Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Waldkowi raczej nie brakowało taty – dopóki ktoś nie spróbował go zastąpić
U Waldka wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku: jego gamingowe trio TWO KINGS AND QUEEN wygrywa jedno spotkanie za drugim, a ciotka Mariolka ograniczyła swoje szaleństwa do niezbędnego minimum. Co najważniejsze, mama jest już zdrowa. Niestety, poznała nowego chłopaka, Piotra. Ten mistrz sucharów i krindżu od początku działa Waldkowi na nerwy. Jego obecność zmusza go też do stawiania sobie niewygodnych pytań: gdzie jest jego prawdziwy tata? Podczas wyjazdu w Tatry nadarzy się okazja, żeby go poznać. Z pomocą najbliższych przyjaciół, Staszka i Delfiny, Waldek rusza, by uzyskać od niego odpowiedzi na swoje liczne pytania.
Kontynuacja uwielbianej powieści Agnieszki Dąbrowskiej wciąż wywołuje łzy, tak śmiechu, jak i wzruszenia. Ta pełna sytuacyjnego i językowego humoru powieść porusza tematy najważniejsze: rodziny, przyjaźni i stopniowego stawania się dorosłym.
„Za duży na bajki”, film w reżyserii Kristoffera Rusa na podstawie scenariusza Agnieszki Dąbrowskiej, okazał się być międzynarodowym hitem Netfliksa. "Za duży na bajki 2" także jest do obejrzenia na tej platformie streamingowej.
Patroni książki: WP.PL, Czas Dzieci
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 169
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka inicjująca: Karolina Oponowicz
Redakcja: Ewa Świerżewska
Korekta: Marta Stochmiałek, Beata Wójcik
Okładka: adaptacja plakatu do filmu „Za duży na bajki 2” projektu Mariusza Mrotka
Zdjęcie na okładce: Michał Mutor
Ilustracje: Marta Krzywicka
Opracowanie graficzne, skład: Elżbieta Wastkowska, ProDesGraf
Redaktorka prowadząca: Maria Gładysz
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
© by Agnieszka Dąbrowska, 2024
© by Pokromski Studio Sp. z o.o. Sp. k., 2024 © for illustration by Marta Krzywicka, 2024
© for this edition by Agora SA, 2024
Książka powstała na podstawie scenariusza autorstwa Agnieszki Dąbrowskiej do filmu „Za duży na bajki 2” w reżyserii Kristoffera Rusa.
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2024
ISBN: 978-83-268-4497-3 (EPUB)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Jest tysiąc wyjątkowo trudnych dla mnie pytań lub może tylko jedno, które przyjmuje aż tysiąc form... Sam nie wiem. Wiem za to, że albo ich wszystkich, albo właśnie tego jednego bardzo, ale to bardzo nie lubię. Nie mam jednak pretensji do pytających o ich ciekawość. Bo czy ktokolwiek, próbą zaspokojenia jej, naprawdę chce mnie zranić? Chyba nie.
– Jesteś tu z tatą?
Chciałbym.
– A twój tata?
Co mój tata?
– Czym zajmuje się twój tata?
Czymś na pewno.
– Ale jak to nie masz taty!?
Tak to! Nie mam! No i!?
Nie użalam się jednak nad sobą, bo nie ja pierwszy i nie ostatni. Mam troskliwą, czułą mamę, zabawnego i naprawdę w porządku dziadka oraz zakręconą ciotkę, która nie jest pozbawiona wad, ale dojrzałem do tego, by je tolerować. W końcu, choć trudno mi to przyznać, i ja nie jestem ideałem. Mam też kilkoro naprawdę fajnych przyjaciół i w sumie to chyba nie powinienem odczuwać pustki czy samotności, ale mimo to brak taty czasem do mnie wraca. Wraca i za każdym razem tak samo zasmuca. Chciałbym potrafić pogadać o tym z moim najlepszym przyjacielem, Staszkiem, ale u niego różnie z tą empatią... Czasem ją ma, a innym razem to jakbym z robotem gadał albo częściej z klaunem.
– Jakbyś chciał, to wiesz... Ja ci mogę potatusiować. Pójdę z tobą od czasu do czasu pograć w piłkę, albo coś! – O, na przykład w taki sposób ostatnio przypajacował. Wracaliśmy wtedy razem ze szkoły, a jego ojciec zadzwonił, żeby Staszek się pospieszył, bo właśnie zaczynał się mecz na osiedlu. Mecz ojców przeciwko synom, coroczne rozgrywki, w których oczywiście nigdy nie brałem udziału.
– Lub powiem mojemu starszemu kuzynowi, temu, co ma prawie osiemnaście lat, żeby pogadał z tobą o pannach, jeśli jakieś poważne pojawią się na twoim horyzoncie. Ja, jako specjalista od spraw damsko-męskich, bo przysięgam, że powinienem w tym temacie szkolić normalnie, też mógłbym ci pomóc w razie co, ale słyszałem, że nie można się przyjaźnić ze swoim tym... No z tym... Yyy? Jak to się nazywa?
– „W razie czego”, a nie „w razie co” – pouczyłem go najpierw. – Z coachem. Life coachem – podpowiedziałem pospiesznie, bo chciałem, żeby jak najszybciej skończył ten zdurniały wywód.
– Tak, z life coachem! Z trenerem życia, znaczy! Mógłbym być twoim trenerem życia, ale wtedy nie mógłbym być przyjacielem i co ty byś beze mnie zrobił? Hłe, hłe, hłe.
Hłehłeszkowanie Staszka przeważnie ucinało podobne dyskusje, a ja nie chciałem już potem podejmować tematu. W każdym razie na pewno nie tak. On sobie z tatą kopał piłkę, a ja... A ja i tak nie lubię grać w nogę, więc nie było mi żal. Albo przynajmniej nie bardzo. Skupiałem się na tym, co pozytywne. Na przykład na zdrowiu mojej mamy, które – jak całą rodziną mieliśmy nadzieję – chyba wróciło już na dobre. Nie musiała więcej jeździć do szpitala na żadne kuracje, tylko raz na kilka miesięcy na badania kontrolne. Na każde zabierała ją jej ciocia Mariolka, siostra mojej nieżyjącej babci. Odwiedzała nas wtedy na dłużej, przyjeżdżając z toną warzyw w siatce dźwiganej pod pachą, a raczej pod dwiema pachami, pod nogą, szyją i jeszcze z kontenerem zieleniny na głowie. Przybywała też z szalonymi pomysłami na wyjazdowe weekendy, które sobie wszyscy we troje robiliśmy. No i oczywiście z uwagami dotyczącymi mojej nadwagi! Kto jak kto, ale ona nie mogłaby sobie przecież tego darować... Dyscyplinowała mnie, karcąc wzrokiem, słowem i czynem. Ochrzaniała za papierki po batonach, które znajdowała w kieszeniach moich kurtek, i zachęcała do aktywności fizycznej, którą raz lubiłem, a innym razem niestety trochę mniej. Zdarzało mi się bowiem przez kilka tygodni zwyczajnie się lenić i tak kombinować, że a to rower zepsuty, a to niby kolano skręcone na krzywym chodniku, który tak nam pod blokiem wyremontowali, że tydzień po naprawie znowu wybrzuszyło płyty. Lub że w szkole było niby za dużo materiału do opanowania i milion sprawdzianów robionych przez nieznających umiaru, zaprogramowanych na gnębienie młodzieży, sadystycznych nauczycieli.
– Jak w takich warunkach znaleźć czas na sport, mamo?! Chyba sama rozumiesz, że nie ma na to szans...
Tę szkolną, czasem prawdziwą, ale jednak wymówkę, lubiłem najbardziej. Mama zawsze ją kupowała i to tak bezkrytycznie i po całości, że raz po raz latała do matematyczki z awanturą o nadmiar zadań domowych dla przeciążonych nauką „biednych dzieciaczków”. Swoją drogą – pani od majcy naprawdę przeginała. Cyferki i bryły, którymi zajmowałem się często do późnego wieczora, śniły mi się po nocach.
Nie brakowało mi też innych pomysłów na wykręty od sportu... Kto miewa podobne problemy z motywacją do ruszenia czterech liter, pewnie mógłby zrozumieć tę odpalającą mi się radosną ściemotwórczość. Ciotce kitów nie dało się jednak wciskać. Ma wmontowane w głowę, ukryte pod wytapirowaną fryzurą czułki, wyczuwające choćby próbę kłamstwa. Gdy dojeżdżała mnie uwagami o „napompowanych niczym baloniki w odpust polikach” czy „uroczym bębenku, na którego miejscu ludzie dbający o zdrowie mają płaski brzuch”, nawet nie podejmowałem prób oszukiwania. Po prostu brałem się za siebie lub raczej ona brała się za mnie. „Rower. Basen. Bieganie. O lodach zapomnij! Rower. Mniej masła! Znowu rower. Sałatka zamiast tego tłustego, przetworzonego nie wiadomo czego! I jeszcze rower, rower, rower, rower, rower...” Dojeżdżała mnie i zajeżdżała, ale podczas każdej wizyty cioci zrzucałem kilka nadprogramowych kilogramów i potem, przez parę następnych tygodni lub nawet miesięcy, sam trzymałem zdrową dietę, a uprawianie sportu stawało się nawykiem. Przynajmniej na jakiś czas. Gdyby tylko nie było tych chwil słabości, za którymi szły kolejne, podobne chwile. Jednak tak miło wsunąć czekoladkę, gdy ogarnia cię smutek... Tak przyjemnie przez moment rozpłynąć się w słodyczy. No nic. Trudno. Problemy z powracającą nadwagą są obecnie częścią mnie, ale jak mówi mój life coach Staszek: „One cię, chłopie, nie defi... defi... definiTYWUJĄ...”. Tak, przecież one mnie nie definiują.
Ciotka, kiedy nas odwiedzała, poza wymuszaniem na mnie ruchu i wciskaniem trawiastego jedzenia, wnosiła kolor w nasze życie. Wyrazisty. Wręcz jaskrawy! Mimo jej przywar teraz nie tylko mama, ale i ja naprawdę ją lubiłem. Kolorowa i radosna, prawie zawsze miała dobry humor. Potrafiła śmiać się ze wszystkiego, a najgłośniej z siebie. Jednak – co chyba jeszcze ważniejsze – ciocia trwała przy nas w najtrudniejszym czasie. Była jak skała – nie do ruszenia. Mogliśmy się o nią bezpiecznie oprzeć, wiedząc, że się nie rozkruszy, nie odsunie, nie zniknie. Ostatnią fazę leczenia mama przeszła zmobilizowana do walki i pełna nadziei. To między innymi dzięki cioci, ale – co dodam nieśmiało – może też trochę dzięki mnie, bo i ja ze wszystkich sił starałem się mamę wspierać. Nie było gwarancji sukcesu, bo... No cóż, jestem realistą. Wiara w to, że będzie dobrze, możliwie najlepiej dobrana kuracja oraz wsparcie bliskich są naprawdę ważne, ale i to czasem niestety nie wystarcza. Mojej mamie chyba na szczęście jednak się udało. Odrosły jej włosy, jeszcze bujniejsze niż przed leczeniem. Skóra odzyskała blask, oczy błysk, a całe ciało i głowa energię. Chciała robić wszystko i wszędzie, i każdą rzecz na sto procent. Kiedy przesadzała z tym entuzjazmem i zaangażowaniem, trochę się martwiłem, że może ona chce zrobić, co się da, zanim wróci jej choroba. Nawet ją o to kiedyś spytałem, ale nie potrafiła mi odpowiedzieć. Starała się być ze mną szczera, lecz sama chyba nie bardzo wiedziała, co nią tak naprawdę kieruje i co czuje. To dziwne, że zupełnie dorośli ludzie też tak czasem mają, co nie?
Mama chodziła już codziennie do pracy – pięknie ubrana i umalowana oraz zawsze solidnie przygotowana do każdej konferencji, spotkania czy prezentacji projektu. Kiedy wracała do domu, wciągaliśmy szybko obiad albo szliśmy na miasto coś zjeść. Potem mama się odpalała. Jeździliśmy razem do schroniska wyprowadzać psy na spacery, do kina studyjnego na czarno-białe filmy albo do muzeum sztuki nowoczesnej, które bardzo polubiłem, bo przedziwne eksponaty najlepiej pobudzały moją wyobraźnię. Chodziliśmy też na giełdę staroci, na której mama z upodobaniem oglądała stare srebra, a ja oldskulowe zabawki. Ale nic nie kupowaliśmy. Mamie te wszystkie sreberka, choć je lubiła, nijak nie pasowałyby do nowoczesnego wnętrza naszego mieszkania, a ja czułem się za stary na kolejki, klocki i drewniane kukiełki. Jednak to nie zakupy były naszym celem, a wspólny czas. Lubiłem go prawie tak samo jak ten, który spędzaliśmy osobno! Wiem, że słabo to zabrzmiało, ale nie zamierzam wstydzić się tego, że dorastam i w związku z tym potrzebuję również przestrzeni, w której nie ma rodziny, ale są za to znajomi lub – jak przykołczowałby Staszek – „przyjemny spejsik, w którym jestem tylko ja, me and myself”.
Za sprawą cioci, która bez owijania w bawełnę pouczała mamę, jak ma mnie wychowywać, ta wreszcie skumała, że mam już kilkanaście lat i wchodzę w etap: „Mamo, nie teraz”, „Mamo, wyjdź”, „Mamo, proszszsz cię, daj spokój”. Dobrze zrobiła jej też obserwacja znajomych, którzy mają dzieci w moim wieku, ale głównie to, że sam coraz częściej wprost mówiłem jej, czego mi potrzeba. Od skumania do wprowadzenia w życie jest jednak długa droga, którą moja dzielna starsza postanowiła przejść. Zrozumiałem to, gdy znalazłem ukrywany przez nią pod ręcznikami przy wannie poradnik dla nadopiekuńczych rodziców. Poważnie! Kupiła go sobie i studiowała kolejne rozdziały. Nie powiedziałem jej, że odkryłem schowek, a więc tym bardziej nie przyznałem się, że dokładnie przejrzałem tę książkę. Cała była w maminych notatkach, wykrzyknikach, smutnych minkach, znakach zapytania, a wiele fragmentów mama obrysowała długopisem. Część z nich nawet kilka razy. Wzruszało mnie, ale i śmieszyło (i naprawdę nie wiem, co bardziej...), kiedy wcielała w życie kolejne zalecenia. Jedno z nich brzmiało mniej więcej tak: „Znajdź sobie pasję, która zmusi cię do opuszczania domu i która z dużym prawdopodobieństwem nie spodoba się twojemu synowi lub twojej córce, więc nie będziesz miała pokusy zabierania pociechy ze sobą. Będzie to świetna okazja do tego, by poświęcić czas samej sobie i dać spokój swojemu zamęczanemu twoją miłością dziecku”. Słowa „zamęczanemu miłością” mama podkreśliła grubą krechą i dodała obok trzy pytajniki oraz wielki wykrzyknik. To musiał być dla niej trudny fragment, ale i tak następnego dnia po przerobieniu rozdziału podjęła próbę wykorzystania w praktyce wykutej na blachę teorii.
– Waldku, ty dalej nie lubisz ani lekcji plastyki, ani techniki, co? – spytała przy śniadaniu.
– Yyy, no nie. To źle?
– Nie, nie! Fantastycznie! Znaczy... Garncarstwo chyba by cię w związku z tym nie zainteresowało, prawda?
Trochę wtedy śmiechłem, chociaż sprytnie udałem, że to tylko kaszelek. Moja mama i lepienie garnków... No błagam, he, he. Ponieważ jednak zależało mi na jej szczęściu oraz na swojej wolności, postanowiłem jej pomóc nie wpakować się w kurs babrania się w glinie, który na pewno nie sprawiłby jej żadnej przyjemności. I tak zaraz by z niego zrezygnowała, znów skupiając całą swoją uwagę na mnie.
– Czemu? Oczywiście, że garncarstwo mogłoby mnie zainteresować! – kłamałem więc jak z nut, żeby zaraz potem sprytnie ją zmanipulować. – Gdybyś chciała spróbować lepienia kubeczków, spodków, dzbanków czy co tam, to chętnie upaprzę sobie paznokcie błotem razem z tobą.
Mama spojrzała na swoje zadbane dłonie i na świeżo zrobione u manikiurzystki liliowe hybrydy na paznokciach. Temat garncarstwa nigdy więcej nie powrócił. Szukała dalej swojej nowej pasji, którą spokojnie mogłaby realizować beze mnie. A ja musiałem się tymczasem zadowolić byciem „niezamęczanym miłością” zaledwie przez kilka godzin tygodniowo, kiedy mama robiła większe zakupy. Zanim jednak zostawiła mnie w domu samego, zawsze przypominała mi numer alarmowy oraz przeprowadzała małe szkolenie BHP.
– Okna mają być zamknięte. Herbatę ci zrobię... yyy... sam sobie zrobisz, ale dopiero, jak wrócę. Teraz możesz sobie pić wodę. Nie właź na fotele czy krzesła. Książki z wysokich półek spokojnie mogą poczekać na mój powrót...
Serio. Tak to wyglądało. Dlatego też, kiedy już po skończonym kazaniu była w drzwiach, a ja wreszcie miałem mieć upragniony święty spokój, wołałem za nią, trochę się wyzłośliwiając:
– Mamo, wracaj! Zapomniałaś oblepić ściany mojego pokoju poduszkami i przywiązać mnie w pampersie do łóżka, żebym się przypadkiem nie zabił, zahaczając paznokciem u nogi o dywan podczas niebezpiecznej podróży do klopa!
Miałem ubaw, ona nie. Wychodziła z domu, a potem co godzinę pytała krótkimi, a więc pisanymi niby od niechcenia SMS-kami, czy aby na pewno żyję i czy mam się dobrze. Miałem się... bo grałem!
Mój team, TWO KINGS AND QUEEN, wymiatał na wszystkich turniejach. Do tego stopnia, że aż staliśmy się rozpoznawalni w środowisku graczy, a czasem nawet i poza nim. Popularność nie była mi akurat potrzebna do szczęścia. Delfinie chyba też nie, ale za to Staszkowi... Mój przyjaciel pławił się w sławie, ogrzewał w blasku fleszy, brylował na salonach i podrywał dziewczyny na karierę e-sportowca, a przynajmniej... jak zwykle bardzo się starał. Nawet mi to jego parcie na szkło pasowało, bo odwalał za nasz team cały PR. Chętnie udzielał wywiadów, komentował wygrane na YouTubie, zapraszał do śledzenia naszych kolejnych rozgrywek i takie tam. Dzięki temu znajdował nawet sponsorów, którzy opłacali nam podróże i pobyt na turniejach odbywających się w różnych miastach różnych państw Europy. Nieźle, hę?
Mama pokryłaby koszt każdego mojego wyjazdu, bo miała z czego i bardzo wspierała mój rozwój. Ale rodzice Staszka, choć oboje też bardzo mu kibicowali, nie mogliby sobie pozwolić na opłacanie jego wycieczek. Załatwiane przez mojego przyjaciela finansowanie dawało mu więc szansę na to, by w ogóle mógł z nami startować. Nie mówiłem mu tego, żeby całkiem nie obrósł w piórka, ale podziwiałem go za determinację. On na swój sukces musiał zapracować dużo bardziej niż ja. Za to Delfina nieustannie imponowała mi niepoddawaniem się głupim stereotypom. Każdym występem na turnieju udowadniała, że dziewczyny w niczym nie ustępują chłopakom. Że grają tak dobrze jak oni, a często o wiele lepiej! Delfina, w świecie gamingu zwana Mrówą, to kobieta torpeda! Poukładałem się już z tym, że nie chciała ze mną chodzić. I z tym, że kolejna dziewczyna, w której się zakochałem, dała mi kosza po trzech dniach randkowania. Nie wiem, co robiłem nie tak. Może nic? Może po prostu uznała, że jednak nie pasujemy do siebie? Staszek, jak tylko moja nowa miłość ze mną zerwała, pospieszył z radami, o które nikt go nie prosił.
– Pokaż jej, że ci na niej nie zależy, to na pewno sama znowu za tobą poleci. Poderwij jej koleżankę, to zrozumie, co straciła... – O, takie mi podsuwał pomysły trener życia od siedmiu boleści, który nigdy nie był na randce. Wybrałem więc swój zwykły sposób radzenia sobie z odrzuceniem, czyli najpierw przyjąłem kosza na klatę. Dałem sobie zgodę na smutek oraz czas na to, by moje uczucie wygasło. Strasznie się mordowałem. Przepotwornie! Ale po koszmarnie trudnych trzech dniach łez i braku apetytu było już po płaczu.
– Kochasz jak wariat, ale szybko ci przechodzi. Znaczy... sprawnie działają twoje mechanizmy obronne – mądrzył się Staszek, kiedy czwartego dnia zjadłem na naszym e-sportowym obozie wielkiego kotleta, by chwilę potem... stracić głowę dla pewnej zabawnej Niemki. Ta dziewczyna z konkurującego z nami teamu siedziała przy sąsiednim stoliku i robiła sobie ze splecionych nitek makaronu zwisającego z nosa gluta, rozśmieszając tym cały obóz. Z nią też niestety mi nie wyszło, bo nie umiałem romantycznie zagadać. W tym przypadku byłem jednak dla siebie wyrozumiały, bo weź poderwij dziewczynę po niemiecku, pff... Ta słodka melodia ich pełnego czułości języka...
– Was fyRRR ain wundeRRRszuneRRR szmeteRRRling, main szaTZ, niśt wahRRR?![1] – W wolnym tłumaczeniu na normalnie brzmiący polski to coś w stylu: „Cóż za piękny motyl, ukochana, nieprawdaż?”. No. Po niemiecku to nie miało szans powodzenia, co nie?
Dobra... Zaraz. Bo co to ja miałem? A, miałem o tacie. Uciekanie od tego tematu w paplanie o czymkolwiek to chyba też jakiś mój mechanizm obronny. Niby chciałbym o tym pogadać, ale nie mam z kim, nie wiem jak i chyba... trochę się boję?
Majówka zbliżała się wielkimi krokami, a my z mamą nie mieliśmy żadnych konkretnych planów. Było to dość dziwne, bo zawsze gdzieś w tym okresie wyjeżdżaliśmy. Nie zamierzałem jednak przypominać jej, że można by było jakoś zagospodarować nadchodzące dni. Wizja siedzenia przy kompie od rana do wieczora nie wydawała mi się wcale straszna. Taki właśnie miałem pomysł na spędzenie wolnego czasu. Milczałem więc z nadzieją na możliwość kontynuowania treningów podczas majówki. Codziennie po szkole odpalałem kompa i przygotowywałem się z moim teamem do kolejnego turnieju, który miał tę majówkową przerwę otworzyć. „Ech, wejść w wypoczynek od szkoły kolejnym zwycięstwem”, marzyłem sobie.
Mrówa i Staszek wpadali do mnie czasem z laptopami i graliśmy, siedząc razem w pokoju, żeby rodzice nie boomerowali, że nie mamy ze sobą kontaktu w realu. Oczywiście wspólne bycie w jednym miejscu nic nie zmieniało w naszych relacjach ani nie zwiększało satysfakcji z gry i w ogóle nie miało jakiegokolwiek wpływu na cokolwiek. Ale przynajmniej nikt nie marudził, że dzisiejsza młodzież „to już całkiem przez te komputery zdziczała i nie umie ze sobą normalnie rozmawiać”. Rozmawialiśmy przecież! I w realu, i w sieci – zawsze tak samo!
– Masz to?
– Dajesz!
– Ale noob![2]
– Porobione!
– Nie no!
– I pięknie!
– Dawaj smoke’a![3]
– Idziesz, idziesz!
– Rozwal go!
– Rotujemy![4]
Co w tej rozmowie jest nienormalnego? Według mnie absolutnie nic! Siedzieliśmy sobie, graliśmy, a mama, widząc, że zostaję ze sprawdzonym i lubianym przez nią towarzystwem, też chętniej wychodziła sama z domu. Rzucała tylko na odchodne, że wybiera się do kina albo na ściankę wspinaczkową, bo to właśnie we wspinaniu odkryła swoją nową pasję. Nigdy się z nią tam nie wybrałem, bo naprawdę nieźle wstrzeliła się z dyscypliną opisywaną w jej poradniku jako ta, która „z dużym prawdopodobieństwem nie spodoba się twojemu synowi”. Ja i wspinanie, he, he. Miałem swój sport, któremu niezmiennie pozostawałem wierny. E-sport, oczywiście! Kiedy więc mama miała czas dla siebie, ja zajmowałem się tym, co lubiłem najbardziej. Grałem z przyjaciółmi, a w przerwach robiłem i wypijałem z nimi hektolitry lemoniady.
– Ej... – zagadała do mnie Mrówa w jednej z takich przerw i tę jej krótką zaczepkę do dzisiaj uznaję za początek mojej nowej przygody, którą mógłbym chyba nazwać przygodą życia. – A ty się, stary, nie zastanawiasz, co ta twoja mama z tym wspinaniem?
– Ale że co? – spytałem trochę głupio, no bo jak miałem inaczej, skoro byłem od tego głupiego pytania całkiem ogłupiały?
– No że coś bardzo polubiła tę ściankę. A wiesz, jak się wspinasz, to nie ma, że długie pazurki czy coś... Zaraz wszystko połamane i do tego wysuszająca skórę magnezja na poharatanych dłoniach, te sprawy... Trochę mnie dziwi, że ciebie nie dziwi, że aż tak to polubiła, ale ten...
– Dżizas, Delfina, jak będziesz chciała pracować w moim gabinecie, to cię serdecznie zapraszam! – wtrącił, nie wiadomo czym tak nagle rozentuzjazmowany, Staszek. – Ty też na luzie mogłabyś zostać life coachem!
– Life coachinią chyba – sprostowała Delfina i przybili piątkę, a ja dalej nie wiedziałem, o czym oni w ogóle mówią.
Staszek zauważył moje skołowanie i zamiast szybko mi wszystko wytłumaczyć, kołował jeszcze bardziej.
– Pasja pasją i na każdym etapie życia można sobie taką znaleźć – mądrzył się. – Ale twoją matkę to jakoś tak nagle i bardzo intensywnie wzięło...
– Lata na tę ściankę i lata, przecież prawie codziennie... – Delfina nie pomagała mi zrozumieć.
– Wczoraj była i przedwczoraj, i nawet o weekendzie majowym zapomniała. Żadnej wycieczki dla ukochanego synka nie ogarnęła, a zawsze to przecież robiła... – dopowiedział jeszcze Staszek, a ja już naprawdę traciłem cierpliwość.
– Waldek, jak się tak lata i lata, i głowę się traci aż tak bardzo, że się o tym, co było zwyczajem, zapomina, to może to świadczyć tylko o... Ooo? No o? No pomyśl, stary, sam, o czym to może świadczyć... – zachęcała mnie do próby odgadnięcia Delfina, a mną aż telepało z nerwów, bo dalej nic nie kumałem.
– Delfina, on dalej nic nie kuma – zauważył słusznie Staszek, po czym zakasał rękawy, serdecznie objął mnie ramieniem, westchnął i wyjaśnił: – Ja myślę, i moja stażystka, life coachini Delfina się ze mną zgadza, że twoja matka się bujnęła.
– W sensie, że bujnęła się na linie? – Próbowałem chwycić, co on w ogóle do mnie mówi. Naprawdę próbowałem! Mrówa i Staszek zamilkli zaś na dłuższą chwilę, wymieniając tylko znaczące, poważne spojrzenia.
– Jedzie na wyparciu – przerwał wreszcie ciszę Staszek, a Mrówa przejęła od niego pałeczkę.
– TWOJA MATKA MUSIAŁA SIĘ ZAKOCHAĆ W JAKIMŚ WSPINACZU – tłumaczyła mi wielkimi literami. – Bo gdyby nie było miłości, nie poświęciłaby swoich kolorowych pazurków dla łażenia po ścianach w oparach potu i smrodku wspinaczkowych butów. Nie twoja mama! Nie taka wypielęgnowana elegantka, stary, no pomyśl...
Ale ja nie myślałem. Mnie się zrobiło ciemno przed oczami, chociaż nie wiedziałem, z jakiego powodu. Chyba nie dlatego, że ta hipoteza przyjaciół jakoś szczególnie mnie przeraziła. Przecież sam zachęcałem mamę, żeby spróbowała kogoś poznać i poszła na jakąś randkę. Strasznie długo była sama. Może po prostu zrobiło mi się niefajnie na myśl, że mama kogoś ma, ale nie raczyła mi o tym powiedzieć? Może w jednym momencie poczułem się dla niej mniej ważny? Może...
– Halo! – krzyknęła mi do ucha Delfina, przerywając moje rozmyślania. – Dobrze się czujesz? Bo tak nagle zbladłeś...
Dojście do siebie zajęło mi chyba z pięć minut. Wypiłem duszkiem dwie przesłodzone lemoniady iii... I zaproponowałem drużynie, żebyśmy wrócili do gry. Teraz to Mrówa i Staszek trochę się zdziwili, nie bardzo rozumiejąc moją reakcję, ale żadne z nich na szczęście jej nie komentowało. Usiedliśmy przy laptopach i zaczęliśmy klikać. Po trzech minutach walki przegraliśmy z INSEKTAMI. Nie dość, że to naprawdę kiepski team, to na dodatek złożony z zawodników, których nie lubiliśmy. Złośliwych i ciągle czepiających się mojej nadwagi, nerwowości Staszka i płci Mrówy. I z takimi pacanami przegraliśmy, oczywiście przeze mnie!
– Słuchaj, ty sobie na spokojnie przetraw to, co może, ale przecież wcale nie musi być prawdą. My ze Staszkiem tylko dla beki zgadujemy, co tam ta twoja starsza, no nie? I jutro wrócimy do treningu. Dzisiaj chyba potrzebujesz czasu dla siebie – podsumowała naszą porażkę Delfina i zebrała się do wyjścia.
Za Delfiną, bez słowa, podążył Staszek. Kiedy byli już w przedpokoju, usłyszałem, co w końcu powiedział. Przyciszył głos, bo mnie obgadywał. Nie przyciszył go jednak wystarczająco...
– Ale go wstrząchło – doleciał do mnie jego szept.
– „Wstrząsnęło nim” się mówi, głąbie. Albo „nieźle go trzepnęło” też można powiedzieć – poprawiła go Delfina i wyszli, a ja zostałem sam, wstrząśnięty czy trzepnięty, próbując sobie wyobrazić nowego chłopaka mojej mamy.
Skoro się wspina, to pewnie jest szczupły. Szczupły, wysoki i ma na pewno długie kończyny. Długie i bardzo umięśnione i nogi, i ręce. To na sto procent megapaker, który przypomina pająka zabójcę. Nie boi się wysokości i pewnie w ogóle niczego się nie boi. To nieustraszony pająk killer. Jak wytyczy sobie cel, to go osiąga. Muszą cechować go ambicja, nieustępliwość, tężyzna fizyczna i siła charakteru. Może jest trenerem tego wspinania? Jeśli tak, to wszystko, czego się na jego temat domyślam, powinienem pomnożyć przez trzy. I jeszcze dołożyłbym śmierdzące przepoconymi butami stopy, bo takie pewnie kawaler mojej mamy ma. Jaki on jest?! Od kiedy jest?! I czemu w ogóle jest?! Zostałem z tymi pytaniami do samego wieczora, bo mama wróciła bardzo późno – zmachana, ale zadowolona. Spojrzałem na jej paznokcie. Były krótko obcięte, niepomalowane i trochę zniszczone, a przy skórkach bieliła się niedomyta z dłoni magnezja.
– O co chodzi, kochanie? Czemu mi się tak dziwnie przyglądasz? – spytała przy kolacji i sama zaczęła oglądać swoje ręce. – Moja manikiurzystka chyba załamałaby się na ten widok, ale czego się nie robi dla pasji?
– Mmm, tak – bąknąłem tylko i poszedłem się kąpać. Po drodze odniosłem do zlewu niedojedzone grzanki z serem, które przecież uwielbiam.
