Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Byłem w hali Olivii podczas drugiej tury Zjazdu NSZZ „Solidarność”. Do końca życia pamiętać będę te olśniewające chwile wolności i braterstwa, dni poczucia, że słowa „godność człowieka” i „miłość ojczyzny” odzyskują czystość swoich znaczeń. Dni pełnego oddechu.
Gdańsk, początek października 1981
Uważam siebie za filozofa, nie biografa, bo nie mam do tego talentu. Nie potrafię pisać na pograniczu powieści, jestem przyziemnym neopozytywistą warszawsko-lwowskim od opisywania faktów, badania struktur narracyjnych, odpowiadania na pytanie, do kogo Conrad kierował to, co pisał. Samego Conrada nie lubię, bo wiecznie płakał nad sobą, ale mam poczucie, że swój obowiązek naukowy wobec niego spełniłem.
Warszawa, 2 grudnia 2017
Zdzisław Najder, Wywrotowiec
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 1029
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
HONORUJEMY DOROBEK ZDZISŁAWA NAJDERA, WSPIERAJĄC POWRÓT DO PAMIĘCI O NIM
Anna Bernhardt
Jan Krzysztof Bielecki
Bogdan Borusewicz
Zbigniew Bujak
Jerzy Buzek
Bogusław Chrabota
Bohdan Cywiński
Antoni Dudek
Małgorzata Dzieduszycka
Władysław Frasyniuk
Andrzej Gelberg
Michał Komar
Bronisław Komorowski
Waldemar Kuczyński
Roman Kuźniar
Aleksander Kwaśniewski
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Mariusz Maszkiewicz
Janusz Onyszkiewicz
Krzysztof Pomian
Adam Daniel Rotfeld
Andrzej Rottermund
Józef Maria Ruszar
Radosław Sikorski
Elżbieta Skotnicka-Illasiewicz
Jerzy Stępień
Marek Walicki
Wojciech Włodarczyk
Leszek Zasztowt
Jerzy Zdrada
© Fundacja Ośrodka KARTA, 2026
© Krzysztof Najder, 2026
KONCEPCJA, WYBÓR FINALNY, REDAKCJA Zbigniew Gluza
KWERENDY, WSPÓŁPRACA PRZY WYBORZE FRAGMENTÓW Remigiusz Korycki, Dominik SzymańskiOPRACOWANIE PRZYPISÓW Remigiusz KoryckiWSPÓŁPRACA Dominik Szymański
KOREKTA I INDEKS NAZWISK Zespół
KWERENDA IKONOGRAFICZNA Ewa Kwiecińska
WSPÓŁPRACA NA WSTĘPNYM ETAPIE KSIĄŻKI Mariusz Olczyk, Karol Płatek, Małgorzata Sopyło
REDAKTOR SERII Agnieszka Knyt
OPRACOWANIE GRAFICZNE SERII
SKŁAD KOMPUTEROWY, PRZYGOTOWANIE ZDJĘĆTandem Studio
ZDJĘCIE NA OKŁADCE Zdzisław Najder, 1990. Fot. Jan Bogacz, Grzegorz Rogiński / PAP
PUBLIKACJA POWSTAŁA DZIĘKI WSPARCIU INSTYTUTU KSIĄŻKI
Warszawa 2026ISBN 978-83-67820-56-1
Fundacja Ośrodka KARTA
ul. Narbutta 29, 02-536 Warszawa
tel. (48) 22 848-07-12
kontakt do wydawnictwa: [email protected]: [email protected]ęgarnia internetowa: ksiegarnia.karta.org.pl
karta.org.pl
PRZECIW FASADZIE Zbigniew Gluza
PRZEBŁYSK
ROZPOZNANIE
WSPÓŁPRACA
WYPUSZCZENIE
HALA
PRZESILENIE
PROGRAM
OPOZYCJONIŚCI
ZAPOWIEDŹ
WYZWANIE
DYREKTOR
WYROK
ZAPAŚĆ
DYMISJA
PRZEŁOM
POWRÓT
KOMITET
ROZŁAM
DORADCA
ROZLICZENIA
SOJUSZ
UNIA
PAMIĘĆ
Spis źródeł
Zdjęcia
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
W tej autobiografii na pierwszy plan wybija się Polska Niepodległa – jako fundamentalny postulat człowieka żyjącego w kraju podległym. Przy tym zamierzającym nie uciec z niego, ale go radykalnie zmienić. Każdy z tekstów w tej chronologicznej narracji jest autorstwa Zdzisława Najdera, jednak ani linia przewodnia, ani tytuł nie wyniknęły z Jego zamysłu. Są następstwem późniejszego przyjrzenia się pozostawionej przez Niego potężnej, wielogatunkowej spuściźnie. On sam genezę własnego dążenia do Niepodległej wywodzi z doświadczeń swojego dzieciństwa – piętnastu lat przypadających na okres II RP i II wojny. Niemniej doznania przedwojenne i okupacyjne nie wydają się aż tak stanowiące. To raczej poczucie zagrożenia w instalowanym Peerelu rodziło w dorastającym nastolatku odmowę udziału. Niepodległościowy zaczyn pojawił się w stalinizmie, odtąd krzepła Jego postawa wywrotowa.
W historii dorosłego Zdzisława Najdera można dostrzec wyraźny trójpodział: trzy dekady podskórnego buntu przeciw zniewoleniu Polski; dekada zdeklarowanego publicznie wroga Peerelu (z adekwatnym wyrokiem śmierci); trzy dekady pracy państwowotwórczej na rzecz III Rzeczpospolitej – potencjalnie spełniającej warunki demokracji i wolności. Można by sądzić, że nadany książce tytuł jest dla okresu po 1990 roku nietrafny, skoro sensem Najdera było wówczas budowanie, a nie burzenie. Tyle że cała pozostawiona spuścizna przyniosła zaskakującą podpowiedź: na żadnym etapie III RP Jego racjonalne argumenty – kluczowe dla stanowienia bytu niepodległego w tej części Europy – nie były zasadniczo przyjmowane; jako zbyt radykalne dla nieustannie fasadowego państwa. Sugerowane przez Niego twarde reguły polityki zagranicznej RP – mimo wejścia do NATO i UE – pozostawały czymś niespełnialnym, tym bardziej w kraju osłabianym przez nacjonalistów.
Ta publikacja ma szanse przywrócić Zdzisława Najdera życiu publicznemu – gdy Jego głos zabrzmi samoistnie, bez odruchowej reakcji konkurentów i przeciwników. Być może Jego stanowczo wypowiadane racje, które nie stawały się programem żadnego z ugrupowań politycznych III RP, przyjmowano jako obce, przychodzące „spoza układu”. Jego „niepartyjność”, czyli niesytuowanie się w okrzepłych strukturach organizacyjnych, wzmacniała niby siłę Jego głosu, lecz uniemożliwiała skuteczność – w koteryjnej, partykularnej polityce, jaka w wolnej Polsce nastała (mimo jednoczącego, niedawnego „cudu Solidarności”). Najder uważał, że sugeruje rozsądne rozwiązania – nie tylko ich nie przyjmowano, ale pozostawał w aurze aroganta, który nie docenia „układowości”.
Z czasem słabła Jego obecność publiczna. Zapewne wpłynęły na to także ideowe rozejścia się z naturalnymi sprzymierzeńcami, a często przyjaciółmi czy potencjalnymi partnerami – Jackiem Kuroniem, Jerzym Giedroyciem, Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Stefanem Bratkowskim, Lechem Wałęsą czy Janem Olszewskim. Ci znaczący ludzie polskiej historii wykazywali „na końcu” wobec Zdzisława Najdera szczególną kategoryczność. Czy nie dlatego, że nie pasował do roli czyjegokolwiek „zderzaka”? Najder jako główny doradca premiera Olszewskiego był uważany za nieudanego sterownika tamtego rządu. Niewykluczone jednak, że już wtedy objawiła się głęboka różnica politycznych celów, skoro w żadnej odsłonie swego życia nie był On nacjonalistą; podczas gdy część owego rządu stała się jednym ze źródeł nacjonalistycznej polityki. Ówczesny etap „wojny na górze” nie był raczej ideologiczny, bardziej personalny, a otworzył drogę i dla nacjonalizmu, i dla przyszłej polaryzacji społecznej.
Fala drastycznych pomówień wobec Zdzisława Najdera toczyła się w latach 1992–95. Miała jedną twardą podstawę – w postaci Jego karygodnej decyzji, by w końcówce lat 50. udzielać Służbie Bezpieczeństwa niejako dobrowolnych informacji. W jednym z rozdziałów znalazł się pełny zapis ówczesnych doniesień Najdera – można sprawdzić, na ile prawdziwa jest Jego własna obrona: że nikt na tym nigdy nie ucierpiał, a w całości miało to omamiać służby wroga. Faktem jest, że w trakcie tej „współpracy” informował swoich opozycyjnie nastawionych przyjaciół o podjętej przez siebie grze. Miała ona w największym stopniu dać Mu szansę na otrzymanie paszportu, co tym samym otwierało drogę na Zachód (i do Conrada).
Kwestia paszportu w Peerelu miała dla tej historii zasadnicze znaczenie. W trzech pierwszych „dorosłych” dekadach Najder doświadczał wolnego świata – i Europy, i Ameryki. Pomógł Mu wybór Josepha Conrada jako przedmiotu badań literaturoznawczych, ale istota tamtego Jego czasu nie dotyczyła przede wszystkim dawniejszej literatury. Poznawał realia demokratycznego systemu, co wzmacniało w Nim przekonanie, że i sowietyzm, i Peerel nadają się jedynie do obalenia – i wierzył, że to nastąpi. W ciągu Jego osobistych świadectw (publikowanych tu w dużej części po raz pierwszy) dostrzec można w kolejnych rozdziałach, jak w warunkach zagranicznej wolności wzmacnia się polski patriotyzm, wykluczający peerelowską postawę wasala.
Jako wiarygodną można przyjąć deklarację Najdera, że kieruje się głównie poczuciem obowiązku wobec Polski. Nawet w wyborze Conrada (choć była to w istocie linia naukowej kariery: najwybitniejszego polskiego conradysty) można zobaczyć ten wymiar. A już dalsze inicjatywy – ponadczasowego PPN-u; nowej formuły RWE wobec Peerelu „wojennego” (choć to wywołało konflikt z zespołem, a też pomówienia związane z dyrektorską dymisją); definicji optymalnej polityki zagranicznej; Etosu rycerskiego; Węzłów pamięci Niepodległej Polski – potwierdzają wprost, że Jego celem jest Polska wolna, bezpieczna – i mądrzejsza niż w dotychczasowych etapach III RP.
Zdzisława Najdera z KARTĄ spotkała wspólna gotowość do dokumentowania historii opozycji demokratycznej w Peerelu. Wiosną 2002, gdy działał w Ośrodku kilkusetosobowy Klub Archiwum Opozycji, pojawiła się koncepcja gromadzenia dokumentacji i PPN-u, i RWE. Następstwem tego porozumienia jest przede wszystkim Jego kolekcja osobista w Archiwum KARTY, do której materiały systematycznie przekazywał przez blisko dekadę. Własny odruch Najdera pozostawiania świadectw (potwierdzony prowadzonym przez blisko 35 lat regularnym dziennikiem) i przyjęcie jako celu kompletności zbioru – dały podstawę tej publikacji, która inaczej nie mogłaby powstać.
Kolekcja ta, z której pochodzi znacząca część przedstawionych tu tekstów, zawiera bogatą dokumentację z całego życia Zdzisława Najdera: 39 zeszytów z dziennikami – ze szczegółowymi zapisami, w wielu okresach codziennymi; po kilka tysięcy listów wychodzących i przychodzących (w tym ze strony wielu wybitnych postaci literatury i historii najnowszej); dokumenty z większości etapów pracy Autora; setki fotografii; zbiory prasowe i biblioteczne; nagrania wystąpień publicznych.
Zdzisław Najder odszedł (15 lutego 2021) niemal po cichu – po tak burzliwym, zdawałoby się, życiu trudno raczej w ten sposób zniknąć. A jednak dopiero ta autobiografia przywraca obraz całej Jego drogi, a zarazem jest formą pożegnania, które się dotąd nie zdarzyło. Choć On sam podsumowywał swoje dokonanie jako porażkę, całościowy zapis Jego życia i postawy wobec spraw publicznych potwierdza jednoznacznie, jak ważną rolę odegrał w Polsce powojennej.
Cała ta opowieść sugeruje lepszą Polskę. Że stała się nieporównanie lepsza od Peerelu – nie ma wątpliwości. Czy mogłaby się podnieść do dużo wyższej rangi – z pewnością. Postulaty Najdera pozostają w mocy, szczególnie gdyby narastająca nacjonalistyczna fala miała na kolejnych etapach pogrążać demokrację. Jego główne wyznaczniki polityki zagranicznej – mimo wejścia do Wspólnoty Europejskiej, ogłaszanego jako cel przez całe poprzedzające ten akt ćwierćwiecze – nie są realizowane, a pozycję Polski w dzisiejszych układach międzynarodowych uznawałby On za z gruntu fałszywą, bo niedorosłą.
Rzeczpospolita powinna cenić upartych autsajderów, którzy trwają przy swych racjach niezależnie od okoliczności. Hasła Polski wolnej, otwartej, demokratycznej nadal powinny wyznaczać linię polityki państwa. Tymczasem pojawiają się w jej centrum agresje antyunijne i realnie prokremlowskie, czyli sprzeczne z jakąkolwiek patriotyczną logiką. Udało się kraj wyrwać z mocnych szponów systemu sowieckiego; teraz Niepodległość wymaga zmobilizowanej obrony przed fałszywą wizją nacjonalistycznej propagandy. Nadal niezbędna jest prodemokratyczna wywrotowość.Zbigniew Gluza
Węzeł to coś, co łączy. Łączy nitki i całe sieci skojarzeń, osobistych wspomnień i wyobrażeń zaczerpniętych z lektury. Wiąże nabytą wiedzę z własnymi przeżyciami. Wiąże nas z innymi, którzy mają podobne skojarzenia i podobne wiadomości. Wiąże nasz świat prywatny z wielkim światem historii. Wiąże teraźniejszość z przeszłością, żywych z umarłymi. Węzły narodowej pamięci wiążą jednostki i rodziny w naród – w tę wielką wspólnotę, wyrosłą z ziemi i pamięci, z przeżyć i wyobrażeń.
(Węzły pamięci Niepodległej Polski)
We wspomnieniach
Moja matka [Józefa] urodziła się w Warszawie, w rodzinie robotniczej. Była młodą kobietą, kiedy poznała mojego ojca [Franciszka]. Pracowała jako zawijaczka w fabryce Fuchsa1. [...] Zawijała cukierki. Wychowała się w Warszawie. Ojca straciła bardzo wcześnie, bo dziadek był w Organizacji Bojowej PPS i w 1906 roku, kiedy się mama urodziła, stał na stójce podczas jakiegoś zamachu. Bomba go rzuciła o ścianę, wyszedł z tego, ale po paru miesiącach dostał wylewu krwi do mózgu i umarł. Potem babcia wyszła drugi raz za mąż, zresztą w tym samym środowisku. Bratem chrzestnego ojca mojej mamy był Stefan Okrzeja2, więc walka była w tradycji rodzinnej. Babcia też brała udział w różnych akcjach, stała na czatach przy ulicy Wareckiej, kiedy Józef Montwiłł-Mirecki3 uciekł z transportu wiozącego go do aresztu.
To była tradycja ze strony mamy, podtrzymywana także przez babcię iprzez przyrodnią siostrę mojej matki, moją ulubioną ciotkę Jankę4, [...]która była duchowym produktem mitów niepodległościowych i poetyckich tego pokolenia. Ciotka urodziła się w 1921 roku i wychowała się w II Rzeczpospolitej, też była z rodziny proletariackiej, ale już o inspiracjach inteligenckich, i [...] była uosobieniem tego, jak sobie młodzież ówczesna wyobrażała patriotyzm, tradycję, obowiązki. Była dość romantyczna, oczywiście nie w sensie romansowości. Ona była dla mnie taką chodzącą szkołą patriotyzmu, uczyła mnie piosenek, wierszy, bardziej niż moja matka, bo między nami była mniejsza różnica wieku. [...]
Mój ojciec pochodził zupełnie skądinąd, urodził się w Wolborzu, pod Piotrkowem, dokąd rodzina Najderów [...] przeniosła się z Niemiec. [...] Ojciec miał pełną świadomość swojej niemieckości, choć w domu po niemiecku nauczył się może paru słów. Dziadek uważał się za Polaka. Ojciec poszedł w 1919 roku na ochotnika do wojska i wylądował w 1 Dywizji Piechoty Legionów.[179 – zob. Spis źródeł na str. 537]
Urodziłem się na ulicy Topiel pod numerem 16 [...], w mieszkaniu babci, na drugim piętrze czynszowej kamienicy. Niedługo potem przenieśliśmy się z rodzicami do służbowego mieszkania w sporej fabryce cukierków i czekolady Franciszek Fuchs i Synowie na Topiel 12. Ojciec został dozorcą. Wyuczony zawód krawiecki musiał porzucić z powodu kłopotów ze wzrokiem. Topiel była w owym czasie zabrukowana kocimi łbami. Rynsztokiem płynęły wonne nieczystości. Wiosną staruszek, uzbrojony w kij z nabitym gwoździem, wyrywał spomiędzy kamieni mlecze, żeby nie tamowały spływu. [...]
Dzielnica była przeważnie proletariacka – i mieszana, polsko-żydowska. [...] Nie przypominam sobie żadnych napięć czy ekscesów w stosunkach z Żydami. O tym, że są jakoś zasadniczo od nas różni, zostałem uświadomiony przez tytuły w „Małym Dzienniku”5, które odczytywałem za szybkami kiosku gazetowego na rogu Dobrej i Tamki. Mnie samego – mam nadmiernie rozwinięty węch – uderzał niemiło zapach Żydów; były w nim głównie czosnek (nie jadam) i cebula (nie lubię). Obco pachnieli również Ormianie, handlujący na bazarze przy ulicy Ordynackiej, ale tam dominowały wonie korzenne, jak imbir i szafran.
Od północy zamykały dzielnicę nasyp i wiadukt Nowego Zjazdu, od zachodu skarpa wiślana, na górze szybko i nowocześnie zabudowywana [...]. Od wschodu biegło Wybrzeże Kościuszkowskie, z pięknym i dużym ogrodem jordanowskim nad samą Wisłą. [...] Na południu zamykał dzielnicę zbieg Solca i Czerniakowskiej oraz pustawy obszar wokół kościoła św. Trójcy, gdzie rodzice wzięli ślub i gdzie mnie ochrzczono.
Warszawa[35]
Rodzicom dużo zawdzięczam, bo byli w moim odczuciu od początku przekonani, że powinienem się kształcić, uczyć się. I tu nie było nigdy żadnego wahania – jeżeli potrzebna jest mobilizacja pieniężna czy organizacyjna, to należy znaleźć pieniądze, poszukać szkoły, wynaleźć gimnazjum, które jest lepsze. To dla rodziców nie było takie proste, ale robili ten wysiłek. [...]
Mama miała niewątpliwie ambicje społeczno-towarzyskie, miała poczucie, że do inteligencji, do mieszczaństwa wchodzi się drogą awansu, że trzeba się wysilić, coś zrobić. [...] W tych sferach bardzo się dbało o to, żeby jeść nożem i widelcem, żeby porządnie siedzieć przy stole. Nie wstać przy witaniu, nie przepuścić starszej osoby czy kobiety, przywitać się z ręką w kieszeni – to było coś zupełnie niesłychanego. Reakcje były surowe. I oboje rodzice musieli się tego nauczyć, bo nie nauczyli się tego w domu, ale mieli silne poczucie decorum towarzyskiego. [...]
Z mamą miałem żywszy kontakt, bo ona miała większe zainteresowanie literaturą, ojciec mało czytał. Ale [...] to ojciec wywarł na mnie większy wpływ, bo on był nie wyznawcą, ale praktykiem obowiązkowości. Mama się nawet czasami podśmiewała, że to jego germańska krew. On nie mówił o tym, żył tak. [...] Był bardzo obowiązkowy, jeśli chodzi o zabezpieczenie rodziny, dbał, aby rodzina mieszkała w możliwie najlepszych, najprzyzwoitszych warunkach, żeby była zabezpieczona na przyszłość. [...]
Byłem dzieckiem wychowanym prawie bez kontaktu z rówieśnikami, mieszkaliśmy osobno w fabryce. [...] Miałem też świadomość, że małżeństwo moich rodziców nie jest szczęśliwe. Byłem świadkiem zbyt wielu dosyć ostrych kłótni, w których mama była zresztą na ogół stroną narzekającą, a ojciec stroną wściekłą i bezradną.
Warszawa[179]
Miałem niespełna pięć lat, kiedy umarł Marszałek. Wychowałem się w jego kulcie w rodzinie, choć nie w kulcie bezkrytycznym. Z tym, że muszę przyznać, iż ja nie bardzo jako dziecko rozumiałem, na czym ten krytycyzm mojego ojca głównie polegał. Ale śmierć Marszałka była przeżyta przez całe otoczenie, w którym wyrosłem, jako katastrofa. Zapamiętałem przede wszystkim to, że 12 maja spadł śnieg. Pierwszy raz widziałem śnieg w maju. Potem dowiedziałem się o śmierci, o pogrzebie. Rodzice nie chcieli mnie zabrać do katedry. Byłem nieszczęśliwy i strasznie długo płakałem. Powiedzieli, że mnie mogą tam zadeptać. Takie tłumy są. Gdy wrócili, to opowiadali swoje wrażenia i mówili o tym, że Żydzi tak strasznie rozpaczali i szlochali6 – ja nie wiedziałem, dlaczego. [...]
Potem był pogrzeb i z ciotką polazłem w górę ulicy Oboźnej. [...] Ciągnęliśmy za sobą krzesło, na które wszedłem, żeby coś widzieć. I tak wiele nie widziałem. Właściwie zobaczyłem trumnę dopiero wtedy, kiedy znikała w wylocie Nowego Światu. Ale pozostało mi w pamięci szalenie silne przeżycie powszechnego żalu, nie tylko w rodzinie, ale [...] na Powiślu. To była dzielnica uboga, jak się wtedy mówiło, proletariacka, zamieszkana przez ludność robotniczą, piaskarzy, rybaków, drobnych handlarzy. I pamiętam, że w tej całej dzielnicy moi towarzysze zabaw i ich rodzice, moi znajomi ówcześni – wszyscy byli przytłoczeni takim poczuciem osierocenia, autentycznego żalu.
Warszawa, 15 maja 1935[195]
Co było dla naszej dzielnicy najbardziej znamienne, to jej pograniczna niejednolitość. Nadbrzeże Wisły było uporządkowane tylko kawałkami. [...] Wyżej, w stronę Czerniakowa, ciągnęły się zmieniające kształt łachy, tu i ówdzie porośnięte kępami wierzbiny. Niżej, w stronę Nowego Miasta, był kawał nadbrzeża oświetlony, umocniony i uporządkowany z okazji uroczystej wizyty króla Rumunii Karola II w roku 1937. Między Wisłą a Nowym Miastem wybudowano w tym czasie parę nowoczesnych domów mieszkalnych, dość absurdalnie porozrzucanych między rzeką a wysoką skarpą. Zabudowa Powiśla była niejednolita i dość chaotyczna. Na przykład u zbiegu Solca i Tamki stały naprzeciw siebie pięciopiętrowe kamienice i drewniane chałupki, za którymi w podwórzach mieściły się wozownie i stajnie. [...]
Wzdłuż chodnika na Oboźnej, która z prawej strony obramowana jest stromą skarpą, biegła stara dębowa balustrada, powygryzana przez czas. Przejście po niej groziło, w razie ześlizgnięcia się, jeżeli już nie skręceniem karku, to co najmniej dotkliwym poobijaniem się i podrapaniem. Zostałem przyłapany na gorącym uczynku przez kogoś z sąsiadów i doprowadzony przed ojca. Miałem u niego zasłużoną reputację mola książkowego – i pamiętam jego konfuzję: czy mnie zrugać, czy ucieszyć się, że nie jestem mięczakiem.
Po drugiej stronie Oboźnej leżała osobliwość Powiśla: Dynasy. Za moich czasów ze sławnego toru kolarskiego zostały już resztki7. [...] Obok, zasłonięta od wiatrów skarpą, rosła gigantyczna wiekowa topola, dla uczniaków święte drzewo Indian, na którego dolnym konarze mogło się nas pomieścić kilku na raz. [...]
Mieszkając na Powiślu, czułem się oczywiście pełnokrwistym warszawiakiem, ale równocześnie zdawałem sobie sprawę z odrębności naszej dzielnicy. Byliśmy blisko centrum stolicy – a zarazem na uboczu. Mieliśmy tu znacznie więcej drzew, wyrastających planowo (na uporządkowanym ślicznie zboczu skarpy) i bezplanowo (wszędzie indziej). Zagęszczenia ludności nie było, a uliczki – poza Dobrą – były krótkie i wąskie; to uniemożliwiało wszelkie zbiegowiska, tłumy, pochody czy przemarsze. Odwrócone do nas tyłem miasto nie przytłaczało ani nie wciągało w swoje wiry.
Warszawa[35]
Chodziłem do szkoły na Karową, w naszej klasie byli także dwaj uczniowie, którzy mieli lekcje religii z rabinem, i jeden, który miał lekcje religii z pastorem. [...] Należeli do grupy bardzo bogatych uczniów i jeden z nich był przywożony do szkoły samochodem. Było to w 1938 roku. Ale to jest dla mnie mniej uderzające. [...] Gdy poszedłem pierwszy raz do szkoły, to stwierdziłem, że część kolegów i koleżanek dostaje drugie śniadania z domu, a część nie, i że wszyscy się dzielą. [...]
Któregoś dnia szedłem do szkoły wzdłuż ulicy Browarnej i na rogu Leszczyńskiej, w drzwiach swojego sklepu rzeźnickiego, stał [...] rzeźnik, a przede mną szli dwaj koledzy ze szkoły, a jeszcze przed nami szedł Żyd w chałacie i coś tam niósł na plecach. I moi koledzy brali grudki ziemi, i rzucali w niego. Skoro oni rzucali, to ja też rzuciłem. I poszedłem do szkoły, pogodzony ze światem całkowicie. Wszystko jest w porządku.
Przychodzę do domu, a ojciec mnie pyta: „A coś ty dzisiaj robił, jak szedłeś do szkoły?”. Ja sobie przypominam. „A nic więcej nie robiłeś? No, to ci powiem” – i mówi: „A dlaczego tak robiłeś?”. „A bo oni rzucali”. I wtedy ojciec mnie... no, zniszczył. Już nie pamiętam, jakimi słowami, ale po prostu wykazał moją moralną nicość, że jestem idiotą. Ktoś tam coś robi, ja też coś takiego robię. Nie używał żadnych argumentów o równości ras, po prostu zrobił ze mnie durnia. I chyba się nawet popłakałem. W każdym razie od tej pory nie rzucałem w nikogo grudkami.
Warszawa[179]
Zacząłem czytać bardzo wcześnie i byłem „pożeraczem książek”. Jako dziecko czytałem nieraz książkę dziennie, a zacząłem wcześnie, bo zapisano mnie do czytelni, kiedy miałem pięć lat. I te wczesne lektury [...] bardzo wpłynęły na późniejsze życie. Niemal na pamięć umiałem takie książki, jak Miasto mojej matki, W cieniu zapomnianej olszyny [Juliusza Kaden-Bandrowskiego]. A chyba pierwszą książką, którą w całości przeczytałem, był Bohaterski miś Bronisławy Ostrowskiej. [...] A potem rozczytywałem się w literaturze, ogólnie można powiedzieć, patriotyczno-historycznej.
Warszawa[47]
Emocjonalnie byłem szalenie mocno przywiązany do II Rzeczpospolitej. [...] Było to w mojej dziecięcej wyobraźni bardzo żywe. [...] Przywiązanie do II RP, w której, jak wiadomo, niepodległość była czymś najważniejszym, było tym, co stanowiło rdzeń ideowy tego dwudziestolecia. Dla mnie wierność temu ideałowi była bardzo silnym bodźcem, wyraźną wytyczną, podświadomą wręcz. Chociaż [...] nie miałem i nie mam żadnych złudzeń co do tego, że był to taki rozkoszny okres. Właśnie patrzenie na ten okres od społecznego dołu dało mi sporą wiedzę.
Warszawa[26]
Świadomość dystansu, napięcia między tym, co jest, a tym, co i jak być powinno, była stale obecna w życiu publicznym II RP – nawet na etapie szkoły powszechnej. Już w wieku ośmiu lat wiedzieliśmy, że to, co widzimy wokół siebie, jest dopiero zapowiedzią tego, co powinniśmy i co chcemy zrobić. Tak samo było wśród dorosłych. Przy wszystkich wydmuszkach oficjalnej tromtadracji i prężeniu „mocarstwowych” bicepsów – w życiu intelektualnym II Rzeczpospolitej przetrwał duch Żeromskiego: pamięć o zasadzie, że żywe rany nie mogą zarastać bliznami podłości8.
Warszawa, grudzień 1938[147]
[Marianka] to była wieś niemieckich kolonistów pod Mińskiem Mazowieckim. Mieszkańcy mówili ze sobą po niemiecku, a z nami po polsku. Była to wieś nieco porządniejsza niż inne wsie okoliczne i wynajmowano tam domy letnikom. Byliśmy tam także w sierpniu 1939. Odbywały się wtedy manewry i byłem szczęśliwy, bo jeździłem na taczance9... [...] Panował podniosły nastrój, coś wisiało w powietrzu, żołnierze dawali nam czasami kawę w blokach. To była kawa zbożowa, z cukrem, poemat, lepsza niż najlepsza czekolada – i śpiewali Umówiłem się z nią na dziewiątą.
Usiłowaliśmy wrócić do Warszawy 31 sierpnia, ale nie było jak, nie można się było dostać do autobusu. W końcu [...] kierowca dyrektora fabryki, gdzie ojciec pracował, przyjechał i nas zabrał. Przyjeżdżamy do Warszawy rano, zdaje się, była czwarta czy piąta, słyszymy komunikaty przez radio i jest ten komunikat: „Uwaga – tutaj oznaczenie cyfrowe – przeszedł, uwaga, uwaga, nadchodzi” – podawali obserwatorzy, gdzie się przesuwają samoloty. My już słyszeliśmy pierwsze bomby i pierwsze przemówienia [prezydenta Warszawy Stefana] Starzyńskiego.
Ojciec wyszedł z Warszawy – wezwano w tajemniczych celach mężczyzn, żeby poszli na wschód, ale po paru dniach wrócili10. Myśmy siedzieli w fabryce; gdy się zaczęły bombardowania, siedzieliśmy w schronie – i słusznie, ponieważ bomba upadła przed domem i wywaliła wszystkie szyby do środka [...]. Zginął mój kolega, któremu bomba oberwała kawałek czaszki. Mnie przy tym nie było, ale jego matka opowiadała, jak ten chłopiec, umierając, pytał: „Co ja temu Hitlerowi zrobiłem, że on mnie zabija?”; miał rozerwaną czaszkę i widać było pulsujący mózg. Chodziłem w okolice toru na Dynasach oglądać pozabijane konie, które puchły – i wchodziłem na dach fabryki, żeby zbierać gorące odłamki, ale zagrożono mi straszliwymi karami, jeżeli tak dalej będę robił. [...]
W schronie atmosfera była bardzo podniosła. Było też przerażenie. [...] W przeddzień kapitulacji Warszawy po piwnicach chodzili łącznicy informacyjni. Jeden człowiek czytał komunikat, a przy nim był drugi w hełmie, który nie był żołnierzem, tylko członkiem jakiejś formacji, i odczytali nam komunikat, że na północ od Warszawy połączyła się armia polska zArmią Czerwoną i pokonały Niemców, a Wisła spłynęła krwią. Ludzie wstali – jakbym przy tym nie był, tobym nie uwierzył, i nadal nie mogę tego zrozumieć – wszyscy wschronie wstali i odśpiewali Boże, coś Polskę...A następnego dnia wstydliwie nikt do tego nie wracał [...].
Kiedy Warszawa skapitulowała, to nie chciałem w to wierzyć. Miałem takiego nieco ode mnie starszego przyjaciela, Olka Kozarzewskiego [...]. Jego ojciec był kierownikiem jakiegoś działu Fuchsa i oni mieszkali w fabryce, w tym samym co my zespole budynków. Myśmy się zastanawiali, czy w ogóle warto żyć! On miał lat jedenaście, ja miałem dziewięć i rozważaliśmy, czy nie popełnić samobójstwa, bo to nie ma sensu. Warszawa kapituluje... I na szczęście postanowiliśmy przeczekać. Ale to był szok. [...]
W czasie wojny [stryj Konstanty Najder11] był jedynym członkiem rodziny, który się niechętnie wypowiadał o Żydach, ale miał znajomego Żyda, który został w getcie. Stryj chciał mu jakoś pomóc, wobec czego opłacał lekcje niemieckiego dla mnie. I ten Żyd wychodził z getta – wtedy się można było jeszcze wyśliznąć – zdejmował gwiazdę Dawida, przyjeżdżał na Powiśle i udzielał mi lekcji. [...] Powiedział mi, że on wie, iż Żydzi mają opinię nieuczciwych, wobec czego będzie starannie sprawdzał, jak długo trwa lekcja. Lekcja trwała 63 minuty. Przy 57. chciałem go już zamordować, chciałem mieć spokój, a on udowadniał mi w ten sposób, że nie jest Żydem oszukującym. To była taka dodatkowa lekcja dla mnie. Nie byłem do tego entuzjastycznie nastawiony, bo nie bardzo wiedziałem, po co mam się uczyć niemieckiego. [...]
Byłem dwa razy w getcie z ojcem, nielegalnie, też w ramach akcji pomocy. Mianowicie potrzebny mi był na zimę kożuszek. Ojciec sobie przypomniał, że ma kolegę krawca [...], a połowa krawców to byli Żydzi. [...] Pojechaliśmy z ojcem do getta. [...] Poszliśmy do mieszkania, gdzie było dużo ludzi. Część tych ludzi otoczyła mnie, obmierzała naokoło, stałem dosyć tym wszystkim wystraszony. Iojciec zamówił mi kożuszek. Nie wątpię, że był tańszy niż po aryjskiej stronie, ale z kolei potrzebny był pewien wysiłek, aby go zamówić. Potem, gdy pojechaliśmy tam drugi raz, bałem się już bardziej. Kiedy wróciliśmy, ojciec nie wdawał się w żadne uzasadnienia, to było dla niego charakterystyczne. Nie wiem, jakie były jego motywy, ale żeśmy się obaj narażali, co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. A ci ludzie się bardzo cieszyli, co do tego też nie mogłem mieć wątpliwości, dlatego zostałem nawet wycałowany – to nie było przyjemne, bo naprawdę pachnieli czosnkiem.
W lecie 1942 byliśmy na wakacjach w Świdrze pod Warszawą. Tuż obok Świdra było duże getto – Otwock. Getto likwidowali i ci Żydzi uciekali z niego. Na piaszczystych wydmach z kępami, zagajnikami, jałowcami były całe obozowiska i one budziły niepokój. Czasami wymykali się i przychodzili. Wyglądam przez okno i przy furtce naszego domu stoi chłopak, mniej więcej w moim wieku, i coś mówi, więc mama powiedziała, abym do niego wyszedł, a on, że jest głodny. Mama mówi: „To mu zanieś”, zaniosłem. I mniej więcej tyle wiedziałem, ale byłem tak okropnie zawstydzony i bałem się, byłem zupełnie bezradny. [...] Bardzo się ucieszył z tego chleba i poszedł, a ja nie rozmawiałem nawet z mamą, no bo cośmy mogli zrobić? Nic. Mogliśmy tylko mieć nadzieję, że nikt z sąsiadów nie jest świnią, nie podgląda i nie donosi. [...]
Była mowa o tym, że getto [warszawskie] się pali, a Żydzi się bronią, ale jednocześnie odbywał się stamtąd szaber. Wiedziałem o tym, że po przystąpieniu do likwidacji getta, ale jeszcze przed jego zniszczeniem, ludzie się tam przedzierali i wynosili meble, obrazy. [...] O tym mówiono i ja to widziałem, dlatego że samochód fabryczny tam jeździł i przywożono obrazy. [...] Ludność polska brała udział w rabunku tego, co tam zostało, bo Niemcy nie wszystko mogli zrabować – i prawdopodobnie razem z policją granatową wchodzono w jakieś układy. W ogóle uważano to za akt patriotyczny, bo dlaczego to Niemcy mają zabrać, kiedy to my możemy, a Żydzi i tak nie będą mieli z tego żadnego pożytku. [...]
Miałem kolegę w szkole podstawowej, którego ojciec był policjantem i [...] jakoś tam kombinował. Któregoś dnia kolega przyszedł zapłakany do szkoły i okazało się, że ojca zabrało Gestapo. Potem przyszła wiadomość, że go rozwalili, bo policja w dużej mierze konspirowała, działała w porozumieniu z podziemiem. Dla nich to była wielka możliwość rabunku czy przekupstwa, a z drugiej strony szalenie duże ryzyko.
Warszawa, lato 1943[179]
My, ludzie urodzeni dostatecznie wcześnie, by przejść przez szkołę II Rzeczpospolitej, należymy do innych jak gdyby generacji. Istnieje taka cezura: są tacy, którzy zdążyli pójść do szkoły przed wojną (szkoła okresu okupacji była kontynuacją tej szkoły), i są tacy, którzy nie zdążyli. [...] Ta szkoła wywarła bardzo duży wpływ na wszystkich, którzy do niej chodzili. Młodzież akowska [...] to była młodzież wychowana przede wszystkim przez tę szkołę, a nie tylko przez rodzinę i otoczenie – przez szkołę bardzo niepodległościową i bardzo demokratyczną.
Warszawa [26]
W siódmej klasie szkoły podstawowej mieliśmy do wyboru – albo pozostać w tej klasie i skończyć szkołę, albo jednocześnie zacząć nielegalne gimnazjum. [...] Nasza szkoła porozumiała się z gimnazjum imienia Lelewela i komplety były organizowane. [...] Byliśmy powiadomieni, że należy chodzić osobno, nie wchodzić i nie wychodzić grupami. [...] Te lekcje, ponieważ były w małych zespołach, były o wiele przyjemniejsze niż lekcje w szkole – nawiązywało się bezpośrednio kontakt z wykładowcami. Ale trzeba się było rzeczywiście uczyć. [...] Brałem udział w ogromnym przedsięwzięciu, sprawnie zorganizowanym, na wielką skalę.
Warszawa, jesień 1943[179]
Najbardziej czarującym i uwielbianym nauczycielem był profesor Samotyha12, znany zoolog, już wtedy starszy pan, któremu płataliśmy rozmaite figle. Lekcje zoologii były poza programem szkoły powszechnej. Odbywały się w gabinecie dyrektora komunalnej kasy oszczędności przy ulicy Okólnik w Warszawie, pod wielką palmą i przy fortepianie.
Warszawa, jesień 1943[47]
W moje ręce trafiły pisma Józefa Piłsudskiego o powstaniu styczniowym [...]. Biografię Marszałka już znałem, w popularnej i hagiograficznej wersji Henryka Cepnika13. Obszerne wykłady, wygłaszane we Lwowie w latach 1912–13, działały przygnębiająco. Autor analizował przygotowania, plany działań wojskowych i ich wykonanie, surowo oceniając dowódców i uczestników. Opisywał dzielność i poświęcenie, ale także bałagan, beztroskę, nieostrożność, niekompetencję, zdrady i tchórzostwo. Nie pisał, jak Orzeszkowa w Gloria victis, ku pokrzepieniu serc – ale ku nauce i przestrodze. Nie tego oczekiwał chłopak w okupowanej Warszawie.
Warszawa[91]
W grudniu 1943 ciężko rozchorowałem się na zapalenie wyrostka robaczkowego, który pękł, i miałem zapalenie otrzewnej, potem zapalenie płuc i o mało nie umarłem. [...] W szpitalu byłem przez dwa tygodnie. [...] Kiedy już wyszedłem ze szpitala i wróciłem do szkoły, okazało się, że ciągle choruję – i w maju jakoś rodzice załatwili mi świadectwo. Dość że je dostałem i wyjechałem już około 1 czerwca na wieś, do Witowa, pod Piotrków. W tej wsi mój stryj [Mateusz Najder] miał gospodarstwo i tam rodzice wynajęli dwa pokoiki dla nas, dla mamy i siostry, ojciec dojeżdżał. Podał nam przez stryja ubrania na zimę, już wiedział, że coś się szykuje. [...]
Najgorzej było, zanim ojciec wrócił, [...] około 1 listopada, dlatego, że długo szedł. Uciekł z transportu, a był ranny w nogę, dodatkowo owinął sobie głowę bandażem, nasmarował go burakami, co było przerażające. [...] Siedzieliśmy tam jeszcze przez dobrych kilka miesięcy, przeszedł przez nas front. [...] W końcu pojawili się krasnoarmiejcy i to były oddziały frontowe. [...] Wyglądali strasznie w porównaniu z Niemcami. To było przeżycie – zobaczyć, że Niemiec, ten wróg, znika i jednocześnie okazuje się, że mamy zderzenie cywilizacji, że przychodzi jakaś dzicz.
Witów, k. Piotrkowa Trybunalskiego, styczeń 1945[179]
Kiedy widziałem, jak na wsi pod Piotrkowem Trybunalskim zabijano kolbami poddających się Niemców, patrzyłem na przejawy zezwierzęcenia, sprzeczne z naszą kulturą. Na froncie zachodnim tak się nie działo ani podczas pierwszej, ani podczas drugiej wojny światowej.
Witów, styczeń 1945[72]
Po jakimś czasie [...] przyszła 2 Armia Wojska Polskiego. [...] Nastroje we wsi się poprawiły, ponieważ liczono, że nareszcie wezmą za pysk warszawiaków, to znaczy powstańców. Warszawiacy byli bardzo niepopularni, oskarżano nas, że zrobiliśmy powstanie, sprowadziliśmy na wszystkich nieszczęście. [...]
Miejscowi na tyle już byli uświadomieni, że wiedzieli, iż teraz przychodzi sprawiedliwość i reforma rolna. I gospodarz nasz, któremu już nie płaciliśmy, bo nie mieliśmy czym płacić, kazał nam wszystko wynieść z chałupy i zabrać. [...] Ci żołnierze 2 Armii wszyscy mówili pięknie po polsku, tak zaciągali [...]. Przyszedł starszy sierżant, ich dowódca, okazuje się, że zawodowy podoficer przedwojenny, też zmobilizowany, i pyta: „A co to, te meble przed chałupą?”. Mama tłumaczy, co się stało. „A gdzie ten chłop jest?”. No, to go wołają, sierżant go w mordę od razu: „Wnoś z powrotem!”. Przerażony chłop wnosi te meble, my jesteśmy trochę oszołomieni, a ten sierżant każe zwołać mieszkańców najbliższych domów do nas i wygłasza przemówienie, zaczynające się od tego: „Nie wierzcie tym draniom, komunistom, oni wymordowali naszych oficerów, teraz kłamią”. [...] Oni mówili: „No, my idziemy z Rosjanami na Berlin, bo [...] trzeba Niemców wypędzić. [...] My nie wiemy, czy nas potem pozabijają, czy my ich pozabijamy”.
Witów, marzec 1945[179]
W 1945 roku nastąpiła katastrofa. Polska, przechodząc spod okupacji niemieckiej do statusu satelitarnego pseudopaństwa, doznała najostrzejszego w swojej historii, nieodwracalnego przerwania ciągłości. Zabiegu dokonano bez znieczulenia. Świadomość zbiorowa była jednak ogłuszona pod wpływem spadających przez pięć lat ciosów; tylko emigranci na Zachodzie w pełni zdawali sobie sprawę z rozległości operacji. Już od września 1939 niszczono kształtujące się w II RP struktury organizacyjne; więcej, cały dorobek odrodzonej, budzącej szacunek cywilizacji państwowej. [...] W wyniku II wojny światowej państwo (i przeważna część jego ludności) zostały przesunięte za zachód. Jednocześnie zniweczono dotychczasowe warunki egzystencji warstwy ziemiańskiej, która odgrywała istotną rolę dla polskiej tożsamości kulturowej.[147]
W kwietniu 1945 przeniesiono nas do Piotrkowa do ciotki, która tam miała dom – mieszkaliśmy w bardzo zatłoczonych pomieszczeniach, w drewnianym domu bez kanalizacji, przez parę tygodni, żebyśmy – ja i siostra – mogli iść do szkoły, coś zacząć robić. Rodzicom udało się założyć sklepik z materiałami piśmienniczymi. Zgłosiliśmy się, tak jak trzeba, do urzędu miasta, aby przydzielono nam kwaterę. Tu zaczęła się walka klasowa i polityczna, bo [...] nam przydzielono dwa pokoje w dużym mieszkaniu w centrum Piotrkowa, w pięknej mieszczańskiej kamienicy u państwa Mikołajczaków, których było czworo. Była starsza pani i troje jej dzieci, w tym młody człowiek w wieku około dwudziestu lat w mundurze harcerskim i jego siostra, która była chora. Kiedy nas wprowadzono, leżała w łóżku i przez cały czas dzwoniła do nas elektrycznym dzwonkiem, żeby nam zatruć życie.
Młody człowiek w mundurze harcerskim usiłował się do nas wedrzeć, gdy już urzędnicy miejscy sobie poszli. Drzwi były zamknięte na łańcuch i pamiętam swoje rozpaczliwe wrzaski: „Druhu, druhu, co druh robi?!”. On się włamywał do własnego mieszkania, żeby nas, uzurpatorów, czerwonych uzurpatorów wypędzić. [...] Zachowywali się co najmniej jak krakowiacy wobec warszawiaków: „Po co tu przyszliście, po co zrobiliście powstanie? A teraz wchodzicie do naszych zapluskwionych mieszkań i będzie jeszcze gorzej”. To były napięcia zupełnie pozaideologiczne. Nakładały się na podziały polityczne, a jednocześnie już się zaczęły aresztowania. [...]
Szkoła w Piotrkowie to było naprawdę dobre gimnazjum i wspominam je [...] miło, jeśli chodzi o nauczycieli, o budynek, o tę aurę starości. Byłem harcerzem, bardzo czynnym: pierwsze wycieczki, pierwsze obozy. Harcerstwo było wtedy zupełnie poza nadzorem politycznym, chociaż należało uważać, żeby nie było jakichś akcentów politycznych, bo to się natychmiast źle kończyło, obserwowano to dosyć bacznie.
Piotrków Trybunalski, jesień 1946[179]
W oficjalnym życiorysie
W gimnazjum imienia Bolesława Chrobrego nastąpił zwrot moich zainteresowań w kierunku humanistyki. Dokonał się w znacznej mierze pod wpływem zawarcia bliższej znajomości z biblioteką gimnazjalną, która pamięta jeszcze czasy, gdy korzystał z niej Stanisław Konarski14.
Piotrków Trybunalski, grudzień 1946[35]
We wspomnieniach
Jedną z pierwszych książek, jakie w życiu kupiłem, była drukowana w Krakowie w 1945 roku na powielaczu, ułożona przez Kazimierza Wykę15 antologia Z lat wojny. Poezja polska 1938–1945. Znalazłem ją na jakimś straganie. To było moje pierwsze szerokie spotkanie z poezją współczesną; z tego szarozielonego fascykułu [archiwalnego poszytu] o szybko strzępiących się brzegach poznawałem po raz pierwszy Czechowicza, Baczyńskiego, Miłosza16 i wielu innych. [...]
Wtedy nie myślałem o studiach polonistycznych czy w ogóle literackich. Bo jeszcze jakieś dwa lata przed maturą trafiłem na książkę, która otworzyła przede mną wielki świat filozofii. Był to wydany w 1923 roku we Lwowie podręcznik Kazimierza Ajdukiewicza17Główne kierunki filozofii w wyjątkach z dzieł ich klasycznych przedstawicieli (Teoria poznania – logika – metafizyka).
Piotrków Trybunalski[91]
Książka Ajdukiewicza była dla mnie za trudna, ale jakoś przez nią przebrnąłem, okazała się najważniejszą lekturą w moim życiu. Uważam ją za najlepszy podręcznik tego rodzaju na świecie [...]. To była nauka porządnego myślenia, czyli jak myśleć i nie robić przy tym głupstw.
Piotrków Trybunalski[168]
O istnieniu Conrada-Korzeniowskiego18 dowiedziałem się z eseju Marii Dąbrowskiej19Conradowskie pojęcie wierności, napisanego w 1946 roku. Jest to znakomity tekst [...], po części literacki, po części zaś filozoficzny i polityczny. Dąbrowska podjęła w nim zasadniczą problematykę Conrada, zadając pytanie – skąd się wzięła jego etyka? [...]
Filozoficznie rzecz biorąc, ten etos istniał sam z siebie. I Conrad zresztą w Lordzie Jimie zadaje pytanie, skąd się bierze władza tego czegoś, co jest tylko konwencją, a ma tak ogromną siłę. Nad tym wszystkim Dąbrowska w swoim eseju się zastanawiała. Oczywiście, wtedy tego nie rozumiałem. Miałem dopiero szesnaście lat. Natomiast ten esej mocno przemówił do mnie jako głos w obronie tradycji Armii Krajowej. A zdawałem sobie sprawę, co się wokół mnie dzieje.
Piotrków Trybunalski, grudzień 1946[3]
Najbardziej mnie inspirował profesor Strychalski20, który był świetnym polonistą i potrafił nas zachęcać do samodzielnych lektur. Przeczytałem Wesele, które mnie olśniło zupełnie, jeszcze w dodatku dostałem to Wesele w wydaniu Wielkiej Biblioteki, [...] tam dzieła były obficie komentowane. Ja to wszystko przeczytałem i napisałem referat – i jeszcze napisałem artykuł do „Młodej Rzeczpospolitej”, to był dodatek do „Dziennika Polskiego”. [...] Napisałem pierwszy swój utwór w życiu: Wesele – satyrą i ostrzeżeniem.
Piotrków Trybunalski, styczeń 1947[179]
W artykule Wesele – satyrą i ostrzeżeniem w „Młodej Rzeczpospolitej” (jako uczeń IV klasy gimnazjum)
Wesele nie ma założenia pesymistycznego (nawiasem mówiąc, dzięki temu, że udało się przekonać cenzora, iż Wesele wywołuje depresję duchową, można je było wystawić w Wilnie w roku 1904, podczas gdy w Warszawie było ono zabronione – tam cenzor był mądrzejszy).
Wprawdzie praca ówczesnej inteligencji nad ludem jest oceniona ujemnie, a próba odzyskania niepodległości kończy się w sztuce fiaskiem, lecz mimo wszystko Wesele, gdy zastanowimy się nad nim uważnie, nie jest sztuką pesymistyczną. [...] Złoty Róg, symbol jedności wszystkich klas społecznych, który ma naród wezwać do boju o wolność, łatwo może zginąć, gdy więcej będziemy myśleć o własnym majątku niż o dobru ogółu.
Pozorne zwycięstwo Chochoła nie jest jednak tak groźne, jak by się zdawało. Chochoł, ironiczne uosobienie marazmu, ambicyjek i sprzecznych poglądów narodowych – jest symbolem. Pod słomianą pałubą nieporadności kryje się drzewo, które nie zmarznie i na wiosnę odkwitnie. [...]
O pesymizmie nie powinno być mowy – dziś przecież ten chłop, którego Wyspiański przedstawia z jednej strony z romantyczną kosą w ręku wpatrzonego w świt, który ma mu przynieść wolność, a z drugiej strony gubiącego klucz do tej wolności – Złoty Róg – ten chłop zasiada dziś w rządzie i Sejmie polskim. Wesele stało się, że przytoczę słowa Wacława Grubińskiego21 (W moim konfesjonale) bajką, gdy zaczął być powszedniością chłop w purpurze suwerena. Sam zresztą Wyspiański dał temu wyraz, gdy dowiedział się o wybuchu rewolucji w Warszawie, oświadczył, iż nie chce, by Wesele było grane. Tam dusza polska wyrwała się z objęć bezczynności, już ją odszedł smęt.
Kraków, 16 lutego 1947[146]
We wspomnieniach
Bardzo silne były również tradycje niezależności politycznej. [...] Wiedzieliśmy na przykład, iż jest u nas w szkole paru członków ZWM22, ale wiedzieliśmy także, że się ukrywają przed nami, bo mogą wylecieć przez okno. Takie były mniej więcej nastroje.
Piotrków Trybunalski, wiosna 1947[47]
Zdałem małą maturę, potem się przeniosłem do Warszawy i mieszkałem kątem u znajomych, bo nasze mieszkanie dopiero się odbudowywało. [...]
[Liceum] Reytana wspominam, jeśli chodzi o środowisko, o wiele milej niż Piotrków, szkoła nie była aż tak dobra, była bardzo nierówna, ale za to o wiele przyjemniejsi byli koledzy. [...] To liceum miało dwie cechy trochę przypadkowe: było blisko Biblioteki Narodowej i więzienia23. Można było korzystać z Biblioteki, nie będąc nawet studentem, a będąc uczniem gimnazjalnym – o ile się dostało zgodę. Poszedłem do dyrektora, był nim już wtedy Bieńkowski24 [...] – i dostałem od niego tę zgodę. Wtedy był bardzo łatwy dostęp do książek, a także do rękopisów. Siedziałem tam godzinami, czytając wszystko, co się da [...]. Ale kiedy się szło do tej biblioteki – ja mieszkałem na Mokotowie trochę dalej – to trzeba było przejść koło więzienia na Rakowieckiej. [...] Nie wolno było chodzić po tej samej stronie ulicy, po której było więzienie, trzeba było iść po przeciwnej. Pod arkadami SGH, naprzeciw więzienia, stał taki tłumek, szary tłumek samych prawie przytulonych kobiet w rozmaitym wieku, od dwudziestu do ponad osiemdziesięciu lat, czekających – niektóre bez niczego, niektóre z jakimiś tobołkami – na widzenie albo na oddanie paczek do więzienia. To było przejmujące. [...]
Kiedy przyjechałem do Warszawy, to dalej, też w liceum, działałem jako harcerz. Byłem starszym harcerzem, więc mnie włączono do Komendy Hufca. Działalność ta nie była zbyt ożywiona, ponieważ już było widać ręce organizacji młodzieżowych, ręce władz, które w to wchodziły. [...]
Nasi starsi koledzy – to było pokolenie, które się otarło o AK [...] – opanowali wtedy samorząd szkolny. Kiedy odchodzili, miały być wybory następnego samorządu i mnie zaproponowano na jego przewodniczącego. A organizacje młodzieżowe [...] powiedziały, że nie, że się nie zgadzają. I była chryja. [...] Na zebraniu samorządu umówiliśmy się z kolegami, że postawimy wniosek, aby wybory były tajne. Dyrektor nas obrugał, ale myśmy się uparli.
Warszawa, wrzesień 1948[179]
Szczęśliwy traf spowodował, że [...] kupiłem [...] tom Czesława Miłosza Ocalenie. Ale [...] pierwsza lektura tego zbioru nałożyła się w czasie z czytaniem Traktatu moralnego, ogłoszonego wiosną 1948 w „Twórczości”. Traktat był donośnym wezwaniem do czujności rozumowej i etycznej; stawiał Miłosza na pozycji autorytetu intelektualnego. Ostrzegał przed nadchodzeniem tego „jądra ciemności”, o którym mowa w ostatnim wersie. Jednakże podstawą oddziaływania Miłosza było właśnie Ocalenie. Pełniło rolę brewiarza poetyckiego dla tych, którzy nie chcieli się poddać polityczno-estetycznej reglamentacji, narzucanej przez komunistów.
Warszawa[109]
W listach do Andrzeja Walickiego25
Założyłem nowe Kółko Literackie w szkole. Skład – bajeczny! Parandowski (tak, tak, syn Jana26, jest w naszej klasie), Helsztyński (syn Stanisława27), syn Aleksandra Wata28, syn Wandy Melcer29, no i reszta nazwisk mniej sławnych, ale z dość otwartymi głowami. Członkowie Koła są wybierani, co zapewnia odpowiedni dobór. Poza tym pracuję w samorządzie, uczę się dalej angielskiego i trenuję siatkówkę w AZS-ie30. [...]
Posyłam Ci nowy numer naszych „Ogniw”31, których jestem „generalnym protektorem”. Twoje wiersze były już odbite przed wakacjami na matrycy, dlatego takie niewyraźne.
Warszawa, 17 października 1948
Listonosz zna mnie już jak zły szeląg – o tyle zły, że biedak niemal codziennie musi coś przynosić. [...] Natura obdarzyła mnie skłonnością zarówno do czytania, myślenia..., jak i do sportu, a poza tym – wybacz – z lekka romantyczną. [...] Cierpię na brak towarzystwa – Kółko Literackie nie zadowala mnie. Na skutek tej duchowej samotności [...] powoli dziwaczeję i zaskorupiam się. [...]
Stale prześladuje mnie przekonanie, iż w gruncie rzeczy nie wiem nic i do niczego w życiu nie dojdę. I to ostatnie jest najokropniejsze. I, wierz mi, doprawdy bardzo tęsknię do rozmów z Tobą. Choć – wyznaję – przekonały mnie one o mojej niższości, ale w dziwny sposób podtrzymywały mnie na duchu. [...]
Piszesz, że poziom „Ogniw” nie jest „zbyt wysoki”. Sam to twierdzę, ale nic nie poradzę. [...]
Mam nadzieję na spędzenie z Tobą choć części wakacji. A może by tak wędrówkę po Polsce?
Warszawa, 8 listopada 1948
W moim otoczeniu, szkolnym i nieszkolnym, wszystkim brak albo podobnych mi zainteresowań, albo podobnego podejścia do nich, albo po prostu poziomu. „Towarzystwa” szukam więc w książkach i czasopismach. I tu dochodzę przeważnie do wniosku, że jest to nieco za „wysokie towarzystwo” dla mnie. Nie to, abym ich nie rozumiał – pojmuję tylko swą niższość, czy to wykształceniową, czy to umysłową. Stąd brak zadowolenia.
Warszawa, 19 listopada 1948
Przede wszystkim gratuluję świetnej matury. Co do mnie, to także zdałem „na samych piątkach”, a nad moimi wypracowaniami pisemnymi roztkliwiają się do dziś (ja tylko jeden dostałem z obydwu bardzo dobrze). Zresztą, to głupstwo. Matura w tej formie to straszak na niegrzeczne dzieci. [...]
Myśl o podróży po Polsce piastuję ciągle – nadszedł już właściwie czas jej urzeczywistnienia. O ile masz rower, możemy jechać na rowerach – nie, to per pedes.
Warszawa, 23 maja 1949
Zdecydowałem się na wycieczkę rowerową, z tym, że do Czeremchy pojechalibyśmy pociągiem. [...] Do Warszawy przyjedź z rowerem, ekwipunkiem i pieniędzmi. O ile Marek32 będzie mógł jechać, będzie mi niezmiernie miło. W domu mówię, że jedzie nas trzech (nie masz pojęcia, jak się o mnie boją). Mapę kupimy tutaj – a także omówimy w ogólnych zarysach plan. [...]
Ja maturę dostanę dopiero 21 czerwca i natychmiast po załatwieniu uniwersyteckich formalności mogę ruszać.
Warszawa, 16 czerwca 1949[35]
We wspomnieniach
Reytana kończyłem w naprawdę dobrym czasie [...] – przed rozgonieniem szkolnictwa. [...] Zdałem maturę dosyć dobrze, [...] jakoś łatwo mi to poszło. Poza tym musiałem jako wiceprzewodniczący samorządu pierwszy raz w życiu wygłosić przemówienie. [...] Powiedziałem parę prawdopodobnie koszmarnych banałów, bo nie wiedziałem, jak to się robi. [...]
Rozmawiałem z Michałem Walickim33 o studiach, myślałem początkowo o historii sztuki i polonistyce. Od razu przyznałem się, że nie potrafię narysować nawet psa czy kota. Na to on powiedział wyrozumiale: „No, to ci może przeszkadzać jednak, musisz iść na polonistykę”.
Warszawa, koniec czerwca 1949[179]
W listach do Andrzeja Walickiego
Bardzo Cię proszę, nie pisz mi, czy nie zapisując się do ZMP34, zrobiłem głupstwo, czy nie. Rozważyłem sprawę dokładnie i nie żałuję swego postanowienia. Możesz to określić, jak chcesz, ale będę z siebie zadowolony nawet, gdy nie zostanę przyjęty na Uniwersytet Warszawski. [...]
Jutro wyjeżdżam do Lublina, gdzie mam startować w zawodach lekkoatletycznych między Polską Środkową a Południową. [...]
Świadectwo masz rzeczywiście świetne – lepsze ode mnie. Ja mam trójki z matematyki, fizyki i biologii (aż nadto zasłużone), czwórkę z łaciny i reszta (SP35 także) piątki.
Warszawa, 2 lipca 1949
Egzamin pisemny poszedł mi nieźle – pisałem Formy upowszechnienia oświaty i kultury w Polsce Ludowej. Ustny około 13 września. Nadzieje dostania się mam, ale średnią. Jest 1,5 kandydata na miejsce. Mam nadzieję, że przed 20 września będzie ostateczna odpowiedź. Jeśli się nie dostanę, to wyjadę. Czy w Łodzi są miejsca na humanistycznym? [...]
Ja, niestety, nie spędzam czasu zbyt ciekawie – ciągle ten cholerny brak „towarzystwa”, który sprawia, że przeskakuję z melancholii do gwałtownej chęci działania i odwrotnie – zresztą bardzo szybko.
Warszawa, 5 września 1949[35]
We wspomnieniach
Przed egzaminem [Michał Walicki] powiedział, żebym się nie martwił, bo w komisji jest Tadeusz Manteuffel36, jego szwagier i kolega z Biura Informacji i Propagandy KG AK. I rzeczywiście, Manteuffel mnie egzaminował i bardzo był dla mnie miły. Ale ja znałem mniej więcej odpowiedzi na pytania.
Warszawa, połowa września 1949[179]
W liście do Andrzeja Walickiego
Egzaminy już zdałem i czekam na odpowiedź (będzie około 30 września). Zagadnienia poszły mi nieźle. [...]
Ciekawym, o co pytano u Was na zagadnieniach. Mnie zadano następujące pytania: Jaka jest różnica między państwem burżuazyjnym a proletariackim? Kto to jest Stanisław Radkiewicz37? Dlaczego w Polsce Ludowej mamy milicję, a nie policję granatową? (Co za kryminalne pytanie!) i wreszcie – Do jakiej szkoły pan chodził? Proszę powiedzieć coś o jej patronie (życiorys Tadeusza Reytana!38).
Warszawa, 25 września 1949[35]
We wspomnieniach
Chciałem studiować filozofię, ale już nie było rekrutacji na studia filozoficzne. Wobec tego zapisałem się na polonistykę, a filozofię robiłem jako drugie studium, bo można było to robić, jeżeli się było na jakimś innym wydziale.
Warszawa, połowa października 1949[206]
W listach do Andrzeja Walickiego
Zacząłem już „studia”. W ubiegłym tygodniu mieliśmy dwa wykłady informacyjne, wykład Schaffa39 o przedmiocie filozofii oraz lektorat rosyjski. [...] Mam pewne kłopoty z ćwiczeniami, [...] przenoszę się więc do grupy Borowego40, który prowadzi także wykłady dla pierwszego roku z historii literatury polskiej. Żółkiewski41 wykłada polską literaturę współczesną, Krzyżanowski42 o Słowackim i o polskiej stylistyce historycznej, Doroszewski43 – gramatykę opisową.
Warszawa, 18 października 1949
W Warszawie obowiązuje całkiem wyraźne zarządzenie (omawiał je prof. Schaff), że kto chce studiować naukowo filozofię, musi przedtem, niezależnie od tego, na jakiej sekcji się znajduje, ukończyć proseminarium i później seminarium filozoficzne – zresztą dowolne: Tatarkiewicza44, Ossowskiej45, Schaffa czy Kotarbińskiego46. Na razie uruchomiono tylko proseminarium filozofii marksistowskiej – poziom ponoć nieszczególny. [...]
Pracuję nad wyrobieniem w sobie zdolności ścisłego myślenia – pamiętam, jaką trudność sprawiała mi jeszcze rok temu lektura Ingardena47. Mam umysł niestety mało wygimnastykowany w bardziej subtelnych kwestiach filozoficznych. [...]
Jeden z kolegów z polonistyki, jak się okazało ścisły współpracownik „Dziś i Jutro” oraz wkładki młodzieżowej i akademickiej w „Słowie Powszechnym”, zaproponował mi współpracę – głównie przy redagowaniu wkładki. Zgodziłem się – bo cóż robić – trzeba kiedyś zacząć, a nie ma gdzie.
Warszawa, 24 października 1949
Atmosfera w świecie naukowym jest ostatnio rzeczywiście bardzo ciężka. Stykam się z tym stale. Żółkiewski i cała metoda marksistowska jest tak obskurnie nienaukowa, że aż strach bierze, co będzie za parę lat z kulturą polską. [...] Bardzo smętny obraz współczesnego stanu rzeczy dał Krzyżanowski, porównując dwie rocznice Słowackiego: w 1909 i 1949 roku, określając zresztą niedwuznacznie powody ogólne.
Warszawa, 3 listopada 1949[35]
We wspomnieniach
Za swojego Nauczyciela w sferze literatury uważałem zawsze Wacława Borowego, chociaż miałem z nim do czynienia tylko przez wstępny rok uczestnictwa w proseminarium. I to było moje szczęście największe. [...] Metoda zajęć była następująca: na każdym proseminarium po kolei referat i koreferat, a następnie dyskusja, do której umiejętnie zachęcał, podrzucając pytania; własne uwagi wtrącał oszczędnie (co mu, prawdę mówiąc, ułatwiała spora gadatliwość członków grupy) i zachowywał zwykle na zakończenie. [...] Uczył nas przede wszystkim wnikliwego, czujnego czytania. [...] Jeżeli ktoś bez wyczucia przeczytał wers czy dwa – przerywał, prosił o powtórzenie; i w ten sposób praktycznie uczulał na coś, co badacz musi wpuścić sobie w krew. [...] Był prawdziwie sokratycznym akuszerem naszych przeżyć i osądów.
Warszawa[69]
Profesor Borowy, [...] człowiek ogromnie obowiązkowy, wspaniały esteta, znakomity pedagog. Proseminaria, które prowadził, to były rzeczywiście arcydziełka pedagogiki, bo każde było uformowane, każde było takim seansem wychowawczym.
Warszawa[206]
W liście do Andrzeja Walickiego
Chodzę regularnie na wszystkie wykłady i ćwiczenia (co prawda nie mamy jeszcze lektoratów, ale staram się samodzielnie czytać po rosyjsku; i czytam po angielsku i niemiecku), odrabiam prace zadane na ćwiczenia, chodzę na nieobowiązkowe konwersatorium krytyki literackiej i biorę w nim żywy udział, poza tym mam dwa razy w tygodniu od 20.00 do 22.00 treningi – a pozostaje mi czas na czytanie książek nadobowiązkowych. [...] A może za dużo sypiasz?
[...]
Skąd u nas Słowacki? Jest to wykład nieobowiązkowy, prowadzony świetnie przez prof. Krzyżanowskiego. [...] Mimo obchodu rocznicy wieszcza, nauka bardzo mało dała nowych prac na ten temat – Krzyżanowski chce tę lukę w miarę możności zapełnić, co mu się doskonale udaje.
Warszawa, 10 listopada 1949[35]
We wspomnieniach
Profesor Julian Krzyżanowski, którego byłem uczniem, [...] z którym się zaprzyjaźniłem, [...] uczył nas szerokości horyzontów, gigantycznej pracowitości, intuicji badawczej. Nie był to subtelny krytyk, ale miał kolosalną intuicję do znajdowania ważnych rzeczy w historii literatury. A poza tym w okresie stalinowskim uczył nas pogardy dla karierowiczów. Ponieważ był niewątpliwie największym uczonym na polonistyce warszawskiej i człowiekiem szalenie złośliwym, to się go bano. Bali się go nawet partyjni podskakiewicze. Nic takiego nie robił, żeby go można było zamknąć. Zachowywał się spokojnie, ale jednocześnie nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, co myśli o obowiązującej metodologii i karierowiczach. To była duża lekcja dla nas, studentów. Zachowanie suwerenności duchowej badacza.
Warszawa[206]
W liście do Andrzeja Walickiego
Zostałem wybrany do Zarządu Koła Naukowego Polonistów – na razie bez funkcji. Specjalnie mnie to nie cieszy.
[...]
Zapisałem się na proseminarium filozoficzne i bywam – rzadko – na wykładach Tatarkiewicza. Bardzo ciekawe i przyjemne.
Warszawa, 5 grudnia 1949[35]
We wspomnieniach
Trzeci mój wychowawca to profesor Tatarkiewicz [...]. Był moim wychowawcą filozoficznym, bardzo wnikliwym, przyjaznym i jednocześnie tolerancyjnym, bo wiedział, że moje sympatie filozoficzne nie pokrywały się z jego sympatiami. [...] Uczył nas kolosalnej kultury, która była nie tylko kulturą umysłową, ale także kulturą obyczajową. Umiejętności współżycia z bardzo rozmaitymi formami myślenia, a jednocześnie zachowania swojej postawy dżentelmena. Nawet w stosunku do wrogów, do rozmaitych ludzi paskudnych, jak on to czasami mówił. To już nie jest sfera edukacji naukowej, to jest sfera edukacji życiowej. Prowadziliśmy rozmowy na temat tradycji rodzinnych i literackich. Mieliśmy wspólnego pisarza, któregośmy obaj uwielbiali – Tomasza Manna. To bardzo wiele uczyło i nauczyło mnie zrozumienia dla zupełnie innej formacji duchowej, jaką byli ludzie wychowani przed I wojną światową.
Warszawa[206]
W listach do Andrzeja Walickiego
Odbyłem niedawno ciekawą dyskusję na temat kultury. Dyskutantami byli organizatorzy „podziemi św. Anny”48 – jeden nawet z Łodzi, z filozofii i psychologii (wyższe lata) [...]. Zażarty bój o definicję i podział kultury trwał pięć godzin.
Pierwszy odczyt „w podziemiach” już się odbył – wygłosił Zawieyski49: Rzeczywistość realna a artystyczna. [...] Dyskusja była miejscami mistyczna, ale również ciekawa.
Warszawa, 23 stycznia 1950
W Kole Polonistów objąłem ostatecznie bibliotekę, co zabiera parę godzin tygodniowo. Odczyty „w katakumbach” nie odbywają się na razie.
Warszawa, 8 lutego 1950[35]
We wspomnieniach
Wielkim przeżyciem osobistym było spotkanie na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego. Szliśmy z Tatarkiewiczem i spotkaliśmy Ajdukiewicza. Tatarkiewicz mnie przedstawił, a ja ledwo utrzymałem się na nogach. On zresztą miał pseudonim Kazimierz Wspaniały, kiedy był rektorem Uniwersytetu Poznańskiego. Był rzeczywiście wspaniały, bardzo wysoki, o takim majestatycznym wyrazie twarzy i nieco władczym sposobie mówienia. [...] Miałem wrażenie, że przez chwilę jestem na Olimpie i dwaj bogowie ze sobą przyjaźnie rozmawiają.
Warszawa[179]
Profesor Kazimierz Ajdukiewicz był dla mnie wzorem myślenia. Nauczył mnie dwóch rzeczy. Najważniejsza brzmi: o wszystkim można pisać w sposób zrozumiały; nawet o najbardziej skomplikowanych zagadnieniach metafizycznych. Po drugie – uczył mnie nieufności do wszelkiego rodzaju mętniactwa. Do różnych teorii historiozoficznych, które brzmią wspaniale, ale nie wiadomo, co dokładnie znaczą – ani ich udowodnić, ani obalić, więc lepiej nie próbować ich wcielać w życie.
Warszawa[5]
Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego: podchodzi do mnie, pierwszoroczniaka, znany już z widzenia starszy kolega-polonista, w okularach na nosie, [...] z uśmiechem przedziwnie łączącym dobrotliwość i ironię, i powiada: „Lipski50 jestem. Słyszę, że i pan interesuje się neopozytywizmem”. Co wówczas znaczyło również: „dowiaduję się, że i pan nie bierze na serio tych marksistowskich bredni”. Tak się zaczęła nasza przyjaźń. [...] Myślę, że w jego uśmiechu ironia nie tyle wyrażała brak złudzeń, co stanowiła ochronny, trochę wstydliwy parawan dla wielkiej, dominującej w charakterze Janka dobroci.
Warszawa, koniec marca 1950[191]
Spotkałem Borowego. Ukłoniłem się i gdy się Borowy do mnie odezwał, to tak jakby się chmury rozproszyły i zrobiło się coś wielkiego. Taki był mój stosunek osobisty do niego – entuzjastyczny. [...] Ogłosiłem tekst w „Dziś i Jutro”; on ten tekst czytał i o ten tekst mnie zagadnął – i ja dosłownie na miękkich nogach odpowiadałem mu.
Warszawa[179]
W artykule Przebudzenie Finnegana w „Dziś i Jutro”
Spośród najwybitniejszych pisarzy XX wieku James Joyce jest niewątpliwie najmniej w Polsce znanym. Przyczyną – dość jasną – jest niezwykła oryginalność jego twórczości i odstraszająca trudność przekładu. [...]
Przebudzenie Finnegana51, jak i poprzednie dzieła Joyce’a, wywołało burzę sprzecznych opinii. Zarzucano kompletną hermetyczność, niezrozumialstwo, za daleko posuniętą ryzykowność eksperymentu, gwałcenie praw języka itd., itd. Z drugiej strony podnoszono wspaniałą i bogatą oryginalność, ogrom natężenia intelektualnego, niezmierzone bogactwo motywów, odkrywczą technikę i swoisty realizm. Trzeźwi krytycy zwrócili uwagę, że za wcześnie jeszcze na ostateczną ocenę dzieła, którego rozszyfrowanie wymaga długiej i żmudnej pracy. To pewne, że książka zostanie zawsze utworem dla wybranych, dokładnie dla ludzi o wysokiej kulturze literackiej i lingwistycznej, nigdy nie zdobędzie takiej nawet ilości czytelników, jak Ulisses. Zresztą – czyż można przewidzieć, co będzie za lat choćby pięćdziesiąt? [...]
Pragnienie syntetycznego ujęcia ludzkiego życia i dążności, ducha epoki i jej ideałów, ustalenia praw ogólnych, rządzących światem – pojawia się w literaturze ciągle, było natchnieniem Boskiej komedii, Fausta i wielu innych pomniejszych w wiekach minionych – współcześnie zrodziło dzieła takie, jak Czarodziejska góra [...]. Wiek XX, wiek rewolucji i wojen, wiek gwałtownych przemian i przewrotów społecznych, skłania do rekapitulacji, do rozumowego i artystycznego ujęcia wszystkich swych rozwichrzeń. [...]
Problem główny: odrodzenia człowieka i grzechu pierworodnego. Przy jego omawianiu nie można poprzestać, rzecz prosta, na stwierdzeniu, że gra tu rolę katolickie wychowanie Joyce’a, choć krytycy stwierdzają, że nawet bluźniąc, robi to niedoszły jezuita „po katolicku”. Problem ten, typowo, choć niewyłącznie chrześcijański, powraca od pierwszych wieków naszej ery i ogromna liczba filozofów i pisarzy usiłowała go oryginalnie rozwiązać – od św. Augustyna do Chestertona, przy czym oczywiście nie wszyscy oni byli katolikami. Symboliczne ukazanie zagadnienia u Joyce’a (bez podania dróg prowadzących do niego), jest dotychczas ostatnim i świadczy o niesłabnącym zainteresowaniu podźwignięciem człowieka na należne mu duchowo miejsce.
Warszawa, 23 kwietnia 1950[129]
W listach do Andrzeja Walickiego
Hanka Rybicka52 wraz z siostrą nawróciły się na marksizm. Jej siostra miała nawet bojowy referat na naradzie produkcyjnej pierwszego roku polonistyki. Obgryzano, ile się dało, Borowego zwłaszcza.
Dostałem za Joyce’a [w „Dziś i Jutro”] 8000 złotych i nakupiłem mnóstwo książek. [...] Nie mam czasu czytać nic poza lekturą, egzaminy blisko, sesja na karku, trzeba się gwałtownie podciągać w angielskim.
Warszawa, 3 maja 1950
Wracam do Warszawy, będę tam siedział do 13 sierpnia, wyjadę do Krakowa na mistrzostwa Polski, a następnie mam miesiąc wolny. Chciałbym się gdzieś z Tobą wybrać, choćby na parę dni (najlepiej na wschód).
Zawada, 26 lipca 1950[35]
We wspomnieniach
Gdy aresztowano Michała Walickiego53, Andrzej przeżywał okres pogodzenia z rzeczywistością. [...] Pojechaliśmy na wakacje rowerowe na Suwalszczyznę i szliśmy z Augustowa do Płocic w kierunku na Tartak, wzdłuż rowu z wodą, z rowerami. Zaczęliśmy rozmawiać o Michale. Siedział w więzieniu i Lena Walicka54, jego ostatnia żona, usiłowała go wydobyć. Chodziła do Cyrankiewicza55, nic z tego nie wychodziło. Andrzej zaczął tłumaczyć, że jednak władze mają powody, żeby ojca zatrzymać. Wpadłem w furię i wrzuciłem go do tego rowu razem z jego rowerem. Potem go oczywiście wyciągnąłem, troszkę żeśmy rower wytarli i poszliśmy dalej. Jego Hegel bardzo ukąsił, mnie się to wydało naiwnie oburzające. Ten sposób myślenia go jakoś usidlił, ale wtedy mogliśmy z tym żyć i mogliśmy się przyjaźnić.
Warszawa, koniec sierpnia 1950[179]
W liście do Andrzeja Walickiego
Jutro zdaję. Jest u mnie Janusz Odrowąż-Pieniążek56 i razem się „uczymy”, to znaczy konstatujemy co parę minut, że nic nie umiemy. Jutro także idę na komisję wojskową. 26 września zdaję rosyjski, a 4 października Tatarkiewicza – jako pierwszą część egzaminu z „głównych zasad filozofii”.
Warszawa, 19 września 1950[35]
We wspomnieniach
Po śmierci profesora Wacława Borowego [16 października 1950] wdowa prosiła mnie o porządkowanie jego archiwum [...]. I wówczas ze zdumieniem stwierdziłem, że profesor prowadził szczegółowe notatki z ćwiczeń wstępnych ze studentami pierwszego roku. Czytałem streszczenia naszych wypowiedzi, łącznie z moimi. Byłem zaskoczony, jakie mądre rzeczy mówiłem. Oczywiście to Borowy to tak ładnie ułożył. Myśmy tam coś gęgali, dukali, ale to była wielka szkoła. Poza tym szkoła niezależności duchowej. On był pod straszliwym atakiem wówczas, w latach 1949–50. Zresztą umarł po jednej z narad „produkcyjnych”, podczas której był bardzo ostro atakowany. Pamiętam, jakim wyzwalającym przeżyciem było dla paru moich kolegów i dla mnie to, żeśmy – bojąc się okropnie – jednak wystąpili w jego obronie.
Warszawa, listopad 1950[206]
Zetknąłem się w Warszawie ze środowiskiem, które było i inteligenckie, i niepokorne, a zarazem katolickie i w Kościele widzące swojego sprzymierzeńca. Zbieraliśmy się dość często w mieszkaniu Zosi Lewinówny przy Łowickiej. Bywali tam: Donia Abakanowicz, Marysia Dernałowicz, Julek Eska, Leszek Kuc, Felek Sawicki, Adam Stanowski i wielu innych [...] (byłem wśród nich najmłodszy)57. Toczyliśmy uczone i żwawe dyskusje na tematy filozoficzne i społeczne: marksizm, jeżeli się w nich pojawiał, to jako wyzwanie ideowe do zaangażowania się po stronie pokrzywdzonych, nie jako problem intelektualny. Prawie wszyscy z tych ludzi trafili wkrótce pod niedaleki adres więzienia na Rakowieckiej, gdzie już przebywał między innymi, z podobnymi środowiskami inteligencji katolickiej związany, Władysław Bartoszewski58...
Nie wątpię, że takich kręgów było znacznie więcej. To była ważna część ówczesnej rzeczywistości, w której wybór był wcale nie taki prosty, jak w wierszu Miłosza o Borowskim59: „między gładką ścianą Wschodu a murami polskimi Ciemnogrodu”60. Ci ludzie nie odtwarzali wzorunacjonalistycznego Polaka-katolika i tylko demagogmógłby ich pomówić o „reakcyjność”. [...] Był to, naowe czasy, świat bogaty i swobodny – mimo wszystkich pastwień się cenzury.
Warszawa[161]
Na studiach polonistycznych [...] było nas niewielu takich, którzy nie byli zorganizowani. Było nas z daleka widać i traktowano nas inaczej. Moim ówczesnym kolegą był Odrowąż-Pieniążek. [...] [W PAX-ie] Zaproszono nas i parę osób, które współpracowały z „Dziś i Jutro” i ze „Słowem Powszechnym”. [...] Nie jesteśmy zwolennikami tzw. przemian ustrojowych... Nie mówili, że jesteśmy nastawieni opozycyjnie, ale raczej ironicznie o kontrrewolucji. Pytano nas, dlaczego mamy takie stanowiska i dlaczego to w dodatku ukrywamy. To było bardzo pompatyczne zebranie, bo był tam obecny nawet Piasecki61, całe kierownictwo PAX-u, łącznie z Dominikiem Horodyńskim i Tadeuszem Mazowieckim62 (siedział ze spuszczoną głową i nie patrzył nam w oczy). W wieczorku na Mokotowskiej, w głównej siedzibie PAX-u, byli też Micewski63 i Zygmunt Lichniak64, który się nami opiekował. [...]
Piasecki strasznie na nas ryczał. Mówił, że myśmy ich oszukiwali. [...] My mówiliśmy, że się swych poglądów nie wstydzimy. Współpraca miała się na tym skończyć – powiedzieli, że zamykają nam łamy.
Dwa dni później spotkałem na uniwersytecie Lichniaka, który powiedział: „To taka nieprzyjemna rzecz. Gdyby panowie wyłożyli to na piśmie, to może by to coś pomogło”. Spotkałem zaraz Jana Józefa Lipskiego i opowiedziałem mu o tym. Janek parsknął śmiechem: „No, jeśli chcesz napisać donos na samego siebie... Przecież wiesz, dla kogo on to zbiera”.
Warszawa, 21 kwietnia 1951
Traktowano nas w sposób specjalny na uniwersytecie. Nazywano nas po prostu reakcjonistami. O mnie mówiło się, że jestem Orłem Reakcji, co było dla mnie bardzo pochlebne. Nazywano mnie tak może dlatego, że byłem najbardziej gadatliwy. [...]
Po zastrzeleniu spikera radiowego Stefana Martyki65, miały miejsce duże aresztowania byłych akowców. Aresztowano wtedy także Leszka Budreckiego66. [...] Siedział przez kilka tygodni na Rakowieckiej. W śledztwie zetknął się [...] z Michałem Walickim, który tam siedział, czekając na wyrok. Leszek prosto z więzienia przyszedł i powiedział mi: „Pytali także o ciebie, bo jest was tam grupa na uniwersytecie, na polonistyce, która się nie podporządkowuje. Ty uchodzisz za ich przywódcę”.
Warszawa, listopad 1951[35]
W listach do Andrzeja Walickiego
Odczuwam większe zainteresowanie światem „duchowym”: w nim przejawia się specificum człowieka, to co dla niego najistotniejsze i najbardziej podstawowe. A – na jakimkolwiek stanowisku staniemy – on jest nie tylko miarą, ale i jądrem wszystkiego: ponieważ to on poznaje, on myśli, on porównuje – on jeden. [...]
Mówiła mi Krysia67, że męczy Cię pisanie listów. [...] Możesz po prostu, pisząc do żony (Ha! Jak to godnie brzmi!), wspomnieć na przykład, jakie Ci przysłać książki.
Warszawa, 5 grudnia 1951
Wczoraj odbyliśmy wielką, generalną rozmowę o sobie samych (kolejne wypowiadanie poglądów). Ja dostałem reprymendę, że jestem powodem... Zarzuty (niecierpliwy, nieznośny w drobiazgach, złoszczący się o głupstwa) uznałem za słuszne – przynajmniej w znacznej mierze. Poza tym usłyszałem jeszcze parę ciekawych uwag (nieco przesadnych w afirmacji). Najwięcej, sądzę, skorzystała Krysia, którą trzeba koniecznie podsycać intelektualnie, bo przy bardzo dużych możliwościach jest dość nieruchawa, a przede wszystkim pełna wątpliwości co do własnych uzdolnień.
W ogóle mam z nią wiele kłopotów i w tej chwili obawiam się możliwości jakiejś katastrofy [...], wynikającej z tego, że o ile ja jestem zdecydowany zupełnie, ba – mam świadomość stawiania wszystkiego na jedną kartę – to ona bynajmniej zdecydowana nie jest.
Krościenko, 9 lutego 1952[35]
We wspomnieniach
