Zaburzenia rytmu - Marcin Pełka - ebook

Zaburzenia rytmu ebook

Marcin Pełka

0,0

Opis

Nic nie przygotuje cię na to, co nadchodzi

Jaki wpływ na losy Wszechświata może mieć katastrofa w porcie lotniczym imienia Marii Konopnickiej w Nakle nad Notecią? Co się stanie, gdy jasnowidz postanowi obrabować bank? I dlaczego czasem lepiej nie budzić się przed czasem?

„Zaburzenia rytmu” to zbiór opowiadań, które wciągają w wir nieoczywistych zdarzeń oraz absurdalnych zbiegów okoliczności. Humor przeplata się tu z nostalgią, groteska z przenikliwą analizą codzienności, a wydarzenia nie z tej ziemi z rzeczywistością, która może nadejść szybciej, niż się spodziewasz.

Czy taki los czeka ludzkość? Przekonaj się – jeśli masz odwagę zajrzeć w przyszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 212

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Marcin Pełka

Zaburzenia rytmu

KUSTOSZ

Tego dnia rano pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy poziom promieniowania spadł do granic tolerancji. Kempiński na wszelki wypadek odczekał pół godziny i ponownie odczytał wskazania licznika. Odetchnął z nieskrywaną ulgą. Wreszcie mógł przerwać przygnębiającą bezczynność i wyjść na powierzchnię.

Zlustrował okolicę przez niewielki peryskop. Zatoczył nim powoli pełne koło, nie dostrzegając żadnych zagrożeń. Jak dziesiątki razy wcześniej było pusto, jałowo. Nauczony doświadczeniem niczego groźnego się nie spodziewał, nie miał jednak w zwyczaju zaniedbywać środków ostrożności. Energicznie złożył części optyczne urządzenia, a hydrauliczne mechanizmy zabuczały cicho, chowając pozostałe fragmenty w suficie bunkra.

W znajdującej się obok niewielkiej śluzie wisiał skafander, stały ciężkie buty z ołowianymi wkładkami w podeszwach, a na składanym stoliku leżała maska przeciwgazowa z przesuwanymi na gogle przesłonami anty-UV. Kempiński ubrał się wprawnie, mając za sobą wiele takich poranków. Zakładanie odzieży ochronnej było tak rutynową czynnością, że sprawdzanie jej szczelności i aktywacja przesłon maski odbywały się w zasadzie na poziomie dawno wyrobionych odruchów. Chwilę później był gotowy.

Zasyczał rozszczelniony właz bunkra i ciężka, ołowiana klapa uniosła się majestatycznie, wpuszczając do śluzy dzienne światło. Kilkanaście stopni drabinki zostało pokonanych w zaledwie kilka sekund. Kempiński stanął na zewnątrz pierwszy raz od wielu dni. Był 12 kwietnia 2043 roku. Od atomowej apokalipsy minęło prawie dziesięć lat.

Silny podmuch suchego wiatru uderzył go niespodziewanie w plecy, zmuszając do postawienia kilku kroków. Wzbity w górę tuman siwego kurzu przesłonił i tak ledwo dostrzegalne, mdłe słońce, ograniczając na moment widoczność. Drobiny kurzu to opadały, to wzbijały się, przeganiane co i rusz z miejsca na miejsce nowymi podmuchami. Kempiński przetarł rękawicą osłonę licznika i jeszcze raz dla świętego spokoju odczytał wyświetlane cyfry. Radioaktywność otaczającego świata była tego ranka w granicach tolerancji osoby zabezpieczonej w odpowiedni sposób. A on zawsze dbał o to, aby nie narazić się na napromieniowanie.

Nie zachwycało go samotne życie w zniszczonym w atomowym kataklizmie świecie, jednak z pewnością nie dojrzał jeszcze do jego przedwczesnego zakończenia. Nawet jeżeli kiedykolwiek nadejdzie chwila, w której podejmie taką decyzję, był przekonany, że umrze w inny sposób niż na skutek choroby popromiennej.

Każdy stawiany krok wzbijał kolejne kłęby kurzu. Wiejący wciąż wiatr porywał je i rozpraszał, jakby znajdował w tej czynności dziką satysfakcję. Przegonione chmury odsłoniły na moment jaskrawą kulę słońca, zmuszając idącego niespiesznie człowieka do aktywacji najsilniejszej przesłony. Szybki, oszczędny ruch sprawił, że przezroczyste dotąd gogle maski wyraźnie ściemniały. Kempiński poprawił niesiony na jednym ramieniu plecak i nie zwalniając nawet na moment, szedł ku ruinom pobliskiego miasta. Jego atomowy schron był oddalony od przedmieść o niecały kwadrans marszu, wkrótce więc zagłębił się w labirynt niszczejących od lat ulic i domów.

Miasto nie zostało zbombardowane żadną rakietą z głowicą nuklearną. Nie było gigantycznego grzyba, nie rozeszła się burząca wszystko na swej drodze fala podmuchu i nie szalały apokaliptyczne pożary. Zabójca był cichy i niewidoczny. Radioaktywne chmury powstałe w miejscach odległych wybuchów zostały przygnane do jego miasta przez wiatr. Ten sam, który dzisiejszego ranka hasał bezkarnie i gwiżdżąc przeciągle w różnych szczelinach, naigrawał się z wolno idącego człowieka.

Kempiński wymijał przerdzewiałe wraki samochodów i sterczące, ułamane na różnych wysokościach kikuty latarń. Mimo iż aglomeracja nie została trafiona bezpośrednio, i tak była ruiną. Brak mieszkańców, którzy dbaliby o posesje, szybko sprawił, że zmieniły się one w rudery. Miasto nie miało gospodarzy od prawie dziesięciu lat. Przez pierwsze osiem po atomowej wojnie pozostawione było samemu sobie. Suchy, niestrudzony wiatr naniósł mnóstwo pyłu, systematycznie zasypując węższe ulice grubą warstwą. Wszędzie walały się najróżniejsze śmieci. Niekonserwowane okna i drzwi stopniowo wypaczały się, z zewnętrznych elewacji złuszczała się farba i odpadał tynk, a ulewne, jesienne deszcze sprzyjały wszechobecnej korozji.

Po ośmiu latach spokój specyficznego cmentarzyska zakłócony został krokami człowieka. Kempiński dobrze pamiętał swój pierwszy po wojnie spacer. Najbardziej obawiał się własnej reakcji na widok niezliczonej ilości trupów. Wychodził z założenia, że wysoki poziom promieniowania wysterylizował dokładnie całą ziemię. Konsekwencją tego faktu miało być zahamowanie procesu bakteryjnego rozkładu martwych ciał. Okazało się jednak, że na szczęście mocno pomylił się w tej kwestii.

Mimo znacznej radioaktywności otoczenia bakterie przetrwały. W wyniku mutacji z pewnością powstało wiele nowych szczepów, jednak zdolności do rozkładu materii organicznej w ich wykonaniu nie zanikły. W domach, w biurach, w samochodach oraz w setkach najróżniejszych miejsc wybranych przez napromieniowanych ludzi na ostatnie chwile życia nie było ciał. Bielały za to szkielety pokryte groteskowo strzępami ubrań. Nie był to oczywiście przyjemny widok, ale Kempiński i tak odetchnął z niekłamaną ulgą. Od tamtego ranka przychodził do miasta każdego nadającego się ku temu dnia. Włóczył się ulicami, odwiedzał sklepy, apartamenty, biura…

Spóźnione refleksje, które nachodziły go podczas takich spacerów, skłoniły go do odwiedzenia trzech miejskich muzeów. Wcześniej nie miał okazji tego uczynić, teraz wolnego czasu miał aż nadto. Żałował, że ogląda zgromadzone eksponaty w całkowitej ciszy; że nie słyszy opisów i komentarzy przewodnika, jednak nie mógł w tej kwestii niczego zmienić.

Kiedy tak stał przed zmatowiałymi, mocno zakurzonymi gablotami, naszła go w pewnym momencie myśl na swój temat. Uśmiechnął się z przekąsem, uświadamiając sobie, że jest kimś w rodzaju kustosza. Był specyficznym przewodnikiem po olbrzymim muzeum z niezliczoną ilością niszczejących eksponatów. Nie miał jednak kogo po nim oprowadzać. Nikt nie odwiedzał jego miasta, potencjalni zwiedzający dawno już nie żyli.

Kempiński nigdy nie precyzował celów swoich wędrówek. Szedł tam, gdzie akurat danego dnia miał ochotę. Raz odwiedził kino, bezskutecznie próbując uruchomić projektory. Innym znów razem chodził po parku, gapiąc się na bezlistne kikuty okorowanych drzew oraz dawno wyschłe, zasypane wszechobecnym pyłem fontanny. Przygnębiony, z pochyloną głową, szerokim łukiem omijał lunapark i place zabaw.

Z kolei z podniesionym czołem spędził kiedyś pół dnia na miejskim stadionie. Sztuczna murawa znacznie wyblakła i poszarzała od przykrywającego ją pyłu, jednak od biedy przypominała trawę. Udawał, że jest znanym piłkarzem, bożyszczem tłumów, które dopiero co zdobyło zwycięskiego gola w ostatniej minucie jakiegoś ważnego, decydującego o mistrzostwie meczu. Uniósł ręce w triumfalnym geście, choć skafander ochronny mocno ograniczył zakres tego ruchu. W wyobraźni słyszał własne nazwisko skandowane przez wielotysięczną rzeszę rozentuzjazmowanych kibiców.

W walącej się szatni znalazł sflaczałą piłkę i kopał ją zaciekle po pylistym boisku aż do zupełnej utraty tchu. Dopiero problemy ze złapaniem oddechu, głośne walenie tętna w skroniach i pot zalewający oczy zmusiły go do zrezygnowania z dalszej gry. Od tamtej pory co jakiś czas zaglądał na stadion, by kopać marną namiastkę piłki i rozgrywać w myślach następne finałowe, oczywiście zwycięskie mecze.

Któregoś dnia pod wpływem kolejnej zachcianki odwiedził szereg sklepów jubilerskich. Zimne, nieczułe klejnoty leżały w zakurzonych gablotach, niewzruszone upływem czasu i wydarzeniami, których były niemym świadkiem. Szlachetne kamienie w pierścionkach i wisiorkach, bransoletki, kolie, kolczyki – wszystko to było teraz niczyje. Niezmierzone kiedyś bogactwo nie miało już jakiejkolwiek wartości. Dawne przedmioty pożądania zmieniły się w pokryte patyną świecidełka.

Najbardziej lubił odwiedzać hipermarkety. Po zgromadzonych w nich organicznych towarach zostały puste półki i mnóstwo walających się dookoła, kruszejących opakowań z folii. Te obszary rozległych hal omijał zazwyczaj z daleka. Większość czasu spędzał natomiast w działach z narzędziami, akcesoriami sportowymi i elementami wyposażenia wnętrz. Celem jego działań były te towary, które nie uległy destrukcyjnemu wpływowi czasu. Kempiński po prostu się nimi bawił. Ustawiał szklanki lub kieliszki w gigantyczne piramidy, a potem niszczył dopiero co powstałe budowlane arcydzieła, ciskając w nie na przykład młotkiem.

Innym razem kryształowe wazony służyły za specyficzne kręgle, a w roli rozbijającej je kuli wystąpił wystrzelony z dużą siłą hokejowy krążek. Plastikowe płyty z muzyką i filmami śmigały we wszystkich kierunkach, śląc dookoła blade refleksy przyćmionego pyłem słońca. Za tarcze dla kuchennych noży robiły komputerowe klawiatury lub wiszące dookoła, wyblakłe plakaty z reklamami. Kempiński miał w ten sposób swój mały udział w zniszczeniu miasta.

W jakikolwiek sposób nie spędziłby dnia, zawsze przychodził moment powrotu do bezpiecznego azylu. Ociężale powłócząc nogami i przedłużając tę czynność tak bardzo, jak tylko się dało, kierował swe kroki w stronę zlokalizowanego poza miastem bunkra. Nigdy nie było wiadomo, kiedy nadarzy się sposobność do następnego spaceru. Równie dobrze mógł włóczyć się po martwej aglomeracji przez trzy dni z rzędu, jak i mieć przerwę w wyprawach trwającą trzy miesiące lub dłużej. Tych ostatnich okresów przymusowej bezczynności nienawidził z całego serca. Nudził się wówczas jak mops. Cóż w końcu można było robić w małym, jednoosobowym schronie atomowym?

Sposobów na wypełnienie nadmiaru wolnego czasu starczyło mu na kilka pierwszych lat. Później z nudów chciało mu się wyć. Odwlekał więc moment powrotu do bezczynności, obawiając się, że kolejne dni spędzone w samotności i ciszy sprawią ostatecznie, że zwariuje.

Niespodziewanie nadepnął na drucianą obręcz. Pozostałość po samochodowym kołpaku trzasnęła głośno pod jego ciężkim butem, przerywając niewesołe rozmyślania o czekającym go powrocie. Kempiński rozejrzał się dookoła. Po prawej stronie był zamknięty na głucho sklep ogrodniczy. Mocno wyblakły, ledwo czytelny szyld jakimś cudem nie spadł jeszcze znad drzwi. Wisiał mocno przekrzywiony na opierającym się korozji ostatnim haku i kołysał się w podmuchach wiatru. Brudne szyby zazdrośnie strzegły tajemnic wnętrza dawnego sklepu. Stojący przed witryną człowiek widział jedynie niewyraźne zarysy półek i lady w środku lokalu.

Leżący obok nadepniętego dopiero co kołpaka pokaźny fragment tynku posłużył do rozbicia szyby. Brzęk tłuczonego szkła rozbrzmiał głośnym echem na pustej ulicy. Kempiński ostrożnie przekroczył pozostałe w okiennej ramie, ostre odłamki i znalazł się w dawnym ogrodniczym raju. Spędził w nim trochę czasu, bawiąc się między innymi różnego typu nożycami i sekatorami. Przebijał nimi rdzewiejące konewki, rozcinał kruszejące siatki ogrodzeniowe, wbijał w puszki z impregnatem do drewna lub różnorakimi środkami ochrony roślin. Potem urządził wyścig zgromadzonych na zapleczu kosiarek. Metą była jedyna niezastawiona półkami ściana przy wejściu.

Po półgodzinie spękana podłoga przed nią zasłana była olbrzymią liczbą metalowych i plastikowych części rozbitych z impetem urządzeń. Następnie różnego rodzaju narzędzia do pielęgnacji ziemi posłużyły jako oszczepy. Tarczami były natomiast ustawione w równych rzędach plastikowe kubły na śmieci i kompostowniki. Akty wandalizmu mnożyły się jeden po drugim i nic nie wskazywało na to, że ich koniec jest bliski.

W końcu jednak niszczący wszystko dookoła człowiek zmęczył się i zaniechał dalszej destrukcji. Ze smutkiem i równocześnie tęsknotą malującą się na twarzy spojrzał w kąt ogrodniczego sklepu, gdzie stał automat z napojami. U jego podnóża widoczna była szeroka, zaschnięta plama koloru brązowego. Wypełniający cienkościenne, aluminiowe puszki płyn przeżarł ściany swego więzienia, rozlał się dookoła, a potem zwyczajnie wyparował. Wewnątrz maski rozległo się ciężkie, stłumione grubą gumą westchnienie zawodu.

Cóż! – Kempiński westchnął po raz kolejny. Dziś też nie napiję się coca-coli.

Powoli zaczynał tracić nadzieję, że jego poszukiwania nieskorodowanej, pełnej puszki zakończą się kiedykolwiek sukcesem. Dla zaspokojenia tej przyjemności gotów był nawet złamać podstawowe, ściśle dotąd przestrzegane zasady bezpieczeństwa. Zamierzał przynieść do swego schronu napromieniowaną puszkę i w pełni świadom związanych z tym zagrożeń wypić jej zawartość. Do tej pory nie miał jednak okazji zrealizować tych zamierzeń, a nieubłagalnie upływający czas sprawiał, że stawało się to coraz mniej prawdopodobne.

Ze złością kopnął zepsuty automat. Ciężki but bez trudu zgruchotał ścianki i drobne kawałki plastiku rozprysły się we wszystkie strony. Sfrustrowany człowiek, z głośnym chrzęstem deptanego szkła, wyszedł na ulicę. Po drugiej stronie stał pokryty warstwą pyłu, rdzewiejący po cichu ford. Kempiński zajrzał do wnętrza. Stelaże siedzeń jako jedyne zachowały pierwotny kształt. Skruszała kierownica dawała się rozpoznać jedynie po typowym miejscu zamontowania. Pozostałe wyposażenie auta zmieniło się w bezkształtną masę zalegająca na dziurawej podłodze.

Kempiński ponownie ciężko westchnął. Kiedyś jeździł takim samochodem. Niestety raptem parę dni. Kupił go za długo odkładane pieniądze tuż przed wybuchem wojny i tak naprawdę nie miał okazji się nim nacieszyć. Jazda z parkingu przed blokiem do pracy i z powrotem zajmowała w obie strony raptem dwadzieścia minut. Zaplanowany zaś w najdrobniejszych szczegółach dłuższy wypad nad morze się nie odbył. Atomowa pożoga skutecznie wykreśliła ten i wiele innych planów z życia Kempińskiego. Ileż by dał za ucieczkę od przygnębiających wspomnień! Za spokój ducha wolnego od powracających uparcie obrazów z przeszłości. I za sny bez wizji dawnego, normalnego, przedwojennego życia.

Odprowadził wzrokiem przeganiany przez wiatr, postrzępiony kawałek folii. Resztki jednorazowej torebki sunęły smętnie na czele żółtawego tumanu kurzu, to wzbijając się, to znów opadając na zapyloną ulicę. Kolejny przedwojenny relikt. Następne nieme świadectwo czasów, które nieodwracalnie minęły, choć nie odeszły w zapomnienie.

Zrezygnowany mężczyzna ruszył wzdłuż zaśmieconej ulicy. Patrzył na wszystko wokół niewidzącymi oczami, głęboko zamyślony nad swoim smutnym losem. Odnosił wrażenie, że radioaktywny pył mimo zabezpieczeń przedostaje się pod gumowany skafander, a zwłaszcza pod maskę, powodując nieprzyjemne drapanie w gardle i pieczenie spojówek.

W podmuchu wiatru z metalicznym brzękiem zsunął się z okna nadgryziony zębem czasu parapet. Arkusz przeżartej rdzą blachy zadzwonił na spękanym chodniku, wyrywając pierwszego od wielu lat przechodnia z odrętwienia. Kempiński się zatrzymał. Na dziś miał dosyć. Mimo iż dopiero co minęło południe i do zachodu słońca miał jeszcze sporo czasu, postanowił wrócić. Tym razem nie odwlekał momentu podjęcia nielubianej z założenia decyzji ani nie szukał powodów do zwolnienia kroku. Szedł w stronę swego betonowego azylu, nie rozglądając się na boki. Patrząc na czubki ciężkich butów z ołowianymi wkładkami w podeszwach, opuszczał jedyne w swoim rodzaju muzeum. Był tu ponurym, nikomu niepotrzebnym kustoszem.

Po półgodzinie marszu dotarł wreszcie do uniesionego włazu prowadzącego do śluzy schronu atomowego. Mimo upływu czasu, mimo wiatrów, pyłu i deszczów napis umieszczony na okrągłym wieku był cały czas dobrze widoczny. Wymalowane na szarym tle jaskrawożółte litery tworzyły slogan reklamowy: „Schron atomowy Kowalczyk & Pokora. W nim przeżyjesz wszystko i wszystkich”.

– Mieliście rację – mruknął Kempiński pod adresem wytwórców bunkra, schodząc do śluzy po szczeblach drabinki. – Pieprzeni wizjonerzy!

Te dwa krótkie zdania były swoistą mantrą kończącą wszystkie dotychczasowe spacery. Kiedyś była w nich wyraźnie wyczuwalna złość. Później w kilku słowach dało się zauważyć rozpacz. Aktualnie zaś można było wychwycić, że wypowiadał je ktoś pełen smutku i rezygnacji.

Zabuczały hydrauliczne mechanizmy opuszczające właz. Wkrótce potem rozległ się charakterystyczny syk powietrza towarzyszący uszczelnianiu hermetycznego zamknięcia. Kempiński przystąpił do rutynowych czynności oczyszczania i zdejmowania odzieży ochronnej.

Na zewnątrz niezmordowany wiatr przeganiał śmieci w sobie tylko wiadomym kierunku. Za jego sprawą szara pokrywa z żółtym napisem to pokrywała się cienką warstwą pyłu, to znów była z niej oczyszczana. W oddali samotnie i w milczeniu niszczało radioaktywne miasto-muzeum.

BAR DLA SAMOTNYCH WĘDROWCÓW

Niewielka stacja tranzytowa była stara. Niepozorny zlepek różnej wielkości kapsuł mieszkalnych i magazynów otaczał centralnie położone lądowisko. Wszystko razem było kiedyś zadbane i krzykliwie kolorowe. W przeszłości intensywne, kontrastujące ze sobą barwy ostro odcinały się od czarnego tła kosmosu, wabiąc w ten sposób przelatujących w pobliżu podróżnych. Każdy, kto znalazł się w promieniu roku świetlnego od stacji, był potencjalnym klientem. Wszystkie kapsuły miały zainstalowane charakterystyczne talerze podprzestrzennych anten, co wyraźnie sugerowało podwyższony standard modułów mieszkalnych. Płyta lądowiska dla gwiazdolotów była kiedyś starannie wysprzątana i równa jak blat stołu, zaś radiolatarnia zamontowana na szczycie największego magazynu nieustannie emitowała w przestrzeń kod identyfikacyjny.

Czasy świetności jednak przeminęły i jeżeli ktoś przyjrzałby się stacji z bliska, nie miałby raczej trudności ze stwierdzeniem, że przeminęły dość dawno. Jaskrawe farby wyblakły i popękały. Na jednych kapsułach pęknięcia układały się w najróżniejsze wzory, na innych zaś farba odłaziła rozległymi płatami, odsłaniając szarość stalowych płyt ochronnych. Większość modułów mieszkalnych straciła podprzestrzenne anteny ze swoich kopuł. Część z nich została prawdopodobnie zwyczajnie skradziona, pozostała uległa uszkodzeniu. W związku z brakiem możliwości ich naprawy lub z powodu niedostatku odpowiednich na nią pieniędzy, co zresztą na jedno wychodziło, nieliczne zepsute talerze trafiły ponownie na swoje miejsce, grając już jedynie rolę ozdób.

Kiedyś zadbana, idealnie równa powierzchnia lądowiska pokryła się gęstą siecią szczelin i ubytków, a linie oddzielające miejsca postojowe dla gwiazdolotów starły się prawie całkowicie. Stalowa obudowa generatora siłowego utkana była dużą liczbą metalowych łat świadczących o licznych naprawach. Częste naprawy sugerowały zaś, że jego stan techniczny był raczej kiepski. Źródło energii dla stacji, i jednocześnie czynnik stabilizujący pole siłowe utrzymujące wokół niej bezpieczny kokon powietrza, mogło w każdej odmówić posłuszeństwa.

Wszędzie walało się mnóstwo najprzeróżniejszych śmieci, których zalegające miejscami, całkiem potężne zwały oświetlał ordynarny, różowy neon wiszący nad drzwiami największego magazynu. Pozbawiony gustu autor tej iluminacji w dziwaczny sposób ponakładał na siebie litery tworzące razem niezbyt wyszukaną nazwę – Bar dla Samotnych Wędrowców.

Z czasów dawnej świetności pozostała jedynie radiolatarnia wieńcząca kopułę baru z kiczowatym neonem nad drzwiami. Zdziwiłby się jednak ktoś, kto zakładałby, że nadal pełni ona swoją funkcję. W tym przypadku pozory bardzo myliły. Niezmieniona na pierwszy rzut oka radiolatarnia, zamiast identyfikacyjnego kodu, emitowała w czarną przestrzeń kosmosu jazgotliwą muzykę.

Na takiej właśnie stacji wylądował Mike Robinson. Nie planował wcześniej tego postoju, jednak monotonia długiego, samotnego lotu dokuczyła mu tak bardzo, że zapragnął czyjegoś towarzystwa. Poza tym jeden lub dwa dni poślizgu nie miały większego wpływu na jego i tak niedokładnie sprecyzowane plany. Pod wpływem chwilowej zachcianki zmienił dotychczasowy kurs, dotarł do stacji i posadził pamiętający lepsze czasy gwiazdolot na nierównej płycie lądowiska. Niecałą minutę później zamilkł głuchy pomruk atomowych silników. Mike oderwał dłonie od drążków sterowniczych i przeciągnął się w fotelu pilota, rozglądając się jednocześnie ciekawie dookoła.

Ale śmietnik – pomyślał niemile zaskoczony widokiem. Po chwili wzruszył ramionami. Widział gorsze obrazki podczas trwającej ładnych parę lat kosmicznej włóczęgi. – Przynajmniej bar jest czynny!

Właśnie ku niemu skierował pierwsze kroki. Mijając powoli kilka stojących nierówno kosmicznych statków, uśmiechał się mimowolnie. Tollonici – będzie z kim pogadać. Smolarowie – będzie z kim się pośmiać. Murianie – będzie z kim się napić. Na koniec zauważył jeszcze stojący w cieniu ludzki gwiazdolot. Mógł gorzej trafić, jeśli chodzi o towarzystwo.

W progu podrzędnego lokalu wpadł w objęcia nieprzyjemnego, gryzącego dymu. Mieszanina podłej jakości nikotyny, haszyszu i innych inhalowanych w przeróżne sposoby używek dawała się jeszcze jakość znieść. Żaden jednak normalny nos nie mógł jej mile odbierać po urozmaiceniu takimi zapachami, jak pleśniejące trociny, pot, uryna i rzygowiny. W barze wisiała przysłowiowa siekiera. Nie mógł jednak za bardzo wybrzydzać, bo najbliższy podobny lokal był ładnych kilka lat świetlnych stąd. Poza tym nie miał żadnej gwarancji, że tam będzie pachnieć inaczej, a przecież zawsze mógł mieć pecha i trafić gorzej. Zresztą czego mógł się spodziewać po takiej zapomnianej przez cywilizowany świat dziurze?

W uszy wwierciła mu się hałaśliwa muzyka płynąca ze zdezelowanych, obdrapanych głośników porozstawianych bez żadnego pomysłu, gdzie popadło. Nie był w stanie zidentyfikować nawet jej rodzaju, nie mówiąc już o zespole czy jakiejkolwiek konkretnej piosence. Brud na dawno niemytej, zasłanej rozkładającymi się trocinami i śmieciami podłodze aż mlaskał przy każdym oderwaniu butów, a kontuar wyglądał niewiele czyściej.

Jak na prawdziwą, szanującą się spelunę przystało – westchnął w duchu i przekroczył próg.

Mike musiał przyznać sam przed sobą, że w miarę dobrze czuł się w takich właśnie lokalach, choć na głos by tego nie powiedział. Wykwintne restauracje, gdzie najpierw godzinę czeka się na wolny stolik, a drugą na zamówione danie główne, przyprawiały go wręcz o gęsią skórkę. A przynajmniej o ból głowy. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego im bardziej szykowna restauracja, tym większe talerze i tym mniejsze porcje na nich serwowane. Albo ta liczba sztućców z boku… Do zjedzenia zupy wystarczy łyżka. Całą resztę da się zjeść widelcem. Po co więc tyle tego porozkładanego wokół talerza? Nie, to była zdecydowanie zbyt skomplikowana etykieta. Mike po prostu od drogich i eleganckich restauracji zdecydowanie bardziej wolał klimaty w stylu Baru dla Samotnych Wędrowców.

Kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do panującego wewnątrz półmroku i przestały łzawić od gryzącego dymu, podszedł do kontuaru, by zamówić coś do picia. Nawet uśmiechnął się na widok niechlujnego, spoconego barmana z brudną wykałaczką wciśniętą między nieliczne, pożółkłe zęby. Jego wielki jak bęben brzuch zwisał znad paska, przysłaniając częściowo niedopięty rozporek. Goguś z przylizanymi na żel włoskami, w białej koszuli, czarnej kamizelce i z zapiętą pod szyją muszką byłby przecież nie na miejscu.

Zamówił butelkę czystej gruzińskiej wódki z Tbilisi IV i usiadł przy jednym z kilku wolnych stolików. Wychylił szybko trzy średniej wielkości kieliszki, a przyjemne ciepło zaczęło rozpływać mu się po ciele. Było mu dobrze. Czwarty kieliszek wprawił go w adekwatny nastrój. Mike powoli zbierał siły i pomysły na dalszą część wieczoru, którą zamierzał spędzić na przynajmniej kilku pogawędkach.

Smolarowie w swoim zwyczaju uśmiechali się pełną gębą. Wodniste oko Murianina łypało ku niemu z nieskrywaną ciekawością, a czterech Tollonitów niemal jednocześnie uniosło szklanki w niemym pozdrowieniu i wychyliło ich zawartość do dna. Donośne beknięcie, jakie wydał wkrótce potem jeden z nich, wywołało głośną salwę śmiechu wśród pokracznych Smolarów. Leżący w kącie pod ścianą pijany mężczyzna ocknął się na moment i rozejrzał dookoła zaszklonymi oczami. Z wyraźnym trudem ogniskując wzrok na osobie Mike’a, wybełkotał jedno zdanie:

– Normalnie, stary, to tutaj jest cicho i nudno.

Chciał dodać coś jeszcze, ale nie był w stanie. Ciężka od alkoholu głowa opadła bezwładnie na pierś. To jeszcze bardziej rozśmieszyło Smolarów. Jeden z nich, na przemian kuląc i rozprostowując krępe ciało, rechotał bez opamiętania. Wskutek tego niepohamowanego śmiechu stracił równowagę i wpadł na stojącego za nim, również rozbawionego Tollonitę, nadeptując mu przy okazji jedną z trzech nóg. Poszkodowany wrzasnął donośnie z bólu.

Na ten nowy hałas pijany mężczyzna ponownie ocknął się z krótkiej pijackiej drzemki i patrząc na Mike’a równie tępo jak przed momentem, powtórzył:

– Normalnie, stary, to tutaj jest cicho i nudno.

Tym razem nawet Mike wybuchł śmiechem.

Jeden z Tollonitów skierował się w stronę kontuaru. Wypity w dużej ilości alkohol sprawił, że miał spore problemy ze stawianiem trzech nóg we właściwej kolejności, a jego krok można było określić jako co najmniej chwiejny. Fakt ten oraz leżący na brudnej podłodze muriański ogon sprawiły razem, że pijany obcy wyłożył się jak długi, a jego trąbkowaty nos ugrzązł w stercie śmieci.

Radości jego kompanów i pozostałych gości baru wprost nie było końca. Poszkodowanemu w tak niefortunny sposób nie było jednak wcale do śmiechu. Zerwał się na ciągle chwiejne nogi i szczerząc dwa rzędy małych, ostrych zębów, ruszył ku Murianinowi z zamiarami łatwymi do odgadnięcia. Sprawca upadku gwizdnął przenikliwie ze strachu i dał nura pod stół. Gwizd nieznacznie rozbudził leżącego pod ścianą pijaczka, który nie podnosząc tym razem głowy i nie otwierając oczu, wymamrotał pod nosem trzy słowa:

– Normalnie, stary, to… – Resztę wytłumiło targające nim właśnie potężne czknięcie.

Wściekły Tollonita przewrócił stół i pozbawiony prowizorycznej ochrony ogoniasty obcy gwizdnął jeszcze bardziej przenikliwie niż poprzednio. Na kontuarze z głośnym hukiem wylądowała gruba, drewniana pała. W zamiarach barmana odgłos ten miał choć na chwilę przyciągnąć uwagę wszystkich gości w barze i dać im jasno do zrozumienia, że trzymany przez niego groźny oręż w każdej chwili może pójść w ruch.

Niestety zamierzenia były zupełnie inne od efektów, jakie owym hukiem uzyskał. Rozbudzony któryś raz z rzędu pijaczek skomentował kolejny hałas dobrze już znanym, powtarzanym niczym mantra stwierdzeniem. Równocześnie bójka Tollonity z Murianinem poszerzyła się, wciągając w krąg pobratymców obu walczących obcych. W powietrzu śmigały kułaki, ogony i kopyta, szczerzyły się groźnie kły, a z kilku gardeł dobywały się groźne warczenia jeżące włosy, pióra lub łuski na głowie.

Do ogólnej bijatyki dołączyli się wkrótce niemogący ustać spokojnie w jednym miejscu Smolarowie. Trudno było jednak obiektywnie stwierdzić, czy pomagają Tollonitom, czy też bronią sprawcy całego zajścia, gwiżdżącego ciągle ze strachu Murianina. Znając tych pokracznych obcych, było im zapewne wszystko jedno, po czyjej stronie walczą. Lubili po prostu być w centrum wydarzeń.

Zdesperowany barman jeszcze raz huknął drewnianą pałą o kontuar i przekrzykując cały bitewny zgiełk, wrzasnął, że zabije każdego, kto choć trochę zniszczy jego piękny bar.

Mike, ściskając w ręku opróżnioną do połowy butelkę gruzińskiej wódki, na wszelki wypadek odsunął się na bok, możliwie najbardziej w półmrok. Dzisiejszego wieczoru chciał się rozerwać, ale taki rodzaj zabawy raczej mu nie odpowiadał. Przynajmniej nie tym razem. Nie chciał jednak opuszczać baru. Do następnego było przecież cholernie daleko. Stał więc z boku, tuż przy ścianie, starając się nie rzucać w oczy walczącym i nie mieszać w rozwój wydarzeń. Wolał być ich biernym obserwatorem.

Na jego oczach jeden ze Smolarów został złapany za gruby fałd skóry na karku i ciśnięty jak wór ze śmieciami ponad kontuarem. Jego krótkie, bezładnie wierzgające nogi wyrżnęły z impetem w półki z alkoholami. Z donośnym brzękiem posypały się na podłogę setki szklanych odłamków. Obudzony na krótko kolejnym hałasem pijaczek z wyraźnym trudem odnalazł oczami Mike’a i ponownie patrząc na niego tępo, powiedział:

– Normalnie, stary, to tutaj jest cicho i nudno… – Swoją wypowiedź zakończył jeszcze bardziej wyrazistym niż poprzednio czknięciem i znów zapadł w pijacki letarg.

W tym samym czasie zniszczeniu uległy dwa składane krzesła. Jedno zostało rozbite na głowie najbardziej awanturującego się Tollonity, który, pozbawiony w ten sposób przytomności, zwalił się bezwładnie na brudną podłogę. Drugie miało wylądować na głowie Murianina, ale ten schylił się i w ostatniej chwili uniknął potężnego uderzenia. Krzesło, nie napotkawszy po drodze na żaden opór, roztrzaskało się z hukiem na ścianie baru, strącając z niej jakieś kiczowate obrazki.

Barman, widząc te zniszczenia, dostał szału. Złapał w garść drewnianą broń i zerwał się gwałtownie z miejsca, wkraczając do akcji. Chciał jednym susem przesadzić kontuar i zaatakować walczących od tyłu. Trudno powiedzieć, czy to nadmierna waga cielska, czy nadwyrężony zębem czasu drewniany blat, czy też może oba te czynniki razem sprawiły, że barmański sus miał zupełnie inny od zamierzonego efekt. Zamiast pewnie wylądować na dwóch nogach, barman wyrżnął jak długi na plecy, uderzając się przy tym własną pałą w głowę. Z olbrzymim rumorem tuż obok niego przewrócił się cały kontuar.

Mike nie wytrzymał. Parsknął śmiechem, zataczając się i wypluwając resztkę przełykanej właśnie wódki. Ignorując rozkręcającą się na dobre bijatykę, ruszył ku wyjściu. Rechotał tak bardzo, że rozbolały go mięśnie brzucha i nie mógł złapać oddechu. Chwilę potem, po krótkim spacerze przez lądowisko, wsiadł do gwiazdolotu. Przed zamknięciem włazu dopił gruzińską wódkę, a pustą butelkę cisnął na pobliską stertę śmieci. Niedługo po uruchomieniu sekwencji startowej opuścił wesołą stację tranzytową.

Leżący dotąd pod ścianą w barze pijany mężczyzna wyszedł chwiejnym krokiem za potrzebą na zewnątrz. Przystanął byle gdzie i rozpiął rozporek. Chwilę później, kiwając się na boki w poszukiwaniu traconej nieustannie równowagi, sikał krętą strugą na spękaną płytę lądowiska, mamrocząc niewyraźnie pod nosem:

– Normalnie, stary, to tutaj jest nudno i cicho…

PRZEWIDYWACZ