49,99 zł
Czym naprawdę jest yakuza – okrutną mafią czy grupą dżentelmenów z przestępczego podziemia?
Choć Japonia bywa dla zachodniego turysty synonimem rozwoju technologicznego i nowoczesności, yakuza nie ucieka od tradycji i rytuałów, bo chce być organizacją, która chanto shite iru, czyli „robi wszystko, jak należy”. Członkowie mafii kierują się ninkyō, tradycyjnym kodeksem honorowym. Za nieposłuszeństwo może ich spotkać dotkliwa kara – na przykład ceremonia yubitsume, podczas której winowajca musi obciąć sobie krótkim mieczem fragment palca.
Relacje w strukturach mafii są mocno zhierarchizowane, a kobun („syn”) zawsze musi wypełnić polecenia oyabuna („ojca”). Z jednej strony jej członkowie stosują praktyki sōkaiya – szantażują firmy w celu wyciągnięcia haraczu, z drugiej – dbają o rodziny swoich braci, którzy przebywają w więzieniach, a po ich wyjściu na wolność urządzają im przyjęcie zwane shussho iwai.
Martinie Baradel udaje się umówić na spotkania z bossami yakuzy. Zdobywa także zaufanie policjantów i nielicznych dziennikarzy zajmujących się tematem japońskiej mafii.
Jun’ichiro Tanaka, główny bohater, choć jest postacią fikcyjną, opowiada o rzeczywistych wydarzeniach i przekazuje prawdziwe świadectwa osób związanych z yakuzą, zachowując ich anonimowość i tym samym chroniąc ich bezpieczeństwo.
Tanaka demaskuje mity i błędne przekonania o japońskiej mafii. Zaprowadzi cię tam, gdzie nie ma dostępu zwykły śmiertelnik. Poznasz sekrety izakaya i przekonasz się, czy yakuza słusznie określana jest bōryokudan, brutalnym gangiem.
Martina Baradel – kryminolożka w Katedrze Socjologii Uniwersytetu Oksfordzkiego, członkini Nissan Institute of Japanese Studies. W swoich badaniach nad yakuzą łączy kilka dziedzin akademickich, między innymi politologię, kryminologię oraz porównawcze prawo karne, i opiera się w dużej mierze na wywiadach z bossami, aktywnymi i byłymi członkami mafii, oryginalnych dokumentach i danych statystycznych.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 378
Data ważności licencji: 2/14/2030
Tytuł oryginału Yakuza Blues. Vita e morte nella mafia giapponese
Copyright © 2025 Mondadori Libri S.p.A., originally published by Rizzoli, Milano, Italy
Copyright © for the translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór
Projekt okładki Francesca Zucchi
Ilustracje na okładce Crez
Adaptacja okładki oryginalnej Maria Gromek
Konsultacja merytoryczna dr Magdalena Kotlarczyk
Redaktorka nabywająca Eliza Kasprzak-Kozikowska
Redaktorka prowadząca Sylwia Tusz
Adiustacja Anna Cała
Korekta Magdalena Wołoszyn-Cępa | Obłędne Bezbłędnie Alek Rynkiewicz
Opieka redakcyjna Natalia Hipnarowicz-Kostyrka
Opieka promocyjna Marcin Jarmusz
ISBN 978-83-8427-703-4
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Dla K.
Do zapisu wyrazów japońskich zastosowano transkrypcję Hepburna, zgodnie z którą zarówno samogłoski, jak i spółgłoski wymawia się podobnie jak w języku polskim, z kilkoma wyjątkami:
ch wymawia się jak ć
j wymawia się jak dź
sh wymawia się jak ś
w wymawia się jak ł
z wymawia się jak dz
y wymawia się jak j
Znak diakrytyczny nad samogłoskami (np. ū) oznacza, że ich wymowa jest wyraźnie przedłużona. Zapis z apostrofem oznacza, że oddzielone nim litery wymawiamy jako osobne dźwięki.
Przyjęto zasadę, że wyrazy japońskie dobrze utrwalone w polszczyźnie – np. Hirosima, sinto, siogun – zapisujemy zgodnie z aktualnymi wytycznymi językoznawczymi, gdzie tradycyjne „sz” zastąpiono zbitką „si”, która lepiej oddaje japońską wymowę.
Jun’ichirō Tanaka to postać fikcyjna, stworzona na podstawie osobistych doświadczeń autorki oraz informacji i świadectw zebranych przez nią podczas rozmów z bossami yakuzy. Opowieść o wydarzeniach, w których brał udział, jest prawdziwa, choć lekko zmodyfikowana ze względu na wymogi narracji oraz potrzebę zachowania anonimowości zaangażowanych w nie osób. Natomiast wszyscy pozostali bohaterowie to rzeczywiście istniejący ludzie, opisani tak, jak ich autorka poznała.
1
Gdy shinkansen – pociąg dużych prędkości – przywozi mnie na stację w Kobe, mój wzrok od razu pada na gęsty las. W minionych latach gościłam na różnych dworcach: jedne sprawiały wrażenie, jakby wyłaniały się z przestworzy oceanu, inne tonęły w polach ryżowych, a jeszcze inne wyglądały jak z filmów science fiction, całe z metalu, otoczone semaforami i drapaczami chmur. Były też małe i zatłoczone stacyjki, owiane oparami sprzedawanej tam zupy z makaronem udon. Ale jeszcze nigdy dotąd nie stałam na peronie u stóp góry. Pociąg w jednej chwili rusza w kierunku Hirosimy i znika w ciemnościach tunelu.
Nad lasem unosi się rzadka mgła, zaplątana między czubkami drzew, a ja szukam wyjścia. Za szybami stacji rozciąga się bezkresna szara przestrzeń. Linia horyzontu wygląda jak poszarpana przez kontury portowych żurawi: tak naprawdę Kobe jest miastem nadmorskim, a nie górskim, i chociaż mam tego świadomość, daję się chwilowo zwieść gęstemu lasowi.
Jestem tu po raz pierwszy i dysponuję nielicznymi informacjami: wiem tylko o straszliwym trzęsieniu ziemi w 1995 roku, starej dzielnicy Kitano w stylu zachodnim – jednym z pierwszych miejsc, które w XIX wieku otworzyło się na przybyszów – oraz o wołowinie, z której słynie to miasto. I zapewne właśnie dzięki tej nietypowej stacji z niewielką liczbą pasażerów i wszechobecną przyrodą Kobe od razu przypada mi do gustu.
Na zewnątrz trafiam na kiosk sprzedający słodycze, napoje i różne rodzaje bentō1. Pora obiadowa dawno minęła i coś bym przekąsiła, ale chyba jestem zbyt zestresowana, by teraz jeść. Na wszelki wypadek wolę od razu wsiąść do metra, żeby znaleźć się bliżej centrum, Motomachi, gdzie zarezerwowałam hotel. Po zameldowaniu w pierwszej kolejności wieszam ubrania w szafie, a potem, siedząc na łóżku, biorę głęboki wdech i myślę o przyczynie, dla której się tu znalazłam: nareszcie, po wielu latach poszukiwań i badań dane mi będzie spotkać się jutro z Jun’ichirō Tanaką, bossem ważnego klanu yakuzy – japońskiej mafii. Od kilku lat zajmuję się tym zjawiskiem i wiem, że yakuza bardzo się różni od wyobrażeń zbudowanych głównie dzięki kinu czy artykułom z prasy: to nie jest tajna organizacja, przynależność do niej nie jest przestępstwem i zazwyczaj cechuje ją o wiele mniejsza brutalność w porównaniu z innymi mafiami. Mogę więc być raczej spokojna o własne bezpieczeństwo. Zresztą nawet gdyby sprawy miały się inaczej, niecodziennie się zdarza, żeby kryminolożka – zwłaszcza młoda, dopiero na początku swej kariery – mogła osobiście porozmawiać z bossem organizacji przestępczej.
Zastanawiam się, czy przywiezione ubrania – biała bluzka, ciemne spodnie, czarna sukienka – są stosowne do okoliczności. Oraz jak powinnam się zachować. Zaraz jednak przeganiam wątpliwości. Dzień i godzina są już umówione, a człowiek, który mi w tym pomógł, to zaufany dziennikarz, nie pozostaje mi więc nic innego, jak czekać na jutro, by stawić się na spotkanie. Jestem przekonana, że wyobrażanie sobie możliwych scenariuszy pozbawione jest sensu, jeśli nie wręcz szkodliwe: nie mam problemów z improwizowaniem ani z podejmowaniem błyskawicznych decyzji. A że na pewno zdarzy się coś, czego nie jestem w stanie przewidzieć – lepiej nie zadręczać się myślami. I chociaż powtarzam to sobie bez ustanku, z obawy przed spóźnieniem przybyłam do Kobe na wszelki wypadek dzień wcześniej…
Dziś wieczorem czeka mnie spacer z Francescą, koleżanką z czasów uniwersyteckich, która mieszka tu od kilku lat. Biorę szalik i kurtkę i wychodzę, kierując się w stronę portu. Wiem, że nie trafię na pozostałości po dawnym Kobe – sprzed stu lat – chcę jednak zobaczyć miejsce, gdzie zrodziła się Yamaguchi-gumi, grupa yakuzy założona w 1915 roku, pierwotnie licząca jedynie około dwudziestu ludzi, zaś po wojnie sprawująca kontrolę nad większością kryminalnego światka Japonii pod wodzą trzeciego bossa, Kazuo Taoki.
Osierocony Taoka został wysłany do pracy w porcie w Kobe, gdzie prędko nawiązał przyjaźń z członkami Yamaguchi-gumi, wówczas niewielkiego klanu. W ciągu kilku lat dorobił się przydomku Kuma, czyli Niedźwiedź, ze względu na brutalność, z jaką przeprowadzał napady, podczas których był w stanie wyłupić przeciwnikom oczy. Lata II wojny światowej spędził w więzieniu, odsiadując karę za zabójstwo. Po wyjściu od razu wrócił do swoich ludzi. Wtedy też dowiedział się, że Noboru Yamaguchi, drugi boss, nie żyje. Nie było czasu do stracenia: czarny rynek rozkwitał, port wracał do swojej handlowej roli i tak jak w pozostałych częściach Japonii, ktoś musiał się zająć utrzymaniem porządku. Kuma od razu założył przedsiębiorstwo budowlane, jednocześnie doprowadzając do przejęcia przez swoją grupę kontroli nad nielegalnymi zakładami i wymuszeniami. Kiedy formalnie uznano jego pozycję jako szefa Yamaguchi-gumi, doprowadził do sojuszu z Honda-kai, innym aktywnym klanem w Kobe, i w krótkim czasie przejął nad nim kontrolę. Jego strategia była prosta: sprzymierzać się ze słabszymi grupami, które musiały się podporządkować, atakować obszary przylegające do tych, które już pozostają pod jego kontrolą, i poszerzać swoje wpływy. W krótkim czasie Yamaguchi-gumi dotarła do Osaki, miasta, w którym kwitł handel. Możliwości oferowane przez wielką metropolię pozwoliły w znaczący i szybki sposób pomnożyć zyski. W niecałe dwadzieścia lat Yamaguchi-gumi przekształciła się z dwudziestopięcioosobowego klanu w syndykat trzystu czterdziestu trzech grup, liczący ogółem około dziesięciu tysięcy członków. Jego ośrodkiem nadal pozostawało Kobe, a zwłaszcza port, w którym Yamaguchi-gumi sprawowała kontrolę nad pracownikami portowymi (nie dopuszczając na swój teren związków zawodowych) oraz nad przepływem towarów. Wzrost władzy Kazuo Taoki nie umknął uwadze sił politycznych – w szczególności zaś prawicy – a te, począwszy od lat sześćdziesiątych, chętnie korzystały z powiązań z yakuzą. Taoce nie ubywało lat, jednak z dwunastoma tysiącami ludzi pod swoimi rozkazami ciągle był znaczącym graczem w japońskim światku kryminalnym. Było tak przynajmniej do 1978 roku, kiedy to pewnego lipcowego wieczoru zaatakowano go w klubie, w którym przebywał w towarzystwie innych ważnych przedstawicieli yakuzy oraz kilku dziewcząt. Sprawcą był Kiyoshi Narumi, członek grupy Matsuda-gumi z Osaki, który postanowił pomścić swojego bossa, zabitego w starciu z Yamaguchi-gumi: z broni kalibru .38 strzelił do Niedźwiedzia, ranił go w szyję i uciekł w ogólnym zamieszaniu. Taoka nie zginął, za to zmasakrowane ciało Narumiego zostało odnalezione kilka tygodni później na jednej z gór niedaleko Kobe. Legendarny boss przeżył atak i zdołał się zemścić, ale nigdy już nie wrócił do dawnego wigoru. Zmarł w 1981 roku.
Myśląc o młodym Taoce, który najprawdopodobniej chodził po tych samych ulicach, po których teraz spaceruję ja, docieram do portu. Jest słoneczne popołudnie i radosne pokrzykiwania dzieci bawiących się na trawnikach i w piasku w Parku Meriken przywołują mnie do rzeczywistości. Teren został całkowicie zrewitalizowany: pod wieżą widokową tłoczą się atrakcje turystyczne, jest też molo, z którego można wyruszyć w krótki rejs o zachodzie słońca, a także liczne restauracyjki w odnowionych budynkach. Nie takiej atmosfery szukam, dlatego kieruję się w stronę prawdziwego portu. Śmiechy i piski dzieci cichną za moimi plecami, podczas gdy zanurzam się w najbardziej ukrytą część miasta. Po lewej stronie, widoczna za wieżowcami, piętrzy się zieleń gór, która przywitała mnie na dworcu: jest piękna, pulsująca życiem i energią, ja jednak myślę o zwłokach Narumiego i o wielu innych ludziach, którzy prawdopodobnie znaleźli śmierć w tej bujnej roślinności. Docieram na parking, stoi tu furgonetka z głośnikami. Czytam napis na boku: all japan dockporters union, czyli związek zawodowy pracowników portu. Na jego dachu zamontowano billboardy z tekstami sprzeciwiającymi się nierówności społecznej i wspierającymi robotników. Już sama obecność związków zawodowych w porcie w Kobe, od dekad kontrolowanego przez yakuzę, która uniemożliwiała jakiekolwiek zrzeszanie się robotników, to dowód na to, że przestępczość zorganizowana została wypchnięta nawet z tej przestrzeni. Chyba po raz pierwszy przychodzi mi na myśl, że nie zgłębiam kwestii, w jaki sposób mafia poszerza swoje zasięgi i zyski, ale jak umiera. Że analizuję jej schyłek.
Kończę przechadzkę i idę na spotkanie z Francescą. Umówiłyśmy się w niewielkiej rodzinnej restauracji, ukrytej między wąskimi uliczkami Motomachi i specjalizującej się w tradycyjnej potrawie yakitori. Francesca, jak dawniej, zamawia herbatę, ja biorę piwo. Ona – szaszłyki mięsne, ja – warzywne. Długo się nie widziałyśmy, o powodzie mojego przyjazdu do Kobe wie niewiele. Dlatego w oparach gęstego dymu z paleniska, który przylgnie do nas na całą noc, opowiadam jej dawną historię, która przywiodła mnie do tego miasta, żebym przeprowadziła wywiad, o jakim marzę od lat.
Wszystko zaczęło się pewnego późnego sierpniowego wieczoru: to był mój pierwszy raz w Japonii, przyleciałam, żeby się uczyć języka. Spacerowałam po plaży w Shirahamie, nadmorskim mieście w prefekturze Wakayama, w towarzystwie dwóch włoskich przyjaciół, również studentów. Nagle naszą uwagę przyciągnęła dość nietypowa grupka: czterech mężczyzn, kobieta i dziecko, którzy w ciemnościach palili zimne ognie – chociaż mnie kojarzą się one z nocą sylwestrową, w Japonii jest to typowo letni zwyczaj. Mieli rozłożoną na piasku matę piknikową, a na niej puszki z piwem, butelki z herbatą, paczki chipsów, cukierki i onigiri. Podeszliśmy zaciekawieni, a wtedy dwaj mężczyźni uprzejmie zaprosili nas, żebyśmy się do nich przysiedli.
Dopiero zaczynałam swoją przygodę z językiem japońskim, rozumiałam więc mniej niż połowę z tego, co mówili, mimo to od razu wyczułam, że relacje panujące w grupie są dość nietypowe: sześcio-, może siedmioletni chłopiec nie zwracał się do żadnego z dorosłych per „mamo” czy „tato”. W pierwszej chwili pomyślałam, że najprawdopodobniej to ja źle rozumiem. W pewnym momencie najbardziej rozmowny mężczyzna, ubrany w żółtą koszulkę, odebrał telefon: zwracał się do rozmówcy z wielkim respektem, a jego głos brzmiał tak, jakby zapewniał, że wszystko jest pod kontrolą i że owszem, świetnie się bawią. Ciągle coś mi nie pasowało, dlatego sięgnęłam po cały swój lingwistyczny zasób i ośmieliłam się zadać mu kilka pytań. Dziecko zapaliło kolejną iskrzącą się pałeczkę – pamiętam trzask i białe światło, które rozjaśniło mu buzię. Odpowiedź mężczyzny była prosta: „Jesteśmy z yakuzy. Wiesz, co to oznacza?”. Nasze spojrzenia spotkały się na moment. Czy wiedziałam? Słowo to kojarzyło mi się z filmami z lat siedemdziesiątych, długimi i dość monotematycznymi, w których członkowie yakuzy przypominali Robin Hoodów ze średniowiecznej Japonii. Wiedziałam też, że termin ten oznacza japońskie organizacje przestępcze. „Nie bardzo, ale chciałabym to lepiej zrozumieć” – odpowiedziałam niepewnie. Wyjaśniłam też, że jestem Włoszką, a on od razu pośpieszył z zapewnieniem, że różnią się od włoskiej mafii, że nikomu nie robią krzywdy i że kierują się surowym kodeksem. Dodał, że należą do grupy z Osaki, a chłopiec jest synem ich bossa i że zabrali go na kilka dni nad morze. Jest z nimi również jego dziewczyna, która zajmuje się dzieckiem. Przyjrzałam się jej: długie, przetykane jasnymi pasemkami włosy zebrała w wysoki kucyk. Miała na sobie postrzępione szorty i błękitny sweterek z misiem wysadzanym kryształkami. Nie zareagowała na moje ciekawskie spojrzenie. Facet z telefonem z wielką naturalnością zdjął koszulkę i zademonstrował mi ogromny tatuaż biegnący od ramion aż do pasa. W słabym świetle nie byłam w stanie dostrzec szczegółów, mimo to prezentował się imponująco. Mężczyzna wyjaśnił, jakie znaczenie dla członków yakuzy ma ozdabianie skóry w ten sposób, i chociaż nie wszystko zrozumiałam, wyczułam wyraźną dumę w jego głosie, gdy mówił o sobie i o grupie, do której przynależy. Po kilku kolejnych zimnych ogniach i po skosztowaniu przekąsek o nowych dla nas smakach – wasabi? wodorosty nori? curry? – pożegnaliśmy się.
Przez długi czas rozmyślałam nad tym spotkaniem. Mimo iż chodziło o przestępców, fascynowała mnie obecność organizacji funkcjonującej według własnych zasad w kraju tak jednorodnym jak Japonia. Od niedawna mieszkałam w Tokio i nie byłam jeszcze w stanie rozróżniać nieskończonych odcieni tutejszego społeczeństwa. Przez pierwsze tygodnie pozostawałam przede wszystkim pod wrażeniem uprzejmości i troski, ciszy i porządku, jakie panują tu w przestrzeni publicznej. Yakuza i jakakolwiek inna forma przestępczości były dla mnie niedostrzegalne, zamknięte w najgłębszych pokładach zbiorowości, być może wręcz nieistniejące, ale dzięki temu spotkaniu uświadomiłam sobie, w jak wielkim byłam błędzie. W tamtych czasach bowiem yakuza, licząca osiemdziesiąt tysięcy aktywnych członków, wciąż dysponowała nie tylko siłą, ale i wielką władzą i miała przed sobą kilka lat, zanim w życie weszły regulacje, które drastycznie ograniczyły jej możliwości.
Od razu po powrocie do Włoch zabrałam się do zbierania informacji. Zaczęłam od książek: znalazłam kilka w języku angielskim i żadnej po włosku. Musiałam przyjąć inną taktykę, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.
Tak więc kilka lat później, w ramach doktoratu z kryminologii, postanowiłam zająć się właśnie yakuzą, a dzięki przyjacielowi, który pracował w branży wydawniczej, zdołałam nawiązać kontakt z weteranem japońskiego dziennikarstwa, który zajmował się głównie mafią. Drogo go ta praca kosztowała: z powodu niewygodnego artykułu został dźgnięty nożem przez jednego z członków organizacji.
Pewnego grudniowego popołudnia udałam się na spotkanie do jego tokijskiego domu, urządzonego w tradycyjnym stylu. Od wielu dni padał śnieg, na dodatek miałam przesiadkę i spóźniłam się na połączenie, dlatego drogę od stacji pokonałam biegiem. Nogi grzęzły mi w śniegu, w ręce trzymałam telefon z włączoną nawigacją, mając nadzieję, że się nie zgubię: w Japonii wypada przybyć dziesięć minut przed ustaloną godziną, a ja miałam już pięć minut spóźnienia. Mimo to mężczyzna przyjął mnie z wielką uprzejmością, a brak punktualności na szczęście go nie zirytował, dzięki czemu od razu zrobiło mi się lżej na sercu: czułam, że to popołudnie okaże się dla mnie momentem zwrotnym i zadecyduje o przyszłych wyborach.
Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami, wsuniętymi pod ciepłe kotatsu, ja zadawałam pytania, natomiast żona mojego gospodarza od czasu do czasu serwowała zieloną herbatę. W końcu nad zaśnieżonym miastem zapadł wieczór, przez okno wychodzące na ogród z sosnami i magnoliami widziałam tylko ciemność: nadeszła pora, by się pożegnać. I właśnie wtedy dziennikarz zadał mi kluczowe pytanie: „Czy chcesz, żebym ci przedstawił jednego z bossów?”. „Jasne!” – odparłam ze śmiechem, przekonana, że żartuje. On jednak nie żartował: sięgnął po komórkę i wykonał telefon. Człowiek po drugiej stronie linii odebrał po kilku chwilach. Dziennikarz wyjaśnił mu, że jest tu pewna dziewczyna z Włoch studiująca na uniwersytecie w Wielkiej Brytanii, która chciałaby go poznać. „Dobrze, już ją daję” – powiedział w pewnym momencie i przekazał mi komórkę. W słuchawce usłyszałam głęboki męski głos, stanowczy, ale uprzejmy: nie dopuszczając mnie do słowa, oznajmił, że zaprasza mnie do siebie do Kobe, żebym zapisała jego numer i zadzwoniła, by się z nim umówić. Dom dziennikarza opuszczałam z nowym kontaktem w telefonie, nie dowierzając temu, co właśnie się stało, i niecierpliwiąc się, by jak najszybciej zadzwonić.
„Jesteś pewna, że chcesz iść tam sama?” – niepokoi się Francesca, a ja odbieram jej troskę jako znak łączącej nas przyjaźni. Podjęłam już jednak decyzję. I nie mogę się doczekać.
Następnego rana budzę się skoro świt, chociaż spotkanie ma się odbyć wczesnym popołudniem. Przygotowuję się starannie: zgodnie z procedurą muszę zabrać ze sobą kartę informacyjną i kwestionariusz dla osób ankietowanych.
Zgodnie z zasadami etycznymi badań w sytuacji angażowania osoby trzeciej w swoją pracę należy zagwarantować poszanowanie przysługujących jej praw. Jeśli sprawa dotyczy ludzi, którzy są lub byli zamieszani w jakąś formę przestępczości, a więc zagrożonych, trzeba ponadto dostarczyć dokumentację zawierającą szczegóły prowadzonych przez siebie badań oraz podać dane kontaktowe, w razie gdyby rozmówca zmienił zdanie i stwierdził, że nie chce ujawniać treści rozmowy. Oprócz tego wytyczne nakazują poprosić, by rozmówca nie podawał żadnych informacji dotyczących przestępstw, które mogą zostać popełnione w przyszłości, gdyż w takim wypadku badacz byłby zmuszony poinformować o tym policję. Mam również obowiązek prosić o podpisanie oświadczenia, że dostarczone przeze mnie informacje są zrozumiałe oraz że rozmówca wyraża zgodę na wywiad.
Zanim opuszczam pokój, upewniam się, że włożyłam do torby co najmniej dziesięć kopii formularzy, które przygotowałam z wielką starannością.
Nie wiem, jak zabić czas dzielący mnie od spotkania. Mam wrażenie, że to pusty i stracony poranek: czuję się jak tamten chłopiec z plaży sprzed wielu lat, trzymający w dłoni niezapaloną jeszcze pałeczkę i czekający, aż wreszcie zaiskrzy. Błąkam się niespokojnie po uliczkach chińskiej dzielnicy, bezskutecznie szukając czegoś wegetariańskiego do zjedzenia. Wreszcie dochodzi czternasta, a ja kieruję kroki do miejsca spotkania: otrzymałam wytyczne, żeby czekać w centrum handlowym, naprzeciwko drzwi do sali koncertowej. Wchodzę więc i siadam na ławce obok automatów z napojami. Mijają mnie pary młodziutkich i starszych przyjaciółek, uczniowie w mundurkach szkolnych, urzędnicy etatowi, zwani salarymen,matki z wózkami, starsi panowie. Zgodnie z procedurą piszę do mojej promotorki w Londynie. Podaję jej swoją pozycję oraz godzinę spotkania i zapewniam, że się odezwę, jak tylko rozmowa dobiegnie końca. Potem piszę do zaufanego przyjaciela, Jacopa, z którym dzieliłam wszystkie lata studiów aż do doktoratu i który, jak ja, prowadzi w Japonii swoje badania: z nim mogę być szczera w kwestii przeżywanego właśnie niepokoju i emocji. Wymieniamy kilka wiadomości, uspokajam go, że spotkanie odbędzie się w samym centrum, w wielkiej galerii handlowej, pośród tłumu ludzi. Dokładnie w tym momencie podchodzą do mnie dwaj mężczyźni w wieku około trzydziestu lat, wysocy, w czarnych, szytych na miarę garniturach. „Przepraszam, czy pani to Martina?” „Tak, to ja”. „Prosimy z nami”. Gdy przechodzimy przez automatyczne drzwi, myślę o tym, co właśnie napisałam Jacopowi, i uświadamiam sobie, że oni wcale mnie nie prowadzą do pobliskiej kawiarni. Wskazują gestem dużą, czarną limuzynę i mówią: „Zapraszamy do środka”. Stoję nieruchomo; nie brałam pod uwagę przejazdu samochodem w towarzystwie dwójki nieznajomych, na dodatek z yakuzy. Nie mam jednak wyboru: żeby zaskarbić sobie zaufanie, trzeba samemu je okazać, a to nie moment, żeby się wycofać. Patrzę przez przyciemniane szyby na zdyscyplinowane ludzkie masy, które zaledwie chwilę wcześniej dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Samochód rusza, a ja nagle staję się taka odległa od tego zwyczajnego i dlatego krzepiącego świata. Czuję się tak, jakbym nagle znalazła się gdzie indziej, jakbym przeskoczyła z kolorowej fotografii do jej negatywu. Szybko piszę do Jacopa o zmianie planów i o mojej lokalizacji, chcę, żeby ktoś zawsze wiedział, gdzie się znajduję.
Podróż odbywa się w ciszy, podczas gdy pulsujące życiem centrum miasta ustępuje miejsca rzędom szarych budynków. Skupiam uwagę na wnętrzu limuzyny, szukam znaczących detali, wszystko jest jednak po prostu czyste, schludne i eleganckie. Po kwadransie parkujemy i dwaj mężczyźni znowu proszą, żebym poszła z nimi. Prowadzą mnie do kissaten2, starej kawiarni z ciemnego drewna wciśniętej między dwa wysokie gmachy.
Moje oczy potrzebują chwili, żeby przyzwyczaić się do mroku panującego w lokalu. Okna są tu małe, z haftowanymi firankami, żyrandole w zachodnim stylu dają słabe światło. Wnętrze nie kryje swoich lat – plus minus ze czterdzieści – ale jest zadbane, niewielkie drewniane stoliki oddzielone są matowymi szybami, a na ścianach wisi kilka starych zegarów pokrytych cienką warstwą kurzu. Żaden nie tyka, wszystkie stoją, jakby wskazywały czas, który zatrzymał się w tej kissaten. W tle słyszę muzykę, rozpoznaję ją: to Yo ga aketara,„Kiedy wstaje świt”, bluesowa piosenka mojej ukochanej piosenkarki, Maki Asakawy, bardzo popularna w latach siedemdziesiątych. Jej niski, głęboki, wzruszający głos idealnie pasuje do otoczenia. Dwie panie rozmawiają cicho, jakiś salaryman właśnie siada w kącie: gdyby nie ciemne sińce pod oczami i papieros w ręce, trzymany od niechcenia, wyglądałby jak uczeń, kryjący się w mrocznym narożniku, by nikt go nie przyłapał na wagarach. Stolik przy wejściu zajmuje trzech elegancko ubranych mężczyzn pod czterdziestkę. Gdy ich mijamy, skinieniem witają się z dwoma, którzy mi towarzyszą. Idziemy dalej, aż do stolików na tyłach kawiarni. Do tej pory udało mi się zachować spokój, teraz jednak, kiedy za matowym szkłem rysuje się wyraźna postać jakiegoś człowieka, serce zaczyna mi mocno bić. To nie strach o własne bezpieczeństwo, mimo wszystko jesteśmy w miejscu publicznym, pośród innych klientów. Martwię się, żeby nie popełnić jakiejś gafy: podczas dotychczasowych badań poznałam już wielu byłych yakuzów, żaden z nich jednak nie piastował tak wysokiego stanowiska w organizacji. I żaden nie był już wówczas aktywnym członkiem. Ostatnie kroki dzielące mnie od stolika pokonuję w wielkim zdenerwowaniu.
Boss to mężczyzna około siedemdziesięcioletni, o surowym wyglądzie, ubrany w szary garnitur z ciemnoniebieskim krawatem odbijającym się od nieskazitelnej koszuli. Nie zabija czasu przy telefonie, jego wzrok jest utkwiony w parującej kawie, która stoi przed nim. Nie ruszam się, dopóki nie otrzymuję znaku, że wolno mi podejść. W tym czasie jeden z moich towarzyszy zwraca się do bossa zgodnie z przyjętym zwyczajem: „Pański gość już przybył”.
Boss podnosi oczy i uprzejmie wskazuje mi krzesło naprzeciwko. Jednym tchem wyrzucam z siebie grzecznościowe formułki, bacznie obserwując jego twarz: mocno zarysowana szczęka, ale mimo to delikatne rysy, ciemne, krótko obcięte włosy. Niewielkie żywe oczy, okulary w cienkich złotych oprawkach, które nadają obliczu jeszcze większej wytworności. Nietrudno się domyślić, że jest raczej wysoki i szczupły i że cechują go eleganckie maniery. Gdzie ta prymitywna, krzykliwa yakuza lubująca się w przyciemnionych szkłach, którą można zobaczyć na filmach? Serce nie przestaje mi mocno bić, na dodatek czuję, że mam rozpalone policzki i uszy. Składam mu podziękowanie za to, że wyraził zgodę na spotkanie.
„Nie ma za co dziękować, to dla mnie przyjemność” – odpowiada uprzejmym tonem. „Chce pani coś zamówić?”
Niepewnie szukam wzrokiem właścicielki, na szczęście wstrzymuję się przed jej przywołaniem, bo lepiej nie wykazywać przesadnej inicjatywy. Tutaj rządzą inne reguły: boss daje znak młodemu podwładnemu, który nadal stoi przy naszym stoliku, a ten z kolei zwraca się do mama-san. Nawet tak prosta operacja odbywa się zgodnie z przyjętą hierarchią. Zamawiam tylko kawę – jestem zbyt zdenerwowana, żeby wczytywać się w menu. Boss skinieniem komunikuje swojemu człowiekowi, żeby zostawił nas samych, co tylko pogarsza mój stan: obecność dwóch mężczyzn dodawała mi odwagi. Teraz przy stoliku jesteśmy już tylko on i ja. Cisza wokół gęstnieje. Rozlega się kolejna piosenka. Maki Asakawa wykonuje swoją wersję Blue Spirit Blues,śpiewa o demonach, duchach, o płonącej ziemi i grzesznikach. Śpiewa o krwi. Obie panie cicho rozmawiają, śmieją się. Salaryman pali. Staram się coś powiedzieć, ale potrafię tylko powtarzać okolicznościowe formułki, że jestem szczęśliwa ze spotkania, wdzięczna jemu i dziennikarzowi, który nas sobie przedstawił. W końcu pytam, czy od dawna się znają. Tanaka grzecznie odpowiada na te kolejne uprzejmości, a ja dochodzę do wniosku, że nadszedł czas, żeby wyciągnąć przygotowane papiery: listę zagadnień oraz oświadczenie. Moi poprzedni rozmówcy podpisywali je bez wahania, rzuciwszy pobieżnie na nie okiem.
„Najpierw porozmawiajmy trochę, a potem się zobaczy” – mówi natomiast Tanaka z niepewną miną, która od razu przeradza się w dobrotliwość. Ogarnia mnie zażenowanie, przeklinam siebie w duchu: nie byłam przygotowana na fakt, że w pewnych okolicznościach lepiej poczekać, dostosować się, a nie ślepo podążać za podręcznikowymi wytycznymi. Za późno dociera do mnie, że czym innym jest dać do podpisu oświadczenie komuś, kto odsiedział w więzieniu wyrok za mniejsze przestępstwo i już uregulował swoje stosunki z wymiarem sprawiedliwości, a czym innym podsuwać taki papier aktywnemu bossowi yakuzy. Jednocześnie mówię sobie w duchu, że ten wstyd nie pozwoli mi popełnić takiego błędu w przyszłości.
Znowu odnoszę wrażenie, że to będzie znaczący moment: coś się właśnie zaczyna. Albo coś się kończy.
„Oczywiście” – odpowiadam, zabierając dokumenty ze stołu. „Cieszę się, że możemy się lepiej poznać”.
Tanaka pyta mnie o Włochy i o Wenecję, gdzie ukończyłam studia licencjackie. Rozmawiamy o podróżach i o kuchni, zwykłe tematy, które jednak traktujemy z powagą. Opowiadam mu o Trieście i o Gorycji, gdzie się wychowałam, a także o Bałkanach.
„Gdzie w Albanii jeździ się na wakacje?” – pyta mnie. Nie mam bladego pojęcia, waham się. On sięga po telefon i dzwoni do jednego z mężczyzn, który podrywa się od stolika przy wejściu, gdzie dołączył do pozostałych.
„Gdzie w Albanii jeździ się na wakacje? Sprawdź w Google i daj mi znać” – zwraca się do niego. Jak się wkrótce dowiem, jest to dla niego typowe zachowanie: jeśli dręczą go jakieś wątpliwości, dzwoni i prosi o znalezienie odpowiedzi.
„Teraz muszę już iść” – żegna się. Minęła godzina, a ja nie dopiłam swojej kawy, a przede wszystkim nie zadałam mu ani jednego z pytań, które sobie przygotowałam, nie zanotowałam ani jednej linijki. „Ale jutro może pani przyjść do mojego biura” – dodaje. „Tam porozmawiamy z większą swobodą”.
Po raz kolejny wpadam w otchłań zażenowania: jak mogłam być tak naiwna, żeby przypuszczać, że boss cokolwiek mi wyjawi w kawiarni, nawet jeśli stosunkowo mało uczęszczanej? Przyjmuję zaproszenie z entuzjazmem, ciesząc się z góry na myśl, że postawię nogę w jednej z siedzib yakuzy, i zapisuję adres. Tanaka znowu dzwoni do swojego człowieka: „Zapłać i przygotuj samochód”. Proponują mi podwiezienie aż do dworca, ja jednak odmawiam: muszę wszystko przemyśleć, a przede wszystkim przespacerować się i przetrawić błędy nowicjuszki. Potem wezmę taksówkę.
Idąc między anonimowymi apartamentowcami, uświadamiam sobie, że zaprezentowałam postawę bardzo skupioną na sobie i zignorowałam fakt, że nie tylko ja wybieram sobie rozmówców – na co przygotował mnie uniwersytet, zgodnie z kryterium unikania ryzyka i kontaktów z niebezpiecznymi osobnikami. Druga strona również dokonuje subtelnego procesu selekcji. W ostatnich latach, od kiedy yakuza znalazła się na celowniku władz, coraz rzadziej zdarza się, żeby bossowie, a nawet pomniejsi członkowie godzili się na rozmowy i wywiady. Ja zostałam przedstawiona przez dziennikarza, którego łączą z Tanaką wieloletnie relacje, ale to rzecz jasna za mało: celem naszego pierwszego spotkania była ocena, czy jestem godną zaufania rozmówczynią. Dlatego Tanaka w ogóle nie pytał o prowadzone przeze mnie badania, interesowałam go tylko jako człowiek. Pomimo mojego braku doświadczenia, a może właśnie dzięki temu uznał, że warto ze mną porozmawiać.
Następnego dnia przychodzę na spotkanie z lekkim wyprzedzeniem: pod zapisanym adresem znajduje się niebieskawy czteropiętrowy budynek o minimalistycznym wyglądzie, pozbawiony jakiegokolwiek architektonicznego uroku, jak wiele współczesnych japońskich budowli. Obok czarnych drzwi wejściowych znajduje się brama garażowa. Na każdym piętrze jest balkon, ale nie ma żadnych napisów czy flag, które wskazywałyby, że ten anonimowy gmach to siedziba yakuzy. Tylko liczne kamery skierowane we wszystkie strony upewniają mnie, że to właściwe miejsce. Przyciskam dzwonek.
„Tak?” – odzywa się ktoś poważnym tonem.
Wpuszcza mnie jeden z dwóch młodzieńców, których spotkałam wczoraj. Pokonujemy dwa ciągi stalowych schodów i wchodzimy do pokoju z dwoma krzesłami i niewielkim stolikiem. Podchodzi do mnie trzech facetów w ciemnych garniturach, kłaniają się i mówią równocześnie: „Osss!”. To skrócona wersja od Ohayō gozaimasu, zwyczajowego powitania w Japonii. Uśmiecham się, odpowiadam pełnym słowem, dziękuję, siadam i zaczynam się rozglądać. Dzisiaj też jestem zdenerwowana, ale już nie tak jak wczoraj. Widzę tablicę obwieszoną jakimiś kartkami, słyszę odległy hałas ruchu ulicznego, dochodzący od strony balkonu. Po mojej prawej stronie jacyś mężczyźni palą i przyglądają mi się z nieskrywaną ciekawością. Za ich plecami dostrzegam biurka z licznymi telefonami i tyloma ekranami, ile kamer zamontowano na zewnątrz. Jakiś chłopak przynosi mi oshibori, niewielki wilgotny ręcznik z dobrze widocznym herbem grupy, oraz kubek zielonej herbaty.
„Zapraszam” – odzywa się po kilku minutach młodzieniec, który mnie wpuścił. Wskazuje na schody.
Biuro Tanaki znajduje się na ostatnim piętrze. Podłoga z ciemnego drewna i sofy obite skórą w kolorze butelkowej zieleni sprawiają, że wygląda bardziej elegancko niż pozostała część budynku. Świeże kwiaty nadają kolorów niskiemu stolikowi, na którym znajduje się także model statku. Tanaka podnosi się zza wielkiego biurka i mnie wita. Zaprasza, żebym się rozgościła, siadam więc na sofie. Boss wybiera fotel. Znowu zostajemy we dwójkę. Tym razem nie zadaje mi pytań, lecz od razu przechodzi do opowieści o początkach yakuzy, organizacji, której poświęcił swoje życie. Chce, żebym zrozumiała, dlaczego – abstrahując od zysków – setki tysięcy ludzi takich jak on postanowiło wyrzec się bezpieczeństwa i relacji uczuciowych. Są to informacje w większości mi znane, ale fakt, że słyszę je z jego ust, wywiera na mnie szczególne wrażenie, jakby to dodało im autentyczności.
Zaczyna od etymologii: „Słowo pochodzi od zestawienia trzech liczb – ósemki, dziewiątki i trójki – które można odczytać właśnie jako ya-ku-za. Ich suma, czyli dwadzieścia, to jedna z przegrywających kombinacji w grze karcianej popularnej w nielegalnych kasynach, o czym pani pewnie już słyszała. Karty, którymi się gra, hanafuda3, są nieco mniejsze od klasycznej talii i inspirowane porami roku: przedstawiają kwiaty, rośliny oraz zwierzęta”.
Przytakuję, wiem bowiem, o czym mówi. Podoba mi się szata graficzna tych kart, które są znane również dlatego, iż były pierwszym produktem wypuszczonym przez Nintendo: ta firma, zanim stała się gigantem gier wideo, wytwarzała właśnie karty do gry.
Pierwsze wzmianki o grach hazardowych w Japonii pochodzą już z VII wieku: był to wówczas tak popularny sposób spędzania czasu, że w 689 roku zakazano ich edyktem cesarskim. W późniejszych wiekach prowadzący szulernie zwali się bakuto i do dziś prawie wszystkie grupy yakuzy przypisują swój rodowód właśnie temu środowisku.
Ale to niejedyne możliwe początki yakuzy. Niektórzy wiążą jej korzenie z obwoźnymi handlarzami – tekiya, którzy przemierzali Japonię, sprzedając lekarstwa. Jednym z czczonych przez nich do dziś bóstw jest Shinnō, bóg pochodzenia chińskiego, który jak głosi legenda, odkrył medycynę. Z czasem jego imię zaczęło określać całą kategorię obwoźnych handlarzy, niezależnie od rodzaju sprzedawanego towaru. W okresie Tokugawa tekiya, zorganizowani w grupy o wyraźnej strukturze hierarchicznej, zarządzali kramami na miejskich targowiskach oraz podczas matsuri, czyli barwnych festynów odbywających się wokół sintoistycznych chramów.
Tak przedstawia się przeszłość, choć pewne jej aspekty są nadal żywe. Kilka miesięcy temu udałam się na matsuri odbywające się po dwóch latach przerwy przy niedużym wiejskim chramie: panowała tam niezwykle uroczysta atmosfera dzięki dziewczętom ubranym w yukaty, modlitwom zanoszonym do kami, woni grillowanych yakitori oraz zabawom i grom dla dzieci, w których nagrodą były złote rybki. Rok wcześniej policja zakazała organizowania matsuri z powodu nieporozumienia między dwiema grupami handlarzy, którzy spierali się o przydzielone miejsca, ale spotkanie szefa służb porządkowych, obwoźnych kramarzy i cieszącego się autorytetem bossa lokalnej yakuzy przywróciło spokój. I można było znowu zorganizować festyn.
Już w epoce Tokugawa tekiya pełnili ważną rolę w rozwiązywaniu sporów i nieporozumień dzielących sprzedawców. Chociaż ich działalność czasami odbywała się poza prawem – przykładowo żądali opłaty za przydzielenie najlepszych miejsc na targowiskach – w większości przypadków nie łamali go i nie stwarzali problemów dla porządku publicznego, byli więc oficjalnie uznaną przez władze grupą. To ich odróżniało od bakuto, których czyny nierzadko były sprzeczne z prawem ustanowionym za siogunatu Tokugawa. Istnieje jednak pewien wspólny rys łączący bakuto i tekiya: obie te grupy opierały swoją działalność na sile roboczej pochodzącej z najniższych warstw społecznych. Ludzie żyjący na marginesie, biedacy czy też przestępcy często odnajdowali w ich strukturach schronienie, a niekiedy namiastkę prawdziwej rodziny. W przypadku tak silnie kolektywistycznego społeczeństwa, jakim była ówczesna Japonia, właśnie ten aspekt miał szczególną wagę. Grupy te bowiem organizowały się na wzór ikka, czyli rodziny, opierając się na relacjach wzorowanych na więzach krwi. Boss przyjmował rolę ojca rodziny, zaś każdy z członków – syna. Ten hierarchiczny stosunek oyabun (pozycja ojca) – kobun (pozycja syna) był i nadal pozostaje fundamentalny dla struktur yakuzy, chociaż sięga korzeniami znacznie głębiej niż świat przestępczości zorganizowanej, gdyż wywodzi się z dawnych modeli społecznych Japonii.
Tanaka kładzie nacisk na legendarne początki yakuzy, a ja tego nie kwestionuję. W rzeczywistości pierwsze wzmianki o powstaniu organizacji przestępczych w Japonii pojawiają się dopiero w czasach restauracji Meiji, przełomu, który położył kres rządom rodu Tokugawa i ustroju wojskowo-feudalnego. Podczas tego okresu historycznego władzę przejął cesarz Mutsuhito, który rozpoczął proces reform państwowych, zwieńczonych ogłoszeniem w 1889 roku pierwszej konstytucji. Ponadto władza okresu Meiji skupiła się na industrializacji Japonii i umocnieniu sił zbrojnych, żeby dotrzymać kroku państwom zachodnim. Tak głębokie przemiany gospodarcze i społeczne szybko doprowadziły do masowego napływu ludności wiejskiej do miast, co wymusiło zreorganizowanie ich struktur. W pewnym sensie nowoczesna yakuza wywodzi się z nowoczesnego miasta, jak zauważa ekspert zajmujący się przestępczością zorganizowaną, Manabu Miyazaki. To właśnie przemiany gospodarcze zaoferowały nowe możliwości zarówno grupom bakuto, jak i tekiya. Popularność hazardu znacznie zmalała, jednak bakuto świetnie się odnaleźli w przemyśle budowlanym i portowym, gdzie sprawowali kontrolę nad siłą roboczą. Tekiya zaś nadal parali się handlem, uzyskawszy zgodę na otwieranie swoich kramów w obrębie miast, z czym wiązało się coraz silniejsze przenikanie do tkanki społecznej. Rozkwit nowej działalności handlowej oraz potrzeba kontrolowania nowych mieszkańców i pozyskiwania coraz większej liczby rąk do pracy tylko umocniły kluczową rolę tego rodzaju grup. Dodatkowo epokę cechowało zacieśnianie więzów między yakuzą a sferami władzy, w szczególności zaś skrajną prawicą. Okres Meiji wprowadził nowy rodzaj uprawiania polityki, który zaowocował powstaniem licznych ugrupowań ultranacjonalistycznych. Upadek ustroju wojskowego rodu Tokugawa oznaczał utratę przywódczej roli tych, którzy się urodzili i wychowali w rodzinach samurajów. Ich niezadowolenie stało się zapłonem dla militarnych i patriotycznych ruchów antyrządowych, zwłaszcza na obszarach, gdzie odsuniętych od władzy samurajów było najwięcej, jak w Kiusiu. To właśnie przypadek Mitsuru Toyamy pochodzącego z rodziny samurajów, która popadła w niełaskę. W 1881 roku założył Gen’yōsha (Stowarzyszenie Ciemnego Oceanu). Jej członkowie zaciągali się jako straż przyboczna i zbiry lokalnych polityków, szybko więc przerodziła się w grupę paramilitarną, którą można było wykorzystać w walce z przeciwnikami politycznymi. Organizacje tego typu upodobniły się do pierwotnej yakuzy i przejęły ideologię ultranacjonalistów – a miała z nimi wiele wspólnego, na przykład idealizowanie przeszłości, kult cesarza i sintoistycznych bóstw, hierarchię opartą na relacji między bossem a szeregowymi członkami czy niechęć wobec obcych.
Powiązania z grupami ultranacjonalistycznymi okazały się zwycięską taktyką: na lata dwudzieste i trzydzieste przypadł dalszy wzrost grup skrajnie prawicowych, których łączyła niechęć dla idei propagowanych przez rewolucję radziecką. Yakuza utrzymywała kontakty z Dai Nippon Kokusui-kai (Związkiem Narodowym Wielkiej Japonii) oraz z Dai Nippon Seigi-dan (Organizacją Sprawiedliwości Wielkiej Japonii), założonymi nie tylko przez polityków rangi krajowej, lecz również niektórych bossów. Zaangażowanie w tego typu ruchy polityczne dodatkowo przyczyniło się do uprawomocnienia syndykatów yakuzy: założona przez bakuto Kokusui-kai liczyła sześćdziesiąt tysięcy członków, a wśród nich gangsterów, robotników i ultranacjonalistów, i często wykorzystywano ją jako nieoficjalną bojówkę rządową działającą przy wsparciu policji i wysokiej rangi wojskowych. Niektórzy bossowie potrafili wykorzystać swoje znakomite relacje ze światem polityki, torując sobie drogę do błyskawicznej kariery. Takim przykładem są Isokichi Yoshida oraz Asanosuke Hora, lokalni politycy, którzy awansowali na członków japońskiego parlamentu, Kokkai. Widoczność yakuzy w tym okresie jest emblematyczna dla poziomu akceptacji, jaką organizacja osiągnęła dzięki koneksjom ze skrajną prawicą. Tanaka pokazuje mi zdjęcie, które ma w telefonie. „To pomnik Isokichiego Yoshidy” – mówi. „W Kitakiusiu uznaje się go za postać tak znaczącą, że poświęcono mu pomnik w Parku Takatōyama. Byłem tam jakiś czas temu”.
W 1931 roku Japonia zainicjowała realizację projektu ekspansji terytorialnej, najeżdżając na Mandżurię: liczne grupy yakuzy wzięły udział w walkach na zajmowanych obszarach Chin, posyłając swoich ludzi do czynnego udziału w programach „rozwoju terytorialnego”. Ci, którzy zostali w ojczyźnie, skupili się na umacnianiu ekonomicznych fundamentów grupy, korzystając z zasobów czerpanych z kolonii. W tamtym okresie grupy ograniczyły swoją działalność głównie do obszaru lokalnego, jeszcze się nie zrzeszyły w syndykaty aktywne w skali całego kraju. Yakuza dostosowała swoją aktywność do możliwości oferowanych przez miejscową gospodarkę. I tak przykładowo klany aktywne w miastach portowych zajęły się kontrolowaniem siły roboczej w stoczniach. Yamaguchi-gumi, która dopiero po drugiej wojnie światowej miała stać się największym graczem świata przestępczego, władzę umocniła właśnie dzięki zwycięskim walkom o kontrakty portowe w Kobe.
„Atak na Pearl Harbor i przystąpienie Japonii do wojny postawiły każdego członka yakuzy przed dylematem: wstąpić do wojska czy też zostać uznanym za zdrajcę” – mówi Tanaka.
Według nacjonalistycznej retoryki, którą przyjęła yakuza, dezercja była czymś nie do pomyślenia. I tak większość członków znalazła się na polu bitwy, podczas gdy niektóre znaczące postaci odsiadywały wyroki w więzieniu. Mimo to do rozpadu yakuzy nie doszło. Co więcej, czas spędzony w więzieniu okazał się niezwykle sprzyjający dla nawiązania kontaktów, które okazały się wyjątkowo użyteczne w okresie powojennym. Kazuo Taoka, przyszły trzeci boss Yamaguchi-gumi, o którym wspomniałam na początku, zbliżył się do skrajnie prawicowych ideologii właśnie podczas pobytu za kratami. To doświadczenie w istotny sposób zadecydowało o dalszych losach jego długiej kariery przestępczej.
Jednym z najważniejszych epizodów, do którego doszło wówczas w więzieniu, było spotkanie trzech mężczyzn: Ryōichiego Sasakawy, Nobusuke Kishiego oraz Yoshio Kodamy. Pochodzący z zamożnej rodziny Sasakawa, postać znacząca w ultranacjonalistycznym środowisku, podczas wojny zajmował się przemytem złota i diamentów. Sam siebie ogłosił „najbogatszym faszystą świata”, odmówił wyrażenia skruchy i potępienia swojej działalności, a po zakończeniu wojny został umieszczony w więzieniu w Sugamo, gdzie karę odsiadywali zbrodniarze wojenni. Nobusuke Kishi był jednym z założycieli Partii Liberalno-Demokratycznej, która zdominowała japońską politykę na kilka dekad. Piastował urząd premiera Japonii, tak jak później jego wnuk Shinzō Abe, zamordowany w 2022 roku. Z kolei Yoshio Kodama był silnie związany ze środowiskiem yakuzy. To właśnie on odegrał kluczową rolę w zacieśnianiu relacji między powojenną klasą polityczną a środowiskami przestępczości zorganizowanej.
Historia yakuzy nie jest przypadkiem odosobnionym. Podobnie jak to miało miejsce we Włoszech czy w Rosji, również Japonia potrzebowała organizacji zdolnych do zarządzania pewnymi sektorami społeczeństwa, w których państwo okazało się niewydolne. Tekiya przejęli kontrolę nad targami, organizując przestrzeń handlową i rozstrzygając spory, do których dochodziło między sprzedawcami. Pozostałe grupy yakuzy zajęły się nie tylko prowadzeniem nielegalnych interesów, na przykład hazardu, pełniły również rolę swoistych mediatorów i stróżów półświatka kryminalnego.
Tanaka kładzie nacisk właśnie na ten aspekt: „Yakuza odegrała i nadal odgrywa istotną rolę w społeczeństwie”. A jako przykład podaje sprawę związaną ze wznoszeniem w jego dzielnicy ogromnego budynku: podczas prac budowlanych powstawał ogromny hałas, który zaburzył spokój w okolicy. Mieszkańcy woleli zwrócić się z tym do niego niż do sądów – nie dość, że opieszałych i kosztownych, to prawdopodobnie również mniej skutecznych. Tanaka porozmawiał z kierownikiem budowy i w krótkim czasie rozwiązał problem, nie żądając niczego w zamian. Respekt, jakim otacza się go w dzielnicy, był dla niego kwestią nadrzędną.
„Widziała pani ulicę, przy której stoi nasze biuro? Jest czysta. Co rano jeden z moich ludzi dokładnie ją myje” – oznajmia z dumą w głosie. Ale żeby było jasne: yakuza nie jest organizacją dobroczynną, a ceną za jej usługi jest nierzadko brutalna ingerencja grupy w lokalne biznesy, na przykład poprzez wymuszenia.
W tym momencie ktoś puka do drzwi. Wchodzi dwóch młodzieńców z tacami. Kłaniają się, po czym jedną z tac kładą naprzeciwko mnie. Znajdują się na niej – ułożone w geometrycznym porządku – szklanka z wodą, kubek na herbatę ze złoconym herbem grupy, kawałek ciasta z suszonych owoców i białe oshibori, zwinięte tak, żeby tu również herb znajdował się w centralnej i dobrze widocznej pozycji. Druga taca jest przeznaczona dla Tanaki: jego oshibori jest w kolorze brązowym i zostaje mu wręczone bezpośrednio do rąk. Wykonawszy zadanie, młodzieńcy w ukłonach wycofują się do drzwi. Stają jeden obok drugiego, jeszcze jeden pokłon i wychodzą.
Ciasto jest przepyszne. Zanim nadszedł ten dzień, nieraz wyobrażałam sobie spotkanie z bossem: myślałam, że odbędzie się podczas kolacji w restauracji z niewielką liczbą miejsc, na przykład w ekskluzywnym sushi-ya4, z ochroniarzami przy sąsiednim stoliku, albo przy szklaneczce whisky z wodą gazowaną przy kontuarze małego lokaliku z sekretnym wejściem. Najwyraźniej i ja padłam ofiarą stereotypów. Niemniej herbata i ciasto dalekie były od obrazu yakuzy, jaki wyłaniał się z opowieści, które do tej pory słyszałam. Jak się wkrótce miałam przekonać, ciasto będzie zwyczajowym poczęstunkiem podczas moich wizyt w biurze, na dodatek za każdym razem innego rodzaju: częstować mnie będą tartami owocowymi, roladami z kremem, ciasteczkami na bazie fasoli adzuki czy czekoladkami, jakby dysponowali bezgranicznymi zapasami słodyczy.
„Smakowało pani?” – pyta mnie Tanaka, po tym gdy mój kawałek zniknął z tacy. „Mamy też inne rodzaje, ale z tej samej cukierni. Każę zapakować na wynos”.
Próbuję oponować: mogę zrezygnować z idei bossa ze szklaneczką whisky, papierosami i poważną gadką, ale wynoszenie z siedziby yakuzy ciasta, jakbym wracała z wizyty u starej ciotuni, to już przesada. Lecz Tanaka trzyma już telefon w ręce: „Zapakujcie ciasto, pani weźmie ze sobą”. Nie pozostaje mi nic innego jak podziękować. Zerkam na zegarek, minęły ponad dwie godziny, zatem przygotowanie słodyczy na wynos to uprzejmy sposób, by mi zasugerować, że mój czas dobiegł końca.
Dziękuję za wszystko i dodaję, że byłoby mi bardzo miło, gdybym mogła wrócić i dowiedzieć się czegoś więcej. Dwaj młodzieńcy, którzy dzień wcześniej zawieźli mnie do kissaten, pojawiają się z piękną i wytworną różową torbą papierową, w której jest pudełko w tym samym kolorze i druga, złożona torebka: w Japonii panuje zwyczaj dawania dodatkowego opakowania, na wypadek gdyby pierwsze się zniszczyło. Tanaka uśmiecha się lekko i mówi na pożegnanie, żebym na siebie uważała.
W drodze do stacji metra wysyłam wiadomość do promotorki, żeby ją uspokoić, że wszystko u mnie w porządku. Mam mieszane uczucia: z jednej strony ogarnia mnie euforia, ale z drugiej znowu dręczy mnie obawa, że nie rozegrałam tego dobrze. Koniec końców zwyczajnie słuchałam, co Tanaka ma mi do opowiedzenia o początkach yakuzy, które były mi już znane. Opierając się na aspektach, na które położył nacisk, czyli na najbardziej rycerskej części tej historii, zrozumiałam, jaki obraz samego siebie i swojej organizacji pragnie mi przekazać. Nie udało mi się go jednak zapytać ani o jego prywatną historię, ani o motywacje, ani o jego grupę. Stąd obawa, że nie będę miała więcej okazji, by porozmawiać twarzą w twarz z członkiem yakuzy, i moje badania nie posuną się do przodu.
Wsiadam do pociągu, nie jest zatłoczony. Jacyś chłopcy z drużyny sportowej śmieją się i dokuczają sobie. Mam wyciszoną komórkę, więc nie od razu dociera do mnie, że otrzymałam wiadomość od Tanaki. Wysłał mi animowany obrazek, swego rodzaju mem, na którym Golgo 13 – płatny zabójca i główny bohater znanej serii mangi – rzuca granatem, a z unoszącego się po wybuchu dymu wyłania się napis arigatō gozaimashita, „bardzo dziękuję”. To tak, jakby Diabolik5 cisnął nożem, za którym ciągnie się smuga ze słowem „dziękuję!!!”. Nie umiem pohamować uśmiechu.
Ciasto i filiżanka zielonej herbaty w towarzystwie bossa uświadamiają mi, jak bardzo moje wyobrażenia o japońskiej mafii zostały ukształtowane przez mało rzetelne filmy i artykuły. Postanawiam wyrzucić z pamięci wszystko, co do tej pory przeczytałam, i spojrzeć na dotychczasowe spotkania z yakuzą z całkiem innej perspektywy. Odpisuję Tanace, jeszcze raz dziękując za poświęcony mi czas i zapewniając, że było to bardzo cenne spotkanie i że z przyjemnością ponownie bym z nim porozmawiała. Nie odpowiada. Sprawdzam telefon raz po raz, ale nic nie przychodzi. Mój wzrok zatrzymuje się na torebce z ciastem, zbyt różowej jak na mój obecny nastrój.
Kilka godzin później boss odzywa się ponownie. „Jeśli ma pani czas za dwa tygodnie w sobotę, zapraszam na kolację”.
1 Wszystkie wyrazy japońskie – o ile nie zostały wytłumaczone w tekście lub przypisach – znajdują się w słowniku na s. 347–351 (przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Kissaten – dosłownie „miejsce do picia herbaty”, herbaciarnia/kawiarnia w stylu retro.
3 Hanafuda – dosłownie „karty kwiatów”.
4 Sushi-ya – restauracja specjalizująca się wyłącznie w sushi.
5 Diabolik – postać złodzieja z włoskiej serii komiksowej.
2
Dostępne w wersji pełnej
3
Dostępne w wersji pełnej
4
Dostępne w wersji pełnej
5
Dostępne w wersji pełnej
6
Dostępne w wersji pełnej
7
Dostępne w wersji pełnej
8
Dostępne w wersji pełnej
9
Dostępne w wersji pełnej
10
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
