Zacisze w Wierzbówce t.1. W cieniu starych wierzb - Aleksandra Rak - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Zacisze w Wierzbówce t.1. W cieniu starych wierzb ebook i audiobook

Aleksandra Rak

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Malowniczy dworek otulony cieniem starych wierzb wydaje się miejscem idealnym do tego, by odzyskać w nim spokój ducha. Zanim jednak stanie się wymarzonym domem, w którym pachnie świeżo upieczonym ciastem, a każdy kąt zdobią bukiety polnych kwiatów, Nina bliska będzie… dokonania morderstwa. Okazuje się bowiem, że nieruchomość, którą dostała w wyniku podziału majątku w trakcie rozwodu, ma pewną niesforną lokatorkę. Mimo usilnych starań nowa właścicielka nie może się pozbyć hrabiny Kaliny Horyńskiej, która swoimi wielkopańskimi przyzwyczajeniami i dziwactwami budzi o poranku lepiej niż najmocniejsza kawa. Marny początek nowej drogi życia…

Magia Wierzbówki działa jednak na wszystkich i kiedy pada pomysł stworzenia w dworku Zacisza, w którym zagubione kobiety znajdą schronienie i motywację do działania, Nina z pomocą Moniki i Kamili dokonuje cudów, by zrujnowana posiadłość stała się sielskim zakątkiem. Wkrótce pod ich opiekuńcze skrzydła trafiają pierwsze zbłąkane duszyczki. Każdej z nich los napisał inny, nieciekawy scenariusz, ale łączy je to, że są jak polne stokrotki – rosną dziko i przelotnie cieszą oko, ale też rzadko ktoś docenia ich prawdziwe piękno. Na szczęście w miejscu, o którym okoliczni mieszkańcy mówią, że tam straszy, uda im się odkryć… ducha, ale wspólnej kobiecej siły, która skłania do zmian. A gdy któraś z nich potrzebuje otrzeźwienia, gąsior Maurycy chętnie je uszczypnie i przywróci do rzeczywistości. Takie jest właśnie Zacisze w Wierzbówce – pomaga zebrać myśli i oderwać się od codzienności. A to dopiero początek tej historii…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 10 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Góral

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



;

Redakcja

Anna Seweryn

Korekta

Anna Jeziorska

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersj elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© AminaDesign, lisima, Victoria, Woranuch | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Aleksandra Rak, 2025

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-17-4

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Wróć do swojego wnętrza, a znajdziesz tam bezpieczną przystań.

Laozi (Lao Tzu)

Postaci, czyli przedsmak tego, kogo spotkacie w Wierzbówce

Nina Zielińska – wskutek rozwodu i podziału majątku zostaje właścicielką zabytkowego dworku w Wierzbówce. Pojawia się na miejscu pełna optymizmu, planując kolejny rozdział w swoim życiu. Wiadomość o lokatorze w jej nowym domu nieco rujnuje tę wizję…

Hrabina Kalina Horyńska – dawna właścicielka dworku, choć wciąż aktualna lokatorka. Kobieta wprost wyjęta z poprzedniej epoki, pełna ironii i cynizmu. Rozstawia każdego po kątach i zupełnie nie przejmuje się zamieszaniem, jakie wokół siebie wywołuje. Zamężna trzykrotnie, nie wierzy w prawdziwą miłość do grobowej deski.

Kamila Horyńska – siostrzenica hrabiny zamieszkującej dworek. Od dawna planuje remont posiadłości i otworzenie w niej zacisznego miejsca dla kobiet po przejściach. Z chwilą pojawienia się w Wierzbówce Niny boi się, że będzie zmuszona porzucić swoje marzenia.

Monika – z niewiadomych przyczyn zakochana w dworku do szaleństwa. Mały głos rozsądku w chaosie wprowadzanym przez hrabinę, jej opiekunka i powierniczka. Zajmuje się posiadłością i mocno angażuje się w projekt powstania Zacisza.

Helena – wraz z bratem Bogusiem prowadzi piekarnię w Wierzbówce. Jej cynamonki sławne są na całe miasteczko. Chciałaby pomóc w budowie Zacisza, mimo że nikt tego od niej nie oczekuje. Zaangażowana w życie mieszkańców, wyciąga pomocną dłoń do każdego. Potajemnie przeżywa swoją utraconą miłość.

Boguś – młodszy brat Heleny, dla którego siostra poświęciła swoje szczęście. Urodził się jako wcześniak, maleńki i niedotleniony. Chciałby, aby siostra odrobinę bardziej uwierzyła w jego samodzielność.

Paweł – przyjaciel Kamili. Pojawia się zawsze tam, gdzie jest potrzebny. Jako radca prawny zostaje wplątany w intrygę rodziny Zbytowskich, którzy chcą wykupić od hrabiny dworek, co powoduje, że powoli oddala się od Kamili, nie chcąc jej ranić.

Wioletta – znajoma Pawła i Kamili, córka państwa Zbytowskich, którzy zaplanowali jej życie w każdym szczególe. Z jej pomocą planują przejąć dworek i otworzyć w nim kolejny dochodowy biznes. Działa jak zaprogramowany robot, wykonując każde polecenie rodziców.

Karolina – dawna przyjaciółka Kamili, która kilka lat wcześniej odbiła jej chłopaka i wyszła za niego za mąż. Pierwsza mieszkanka Zacisza. Pojawia się w progu dworku podczas burzy, prosząc o pomoc.

Ożyw obraz

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytat

Postaci, czyli przedsmak tego, kogo spotkacie w Wierzbówce

PROLOG. Na drodze do nowego początku… 2022 rok

Rozdział 1. Cynamonki Heleny, czyli piekarnia pachnąca przytulnością

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

PROLOG. Na drodze do nowego początku… 2022 rok

Droga Rito!

Pamiętasz, jak napisałaś, że najbardziej boli zdrada osoby, której ufa się całym sercem? Miałaś rację. Dlatego postanowiłam Cię ukarać i tak długo pozostawiłam bez odpowiedzi Twój ostatni list. Musiałam przełknąć gorycz własnej porażki, spojrzeć prawdzie w oczy i pogodzić się z rzeczywistością, jaką zgotowali mi inni. Ale teraz piszę do Ciebie, wyglądając przez okno na zielone łąki, i wciąż nie wierzę, w jakim kierunku potoczyło się moje życie. Swoją drogą… jestem nim okrutnie rozczarowana i…

Nina przerwała pisanie, gdy pociąg niespiesznie, z charakterystyczną dla siebie ociężałością ruszył ze stacji, zabierając ze sobą ostatnie słowa pożegnań i pełne napięcia spojrzenia pasażerów, którzy powoli zajmowali swoje miejsca w wagonach. Dziewczyna przygryzła wargę, w napięciu przypatrując się osobom, które mijały jej przedział. Gdy cztery godziny wcześniej wsiadała do pociągu, miała nadzieję na samotną podróż. Wyobrażała sobie, jak rozmarzonym wzrokiem będzie obserwować malownicze krajobrazy, drewniane domki wybudowane na odludziu, pasące się ze spokojem zwierzęta… Taka perspektywa wydawała się jej wyjątkowo przyjemna, wręcz idylliczna, ale gdy drzwi przedziału zgrzytnęły gwałtownie, bo ktoś przesunął je z impetem, a plecak, który dotąd trzymała na kolanach, by podpierać na nim notes, zsunął się na podłogę, dziewczyna zrozumiała, że jej cudowna wizja właśnie legła w gruzach.

Schyliła się szybko po niewielki bagaż, próbując oddychać równo, bo się bała, że gdy nowy pasażer się rozlokuje, w przedziale zacznie brakować powietrza. Wyjrzała przez okno, by jej towarzysz podróży nie poczuł się nieswojo pod jej czujnym wzrokiem, słońce jednak mocno ją raziło, więc sięgnęła do zasłonki i zaciągnęła ją połowicznie, by chwilę później znów ją odsunąć, gdyż odniosła wrażenie, że we wnętrzu zapanował półmrok. Nie mogła się zdecydować, co zrobić.

Nieznajomy zdawał się nie zwracać na nią uwagi i ze spokojem odkładał bagaże na półkę. Po chwili w przedziale pojawiła się kobieta z dwójką dzieci. Chłopcy niechętnie weszli do środka i zajęli miejsca. Nina podkurczyła kolana i wsparła stopy na siedzeniu. Objęła nogi ramionami, jakby próbowała się skurczyć do jak najmniejszego rozmiaru. Dotąd wygodne oparcie fotela zaczęło ją uwierać, a niebieska tapicerka drapała ją w skórę.

– Możemy wyjść na korytarz? – zapytał starszy z chłopców, rozglądając się ze znudzeniem po przedziale.

– Nie wolno biegać po pociągu – odparł mężczyzna i wyciągnął komórkę z kieszeni. Zmarszczył nerwowo brwi, gdy tylko spojrzał na ekran.

– A możemy popatrzeć przez okno? – zapytał drugi chłopczyk, podbiegając do szyby.

Nina jeszcze mocniej zacisnęła dłonie, którymi obejmowała kolana. Miała nadzieję, że nikt nie będzie próbował jej przesadzać, bo, jak Boga kocha, skończy się to awanturą.

– Ja chcę telefon! – oburzył się pierwszy z braci i wyciągnął dłoń w stronę kobiety, która grzebała w swojej przepastnej torebce.

– Rozmawialiśmy o tym. Staramy się ograniczać gry w podróży – powiedziała, spoglądając na niego przelotnie. – Moja książka zniknęła… – westchnęła.

Nina prychnęła w myślach. Książka, telefon, a dzieci? Kto się nimi zajmie? I jak długo planują udawać, że nie zauważają ich rozdrażnienia i znudzenia?

– Będę tylko oglądał filmy.

– Tu nic nie widać! – jęknął młodszy.

– Możesz ściągnąć walizkę? – Kobieta, kompletnie ignorując marudzenie dzieci, zwróciła się do męża. – Chyba schowałam tam książkę.

– Jak napiszę maila – mruknął w odpowiedzi.

– To ja chcę też usiąść przy oknie! – Starszy z rodzeństwa spojrzał na Ninę wzrokiem, który, jak sądziła, miał ją przestraszyć, ale wywołał jedynie nikły uśmiech.

Zaczęła udawać, że podziwia widoki. Nie zamierzała zamieniać się miejscami, zwłaszcza na żądanie dziecka, które nie planowało nawet o to poprosić. W zabrudzonej szybie dostrzegła swoje odbicie – zmęczoną podróżą twarz, zaspane spojrzenie i blond loki, układające się w sobie tylko znanym porządku. Nic nadzwyczajnego, a jednak zawsze bawiło ją to, w jaki sposób pukle wybierały ułożenie na głowie. Nie miała nad nimi żadnej kontroli, a jednocześnie czuła, że dodają jej wyjątkowej, charakterystycznej iskry.

– Zamień się z bratem – nakazała matka chłopców.

– Ale ja też chcę patrzeć! – jęknął młodszy.

– Zaraz zwariuję… – Kobieta z westchnieniem pokręciła głową, ale najwyraźniej nie planowała prosić Niny o to, by się przesiadła, bo naburmuszona skrzyżowała ramiona na piersi i ostentacyjnie wbiła wzrok w męża, który zaginął gdzieś w komórkowym świecie.

Nina skorzystała z okazji i wróciła do swojego listu, który powstawał w notatniku. Odczytała ostatnie zdanie i zmarszczyła lekko brwi.

…ale teraz piszę do Ciebie, wyglądając przez okno na zielone łąki, i wciąż nie wierzę, w jakim kierunku potoczyło się moje życie. Swoją drogą… jestem nim okrutnie rozczarowana i…

Rozczarowana… Prychnęła w myślach. Rozczarowany to był ten chłopiec, który nie spuszczał z niej złowrogiego spojrzenia, albo jego matka, czekająca, aż królewicz z bajki, jakim kiedyś był jej mąż, oderwie się w końcu od telefonu i wyciągnie z walizki książkę, która być może uratuje jej zdrowie psychiczne podczas tej podróży.

Nina znów uniosła długopis.

…i gdyby nie rodzina, która właśnie wsiadła do mojego przedziału, pewnie sądziłabym, że moje położenie jest beznadziejne, ale… już mi przeszło. Dlatego zmienię nieco ton tego listu i wybacz, że na początku chciałam wywołać u Ciebie wyrzuty sumienia, choć wiedz, że Twoja złowieszcza wróżba okazała się prawdą. Ale może to i lepiej? W końcu przestałam się okłamywać. Nie ma gorszego wroga niż ten, który był Twoim przyjacielem, a ja od dziś nie planuję mieć ani jednego więcej… Chyba skutecznie wyleczyłam się z psiapsiółkowania. Takiego zbyt bliskiego, rozumiesz? Bo mam Ciebie, a Ty nie zawodzisz, choć nie zawsze mówisz to, co chciałabym usłyszeć, ale… chyba tak właśnie robią prawdziwi przyjaciele. Dają dobre rady, a niekiedy im bardziej gorzkie, tym lepsze.

Na chwilę oderwała wzrok od kartki, by zerknąć na młodszego z synów współpasażerów, który z nosem przyklejonym do szyby oglądał uciekające za oknem krajobrazy. Przypominał jej trochę zagubionego chłopca z bajki o Piotrusiu Panie, gdy tak z zafascynowaniem i błyskiem w oczach wszystko dokładnie śledził. Nina pomyślała, że może ten beztroski, buntowniczy wieczny chłopiec miał rację w tym, że bycie dzieckiem to najpiękniejsza rzecz na świecie. Bo człowiek za wszelką cenę pragnie dorosnąć jak najszybciej, a później przychodzi ta trudna, bezkompromisowa rzeczywistość i każdy zaczyna wracać tęsknie wspomnieniami do czasów, gdy życie było zdecydowanie łatwiejsze.

Albo i nie… bo gdy Nina przeniosła wzrok na drugiego chłopca, szybko na myśl przyszła jej zupełnie inna bajkowa postać. Smerf Maruda wydał jej się odpowiednim porównaniem, zważając na naburmuszoną minę dziecka, które wściekle wbijało wzrok to w nią, to w swoją mamę, jakby się zastanawiało, w jaki sposób mogłoby uprzykrzyć im podróż i w konsekwencji dostać upragniony telefon.

– Daleko jeszcze? – zapytał, z rezygnacją opadając na fotel.

– Tak, dwie godziny… – odparła jego matka i z dezaprobatą pokręciła głową.

Jej mąż wciąż odczytywał wiadomości w komórce.

– Nie mogliśmy pojechać samochodem? – jęknął starszy syn.

– Nie.

– Tu jest nudno! W dodatku nie mogę popatrzeć sobie przez okno! – Wymownie wskazał Ninę palcem.

– Możesz. Wystarczy podejść… – Kobieta potarła dłonią skroń. Wyraźnie zbliżała się do granicy własnej cierpliwości.

– Ona mi przeszkadza!

– Nie „ona”, tylko „pani”. I nie podoba mi się twoje zachowanie…

– A mi się tu nie podoba!

– Mógłbyś odłożyć ten telefon i zająć się synem? – rozdrażniona pasażerka zwróciła się do męża.

– Tak… Zaraz… Muszę odpisać… – wydukał, nerwowo wystukując kolejne słowa na klawiaturce.

Nina była przekonana, że nie miał najmniejszego zamiaru przerywać swojego absorbującego, wyjątkowo pilnego zajęcia. Nawet nie spojrzał na żonę, nie zerknął na dzieci, a komentarze starszego syna zbywał delikatnym uśmiechem. Był w zupełnie innym miejscu – w bezpiecznej bańce zwanej „obowiązki zawodowe”, która najwyraźniej miała wytłumaczyć jego zdystansowanie.

Wróciła do swojej wiadomości:

Kiedy czytasz ten list, ja prawdopodobnie dojechałam do miejsca, które jak w cudownych romantycznych historiach ma się okazać moim nowym początkiem. Wyśnioną oazą spokoju. Wspaniałym eldorado. Idyllicznym rajem, w którym znikają kłopoty, problemy same się rozwiązują, wszystko układa się po myśli głównej bohaterki i, co najważniejsze, pojawia się ten przystojny wybawiciel, u którego boku ostatecznie odzyska ona szczęście.

Tak sobie myślę, że śmiejesz się w głos, czytając moje słowa, i następna cierpka rada ciśnie Ci się na usta. Miej tę chwilę radości i poużywaj sobie, bo w kolejnym liście zapewne Ci doniosę, że… znów miałaś rację.

Rito, już wiem, dlaczego te wszystkie bajki o księżniczkach, zagubionych królewnach, walecznych kobietach, które pod koniec historii zawsze odnajdują miłość swojego życia, kończą się przepiękną sceną ślubu. Bo po ślubie kończy się bajka…

Ściskam Cię,

Nina

Ożyw obraz

Rozdział 1. Cynamonki Heleny, czyli piekarnia pachnąca przytulnością

Helena pomyślała, że ciepłe cynamonki, które układała na ladzie w piekarni, pachniały domowym szczęściem. Wprost czuła, że otula ją maślany aromat ciasta z tą charakterystyczną, korzenno-waniliową nutą, która nie uszła jej uwadze, gdy przymknęła na moment oczy, by choć przez chwilę pomarzyć o kęsie słodkich przekąsek. Ten zapach kojarzył się z czymś dobrym, bezpiecznym i otulającym. Tak trudno było jej się powstrzymać przed sięgnięciem po jeden z kawałków, że musiała cofnąć się gwałtownie i zamknąć szybkę witrynki, by kolejny raz nie ulec pokusie.

– Ja bym się nie zastanawiał! – ze śmiechem stwierdził mężczyzna, który niespodziewanie wszedł do piekarni od zaplecza i postawił na podłodze kosz z równie nęcąco pachnącym i jeszcze ciepłym pieczywem.

Helena podparła się pod boki. Już cisnęła jej się na usta zmyślna riposta, już chciała się odgryźć, że przecież nieraz widziała, jak Boguś wybierał potajemnie eklerki, ale umorusany mąką mężczyzna ubiegł ją:

– Ja już sobie zachomikowałem ciacho do kawy.

– A potem sprawdzasz, ile przytyłeś, która fałdka większa i czy guziki się jeszcze dopinają – prychnęła, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– Helcia, gdybyś w domu piekła, to bym nie musiał podkradać. – Kobieta dostrzegła szeroki uśmiech wyłaniający się spod gęstego siwego wąsa.

– Ty już lepiej nie wymyślaj za dużo – odparła tylko, wycierając dłonie w fartuszek, którym przepasała się godzinę wcześniej, gdy zaczynała pracę. Następnie sięgnęła do białego czepka, pod którym ukrywała swoje liche włosy, i poprawiła go nieznacznie.

Nie należała do kobiet, które przesadnie o siebie dbały. Wolała poleżeć dziesięć minut dłużej w łóżku, niż wystawać przed lustrem i malować jakieś arcydzieła na powiekach. Zresztą im mniej kosmetyków potrzebowała, tym więcej pieniędzy zostawało w portfelu. Raz się pokusiła o krem nawilżający, to ze trzy razy go użyła i zapomniała o nim aż do chwili, gdy Boguś zapytał, czy to może mydło jakieś.

– Trzeba rozłożyć chleb na półkach – zarządziła, kręcąc się w wąskim przejściu między ladą a regałami.

Tańczyła. Wirowała z bochenkami w dłoniach. Wrzucała do koszy bułeczki i bagietki, nucąc swoje ulubione melodie, a Boguś milcząco przyglądał jej się zza przyprószonych mąką okularów, czekając, aż powie mu, że może przynieść ciasta, które upiekła wczesnym rankiem. Drożdżowe z truskawkami, biszkoptowe z kremem malinowym i sernik czekoladowy.

– No i co tak stoisz? A ciasta?! – Oburzyła się, gdy na moment zatrzymała się w swoich pląsach i rzuciła okiem na puste dłonie mężczyzny. – Szybko, szybko… – ponagliła go.

Wszystko musiało być gotowe, nim pierwsi klienci będą chcieli przekroczyć próg piekarni, a miało to nastąpić za… niecałe piętnaście minut. Najpierw pojawi się stary Rysiek ze swoim Kapslem. Tuż za nimi Werka albo Jadźka, to zależy od tego, która szybciej wstała do kur. Przyjdzie też Bronka z wnuczką, po słodkie cynamonki, bo Anulka je uwielbia. Być może pojawi się Janek, jak go matka wyśle, pyskata mała Julka, co to na wszystko ma swoją odpowiedź… Właściwie to Helena mogła śmiało wymienić połowę mieszkańców Wierzbówki, którzy wracali do nich z sentymentem, czasami tylko po to, by porozmawiać, wymienić się plotkami i życzyć dobrego dnia.

Gdy ostatnia blacha znalazła się na półce lady chłodniczej, Boguś otworzył drzwi piekarni i wycofał się na zaplecze. Helena odprowadziła go wzrokiem. Przygarbiony, wyjątkowo szczupły, stawiający nieco pokraczne kroki, nieświadomie zdawał się tańczyć do najpiękniejszej melodii świata. Melodii niedostępnej dla uszu innych, takiej, która grała tylko w jego sercu. Nigdy nie obsługiwał klientów, twierdząc, że Helcia zdecydowanie lepiej radzi sobie podczas rozmów. Brakowało mu czasami słów, momentami nie wiedział, jak pocieszyć czy zażartować, czuł się pewniej, gdy mógł się milcząco uśmiechać zza ramienia swojej siostry i przytakiwać jej z pokorą. Kiedyś to się z niego śmiali, że słaby jest, że zdania swojego nie ma, ale teraz… teraz było mu obojętne, co gadają za jego plecami. Jednak ona słyszała te szyderstwa, podszepty i śmiechy i za każdym razem piorunowała wzrokiem, uciszając śmiałków. Może nie wiedzieli, a może i znali prawdę, ale czasy były, jakie były, i niepełnosprawności innych stawały się idealnym powodem do żartów.

– Dzień dobry! – Wesoły głos klienta, którego wyczekiwała jako pierwszego, wybrzmiał w maleńkim pomieszczeniu i jej myśli znów wróciły na właściwe tory.

– Jak tam, Ryśku? To co zawsze? – zapytała szybko.

Praca w piekarni sprawiała jej przyjemność, od kiedy tylko pamiętała. Właściwie już jako kilkuletnia dziewczynka uwielbiała pomagać rodzicom. Układała pieczywo, pakowała produkty, zagadywała klientów… to był jej mały świat, bez którego nie wyobrażała sobie swojej przyszłości.

– A Kapsel gdzie się zapodział?

– W domu został. Ledwo łapę za próg wystawił i się cofnął. On pogodę nosem wyczuwa! – Mężczyzna uniósł ostrzegawczo palec, po czym przeczesał dłonią włosy.

– Przecież pięknie nam słonko świeci, co ty opowiadasz? – Roześmiała się, kładąc na ladzie ciepłą bagietkę i cztery bułki. Nie mniej, nie więcej.

– Sama zobaczysz. Jeszcze rację mi przyznasz… – mruknął i wygrzebał z wysłużonego portfela odpowiednią kwotę. – Ale muszę ci, Helcia, powiedzieć, że cynamonem to pachnie już na zakręcie.

– I bardzo dobrze! Może klientów skusi? – Połechtało ją, że pochwalił cynamonki. Nie mogła tego ukryć, a nawet nie chciała. Niech patrzy Rysiek, jakie rumieńce wywołał.

– Na twoje wypieki w Wierzbówce nikogo namawiać nie trzeba – powiedział jeszcze, puszczając jej oczko, i wyszedł, kulejąc lekko.

Nie odzyskał pełnej sprawności po wypadku sprzed kilku lat, gdy spadł z konia. Ludzie myśleli, że nigdy chodzić już nie będzie, ale im pokazał, jak silny może być człowiek walczący o marzenia. Helena odprowadziła go wzrokiem aż do zakrętu. Obserwowała w milczeniu, jak wciąż czarne, gęste włosy unoszą się w rytmie niespiesznych kroków i aż wargę przygryzła na myśl, że miałaby przy nim kiedyś czepek ściągnąć. Lichą tę czuprynę swoją miała. Ledwo się układać chciała, to na krótko się ścinała, by roboty za dużo nie było, a że tu i tam trochę nadprogramowych kilogramów przez lata zebrała, to teraz już w ogóle nie wiedziała, jak się czesać powinna przy tej swojej pyzatej twarzy, by choć trochę lepiej wyglądać. I właściwie czasu na to nie miała. Przy Bogusiu wszystko stawało się nieistotne.

– Pochwalony! – Do piekarni wkroczyła Jadźka. Z obwiązaną wokół głowy pstrokatą chustą, przypominała Helenie jej babcię, a przecież stara wcale nie była, ledwo ta dziewucha od ziemi odrosła.

– Kościół z drugiej strony, dziecko… – upomniała ją.

– A bo ja ze mszy! – Roześmiała się. – Mama mi pobiec kazała, bo chmury ciągną ciemne… to jestem. To co zawsze, pani Helenko. Duży, mocno wypieczony.

– Wszyscy tu jakieś okropne prognozy przynoszą. A szkoda, bo dzień piękny… – Skórka chleba aż chrupnęła jej pod palcami, gdy pakowała go w ciemny papier.

– I jeszcze wezmę dla pani Broni, bo dzwoniła do mamy, że wnuczka chora. Cynamonki ze cztery i bułki, takie najpyszniejsze.

– Anulka chora? – Helena aż się za pierś złapała. Jej harmonogram odwiedzin w piekarni właśnie runął jak domek z kart. – Zdrowia życz. I jedna cynamonka więcej ode mnie będzie – zaznaczyła, odliczając do torebki pięć drożdżówek. Znów jej ślinka pociekła.

– Pięknie pachną – przyznała Jadzia, wciągając mocno powietrze. – Chyba i ja się skuszę!

Nim wszystko popakowała, dostrzegła przez okno te ciemne chmury, o których wspominała dziewczyna, i już wiedziała, że ciasta się nie sprzedadzą, bo kto w deszczu się na zakupy wybierze.

– Dobrego dnia, pani Helenko! – życzyła jej jeszcze Jadwiga, nim wybiegła z piekarni do Weroniki, bo już czekała na nią za drogą.

– Dobry to byłby, jakby słonko świeciło – mruknęła kobieta i podparła się pod boki. Och, gdyby mogła, to zaraz by te okropne chmury przegnała!

Z braku klientów zaczęła ogarniać zaplecze. Dokumenty uporządkowała, kwiatki podlała i tylko co chwilę zerkała za okno, czy aby może pogoda zdania nie zmieniła i deszczu w inne rejony Polski nie przeniosła, ale nie… jak na złość tylko się ciemniej i ciemniej robiło.

– Pani Helenko kochana! Migiem proszę pakować, bo zaraz zmoknę cała! – Usłyszała nagle, podnosząc głowę znad starej komórki.

– No tego jeszcze nie grali! – Aż się zerwała z krzesła, gdy głos rozpoznała, i wybiegła do piekarni. – Ciebie to już z miesiąc nie widziałam! – Ucieszona jak dziecko w Gwiazdkę, obeszła ladę, by wyściskać obładowaną siatkami kobietę.

– Pani Helenko, ja muszę szybko, bo zaraz naprawdę fryzurę mi deszcz zrujnuje, a pół godziny przed lustrem stałam.

– A nie widać! – Zachichotała, wracając na swoje miejsce za ladą. – Moniczko, gdzieś ty bywała?

Rzeczona Monika tajemniczo się uśmiechnęła i odłożyła zakupy. Najwyraźniej nadchodząca ulewa przestała być problemem, bo aż jej się oczy zaświeciły, gdy nabierała powietrza.

– Bo ja, pani Helenko, to w sanatorium byłam! – Odgarnęła przy tym włosy z czoła, pokazując, że były świeżo ufarbowane, i mówiła dalej: – Na kręgosłup.

– Ty?! Młoda dziewczyna?! – Hela aż na moment zaniemówiła.

– A kto tam komu lata liczy?! Ważne, że się wybawiłam i odpoczęłam. Trzy tygodnie spokoju, wyobraża to pani sobie?

– Tylko przyjechałaś i od razu siaty dźwigasz?! – Kobieta z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Zakupy się same nie zrobią, a nikt inny w dworku tego nie ogarnie.

– Tylko mi nie mów, że tam wróciłaś…

– Serce nie sługa, a pieniądz nie śmierdzi, pani Helenko. Żyć za coś trzeba, a nie wiem, czy ktoś tam tyle miłości oddał, co ja.

– Święci Pańscy… – Helena przeżegnała się szybko. – To co mam pakować?

– Po trochu wszystkiego. Jak zawsze…

Jak zawsze to by było, gdyby odwiedzali ich jeszcze Józek z Bożenką. Ale oboje już świętej pamięci, na wieczny odpoczynek się udali i teraz to ich dzieci z wnukami na cmentarzach odwiedzały. Podobnie jak Jerzyk i Alicja, Robercik zza płotu i jeszcze wielu innych, co zniknęli z Wierzbówki, a czas nieubłaganie płynął, zachowując ich jedynie we wspomnieniach bliskich i sąsiadów.

– Lecę, bo jak zacznie padać, to chyba do jutra nie przestanie! – Monika zapakowała wszystko do jednej z lżejszych reklamówek i uciekła z piekarni, nim Helena zdążyła wytrzeć ręce w fartuszek.

Może powinna zamknąć dzisiaj szybciej? Mogłaby wykorzystać ten czas i posprzątać w zakamarkach domu, do których normalnie się nie zagląda, albo przygotować nowe zasłonki. Może uda się okna umyć, gdy tylko się rozpogodzi?

Pierwsze krople rozpoczęły bębniący taniec na szybie, a Helena odwróciła się do półek z pieczywem, by sprawdzić, jak bardzo może być stratna tego dnia. Kilka bułek, dwa duże chleby, praktycznie pełne blachy ciast. Bagietki, eklerki, cynamonki…

– Dzień dobry… – Niepewny głos, którego nie mogła do nikogo dopasować, przerwał jej obliczenia. Kobieta zwróciła się ku otwartym drzwiom.

– Nie za dobry… – mruknęła, marszcząc lekko brwi na widok przemoczonej dziewczyny, która nagle zjawiła się w progach piekarni. – Psia pogoda…

– No tak – przyznała nieznajoma, spoglądając przez ramię na podwórko.

Deszczowa zasłona przysłoniła szarością ulicę.

– Czy… mogłabym tu przeczekać? – zapytała, poprawiając nerwowo plecak na ramieniu.

Hela zmierzyła ją wzrokiem. Była pewna, że nigdy wcześniej nie widziała w Wierzbówce dziewczyny, której włosy kręciły się jak sprężynki, nawet będąc całkowicie mokre. Bagaż miała nie za duży, mógł zmieścić butelkę wody, kilka kanapek i zapas ubrań na dwa, może trzy dni. A więc jakaś turystka…

– Mogę coś kupić – dodała nieznajoma, podchodząc bliżej lady.

– Możesz postać po prostu. – Helena wzruszyła ramionami. – Ja nikogo nie zmuszam, żeby pieniądze wydawał.

– O nie… nie, nie… źle mnie pani zrozumiała. Skończyły mi się kanapki i miałam ciężką noc. – Dziewczyna nagle się rozpromieniła. – Jechałam w pociągu z takim małżeństwem i dwójką ich dzieci. To było straszne. Ci chłopcy się ewidentnie nudzili i cały czas marudzili. Jeden chciał oglądać krajobrazy, drugi grać na komórce, w końcu się zamienili, ale najgorsze było to, że mąż tej kobiety…

– Pociągiem? – przerwała jej Hela, czując, że jeszcze chwila, a dorobi się bólu głowy.

– No tak. To był najszybszy sposób, żeby się tu dostać.

– Do Wierzbówki? A czego ty tu szukasz?

– No… – Zawahała się i by zyskać na czasie, otaksowała wzrokiem całą piekarnię. – Prywatnie przyjechałam – odparła w końcu, znów przywołując na twarz szeroki uśmiech. – Ale tu pięknie pachnie od progu. Cynamonem, słodkością i… przytulnością.

– Przytulnością? – powtórzyła Helena, nieznacznie się rozpromieniając. – Może i tak… – Westchnęła w duchu, bo deszcz przybrał na sile, co oznaczało, że zbyt szybko nie pozbędzie się niespodziewanego gościa. – To może zrobię nam herbaty i zjemy po jednej… cynamonce? – zaproponowała, czując, że jej serce zaczęło niebezpiecznie przyspieszać.

Już dawno nie miała okazji usiąść z kimś przy kubku herbaty i po prostu porozmawiać. Bez Bogusia.

– W sumie czemu nie? I tak pewnie będę jeszcze błądzić po okolicy przez dłuższy czas.

– Tu raczej niczego ciekawego nie zobaczysz. – Hela gestem zaprosiła dziewczynę na zaplecze, gdzie czekały na nie dwa stare fotele, niewielki stolik, półka z książkami i szafeczka, na której stały czajnik, kilka kubków, słoik z kawą i drugi z torebkami herbaty. – Wierzbówka słynie jedynie z…

– Wierzb. Mnóstwa wierzb – dokończyła za nią nieznajoma. – Ale ja przyjechałam do dworku.

– Do dworku?! – Z wrażenia aż się zatrzymała w pół kroku. – To stara ruina, czego będziesz tam szukać?

– Ruina?! – Dziewczyna zamrugała gwałtownie.

– No zabytkiem na miarę krajową bym tego nie nazwała. – Roześmiała się nagle, wstawiając wodę do gotowania.

Spojrzała na dziewczynę, która, nieco skołowana, przysiadła w jednym z foteli. Wciąż mokre loczki okalały jej policzki, a pojedyncze krople spływały po włosach, by ostatecznie spaść na kolano lub podłogę.

– A po co ty tam chcesz iść? – zapytała Helena raz jeszcze, krzyżując ramiona na piersi.

Dworek w Wierzbówce nie cieszył się dobrą sławą, a co poniektórzy rozsiewali o nim wiele opowieści. Prawdziwych i mniej, jak to bywa w plotkach, ale żeby dla niego pół Polski zjechać?

Nieznajoma podniosła wzrok i roześmiała się cierpko.

– Miałam nadzieję, że los się do mnie uśmiechnął.

– Los to ci się może jedynie w twarz zaśmiać. Jak wszystkim tutaj…

Woda zaczęła wrzeć. Helena nerwowymi ruchami napełniła dwa kubki i wrzuciła do nich torebki owocowej herbaty. Malinowo-cytrynowy aromat rozniósł się po niewielkim pomieszczeniu.

– Mówiłaś już, jak się nazywasz? – zagadnęła, gdy przysiadła na drugim z foteli.

– Nie… – Dziewczyna zatarła dłonie i objęła nimi ciepły kubek. – Okropna pogoda. Myśli pani, że się poprawi? Szkoda by było, żeby tak lało przez najbliższe dni.

– Mam nadzieję, bo będą straty. Ludzie wtedy rzadziej zaglądają do piekarni… – odparła Helena, podpierając podbródek dłonią.

Straszliwie zaintrygowała ją ta przyjezdna. Niby taka rozgadana, otwarta, ale podejść się nie dała i imienia zdradzić nie chciała.

– Mogę cię zaprowadzić później – zaproponowała, bo dotarło do niej, że być może to jedyny sposób, by się dowiedzieć, jakie były powody przyjazdu do Wierzbówki dziewczyny z niewielkim plecakiem.

– O, chętnie! – Ucieszyła się, odstawiając kubek. Zerknęła przy tym z błyskiem w oku na cynamonki, które Helena przyniosła z piekarni, i przełknęła ślinę. – Naprawdę pachną domowo. Moja babcia kiedyś takie piekła.

– Częstuj się – uprzejmie zachęciła Helena, w duchu dodając: „Przyda ci się trochę słodyczy, gdy przyjdzie gorycz rozczarowania”.

Teraz naprawdę zaczęła mieć nadzieję, że deszcz minie tak szybko, jak się pojawił, bo aż ją ściskało w żołądku na samą myśl o tajemnicach, które mogła przywieźć ze sobą nieznajoma.

Ożyw obraz