30,00 zł
Zwykli żołnierze i ich dowódcy uczą się błędach... albo wracają do domu na tarczy. Ten tom serii WZORCE jest zbiorem historycznych relacji i opisów operacji militarnych. Autorzy to praktyk, były oficer GROM-u oraz teoretyk, lubujący się w zabawie myślami i ideami. W tandemie stworzyli almanach przykładów pozytywnych i negatywnych, które każdy żołnierz i oficer, ale także miłośnik historii wojskowości, powinien mieć z tyłu głowy.
„Lubię generałów, którzy mają szczęście!”
Te słowa Napoleona najlepiej opisują zespół cech, które powinien przejawiać dowódca zwyciężający w bitwach. Postronni zwykle nie rozumieją technik i sztuczek, z których „szczęśliwiec” buduje swoją drogę ku zwycięstwu. Autor Sztuki wojny pisze:
„Niechaj dostrzeże świat cały mą zwycięzcy Formę, nikomu zasię Formy poznać nie wolno, przez którą do zwycięstwa dotarłem”.
W tej książce autorzy pokazują wszystkie aspekty zwycięstw i porażek tak, aby czytelnik mógł, niczym starożytny chiński Mistrz Wojowania, osiągnąć nadludzkie dostrojenie się do rytmu pola bitwy… i mieć szczęście za każdym razem.
HISTORYCZNE BITWY i operacje wojskowe
Dziesiątki przykładów, kontrprzykładów oraz ich analizy
Jak zwycięzcy i przegrani rozumieli własny sukces i porażkę? Jak rozumiemy je my – wyposażeni we współczesne koncepcje i perspektywę czasu? W formułowaniu odpowiedzi wspomagają czytelnika dwaj specjaliści: Planista GROM-u, a przy tym ekspert ds. bezpieczeństwa oraz miłośnik historii wojskowości parający się filozofią konfliktu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 292
Dziękuję za zakup! – Piotr Plebaniak
Wspierający autora w portalu patronite.pl otrzymują dożywotni dostęp do wszystkich e-booków.Piotr Plebaniak
Planowanie, improwizacja i fortele na polu bitwy
Tom 1
Wspierający autora P. Plebaniaka w portalu patronite.pl otrzymują na dzień dobry pięć e-booków. Aktywni wspierający otrzymują e-booka każdej nowej książki w przeddzień jej premiery. Zapraszam!
Należąca do tej samej serii książka Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie zdobyła rangę najlepszej książki geopolitycznej roku 2023.
Wydawnictwo ChironKraków 2025
Copyright by Piotr Plebaniak, 2021–2023.
Copyright for the Polish edition by Andrzej Kruczyński, Piotr Plebaniak, 2023.
© All rights reserved.
Informacja redakcyjna:
Z uwagi na m.in. kwestię praw majątkowych do wydań zagranicznych współautorzy uzgodnili, że niniejsza książka ukaże się w dwóch wersjach okładkowych, z których jedna będzie dostosowana do serii „Wzorce” (wskazany autor Piotr Plebaniak), a druga (wskazani autor oraz konsultant) – nie.
Pełny tytuł
Wzorce zwyciężania. Tom I: Planowanie, improwizacja i fortele na polu bitwy
Konsultacja specjalistyczna
Płk Andrzej Kruczyński, płk Michał Stachyra
Autorzy tekstów gościnnych
Gen. Waldemar Skrzypczak, dr Radosław Sikora, płk Maciej Stachyra
Redakcja merytoryczna i ujednolicenie stylistyczne tekstów
Piotr Plebaniak
Ilustracja na okładce
Łukasz Matuszek
Opracowanie map i rycin oraz zdjęcia (jeśli nie opisano inaczej)
Piotr Plebaniak
Wydawca
Wydawnictwo Chiron
Wydanie I (druk symbol 31118)
ISBN 978-83-965180-2-6 (Tom 1, oprawa miękka)
ISBN 978-83-965180-3-3 (Tom 1, e-book)
ISBN 978-83-965180-7-1 (Tom 2, oprawa miękka)
ISBN 978-83-969971-1-1 (Tom 2, e-book)
Informacja o dystrybucji
[email protected]; https://chiny.pl/ksiazki
Armia, której zwycięstwo jest pisane, pierwej zwycięża, potem zaś dopiero o stoczenie bitwy się stara.
Armia zasię na klęskę skazana pierwej wdaje się w walkę, a dopiero w boju nadziei zwycięstwa szuka.
Sun Zi IV.15
Wzorce zwyciężania
System odnośników i konwencje użyte w książkach serii „Wzorce”
Oświadczenie autorów tekstów goszczących
Oświadczenie współautora
Podziękowania
Błogosławiona wojna
Część I TEORIA ZWYCIĘŻANIA
Temat I Niematerialne parametry zdolności do zwyciężania
Filozofia budowania przewagi koncepcyjnej
Zaburzanie percepcji przeciwnika
Fortel: teoria i praktyka
Przypadek i planowanie
Kształtowanie zdolności do rekonceptualizacji modelu mentalnego
Budowanie tradycji formacji wojskowej
Temat II DOSTROJENIE DO POLA WALKI
Przetwarzanie danych zmysłowych na zdolność przetrwania
Debriefing i fałszowanie raportów
Dekryptaż
O poruszaniu dużymi jednostkami
Temat III Przełomy technologiczne
Radar
Pocisk Minié i taktyka piechoty w wojnie secesyjnej
Drednoty
Część II LEKCJE PRAKTYCZNE
Temat IV NA POZIOMIE TAKTYCZNYM: Rajdy sił specjalnych
Znaj siebie i znaj przeciwnika
Atak na Eben-Emael. Belgia, 1940
„Eagle Claw”. Teheran 1980
Rajd na Gran Sasso (1943)
Rajd na dok w Saint-Nazaire (1942)
Zabić Yamamoto! (1943)
Rajd na niemieckie tamy w Zagłębiu Ruhry (1943)
Rajd na Entebbe (1976)
Wypad Hamasu (2023)
Temat V BITWY I OPERACJE
Diu (1509)
Rajd na Dieppe: 19 sierpnia 1943 roku
Temat VI KAMPANIE, WOJNY I DECYDUJĄCE KONFRONTACJE
Jak zdobywać Moskwę?
Temat VII WYBITNI DOWÓDCY I WODZOWIE
Sekret zwycięstw Thomasa Jacksona
Orde Wingate
Aneks
Słowo o znaczeniu elementów symbolicznych i nawiązań do popkultury
Spis ramek specjalistycznych
Spis map i planów bitew
Indeks chronologiczny przywołanych ilustracji historycznych
Wybrana bibliografia oraz lektury polecane
Nowości i premiery na 2026 i 2027 rok
Książki Piotra Plebaniaka
Seria wzorce
Seria Zrozumieć wojnę
Seria Opowieści z Azji Wschodniej
Seria Zrozumieć Chiny
SERIA WOJSKOWA „Wzorce zwyciężania” (sześć tomów)
Seria „Wzorce”
Pieśni dalekich plemion
Cover
‡36.II.4.C — Odwołanie do innego tomu serii „Wzorce”. „36” to 36 forteli, „SW” to Sun Zi i jego Sztuka wojny, „SP” — Siły psychohistorii (wyd. II), „PG” — Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”, „WD” — Wzorce Dowodzenia (wyd. 2024), „SK” — Siły i kontrsiły (wydanie planowane na 2024).
Pojęcia i koncepcje kluczowe są wyróżnione podwójnie: kursywą i podkreśleniem (np. Moc). Ich indeks znajduje się na końcu książki. Wyjaśnienia wybranych pojęć znajdują się w eseju na s. 39.
W passusach i cytatach: pogrubienia czcionki oraz komentarze w nawiasach kwadratowych, jeśli nie zostały oznaczone inaczej, pochodzą od autora.
Autorzy esejów oraz osoby udzielające wywiadów zamieszczonych w niniejszej pracy oświadczają, że publikacja ich wypowiedzi nie ma żadnego związku z poglądami ani przekonaniami pozostałych osób zaproszonych do współtworzenia tomu oraz autora tomu.
Autorzy ci zgodzili się na złożenie swojego tekstu lub udzielenie wywiadu bez wiedzy o tożsamości innych współautorów oraz finalnej formy książki. Kierowali się wyłącznie motywacją dodania wkładu w wartość merytoryczną dzieła, które Czytelnik ma w ręku.
Autor tomu oświadcza, że wszelkie zbieżności bądź rozbieżności poglądów, w tym forma obecności w przestrzeni publicznej, nie były kryterium zaproszenia osób trzecich do zabrania głosu w niniejszej książce. Jedyne kryterium przy podejmowaniu decyzji stanowiła udokumentowana aktywnością publiczną kompetencja autora w jego specjalności oraz jego gotowość do wzbogacenia tomu o swoją wiedzę ekspercką. Wszelkie domniemania co do istnienia klucza decyzyjnego innego niż merytoryczny, scharakteryzowany powyżej, nie mają podstaw – będą interpretowane jako naruszenie dóbr osobistych.
Autor i osoby konsultujące treść tomu oświadczają, że nie utożsamiają się ze wszystkimi poglądami i wizjami świata, jakie prezentują w niniejszej książce inne zaproszone osoby, opisywane postacie historyczne ani pozostali konsultanci. Autor prosi o kontakt w celu autoryzowania wypowiedzi, opinii lub twierdzeń odnośnie powyższych kwestii. Dane kontaktowe znajdują się na stronie redakcyjnej (s. 4).
Wojna to sfera ludzkiej aktywności, w której o przetrwaniu w największym stopniu decyduje zdolność do patrzenia na stan spraw w sposób maksymalnie bezstronny i nieobciążony czynnikami pozamerytorycznymi (m.in. dystansem władzy czy rangami). W tej, jak w żadnej innej aktywności kurczowe trzymanie się złudzeń czy ulubionych teorii prowadzi bezpośrednio do porażki. Porażki często poniżającej, ale jeszcze częściej nieuniknionej. I oznaczającej śmierć.
Z tych powodów moje podziękowania w pierwszej kolejności składam tym historycznym dowódcom i żołnierzom, którzy zbudowali w sobie zdolność i mentalność do działania w sposób pozwalający sobie oraz innym uczyć się na własnych błędach. Cechą szczególną takich dowódców jest nie tyle zdolność do podejmowania nieszablonowych decyzji, ale przełamania inercji koncepcyjnej panującej w obiegu informacji po własnej stronie.
Już normalne podziękowania kieruję ku osobom, których pomoc i krytyczne uwagi pozwoliły uporządkować treść tego tomu tak, aby niósł on w sobie największą możliwą dawkę pożytecznej wiedzy.
Poznawanie często zupełnie rozbieżnych opinii i wizji, poddanych krytycznej analizie, jest bezcennym ćwiczeniem intelektualnym, które wyrabia i mi, i czytelnikom moich książek zdolność krytycznego myślenia i emocjonalnego dystansowania się od spraw, które o naszej zdolności do przetrwania i osiągnięcia zwycięstwa.
Mam nadzieję, że rezultatem tej całej aktywności filtrowania narracji będzie obraz mentalny możliwie najbardziej zbliżony do narracji skrajnie kontrowersyjnej – prawdy.
Piotr Plebaniak
Tajpej, wrzesień 2023
Ta książka jest studium zdolności organizacji militarnych do dostrajania do środowiska swojego działania. Jest także studium uczenia się – zwłaszcza poprzez kopiowanie – skutecznych metod oddziaływania bojowego od przeciwnika. Książka jest też repozytorium przykładów dobrych i złych praktyk w dowodzeniu i planowaniu akcji wojskowych.
Najogólniej, armia to narzędzie przemocy w rękach źródła woli politycznej i geopolitycznej. Armia to narzędzie narzucania woli innym oraz instrument zabezpieczający własne przetrwanie. Wódz, władca lub rząd używają armii do zniszczenia podobnych narzędzi w dyspozycji swoich przeciwników – zwykle konkurentów chcących uzyskać dostęp tych samych zasobów materialnych.
Zwykle konfrontacja dwóch woli geopolitycznych za pomocą działań militarnych (armii) to gra o sumie zerowej, tj. taka, w której zysk jednej strony następuje kosztem drugiej. W wersji minimum takiej wizji przynajmniej jedna ze stron postrzega konflikt w takich właśnie kategoriach, co staje się siłą napędową konfliktu między stronami, eskalującą go do poziomu wojny.
Każda armia, zarówno w rozumieniu sił zbrojnych danego państwa lub armii sunącej na spotkanie nieprzyjaciela, jest homeostatem: przetwarza zasoby na osiągnięcie zwycięstwa. Przetwarza energię i inne zasoby na zdolność oddziaływania i przetrwania własnego, i państwa, którego trwanie zabezpiecza.
Ale armia, a ogólnie jednostki wojskowe traktowane jako homeostaty mają inną cechę: ulepszają proces podejmowania decyzji i uczą się. Armia oraz każda wydzielona z niej jednostka organizacyjna to przede wszystkim zorganizowane zbiorowisko ludzi realizujące jasno zdefiniowane zadania. Sukces takich kooperujących grup ludzkich sprowadza się w swojej istocie do rozwiązania jakiegoś problemu.
Zdolność uczenia się to zdolność nabywania nowych umiejętności i wdrażania innowacyjnych instrumentów oddziaływania. To zdolność dostosowania się do oddziaływań przeciwnika tak, aby jego skuteczność lub inwencja została zniwelowana. Tak pojmowana zdolność uczenia się w swoim najgłębszym, filozoficznym niemal sensie jest zdolnością generowania antykruchości.
W kontekście ewolucji kulturowej na poziomie społeczności ludzkich, kluczem, by podsumować koncepcję antykruchości, była i jest zdolność do kolektywnego uczenia się zachowań prowadzących do przetrwania. Jeśli Czytelnik chciałby pełniej zrozumieć tak zarysowaną filozofię wojny, odsyłam go do lektury czterech książek, których główne, wręcz rewolucyjne idee omawiam w Siłach psychohistorii. Wizje zawarte w owym tomie są kompilacją spostrzeżeń o nadzwyczajnej wadze dla rozumienia zarówno wojny i natury ludzkiej, jak i wszelkiej działalności państwo- i imperiotwórczej. Wypracowali je wybitni antropolodzy, prymatolodzy, psycholodzy, socjolodzy oraz mistrzowie prowadzenia wojen, badający ewolucję gatunku homo sapiens – nie tylko biologiczną, ale i kulturową. Bez tego fundamentu koncepcyjnego – przekonałem się na własnej skórze – nie ma i co marzyć o zrozumieniu tego, czym jest wojna i jak należy wojny i bitwy wygrywać.
Pierwsza z polecanych książek to Ultrasociety Petera Turchina, o podtytule który niemal wystarczy za lekturę samej książki: „Jak dziesięć tysięcy lat wojny uczyniło ludzi najskuteczniejszymi kooperatorami na Ziemi”. Drugą jest tegoż autora Wojna i pokój, i wojna. Autor opisuje w niej mechanizm cykliczności wzrostów i upadków imperiów, mocarstw oraz narodów. Nieuchronne wzrastanie ku wielkości i równie nieuchronny upadek wykuwane są w zaklętym cyklu generowania spójności społecznej. Istotą tej spójności jest wedle autora wymuszona indoktrynacją (procesem socjalizacji), obyczajowością i presją do kolektywnego przetrwania zdolność jednostek do samopoświęcania się dla dobra kolektywnego.
Dopełnieniem tej „apoteozy wojny” jest książka Iana Morrisa War! What is it Good For? (pol. „Wojna! Do czego jest dobra?”). Ostatnią pozycją dopełniającą ten nieco eklektyczny pakiet wizji jest The WEIRD-est People in the World antropologa Josepha Henricha. Opierając się na tytanicznej pracy własnego międzynarodowego zbioru współbadaczy, Henrich w wizjonerski sposób opisuje fascynujące konsekwencje nietypowego przebiegu podwójnej ewolucji kulturowej i genetycznej, jaka ukształtowała m.in. zdolność do kooperacji i ultrakooperacji u Europejczyków, ale także mieszkańców innych zakątków ziemi. Centralną ideą, tkanką wizji Henricha, jest ta sfera naszego oprogramowania kulturowego, które odpowiada za zdolność homo sapiens do uruchomienia zjawisk ultrakooperacji (patrz dalej).
Dopiero na fundamencie wizji i idei zawartych w powyższych czterech dziełach można w użyteczny sposób przywołać koncepcję kluczową dla niniejszej książki – antykruchość. To cecha systemów złożonych (ang. complex systems), a przede wszystkim homeostatów, a więc m.in. organizmów biologicznych czy państw. Cecha ta to zdolność „uczenia się”, tj. wytwarzania odporności na czynniki destrukcyjne. Koncepcja została ukuta przez Nassima Taleba na użytek jego książki o tymże tytule1. Posługując się przykładem samego Taleba, porcelanowa filiżanka, uderzona młotkiem, rozpadnie się na drobne kawałki – jest krucha. Kubek stalowy pod tym samym działaniem odkształci się, a gumowy – wróci do poprzedniego kształtu. Te dwa ostatnie są po prostu odporne (ang. resilient).
Systemy antykruche (ang. antifragile) są zdolne do czegoś jeszcze innego: czynnik destrukcyjny sprawia, że wytwarzają one odporność na kolejne oddziaływania tego czynnika. Do tego służy zwierzętom układ immunologiczny, a współczesnym ludziom szczepionki. Społecznościom ludzkim poddanym koewolucji kulturowo-genetycznej – adaptacja nowych wzorców zachowań (norm prawnych, obyczajowości, metod motywowania) służy do generowania zdolności przetrwania. Przetrwania kolektywnego.
Zasada działania czynników takich jak szczepionki i łagodnie przechodzone choroby (o niskiej szkodliwości) polega na indukowaniu odporności na toksyny lub mikroorganizmy chorobotwórcze. Odnosząc się do idei Turchina, wojny sprawiają, że organizacja społeczna staje się odporna na czynniki destrukcyjne. Nabywają tę zdolność przez wytworzenie obyczajowości, mentalności czy instytucji regulujących życie społeczne. Ich adaptacja do czynników destrukcyjnych zwiększa spójność społeczną, zdolność do zachowań kooperacyjnych i inne parametry uczestniczącej w konflikcie społeczności.
Antykruchość to jedna z konstytucyjnych cech wszelkich homeostatów. Mając te pojęcie wśród koncepcji, za pomocą których rozumiemy świat i wpływamy na niego, możemy radykalnie przebudować obraz mentalny, za pomocą którego patrzymy na świat i oddziałujemy na bieg rzeczy.
Przełóżmy teraz koncepcję antykruchości do sfery starcia militarnego, starcia dwóch armii. Epickie starcie sowieckiej i niemieckiej machiny wojennej na teatrze frontu wschodniego w latach 1941–1945 może być interpretowane jako akt ewolucji kulturowej, w którym obie strony budują zdolność bojową, strategię i taktykę tak, aby antykruchość wbudować w strukturę własną, a usunąć ją ze struktur funkcjonowania przeciwnika.
Mówiąc ludzkim, mniej fikuśnym językiem, starcie zbrojne ma zwiększyć nasz spójność społeczną, współdziałania rodzajów sił zbrojnych, a w rezultacie naszą zdolność do skutecznego zwalczania przeciwnika. Tamtego zaś trzeba pozbawić zdolności uczenia się na błędach, rozpoznawania nowych reguł przetrwania na polu walki (nowych taktyk, nowych broni). Ma być głupi i zginąć z naszej ręki głupi.
Antykruchość to cecha systemu pozwalająca nabywać odporność, kontrtaktykę lub umiejętność adaptacji do destrukcyjnych bodźców. Antykruchość to zdolność podpatrywania taktyki i strategii przeciwnika. To początkowe sukcesy niemieckiej taktyki wojny błyskawicznej, a potem zmniejszenie jej skuteczności – przeciwnik nauczył się ją kontrować i wykorzystywać. Przestał dawać się zaskakiwać. Nabrał odporności. Wygenerował antykruchość.
Mogę tu pokusić się o sformułowanie maksymalnie ogólnej definicji zwycięskiego posunięcia, nawiązując do starożytnego motta całej niniejszej książki:
Stworzyć warunki do zwycięstwa to sprawić, aby przeciwnik utracił lub nie był w stanie wykoncypować kontrtaktyki czy wygenerować zdolności do wykształcenia skutecznej kontrsiły.
W starożytnym traktacie Sztuka wojny Mistrz Wojowania to parający się zarządzaniem i posługiwaniem armią taoistyczny Święty Mąż. Taki mistrz planuje posunięcia uwzględniając prawa natury, których przeciwnik nie przyswoił lub nie dostrzega.
Oprócz pojęcia Mocy, a więc operowania motywacją zbiorowisk ludzkich takich jak narody czy armie, drugą z trzech kluczowych koncepcji traktatu jest Bezforemność, czyli ukrycie swojej Formy tak, aby przeciwnik nie zdołał wykoncypować kontrtaktyki lub pokrzyżować planów atakującego. Trzecią koncepcją jest, upraszczając, atakowanie Pustki za pomocą Pełni. Przełóżmy te starożytne maksymy na wizję uczenia się i pozyskiwania antykruchości:
Atakujący metodą brutalnej siły inwestuje. Powiększa ponoszony wydatek energetyczny celem wygenerowania większej siły uderzenia. Mistrz Wojowania użyje ułamka tego wysiłku – sprawi, że przeciwnik utraci zdolność obrony przed ciosem lub zasoby niezbędne do odbudowy strat.
Prostym językiem:
Mistrz Wojowania pozbawia przeciwnika zdolności do antykruchości.
Oto esencja nauk Sun Zi zapisana językiem nie starożytnych metafor, a za pomocą dorobku koncepcyjnego skumulowanego przez ostatnie dwa tysiąclecia. Powyższą ogólną zasadę można wykryć w niemal każdym systemie czy filozofii walki. Weźmy najbanalniejszy przykład. Co robi uczestnik walki w systemie judo? Ma przed sobą przeciw nika stojącego stabilnie i pewnie, odpornego na wykonanie nim rzutu. Co trzeb zrobić? Pozbawić go tej odporności – sprawić, że jego środek ciężkości przesunie się. Można więc sprowokować go do ataku, pchnąć, pociągnąć ku sobie.
Ogólne prawidło ataku:
Spraw, by atakowany utracił antykruchość. Niech przestanie uczyć się na swoich błędach.
Niech twój atak nie nauczy go, jak obronić się przed repetą. Alternatywnie: ukrywaj akt agresji, by nie uruchomić mechanizmów obronnych i odpowiedzialnych za nabycie odporności.
Najskuteczniejszą formą tak pojmowanego ataku jest zaburzyć funkcjonowanie atakowanego systemu. Atakującemu ma przyświecać następujący cel: zwiększyć prawdopodobieństwo pojawiania się w systemie przeciwnika zaburzających homeostazę zjawisk emergentnych (ogólnie: niezwykle mało prawdopodobnych), których nie da się ani przewidzieć, ani kontrolować za pomocą wcześniej wypracowanych i oswojonych praktyk i narzędzi zapewniających przetrwanie.
W eseju o filozofii stosowania forteli (s. 73) zajmiemy się zjawiskami nieprzewidywalnymi dwóch typów: zjawiskami emergentnymi i czarnymi łabędziami. W służbach specjalnych państw i innych podmiotów istnieją całe sekcje ludzi główkujących właśnie nad taką filozofią ataku i zwyciężania, w wyniku których przeciwnik wystawiony jest na zdarzenia, na które nie ma wypracowanej metody reagowania. Wspomniani eksperci z pewnością skwapliwie potwierdzą – tajemniczo się uśmiechając – że tak po prawdzie ataki na antykruchość to esencja ich codziennej pracy koncepcyjnej.
Ale równie ważną esencją pracy służb i żołnierzy, których zadaniem jest stawienie czoła wrogom, jest po prostu zdolność uczenia się od przeciwnika. Przejmowania jego taktyki, pomysłów na wykorzystanie broni w nowatorski, bardziej efektywny lub zaskakujący sposób. Środowisko starcia konwencjonalnego to źródło najsilniejszych zachęt do wypracowania otwartej głowy – tą zachętą są świszczące nad głową kule.
Uczenie się od pogardzanego i znienawidzonego przeciwnika to najwyższa forma pokory, a jednocześnie konieczność wynikająca z potrzeby fizycznego przetrwania na polu walki. W zgromadzonym w naszej cywilizacji repozytorium relacji historycznych znajdziemy takie ciekawostki militarne jak wykorzystanie jerrycans przez aliantów w trakcie kampanii w Afryce w czasie II wojny światowej2. Niemieckie oryginały były po prostu lepsze – nie przeciekały, trudniej było je uszkodzić. Brytyjczycy, których własne kanistry były przeważnie jednorazowego użytku, nie brzydzili się „złym bo niemieckim” kanistrem. Używali wszystkich zdobycznych sztuk, które tylko wpadły im w ręce.
Innym rozdziałem historii uczenia się na polu walki jest kolektywny wysiłek inżynierów i naukowców pracujących dla walczących ze sobą ośrodków geopolitycznych. Pchali oni do przodu rozwój broni pancernej. Pochylenie pancerza jako zwiększenie ich efektywnej grubości i cecha zwiększająca szansę na rykoszetowanie pocisków litych. W niemieckich czołgów w pierwszej fazie II wojny światowej nie był stosowany. Pomysł tego rozwiązania nie był niemiecki – był rosyjski. Został skwapliwie wykorzystany przez konstruktorów niemieckich, gdy tylko wpadły im w ręce pierwsze egzemplarze czołgów T-34 zdobytych w czasie operacji „Barbarossa”.
Prowadzony w czasie II wojny światowej wyścig technologiczny narzucał bardzo wyrafinowane zasady bezpieczeństwa. Ludzie mający dostęp do kluczowych technologii mieli zakaz pojawiania się na lub nad terytorium wroga. Torturowani, mogli zdradzić kluczowe myki decydujące o przewadze w walce lub zdolności uzyskania zaskoczenia.
Przykładem opisanym w eseju o rajdzie na Dieppe (s. 289) była misja zbadania nowego modelu niemieckiej stacji radiolokacyjnej. Sierżant RAF, któremu powierzono to zadanie, miał ze sobą kapsułkę cyjanku. Miał popełnić samobójstwo tak, aby Niemcy nie zdołali wydobyć z niego torturami wiedzy eksperckiej. Dodatkowo, sekcja żołnierzy mająca wywalczyć mu drogę do instalacji działała pod ścisłymi rozkazami, by nieszczęsnego technika w razie zagrożenia wzięciem do niewoli zastrzelić.
Gdy z pobudek sentymentalnych wracam czasem do lektury ulubionych pozycji serii Żółty Tygrys, z szerokim uśmiechem dostrzegam kolosalne różnice w moim własnym postrzeganiu. Pozornie błahe opisy, komentarze czy dłuższe rozważania nad skutecznością oddziaływań bojowych widzę zupełnie nowymi oczami. Nad dziecięcą wersją mojej osoby góruję przewagą koncepcyjną i po prostu dostrzegam wcześniej niewidzialne aspekty tego, co wcześniej uznałem za sprawy oczywiste i nie wymagające rewizji.
A najważniejszą z tych rzeczy jest dążenie ku temu, aby nasz przeciwnik nie uczył się nowych rzeczy i nie nabywał nowych zdolności oddziaływania – nie zwiększał swojej antykruchości.
Impresja pierwsza. Nie istnieje sytuacja generująca silniejszą motywację do innowacji jak walka o fizyczne przetrwanie. Na poziomie indywidualnej istoty ludzkiej, sytuacją najbardziej sprzyjającą generowaniu motywacji jest walka o własne życie.
W chwili, gdy kule wystrzelone przez przeciwnika świszczą nad głową czy wbijają się w parapet przeszkody, za którą żołnierze próbują się rozpaczliwie ukryć, uaktywniają się prawa zupełnie różne od tych, które są częścią zwykłego życia społecznego. Już w bardzo wczesnym wieku dziecięcym spostrzegłem różnicę, którą i wtedy i obecnie uważam za najważniejszą.
W zwykłym życiu mamy bardzo, ale to bardzo duży margines bezpieczeństwa, których chroni nas od konsekwencji błahych pomyłek. W życiu na linii frontu kulkę można dostać za nieopatrzne nieuważne wychylenie się ponad krawędź okopu3. Ogólnie, każde odstępstwo od procedury, od wbijanych nam do głowy instrukcji i wyjaśnień, kończy się tym, że ktoś ginie.
Wojna to wielka szkoła samodyscypliny i koncentracji. Z tej szkoły, przynajmniej w czasach historycznych, żywi i jakby lepsi, wychodzą ci, których odsiał przypadek, instynkt przeżycia i przytomność umysłu. Wojna sprawia, że obrośnięci balastem zbędnych mniemań, złudzeń i błędnych percepcji nagle pozyskujemy zdolność dostrojenia się do środowiska, w którym przyszło nam się znaleźć. Ci, którzy dostroić się nie zdołają – zginą. To trochę w myśl słynnego spostrzeżenia Ralpha W. Emersona, które słyszymy w filmie Szeregowiec Ryan:
Wojna wyostrza zmysły, budzi siłę charakteru, doskonali konstrukcję fizyczną, a w krytycznych momentach doprowadza ludzi do tak szybkiego i bliskiego zderzenia, że człowiek zaczyna być godny tego miana.
Impresja druga. Wojna kształci dyscyplinę i odpowiedzialność osobistą. To dwie cechy oprogramowania kulturowego, które z dzisiejszej perspektywy rozpoznaję jako kluczowe cechy pożytecznego członka społeczności. Cechy te należy wpajać w dorastające dzieci od kołyski. Społeczność, która zaniedbuje o tej regule przetrwania, popadnie w bezradność i bezsiłę. Zostanie podbita.
Seria „Wzorce”, a już szczególnie niniejsza książka o dobrych i złych praktykach na polu walki, ma pewną bardzo odległą inspirację w postaci epizodu z – jak już wspomniałem – mojego skomplikowanego dzieciństwa. Epizodem tym był atak histerii, którego doznałem mając lat bodaj dwanaście czy trzynaście podczas lektury Opowieści o pilocie Pirxie Stanisława Lema.
W „Opowiadaniu Pirxa” bohater jest dowódcą kosmolotu wewnątrzukładowego, którego załoga jest, mówiąc oględnie, modelowym przykładem mentalnej degrengolady, a przy tym zapada gremialnie na świnkę. Słowem, opowiadanie winno nosić tytuł „Czeski film w kosmosie”. W apogeum trwającej tygodniami kosmicznej nudy statek natyka się na niezwykle rzadkie zjawisko – wielki rój meteorów pozaukładowych, mknących na wskroś Układu Słonecznego. Wśród meteorów majestatycznie sunie wrak monstrualnego pojazdu kosmicznego, mający może miliony, a może setki milionów lat. Pirx gorączkowo zapisuje parametry kursu giganta, by wysłać je do bazy floty. To bodaj największe i najdonioślejsze odkrycie w historii ludzkiej rasy. Gdy majestatyczny obiekt znika z zasięgu instrumentów okazuje się, że w rejestratorze, do którego Pirx wysyłał parametry kursu, poprzedni wachtowy zapomniał założyć świeżą rolkę taśmy. No i co zrobisz? I komu?
Dużo czasu minęło, zanim rodziciel doprowadził mnie do stanu pozwalającego nawiązać kontakt. Ale nauka nie poszła w las. Stała się kluczową inspiracją dla skomponowania w spójną całość koncepcji oprogramowania kulturowego, której skróconą wizję tu opisuję i zaopatruję w przykłady zaczerpnięte z historii wojskowości.
Samodyscyplina, koncentracja, samoświadomość (znajomość swoich słabych stron i niedostatków). To te cechy naszej mentalnej konstrukcji decyduj o naszym zwycięstwie i sukcesie – na poziomie indywidualnym i zbiorowym. Te cechy, co wiele autorytetów w branży psychologii i socjologii z rozmysłem lub z prostej ignorancji przemilcza, są przekazywanym z pokolenia na pokolenie wytworem ewolucji kulturowej. Ciągłość tego przekazu wiedzy i praktyk jest warunkiem naszego przetrwania.
Nie ma innej koherentnej grupy ludzi, dla której te ideały i wzory są ważniejsze, niż sunąca ku wrogowi jednostka wojskowa. Tak właśnie narodziła się idea niniejszej książki.
Cywilizacja to otoczka bezpieczeństwa, która zabezpiecza nas kokonem przed konsekwencjami naszych błędów, chwilowych niedyspozycji, nieostrożności i niewiedzy, mniej lub bardziej przelotnej głupoty. Przed niedostatkami koncentracji i samodyscypliny. Stulecia gromadzenia wiedzy i dostęp do olbrzymich ilości taniej energii w postaci ropy i gazu doprowadziły nas do punktu, w którym mamy szczepionki na tężec, eliminujące ryzyko poślizgu systemy ABS w samochodach, poduszki powietrzne w tychże.
W tych błogosławieństwach kryje się przekleństwo. Przestaliśmy być zdolni do generowania w sobie antykruchości: odporności na działanie destrukcyjnych czynników, nawyków ostrożności, samokontroli. Możemy więc mniej uważać na drobne skaleczenia przy kopaniu dołów. Możemy bez konsekwencji mniej dbać o wpajanie kierowcom mniejszej dbałości w przestrzeganiu przepisów.
Słowem, stworzyliśmy dla siebie zbyt bezpieczne środowisko i przestaliśmy uczyć się na błędach. Do tych i wielu równie zatrważających wniosków doszli m.in. autorzy wybitnej książki pt. Rozpieszczony umysł4. Fascynujące materiały zebrane przez autorów pokazują m.in., że współczesne dzieci i młodzież nie mają okazji do wykształcenia odporności (antykruchości) niezbędnej do konfrontowania się z odmiennymi poglądami, co predysponuje je do zachowań neurotycznych i fobii społecznych. Jeśli szukać dowodu naukowego na tezę zawartą w słynnym obiegowym bon mocie o tym, że dobre czasy tworzą słabych ludzi, to można śmiało zaczynać od tej właśnie książki.
Cywilizacja czyni nas słabymi, a wojna – silnymi. Wojna jest przeciwieństwem cywilizacji – także w tym najgłębszym sensie, czyli w nabywaniu zdolności przetrwania. Otoczka cywilizacji sprawia, że przestajemy się uczyć. Cywilizacja jest więc przekleństwem. Wojna, z drugiej strony, jest błogosławieństwem. Wyostrza nasze zmysły. Uczy czujności. Uczy optymalnego gospodarowania zasobami. Uczy podejmowania decyzji, w których stawką jest przetrwanie w sytuacjach najprostszych i najbardziej skomplikowanych.
W skali najmniejszej, pojedynczego człowieka wysłanego na linię frontu, wojna jest swego rodzaju sitem ewolucyjnym. Brutalnym, ale działającym. Chwilowy brak koncentracji czy nieliczenie się z realną sytuacją – to kula w łeb. Bez żadnej taryfy ulgowej. Przeżyją ci, którzy zachowają największą przytomność. Ci, którzy najszybciej nauczą się od weteranów wszystkich trików pozwalających uniknąć wyroku śmierci wykonywanego przez bezosobowe prawa pola walki.
Jako małe dziecko, rozumiałem tą twórczą siłę kształtującą ludzki charakter całkowicie równolegle z etycznym postrzeganiem całego procesu: wpajanym przez poprzez przekazy kulturowe twierdzeniem – „wojna to zło!”. Czułem jednak jakąś sprzeczność albo ukryty paradoks i drugie dno w tym szlachetnym moralnym osądzie.
W skali największej, cywilizacji, działa równie szatańska sprzeczność wartości pragmatycznych i etyki. Stan załamania cywilizacji bądź wielki konflikt, w którym dochodzi do konfrontacji dwóch lub więcej projektów imperialnych, to – paradoksalnie – okres, w którym działa najsilniejszy impuls postępu i innowacji.
To trwający całe stulecia chaos polityczny i stan endemicznej wojny wszystkich przeciwko wszystkim był impulsem, który uczynił cywilizację konfucjańską matecznikiem najwspanialszej synergii cywilizacyjnego postępu. Jak grzyby po deszczu powstawały wtedy rozmaite systemy administrowania państwem i dowodzenia armią. Te, dzięki którym władca był w stanie zbudować silniejszy organizm gospodarczy i potężniejszą armię, pozwalały temu władcy przetrwać przejście przez bezlitosne sito ewolucji kulturowej. Efektem tego procesu były coraz to nowe potężne imperia. Orężem powoływane do życia, od oręża padały w proch. Ale z biegiem dziesięcioleci i stuleci te mocarstwa były coraz potężniejsze, a ich armie coraz liczniejsze.
Identyczny w swojej naturze impuls postępu technologii i instytucji politycznych nastąpił w średniowiecznej oraz nowożytnej Europie. Endemiczny stan wojen i współzawodnictwa był sitem ewolucyjnym, w którym dominację zdobywał ten władca, który szybciej i lepiej zaprzęgł innowację w cugle woli politycznej. Nie ma lepszej ilustracji tych procesów jak realizowany przez pokolenia projekt portugalskiej potęgi morskiej, a potem realizowany przez całe stulecia proces powoływania do życia Prus i ich siły militarnej.
Rozejrzyjmy się dookoła, by dostrzec zjawiska nieco mniejszej skali. Skąd wywodzą się technologie będące przaśną codziennością nas wszystkich?
GPS. System stworzony do celów czysto wojskowych. Pod naciskiem opinii publicznej, system wdrożono do cywilnego zastosowania i dziś trudno wręcz sobie wyobrazić lotnictwo cywilne bez tego błogosławieństwa. Fotografia cyfrowa. Technologia opracowana celem transmisji danych z satelitów szpiegowskich. Dziś każdy z nas ma przy sobie kilka kamer cyfrowych, bez których nasze codzienne interakcje wyglądają zupełnie inaczej niż choćby dwadzieścia lat temu.
Ultrakooperacja to zdolność do efektywnej współpracy członków społeczności. W kontekście wojskowym spójność jednostek (ang. unit cohesion) przekłada się na zdolność realizowania celów i przetrwania na polu walki.
To nie tyle wojna – zbyt nieprecyzyjne – ale konieczność walki o przetrwanie i o zasoby jest najważniejszym impulsem pchającym naszą cywilizację do przodu. Ten postęp to genetyczne predyspozycje i kulturowe oprogramowanie dające każdej jednostce i grupie nadzwyczajną przewagę: zdolność do uczenia się i współpracy z ludźmi z poza najbliższego kręgu znajomych: nawet z tymi żyjącymi tysiące lat wcześniej w krainach odległych o dziesiątki tysięcy kilometrów.
Niektóre wynalazki i idee, powstałe w tym skażonym moralnym złem tyglu, czynią wojnę straszniejszą. Niektóre zaś – sprawiają, że wojna i walka przestają być potrzebne. Ten miks dobra z i zła nie jest jednak tematem tej książki. Tematem jest zdolność do uczenia się od przeciwnika na poziomie taktycznym i operacyjnym.
Historyczni dowódcy popełniali swoje błędy po to, abyśmy my nie musieli. Ta prosta obserwacja, ocierająca się wręcz o banał, stała się kamieniem węgielnym książki Wzorce zwyciężania, jej pierwszą i ostatnią przesłanką. W swojej najgłębszej istocie sukces homo sapiens oraz to, że stworzyliśmy globalną cywilizację polega na tym, że doprowadziliśmy do perfekcji zdolność do społecznego uczenia się i kooperowania z osobami bezpośrednio nieznanymi.
Zdolność do uczenia się, a przede wszystkim do uczenia się społecznego, przejawia zaskakująco wiele zwierząt. Jednak w ewolucji homo sapiens nastąpił proces bez precedensu. Wykształciliśmy zdolność do skalowania kooperacji za pomocą komunikacji językowej: głosowej, a później za pomocą pisma. Sito ewolucyjne działało na poziomie całych grup ludzkich: grup myśliwsko-zbierackich funkcjonujących w środowisku o marginalnych cechach umożliwiających przeżycie. Sukces ewolucyjny – przetrwanie i zdolność do skalowania w górę swojej liczebności – osiągały te grupy, które wykształciły skuteczniejsze wzorce zdobywania zasobów i zwalczania grup konkurencyjnych.
Przykład. Aktem ewolucji kulturowej jest szerokie wprowadzenie technik i procedur CRM (ang. Crew Resource Management), które w sposób skokowy zmniejszyły ilość wypadków lotniczych5.
Wojna „tradycyjna”, a więc taka toczona za pomocą środków militarnych, to kwintesencja i apogeum wykorzystania naszej zdolności do uczenia się.
Jeśliby poszukać motta dla tej książki, prostego jak konstrukcja cepa, można by wybrać: „Liczy się, kurwa, skuteczność!”. O tym jak budować oprogramowanie kulturowe w skali organizacji wojskowych, a nie kłębowisko niezbornych i niesfornych cywilów zmienić w jeden organizm. O tym, jak tą skuteczność osiągnąć, o tym, jak stanąć twarzą w twarz z wrogiem z arsenałem najwydajniejszej broni, taktyki i koncepcji...
O tym właśnie jest ta książka.
Hualien, Tajwan,
Czerwiec 2023
1 Taleb Nassim Nicholas, Antykruchość. Jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy, Zysk i S-ka, Poznań 2020.
2 To znane nam powszechnie dwudziestolitrowe kanistry na przede wszystkim benzynę. Przewagą tych niemieckich był starannie przemyślany projekt, uwzględniający realia pola walki oraz jakość wykonania umożliwiająca wielokrotne używanie.
3 O ile jestem w stanie sięgnąć pamięcią w otchłanie skomplikowanego dzieciństwa, opisywana tu impresja miała miejsce w czasie lektury fortelu opisywanego w jednym z Tygrysów. Jakiś dowcipny amerykański J.I. Joe opisywał, jak to w czasie wojny pozycyjnej w sąsiedztwie wrogich okopów korzystał ze swojego talentu do naśladowania głosów zwierząt. Przechwalał się, że naśladował głośne pianie koguta, na co niemal zawsze któryś zaskoczony niespodziewanym odgłosem przeciwnik wychylał się z okopu… i był zabijany przez wyczekującego takiej nieostrożności strzelca.
4 Greg Lukianoff, Jonathan Haidt, Rozpieszczony umysł. Jak dobre intencje i złe idee skazują pokolenia na porażkę, Zysk i S-ka, Poznań 2023.
5 Szersza analiza i przegląd tych technik w kontekście zastosowania wojskowego pojawi się w tomie Wzorce dowodzenia.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Postęp technologiczny przynosi potężne przewroty w czymś, co można śmiało nazwać filozofią cywilizacji technicznej. Studiując książki na temat rewolucji przemysłowej, z których bodaj najlepszą jest Wyznaczniki biegu historii Jerzego Krasuskiego, możemy zapoznać się z fascynującym wyłonieniem się warunków niezbędnych do tego, aby standaryzacja produkcji i wymienność części zamiennych z marzenia średniowiecznych stała się codziennością współczesnych inżynierów… i innowatorów technologii wojskowej.
Zmorą a zarazem codziennością dla osób zajmujących się logistyką w czasach przednowoczesnych było to, że rozmaite egzemplarze broni były wykonywane w zakładach rzemieślniczych, które nie stosowały się do narzuconych odgórnie standardów odnośnie jakości materiałów i wymiarów wytwarzanych obiektów. Bywało i tak, że armia maszerująca w kierunku grodu, który miała oblegać i zdobyć, wyposażona była w pociski specjalnie wymiarowane do konkretnych egzemplarzy dział.
Wszystko to zaczęło zmieniać się zasadniczo już w XVIII wieku, jednak dopiero w połowie wieku XIX pojawiły się karabiny nie tylko ładowane odtylcowo, ale wykorzystujące nabój zintegrowany, czyli taki w którym pocisk i ładunek miotający wraz ze spłonką został scalony w metalowej obudowie. To ta innowacja, wykorzystana w ultranowoczesnej armii pruskiej sprawiła, że Prusy uzyskały decydującą przewagę technologiczną w bitwie pod Sadową (1860). Pokonawszy Austrię, Prusy zdołały zjednoczyć państwa niemieckie i zostać ich hegemonem.
Lata 60. XIX wieku na starym i nowym kontynencie były okresem gigantycznego postępu w technologiach wojennych, a wojna secesyjna była największym katalizatorem tych zmian. Postęp w konstrukcji broni strzeleckiej i artylerii był dziełem kolektywnym, w którym współpracowali ze sobą sojusznicy, ale też i przeciwnicy. Wszyscy oni kopiowali skuteczne rozwiązania i udoskonalali je w zadziwiającej konwergencji wysiłku – paradoksalnej, gdyż nad innowacjami pracowali i wzajemnie inspirowali się do nich oficerowie służący wrogim sobie władcom.
Kluczową innowacją w opatentowanym w 1848 roku karabinie był zamek pozwalający strzelcowi oddać do pięciu strzałów na minutę. Mimo tego, że karabin nie przyjmował nabojów zintegrowanych, dawał kolosalna przewagę nad żołnierzami wykorzystującymi ładowane odprzodowo muszkiety. Ładowanie odtylcowe pozwalało obsługującemu broń utrzymać pozycję leżącą, dzięki czemu nie wystawiał się na strzały nieprzyjaciela.
Taktyka walki w linii i pojedynków kroczących ku sobie szeregów strzelców skazana była na szybkie odejście do lamusa. Kolejne miesiące wojny secesyjnej, toczonej w latach 1861–1865, to proces wypierania muszkietów i zastępowania ich karabinami odtylcowymi, w tym takimi strzelającymi pociskami minie. Był to proces bolesny dla obu stron, które musiały przejść bolesną i trudną drogę do tego, by uzmysłowić sobie, że szybkostrzelność karabinów odtylcowych i celność pocisków minie sprawiała, że frontalne szarże na skrytego za osłoną przeciwnika coraz częściej i coraz bardziej dobitnie zmieniały się dla szturmujących w akt zbiorowego samobójstwa.
Karabiny Sharpsa dzięki nowatorskiej konstrukcji zamka oraz gwintowaniu lufy oferowały nadzwyczajną celność. W języku angielskim pojawiło się używane do dziś słowo sharpshooters. Pierwotnie słowem tym nazywano tych żołnierzy, którzy wyposażeni w sharpsy mogli wykazać się celnością niemożliwą do uzyskania dla użytkowników innych karabinów. Sharpshooterzy byli zapowiedzią pojawienia się na polu walki snajperów, w tym wyposażonych w przyrządy optyczne, a nie tylko szczerbinkę i muszkę.
Lufy zarówno muszkietów ładowanych odprzodowo jak i karabiny Sharpsa miały gwintowane lufy. Gwintowanie sprawia, że pociskowi przechodzącemu przez lufę nadawanych jest ruch obrotowy, co stabilizuje jego lot po opuszczeniu przewodu lufy. Dramatycznie wzrasta celność i zasięg strzału.
Ryc. 1. Fragment oryginalnego schematu pocisku Minie
Ale ówcześni inżynierowie i głowiący się nad problemem oficerowie nie byli w stanie rozwiązać jednego problemu – dopasowania pocisku do lufy. Aby pocisk szybko załadować, powinien mieć on średnicę mniejszą od średnicy wewnętrznej lufy. Jeśli pocisk pasował idealnie, zatykał lufę i stawiał opór. Jeśli zaś stosować pocisk luźno pasujący do lufy, to gwintowanie przestawało działać, a karabin wykazywał niemożliwy do kontrolowania przez strzelca rozrzut. Problem stawał się być typu „albo rybki, albo akwarium” – albo szybkostrzelność albo celność
Rozwiązanie dylematu znalazł francuski szkoleniowiec Claude-Étienne Minié (1804–1879). W 1846 roku opracował on pocisk, który miał średnicę mniejszą od wewnętrznej średnicy lufy, jednak energia gazów eksplodującego ładunku miotającego sprawiała, że wklęsły tył pocisku pęczniał, przez co szczelnie wypełniał przewód lufy. Kule Minié wystrzeliwane przez muszkiety leciały dalej, szybciej i miały większą celność, a przy tym powodowały bardziej śmiertelne obrażenia.
Przegrana przez konfederatów bitwa pod Gettysburgiem (lato 1863 roku) przyniosła im bezpowrotna utratę inicjatywy strategicznej i zdecydowanie odwróciła szale wojny na korzyść Unii. Dwa kolejne lata stały pod znakiem coraz wyraźniejszej i coraz bardziej deprymującej konfederatów przewagi materiałowej oraz przemysłowej Północy.
Ryc. 2. Mapa orientacyjna położenia stolicy Unii i miasteczka Gettysburg
Generał konfederacki Robert E. Lee był dowódcą natchnionym, mającym pełny kontakt z realiami pola bitwy (patrz s. 330). A jednak to właśnie on trzeciego dnia bitwy wydał rozkaz, który przechylił ostatecznie szalę zwycięstwa na stronę Unii. Już przed realizacją rozkazu o przeprowadzeniu szarży na pozycje unii generałowie odpowiedzialni za jego wykonanie stwierdzali też, że atak jest niewykonalny.
Mimo tych wątpliwości ponad dwanaście tysięcy wyposażonych w muszkiety i karabiny żołnierzy Południa ruszyło na ukrytego na pozycjach obronnych wroga. Musieli oni przebyć otwarte, pozbawione drzew pole o szerokości 1200 metrów. Atakujący stali się łatwym celem dla artylerii polowej i piechoty nieprzyjaciela. Zostali odparci. Poniesione straty wynosiły horrendalne 50 procent.
Po nieudanej szarży było jasne, że bitwa została przegrana. Żołnierze konfederacji wracali z wolna do punktów wyjściowych ataku, u stóp Grzbietu Seminaryjnego. Lee obawiał się, że nastąpi kontrofensywa unionistów i próbował zmienić te luźne grupy w dającą się kierować całość. Gdy natrafił na zrozpaczonego Picketta i nakazał mu zebranie jego dywizji, załamany generał odrzekł tylko: „Generale Lee, ja już nie mam dywizji”.
Ryc. 3. Rekonstrukcja szarży Picketta w czasie obchodów 150 rocznicy bitwy w 2013 roku. Tym razem, w przeciwieństwie do rekonstrukcji odmalowanej w epizodzie serialu
South Park (s03e14)
, konfederaci przegrali. (Fot. symulujący odniesienie śmiertelnej rany PP).
Unijne kontrnatarcie nigdy nie nastąpiło. Armia Potomaku była wyczerpana i przetrzebiona trzydniowymi zmaganiami niewiele mniej niż konfederacka Armia Północnej Wirginii. Zdaj Dowodzący niebieskimi generał Meade cieszył się, że udało mu się utrzymać pole.
4 lipca walczący zawarli nieformalne zawieszenie broni, by pozbierać swych zabitych i rannych. Ale późniejsze wydarzenia pokazały, że był to punkt zwrotny wojny. Dokładnie tego samego dnia generał Ulysses Grant przyjął kapitulację garnizonu Vicksburga nad rzeką Missisipi. Zajęcie tego miasta przez Unię oznaczało, że terytoria konfederacji zostały rozcięte strategicznie na dwa odizolowane obszary. □
Konflikty zbrojne w oczywisty sposób są generatorami innowacji i postępu technologicznego. Przyczyniają się do tego prawidłowości opisane m.in. w nadzwyczajnie wartościowej książki War. What it is good for Iana Morrisa.
Technologie precyzyjnego wiercenia luf armatnich, doskonalone szczególnie intensywnie przez cały XIX wiek zostały wtórnie zaadaptowane do projektowania i konstrukcji cylindrów maszyn parowych. A więc intensywna, endemiczna wojna przyczyniła się do postępu technologicznego, ale także moralnego – i to w całkiem typowy sposób.
Innowacje technologiczne na poziomie taktycznym potrafią wywołać kolosalne straty tej walczącej stronie, która nie doceni skutków zmiany. Efekt mogliśmy oglądać w trakcie zaostrzenia konfliktu między Azerbejdżanem i Armenią w 2020 roku. Zastosowane przez Azerbejdżan drony, otrzymywane od Turcji, dokonywały dramatycznej rzezi Armeńskich stanowisk artylerii i wśród pojazdów pancernych. Armeńska obrona przeciwlotnicza nie dysponowała środkami zwalczania dronów. W rezultacie morale żołnierzy silnie ucierpiało, a kampania została szybko przegrana. ■
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Niemiecki ośrodek geopolityczny w latach 30. XX wieku ponownie rzuci wyzwanie brytyjskiej dominacji na światowych oceanach. Dwa potężne pancerniki niemieckie „Tirpitz” i „Bismarck” były symbolami obudzonych po raz kolejny niemieckich aspiracji imperialnych. Ale były nie tylko symbolami. Samo ich istnienie było wyjątkowo poważnym problemem dla brytyjskiej żeglugi w bezpośredniej bliskości wybrzeży europejskich oraz szlaków handlowych łączących Zjednoczone Królestwo z Ameryką i Dalekim Wschodem.
O tym, jak wiele może dokonać wypuszczony na przestwory Atlantyku zespół uderzeniowy dużego pancernika strony przekonały się, gdy „Bismarck” próbował przedrzeć się na Atlantyk. 24 maja 1941 roku w legendarnej, elektryzującej miłośników historii wojen potyczce z flagowym pancernikiem brytyjskim HMS „Hood”, „Bismarck” przeważył. Trafiony jedną z pierwszych niemieckich salw „Hood” uległ katastrofalnej eksplozji i błyskawicznie pogrążył w głębinach.
Nie mniej słynny jest następujący po tym starciu tytanów pościg żądnych zemsty Brytyjczyków. Po potyczce kapitan „Bismarcka” Miał do wyboru powrót do Trondheim w Norwegii lub rejs do Saint-Nazaire w okupowanej Francji. Z uwagi na groźbę ataku z powietrza wybrał Saint-Nazaire. Uszkodzony i gubiący paliwo „Bismarck” został wyśledzony, a potem zatopiony zanim zdołał schronić się w tym porcie.
Ryc.1. Mapa Zatoki Biskajskiej i obszaru wybrzeża okupowanej Francji.
Saint-Nazaire to mający bardzo długą tradycję funkcjonowania ośrodek stoczniowy i port. Dla samych Niemców porty Francji dawały immunitet na blokadę morską, która dwie dekady z hakiem wcześniej doprowadziła do załamania gospodarki wojennej i przegrania Wielkiej Wojny w 1918 roku.
W kontekście działań wojennych okresu II wojny światowej, dla Niemców porty na brzegach zatoki Biskajskiej były na wagę złota z uwagi na pany odcięcia brytyjskich szlaków morskich prowadzących do Ameryki Północnej. U-Booty operujące z tego rejonu miały niezwykle dogodny dostęp do zachodnich podejść do Wysp Brytyjskich, czyli obszarów o największym natężeniu żeglugi handlowej.
W początkowej fazie wojny U-Booty wypływające z francuskich portów na patrole w głąb Atlantyku mogły bezkarnie pokonywać Zatokę Biskajską poruszając się na powierzchni morza. Z czasem wyścig technologiczny sprawił, że Brytyjczycy byli w stanie wykrywać i zatapiać poruszające się tak okręty. Zanim to się stało, alianci obsesyjnie bombardowali wszystkie instalacje, które Niemcy zdobyli na Francuzach i wykorzystywali do nękania żeglugi alianckiej.
Dowodzący „Bismarckiem” kapitan Ernst Lindemann skierował swój okręt do Saint-Nazaire z oczywistego powodu. Z pośród wszystkich portów na wybrzeżu Atlantyku, tylko tam znajdował się jedyny suchy dok mogący pomieścić pancernik. Ukończona w 1932 roku gigantyczna konstrukcja, największa tego typu na świecie, miała służyć naprawom pasażerskiego giganta „Normandie”.
Pozostaje kwestią dyskusyjną to, czy bazujący w Saint- Nazaire „Bismarck” przyciągnąłby uwagę brytyjskiego RAF-u. Pancernik stanowił absolutnie priorytetowy cel dla bombardowań. Był zarazem silną motywacją dla stworzenia jakiejś innowacyjnej broni lub taktyki. Zaciekłość, z jaką Brytyjczycy atakowali skrytego w norweskich fiordach „Tirpitza” przekonuje, że „Bismarck” nie mógłby liczyć w Saint-Nazaire na spokojne bazowanie.
Z drugiej strony jednak decydują też znane realia podobnych starć. Bazujące w porcie w Breście krążowniki „Scharnhorst” i „Gneisenau” przetrwały bez szwanku kilkumiesięczny pobyt i cały ciąg uporczywych bombardowań (s. 215). Gdyby Niemcom udało się jakimś cudem przebazować jeden z pancerników do Saint-Nazaire („Tirpitz” wszedł do służby w styczniu 1942 roku), miałby on możliwość prowadzenie rajdów na Atlantyku, ale i wypadów w kierunku Morza Śródziemnego. Sama taka możliwość była dla strategów brytyjskich nie do zaakceptowania – szczególnie w roku 1941, kiedy to Stany Zjednoczone wciąż jeszcze formalnie nie były w stanie wojny z III Rzeszą.
Już na początku lutego 1942, niecały miesiąc po oddaniu do służby „Tirpitza”, dowództwo brytyjskiej marynarki zdecydowało o przeprowadzeniu operacji „Chariot”, czyli zniszczenia suchego doku w Saint-Nazaire.
Brytyjczycy opracowywali koncepcje zniszczenia doku Normandie już na wiele miesięcy przed zmaterializowaniem się zagrożenia „Tirpitza”. Oczywistą metodą było bombardowanie dywanowe. Jednak na początku wojny celność nocnych bombardowań była tak zła, że nie pokładano wiele nadziei w klasycznej akcji bombowców.
Sabotaż? Również nie da rady. Sama ilość materiałów wybuchowych niezbędnych do należytego uszkodzenia wrót śluzy była taka, w przeliczeniu na osobę przemycającą, że akcja nie rokowała nawet śladu powodzenia.
Atak jednostki naziemnej, desantowanej z okrętów i statków wydawał się być jeszcze bardziej nierealistyczny. Główny problem stanowiło to, że miasto i port były zlokalizowane głęboko w estuarium rzeki Loary. Wszelkie jednostki desantowe czy okręty były więc narażone na morderczy ostrzał ze wszystkich stron.
Może Natura wspomoże? Planiści stwierdzili, że w nadchodzącym wielkimi krokami marcu pływy będą wyjątkowo wysokie i istniała szansa przedarcia się szybkiej i płytko zanurzonej łodzi przez mielizny, a więc szlakiem niespodziewanym przez obrońców. Rozpoczęto prace koncepcyjne nad przedarciem się specjalnie odciążonych niszczycieli. Pierwszy z nich miał zderzyć się ze śluzą i z opóźnieniem zdetonować ładunek wybuchowy. Miał też desantować grupę szturmową mającą dokonać dodatkowych zniszczeń. Drugi niszczyciel miał ewakuować tych, którzy by przeżyli powyżej zarysowane pandemonium.
Po konceptualizacji rozmaitych wariantów, dających mniej lub więcej szans na powodzenie, uzyskano aprobatę dla wcielenia planu w życie.
Sekcję bojową komandosów, którzy mieli zdemolować urządzenia portowe, dowodził Por. Charles Newman. Pod jego rozkazy oddano żołnierzy wyselekcjonowanych z wszystkich 12 komand, które składały się na Special Service Brigade. Intencją takiej decyzji było wystawienie na doświadczenie bojowe chociaż kilku żołnierzy z każdej jednostki.
Komandosi wyznaczeni do udziału w docelowej misji zostali przeszkoleni w niszczeniu urządzeń portowych przez eksperta w tej dziedzinie – był nim kapitan Bill Pritchard. Był on autorem raportu instruktażowego, w którym wyszczególniał sposób niszczenia infrastruktury dokowej tak, aby uszkodzenia były jak najbardziej długoterminowe. W czasie tych treningów wychodziły na jaw wręcz fascynująco nieoczywiste sposoby niszczenia urządzeń. W wielu przypadkach do ich nieodwracalnego uszkodzenia materiały wybuchowe wcale nie były optymalną metodą. Skuteczne było potężne uderzenie młotem w newralgiczną część lub podpalenie.
Operacja dostarczenia do portu komandosów i staranowania śluzy doku przez wyładowany materiałami wybuchowymi niszczyciel został komandor Robert Reyder. Miał on za sobą niezwykle barwną i zróżnicowaną karierę dowódczą w marynarce. Po stracie ostatniego dowodzonego przez siebie statku w kolizji, został odstawiony na boczny tor. Powrót do akcji przywitał z nadzwyczajną radością.
Niszczyciel ten zwodowano w USA w 1919 roku jako USS „Buchanan”. Był on częścią słynnej partii 50 starych niszczycieli, którą Stany Zjednoczone przekazały swoim „sojusznikom” w ramach umowy Lend-Lease.
Przed akcją sylwetka niszczyciela została przemodelowana tak, aby upodobnić ją do sylwetki niemieckiego typu Möwe – usunięto dwa z czterech kominów, a pierwszy z pozostawionych przedłużono. Na potrzeby rajdu okręt wyposażono w dodatkowe działka Oerlikona kalibru 20 mm, zastępując nimi zdemontowane działko o kalibrze czterech cali. Okręt ogołocono przy tym ze wszystkiego, co nie było bezpośrednio niezbędne do wypełnienia jego roli w rajdzie. Zapas paliwa i wody, w który zaopatrzono jednostkę, starczał na podróż w jedną stronę.
Bronią specjalną „Campbeltowna” było cztery i pół tony materiałów wybuchowych. W długich deliberacjach nad rodzajem i wielkością ładunku zważyła kwestia odporności mechanizmów detonatora na wstrząs wywołany taranowaniem śluzy. Stworzono pakiet bomb głębinowych w liczbie 24, które upakowano w stalowy pojemnik i zalano betonem. Za zsynchronizowaną detonację odpowiadało okablowanie cordtexem odpalane przez mechanizm zegarowy działający z ośmiogodzinnym opóźnieniem.
Niszczycielom towarzyszyła cała flotylla kutrów1: wyposażono je w działka szybkostrzelne, karabiny maszynowe, a na wypadek natknięcia się na większe jednostki niemieckie – torpedy. Dodatkowe uzbrojenie i silniki w większości z tych kutrów sprawiły, że cała ta flotylla drobiazgu musiała być holowana niemal pod samo francuskie wybrzeże – mimo zastosowania dodatkowych zbiorników z paliwem. W innym przypadku paliwa nie starczyłoby im na powrót.
Najciekawszym typem kutra uczestniczącym w rajdzie był MTB 74. Budowany od 1940 roku, osiągający fantastyczną prędkość 40 węzłów i wyposażony w dwie torpedy kuter stworzono do ataku na bazujące w Breście niemieckie krążowniki. Po ich przedarciu się na Bałtyk (s. 109) kutry nie znalazły innego zastosowania. Aż do czasu – to jest aż do czasu rajdu na Saint-Nazaire.
Niemiecka obrona prezentowała się imponująco. Oprócz przejętych od Francuzów baterii dział 195 mm mieli też cały zestaw 28 dział o kalibrze od 75 do 240 mm. Oprócz tych dział większego kalibru brzegi estuarium usiane były działkami o kalibrze od 20 do 40 mm, stosowanymi do obrony przeciwlotniczej. Akcje artyleryjskie przeciw samolotom i flocie wspierały dwa potężne reflektory-szperacze o średnicy 150 mm oraz olbrzymia ilość mniejszych, przeważnie o średnicy 60 mm. Obronę morską stanowiły cztery kutry obrony portu oraz dziesięć trałowców.
Do obrony przed desantem port mógł skrzyknąć nie tylko regularne straże, ale też większość załogi doków, z której większość była przeszkolona w używaniu broni piechoty. Podsumowując, do obrony portu mogło stanąć około 5000 ludzi. Słabą stroną obrony było głębokie przekonanie strony niemieckiej, że atak na suchy dok jest przy tak skoncentrowanej i licznej obronie niewykonalny.
Około godziny 22:00 świetlny sygnał naprowadzający, z okrętu podwodnego HMS „Sturgeon”, ulokowanego przed estuarium Loary, został dostrzeżony przez siły rajdu. Atakujący ustawili się na pozycjach wyjściowych.
Ryc. 2. Schematyczny plan portu w Saint-Nazaire i suchego doku Normandie.
Około północy rozpoczął się nalot bombowy realizowany przez RAF. Nękające bombardowania miały być ponawiane aż do chwili rozpoczęcia szarży przez jednostki rajdu. Pół godziny po północy siły atakujących wpłynęły w obszar estuarium. Niemcy dostrzegli całą flotyllę o godzinie 1:15, jednak raport został zignorowany – uznano go za pomyłkę. Ale dowodzący obroną przeciwlotniczą marynarki kapitan Mecke nie dał się zwieść. O 1:20 wszczął alarm ostrzegający o potencjalnej próbie desantu. Prawdopodobnie na rozwiązanie naprowadziło go nietypowe zachowanie samolotów bombardujących port, dostrzeganych poprzez luki w pokrywie chmur. Wszyscy i wszystko po stronie niemieckiej rzuciło się na stanowiska bojowe i do obserwacji.
Brytyjczycy próbowali jeszcze podtrzymać iluzję błyskając komunikatami o uszkodzeniu, ale zabawa nie trwała długo. Gdy „Campbeltown” był zaledwie sześć minut od swojego celu, rozpętało się piekło. Teraz jedyną szansą na sukces było pójść pełną parą do celu, licząc, że będzie komu ten cel osiągnąć.
Pierwszą brytyjską jednostką, która przedarła się w bezpośrednią bliskość doku był kuter MGB 314. W pędzie wyminął niemiecki kuter obrony portu, walący ze wszystkich luf, obrócił burtą i bluznął wszystkim, co miał w Niemca. Na taką właśnie okoliczność Brytyjczycy dozbroili i przeciążyli uzbrojeniem swoje kutry. Plujące eksplodującymi pociskami Oerlikony wręcz zalały ogniem niemiecką jednostkę. Jednego mniej.
Teraz ogień niemiecki koncentruje się na największej jednostce intruzów – na nabierającym pędu do taranowania „Campbeltownie”. Ludzie w sterówce, oślepieni reflektorami przeciwlotniczymi i ostrzeliwani z dział wszelkiego kalibru, prowadzili okręt wprost ku śluzie bardziej polegając na instynktach, a nie widoczności. Okręt nagle wpłynął w sieć przeciwtorpedową. Ta pękła jednak natychmiast, a rozpędzone 1000 ton stali i ludzi pognało dalej.
Z potwornym zgrzytem rozpędzony „Campbeltown” uderza w zewnętrzne wrota śluzy o 1:34.
Przyszedł czas na komandosów. Niestety dosłownie. Ogromne zniszczenia infrastruktury, jakich dokonali po zajściu na ląd z niszczyciela i kutrów, przypłacili daniną krwi. Sześćdziesięciu czterech poległo, a stu dziewięciu dostało się do niewoli.
Godzina 10:35 rano. Detonator ustawiony przed taranowaniem odpala zabetonowane ładunki głębinowe, ukryte w przedniej części „Campbeltowna”. Potężna eksplozja rozrywa okręt, śluzę i zabija wszystkich, którzy znaleźli się w ich pobliżu.
To zadziwiające, dlaczego Niemcy nie wydedukowali, że wnętrze HMS „Campbeltowna” skrywa potężny ładunek, odliczający czas do detonacji. W błędnym mniemaniu o nieszkodliwości przybysza utwierdziło ich być może pandemonium zniszczeń dokonanych przez komandosów.
Ryc. 3. Niemieccy technicy penetrujący wrak HMS „Campbeltown” rankiem po rajdzie. (Domena publiczna)
Niemieckie źródła dotyczące rajdu na Saint-Nazaire podają, że okręt został spenetrowany przez techników i saperów. Nie znaleźli oni żadnych śladów ładunków wybuchowych. Prawdopodobnie nie zdołali dotrzeć do pomieszczenia, w którym się znajdowały z powodu zniekształceń konstrukcji okrętu. Swoją rolę mogła odegrać decyzja o tym, aby ładunki zabetonować. Wciąż jednak widoczne byłyby kable cordtexu. Opracowania strony brytyjskiej nie mówią nic o intencjach celowego zamaskowania ładunków. Nie ma również w źródłach wypowiedzi co do tego, dlaczego okres opóźnienia detonacji wynosił aż osiem godzin. Z pewnością narażało to ładunki na odnalezienie. Zapewne zakładano, że nawet odnalezienie ładunków nie doprowadzi do ich rozbrojenia, a ewentualne próby odseparowania niszczyciela i odholowania go z bliskości doku nie rokują szans na skuteczną realizację.
W rezultacie rankiem następnego dnia, już kilka godzin po zakończeniu strzelaniny, pokład roztrzaskanego okrętu zapełniały tłumy zwiedzających żołnierzy, przede wszystkim oficerów. Podziwiają ślady walki, widoczne na nadbudówkach i burtach. ■
1 W większości były to drewniane Fairmile B, o wyporności 85 ton i długości 35 metrów.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Ten rozdział nie jest częścią próbki. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji.
Radosław Sikora
W tekście tym porównuję dwie wyprawy na Moskwę: Napoleona Bonapartego w 1812 roku i Stanisława Żółkiewskiego w roku 1610. Wnioski płynące z analizy obu wypraw są druzgocące dla cesarza Francuzów i jego Wielkiej Armii.
W roku 1812 Napoleon zgromadził gigantyczną jak na ówczesne czasy armię, którą zamierzał rzucić Rosję na kolana. Łącznie liczyła około 600 tys. żołnierzy, z czego przeszło 400 tys. tworzyło jej pierwszy rzut. Ówczesną granicę Imperium Rosyjskiego, którą była rzeka Niemen, zaczęto przekraczać nocą z 23 na 24 czerwca. Pierwsi żołnierze Wielkiej Armii, z 10. Pułku Huzarów Księstwa Warszawskiego, weszli do Moskwy 14 września 1812 roku,czyli w 84 dniu od rozpoczęcia inwazji. Dawną stolicę Rosji (aktualną był Petersburg) osiągnęła ledwie czwarta część żołnierzy. Poniższy wykres Charlesa Josepha Minarda pokazuje, jak w owe 84 dni wykruszała się Wielka Armia (kolor jasnobrązowy; kolorem czarnym pokazano odwrót z Rosji).
Ryc. 1. Charles Minard’s 1869 (Domena publiczna)
Dlaczego tak niewielu żołnierzy dotarło do Moskwy? Otóż nie dlatego, że Rosjanie aż tak desperacko się bronili. W największej i najkrwawszej bitwie tej wyprawy, czyli w batalii pod Borodino, Wielka Armia straciła łącznie około 30 tys. zabitych i rannych. Wszystkie pozostałe bitwy, które stoczono przed wkroczeniem do Moskwy, nie podwajają nawet tej liczby. Za tak wielkie straty, które poniosła Wielka Armia, odpowiadają nie Rosjanie, lecz fatalna organizacja marszu wojsk Napoleona.
Cesarz Francuzów zdawał sobie sprawę, że wojna na terytorium Rosji będzie się bardzo różnić od poprzednich. Bezkresne przestrzenie i niższa od zachodniej Europy gęstość zaludnienia, były poważnymi wyzwaniami. Cesarz, znając losy wyprawy na Rosję króla szwedzkiego Karola XII, doceniał rolę logistyki. Nakazał więc zwiększyć ilość batalionów transportowych z 7 do 26. Osiem z nich posiadało po 600 lekkich i średnich wozów. Pozostałe 18 batalionów miało po 252 wozy czterokonne, o ładowności 1,5 tony każdy. Oprócz nich przygotowano 6 tys. zapasowych koni pociągowych1. Wozy batalionowe wraz z czterodniowym zapasem, jaki każdy żołnierz dźwigał w swoim tornistrze, zabezpieczały zapotrzebowanie ludzi na żywność na okres 24 dni. Dla porównania, armia Napoleona zaczynała kampanie lat 1805–1809 z 8–12 dniowymi rezerwami prowiantu. Co z tego wynika? Otóż mimo iż na wojnę z Rosją Wielka Armia była przygotowana znacznie lepiej niż w poprzednich kampaniach, to nawet w najbardziej optymistycznej wersji wydarzeń, jedzenie skończyłoby się na długo przed osiągnięciem Moskwy. Koniecznością stały się rekwizycje.
W przypadku paszy dla zwierząt, od początku liczono, że będą się żywiły tym, co znajdą po drodze. To wszystko oznaczało uzależnienie wojska od miejscowych zasobów. Nie byłoby to tragedią, gdyby nie fakt, że marnotrawiono je na potęgę. I tu przechodzimy do krytyki działań Wielkiej Armii.
Pamiętniki żołnierzy i oficerów, którzy uczestniczyli w wyprawie Napoleona na Moskwę, zgodnie podkreślają, że od chwili przekroczenia Niemna, wojsko traktowało kraj, po którym się poruszało, jak wrogi. A przecież aż do linii Dźwiny i Dniepru były to tereny, które dopiero od niedawna wchodziły w skład Imperium Rosyjskiego. Kilkanaście lat wcześniej była tam Rzeczpospolita. Mieszkali tam ludzie, którzy przy odpowiednim zachowaniu żołnierzy, potraktowaliby Wielką Armię jak wyzwolicielkę. A jednak nic z tego nie wyszło. Mimo iż początkowo witano ją z nadzieją, pozostawiła po sobie jak najgorsze wrażenie. Lekarz wileński, Jozef Frank, pisał:
Prawda, że na początku mieszkańcy robili wszystko, co tylko mogli, by zaspokoić potrzeby domniemanych zbawców, ale przekonawszy się, że ci zbawcy postępują z nimi jak z nieprzyjaciółmi, zmienili swe postępowanie i z żonami, dziećmi, bydłem itd. kryli się w głębi lasów.
Niektórzy z większych właścicieli ziemskich, z największą gościnnością przyjąwszy kilkunastu generałów, byli zdumieni, widząc, iż ci ostatni pozwalają swoim służącym zabierać i pakować naczynie stołowe, którym oni tylko co posługiwali się. Jeśli tak zachowywali się generałowie i nawet marszałkowie, to czegoż można było spodziewać się od ich podkomendnych i od maruderów, którzy grasowali po całym kraju? Zapytywałem potem Litwinów, Żmudzinów i Kurlandczyków, jakie korpusy zasługiwały najbardziej na pochwałę lub naganę. Odpowiadano mi: Na pochwałę zasługuje tylko korpus marszałka Macdonalda, zaś na najwyższą naganę wszystkie inne, a najbardziej Wirtemberczycy, Badeńczycy i Bawarczycy.2
Z dystansem potraktowano nawet oddział dowodzony przez miejscowego magnata. Wkroczenie do Wilna z goryczą wspominał Antoni Rozwadowski, podporucznik 8. pułku ułanów:
Przed wieczorem ruszyliśmy wreszcie do miasta – nasz pułk, jako dowodzony przez litewskiego magnata [ks. Dominika Radziwiłła], szedł w paradzie i z muzyką na czele. Nie widziałem oznak radości z naszego przybycia. Ulice były prawie puste, domy i sklepy pozamykane, trochę młodzieży na ulicy i trochę uliczników biegło koło naszych koni, wołając Vivat! Teraz rozumiem dobrze tę obawę i wstrzemięźliwość mieszkańców, lecz wówczas ta rozsądna ostrożność przejmowała nas goryczą.3
Tylko dlaczego mieszkańcy mieliby okazywać radość, skoro szybko rozeszło się, jak „wyzwoliciele” zachowują się z miejscowymi? Skoro sami zdążyli już tego doświadczyć? Rozwadowski notował:
Po drodze [znad Niemna do Wilna] widzieliśmy już rozpasane rabunki Francuzów, a sami maszerowaliśmy znów o głodzie przez cały dzień aż do późnej nocy, dotarłszy tak aż do wzgórz pod Wilnem.
Z musu, z potrzeby, zdecydowaliśmy się już furażować, ale Francuzi uwinęli się żwawiej od nas, a przed zrabowanymi domami i spichlerzami stawiali warty, niby to zajmując je na kwatery dla marszałków, w rzeczywistości zaś oszukując nas, abyśmy nie korzystając, zostawiali je wyłącznie dla nich.
W ten sposób mało kto z naszych zdołał chwycić coś dla siebie i dla konia, toteż przymieraliśmy prawie z głodu.4
Żołnierze Wielkiej Armii zamiast w uporządkowany sposób rekwirować, po prostu rabowali. Co gorsza, o ile maszerujące przodem oddziały opływały w luksusy, to te z tyłu wkraczały na tereny splądrowane i opuszczone przez mieszkańców, którzy poukrywali się z dobytkiem w lasach. Problem był tym większy, że już przy przekraczaniu Niemna w szeregi wojska wkradło się zamieszanie. System zaopatrzenia żołnierzy w żywność został zdezorganizowany. Od pierwszych dni ci, którzy nie szli w awangardzie, głodowali. Bałagan poskutkował głodem. Ten rozprzężeniem dyscypliny. A to chaotycznymi rabunkami, dezercjami i innymi stratami marszowymi.
Problemy pogłębiał fakt, że żołnierze nie potrafili, czy też nie chcieli odpowiednio dbać o konie. O ile wojacy wywodzący się z terenów Rzeczpospolitej znali miejscowe warunki i nieźle w nich funkcjonowali, o tyle pozostali zwykle prezentowali pomieszanie ignorancji z arogancją. Charakterystyczny jest epizod, który opisał Rozwadowski. Miał on miejsce w pobliżu Wilna:
Kirasjerzy 2 dywizji naszego korpusu wprowadzili swe konie na łan zielonego żyta i zaczęli je spasać. Na nasze uwagi i przestrogi, że konie swe strują, ledwie gdzie niektóry zwrócił uwagę i posłuchał, reszta ze zwykłą francuską zarozumiałością i uporem przedrwiwała nasze przesądy. Tejże nocy padło im wskutek tego paszenia 111 koni, a dużo ledwie z gwałtownych kolek odratować zdołano, ale do pochodu były chwilowo niezdolne.5
Opisany przypadek nie był wyjątkowy. Wprost nie do uwierzenia jest to, że już w pierwszych dniach Wielka Armia znaczyła trasę swego przemarszu tysiącami padłych zwierząt. 28 czerwca 1812 roku, Henryk Brandt, ówczesny porucznik piechoty Legii Nadwiślańskiej, wraz ze swoimi żołnierzami znajdował się jeszcze przed Wilnem. Widział on już wówczas, że:
Gościniec zasłany był padłemi końmi.6
Nieco później:
30 czerwca byliśmy już niedaleko Wilna. Przed nami i naokoło kraj wyglądał jak pustynia; poznikały całe wioski; na biwakach pojawili się biedacy proszący o kawałek chleba. Opowiadali, użalając się, o nieporządkach i rabunkach praktykowanych wszędzie, co robiło smutne wrażenie na naszych ludziach. […] Konie leżały na drodze tysiącami.7
Tydzień później:
Mnóstwo padłych artyleryjskich koni zastąpiono miejscowymi końmi. Ale że i o te równie nie dbano jak o własne, więc padały masami. Wyprzęgano je i pozostawiano luzem, stojące lub leżące. Zdarzało się często, że przejeżdżały po nich armaty lub wozy i dymiące wnętrzności czepiały się kół. Ale nikogo to nie wzruszało.8
Tak oto wyglądał początek marszu Wielkiej Armii, która w tym okresie teoretycznie miała zapewnioną żywność dla swoich żołnierzy, a jego trasa wiodła przez tereny, które mogły ją witać jak wyzwolicielkę. Nawet przy najlepszych chęciach nie da się takiej organizacji marszu uznać za choćby dostateczną. Od samego początku, a nie dopiero od nastania zimy, była to prawdziwa katastrofa.
Wspomniany powyżej Henryk Brandt widział nie tylko tragedię koni, ale i żołnierzy:
Z ludźmi niewiele lepiej się działo. Widziałem mnóstwo siedzących i leżących na drodze żołnierzy, którzy tam śmierć znaleźli. Ale nie widziałem nigdzie troskliwej, opiekuńczej ręki, która by się nimi zajęła. Działało to niesłychanie przygnębiająco na naszych ludzi, którzy rozumieli, że dużo rzeczy mogło być lepiej. Zaledwie 2 tygodnie upłynęły od przejścia Niemna, a już wyraźne były w armii oznaki rozkładu – ze wszystkich pułków dużo ludzi pozostało w tyle; w każdej kompanii brakowało niezawodnie 15–20 ludzi.9
Winą za ten stan rzeczy w pierwszej kolejności należy obarczyć podoficerów i oficerów. Tak uważał między innymi Klemens Kołaczkowski, kapitan korpusu inżynierów:
Nareszcie dnia 28 lipca czoło naszej kolumny stanęło w Mohylewie, po krótkim 15-wiorstowym [ok. 16 km] marszu, w stanie znużenia, trudnym do opisu. Dywizje 16. i 18. piechoty, o dziewięciu batalionach, wchodząc do miasta, miały po 2000 ludzi, tylko w szeregach 17. i 12. batalion[u] ledwie 400 ludzi; reszta piechoty wlekła się po drodze, jedni bezsilni lub chorzy nie mogli żadną miarą wydążyć za kolumną, drudzy zdrowi, lecz jarzmo karności niechętnie dźwigający, korzystali ze sposobności dla opuszczenia szeregów i starania się o żywność po bokach drogi. Były to owe marodery, czyli oderwańce, plaga każdego wojska, a osobliwie francuskiego, w dalekich wojnach żywionego sposobem rekwizycyjnym.
Lecz taki ubytek w szeregach nie tylko niedoświadczeniu lub złej chęci żołnierza przypisać należy; winę tę ponosili w większej części podoficerowie, z których niewielu kampanie odbywało, i młodsi nasi oficerowie, którym się zdawało, że powinnością ich [jest] tylko bić się i przywodzić żołnierzowi w boju. Zapominali oni, iż na tym zależy najbardziej, ażeby licznymi i pełnymi rotami stanąć wobec nieprzyjaciela, z niegłodnym żołądkiem, z rynsztunkiem i bronią w porządku. To wszystko, co się tyczyło obozowania, żywności, rozdzielenia obowiązków i służby obozowej itd., niewiele ich obchodziło. Każdy znużony o sobie tylko myślał i byle mógł wypocząć, o resztę nie dbał. Tu dopiero różnica pomiędzy starym a młodym żołnierzem spostrzegać się daje. Że wiele na oficerach polega: mogę tu za przykład podać kompanię 15. pułku kapitana Macieja Rybińskiego, później w roku 1831 naczelnego wodza wojska polskiego, która bez żadnego ubytku znalazła się [w Mohylewie] po wyjściu z Księstwa [Warszawskiego].10
Podobnie zresztą sądził wychwalany przez Kołaczkowskiego Maciej Rybiński:
Przyciągnąwszy korpus polski pod księciem Poniatowskim pod Mohylew nad Dnieprem, piechota polska, licząca pod Modlinem 36 000, nie znalazła się nad Dnieprem jak w połowie ledwie, nie mając w czasie swej drogi żadnej rozprawy z nieprzyjacielem. Najwięcej zaszkodził marsz spieszny we wielkie upały, ażeby gdzie dopaść korpusu [generała Piotra Iwanowicza] Bagrationa. Od Ihumena do Mohylewa ten przedział drogi przebyliśmy w parę dni. Lasy przez kozactwo zapalone również mogły wpływać. […] Lecz również było powodem niedbalstwo oficerów, gdyż w czasie marszu ciągle to tu, to tam, przechodząc wsie wstępowali do dworów sielskich lub nawet schodząc sami na bok, aby się posilić, nie dbając o swoje kompanie i ludzi. Książę Poniatowski, obruszony i zmartwiony, rozkazuje pod Mohylewem przeciągnąć przed sobą piechocie kompaniami, ażeby widział, jak są liczne. Kompanie przeciągają po 30, po 50 żołnierzy liczące. Gdy nadchodzi moja, licząca 180, i miałem jeszcze odkomenderowanych kilkanaście do ambulansów powózki.11
Jakąż różnicę widać w zachowaniu wojsk Stanisława Żółkiewskiego, które dwa wieki przed Napoleonem stanęły przed podobnym, a nawet trudniejszym zadaniem. Trudniejszym z wielu względów. Choćby dlatego, że zanim ludzie Żółkiewskiego wkroczyli do stolicy państwa moskiewskiego, od około roku żyli jego kosztem.
Armia króla polskiego Zygmunta III Wazy przekroczyła granicę 21 września 1609 roku. Jej pierwotnym celem był Smoleńsk, a nie Moskwa. Pod tą, jak na owe czasy potężną twierdzą, zgromadziło się około 100 tys. poddanych Zygmunta III. Byli to żołnierze, Kozacy i liczna luźna czeladź. Czym się żywili? Źródła były podobne, co w przypadku armii Napoleona: wiezione na wozach zapasy oraz miejscowe zasoby. Więc gdzie te różnice? Otóż regułą było, iż wyruszając na wojnę żołnierze polscy zabierali prowiant nie na kilkanaście, czy „aż” 24 dni, lecz na pół roku! Zabierano je na taką ilość wozów, której nie wyobrażają sobie specjalizujący się w logistyce, zachodni historycy. Martin van Creveld, w swej pod wieloma względami bardzo cennej pracy Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona, pisze:
Spośród wszystkich kampanii Napoleona to właśnie przed tą [1812 roku] cesarz zgromadził zasoby ludzkie i materialne, które były o rząd wielkości większe nie tylko od wszystkiego, co widziano w jego czasach, ale także od wszystkich poprzednich kampanii w historii.12
Jakże błądzi holenderski historyk! Mógł to napisać człowiek, dla którego historia wojen ogranicza się tylko do tych, które toczono w zachodniej Europie.
Siedemnastowieczna armia polska była obciążona nadzwyczaj licznym taborem. Było to i przekleństwo, i zbawienie. Przekleństwo, gdy wojny toczyły się na terenach stosunkowo gęsto zaludnionych. Wtedy liczna – zbyt liczna w stosunku do bieżących potrzeb – luźna czeladź, nadmiernie plądrowała okolice. Zbawienie, gdy wkraczano na tereny słabo zaludnione. W tym drugim przypadku żywność, którą zabierano na wozy, pozwalała przez dłuższy czas funkcjonować nawet wówczas, gdy najbliższa działaniom wojennym okolica nie była w stanie wyżywić żołnierzy. Ponadto, liczna luźna czeladź rozjeżdżała się wówczas daleko poza obóz, obejmując rekwizycjami bardzo rozległy obszar. Dla przykładu podam, że armia koronna, która pod Janem III Sobieskim ruszyła na odsiecz Wiednia, licząc około 20 tys. żołnierzy (podkreślę, że samych żołnierzy, a nie wszystkich ludzi!), miała zabrać ze sobą aż 32 tysiące wozów.13 Przypomnę, że przeszło 400-tysięczna armia Napoleonana wojnę z Rosją zabrała ich ledwie około dziesięć tysięcy. Różnica, w stosu nku do ilości żołnierzy, kolosalna.
Tak wielka liczba wozów siedemnastowiecznych wojsk polskich i taki sposób jej zaprowiantowania, przekładały się na ilość ciurów (czyli luźnych czeladników) ciągnących z wojskiem. Tych zwykle było 2–3 razy więcej niż kawalerzystów14. A jak było w armii Księstwa Warszawskiego, która powstała w 1807 roku?
Klemens Kołaczkowski, kapitan korpusu inżynierów, stwierdził, że na 29 400 żołnierzy przypadało niespełna 3000 „służących, ciurów, markietanów, posługaczy itd. wreszcie całą służbę zdrowia, służbę żywności, żandarmów”15. Ponownie widać przepaść w strukturze armii. Dodać należy, że organizacja armii Księstwa Warszawskiego oparta była na wzorach francuskich.
