdzieś pomiędzy toaletą a pokojem.

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Piotr Kościelny, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze w tej edycji.

ISBN: 9788384301586

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział I

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści