Bezsilna - Piotr Kościelny - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Bezsilna ebook i audiobook

Kościelny Piotr

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Komisarz Sokołowski, wrocławski policjant z wieloletnim doświadczeniem, trafia na pozornie spokojną prowincję – do Wschowy, gdzie największe przestępstwa to znikające z piwnic słoiki. Wydaje się, że nic go tu nie zaskoczy, ale spokój bywa złudny.

Gdy młoda matka odbiera sobie życie, w Sokołowskim budzi się instynkt śledczego – coś w tej sprawie nie daje mu spokoju. W tym samym czasie w okolicy zaczyna kiełkować prawdziwe zło, gdy niepozorny lokalny złodziej nagle zmienia się w bezwzględnego oprawcę.

Czy komisarzowi uda się odkryć, co tak naprawdę doprowadziło samobójczynię do ostatecznego kroku? I czy zdoła powstrzymać zbrodniarza, zanim spirala przemocy pochłonie kolejne niewinne istnienia?

Bezsilna to hipnotyzujący portret miejsca, gdzie zło nie krzyczy – ono cicho rośnie tuż pod skórą codzienności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 468

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 55 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
4,5 (315 ocen)
234
43
16
16
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
urszula88

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczna. Wstrząsająca. Poruszajaca. Polecam.
30
Marietta91

Nie oderwiesz się od lektury

Mocna książka! Nie zawiodłam się, jak zwykle sztos
30
Vlip2021

Z braku laku…

Można to przeczytać, ale serio nie warto. Randomowe historie z życia policjantów, brak sensu, brak fabuły, mnóstwo okrucieństwa. Do tego beznadziejny warsztat. W sumie odradzam
20
Mazaga29

Nie polecam

To jest dramat. Połączone „Trudne Sprawy” z „detektywami”. Nie dobrnąłem do końca. Śledztwa o poszukiwaniu skradzionej kosy Sthill… naprawde?? 😂. Nie rozumiem tego ze ktos zgodzil sie to wydac
20
havreflarn

Z braku laku…

Słabo. W sumie nie wiadomo co to za książka -nie kryminał,bo zagadki niema żadnej, postacie pojawiają się bez specjalnego uzasadnienia i wpływu na akcję, mnóstwo anegdotycznych wspomnień, również bez znaczenia dla akcji, całość,kolokwialnie mówiąc,nie trzyma się kupy.
20

Popularność




Cytat

Serce ni­gdy nie ma zmarsz­czek, ono ma bli­zny.

Sido­nie-Gabrielle Colette

1

Wschowa, 8 lipca 2019 r.

Zapar­ko­wał swo­jego pas­sata przed budyn­kiem wschow­skiej komendy. Zapa­lił papie­rosa i przez chwilę patrzył na jadące ulicą samo­chody. Zasta­na­wiał się, czy dobrze robi. Jesz­cze mie­siąc temu był prze­ko­nany, że tak. W zeszłym tygo­dniu także nie miał co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Jed­nak od tam­tego czasu wiele się zmie­niło. Kochał Justynę i chciał z nią zało­żyć rodzinę. Był już na to naj­wyż­szy czas. Skoń­czył trzy­dzie­ści sześć lat; więk­szość jego kole­gów miała już żony i dzieci. Kilku kum­pli było już nawet po roz­wo­dzie. Jedy­nie on, Tomek Soko­łow­ski, jak dotąd nie sta­nął na ślub­nym kobiercu. Wyda­wało mu się, że z Justy­sią stwo­rzyli szczę­śliwy zwią­zek. Z naci­skiem na „wyda­wało się”. Czas poka­zał, jak bar­dzo się mylił. Trzy mie­siące temu Justyna dostała w spadku po babci miesz­ka­nie we Wscho­wie. Wciąż pamię­tał ten dzień, kiedy powie­działa mu, że mogą zamiesz­kać w tej mie­ści­nie. On prze­nie­sie się do tutej­szej komendy, a ona, jako pie­lę­gniarka, postara się zatrud­nić w miej­sco­wym szpi­talu. Prze­ko­ny­wała, że nie ma sensu wynaj­mo­wa­nie miesz­ka­nia we Wro­cła­wiu, skoro mogą zamiesz­kać na swoim. Był to mocny argu­ment w dys­ku­sji. Oboje pra­co­wali w budże­tówce, więc nie mieli prak­tycz­nie żad­nych oszczęd­no­ści. Niby narze­kać na zarobki nie mogli, ale najem miesz­ka­nia i codzienne życie pochła­niały więk­szość ich docho­dów. O odło­że­niu na wła­sne lokum nie było mowy, a żadne nie miało zdol­no­ści kre­dy­to­wej. Nawet na waka­cje rzadko mogli sobie pozwo­lić, dla­tego urlopy spę­dzali w mie­ście. Zresztą Tomka do wzię­cia urlopu trzeba było zmu­szać. Lubił swoją pracę, a sie­dze­nie w domu przed tele­wi­zo­rem go nudziło. Wolał swoje codzienne zma­ga­nia ze zbrod­nia­rzami.

Soko­łow­ski był doświad­czo­nym gliną z wydziału zabójstw komendy miej­skiej poli­cji we Wro­cła­wiu. Miał dosko­nałe wyniki, wysoką wykry­wal­ność, a przed sobą per­spek­tywę prze­nie­sie­nia do komendy woje­wódz­kiej lub nawet do cebo­siu. Miał plany i ambi­cje. To dla­tego począt­kowo nie uwa­żał prze­pro­wadzki do Wschowy za dobry pomysł. Zda­wał sobie sprawę, że dla niego i Justyny to duża zmiana. A on nie lubił zmian. Od uro­dze­nia miesz­kał we Wro­cła­wiu i spę­dził w tym mie­ście całe swoje doro­słe życie. Osta­tecz­nie jed­nak dał się prze­ko­nać dziew­czy­nie. Jak to mówią, raz kozie śmierć. W końcu jeśli nie spró­buje, nie prze­kona się, czy to dobra decy­zja.

Justyna prze­nio­sła się do Wschowy już jakiś czas wcze­śniej. On musiał jesz­cze prze­ka­zać swo­jemu następcy kilka zale­głych spraw. Trzy tygo­dnie temu otrzy­mał zgodę na zmianę miej­sca służby. Miał się prze­pro­wa­dzić w naj­bliż­szy pią­tek, tak się uma­wiał z Justyną, ale naczel­nik pozwo­lił mu wyje­chać już w czwar­tek. Cie­szył się, że zrobi uko­cha­nej nie­spo­dziankę. Gdy wje­chał do Wschowy, zatrzy­mał się jesz­cze przy kwia­ciarni. Kupił bukiet tuli­pa­nów i skie­ro­wał się w stronę kamie­nicy, w któ­rej odtąd miał miesz­kać razem ze swoją kobietą. Już wcho­dząc po scho­dach, sły­szał gło­śną muzykę dobie­ga­jącą zza drzwi. Zapu­kał, ale Justyna nie otwo­rzyła.

Pew­nie sprząta i nie sły­szy, prze­bie­gło mu przez głowę.

W końcu się­gnął po klucz, wło­żył go do zamka i prze­krę­cił. Z bukie­tem scho­wa­nym za ple­cami wszedł do środka i spoj­rzał w stronę przy­mknię­tych drzwi sypialni. Serce przy­spie­szyło mu gwał­tow­nie, gdy zorien­to­wał się, że sły­szy nie tylko muzykę, ale też odgłosy wyraź­nie świad­czące o tym, że ktoś upra­wia seks. Kolana się pod nim ugięły, ale zdo­łał zro­bić kilka kro­ków i pchnąć drzwi.

Na łóżku, cał­kiem naga, z pochy­loną głową i twa­rzą zasło­niętą wło­sami, klę­czała Justyna, a jakiś facet brał ją od tyłu. Żadne z nich nawet nie zauwa­żyło Tomka. On zaś stał i patrzył, jak kobieta, którą chciał poślu­bić, przy­pra­wia mu rogi. Ogar­nięty nagłym wstrę­tem, cisnął bukie­tem przed sie­bie; tuli­pany roz­sy­pały się po pod­ło­dze. Dopiero wtedy kochan­ko­wie spo­strze­gli, że nie są sami. Facet zerwał się na równe nogi, zasło­nił dło­nią kro­cze i zaczął w pośpie­chu zbie­rać swoje ubra­nia. Justyna owi­nęła się prze­ście­ra­dłem, pode­szła do Soko­łow­skiego i z prze­stra­chem w oczach spy­tała, czy mogą poroz­ma­wiać w kuchni. Pró­bo­wała go objąć, ale się odsu­nął.

O czym niby mieli gadać? O zdra­dzie, któ­rej wła­śnie był świad­kiem? O tym, że nikt ni­gdy nie zawiódł go tak jak ona? O tym, że stał się roga­czem? A może o tym, że kobieta, którą kochał, w kilka sekund stała się dla niego nikim? Nie miał ochoty na żadne roz­mowy. Był wście­kły i roz­cza­ro­wany. Dla­tego po pro­stu obró­cił się na pię­cie i wyszedł z miesz­ka­nia.

Justyna pró­bo­wała się z nim skon­tak­to­wać przez cały week­end, ale nie odbie­rał tele­fonu. Na ese­mesy też nie odpo­wia­dał, nawet ich nie czy­tał. Miał do niej ogromny żal. Nie mógł uwie­rzyć, że oka­zała się tak podła. W pierw­szej chwili nawet chciał wró­cić do Wro­cła­wia. Po namy­śle jed­nak stwier­dził, że to nie ma sensu. Wypo­wie­dział już najem, więc nie miał gdzie miesz­kać. W komen­dzie też dziw­nie by na niego patrzyli. Posta­no­wił nie zmie­niać pla­nów, lecz zna­cząco je zmo­dy­fi­ko­wać. Na pewno usu­nął z nich jeden nie­pa­su­jący ele­ment – Justynę.

Patrzył teraz na budy­nek wschow­skiej komendy. Dopa­lił papie­rosa i wyrzu­cił nie­do­pa­łek za okno. Pora zacząć służbę we Wscho­wie.

* * *

Pau­lina Szo­stak spoj­rzała na swoją córeczkę. Kochała Dorotkę z całego serca. Już w dniu, gdy ją uro­dziła, pół roku temu, obie­cała, że zapewni jej wszystko, co naj­lep­sze, pomimo że sama nie miała lekko. Krzy­siek, ojciec małej, zupeł­nie się nią nie inte­re­so­wał, zresztą jesz­cze gdy Pau­lina była w ciąży, naci­skał na abor­cję. Kobieta wolała go pogo­nić, niż być z kimś, kto nie chce wła­snego dziecka. To, że Dorotka była z wpadki, nie ozna­czało prze­cież, że jest gor­sza.

Ona sama od pew­nego momentu wycho­wy­wała się bez ojca i to odci­snęło na niej piętno. W dzie­ciń­stwie rówie­śnicy wyty­kali ją pal­cami. Wcze­śniej, gdy ojciec jesz­cze żył, każdy tylko mówił, że pije i nie inte­re­suje się rodziną. Ona jed­nak uwa­żała ina­czej. Dla niej naj­waż­niej­sze było, że miała tatę, który nazy­wał ją swoją małą córu­nią i opo­wia­dał cie­kawe histo­rie. Jego śmierć kom­plet­nie zszo­ko­wała Pau­linę. Potem było już tylko gorzej. Matka, kobieta skraj­nie tok­syczna, nie potra­fiła się już z nikim zwią­zać. Nasto­latka zamy­kała się w swoim pokoju i ucie­kała w świat lite­ra­tury, gdzie przy­naj­mniej nikt nie mógł jej skrzyw­dzić. Kiedy działo się coś złego czy nie­bez­piecz­nego, wystar­czyło zamknąć książkę. Był taki czas, że marzyła nawet, by zostać pisarką, ale nie potra­fiła wymy­ślić żad­nej cie­kawej opo­wie­ści. Zresztą odno­siła wra­że­nie, że cokol­wiek napi­sze, i tak będzie to słabe. Zwy­czaj­nie bra­ko­wało jej pew­no­ści sie­bie.

Jej doro­słe życie też nie było usłane różami. Naj­pierw zwią­zała się z Mać­kiem. Parę spo­tkań zakoń­czo­nych poca­łun­kiem, z cza­sem seks. Nic poważ­nego. Potem miała jesz­cze kilku part­ne­rów, ale każdy poja­wiał się tylko na chwilę. W żad­nym nie była zako­chana. Do czasu, aż spo­tkała Krzyśka. Od razu poczuła, że chce z nim spę­dzić resztę życia. Szybko stał się całym jej świa­tem. Był dobry i opie­kuń­czy, wyda­wało się jej, że są ze sobą naprawdę szczę­śliwi. Ale gdy zaszła w ciążę, kom­plet­nie ją zasko­czył. Zamiast cie­szyć się razem z nią, kazał jej doko­nać abor­cji. Stwier­dził, że jest za młody, by babrać się w pie­lu­chach. Że nie zamie­rza sobie mar­no­wać życia, zanim jesz­cze na dobre je roz­po­czął. Była zszo­ko­wana jego podej­ściem. Mimo to zde­cy­do­wała się uro­dzić i wycho­wać to dziecko, nawet jeśli będzie musiała być samo­dzielną matką. Codzien­nie jed­nak myślała o tym, że chcia­łaby dla Dorotki lep­szego życia niż to, jakie sama miała. Może to dla­tego zaczęła się spo­ty­kać z Mar­ci­nem. Wresz­cie wszystko zaczęło się ukła­dać, nawet po tym, co ostat­nio zro­bił jej chło­pak. Dopiero dia­gnoza, którą Pau­lina usły­szała w ostatni pią­tek, spra­wiła, że wszystko legło w gru­zach…

* * *

– Patrzę na pań­skie akta, komi­sa­rzu, i widzę, że przy­był do nas praw­dziwy as – stwier­dził naczel­nik wydziału kry­mi­nal­nego nad­ko­mi­sarz Grze­gorz Toma­sik.

Soko­łow­ski wyczuł w jego sło­wach iro­nię. Zda­wał sobie sprawę, że gli­niarz, który tra­fia do powia­tówki z komendy miej­skiej, i to w dużym mie­ście, może nie być mile widziany. Począt­kowo wszy­scy takiego obser­wują, sta­ra­jąc się wyczuć, kim jest i czego się po nim spo­dzie­wać. On sam pew­nie patrzyłby na nowego z nie­uf­no­ścią. Węszyłby, żeby usta­lić, z kim ma do czy­nie­nia. To natu­ralne w śro­do­wi­sku. W małych miej­sco­wo­ściach – i małych komen­dach – ludzie są ze sobą poukła­dani. Tutaj biz­nes prze­plata się z wła­dzą, wła­dza z gli­niarzami, gli­niarze z biz­nesmenami… I tak to wszystko się kręci. A poli­cjant z zewnątrz zabu­rza usta­lony przez lata porzą­dek.

– Powiedz­cie no, komi­sa­rzu, dla­czego chce­cie tu słu­żyć? – pod­jął tym­cza­sem naczel­nik. – Z Wro­cła­wia na takie zadu­pie? Prze­cież to jak zesła­nie, a nie awans.

Soko­łow­ski wie­dział, że nie musi odpo­wia­dać na to pyta­nie. Zło­żył raport o prze­nie­sie­nie i ten został pozy­tyw­nie roz­pa­trzony. Nikomu nie musiał się tłu­ma­czyć. Miał jed­nak świa­do­mość, że lepiej na star­cie nie zra­żać do sie­bie prze­ło­żo­nego.

– Moja była odzie­dzi­czyła tu miesz­ka­nie – wyznał zgod­nie z prawdą. – Mie­li­śmy miesz­kać we Wscho­wej…

– We Wscho­wie – wszedł mu w słowo naczel­nik. Zdu­miony Soko­łow­ski wyczuł w jego gło­sie lekką iry­ta­cję. – Tak się popraw­nie odmie­nia. Ale mało kto o tym wie. Podob­nie jak o tym, że to kró­lew­skie mia­sto i nie­ofi­cjalna sto­lica Pol­ski. A powinni tego w szkole uczyć. Co wię­cej, to tutaj miesz­kał Bro­ni­sław Gere­mek. Wie­cie, kto to był Gere­mek?

Soko­łow­ski miał gdzieś poli­tykę, ale nazwi­sko opo­zy­cjo­ni­sty z cza­sów komuny aku­rat dosko­nale koja­rzył.

– Wiem – odparł.

– No wła­śnie. A gów­nia­rze­ria nie ma poję­cia. Widzia­łem kie­dyś w inter­ne­cie, jak prze­py­ty­wano matu­rzy­stów. Żaden nie wie­dział! I to ma być przy­szłość narodu? Za moich cza­sów dosta­liby od sta­rych wpier­dol kablem od pro­diża i raz-dwa wie­dzę by ogar­nęli.

– Świat się zmie­nił. Teraz za samą groźbę spusz­cze­nia manta można mieć pro­blemy – stwier­dził Tomek z uśmie­chem. Pamię­tał, jak sam wiele razy obe­rwał od matki, bo to ona zaj­mo­wała się w ich domu kara­niem. Kie­dyś, jak wró­ciła z zebra­nia w szkole, poła­mała mu na tyłku trze­paczkę do dywa­nów. Ona go lała, a on się tylko śmiał. W końcu odpu­ściła.

– Dobra, Soko­łow­ski. Będziemy sobie mówić nor­mal­nie, po imie­niu, tak będzie łatwiej. – Naczel­nik wycią­gnął rękę. – Grze­siek.

– Tomek.

– No i faj­nie. To teraz, Tomek, tak szcze­rze: dla­czego się tu prze­nio­słeś? Bo w bajki o wiel­kiej miło­ści, za którą przy­je­cha­łeś do Wschowy, nie wie­rzę. Powie­dzia­łeś, że twoja była odzie­dzi­czyła tu kwa­drat. Tylko czemu była?

– Tak wyszło. – Soko­łow­ski wzru­szył ramio­nami. – Laska się puściła, a ja nie mia­łem już do czego wra­cać. To posta­no­wi­łem zostać.

– Dała komuś dupy? – Naczel­nik zacmo­kał, krę­cąc głową. – No to nie zazdrosz­czę. Powiem ci, że moja ślubna też kie­dyś poszła w tango. Była na wcza­sach z dzie­cia­kami i sio­strą. Po powro­cie zło­żyła kwity o roz­wód. Że niby zako­chała się w jakimś kuta­fo­nie. Gość nosił mar­kowe ciu­chy i potra­fił ściem­nić babki do tego stop­nia, że te zosta­wiały swo­ich mężów. Potem się oka­zało, że roz­je­bał w ten spo­sób ze cztery mał­żeń­stwa. Jak tę moją kop­nął w dupę, przy­la­zła do mnie się kajać. Chciała, żebym ją z powro­tem przy­jął. Ale pogo­ni­łem szma­tławca. – Toma­sik się­gnął do szu­flady i wyjął z niej papie­rosy. – Od tam­tej pory zaczą­łem jarać – dodał, wycią­ga­jąc paczkę w stronę Soko­łow­skiego.

– Można tu palić? – zdzi­wił się Tomek.

– Na nie­ofi­cjalu tak. Stary się nie dopier­dala, pod warun­kiem że nie szla­jasz się z kie­pem po fabryce. Więk­szość jara w klo­pie, ale ja mam swoją pry­watną palar­nię tutaj.

Soko­łow­ski poczę­sto­wał się papie­ro­sem.

– W wydziale będziesz miał za part­nera babę – pod­jął Toma­sik, poda­jąc mu ogień. – Masz coś prze­ciwko takiemu spa­ro­wa­niu?

– Nie. Mia­łem już oka­zję współ­pra­co­wać z kobietą.

– No i super. U nas będziesz tyrał z Anką Komudą. Nie­zła dupa, ale ma swoje zasady. Jak spró­bu­jesz ją zbol­co­wać, z miej­sca wyła­piesz w ryj. W robo­cie nie wdaje się w romanse. Jak jeden z naszych „rucha­czy” chciał ją kie­dyś puk­nąć, wylą­do­wał na SOR-ze z poła­ma­nym nosem i wybi­tym zębem.

– Spo­koj­nie, nie w gło­wie mi teraz dupy – skwi­to­wał Soko­łow­ski, wydmu­chu­jąc dym.

– I dobrze, bo nie chcę kwa­sów w wydziale. Ale jak ją zoba­czysz, sam przy­znasz, że może dzia­łać na faceta. – Naczel­nik puścił oko i zgiął rękę w łok­ciu w wymow­nym geście.

Soko­łow­ski pamię­tał, jak dwa lata temu we Wro­cła­wiu do wydziału przy­szła młoda poli­cjantka. Iwona była żół­to­dzio­bem, ale z wiel­kim zapa­łem do roboty. Nie prze­szka­dzało jej, że dostaje papie­ro­lo­gię i cały odpad, któ­rym nikt nie chciał się zaj­mo­wać. Była ambitna i chciała zostać naj­lep­szą poli­cjantką w komen­dzie. Wszystko się zmie­niło, gdy zako­chała się w Janiku z nar­ko­ty­ko­wego. Z cza­sem oka­zało się, że Iwona bie­rze pro­chy, które zała­twiał Janik. Raz Soko­łow­ski przy­ła­pał ją, jak wcią­gała w kiblu ścieżkę. Upo­mniał ją, żeby nie ćpała w fabryce, ale naczel­ni­kowi na nią nie doniósł. Z cza­sem oka­zało się to błę­dem. Któ­re­goś dnia Iwona poje­chała z Mir­kiem, swoim part­ne­rem z wydziału, do zatrzy­ma­nia ban­dziora. Facet, widząc, jak pod­jeż­dżają pod jego dom, wysko­czył przez okno – wtedy Iwona wyjęła broń i strze­liła w powie­trze. Chwilę póź­niej wyce­lo­wała w ucie­ka­ją­cego prze­stępcę. Dwa razy pocią­gnęła za spust. Pierw­sza kula tra­fiła go w łydkę, a druga utkwiła w lędź­wio­wym odcinku krę­go­słupa. Facet tra­fił na wózek. Nie­stety oka­zało się, że poli­cjantka pod­czas wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści była pod wpły­wem nar­ko­ty­ków. Wewnętrzni ją doje­chali. Dostała zarzuty pro­ku­ra­tor­skie. Wyle­ciała ze służby jesz­cze przed zakoń­cze­niem sprawy. Marze­nia o karie­rze pry­sły jak bańka mydlana. Zresztą pro­blem z nar­ko­ty­kami miała nie tylko Iwona, jesz­cze paru gli­nia­rzy wspo­ma­gało się pod­czas służby. Kie­dyś Soko­łow­ski też kilka razy zażył amfe­ta­minę, gdy potrze­bo­wał być na peł­nych obro­tach, jed­nak miał nad tym kon­trolę. Od dwóch lat nie się­gał po żadne nar­ko­tyki. Alko­holu też już nie nad­uży­wał, co kie­dyś było pro­blemem.

– W wydziale oprócz mnie i Anki są jesz­cze aspi­rant Mariusz Iwa­nicki, komi­sarz Mar­cin Tomala, sier­żant Robert Michal­ski i aspi­rant Krzysz­tof Macie­jew­ski. Two­rzymy zgrany zespół i chcę, żeby tak zostało. Dowiem się, że coś kom­bi­nu­jesz, z miej­sca wypier­da­lasz w pizdu. Taryfy ulgo­wej nie masz. Rozu­miemy się? – spy­tał naczel­nik.

– Tak. – Soko­łow­ski ski­nął głową. Nie zamie­rzał się tu z nikim zaprzy­jaź­niać, ale nie chciał też być kimś, kto roz­wala team.

– No, to do roboty. – Szef wstał z fotela i wska­zał na drzwi. – Chodź, pokażę ci moje kró­le­stwo.

* * *

Pau­lina Szo­stak kolejny raz spoj­rzała na swoje wyniki. Wie­działa, że są rów­no­znaczne z wyro­kiem śmierci, i to takim, od któ­rego nie ma już odwo­ła­nia. Była prze­ko­nana, że nie zostało jej dużo czasu. Koja­rzyła sprzed kilku lat sprawę cho­rej kobiety, któ­rej mąż wal­czył o nią z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem. Robił dosłow­nie wszystko, by ją oca­lić. Orga­ni­zo­wał zbiórki w inter­ne­cie, nagła­śniał sprawę w mediach. Tamta kobieta miała raka jelita albo płuc. Pau­lina sta­rała się przy­po­mnieć sobie jej nazwi­sko.

– Szy­mań­ska, Anna albo Agnieszka…

Kiedy chora na nowo­twór kobieta umarła, zosta­wia­jąc męża samego z dziec­kiem, wiele osób zaan­ga­żo­wa­nych w pomoc nie mogło w to uwie­rzyć, na jej pogrze­bie pła­kały tłumy. Pau­lina zasta­na­wiała się, kto pomógłby jej. I ilu ludzi przyj­dzie ją poże­gnać…

Spoj­rzała na leżącą w łóżeczku Dorotkę – i nagle zdała sobie sprawę, że nie może zosta­wić jej samej. Na Krzyśka prze­cież nie ma co liczyć. Zresztą z tego, co sły­szała, kom­plet­nie się sto­czył. Nie zaj­mie się małą, nawet ali­men­tów nie pła­cił. Ani razu nie zadzwo­nił zapy­tać, co u dziecka. Mar­cin też ostat­nio oka­zał się zwy­kłym skur­czy­by­kiem. Nakryła go, jak cało­wał się ze swoją byłą. Gdy go o to zapy­tała, przy­znał się, że dawna miłość odżyła w jego sercu. Pau­lina była tym zasko­czona. Wcze­śniej opo­wia­dał, że jego eks oszu­ki­wała go i zdra­dzała, wyzy­wał ją od zdzir. Podobno potra­fiła bez naj­mniej­szych skru­pu­łów prze­spać się z jego kuzy­nem, a kie­dyś w kłótni powie­działa, że mogłaby to zro­bić nawet z jego ojcem, gdyby tylko ten ją popro­sił. Dla Pau­liny ta laska była nikim i nie mogła pojąć, dla­czego Mar­cin zde­cy­do­wał się do niej wró­cić. Zawiódł ją, oka­zał się nie być godzien jej zaufa­nia. Tym bar­dziej nie potra­fiła myśleć o tym, że miałby opie­ko­wać się Dorotką po jej śmierci.

Było tylko jedno roz­wią­za­nie… złe, ale innej moż­li­wo­ści nie widziała. Poczuła, jak serce jej pęka, a z oczu płyną łzy. Tak bar­dzo pra­gnęła, żeby te wyniki ozna­czały coś innego. Tak bar­dzo chciała dać tej małej istotce wszystko to, czego sama nie miała.

– Kocham cię, moja koni­czynko – szep­nęła, gła­dząc zaró­żo­wiony poli­czek Dorotki. – Moja czte­ro­listna koni­czynko.

* * *

– To jest komi­sarz Tomasz Soko­łow­ski – powie­dział naczel­nik, gdy tylko wpro­wa­dził go do pokoju. – Od dzi­siaj będzie z wami ogar­niał ten syf.

Tomek powiódł wzro­kiem po sie­dzą­cych przy biur­kach funk­cjo­na­riu­szach, zatrzy­mu­jąc się na przy­dzie­lo­nej mu do pary poli­cjantce. Anna Komuda rze­czy­wi­ście była bar­dzo atrak­cyjną kobietą. Można było stra­cić dla niej głowę. Pomny słów prze­ło­żo­nego wie­dział jed­nak, że nie warto z nią niczego pró­bo­wać.

– Cześć. – Pod­szedł do nowej part­nerki i wycią­gnął rękę. – Tomek.

– Anna – odparła krótko, zaszczy­ca­jąc go tylko prze­lot­nym spoj­rze­niem.

Następ­nie przy­wi­tał się z pozo­sta­łymi człon­kami wydziału. Nie było jed­nak czasu na dłuż­sze roz­mowy, bo naczel­nik kla­snął w ręce, sku­pia­jąc uwagę wszyst­kich na sobie.

– Dobra, poznali się, to do roboty! Zbóje sami się nie zła­pią. Anka – spoj­rzał na poli­cjantkę – będziesz w parze z Tom­kiem. Wdro­żysz go w sprawy. Dzi­siaj ma jesz­cze taryfę ulgową, ale od jutra macie ostro zapier­da­lać.

– Jasne, sze­fie.

Gdy Toma­sik wyszedł z wydziału, Soko­łow­ski rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu. Jak na jego gust było tu tro­chę za cia­sno. We wro­cław­skiej komen­dzie miej­skiej mieli do dys­po­zy­cji trzy pokoje tej wiel­ko­ści i nie musieli się gnieść jak sar­dynki w puszce.

– Gdzie mam sie­dzieć? – zwró­cił się do Anny.

– U mnie na kolanku – zażar­to­wał Tomala.

Soko­łow­ski bez chwili waha­nia pod­szedł do niego i zajął wspo­mniane miej­sce.

– Mówisz, masz – powie­dział z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Ej! Popier­do­liło cię?! – zawo­łał Mar­cin, spy­cha­jąc go. – Żar­to­wa­łem prze­cież! Co ty taki, kurwa, dosłowny?

Soko­łow­ski wzru­szył ramio­nami i zwró­cił się do Anny:

– To jakie sprawy mamy obec­nie na tape­cie?

– Same cięż­kie zbrod­nie. Włam do piw­nicy na Kostki, kra­dzież roweru z klatki scho­do­wej na placu Grun­waldu… A, i bym zapo­mniała, Roz­pustna Elwira oskar­żyła klienta o kra­dzież.

– Roz­pustna Elwira? – powtó­rzył Tomek, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

– Nasza lokalna pro­sty­tutka. Znisz­czona przez alko­hol i fajki. Kie­dyś była piękną kobietą, ale czas i wóda zro­biły swoje. Teraz to tylko wyjąt­kowy despe­rat, w dodatku fest napruty, mógłby chcieć sko­rzy­stać z jej wąt­pli­wej jako­ści wdzię­ków – wyja­śniła Komuda.

– Tia, i mało­laty, co za paczkę fajek poda­dzą jej do dzioba – dodał Iwa­nicki.

– Wyra­żaj się – upo­mniała go Anna. – To, że jesteś cha­mem, nie zna­czy, że będziemy tole­ro­wać takie słow­nic­two. O kobie­cie się wyra­żasz.

– Kobietą to jest moja matka, ty, a nie ktoś, kto z łama­nia szó­stego przy­ka­za­nia zro­bił sobie źró­dło dochodu – odpa­ro­wał Mariusz.

– A ty co, kasa fiskalna w jej dupie jesteś? Jej ciało, więc ma prawo robić z nim, co chce. – Komuda się­gnęła do kie­szeni spodni i wyjęła papie­rosy. – Palisz? – spy­tała Soko­łow­skiego.

– Jak smok.

– No to chodź do klopa. Zaja­ramy i przy oka­zji powiem ci, co będziemy robić.

Gdy ruszyła w stronę wyj­ścia, Tomek mimo­wol­nie spoj­rzał na jej krą­głe pośladki opięte przez nie­bie­skie dżinsy. Coraz bar­dziej mu się podo­bała.

* * *

Mariusz Moskal spoj­rzał na swoje zakrwa­wione dło­nie. Nie mógł uwie­rzyć, że zro­bił coś tak potwor­nego. Jesz­cze kwa­drans temu nic nie zapo­wia­dało tra­ge­dii, która stała się jego udzia­łem. Wró­cił spo­koj­nie do domu i zasiadł do obiadu, który przy­go­to­wała dla niego Gosia. Dzi­siaj były klu­ski ślą­skie z pod­sma­żoną cebulką. Jedli w mil­cze­niu, aż w pew­nym momen­cie żona oznaj­miła, że zamie­rza od niego odejść. Powie­działa, że chce roz­wodu i ma nadzieję, że nie będzie jej robił pod górkę. Był zszo­ko­wany. Gdy spy­tał o powód takiej decy­zji, wyznała, że ma innego i zamie­rza się z nim zwią­zać. Że niby facet jest wyjąt­kowy i w prze­ci­wień­stwie do niego potrafi ją doce­nić. Patrzył na nią oczami okrą­głymi jak spodki. Nie mógł w to wszystko uwie­rzyć. Wcze­śniej nawet nie pomy­ślał, że jest zdra­dzany, nie widział żad­nych symp­to­mów. W pierw­szym odru­chu posta­no­wił wal­czyć o swoje mał­żeń­stwo, jed­nak gdy powie­dział o tym żonie, ta go wyśmiała. Stwier­dziła, że jest nie­udacz­ni­kiem i nie dora­sta do pięt jej kochan­kowi. Kiedy dodała, że tam­ten jest o niebo lep­szy w łóżku i że nawet penisa ma więk­szego, Mariusz nie wytrzy­mał. Bez namy­słu chwy­cił leżący na stole nóż i rzu­cił się na Gośkę, dźga­jąc ją raz za razem. Nie liczył zada­nych ude­rzeń. Gdy wresz­cie prze­rwał, a ciało żony zasty­gło w bez­ru­chu, upadł na kolana i zaczął pła­kać. Sta­rał się ją reani­mo­wać, wie­dział jed­nak, że jest mar­twa – nie oddy­chała, a jej oczy patrzyły nie­ru­chomo w sufit. Odsu­nął się i zasło­nił twarz zakrwa­wio­nymi dłońmi. Wie­dział, że musi zawia­do­mić poli­cję o tym, co zro­bił. Nie zamie­rzał ucie­kać ani się ukry­wać. Zda­wał sobie sprawę, że nie mia­łoby to sensu, bo prę­dzej czy póź­niej zostałby zła­pany. Bał się wię­zie­nia. Był pewny, że z miej­sca padłby ofiarą współ­o­sa­dzo­nych. Nie pora­dziłby sobie w jed­nej celi z praw­dzi­wymi kry­mi­na­li­stami. Odru­chowo spoj­rzał w stronę okna. Kusiło go, by wspiąć się na para­pet i wysko­czyć, ist­niało jed­nak ryzyko, że upa­dek z czwar­tego pię­tra skoń­czyłby się nie śmier­cią, lecz kalec­twem. Ta wizja też go prze­ra­żała.

Pod­niósł się z pod­łogi i poszedł do łazienki. Z szafki pod umy­walką wycią­gnął sznu­rek do wie­sza­nia bie­li­zny. Zamie­rzał się powie­sić.

* * *

Anna oparła się o drzwi kabiny i zacią­gnęła papie­ro­sem.

– Widzisz, u nas nie ma Bóg wie jakich zbrodni – powie­działa, wydmu­chu­jąc dym. – Jeśli liczysz na naprawdę cięż­kie sprawy, to się prze­li­czysz.

– Nie liczę – odparł Soko­łow­ski, też bio­rąc macha.

– A co cię pod­ku­siło, by przy­je­chać na takie zadu­pie? Ze Wschowy każdy ucieka.

– Moja była odzie­dzi­czyła tu miesz­ka­nie.

– Była? – Anna przyj­rzała mu się uważ­niej.

Tomek poczuł się nie­swojo. Nie chciał jed­nak zaczy­nać współ­pracy od nie­do­mó­wień i tajem­nic.

– Ano była. Roz­sta­li­śmy się. Mia­łem już przy­kle­paną robotę u was, a że nie lubię robić z gęby cho­lewy, zosta­łem. Tyle. – Wzru­szył ramio­nami. – Jak widzisz, żadna sen­sa­cja. – Zacią­gnął się i strzep­nął popiół.

Anna na szczę­ście nie drą­żyła tematu. Zamiast tego powie­działa:

– Wschowa to spe­cy­ficzne mia­sto. Nic się tu nie dzieje. Nie­kiedy trafi się drobna burda, zabójstw na szczę­ście nie ma. Jakiś czas temu zda­rzały się jesz­cze pora­chunki mię­dzy gru­pami prze­stęp­czymi, ale teraz cisza.

– Wojna gan­gów? Tutaj? – zdzi­wił się Soko­łow­ski.

– „Wojna” to za dużo powie­dziane. W latach dzie­więć­dzie­sią­tych zda­rzyło się parę pobić, jak dotąd nie­wy­ja­śnio­nych. Ale teraz jest już spo­kój.

Tomek poki­wał głową. Przez chwilę palili w mil­cze­niu.

– Pyta­łaś o mnie – pod­jął w końcu. – A może opo­wiesz coś o sobie? Będziemy part­ne­rami. Chciał­bym wie­dzieć, z kim tyram.

Komuda par­sk­nęła śmie­chem.

– Ze zwy­kłą babką. Nic szcze­gól­nego.

– No nie powie­dział­bym…

Popa­trzyła na niego ostro spod zmru­żo­nych powiek.

– Pierw­szy dzień, a ty już sma­lisz do mnie cho­lewki? Nie za szybko, chło­paku?

Soko­łow­ski poczuł, że się czer­wieni.

– Nie mia­łem na myśli nic złego.

– Spo­koj­nie, żar­to­wa­łam. – Par­sk­nęła krót­kim śmie­chem. – Pew­nie naczel­nik naga­dał ci głu­pot i teraz trzę­siesz gaciami jak mało­lat przy­ła­pany na kra­dzieży oran­żady w szkol­nym skle­piku.

– Fakt, powie­dział, że jesteś ładna i żebym nie pró­bo­wał do cie­bie star­to­wać, bo zga­sisz mnie jak peta. – Tomek zacią­gnął się ostatni raz i zga­sił papie­rosa o brzeg umy­walki.

W odpo­wie­dzi Anna tylko pokrę­ciła ze śmie­chem głową.

* * *

Nakar­miła Dorotkę i poło­żyła ją sobie na brzu­chu. Tak bar­dzo chciała nacie­szyć się córeczką, póki jesz­cze mogła. Za jakiś czas na wszystko będzie już za późno. Przy­po­mniały jej się słowa leka­rza: „Gle­jak wie­lo­po­sta­ciowy umiej­sco­wiony w pła­cie skro­nio­wym. Nie­ope­ro­walny. Pro­po­nuję che­mio­te­ra­pię, ale roko­wa­nia są kiep­skie. Szanse na prze­ży­cie dwu­na­stu mie­sięcy wyno­szą zale­d­wie pięt­na­ście pro­cent. Patrząc na wyniki, obsta­wiał­bym jed­nak naj­wy­żej pół roku. Przy­kro mi”… Mówiąc to, dok­tor miał kamienną twarz. Pau­lina była prze­ko­nana, że wiele razy prze­ka­zy­wał już podobne infor­ma­cje i zwy­czaj­nie przy­wykł.

Dla niego to były tylko wyniki, dla niej – koniec świata. Dia­gnoza była jak grom z jasnego nieba. Jesz­cze w ciąży regu­lar­nie się badała. Nic nie wska­zy­wało na to, że w jej orga­ni­zmie roz­wija się cichy zabójca. Dopiero po poro­dzie poja­wiły się pewne nie­po­ko­jące objawy. Zaczęło się od zawro­tów głowy i nud­no­ści. Myślała jed­nak, że w połogu to nor­malne. Póź­niej zaczęły się drobne pro­blemy z pamię­cią. Potra­fiła zapo­mnieć, gdzie poło­żyła pie­lu­chy, zda­rzyło jej się nawet zwy­czaj­nie ich nie kupić. Miała też pro­blemy z kon­cen­tra­cją. Gdy Dorotka spała, pró­bo­wała czy­tać książkę, ale nie potra­fiła się sku­pić. W życiu jed­nak nie pomy­śla­łaby, że jej mózg zżera agre­sywne raczy­sko. Dopiero gdy dostała pierw­szego w życiu ataku padaczki, posta­no­wiła spraw­dzić, co jej dolega. Teraz miała do sie­bie żal, że tyle cze­kała – może gdyby zare­ago­wała wcze­śniej, szanse byłyby więk­sze? Tak naprawdę jed­nak tylko się okła­my­wała. Po dia­gno­zie sporo czy­tała na temat gle­jaka i wie­działa, że nie ma żad­nych szans, nawet naj­mniej­szych.

Pogła­skała Dorotkę po główce, patrząc na jej drga­jące przez sen powieki. Ta mała, bez­bronna istotka była całym jej świa­tem. Pau­lina pra­gnęła uchy­lić jej nieba, tym­cza­sem musiała pod­jąć naj­trud­niej­szą w życiu decy­zję.

* * *

– I co? Wydy­ga­łeś i stwier­dzi­łeś, że nie będziesz do mnie star­to­wał? – upew­niła się Komuda, patrząc badaw­czo na Tomka.

– A po co mam obe­rwać? Nie potrze­buję kło­po­tów – odparł Soko­łow­ski. – A z tego, co mówił naczel­nik, swego czasu jakiś kolo z dro­gówki wylą­do­wał na SOR-ze.

Anna uśmiech­nęła się i ski­nęła głową.

– Kawał gnoja z niego i tylko kwe­stią czasu było, kiedy wyła­pie.

– A co takiego zro­bił?

– Nie ma za grosz sza­cunku do kobiet. Zwy­kły pla­cek, któ­remu się wydaje, że jak ma fiuta, to jest kimś lep­szym. I tak też trak­to­wał babki.

– Facet pew­nie nie był w Taj­lan­dii, to nie widział, ile babek ma fiuty. Zdzi­wiłby się! – zaśmiał się Soko­łow­ski.

– W każ­dym razie nie musisz się niczego oba­wiać, dopóki nie będziesz do mnie rzu­cał krzy­wych tek­stów.

– Nie zamie­rzam.

W tym momen­cie zaczęła dzwo­nić komórka Anny. Poli­cjantka wyjęła tele­fon z kie­szeni i spoj­rzała na wyświe­tlacz.

– Kurwa mać – zaklęła i odrzu­ciła połą­cze­nie.

– Co jest?

– Mój były. Co jakiś czas dzwoni i mędzi, żeby­śmy się zeszli.

– Może warto dać mu szansę?

Komuda pokrę­ciła głową.

– Nie ma takiej opcji. Wiesz, co ten gno­jek mi zro­bił?

– Nie mam poję­cia.

Zapa­liła kolej­nego papie­rosa i wydmuch­nęła dym pod sufit.

– Byłam z nim dwa lata. Facet nie miał ambi­cji. Pra­co­wał, bo musiał, ale zara­biał naj­niż­szą kra­jową. Twier­dził, że kasa nie ma zna­cze­nia.

– Bo w sumie więk­szego zna­cze­nia nie ma – przy­znał Soko­łow­ski, rów­nież się­ga­jąc po nową fajkę. – Jest potrzebna do życia, ale nie­któ­rzy trak­tują ją jak życiowy cel. Im wię­cej mają, tym wię­cej chcą mieć.

Anna mach­nęła ręką.

– Ale brak ambi­cji to jedno. Gor­sze było to, że nie czu­łam się przy nim dobrze. Sporo pił. Nie było dnia, żeby nie trza­snął mini­mum trzech bro­wa­rów. Pró­bo­wał się wtedy do mnie dobie­rać. Wycho­dził z zało­że­nia, że o uda­nym związku świad­czy codzienny seks. Nie potra­fił tylko zro­zu­mieć, że nie w gło­wie mi amory ze śmier­dzą­cym piw­skiem oble­chem.

– Alko­hol jest dla ludzi, pod warun­kiem że znają gra­nice. – Soko­łow­ski strzep­nął popiół do umy­walki.

– Ja też tak uwa­żam. Sama lubię napić się bro­wara, ale nie codzien­nie i nie takie ilo­ści.

– Może kie­dyś wysko­czymy na piwo?

– Spoko. Tylko że we Wscho­wie za bar­dzo nie ma gdzie. – Anna odkrę­ciła kran i zga­siła papie­rosa pod wodą. – Dobra, dość glę­dze­nia. Do roboty.

* * *

Drżącą dło­nią się­gnął po komórkę i wybrał numer alar­mowy. Wie­dział, że musi wezwać poli­cję. Nie zamie­rzał ucie­kać. Nie miał też odwagi ze sobą skoń­czyć. Popa­trzył na wiszący pod sufi­tem sznu­rek. Jesz­cze kilka minut temu był gotów popeł­nić samo­bój­stwo. Kiedy jed­nak zało­żył sobie pętlę na szyję, poczuł strach. Pra­gnął żyć…

– Cen­trum Powia­da­mia­nia Ratun­ko­wego. Ope­ra­tor numer jede­na­ście – usły­szał w słu­chawce.

– Dzień dobry. Zabi­łem ją…

– Kogo?

– Moją żonę. Leży mar­twa…

– Pro­szę podać adres.

– Boczna trzy – powie­dział, a potem się roz­łą­czył.

Dopiero wtedy się zorien­to­wał, że nie podał numeru miesz­ka­nia. Posta­no­wił pocze­kać na poli­cję przed klatką.

Pod­szedł do mar­twej Gośki i przez chwilę patrzył na nią z góry.

– I po co to zro­bi­łaś? – spy­tał, choć prze­cież nie mogła mu odpo­wie­dzieć. – Nie mogło być tak jak wcze­śniej?

Usiadł przy stole i spoj­rzał na talerz z obia­dem. Wszystko było już zimne. Nabił na wide­lec jedną klu­skę ślą­ską, wło­żył ją do ust i powoli zaczął prze­żu­wać. Nie wie­dział, kiedy w aresz­cie dosta­nie coś do jedze­nia. Bo to, że tam trafi, było wię­cej niż pewne.

Po kilku minu­tach usły­szał sygnał radio­wozu. Odło­żył wide­lec. Jego czas powoli się koń­czył.

* * *

Anna zapar­ko­wała służ­bową kię przed budyn­kiem przy ulicy Bocz­nej. To tutaj doszło do zbrodni. Sprawca sie­dział już w radio­wo­zie. Wysie­dli i pode­szli do sto­ją­cego przy aucie sier­żanta.

– Co mamy? – spy­tała Komuda.

– Facet zabił żonę. Sam zadzwo­nił na numer alar­mowy – odparł mun­du­rowy.

– Prze­wieź­cie go na komendę. Póź­niej się nim zaj­miemy.

Poli­cjanci skie­ro­wali się w stronę wej­ścia do budynku, weszli po scho­dach na ostat­nie pię­tro, a następ­nie do miesz­ka­nia, gdzie roze­grała się tra­ge­dia. W kuchni obok stołu leżały zwłoki kobiety. Anna zało­żyła latek­sowe ręka­wiczki. Soko­łow­ski zro­bił to samo, po czym przy­kuc­nął przy ciele.

– Facet zabił ją nożem – powie­dział, wska­zu­jąc na kil­ka­na­ście ran kłu­tych.

– Widać, że dzia­łał w ner­wach – przy­tak­nęła Komuda. – Dźgał, gdzie popad­nie. Cie­kawe, jaki miał motyw.

– Jak mu się dobie­rzemy do skóry, to się dowiemy. – Soko­łow­ski wstał i rozej­rzał się po pomiesz­cze­niu. Na stole stały dwa tale­rze. Jeden był pusty. – Może mu żar­cie nie sma­ko­wało – stwier­dził, wska­zu­jąc na blat.

– Myślisz, że zupa była za słona?

W tym momen­cie do miesz­ka­nia weszło dwóch tech­ni­ków.

– Cześć, Aniu – rzu­cił jeden z nich, po czym spoj­rzał na Soko­łow­skiego. – A kolegi to nie znam.

– Tomek Soko­łow­ski – przed­sta­wił się komi­sarz.

– Poważ­nie? – Tech­nik uniósł brwi.

– No, poważ­nie.

– W takim razie muszę na cie­bie uwa­żać.

– Niby czemu?

– Bo on ma na nazwi­sko Wró­blew­ski – zaśmiała się Anna. – Wiesz, sokół może pożreć wró­belka.

– Spo­koj­nie, nie zamie­rzam cię zja­dać. – Soko­łow­ski podał tech­ni­kowi rękę. – Tomek.

– Daniel. – Wró­blew­ski kiw­nął głową na swo­jego kom­pana. – A ten tutaj to Jarek.

Po wymie­nie­niu uści­sków dłoni tech­nicy pochy­lili się nad zwło­kami.

– No, to wresz­cie mamy we Wscho­wie zabój­stwo – skwi­to­wał Daniel, zacie­ra­jąc ręce.

* * *

Krzysz­tof Żmu­dziń­ski spoj­rzał na swoją komórkę. Zasta­na­wiał się, czy Pau­lina odbie­rze, gdy do niej zadzwoni. Nie byli razem już pra­wie rok. On w tym cza­sie miał kilka związ­ków, ale żaden nie prze­trwał próby czasu. Coraz czę­ściej myślał o powro­cie do swo­jej byłej. Mieli dziecko – może ten argu­ment prze­kona ją, by spró­bo­wali jesz­cze raz. W sumie kie­dyś nawet im się ukła­dało. No, do czasu, kiedy stra­cił pracę… Ale prze­czu­cie mówiło mu, że jak się zejdą, wszystko wróci do normy.

Odblo­ko­wał ekran i wybrał numer Pau­liny. Po chwili usły­szał komu­ni­kat, że abo­nent jest nie­do­stępny.

– Pier­dol się – wark­nął ze zło­ścią, rzu­ca­jąc komórkę na stół.

Poszedł do kuchni, wyjął z lodówki piwo i kil­koma łykami opróż­nił puszkę. Zgniótł ją i od razu się­gnął po kolejną.

– Pier­do­lona szmata… – zaklął, pod­cho­dząc do okna. – Oby ci życie doje­bało!

Zoba­czył, że chod­ni­kiem w stronę Bie­dronki idzie Agnieszka, jego kole­żanka jesz­cze z pod­sta­wówki. Kie­dyś sły­szał, że wypro­wa­dziła się do Gło­gowa i pra­cuje tam w jakimś butiku. Posta­no­wił zejść i z nią poga­dać.

* * *

Gdy wró­cili do wydziału, zastali pusty pokój. Wszy­scy dzia­łali w tere­nie. Anna od razu usia­dła przy swoim biurku, się­gnęła po tele­fon i wybrała jakiś numer.

– Cześć, tu Komuda – ode­zwała się po chwili. – Pode­ślij­cie nam tego zatrzy­ma­nego z Bocz­nej. – Odło­żyła słu­chawkę i spoj­rzała na Soko­łow­skiego. – Ty się nim zaj­miesz czy ja?

– A możemy razem?

– Jak tam chcesz. – Wzru­szyła ramio­nami. – Mój ostatni part­ner każ­dego zbója chciał słu­chać oso­bi­ście. Ależ mnie to wku­rzało…

– To ze mną będziesz miała ina­czej. – Tomek rzu­cił na blat pro­to­kół zewnętrz­nych oglę­dzin zwłok.

– Oby. – Uśmiech­nęła się do niego.

Soko­łow­ski zoba­czył w jej oku błysk. Nie był pewny, co to może ozna­czać, prze­czu­cie pod­po­wia­dało mu jed­nak, że się jej spodo­bał.

W tym samym momen­cie roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

– Wlazł! – zawo­łała Anna, a gdy w progu sta­nął sier­żant z męż­czy­zną zatrzy­ma­nym za zabi­cie żony, dodała: – Posadź go. Dzięki.

Już po chwili zostali sami ze sprawcą mor­der­stwa. Soko­łow­ski przy­sta­wił swój fotel obok Anny, usiadł i zwró­cił się do prze­słu­chi­wa­nego:

– Powiem ci, chło­pie, że nawa­li­łeś.

– Wiem. Prze­pra­szam… – odparł cicho Mariusz Moskal.

– Mnie nie masz za co prze­pra­szać. – Soko­łow­ski spoj­rzał na Annę, dając jej znak, że może zacząć prze­słu­cha­nie.

– Dla­czego zabi­łeś żonę? – spy­tała Komuda.

Moskal spu­ścił wzrok na swoje dło­nie. Przez chwilę w pomiesz­cze­niu pano­wała kom­pletna cisza.

– Zdra­dziła mnie – ode­zwał się w końcu. – Zamie­rzała odejść do innego.

– To jesz­cze nie powód, żeby zabi­jać.

– Może i nie. W kłótni jed­nak powie­działa mi kilka przy­krych słów. Nie wytrzy­ma­łem i zła­pa­łem za nóż…

– Ile cio­sów zada­łeś? – wtrą­cił się Soko­łow­ski.

– Nie mam poję­cia. – Moskal pokrę­cił głową. – Ude­rza­łem na oślep. Byłem w takich ner­wach, że nie zda­wa­łem sobie sprawy, co robię.

– Ale zda­jesz sobie sprawę, że pro­ku­ra­tor postawi ci zarzuty z arty­kułu sto czter­dzie­ści osiem para­graf pierw­szy? – spy­tała Anna. – Myślę, że nie masz co liczyć na to, że do roz­prawy pozo­sta­niesz na wol­no­ści.

– Czyli tra­fię do aresztu? – spy­tał Moskal.

– Tak. Zaraz spi­szemy twoje wyja­śnie­nia, a potem pod­pi­szesz pro­to­kół prze­słu­cha­nia i wró­cisz do pedo­zetu. Tam pocze­kasz na decy­zję o zasto­so­wa­niu środka zapo­bie­gaw­czego w postaci tym­cza­so­wego aresz­to­wa­nia. Myślę, że docze­kasz się jej jutro.

Moskal spu­ścił głowę.

– Boję się – powie­dział cicho. – I naprawdę żałuję tego, co zro­bi­łem Gosi.

Soko­łow­ski wie­dział, że męż­czy­zna mówi szcze­rze. Był spo­kojny, inny niż zabójcy, z któ­rymi miał do czy­nie­nia we wro­cław­skiej komen­dzie. Tamci nie wyka­zy­wali cie­nia skru­chy. Moskal na pewno oddałby wszystko, żeby cof­nąć czas. Nie­stety w życiu nie ma tak łatwo. Jest wina – musi być kara.

2

Wschowa, 9 lipca 2019 r.

Soko­łow­ski całą noc się męczył. Było mu gorąco, a na doda­tek śnił mu się kosz­mar. W tym śnie sie­dział na ławce i sta­rał się powstrzy­mać wypły­wa­jące z brzu­cha wnętrz­no­ści. Obok niego stał zama­sko­wany mię­śniak z dłu­gim nożem myśliw­skim. Czuł kwa­śny zapach trzewi, paru­jące, cie­płe jelito prze­pły­wało mu mię­dzy pal­cami. Obu­dził się i przez godzinę jesz­cze leżał, patrząc w sufit, aż wresz­cie kilka minut przed piątą posta­no­wił wstać.

Dopił kawę i posta­no­wił tro­chę poćwi­czyć. Zapu­ścił się ostat­nio, stra­cił kon­dy­cję. Pora to zmie­nić. Zro­bił trzy­dzie­ści pom­pek i pięć­dzie­siąt brzusz­ków. Potem usiadł na krze­śle w kuchni i zapa­lił papie­rosa. Myślał o Annie. Podo­bała mu się i miał wra­że­nie, że on też wpadł jej w oko. Wie­dział jed­nak, że romans ze współ­pra­cow­nicą może nie być mile widziany w komen­dzie. Posta­no­wił pocze­kać, zoba­czyć, jak się roz­wi­nie sytu­acja.

Spoj­rzał na zega­rek. Było dwa­dzie­ścia po szó­stej; zaraz musiał wycho­dzić do pracy. Pod­szedł do okna i zoba­czył, że na par­king pod­jeż­dża kia. Od razu roz­po­znał auto nale­żące do wydziału. Za kie­row­nicą sie­działa Anna. Wysia­dła, zapa­liła papie­rosa i spoj­rzała w górę. Widząc Soko­łow­skiego, poma­chała mu. Odwza­jem­nił gest, a potem wło­żył buty i wyszedł z miesz­ka­nia.

– Skąd wie­dzia­łaś, że miesz­kam na Her­ber­gera? – spy­tał, pod­cho­dząc do part­nerki.

– Znaj­dy­wa­nie ludzi należy do moich obo­wiąz­ków, nie? – rzu­ciła, wydmu­chu­jąc dym.

– W sumie fakt.

– A tak serio to popro­si­łam kole­żankę z kadr, żeby podała mi twój adres. Raz, że dobrze wie­dzieć, gdzie ma chatę part­ner. A dwa tak na wszelki wypa­dek, gdyby coś ci się stało.

– A co niby mia­łoby mi się stać?

Soko­łow­ski też zapa­lił papie­rosa i spoj­rzał jej pro­sto w oczy.

– A na przy­kład zawał. Nie jesteś nasto­lat­kiem, a i im się przy­tra­fia. Lepiej dmu­chać na zimne. – Anna puściła mu oko.

– Bez prze­sady, mam dopiero trzy­dzie­ści sześć lat.

– Sporo wię­cej niż ja. Ja mam dwa­dzie­ścia dzie­więć.

– To cytu­jąc kla­syka, „ty młoda dupa jesteś”.

– Ale cza­sem czuję się, jak­bym miała wię­cej. – Komuda zaga­siła papie­rosa na kuble i oparła się o bok auta.

– Też tak mam – powie­dział Soko­łow­ski. – Zobacz na mnie. Mam trzy­dzie­ści sześć lat i nie mam nikogo. Z laską roz­sta­łem się po tym, jak dopra­wiła mi rogi.

– Brzy­dzę się zdradą.

– Ja też. Nakry­łem ją, jak się posu­wała z jakimś typem. Z miej­sca wysze­dłem. Mia­łem z nią zamiesz­kać, ale po tym, co zro­biła, to już nie miało sensu. Na szczę­ście udało mi się coś tu wyna­jąć. – Tomasz wska­zał na kamie­nicę.

– Ja też wynaj­muję. Na wła­sne mnie nie stać i to się raczej nie zmieni. Jak w banku zoba­czyli moje zarobki, kiedy pyta­łam o kre­dyt, to ledwo się powstrzy­my­wali od par­sk­nię­cia śmie­chem. A niby mówią, że budże­tówka ma uła­twioną drogę do kre­dytu. O kant dupy to potłuc. – Poli­cjantka spoj­rzała na zega­rek. – Dobra, misiu, na nas już pora.

– Pojadę swoim.

– A po cho­lerę masz pry­watną wachę mar­no­wać? Jedziemy od razu do roboty.

* * *

Przy­czyna Dolna, 9 lipca 2019 r.

Gdy Kazi­miera Janiak, jak co dzień, poszła do kur­nika, zauwa­żyła, że ktoś się do niego wła­mał. Zerwana kłódka wisiała luźno na sko­blu. Kobieta ostroż­nie pocią­gnęła za drew­niane drzwi i zaj­rzała do środka. Przez chwilę patrzyła na puste pomiesz­cze­nie. Ktoś ukradł jej wszyst­kie sie­dem nio­sek.

– Cho­lera jasna. Oby ci łapy uschły, zło­dzieju! – powie­działa ze zło­ścią.

Spoj­rzała na sto­jącą kawa­łek dalej przy sto­dole budę. Dwa tygo­dnie temu zdechł jej Azor. Miała dostać od Maty­sia­ko­wej szcze­niaka, jak jej suka uro­dzi. Zło­dzie­jem musiał być ktoś, kto wie­dział, że w obej­ściu nie ma psa. Podej­rze­wała Heńka Mazura. Ten pijak i zło­dziej zawsze spra­wiał pro­blemy. Miał zale­d­wie trzy­dzie­ści pięć lat, a w popraw­czaku, a potem wię­zie­niu spę­dził w sumie bli­sko dwie dekady. Na doda­tek nie miał żad­nych zasad. Kie­dyś nie kra­dło się tam, gdzie się miesz­kało. Mazur jed­nak na to nie zwa­żał. Zda­rzyło się nawet, że okradł wła­sną bab­cię, a do tego ją pobił. Stara Mazu­rowa cho­dziła wtedy z pod­bi­tym okiem. Niby mówiła, że się potknęła w obej­ściu i ude­rzyła głową o pie­niek, ale nikt w to nie wie­rzył. Heniek był poryw­czy i potra­fił przy­ło­żyć, zwłasz­cza gdy wypił. A pił prak­tycz­nie każ­dego dnia. Naj­bar­dziej cier­piała na tym jego matka, która nie raz padła ofiarą syna, ale ni­gdy na niego nie donio­sła. Kazi­miera uwa­żała, że to dla­tego Heniek czuł się bez­karny. Teraz była pewna, że to on wła­mał się do jej kur­nika. Posta­no­wiła, że mu tego nie poda­ruje. Skoro nikt nie potra­fił się za niego wziąć, ona to zrobi.

Wró­ciła do domu i z szu­flady kre­densu wycią­gnęła tele­fon komór­kowy, który spre­zen­to­wała jej córka. Następ­nie się­gnęła po notes i szybko odna­la­zła numer wschow­skiej komendy. Już po chwili cze­kała na połą­cze­nie.

* * *

Wschowa, 9 lipca 2019 r.

Krzysz­tof Żmu­dziń­ski włą­czył tele­wi­zor, się­gnął po puszkę piwa i wziął kilka łyków. Wciąż ana­li­zo­wał wczo­raj­szą sytu­ację z Agnieszką. Gdy pod­szedł do dziew­czyny, ta w pierw­szej chwili go nie poznała. Można nawet powie­dzieć, że lekko się prze­stra­szyła. Kiedy zapro­po­no­wał jej wspólną kawę, popa­trzyła na niego dziw­nie, a potem go wyśmiała. Powie­działa, że z mene­lami się nie uma­wia. Miał ochotę zdzie­lić ją w twarz. Jak mogła tak go potrak­to­wać?! To, że wypił kilka piw i że od dwóch dni się nie kąpał, nie ozna­czało jesz­cze, że jest jakimś mene­lem. Odpa­ro­wał jej, że z tępymi laskami się nie uma­wia i sam nie wie, czemu w ogóle zapro­po­no­wał jej kawę.

Chciał jej jesz­cze ostrzej przy­ga­dać, ale wokół było sporo ludzi i nie chciał robić zamie­sza­nia. Dla­tego wró­cił do domu i od razu wyjął z lodówki piwo. Po kilku łykach posta­no­wił spró­bo­wać jesz­cze raz dodzwo­nić się do Pau­liny. W końcu mieli wspólne dziecko i miał prawo je zoba­czyć. To, że nie chciał, aby wpi­sy­wała go w akt uro­dze­nia, i nie pła­cił na nie ali­men­tów, nie ozna­czało, że nie ma do niego praw. Co prawda nie wie­dział nawet, czy to chło­pak, czy dziew­czyna, ale jakie to miało zna­cze­nie? Był ojcem i tylko to się liczyło.

Wybrał numer byłej dziew­czyny, jed­nak znów usły­szał komu­ni­kat, że abo­nent jest nie­do­stępny. Rzu­cił sam­sunga na wer­salkę i dopił piwo. Potem oba­lił jesz­cze kilka puszek, aż w końcu zasnął.

Rano obu­dził się z wra­że­niem, że ma pusty­nię w ustach. Nie pamię­tał nawet, ile wczo­raj wypił. Zasnął w ubra­niu. Miał kaca, a doświad­cze­nie pod­po­wia­dało mu, że na kaca naj­lep­szy jest bro­war. Nie miało zna­cze­nia, że była dopiero siódma rano. Dusz­kiem wypił piwo i rozej­rzał się po pokoju. Szu­kał swo­jej komórki. Zamie­rzał kolejny raz zadzwo­nić do Pau­liny. W końcu zoba­czył tele­fon leżący w rogu wer­salki. Pod­niósł go i wybrał numer byłej. Nie­stety znów bez­sku­tecz­nie.

– Głu­pia cipa – mruk­nął i się­gnął po piwo, ale puszka była już pusta.

Wstał z wer­salki i chwiej­nym kro­kiem skie­ro­wał się do kuchni.

* * *

Weszli do wydziału i Soko­łow­ski ski­nął wszyst­kim głową na przy­wi­ta­nie.

– Gra­tu­luję – powie­dział Iwa­nicki.

– Czego?

– Suk­cesu. Pierw­szy dzień w robo­cie, pierw­sze zabój­stwo od dłuż­szego czasu i sprawca zatrzy­many.

– Fuks. Koleś sam nas wezwał. Nie ma tu żad­nego mojego suk­cesu. – Soko­łow­ski wzru­szył ramio­nami.

– Patrz­cie go, jaki skromny!

– Albo tak się zgrywa – wtrą­cił się Michal­ski. – My to tylko drob­nica, a on z miej­sca nie­le­galny ubój.

– Daj­cie Soko­łowi spo­kój – ucięła prze­py­chanki Anna.

Tomasz odwró­cił się do niej zasko­czony. Nikt ni­gdy nie nadał mu żad­nej ksywy, a tu drugi dzień w robo­cie i już został Soko­łem.

– Soko­łowi? – spy­tał.

– No a jak? Pasuje do cie­bie. Iwa­nicki to Iwan, Michal­ski to Michaś, więc ty możesz być Soko­łem.

– A ty jaką masz ksywę?

– Śliczna Ania. – Komuda par­sk­nęła śmie­chem. – Ale nie waż się tak do mnie mówić.

W tym samym momen­cie zaczął dzwo­nić sto­jący na biurku tele­fon. Anna pod­nio­sła słu­chawkę, wci­snęła guzik gło­śnika i powie­działa:

– Komuda. Wydział kry­mi­nalny.

– Cześć. Macie zgło­sze­nie z Przy­czyny Dol­nej. Kra­dzież z wła­ma­niem.

– Co zgi­nęło?

– Nie pytaj.

– No mów.

– Kury. Nie­jaka Janiak zgło­siła wła­ma­nie do kur­nika i kra­dzież kilku nio­sek.

– Noż kurwa mać… Bez prze­sady!

– Co ja ci pora­dzę? Jest prze­stęp­stwo i trzeba je obro­bić.

Komuda wie­działa, że dyżurny ma rację. Nie pra­co­wali w Chi­cago czy nawet w War­sza­wie. Wschowa rzą­dziła się swo­imi pra­wami. Nie było tu prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej, nie musieli się mie­rzyć z poważ­nymi zbrod­niami. Ich rze­czy­wi­sto­ścią były kra­dzieże kur.

– Dobra, mus to mus. – Wes­tchnęła z rezy­gna­cją. – Dawaj adres.

* * *

Przy­czyna Dolna, 9 lipca 2019 r.

Kry­styna Mazur z pod­łogi spoj­rzała na swo­jego syna. Przed chwilą Heniek kolejny raz ją pobił. Stał teraz nad nią i ciężko dyszał.

– Mówi­łem ci, żebyś mnie nie wkur­wiała! Po co to robisz?

Kobieta nie odpo­wie­działa. Led­wie kwa­drans temu sie­działa przy stole kuchen­nym i cero­wała skar­pety. Heniek wszedł do kuchni i popa­trzył na nią spode łba. Wie­działa, że zaraz będzie chciał od niej pie­nią­dze. Wczo­raj wie­czo­rem był u Kasper­czaka i pili bim­ber. Obu­dził się na kacu i pew­nie będzie chciał pójść do Lidla po piwo. Pro­ble­mem było tylko to, że nie miał swo­ich pie­nię­dzy i zawsze wycią­gał gotówkę od niej. Dawała mu, bo wie­działa, że lepiej go nie dener­wo­wać. Dzi­siaj jed­nak nie miała mu co dać. Eme­ry­tura jesz­cze nie przy­szła, a w domu miała nie wię­cej jak dwa złote. Dla­tego gdy Heniek zażą­dał pie­nię­dzy, zgod­nie z prawdą powie­działa mu, że nie ma. Wtedy wpadł w szał. Wyrwał jej z ręki skar­petę, którą cero­wała, i ude­rzył ją z otwar­tej dłoni w twarz. Potem chwy­cił ją za włosy i szarp­nął. Bolało, ale nie wydała z sie­bie żad­nego dźwięku. Wolała w ciszy zno­sić cier­pie­nie, niż oka­zać przed nim sła­bość. Z doświad­cze­nia wie­działa, że to tylko bar­dziej go nakręci.

W końcu pchnął ją na ścianę i ude­rzył pię­ścią w brzuch. Gdy zgięła się wpół, uniósł jej głowę i ponow­nie ude­rzył. Z jej nosa pole­ciała krew. W ustach też czuła meta­liczny posmak. Wie­działa, że roz­bił jej wargę. Na szczę­ście nie pod­bił oka, tak jak zro­bił ostat­nio. Teraz leżała na pod­ło­dze i marzyła tylko o tym, by Heniek wyszedł z domu. On jed­nak stał nad nią i patrzył.

– To masz tę kasę, kurwa, czy nie?

– Nie mam – powie­działa cicho.

Pod­szedł do kre­densu i wyjął z niego jej torebkę. Otwo­rzył ją i wysy­pał zawar­tość na pod­łogę. Następ­nie pod­niósł port­mo­netkę.

– Chyba sobie jaja robisz? Gdzie kasa? – wark­nął, gdy szybko prze­szu­kał zaka­marki.

– Nie mam. Eme­ry­tura jesz­cze nie przy­szła.

– Ja pier­dolę! – powie­dział Heniek, rzu­ca­jąc w nią port­fe­lem.

Dostała w skroń. Przy­mknęła oczy. Po policzku spły­nęła jej łza.

– Dobra, idę do Władka. A ty się nie maż. Nie wyła­pa­łaś prze­cież mocno – rzu­cił i skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Gdy zamknęły się za nim drzwi, Kry­styna pod­nio­sła się z pod­łogi. Spoj­rzała na roz­sy­paną zawar­tość torebki. Nie miała siły tego zbie­rać. Skryła twarz w dło­niach i cicho zapła­kała.

* * *

Wschowa, 9 lipca 2019 r.

Żmu­dziń­ski dopił piwo i popa­trzył na sto­jący na stole rząd pustych puszek. Prze­li­czył szybko – było ich jede­na­ście. Zapa­lił papie­rosa, po czym poło­żył się na wer­salce i wbił wzrok w sufit. Ostat­nio wszystko mu się sypało. Wie­dział, kto jest za to odpo­wie­dzialny. Pau­lina. W sumie nie umiał tego uza­sad­nić, ale ta wer­sja naj­bar­dziej mu paso­wała. Odkąd go pogo­niła, nic mu się nie uda­wało. Tym­cza­sem ona żyła sobie jak pączek w maśle. Z tego, co sły­szał, spo­ty­kała się z Mar­ci­nem, synem lokal­nego boga­cza. Widział ich kie­dyś, jak par­ko­wali przed Netto wypa­sio­nym autem tego fra­jera. Miał ochotę wziąć kamień i powy­bi­jać mu szyby. On sam ni­gdy by się nie doro­bił lexusa. W sumie nie znał nikogo, kto ciężką pracą zaro­biłby na taką furę. Facet musiał być zło­dzie­jem albo zwy­kłym oszu­stem. Na pewno krę­cił pań­stwo na podat­kach i nie pła­cił swoim pra­cow­ni­kom. Krzysz­tof był prze­ko­nany, że gdyby poli­cja lub skar­bówka bli­żej mu się przyj­rzała, raz-dwa stra­ciłby to auto i został zwy­kłym goło­dup­cem. Był wście­kły na Pau­linę – nie tylko za to, że nie chce do niego wró­cić, ale też że zwią­zała się z kimś takim jak ten cały Mar­cin.

Poszedł do kuchni i otwo­rzył lodówkę. Oprócz kilku paró­wek i musz­tardy było w niej tylko świa­tło. Ostat­nio mało jadł. Głów­nie pił. Posta­no­wił pójść do Dino i uzu­peł­nić zapasy piwa. Się­gnął po leżący na stole port­fel i zaj­rzał do środka. Były w nim dwa bank­noty po dwa­dzie­ścia zło­tych. Na kon­cie miał jesz­cze około dwóch stów. Musiał szybko poszu­kać jakiejś roboty, bo kasa mu się koń­czyła, a pić trzeba.

Pod­szedł do okna i wtedy ją zoba­czył. Szła z wóz­kiem w stronę klasz­toru.

– Ty kurwo pier­do­lona… – mruk­nął pod nosem. – Już ja ci pokażę.

Ruszył do pokoju, żeby szybko zało­żyć spodnie, ale ilość wypi­tego alko­holu spra­wiła, że runął na pod­łogę jak długi. Trzy­ma­jąc się ściany, wstał i – już wol­niej – poszedł się ubrać. Na koniec wsu­nął stopy w adi­dasy i wyszedł z miesz­ka­nia.

Gdy sta­nął przed kamie­nicą, spoj­rzał w kie­runku klasz­toru fran­cisz­ka­nów. Pau­liny nie było już widać. Zasta­na­wiał się, czy poszła do cen­trum, czy może skrę­ciła w Wolsz­tyń­ską.

– Mogła pójść do bie­dry – powie­dział cicho.

Chwie­jąc się na nogach, skie­ro­wał się do dys­kontu.

* * *

Przy­czyna Dolna, 9 lipca 2019 r.

Komuda zapar­ko­wała przy furtce i spoj­rzała na Soko­łow­skiego.

– Gotowy na naj­trud­niej­szą sprawę w karie­rze?

– Nie wiem, czy podo­łam. We Wrocku mia­łem od pyty zabójstw. Kra­dzieży kury ni­gdy.

– Kur. Liczba mnoga. To spra­wia, że czyn zabro­niony jest więk­szego kali­bru.

Sokół ledwo powstrzy­mał śmiech. Wysie­dli z auta i popra­wił kaburę przy pasku.

– Dobra, trzeba się zmie­rzyć z tą zbrod­nią – powie­dział, rusza­jąc do furtki.

W tym samym momen­cie w domu otwo­rzyły się drzwi i na ganku sta­nęła star­sza kobieta.

– Do kogo? – zawo­łała, wycie­ra­jąc dło­nie w far­tuch.

– Poli­cja. W spra­wie kra­dzieży – odparła Komuda.

– Zapra­szam.

Weszli na teren pose­sji i po kilku kro­kach sta­nęli przed gospo­dy­nią.

– Pani zgła­szała kra­dzież kur, zga­dza się? – zaczęła Anna.

– Tak. Rano poszłam po jajka i oka­zało się, że kur­nik jest pusty. Nie było ani jed­nej nio­ski.

– A ile ich pani miała?

– Sie­dem. Jakby ktoś ukradł jedną, to może bym mach­nęła ręką, ale wszyst­kie? Na coś takiego nie pozwolę! Chcę, żeby­ście zna­leźli zło­dzieja. I ma mi za te kury zapła­cić.

Anna zaczęła noto­wać słowa pokrzyw­dzo­nej. Soko­łow­ski tym­cza­sem rozej­rzał się po gospo­dar­stwie. Kawa­łek dalej stała sto­doła, obok któ­rej stała jakaś brona czy pług – nie był pewny, nie znał się na sprzę­cie rol­ni­czym. Za otwar­tymi wro­tami sto­doły widać było stary cią­gnik. Ursus od wielu lat był nie­uży­wany, na co wska­zy­wały kom­plet­nie sfla­czałe opony. Obok sto­doły była pusta psia buda.

W końcu poli­cjant spoj­rzał na znaj­du­jący się z boku kur­nik.

– A bie­rze pani pod uwagę inną oko­licz­ność? – spy­tał.

– A niby jaką?

– No na przy­kład taką, że lis się zakradł i porwał kury.

Kazi­miera Janiak popa­trzyła na niego z ukosa.

– Pan to chyba mia­stowy, co?

– Po czym pani wnosi?

– Bo jakby zakradł się lis, to byłyby ślady. Pióra, a nawet flaki. Tutaj jest czy­sto.

– Rozu­miem.

Kobieta uśmiech­nęła się do niego.

– Poza tym to musiałby być wyjąt­kowy okaz. Lisy pod­ko­pują się lub prze­ci­skają przez szpary. Ten roz­wa­lił kłódkę i wszedł drzwiami.

– Czyli kłódka jest uszko­dzona – wtrą­ciła się Komuda. – Możemy zoba­czyć?

– Oczy­wi­ście.

Całą trójką skie­ro­wali się w stronę kur­nika. Już z kilku metrów widać było uszko­dze­nia typowe dla wła­ma­nia.

– Podej­rze­wam Heńka Mazura – powie­działa Janiak.

Soko­łow­ski spoj­rzał na nią uważ­nie.

– A czemu aku­rat jego?

– Bo to nic­poń i zło­dziej. Pani zresztą może to potwier­dzić. – Janiak spoj­rzała na Komudę.

– Mazur jest nam dobrze znany. – Anna ski­nęła głową. – Jak cokol­wiek w oko­licy znika, jest pierw­szym podej­rza­nym. Zresztą Heniek to nie tylko zło­dziej. To także pijak i awan­tur­nik. Na szczę­ście nie ma na kon­cie nic poważ­niej­szego od wła­mań i kra­dzieży. Kilka razy brał udział w bójce, ale nikt nie zło­żył zawia­do­mie­nia i za to nie kiwał.

Soko­łow­ski zało­żył na dło­nie latek­sowe ręka­wiczki i dotknął kłódki.

– Trzeba wezwać tech­ni­ków – stwier­dził. – Może są palu­chy i uda się je dopa­so­wać do tego Mazura.

* * *

Wschowa, 9 lipca 2019 r.

Mariusz Moskal został wpro­wa­dzony do celi w poli­cyj­nej izbie zatrzy­mań. Kilka minut temu dowie­dział się, że pro­ku­ra­tor wystą­pił do sądu z wnio­skiem o tym­cza­sowe aresz­to­wa­nie. Gdy zamknęły się za nim drzwi, poło­żył się na drew­nia­nej pry­czy i przy­krył kocem. Myślał o tym, jak znisz­czył swoje życie. Gdyby Gośka go nie zdra­dziła, wszystko byłoby ina­czej. Ona wciąż by żyła, a on nie tkwiłby tutaj z per­spek­tywą co naj­mniej kil­ku­na­stu lat odsiadki. Nie wie­dział, czy da sobie radę w zamknię­ciu. Bał się wię­zie­nia. Niby wszystko jest dla ludzi, ale on zda­wał sobie sprawę ze swo­ich sła­bo­ści. Ni­gdy nie był jakoś spe­cjal­nie wyspor­to­wany, jesz­cze w szkole uni­kał wuefu, wolał czy­tać książki. Póź­niej też nie cho­dził na siłow­nię jak nie­któ­rzy jego kum­ple. Był prze­ko­nany, że w wię­zie­niu sta­nie się łatwym celem dla kry­mi­na­li­stów. Sły­szał, że nowy w celi może paść ofiarą prze­mocy nie tylko fizycz­nej, ale też sek­su­al­nej. Bał się gwałtu. Wie­dział, że nie da rady wytrzy­mać takiego bólu i upo­ko­rze­nia. Dla­tego posta­no­wił ze sobą skoń­czyć. Żało­wał, że nie zro­bił tego, jak miał oka­zję. Wtedy bał się roz­stać z życiem, ale teraz nie miał już żad­nych obaw. Nie­stety nie miał też zbyt wielu moż­li­wo­ści.

Wstał z pry­czy, pod­szedł do okna i spoj­rzał na błę­kitne niebo. Zapra­gnął być w innym miej­scu. Naj­chęt­niej na plaży w Lgi­nie. Pra­gnął wysta­wić twarz do słońca, oddy­chać spo­koj­nie. Wie­dział, że praw­do­po­dob­nie już ni­gdy nie będzie miał takiej oka­zji. Pod­jął decy­zję: skoń­czy ze sobą. Nie wie­dział jesz­cze jak, ale coś wymy­śli.

* * *

Aspi­rant Mariusz Iwa­nicki spoj­rzał z uśmie­chem na swo­jego part­nera. Na wprost nich dwóch nasto­lat­ków sprayem mazało po ele­wa­cji.

– Patrz, jakie tłuki – mruk­nął.

– Ja rozu­miem, że mogą nie jarzyć, że jest dzień i każdy może ich zoba­czyć, ale to już prze­sada. Sto­imy zale­d­wie dwa­dzie­ścia metrów dalej, a oni napier­da­lają na żywca – sko­men­to­wał sier­żant Robert Michal­ski.

– Michaś, czego ty ocze­ku­jesz po mło­dych, jak tacy żyją w świe­cie memów, fejsa i innych tik­to­ków. Oni nie myślą już logicz­nie. Kie­dyś sły­sza­łem, że za dwa­dzie­ścia lat ludz­kość wróci do pisma obraz­ko­wego.

– Ty weź nie strasz. Dobra, nie ma co cze­kać. Bie­rzemy się za nich.

Obaj wysie­dli ze służ­bo­wej kijanki i ruszyli w stronę mało­la­tów. Ci, zajęci maza­niem po murze, zauwa­żyli, że mają towa­rzy­stwo, dopiero gdy poli­cjanci byli dwa metry od nich. Pró­bo­wali rzu­cić się do ucieczki, ale było już za późno.

– Auuu! – jęk­nął jeden z nich, gdy Iwa­nicki mocno chwy­cił go pod ramię.

– Spo­koj­nie. Nie szarp się, to nie będzie bolało – powie­dział poli­cjant.

– Niech mnie pan zostawi!

– Chło­paku, nie ma takiej opcji. Wła­śnie na naszych oczach doko­na­li­ście aktu wan­da­li­zmu.

– Pro­szę, niech pano­wie nas pusz­czą – powie­dział drugi i spoj­rzał bła­gal­nie na Michal­skiego. – Pro­szę.

– Nie ma takiej moż­li­wo­ści – odparł twardo Michaś.

– Ale rodzice dadzą nam szla­ban.

– Poważ­nie? Chło­paku, poma­za­li­ście sprayem ścianę bloku. To nie będzie kosz­to­wało dwa złote, tylko kil­ka­set. A może nawet kilka tysięcy. Myślisz, że groźba szla­banu sprawi, że puścimy was wolno na chatę?

Nie­letni mil­czeli. Iwa­nicki spoj­rzał na znisz­czoną ele­wa­cję. Nie miał poję­cia, ile kosz­tuje usu­nię­cie takich szkód, ale nie mogli puścić tym mało­la­tom tego pła­zem.

– Dobra, idziemy do radio­wozu. Poje­dziemy na komendę i tam powia­do­mimy waszych rodzi­ców.

– Bła­gam, niech pano­wie tego nie robią… – jęk­nął chło­pak sto­jący przy Michal­skim.

Iwa­nicki chciał coś powie­dzieć, ale w tym samym momen­cie młody wyrwał się Michal­skiemu i ruszył bie­giem w stronę Kościuszki. Drugi z zatrzy­ma­nych stał w miej­scu. Iwan przy­trzy­mał go moc­niej, by nie pró­bo­wał sztu­czek. Michal­ski ruszył w pogoń za ucie­ki­nie­rem. Chło­pak wbiegł na Kościuszki, a potem na jezd­nię, żeby uciec w kie­runku osie­dla Jagiel­lo­nów. W tym samym momen­cie został potrą­cony przez jadącą ulicą skodę. Prze­le­ciał nad maską i ude­rzył w szybę.

Michal­ski dosko­czył do niego i przy­klęk­nął. Nasto­la­tek żył, ale miał otwarte zła­ma­nie ręki; biała kość wysta­wała na zewnątrz.

– I po co ci to było? – spy­tał poli­cjant.

Nasto­la­tek nie odpo­wie­dział, tylko skrzy­wił się z bólu.

Michal­ski wie­dział, że teraz zaczną się pro­blemy.

* * *

Przy­czyna Dolna, 9 lipca 2019 r.

Hen­ryk Mazur pił z sąsia­dem samo­gon. Po wyj­ściu z domu był wście­kły na matkę. Nie miała dla niego pie­nię­dzy, a prze­cież mogła dzień wcze­śniej pójść na pocztę i je wybrać.

– Jebana sucz – wark­nął cicho.

– Kto? – spy­tał Wła­dek Zamojda.

– Aaa, moja stara. Chcia­łem kilka zło­ci­szy na bronka, a oka­zało się, że ta ma pusty port­fel. Nie pomy­ślała, bladź, że w domu zawsze powinna być kasa na czarną godzinę. Ale nie, ona forsę w banku kitra.

– Prze­cież ona ma naj­niż­szą eme­ry­turę. Co tu kitrać?

– Gdzie tam naj­niż­szą! Nie sły­sza­łeś o tych sta­rych babach, co oszu­ści robią je na wnuczka i nagle się oka­zuje, że spały na milio­nach?

– I myślisz, że ona śpi? Heniek, czy ty sam sie­bie sły­szysz? Więk­szej bzdury nie mogłeś wymy­ślić.

Mazur popa­trzył na sąsiada z wście­kło­ścią. Dosko­czył do Zamojdy, chwy­cił go za koszulę i zbli­żył twarz do jego twa­rzy.

– Ty, kurwa, do mnie się sta­wiasz? – wark­nął.

– Daj spo­kój. Nic złego prze­cież nie powie­dzia­łem… – Wła­dek sta­rał się zała­go­dzić sytu­ację.

– Jak nie? Powie­dzia­łeś, że gadam bzdury. Jak ci wykur­wię, to zęby będziesz zbie­rał po całej Przy­czy­nie.

– Heniek, spo­koj­nie, bra­chu… Nie ma co się nakrę­cać. Kto jak kto, ale ja nie jestem prze­cież twój wróg. Sam zobacz, nie mia­łeś kasy na bro­wara, a ja od razu wyją­łem księ­ży­cówkę. Kto cię pora­to­wał na kacu?

Mazur tro­chę ochło­nął. Puścił sąsiada i wró­cił na swoje miej­sce. Nalał sobie wódki do kie­liszka i szybko go opróż­nił.

– Powiem ci, Heniek, że tro­chę się prze­stra­szy­łem, jak żeś na mnie sko­czył… – Zamojda popra­wił koszulę i wska­zał na butelkę. – Sma­kuje?

– Może być. – Heniek ponow­nie napeł­nił kie­liszki i spoj­rzał w stronę okna. – Ki chuj…? – mruk­nął do sie­bie.

Przed jego dom, po dru­giej stro­nie, pod­jeż­dżał wła­śnie samo­chód. Z miej­sca roz­po­znał taj­nia­ków.

– Ta stara kurwa pały na mnie nasłała!

Z samo­chodu wysia­dła kobieta i męż­czy­zna. Poli­cjantkę już znał – jak ostat­nio był zatrzy­many za wła­ma­nie, to wła­śnie ona sie­działa obok gli­nia­rza, który go prze­słu­chi­wał. Faceta, który z nią przy­je­chał, widział pierw­szy raz.

– Myślisz? – spy­tał Wła­dek, pod­cho­dząc bli­żej okna.

– Ski­traj się, kurwa, bo cię zauważą – syk­nął Mazur.

Zamojda od razu się cof­nął. Nie chciał zde­ner­wo­wać Heńka.

* * *

Kry­styna Mazur spoj­rzała na swoje odbi­cie w lustrze. Warga lekko napu­chła. Na szczę­ście Heniek nie pod­bił jej oka jak ostat­nio. Zaczęła się zasta­na­wiać, gdzie popeł­niła błąd. Czy źle wycho­wała syna? Dopóki żył Romek, wszystko było w porządku. Mąż trzy­mał syna krótko. Pamię­tała, jak Heniek wró­cił kie­dyś ze szkoły z pod­bi­tym okiem i dziurą w spodniach. Pobił się z kolegą o kolek­cję kap­sli, któ­rymi grali w Wyścig Pokoju. Romek, widząc znisz­czone spodnie, począt­kowo nic nie powie­dział. Poszedł na podwórko i zaczął rąbać drewno. Po godzi­nie wró­cił, cały spo­cony, trzy­ma­jąc sie­kierę w dłoni. Poło­żył ją na stole, zawo­łał syna, a potem wska­zał na krze­sło na wprost sie­bie. Heniek patrzył na sie­kierę jak zahip­no­ty­zo­wany. Kry­styna nie miała poję­cia, co się szy­kuje. W końcu Romek powie­dział, że jak jesz­cze raz Henio wróci do domu w podar­tych spodniach, odrą­bie mu tą sie­kierą rękę. Młody się prze­stra­szył i przez następne dni był grzeczny jak anio­łek. Ojciec był srogi, ale jak trzeba było, potra­fił zadbać o rodzinę. Po tym, jak dostał zawału pod­czas żniw i umarł na trak­to­rze, Kry­styna długo nie umiała się pozbie­rać. Została sama z dora­sta­ją­cym synem.

To wtedy zaczęły się pro­blemy. Heniek miał wtedy szes­na­ście lat. Zaczął wąchać klej i włó­czyć się z szem­ra­nym towa­rzy­stwem po uli­cach Wschowy. Spro­wa­dzał też do domu dziew­czyny, nawet się nie krył z tym, co z nimi robił. Wiele razy sły­szała, jak jęczą za ścianą. Raz obu­dziła się w nocy i poszła do kuchni napić się wody. Jej syn stał nago przy oknie, a przed nim klę­czała jakaś nasto­latka. Kry­styna zwró­ciła im uwagę, ale Heniek wark­nął tylko, żeby się nie wtrą­cała, chyba że chce zastą­pić tę dziew­czynę. Poczuła do niego wstręt. Chciała go ude­rzyć, ale zła­pał ją za nad­gar­stek i zaczął się z niej gło­śno śmiać. Nikt ni­gdy tak jej nie upo­ko­rzył.

Kilka dni póź­niej pierw­szy raz ją ude­rzył. Pamię­tała ten dzień, jakby był wczo­raj. Zro­biła wtedy śnia­da­nie i obu­dziła Heńka. Gdy syn wszedł do kuchni, popa­trzył na talerz z kanap­kami z żół­tym serem, a potem prze­niósł wzrok na matkę. Spy­tał, czy nie ma jakiejś kieł­basy, bo ser to mogą jeść myszy. Powie­działa mu, że ma zjeść, co mu daje, a wtedy dosko­czył do niej i ude­rzył ją z pię­ści w brzuch. Gdy zgięła się z bólu, popchnął ją na ścianę. Ude­rzyła w nią ple­cami i upa­dła na pod­łogę. Stał nad nią i gło­śno się śmiał. Stwier­dził, że teraz on rzą­dzi w domu. Pró­bo­wała zapro­te­sto­wać, ale chwy­cił ją za włosy i mocno szarp­nął do góry. Popa­trzył jej pro­sto w oczy i wyce­dził przez zęby, że ma się dosto­so­wać, bo jak nie, przyj­dzie do niej w nocy i ją zatłu­cze. Nie miała odwagi ani siły się bun­to­wać.

Nie­długo póź­niej Heniek zaczął kraść i pić alko­hol. Coraz czę­ściej poja­wiała się u nich poli­cja. W końcu dostał pierw­szy wyrok. Kry­styna poczuła ogromną ulgę. Przez następne lata odsie­dział kilka kar. Drżała ze stra­chu, gdy tylko miał wyjść z wię­zie­nia. Każ­dej nocy modliła się, by znowu go zamknęli. Mia­łaby wtedy choć odro­binę spo­koju.

* * *

Komuda zapar­ko­wała przed wej­ściem do domu, w któ­rym miesz­kał męż­czy­zna podej­rzany o kra­dzież kur. Wysia­dła z samo­chodu i spoj­rzała na zapusz­czone podwórko. Soko­łow­ski sta­nął obok niej.

– Myślisz, że to on zako­sił te kury? – spy­tał.

– Z Heń­kiem od lat są pro­blemy. Żyje od odsiadki do odsiadki. Jest narwany, a do tego bar­dzo bru­talny. Bije matkę, ale ta nie składa zawia­do­mień, więc nic nie możemy zro­bić.

– Czyli prze­mo­co­wiec i dam­ski bok­ser. Taki wschow­ski Bie­droń.

– No. Tylko on do poli­tyki nie pój­dzie. A tak poważ­nie, jeśli mia­ła­bym sta­wiać jaką­kol­wiek kasę, powie­dzia­ła­bym, że to nie on zaje­bał ten drób.

– A po czym wno­sisz?

– Bo na kij mu kury? Sprze­dać nie sprzeda. Zeżreć tyle chyba nie dałby rady, cho­ciaż fakt, koleś jest potęż­nie zbu­do­wany.

– Dopóki z nim nie poga­damy, to się nie dowiemy. – Soko­łow­ski spoj­rzał w stronę budynku. – Dobra, nie ma co cze­kać.

Skie­ro­wał się do furtki i już miał naci­snąć klamkę, gdy się zawa­hał. Komuda to zauwa­żyła.

– Co się dzieje? – spy­tała.

– Pies.

– Co „pies”?

– No pies. U tej okra­dzio­nej babki była buda, ale nie było psa.

– Nie zwró­ci­łam na to uwagi. Ale co w związku z tym?

Soko­łow­ski uśmiech­nął się sze­roko.

– Zło­dziej musiał wie­dzieć, że nie ma psa. Każdy ogar­nięty nie ryzy­ko­wałby włamu do kur­nika sto­ją­cego dzie­sięć metrów dalej, wie­dząc, że jakiś kun­del może zaalar­mo­wać Jania­kową.

Anna poki­wała głową w zamy­śle­niu.

– Masz rację. To ma sens.

– Trzeba będzie do niej wró­cić i spy­tać, od kiedy nie ma czwo­ro­noga.

– Ale naj­pierw zaj­miemy się tym tutaj. – Komuda wska­zała na budy­nek.

– Myślisz, że Heniek jest w domu?

– Jeśli jest, będziemy mieli uła­twione zada­nie. Nie chce mi się jeź­dzić za nim po całej oko­licy.

Poli­cjantka wci­snęła guzik dzwonka. Tym­cza­sem Soko­łow­ski spoj­rzał na dom sąsia­dów. Miał wra­że­nie, że ktoś przy­gląda im się zza firanki.

* * *

Wschowa, 9 lipca 2019 r.

Prze­wi­nęła Dorotkę i poło­żyła ją do łóżeczka. Przez kil­ka­na­ście minut patrzyła, jak mała zasy­pia. Nie miała żad­nych pro­ble­mów z córką. Mała jadła i zaraz po odło­że­niu do łóżeczka zasy­piała. Dzieci, z tego, co czy­tała Pau­lina jesz­cze przed poro­dem, czę­sto mają kolki czy maru­dzą, ale jej córeczka była wyjąt­kowa. Pamię­tała, jak przez pierw­sze dni bała się w ogóle wziąć ją na ręce, bała się ją kąpać, mała była taka kru­chutka. Mar­cin w niczym jej nie poma­gał. Naj­pierw mówił, że nie chce jej przez przy­pa­dek uszko­dzić. Potem, po kilku mie­sią­cach, w przy­pły­wie gniewu stwier­dził, że nie zamie­rza bawić cudzego bachora. To prze­kre­śliło go w jej oczach raz na zawsze. Aku­rat zbie­gło się to z tym, że na powrót zaczął się spo­ty­kać ze swoją byłą. Wypro­wa­dził się od Pau­liny dwa tygo­dnie temu i prak­tycz­nie się do niej nie odzy­wał. Nie tęsk­niła za nim. Tak naprawdę nie był jej do niczego potrzebny.

Znowu została sama. W dodatku z ogrom­nym zmar­twie­niem. Nie dawała jej spo­koju myśl, kto zaj­mie się Dorotką, gdy jej zabrak­nie. Matce na pewno nie powie­rzy opieki nad swoim dziec­kiem. Dla małej byłoby to pie­kło. Teresa była pijaczką i nie liczyło się dla niej nic z wyjąt­kiem kie­liszka. Piła wszystko, co jej wpa­dło w ręce. Kie­dyś Pau­lina zna­la­zła w jej kuchni nawet butelki po dena­tu­ra­cie. To już była prze­sada. Rozu­miała tanie wino, naj­gor­szą wódkę czy nawet bim­ber, ale dykta?! Powie­działa wtedy matce, że się za nią wsty­dzi. Teraz się zasta­na­wiała, co wła­ści­wie spra­wiło, że matka zaczęła nad­uży­wać alko­holu. Prze­cież jak ojciec żył, cią­gle robiła mu awan­tury o picie. A potem sama sto­czyła się na dno…

Pau­lina ode­szła od łóżeczka i sta­nęła przy regale. Się­gnęła po album ze zdję­ciami. Wyjęła kilka swo­ich foto­gra­fii i zaczęła je prze­glą­dać. Dło­nią otarła łzę, która spły­nęła po jej policzku.

* * *

Przy­czyna Dolna, 9 lipca 2019 r.

Patrzyli na idącą w ich stronę matkę podej­rza­nego. Już z odle­gło­ści kilku metrów Soko­łow­ski zauwa­żył, że kobieta jest pobita.

– Widzisz to? – szep­nął do Anny.

– Mówi­łam: dam­ski bok­ser.

– Chęt­nie został­bym z nim sam na kwa­drans. Wytłu­ma­czył­bym mu, że prze­moc to coś złego.

– Prze­mocą chcesz zapo­bie­gać prze­mocy? – Part­nerka popa­trzyła na niego zasko­czona. Po chwili jed­nak puściła do niego oko.

Sokół wzru­szył ramio­nami.

– Cza­sem tak trzeba.

– Dzień dobry. Pań­stwo do kogo? – spy­tała Kry­styna Mazur, pod­cho­dząc do nich.

– Poli­cja. Zasta­li­śmy Hen­ryka Mazura? – zaczęła Komuda.

– Syna nie ma.

– A gdzie możemy go zna­leźć? – spy­tał Sokół.

Kobieta rozej­rzała się ner­wowo. Jej wzrok zatrzy­mał się na chwilę na sąsied­nim domu. Soko­łow­ski ponow­nie spoj­rzał w tamtą stronę.

– Nie mam poję­cia – powie­działa. – Syn mi nie mówi, dokąd cho­dzi.

– Czy możemy się rozej­rzeć po pose­sji? – zapy­tała Anna.

– A w jakim celu? Czy Heniek coś zro­bił?

– Czy­sty jak łza nie jest, prawda? A to już wystar­cza­jąca prze­słanka, by wyko­nać czyn­no­ści na tere­nie pań­stwa gospo­dar­stwa. Poza tym syn jest podej­rzany o doko­na­nie kra­dzieży – wytłu­ma­czyła Komuda.

Kry­styna Mazur wes­tchnęła z rezy­gna­cją i ski­nęła głową.

– Pro­szę, niech pań­stwo robią, co do nich należy.

Soko­łow­ski popa­trzył na nią czuj­nie.

– Czy chce pani zło­żyć zawia­do­mie­nie o naru­sze­niu nie­ty­kal­no­ści cie­le­snej? – zapy­tał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki