Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
„Madryt jest pięknym miastem, ale o tym nie wie” – twierdziła pisarka Almudena Grandes. I miała na myśli piękno szorstkie, dwuznaczne. Jak wtedy, gdy różowawa barwa fasady niepokojąco współgra z kolorem świńskich nóg w witrynie mięsnego.
Stolica Hiszpanii nie stała się nigdy najnowocześniejszym ani najbardziej turystycznym miejscem na Półwyspie Iberyjskim. I choć reszta mieszkańców Hiszpanii twierdzi, że Madryt jest miastem wymysłem, Klaudia Pieszczoch pokazuje, że jego historia i charakter są co najmniej tak ciekawe jak Barcelony czy Toledo.
Autorka prowadzi nas przez place, na których starsze panie w różowych loczkach wygrzewają się, popijając clara con limón. Opisuje Lavapiés, najbardziej wielokulturowy kwartał Madrytu. Odwiedza dzielnice, które stały się kolebkami ruchów sąsiedzkich, i gejowską Chuecę, w której sercu stoi Kościół Świętego Antoniego otwarty dla wszystkich – ludzi i zwierząt. Analizuje fenomen madryckiej movidy – najsłynniejszego ruchu kontrkulturowego w Hiszpanii.
Z gęstej od faktów i literackich odniesień opowieści wyłania się miasto eklektyczne i pełne kontrastów oraz jego mieszkańcy – gościnni, otwarci, bezpretensjonalni. „Tylko po to, aby być czymkolwiek, będę Madrytczykiem” – mówi oficjalny hymn Wspólnoty Madrytu. Niewiele metropolii może się pochwalić takim dystansem do siebie.
Madryt nigdy nie miał w sobie nic z katedry. Jest raczej miastem, które zbiegło ze mszy. Wyrósł odwrócony plecami do Pałacu Królewskiego i jeśli coś tu króluje, to luz i żywotność. I jeśli odciska się w zbiorowej wyobraźni jakimś kształtem, nie jest to zarys do końca realny, związany z konkretną budowlą czy panoramą. Przywodzi raczej na myśl wybujałą formę dworzanki ze słynnego obrazu Velázqueza: przysadzistą, a zarazem śmiałą, nieco przerysowaną.
Autorka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 460
Data ważności licencji: 5/13/2033
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Projekt okładki Agnieszka Pasierska
Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś
Fotografia na okładce © Janusz Szyszkowski
Copyright © by Klaudia Pieszczoch, 2026
Opieka redakcyjna Przemysław Pełka
Redakcja Paulina Piądłowska
Korekta Agata Milewska / d2d.pl, Karolina Górniak-Prasnal / d2d.pl
Skład Ewa Ostafin / d2d.pl
Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl
ISBN 978-83-8396-329-7
WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.
czarne.com.pl
Wydawnictwo Czarne
@wydawnictwoczarne
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
Wołowiec 2026
Wydanie I
Kiedy filmy Pedra Almodóvara stały się globalnym wydarzeniem, które przywróciło Madryt na mapę po dziesięcioleciach obojętności, zagraniczni dziennikarze często pytali mnie o miasto obecne w jego filmach. Zawsze odpowiadałam, że Pedro może przesadza, ale niewiele. Bo jeśli istnieje na świecie miasto, w którym prostytutka może powiesić pejcz do wyschnięcia na sznurku do bielizny i nie wywołać skandalu wśród sąsiadów, to bez wątpienia jest to jedno i to samo miasto, w którym panie schodzą po chleb w kapciach, w szlafroku i z głową pełną loków trzymanych pod czepkiem.
Almudena Grandes, El brillo y la cochambre. Una teoría deMadrid [Blask i syf. Teoria Madrytu]
W Madrycie wciąż istnieją ulice:
Kapelusika, Rozczarowania, Szermierki, Barana, Kalwarii, Miłości Bożej, Pasji, Szpady, Głów, Piszczeli, Nożowników, Hafciarzy, Garbarzy, Głuptasów, Bezradnych, Matki Boskiej od Niebezpieczeństw, Goździka, Zegara, Soli, Księżyca, Lustra, Sałaty, Trzech Ryb, Popielniczki, Cytryny, Drewna, Sprzedawców Piasku, Rodzynki, Opóźnień i Matki Boskiej Portowej.
Nie ma już niestety trzech ulic Wiatru, podobnie jak ulic:
Wątpliwości, W-Złą-Godzinę-Pójścia, Choćby-Wam-Ciążyło, Wyjdź-Jeśli-Możesz, Kota, Piekła, Granicy, Patelni, Wszy, Pcheł, Biczowanego, Dobrej Śmierci i Połamania Nóg.
Kobieta najpierw zamiata, a potem macza miotłę w wiadrze z wodą i myje nią witrynę sklepu. „Spożywczy i elektryka, produkty z czterech państw, usługi przekazu pieniędzy za granicę i połączenia międzynarodowe”. Dzielnica Lavapiés: wąskie uliczki opadają stromo, jakbyśmy były w jakiejś Lizbonie, ale nie, Lizbony nie czuć tym czosnkowo-smażonym zapachem, w Lizbonie nikt – chyba że turyści – nie drze się tak, jak ta grupka tubylców wychodząca zza rogu. To znaczy oni nie krzyczą, po prostu mówią, ale i tak można ogłuchnąć.
Wytatuowana dziewczyna wlecze w górę ulicy ogromny materac. Po obu stronach ciągną się trzy- i czteropiętrowe budynki o wąskich balkonach z kutego żelaza. Gdzieniegdzie powiewają na nich flagi Drugiej Republiki Hiszpańskiej na przemian z tęczowymi i palestyńskimi. Fasady są skromne, ale barwne. Piaskowa żółć, rdzawa czerwień, ochra, majtkowy róż. Czasem po prostu goła cegła. Wiele w tym mieście bowiem jest i dzieje się po prostu, jak choćby to maczanie miotły. Albo ten sznur na pranie z ciuchami w samych krzykliwych barwach. Rozwieszonymi nie do wyschnięcia, tylko dla ozdoby. Sąsiadki wpadły na pomysł, by każdy dał, co ma najbardziej jaskrawego – tłumaczy znajoma, u której jestem. Wiszą więc: T-shirty i legginsy w kolorach fluo, strój Dzwoneczka ze skrzydełkami z tiulu, ale też uniform madryckiego zamiatacza ulic – limonkowo-turkusowy, z odblaskami. Zrobiony z poliestru, od którego sprzątający dostają latem odparzeń. W dole kelnerzy z indyjskich knajp w szalonym tempie nakrywają stoliki papierowymi obrusami. Lśnią skórzaste liście magnolii i wyrzucona na śmietnik brokatowa sukienka. Błyszczy, spływając z kontenera, może ktoś się jeszcze na nią skusi.
Chwilę wcześniej przebiegłam wzrokiem po monitorze znajomej. W tle widniał zarys czegoś, chyba miejski skyline, ale nie potrafiłam stwierdzić, czy to jakieś konkretne miasto, czy tylko wariacja na temat miejskości samej w sobie.
– Co to? – zapytałam.
– Madryt. Nasza firma zrobiła takie grafiki dla wszystkich miast, w których ma biura.
Chudy wieżowiec, jakieś kopuły i wieżyczki, kolejne drapacze chmur. Nie przypominało mi to specjalnie Madrytu. Ale co w oczywisty sposób mogłoby się z nim kojarzyć? Który z budynków, zakątków czy widoków określiłabym jako ikoniczny? Zastanawiałam się nad tym na mikroskopijnym balkonie, przycupnięta obok skrzynki od klimatyzacji. Odpowiedź brzmi: żaden.
Wraca do mnie mój pierwszy, jeszcze studencki pobyt w Madrycie. Miasto powitało mnie wówczas widokiem ośnieżonego Plaza de Tirso de Molina z jego targiem kwiatowym i ludźmi tarzającymi się w zaspach między straganami. Nigdy później nie widziałam tu takiego śniegu. Kiedy szłam odebrać klucze do mojego pierwszego pokoju bez okien, towarzyszyło mi poczucie, że nic nie rozumiem z tych kwiatów, zasp i paru groźnych anarchistycznych flag powiewających na kamienicach w słonecznych odcieniach. Był rok 2009 i Hiszpania pogrążała się w kryzysie. Zostawiłam walizki w mieszkaniu o nieokreślonej liczbie lokatorów i zdezorientowana ruszyłam w stronę Plaza Mayor, chyba z nadzieją na coś znajomego. Pamiętam mieszane uczucia, które wywołał we mnie madrycki rynek. Bo niby ładnie, ale jak na stolicę Hiszpanii w zasadzie skromnie, by nie powiedzieć – topornie.
Teraz znów jestem na tym placu, pierwszy raz od dawna, i próbuję spojrzeć świeżym okiem. Okala go ciąg trzypiętrowych budynków. Poza jedną pokrytą pastelowym freskiem fasadą pozostałe, o barwie zgaszonej czerwieni, niczym się nie wyróżniają. Ta czerwień – rdzawa, gęsta, nieco przytłaczająca – niesamowicie podbija błękit wysokiego nieba. I z tą czerwienią się zostaje, choć może nie tyle jako barwą, ile pewną właściwością, stanem skupienia. Poza tym arkady, łuki, proste balkony z barierkami z toczonych prętów, bez żadnych dekoracji. Typowe dla tutejszego baroku wieżyczki z dachami łupkowymi o szerokiej podstawie i ostrym, wysokim zwieńczeniu. Nijak się to ma do olśniewającego Plaza Mayor w nie tak znów odległej i znacznie mniejszej Salamance.
Rozczarowani są także Ela i Andrzej Banachowie, którzy opisują swoją wizytę na madryckim rynku w Dzienniku podróży po Hiszpanii: „Chodzimy smutni po Plaza Mayor w Madrycie i próbujemy się dowiedzieć, skąd nasz smutek hiszpański”. Nasuwają im się porównania z paryskim Place des Vosges, przy którym Plaza Mayor wypada blado: „[…] jest bardziej ciemny, bardziej surowy, mansardy o wiele mniej ładne”. Kojarzy im się on z pułapką, przypomina raczej kamienny dziedziniec niż główny plac. „Jest w takiej relacji do Place des Vosges, jak Eskurial do Wersalu, nie jest poważny, jest ponury” 1. Na tak krytyczną ocenę podróżników miały być może wpływ myśli o czasach inkwizycji, kiedy to na Plaza Mayor toczyły się procesy i zapadały wyroki, a niekiedy dochodziło też do palenia na stosie.
Mimo swojej prostoty i surowości madrycki Plaza Mayor stał się jednak modelem dla głównych placów innych hiszpańskich miast. „Tak jakby był matrycą Hiszpanii” 2 – pisze Andrés Trapiello w Madrid, swoim opus magnum poświęconym stolicy. A ja się zastanawiam, czy owa matryca obejmuje też pomniki o posępnej treści. Ten ustawiony w centrum Plaza Mayor – król Filip III na koniu – został wysadzony w zamachu bombowym, kiedy Madryt był przez chwilę stolicą republiki (1931–1939). Tysiące małych kości posypały się wtedy na plac. Przez lata wróble mościły się w pysku konia, ale niektóre wpadały do środka, na samo dno brzucha, skąd już nie umiały się wydostać.
Opuszczam plac przez Arco de Cuchilleros, Łuk Nożowników. Podobnie jak Arco de Botoneras, Łuk Sprzedawczyń Guzików, jest ledwie powidokiem rzemieślniczej i handlowej przeszłości tego miejsca, z której ostało się kilka starych sklepików i zakładów pod arkadami. Wśród nich butik z kapeluszami i czapkami, w którym Che Guevara kupił podobno swój beret.
Calle Mayor, ulica (dosłownie) Wielka, ma w sobie niewiele z miejskiej arterii. Jej wielkość wynika głównie z faktu, że trochę przypadkowo połączyła dwa ważne – przynajmniej w teorii – punkty miasta: Katedrę Almudena oraz Puerta del Sol. Kamienice, owszem, ładne, ale tchu nie zapierają – te stare zostały w większości zniszczone lub wyburzone, zastąpiły je budynki dziewiętnastowieczne. Zachowało się raptem kilka barokowych pałaców oraz perełka w postaci Plaza de la Villa – najstarszego placu w stolicy, korzeniami sięgającego średniowiecza, na którym można dostrzec elementy architektury arabskiej: podkowiaste portale, geometryczne zdobienia. To właściwie jedyna namiastka starego centrum Madrytu. Poza tym calle Mayor jest jak główna ulica niewielkiego miasteczka – dużo tu cegły i rudości, sklepików z nugatem i espadrylami. Turystyczny chłam wyziera z co drugiego lokalu.
Pałac Królewski, który wyrasta przede mną, gdy docieram na Plaza de Oriente, też raczej rozczarowuje. Choć kiedy się pomyśli, że rezydujący w nim mieli widok głównie na nadrzeczne pralnie, armię prześcieradeł i bety swoich podwładnych, to trudno się nie uśmiechnąć. Ostatnim mieszkańcem pałacu był paradoksalnie nie król, tylko hiszpański premier z czasów Drugiej Republiki, Manuel Azaña. Upodobał sobie to miejsce reprezentujące wszystko, przeciw czemu występował.
Później, po wojnie domowej, nikt już tu nie rezydował. Generał Franco wybrał zacisze zielonego El Pardo na obrzeżach Madrytu, podobnie jak aktualny król Filip VI oraz jego poprzednik. Pałac wzniesiono w stylu barokowym, ale jego architektura jest raczej powściągliwa, surowa, żeby nie powiedzieć – przygnębiająca. Chwilę trwa, zanim przejdzie się do porządku dziennego nad wykutą z granitu ołowianą bryłą. Jak mawiał stołeczny pisarz Francisco Umbral, „Madryt został stworzony przez Karola III, Sabatiniego i murarza z Jaén, ale to ten ostatni urobił sobie przy nim ręce po łokcie”. I prawda jest taka, że mało który hiszpański król zagrzał w stolicy miejsce na dłużej, za to murarzy były tu całe rzesze. Ani Habsburgowie, którzy mieli słabość do Eskurialu, ani Burbonowie, którzy wędrowali z dworem z jednego krańca królestwa na drugi, często bez zahaczania o stolicę, nie dbali zbytnio o fasadę swojego imperium. A Madryt wyrósł de facto za plecami pałacu, nie zwracając na niego specjalnej uwagi.
Stolica Hiszpanii ma wiele zabytków, jednak wydaje się, że żaden z nich nie urósł do rangi prawdziwej ikony: ani Plaza Mayor, ani Pałac Królewski, ani Puerta de Alcalá. Prado, Pałac Cibeles, Parque del Retiro, Gran Vía, pochyłe wieżowce z Plaza de Castilla – też nie do końca. I rzecz nie w tym, że madryckiej zabudowie brakuje charakteru. Chodzi raczej o powszechny odbiór stolicy jako miasta pozbawionego wyrazistej treści, klarownego emblematu. Co więcej, sami mieszkańcy stolicy nauczyli się tak o nim myśleć. „Tylko po to, aby być czymkolwiek, będę Madrytczykiem” – mówi oficjalny hymn Wspólnoty Madrytu. Niewiele metropolii może się pochwalić takim dystansem do siebie. Zresztą pierwotna wersja frazy brzmiała: „Żeby nie być niczym, będę Madrytczykiem”, dopóki ówczesny burmistrz miasta nie zasugerował autorowi tekstu, by pozbył się słowa „nic”.
Miasto bez historii, miasto wymysł – krytykuje stolicę reszta Hiszpanii. A mieszkańcy Madrytu przyjmują te opinie z całym dobrodziejstwem inwentarza. I robią to z wdziękiem, humorem.
Niestety, niewiele ma z ich gracji katedra przyklejona do Pałacu Królewskiego. Nagromadzenie stylów architektonicznych przyprawia o mdłości: neoklasycystyczna bryła, neogotyckie wnętrze, neobizantyjskie dekoracje i neoromańska krypta. Kościół wprawia w zdumienie nie samą swoją brzydotą, ale przede wszystkim formą absurdalnie oderwaną od miejsca i czasu, w których powstawał. Bo Katedra Almudena jest tak naprawdę bardzo młoda – otwarto ją dopiero w 1993 roku. I nie żeby wcześniej na jej miejscu stała jakaś inna.
Paradoks i kuriozum to słowa, które przy poznawaniu historii Madrytu nasuwają się często. Stolica i siedziba dworu jednego z największych imperiów w historii nie stała się nigdy najbogatszym, najnowocześniejszym ani najbardziej turystycznym miastem na Półwyspie Iberyjskim. Wielu obcokrajowcom z hasłem „Hiszpania” kojarzy się przecież, o ironio, przede wszystkim Barcelona.
Przeniesienie dworu z Toledo do Madrytu w 1561 roku było dla miasta wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że musiało ono nagle pomieścić dużą liczbę urzędników korony. W XVI wieku wprowadzono nawet prawo, na mocy którego każdy, kto posiadał dom większy niż jednopiętrowy, był zobowiązany oddać jego górną część do użytku królewskiej świcie. Jednak chytry, szelmowski charakter Madrytczyków nie pozwolił im się ugiąć i w mieście zaroiło się od tak zwanych casas a la malicia, domów złośliwości. Ich fasady były zdobione przez okna w różnych rozmiarach, rozmieszczone w nieładzie, w którym gubiła się prawdziwa liczba pięter budynku. Do dziś w dzielnicy La Latina można podziwiać przykłady tego unikatowego dla Madrytu „stylu architektonicznego”.
Poza zamieszaniem związanym z przybyciem dworzan panowanie Filipa II nie przyniosło dalekosiężnych, fundamentalnych zmian w mieście. Pojawiło się zaledwie kilka nowych obiektów, w tym Plaza Mayor, ponieważ korona potrzebowała przestrzeni publicznej, gdzie mogłaby organizować swoje ceremonie. Głównym celem zmian w tkance miejskiej nie było upiększenie stolicy – była nim raczej adaptacja do życia dworskiego. Madryt zachował swój średniowieczny układ i choć jego architektura powoli ewoluowała w kierunku baroku, to styl ten przejawiał się głównie w estetyce kościołów, budynków rządowych i niektórych placów, a nie w przekształceniach zabudowy starego centrum.
Dopiero XVIII wiek i przejęcie władzy przez dynastię Burbonów przynoszą zmianę podejścia monarchów do stolicy. Do Madrytu docierają tendencje neoklasyczne i podejmowane są próby nadania mu sznytu typowego dla innych europejskich stolic. Król Karol III Burbon, nazywany „najlepszym burmistrzem Madrytu”, nie szczędzi wysiłków, by przeobrazić zlepek budynków, ulic i placów w miasto wizytówkę. Rozpoczynają się prace nad tak reprezentacyjnymi zakątkami miasta, jak Paseo del Prado, Parque del Retiro, Puerta de Alcalá czy Plaza de Cibeles. Madryt rozrasta się na wschód zgodnie z francuskim modelem oświeceniowym. Powstają publiczne przestrzenie rekreacyjne, których mu brakowało. Podobnie jak wielu innych rzeczy. Wcześniej przed wizytami króla lub innych dostojników miasto zamieniało się w gigantyczny plac budowy, gdzie naprędce stawiano efemeryczne budynki. A potem je rozbierano. Dopiero „najlepszy burmistrz Madrytu” i jego nadworny architekt, Francesco Sabatini, postawili sobie za punkt honoru, by przekształcić miasto w prawdziwą metropolię i uczynić z niego przeciwieństwo villi[1] – średniowieczno-barokowej aglomeracji, która istniała tu od wieków.
Niemniej nawet najbardziej ambitne plany nie przynoszą zasadniczej zmiany w charakterze stolicy, opornej na imperialne sny. Rewolucja przemysłowa dociera do Hiszpanii późno, a kiedy już się rozgaszcza, Madryt nie odnosi z niej takich korzyści jak choćby Barcelona czy miasta na północy Półwyspu Iberyjskiego, które doczekały się nie tylko industrializacji, lecz także burżuazji pragnącej miejskich udogodnień i gotowej za nie zapłacić.
Stolica cały czas ewoluuje i się rozrasta, przelewa przez kolejne mury, które od czasów panowania arabskiego przesuwano aż pięć razy. Ostatni z nich, mur Filipa IV, rozebrano w 1868 roku. Mimo to urbanistycznym przeobrażeniom brakuje konsekwencji i rozmachu – są zawsze połowiczne, cząstkowe. W 1860 roku przyjęty zostaje plan Castra[2], który przewiduje urbanizację północnej i południowo-wschodniej części miasta, budowę regularnych kwartałów z małymi placykami, zielenią i maksymalnie czteropiętrową zabudową. Spekulacja nieruchomościami sprawia jednak, że rozbudowa jest skromniejsza, niż zakładano, a do tego chaotyczna. I znów, tak jak w okresie baroku, Madrytowi nie jest dane doczekać się całościowego przeobrażenia. Rozwija się wciąż na pół gwizdka za sprawą ledwie chwilowych zrywów i drobnych interwencji.
W stolicy do dziś współistnieją nie tylko różne okresy historyczne, lecz także odmienne, często przeciwstawne typy planowania miejskiego. Dzielnice średniowiecznych ulic i barokowych budynków sąsiadują z monumentalnymi zielonymi bulwarami o neoklasycznej zabudowie oraz skleconymi naprędce kwartałami, gdzie skromne bloki z cegły przeplatają się z prostymi kamienicami i niskimi domami budowanymi przez imigrantów wiejskich. Madryt przez wieki usiłował się dostosować do epokowych przemian na zasadzie kompromisu, bez podejmowania zbyt dużego wysiłku. Był zawsze miastem twardo stąpającym po ziemi, pozbawionym wygórowanych aspiracji. W przeciwieństwie do Paryża, gdzie istniała wola polityczna i żyło oddane stolicy mieszczaństwo, mentalność Madrytczyków, w znacznej mierze obojętnych na stołeczną rangę miasta, nie pozwalała na radykalne kroki. Pozwalała za to bez końca burzyć i kłaść nowe warstwy, nie dziwić się niczemu i niczym się specjalnie nie oburzać. Dzisiaj właśnie te niedociągnięcia i zaniechania budują pełną kontrastów, eklektyczną tożsamość miasta.
Co ciekawe, w katolickim imperium zabrakło też jakoś ambicji, by dać własnej stolicy katedrę jak Pan Bóg przykazał. W przeciwieństwie do większości hiszpańskich i europejskich miast Madryt do 1993 roku nie miał swojej katedry. Kamień węgielny pod jej budowę został położony w 1623 roku, a kolejny – w 1883, za panowania Alfonsa XII, jednak Almudena doczekała się otwarcia dopiero ponad sto lat później. Swoją nazwę wzięła od arabskiej medyny, bo w IX wieku w miejscu, gdzie dziś stoi, biło serce Mayrit – miasta założonego przez Mohameda I. Matka Boska Almudena to też oficjalna patronka Madrytu. Jej kult wypada jednak dość blado na tle oddania, którym Madrytczycy darzą inną Dziewicę – Virgen de la Paloma. To właśnie ona, Dziewica od Gołębia, sympatyczna patronka jednej z verben – dzielnicowych imprez odbywających się latem w Madrycie – matronuje miastu tyleż nieoficjalnie, co prawdziwie.
Skąd więc ta opieszałość w budowie świątyni z prawdziwego zdarzenia? W Madrycie wprawdzie roi się od instytucji religijnych, jednak katedra nie jest niczyim priorytetem. Filip II, który przenosi tu swój dwór, podchodzi do sprawy praktycznie: jego scheda to most, konkretnie Puente de Segovia, a nie kościół.
Wymówek jest wiele, na przykład bliskość silnej diecezji w Toledo. I powód ten byłby zrozumiały, gdyby utworzenie biskupstwa w Madrycie i wzniesienie katedry były wyłącznie sprawami Kościoła. Ale przecież wystarczyłoby, żeby król się uparł.
Albo królowa. Jednak Izabela II bynajmniej nie uczyniła z katedry swojego priorytetu i w duchu madryckiego pragmatyzmu zajęła się kanalizacją. Podążając za przykładem korony, ani stołeczna szlachta, ani duchowieństwo nie obdarzały miasta niczym ponad przyciężkie pałace, surowe klasztory i przeciętne kościoły.
Naturalnie nie wypadało też, by do budowy katedry zabrali się republikanie i socjaliści, którzy przejęli władzę w 1931 roku, choć to właśnie wówczas, po uchwaleniu Konstytucji Drugiej Republiki, Madryt uzyskał formalnie status stolicy i przeznaczono spore środki na jego modernizację.
Za to faszyści, owszem, mieli wielkie plany, by przypieczętować sojusz religii, ojczyzny i władzy trzema budynkami w jednej osi: katedrą, pałacem i siedzibą partii. Na planach jednak się skończyło. Franco zaangażował wszystkie siły w budowę Valle de los Caídos, Doliny Poległych – pomnika jego zwycięstwa i zarazem mauzoleum poległych w wojnie domowej nacjonalistów. Być może przeczuwał, że co jak co, ale katedra się w tym dziwnym mieście nie przyjmie.
Wisienką na torcie jest to, że katedra zostaje ukończona w momencie, gdy nikogo już (albo wciąż) nie obchodzi, a cały ciężar symboliczny katolicko-imperialnej stolicy zdążył wsiąknąć w ziemię. Otwarta po stuleciach zwłoki świątynia jest czystym anachronizmem, całkiem bezużytecznym.
Niby ironia losu, ale coraz częściej mam wrażenie, że zwyczajnie nie mogło być inaczej. Że cała ta opowieść pasuje do Madrytu tak samo, jak domy złośliwości, pędzenie owiec przez centrum miasta w XXI wieku czy Pepi, Luci, Bom i inne dziewczyny z dzielnicy. Ciśnie mi się na język słowo desmadre, oznaczające zarówno kompletny bałagan czy katastrofę, jak i dziką imprezę.
Ale dlaczego katedra jest taka brzydka? To pytanie dziennikarz „El Confidencial” zadał pisarzom, filozofom i architektom 3.
Antonio Miranda: „Decydowanie o tym, czy jest piękna czy brzydka, byłoby krytyką gastronomiczną; ważne, aby wiedzieć, czy jest prawdziwa czy fałszywa, a niewiele jest budynków tak fałszywych jak Katedra Almudena. […] To przykład obrzydliwego eklektyzmu. Czysty pastisz. Przez eklektyzm rozumiem tu kompilację trupów […]”.
Fernando Castro Flórez: „To architektoniczny gniot, który miażdży panoramę Madrytu. Wydawało się, że trudno o coś bardziej obskurnego w stolicy królestwa, ale Almudenie udało się przekroczyć wszelkie standardy […]. Pod względem skali reprezentuje czyste delirium, jakby Pałac Królewski miał żołądek spuchnięty z powodu niestrawności. […] O ile wielkość i umiejscowienie budynku są, delikatnie mówiąc, obraźliwe, o tyle wnętrze jest wręcz żałosne”.
David García-Asenjo: „Jest poza czasem, poza swoją epoką. To normalne, że wznoszenie katedr i dużych budynków zajmuje dużo czasu i że są one budowane w dwóch lub więcej stylach […]. Albo że dobudowywano do nich elementy, które naruszały jedność poprzedniej świątyni. Jednak zawsze ze współczesnej perspektywy […]. Za to Katedra Almudena była neogotycka pod koniec XIX wieku i neoklasyczna od drugiej połowy XX wieku”.
José María Blanco Corredoira: „Zalecam wszystkim, którzy pokazują Madryt naszym zagranicznym przyjaciołom, aby unikali tej trasy. Poszukajmy skrótu z Plaza de Ramales do calle Mayor. Najgorsze jest to, że ta rana została zadana naszemu najlepszemu Madrytowi, jego nerce, w której tkwi cała nasza istota. Jeśli jest coś autentycznego w Madrycie, to właśnie ten zbitek ulic, które prowadzą od pałacu do cavas[3]”.
Almudenę niemal od razu po otwarciu okrzyknięto największą porażką architektoniczną stolicy. To tak, jakby monumentalizm i katedralność poniosły tutaj spektakularną klęskę, stały się swoją własną karykaturą. I mimo że ten zwalisty kościół trwa na posterunku, historia madryckiej katedry to wciąż przede wszystkim historia jej braku.
Z balkonu mojej znajomej mam widok na podły salon fryzjerski, gdzie ruch nie ustaje. O tej porze dnia przewijają się przez niego głównie starsze kobiety, które ze świeżo ułożonymi włosami przysiadają później w barze obok. Na początku, kiedy tu przyjechałam, nie mogłam się na nie napatrzeć. Ufryzowane seniorki wygrzewające się w słońcu po trzy, po pięć, po osiem. Przed nimi szklaneczki z clara con limón – jasnym piwem zmieszanym z lemoniadą lub Sprite’em. Bladoróżowe i fioletowe loczki skrzą się w świetle.
Jeśli Madryt odciska się dzisiaj w zbiorowej wyobraźni jakimś kształtem, to nie jest to zarys do końca realny, fizyczny, związany z konkretną budowlą czy panoramą. Kształt ten należy raczej do porządku fikcji, jak przysadzista i wybujała forma meniny, dworzanki ze słynnego obrazu Velázqueza. Panny dworskie znajdują się w muzeum Prado, ale na samą sylwetkę meniny można się natknąć w wielu innych miejscach. Miasto szafuje jej wizerunkiem, choć często sprowadzonym właśnie do samego kształtu, figury z gipsu lub giętego metalu. Jako symbol Madrytu menina zyskała nowe życie, przesiąkła energią i swobodą miasta. Dziś kojarzy się nie tyle z infantką Małgorzatą, ile z jedynym w swoim rodzaju połączeniem obfitości, zdecydowanej formy i pewnego przerysowania. Bo menina to prostota, ale też śmiałość, rozmach i werwa.
I co, jeśli właśnie w tym rzecz? Może Madryt nie niesie żadnej konkretnej, ustalonej treści, lecz odsyła raczej do pewnej formy czy też zbioru form – zastanawiam się.
Tyle że treść wyziera tutaj przecież zewsząd, na każdym kroku.
W powietrzu słodko-ziemisty zapach, coś jakby lukrecja, kiedy włóczymy się po dzielnicy. Mijamy warsztat oprawy obrazów, sklep żelazny, bar z grillowanymi sardynkami. Lokale oferujące kosmetyki do „afrykańskich włosów” i warzywniaki, gdzie piętrzy się maniok, zieleni okra, błyszczą naręcza botwiny i usypiska cebul. Na ścianach budynków w kółko ten sam tag: „Przyłącz się do brygady lokatorów”. Senegalska rodzina wystawiła na Plaza de Augustín Lara własne krzesła i utworzyła krąg wokół wózka z niemowlakiem, którego na zmianę wszyscy wachlują. Po jednej stronie placu mur z różowej cegły należący do kościoła spalonego przez anarchistów dzień po rozpoczęciu wojny domowej. Dziś mieści się tu klimatyczna biblioteka, ale przez blisko siedemdziesiąt lat nikt tych ruin nie ruszał. Odrestaurowano je częściowo, zostawiając budowlę bez kopuły, a jej cylindryczną podstawę – z otworami zamiast okien. Jakby domknięcie nie było tu możliwe albo potrzebne. Przez dziurę po kopule do biblioteki wpada dzienne światło, w pustych oculusach pulsuje błękit. Okaleczony, ale wciąż dostojny korpus dawnej świątyni przegląda się w niskim bloku po przeciwnej stronie placu: skromnym, ceglanym, z zielonymi markizami i rupieciami stłoczonymi na balkonach. Wypchanym po brzegi.
Docieram do muru okalającego pustą działkę. Zdobi go szyld z białego prześcieradła z wymalowanymi ręcznie kwiatami i napisem: „Verbena San Cayetano 2024”. Za parę dni zacznie się dzielnicowe święto, święty Kajetan cały w goździkach ruszy ulicami dzielnicy spowitej dymem z grillowanych kiełbas. A zaraz po świętym na ulice wypełzną didżeje. Tradycję verben zapoczątkowali Madrytczycy, których nie było stać na żadne wakacje i musieli spędzać sierpień w mieście. Wystawiali więc stoły na ulice, przystrajali je, a wieczorami jedli, pili i tańczyli z sąsiadami. Oglądam przyklejone do muru stare zdjęcia i wycinki z gazet. Między pamiątkami z minionych verben uwagę przykuwa zdjęcie grupy kobiet z ciemnymi, długimi nawet do kolan włosami. Ta fotografia z 1927 roku ma w sobie coś, delikatnie mówiąc, gotyckiego. Dumne i zarazem nieśmiałe spojrzenia rzucane spod ciemnych grzywek, gęste pasma spływające niczym zasłony po obu stronach twarzy. To uczestniczki konkursu Mata de Pelo, dosłownie „Krzak z Włosów”. W tym roku również się odbędzie.
Podczas gdy Lizbona wydaje się uszyta z samych perspektyw, błękitów, chłodnych powiewów i pasm blasku, Madryt mości się w materii. Według jednej z legend jego przekleństwem był latający nad miastem demon, który zrywał dachy i odsłaniał wnętrza domów. Może dlatego dzisiaj granica między tym, co w czterech ścianach, a ulicą jest tu tak płynna. Materia miasta przelewa się z jednej przestrzeni w drugą, widać ją jak na dłoni. Lavapiés, podobnie jak większość starych dzielnic stolicy, jest gęsta, zbita, naćkana. I chaotyczna.
W średniowieczu dzielnica ta znajdowała się poza murami miasta, dlatego początkowo zajmowali ją Żydzi – do momentu ich wygnania z Hiszpanii w XV wieku. Po wojnie domowej Lavapiés popadła w niełaskę: mieszkali tutaj: miejscowa biedota, imigranci wiejscy oraz ci, którzy wyszli przegrani z bratobójczej walki. Była jednym z pierwszych miejsc, gdzie osiedlały się kolektywy kontrkulturowe i pojawił się ruch okupas, polegający na nielegalnym zajmowaniu pustostanów. Od lat osiemdziesiątych XX wieku napływają do niej imigranci z całego świata. Szacuje się, że stanowią około trzydziestu procent populacji dzielnicy.
Sprzedawczyni w warzywniaku podaje mi koszyczek malin i rzuca: „Różowiutkie jak ty!”. Troszkę się ze mnie podśmiewa, bo twarz mam purpurową od gorąca. Myślę o chulos i chulapos, historycznych mieszkańcach Lavapiés. Bo ta najbardziej wielokulturowa dzielnica Madrytu jest zarazem jedną z najstarszych i najbardziej tradycyjnych – zakątkiem, w którym wykuwała się tożsamość miasta i jego mieszkańców. To kolebka tak zwanych tipos madrileños, typów madryckich, czyli charakterystycznych dla Madrytu osobowości, uwiecznionych w teatrze, literaturze i malarstwie XVIII i XIX wieku, między innymi na obrazach Francisca de Goi. Można powiedzieć, że przedstawiciele tych grup – chulos, chulapos, manolos, chisperos i majos – to archetypiczni Madrytczycy. W praktyce byli to najczęściej stolarze, kupcy, kowale, szewcy, krawcowe, sprzedawczynie papierosów, kwiaciarki czy praczki. Ci należący do niższych warstw społecznych mieszkańcy wyróżniali się nie tylko oryginalnym, a niekiedy prowokacyjnym stylem ubioru, lecz także zachowaniem i sposobem, w jaki się nosili. Wszystkie te grupy łączył pewien rodzaj zuchwałości, nonszalancji, czasem impertynencji, a przede wszystkim – chęć wyróżnienia się na tle poddanej francuskim wpływom elity społecznej, którą gardzili. Dzisiejsze otwartość i bezpretensjonalność stolicy zdają się wiele zawdzięczać tamtym Madrytczykom, którym nie brakowało humoru i fantazji mimo codziennych trudów. Wciąż rozpoznaję w mieście typowe dla nich rysy: podszytą łobuzerstwem i kokieterią pewność siebie, niebywały hart ducha.
Skracanie dystansu, znoszenie przeciwieństw. Doprawdy niewiele dzieli Guernicę Picassa i kubizm targu Antón Martín z jego ekstatyczną krzątaniną oraz łomotem rozbijanego lodu i metalowych rolet. Wystarczy zejść w dół calle de Santa Isabel, która zaczyna się starym, secesyjnym kinem z rudą fasadą w białe wzory roślinne. Ta rudość w niepokojący sposób komponuje się z różowawym oświetleniem sklepu mięsnego obok i kolorem wiszących w nim świńskich nóg. „Madryt jest pięknym miastem, ale o tym nie wie” – twierdziła pisarka Almudena Grandes. I miała na myśli piękno szorstkie, nawet lekko pokrętne, dwuznaczne.
– Zmieńmy trochę temat, skoro już przy tym jesteśmy. Dlaczego tak bardzo nie lubisz Madrytu?
– Ponieważ jest to miasto sklepikarzy, urzędników, park rozrywki dla andaluzyjskiej arystokracji. […] Nie ma średniowiecznej przeszłości Barcelony.
– Byłoby sensowniej, gdyby Toledo było stolicą Hiszpanii, prawda?
– To miałoby więcej sensu. W każdym razie, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Madrytu, przyjechałem z Paryża i nie było porównania. Wszystko było bardzo biedne i raczej smutne […]. Zwykłem mawiać, że miasto jest krystalizacją imperialnego procesu historycznego, wielkiego narodowego wysiłku, i są na to dowody. Rzym, Londyn, Paryż, Wiedeń są architektoniczną i duchową materializacją swoich imperiów. Ale Madryt? Gdzie to uczucie? Wydaje się niewiarygodne, że była to stolica jednego z wielkich historycznych mocarstw 4.
Josep Pla to kataloński pisarz, który strasznie zrzędzi. Nie przepada za Madrytem i zdaje się, że trochę przesadza w swoich ocenach. Mimo to w jego słowach można się doszukać pewnej prawdy, kiedy już się zignoruje irytujący, usilnie sceptyczny ton. W wielkim uproszczeniu można by powiedzieć, że Barcelona jest dziełem sztuki, Madryt zaś – dziełem życia: codziennego, upartego, spontanicznego. Może nie tak wyrafinowany jak jego katalońska rywalka, ale za to treściwy i praktyczny. Trochę jak tradycyjna madrycka potrawa, cocido madrileño – pożywny gulasz z ciecierzycy, mięsa, warzyw i boczku. Danie o wyrazistym smaku, proste, ale sycące. Podobno jeszcze pod koniec XX wieku madryckie dziedzińce zalatywały wonią rozgotowanej ciecierzycy. Dziś wciąż czasem udaje mi się wychwycić ten zapach, po swojsku ciężki i lepki, przytulny. Czasem dolatuje on z tutejszych knajp, które nie wdzięczą się do przechodniów. To królestwa plastikowych stołów i krzeseł, szklanek z nalotem i zaciekami, tłustych blatów, przy których można wypić coś na stojąco. Brzydkich brunatnych kafelków i metalowych lad. Nie ma tu żadnego klienta, do którego miasto ustawiałoby się frontem, za to kelner potrafi postawić szklaneczkę piwa z takim impetem, że część się rozlewa. Turyści, przynajmniej poza centrum, jeszcze tutaj nie rządzą, choć ta równowaga jest coraz bardziej rozchwiana. Madryt – w każdym razie do niedawna – pozostawał nieoczywistym wyborem właśnie dlatego, że w powszechnym mniemaniu poza Prado nic specjalnego tu nie ma.
Hiszpański dramaturg i scenarzysta Miguel Mihura, który większość życia spędził w stolicy, doceniał urok miasta bez emblematu:
Nie ma wielkiej rzeki ani prawie żadnych drapaczy chmur. Żadnych kanałów, żadnych jezior. Ani wspaniałych ruin, ani morza. Madrytowi brakuje wielu rzeczy. Ale ma ludzi na ulicach. Niespodziewany zakątek. Różnorodność. Kontrast. Ciągły ruch. I swoje zwyczaje. Warto wstać wcześnie – choć raz – by przeżyć jeden dzień z życia Madrytu 5.
Fasadę mojego dzielnicowego targu – Mercado de Vallehermoso – zdobi ogromne zdjęcie prężącego się dumnie tęgiego sprzedawcy ryb i owoców morza. Ta jego poza wydawała mi się żartem, ale przy pierwszej wizycie na stoisku on sam okazał się zdumiewająco poważny i skupiony, podczas gdy jego córka manewrowała wielkim nożem, wypytując mnie, ile mam sióstr, w jakim wieku i co robią. Odtąd już zawsze pyta, co u nich.
Na chodniku turkoczą wózki na zakupy, używane tutaj bez wstydu przez wszystkich, bez względu na wiek. Zaglądam do obuwniczego, gdzie można zaopatrzyć się w sandały, chodaki, buty sportowe i komunijne pantofle. Pomierzyć w spokoju kapcie. Obok mały spożywczak. Jego witrynę wypełnia kopiec chipsów ziemniaczanych, które można tu kupić na wagę. Dalej sklep z materiałami do samodzielnej oprawy książek, szewc, sprzedawca oliwek, skup złomu. Ten ostatni tak naprawdę znajduje się na równoległej ulicy, ale nie ma to większego znaczenia, w mojej głowie miejsca te układają się w jeden długi korowód. Nie może też zabraknąć typowej madryckiej knajpy z długim barem, telewizorem i brzydkimi płytkami albo boazerią na ścianach. Krajobraz zapachowy faluje: najpierw osacza wonią ryb i czosnku, czymś kwaśnym, skwierczącym i ostrym; kręci w nosie aromatem pasty do butów, by zaraz położyć się łagodnie, słodko zapachem migdałowych ciastek. Zapadam się w to wszystko, poddaję nurtowi drobnicy.
Stolica Hiszpanii ma w sobie sporą dozę pragmatyzmu – to nie Paryż, nie ma tu miejsca na fanaberie. Parki to parki: służą do tego, by leżeć na trawie, a nie stroszyć równo przycięte żywopłoty. Fasady w różnych stylach zestawione są ze sobą tak naturalnie, jakby chodziło tu o modę, nie o architekturę. Eklektyzm i mozaikowość nie rażą (pomijając katedrę), bo to w nich przejawia się charakter stolicy: jej luz, żywotność i szyk spod znaku desenfadado[4].
Na fanaberie też w zasadzie jest miejsce – myślę, przyglądając się budynkowi na przecięciu calle de Fernández de los Ríos i calle de Galileo. Fasada sklepu z parkietami, który znajduje się na parterze, przyciąga wzrok absurdalnym, nieco kiczowatym malunkiem jesiennych zarośli, w których grasuje czarny kot. Niewiele ma to wspólnego z parkietem, ale sporo ze zwierzęciem mieszkającym z jakiegoś powodu w tym sklepie. Wieczorami jego oczy świecą w witrynie, czarna sierść lśni między próbkami paneli. Bo Madrytowi wszystko wolno, nawet w przestrzeni najbardziej użytkowej. A może to właśnie ona jest polem do popisu dla czystej, spontanicznej fantazji.
W mojej dzielnicy doliczyłam się już pięciu colchonerías, sklepów z materacami. Zaglądam przez witrynę jednego z nich i widzę mężczyznę, który raz po raz rzuca się na materac, a sprzedawca zupełnie to ignoruje. Sen jest w tym mieście ważny, bo Madryt rozgrywa się między szybkim tempem życia i pracy a intensywnym trybem nocnym. I chodzi nie tylko o przesiadywanie w barach ze znajomymi. Bywa, że nawet służbowe kolacje kończą się o pierwszej w nocy. W Madrycie sjesta jako taka nie istnieje, ale drzemki o dziwnych porach i spanie do południa w weekendy – owszem. Dlatego wybór materaca to niebagatelna sprawa, lepiej dobrze się zastanowić, zdać się na swobodny pad.
„Jestem taka, jaka jestem, ponieważ urodziłam się, dorastałam i żyłam w mieście, w którym wszystkie ważne rzeczy działy się zawsze na ulicy i przy otwartych sklepach. Zwycięstwa i porażki, festiwale i bitwy, chwała i ból” – pisze Almudena Grandes, madrycka pisarka, którą trudno mi przestać cytować, bo znała się na tym mieście jak mało kto. I dalej: „Pozostaje jeszcze kwestia stolicy państwa, ale to zawsze była i nadal jest inna sprawa. Madryt umie żyć tylko na chodnikach, placach, targach, w codziennych sprawach, w nieustającej pogawędce i przelatujących plotkach, w wiecznych nocach i leniwych porankach przy barze” 6.
Więc jedzie się tu z myślą o rozmachu i buzowaniu, muzeach Prado i Królowej Zofii, krętych uliczkach i pochyłych placach La Latiny. Szykuje się na wermut i tapas, gwarną Malasañę i stare tawerny w Barrio de las Letras, spacery po Parque del Retiro i widoki z dachu Pałacu Cibeles – ratusza, który wygląda jak rzeźbiony z lukru.
Jednak są i tacy, którzy przyjeżdżają do Madrytu wyłącznie z myślą o szykownych butikach w snobistycznej, kremowej dzielnicy Salamanca. Albo o shoppingu w wersji dla przeciętnych zjadaczy chleba, w tłocznym centrum miasta. Apogeum tego przypada w grudniu, w przedświątecznym zalewie stożkowych choinek i amoku ulicznej sprzedaży churros oraz kasztanów – koniecznie na Gran Vía.
Ta z ducha nowojorska – czy, jak twierdzą niektórzy, chicagowska – ulica to najbardziej reprezentacyjna arteria Madrytu, pełna wieżowców i stylowych budynków z pierwszej połowy XX wieku. Czego tu nie ma: neobarok i klasycystyczne kolumny, styl chicagowski i elewacje z motywami kwiatowymi, pozłacane kopuły i kubiczne formy, ornamentyka spod znaku art déco oraz racjonalizm i ekspresjonizm. Obiegowa opinia głosi, że aleja ta podoba się tylko ludziom przyjeżdżającym do Madrytu z małych miasteczek i wiosek, choć przez dekady była też synonimem szyku, elegancji i nowoczesności – w 1933 roku w budynku Kina Capitol zainstalowano pierwszą w stolicy klimatyzację.
– Masz taki sam gust jak wieśniacy. Pod tym względem upodobniłaś się do swojego ojca, oczywiście… – narzekała matka Almudeny Grandes, kiedy ta jako dziecko ciągnęła ją w okolice Gran Vía po nici, kostiumy, błyszczący papier, stalowe linijki, książki o wyczerpanych nakładach i baletki 7. Te sklepy pełne wszystkiego, co można było sobie wymarzyć, znajdowały się właśnie w centrum, w tętniącym życiem, szalonym sercu miasta, już wtedy fascynującym pisarkę. Nie było rzeczy, której nie dało się w nich znaleźć. Niewiele z tego przetrwało do dzisiaj. Masowa turystyka ściągnęła tutaj sieciowe sklepy, kawiarnie i restauracje.
Gran Vía to wznosi się, to opada, oszałamia zdecydowanymi cięciami przestrzeni, ostrością perspektyw, architektonicznymi przełamaniami. Ciągi budynków zbiegają się w kształt litery V, widok to zwęża się, to otwiera, jak przy skrzyżowaniu z calle Alcalá, jednym z najbardziej imponujących punktów miasta. To tutaj można objąć wzrokiem pocztówkową scenerię z budynkami Metrópolis i Grassy – złoconą czerń kopuły tego pierwszego, przypominającą jajo Fabergé, i kremową, weselną fasadę drugiego – a także widoczny w głębi budynek Telefóniki ze spiętrzonych tarasowo brył. Ten ostatni to do lat czterdziestych XX wieku najwyższy europejski wieżowiec.
Gorzej z tym, co się dzieje bliżej ziemi. Napierający zewsząd tłum i kilkupiętrowe sieciówki w eklektycznych budynkach z początków ubiegłego wieku, nieznośny zgiełk konsumpcji. Ludzie niesieni z prądem, manewrujący między ulicznymi grajkami, żebrakami, kioskami z turystycznym badziewiem. Ulica mieni się neonami i ekranami nad wejściami do teatrów, pyszni się luksusowymi hotelami i monumentalnymi siedzibami banków. Przy Plaza del Callao zlewają się ze sobą hordy zakupowiczów, w słońcu lśni polichromowana elewacja Kina Callao. Zdaje się spoglądać tęsknie w stronę Wiednia, ale kolory – zgaszone bordo, piaskowa żółć – zdradzają, gdzie jesteśmy. Ludzie robią sobie zdjęcia z budynkiem Kina Capitol, starając się uchwycić neon Schweppesa, który wieńczy walcowatą bryłę. Prą naprzód ciała zmęczone, ale zdeterminowane, jedyna w swoim rodzaju mieszanka gorączki i desperacji.
Dziś jest jednak inaczej. Nad Gran Vía stalowe chmury, wiatr turla śmieci po szerokich chodnikach. Deszczowa pogoda, która wymiotła większość ludzi z ulicy, podbija szarości i zimne beże fasad, uwypukla wiekowy majestat budynków, ich masę i wielkość, wydobywając z nich zarazem jakąś ulotność, eteryczną aurę. Niebo ciężko wisi nad ulicą, której pagórkowatość sprawia, że wchodzi w człowieka szerokimi kadrami. Myślę o zapale i odpuszczeniu, ekscytacji i zaniechaniu, które w tym mieście nigdy nie zlewają się ze sobą w żadną pogodną rezygnację, tylko wytrącają się raz po raz równolegle, jakby nigdy nie mogły się zmieszać na dobre. A w ten zachmurzony dzień Gran Vía wydaje mi się, owszem, imponująca, ale mimo wszystko ludzka, w pewien sposób poczciwa. Może to za sprawą eklektyzmu, przez który wydaje się raczej paradą wyfiokowanych budynków niż realizacją megalomańskiej wizji czy projektu totalnego. „Pełno tu budynków i domów o bardzo dziwnej, kwiecistej architekturze. Wyglądają, jakby były zrobione w shakerze” – pisze Trapiello. Bo przez Gran Vía przebijają nie tyle ambicje, ile entuzjazm, głód bycia jednocześnie tym i tym, i jeszcze tamtym. Jest czystą trawestacją: „Aleja bardziej przypomina swoje własne kopie, które wykonano w Albacete, Murcji czy Leónie, niż to, co sama miała naśladować, czyli Chicago i Paryż” 8.
Nosiła różne imiona: po wybuchu wojny domowej – Avenida de Rusia (później Avenida de la Unión Soviética), po zwycięstwie Franco zaś – Avenida de José Antonio, na cześć założyciela hiszpańskiej Falangi, José Antonia Prima de Rivery. I niewątpliwie słynny wieżowiec Telefónica ma w sobie coś z sowieckiego cielska, choć neobarokowe detale – girlandy, kartusze, wieża zegarowa – są bardzo tutejsze.
Madryt w dziwny sposób unicestwia wszelkie zbyt wygórowane aspiracje. Choć zabudowa alei jest solidna i monumentalna, to Gran Vía nieodmiennie przypomina mi magazyn dekoracji i przywodzi na myśl madrycką architekturę efemeryczną. Wyobrażam sobie, że po wiekach stawiania prowizorycznych makietowych konstrukcji miasto zapragnęło czegoś prawdziwie wielkiego i Gran Vía miała wyjść temu pragnieniu naprzeciw. Przebyła więc długą, pokrętną drogę, by ostatecznie zbliżyć się do tego, czego chciała być zaprzeczeniem.
W Teatrze La Latina szaleństwo, sala pęka w szwach i panuje rejwach mimo trzeciego dzwonka. Ludzie jednocześnie rozmawiają i uciszają się nawzajem, jakby nie mogli się zdecydować. Wśród publiczności przeważają dziadkowie ze swoimi dwudziesto- i trzydziestoletnimi wnukami – to głównie dla nich tu przyszłam, bo nie jestem fanką zarzueli.
W trakcie spektaklu oklaski w dowolnych momentach, podśpiewywanie szlagierów, gromkie wybuchy śmiechu. Dawno nie widziałam w teatrze tak żywiołowych reakcji jak podczas Agua, azucarillos y aguardiente [Woda, cukier i wódka]. Ta zarzuela to przykład género chico[5] – lekkiej formy scenicznej podobnej do operetki, która łączy muzykę i dramat, mieszając styl wysoki z niskim. Zarzuela narodziła się w Madrycie w XVII wieku i pozostała z nim ściśle związana: madryckie obyczaje, postaci i życie codzienne to jej główna treść, dlatego od początku cieszyła się zainteresowaniem również mniej zamożnych warstw społeczeństwa.
Na scenie kłótnia dwóch sprzedawczyń wody w scenerii Paseo de Recoletos:
„Och, co za barbarzyństwo, jak ona krzyczy!”
„Jeśli krzyczę, to dlatego, że mogę!”
Gdyby Madryt miał być dziedziną sztuki, byłby z pewnością teatrem.
Dlaczego wszędzie natykam się na te sklepy z butami albo piżamami rodem z małego miasteczka? I dlaczego handlarze ryb zagajają klientów usilniej niż inni sprzedawcy? Nie wiadomo. „Madryt wziął się stamtąd i nadal tam jest” – pisze Grandes.
Tam, czyli na przykład w Mercería Lolita – pasmanterii i sklepie bieliźnianym zarazem, gdzie rzucają się w oczy wielkie majtki z wysokim stanem rozciągnięte na okrągłych wieszakach. Kiedy ekspedientka rozkłada przede mną na ladzie niezliczone warianty zestawów do szycia, czuję na sobie wzrok trzech starszych kobiet siedzących na wąskiej ławce pod ścianą za moimi plecami. Trudno powiedzieć, co właściwie tu robią – podobnie jak ta ławeczka.
Jest tyle do załatwienia. Trzeba zmniejszyć obwód kapelusza, naostrzyć noże. Uszczelnić czymś drzwi wejściowe, bo wieje z klatki. A jednak kwestie te nie jawią mi się wyłącznie jako uciążliwy obowiązek. Sprawunki – jak lubię myśleć o moich wyprawach tu i tam, od warsztatu krawieckiego do miejsca, w którym można naprawić czajnik – są ściegiem tego miasta. Rozsnutego na tysiącach drobnych czynności i tkającego pomniejsze zdarzenia w odpowiedzi na nasz głód życia, głód więzi.
O osiemnastej w Arreglos de Ana kłębi się od ludzi. Ana, ukraińska krawcowa, wydaje się ratować całą dzielnicę przed jakąś poważną katastrofą odzieżową. Drzwi otwierane na dzwonek się nie zamykają, Ana biega w tę i we w tę ze szpilkami w ustach. Jest nas w środku siedmioro: dwie starsze kobiety, wyfiokowane i skurczone, rozwalony na fotelu mężczyzna, ojciec z dzieckiem i my dwie, między trzydziestką a czterdziestką. Oczywiście kiedy ktoś coś mierzy i trzeba podjąć decyzję co do długości lub szerokości, wszyscy obecni chętnie się wypowiadają.
Czekam na odprucie szlufek. Ana chce to zrobić od ręki, żadnego zostawiania, bo inaczej utonie w tym wszystkim. Mówi do mnie niña, dziewczynka, tak miękko, że w głowie pobrzmiewa mi słowo diewuszka. Tyle razy próbowałam ją przekonać, by uszyła mi sukienkę na specjalne okazje, ale nic z tego – ma za dużo pracy z poprawkami.
Dziś muszę jeszcze odebrać kurtkę z czyszczenia. Tintorería, pralnia chemiczna. Ale nie tylko. Żółte kartki przyklejone na drzwiach informują, że w zakładzie można także obciąć spodnie i naostrzyć noże. Muzyka włączona jest tak głośno, że słyszę ją już na chodniku, jeszcze zanim pociągnę za metalową klamkę. „Hola” rzucane zaraz na wejściu przez Chińczyka stojącego za ladą jest zarazem powitaniem, pytaniem i popędzeniem, więc szybko wygrzebuję paragon. Obsługujący ma ewidentną słabość do muzyki country – maleńkie pomieszczenie aż huczy od melancholijno-skocznych nut, które jednocześnie zagrzewają, pokrzepiają i kołyszą. Przy wejściu stara, metalowa prasowalnica ze złogami kurzu w zakamarkach i kawałkami brązowej taśmy klejącej tu i tam, na ladzie sterta skotłowanych ubrań. Ściany pomieszczenia do połowy pomalowane na jadowitą zieleń, a od połowy w górę – na jaskrawą żółć. Wiszą na nich zdjęcia rodzinne, wypłowiała flaga Hiszpanii przybita bezpośrednio gwoździami i różowe kartki informujące o promocjach.
Odbieram kurtkę i rzucam na ladę marynarkę, spódnicę i bluzkę. Wyliczam: chaqueta, falda, camisa. Camiseta – poprawia mnie on. Robi mi się głupio, w końcu studiowałam filologię hiszpańską, ale mylę najprostsze słowa, kiedy w głowie łomocze mi country. Ciągnę dalej: pantalón, vestido, jersey. Cárdigan – poprawia raz jeszcze. I z uśmiechem nuci pod nosem. Nie jest nieuprzejmy, jest po prostu rzeczowy – jak miasto, w którym oboje się znaleźliśmy. Jego usposobienie wydaje mi się niemal esencją madrytyzmu[6] – bezpośredniości podszytej humorem i nutą prowokacji.
Kiedyś przyszłam odebrać rzeczy, które zostawiłam parę tygodni wcześniej, bo w międzyczasie musiałam wyjechać na dłużej. Nie pamiętałam już, co to były za ciuchy, a w zakładzie nie ma żadnego systemu, żadnego skanowania kodów, które ułatwiałoby identyfikację. Właściciel wydaje ubrania po prostu na gębę, pamięta, kto w czym chodzi. Przeszukaliśmy zakład, ale ołówkowa spódnica przepadła na zawsze. Kiedy przynoszę tu ubrania, godzę się z faktem, że to hazard. A może właśnie dlatego je tu zostawiam. W końcu są to służbowe części garderoby, przeznaczone na sytuacje, których najchętniej bym uniknęła.
Bywa, że kiedy wchodzę, chiński ekspedient podśmiewa się ze mnie pod nosem, jakby sama moja osoba wydawała mu się na swój sposób zabawna. Nigdy nie mam pewności, czy tylko się droczy, czy może jest w jego zachowaniu odrobina drwiny. Raz, zanim odda mi rzeczy, udaje, że nie pamięta, które to. Pokazuje mi spodnie w rozmiarze XXL i pyta: „Twoje, prawda?”, zaśmiewając się. Gdy już wychodzę z zawiniętymi w papier ubraniami, woła za mną: „Jeszcze to!”. Obracam się, a on triumfalnie wymachuje wieszakiem z wielką koszulą nocną (kto oddaje piżamy do pralni?!) i rechocze. Paragon, na którym odnotowuje zapłatę lub jej brak, zawsze przykleja taśmą do małej karteczki. Nie mam pojęcia po co, ale lubię odnajdywać w torebkach te świstki – różowe bileciki z wiadomościami od miasta.
W drodze do domu znów myślę o chulos i majos, z typową dla nich mieszanką szorstkości i dowcipu, wdzięku i łobuzerstwa. Przypominają mi się słowa Pedra Almodóvara: „Zawsze znajdowałem w tym mieście idealny krajobraz i odpowiednią faunę (bezczelną i modelową) dla każdego z moich filmów” 9.
Madryt narzuca się mieszkańcom i przyjezdnym jako jedna wielka scenka rodzajowa. Oczywiście można by się spierać, że w ten sposób egzystuje właściwie każde miasto, że to kwestia perspektywy, kadrowania. Może i tak. Jednak Madryt aż się prosi o tego typu ujęcia, wysuwa je na pierwszy plan i nagina do nich nie tylko pamięć patrzącego, ale też sposób widzenia, funkcjonowania w stolicy. Treść narzuca formę i nie mnie się jej opierać. Szczególnie w taki dzień jak ten, kiedy od przebudzenia pobrzmiewa mi w głowie fraza: „Powiedziała, że sama kupi kwiaty”.
W kwiaciarni Maríi Rosales wybieram bukiecik z resztek: gałązka drobnych żółtych różyczek, jeden irys, kawałek eukaliptusa i fioletowy suszony kwiat. Jestem do tyłu z wieloma sprawami, między innymi z pisaniem tej książki, ale cóż zrobić, kiedy sprawunki wzywają. Woła mnie materia, wabi konkret, ale też przekora i niepoprawność, dla których to miasto robi miejsce. Wzywa mnie kaprys.
Na niezbyt długiej, całkiem zwyczajnej calle de Andrés Mellado poza kwiaciarnią znajdują się: dwie pasmanterie, trzy zakłady krawieckie, jeden sklep stolarski i jeden sklep z PCV, cztery księgarnie, dwie drogerie, cztery warzywniaki, trzy piekarnie, dwa sklepy mięsne, chiński sklep ze wszystkim, sklep z elektroniką, zegarkami, żarówkami i telefonami, sześciu fryzjerów, dwa sklepy żelazne (w których oprócz narzędzi można też kupić garnki i przybory kuchenne), jedna pralnia chemiczna, trzy sklepy obuwnicze, sklep zielarski, dwa zakłady ślusarskie – przy czym w witrynie jednego z nich widzę wielki kawał sztucznego sera i sztuczną kiełbasę, figurkę kaktusa, szczotkę do zlewu, figurkę pary z niemowlakiem, toster ze sztuczną kromką chleba, parasol i miedziane klamki. Do tego kilka podłych, ciasnych barów z zimnymi tapas pod ladą i automatami do gier. Dużo starych szyldów – nie zawsze kunsztownie starych, po prostu mających swoje lata, nieudających dawności.
Można oczywiście powiedzieć, że sprawunki to tylko przykrywka dla konsumpcji. Ale w moim odczuciu to nieprawda. Chodzi tu raczej o ubijanie tłustej, codziennej masy, sadowienie się i zakorzenianie, wyrabianie miasta i pozwalanie, by ono kształtowało nas. Gęsta tkanka miejska wymusza pewien styl życia, przypomina o zalegających w szafie ubraniach i sprzętach z defektami, które łatwo usunąć, zamiast kupować nowe.
Madrycka codzienność domaga się uwagi, ale w inny sposób niż codzienność polskiego miasteczka, z którego pochodzę. Tamta jest przygaszona, jakby zasnuta zmęczeniem. A jednocześnie osacza promocjami na wieprzowinę i roboty kuchenne, przecenami na kosiarki i grille. Jakby wymagała pilnej interwencji, ciągłego plombowania. Codzienność Madrytu nie rządzi się w takim stopniu mechanizmami podsycania potrzeb i kompensowania braków. Nawet jeśli przypomina zestaw kolorowych plomb.
Ramón de Mesonero Romanos – najważniejszy, dziewiętnastowieczny kronikarz stolicy – twierdził, że Madryt stanowi centrum Hiszpanii nie tyle ze względów topograficznych, ile z uwagi na swoją witalność. Autor Escenas matritenses [Scen madryckich] był przy tym czołowym przedstawicielem kostumbryzmu – nurtu w literaturze i sztuce skupionego na tym, co obyczajowe, codzienne. Przypadek? Chyba nie do końca, zwłaszcza że to niejedyny słynny kostumbrysta, który tworzył w stolicy. Madryt stanowił główny ośrodek tego nurtu, a sam kostumbryzm czerpał z niego pełnymi garściami. Trudna do podrobienia swojskość zawsze wyróżniała to miasto na tle innych zachodnioeuropejskich stolic. Choć nowoczesny i kosmopolityczny, miejscami monumentalny, Madryt nie daje się sprowadzić do królewskiej fasady. Nieustannie ciąży ku temu, co prozaiczne, plebejskie, ludyczne. Jego szkieletem nie są zabytki – raczej dzielnicowe zaułki i targi, parki i obiekty sportowe. Prawdziwa opowieść Madrytu to zaś nie tyle historia hiszpańskiego dworu, ile historia śnieżyc i upałów, teatru na patio i sztucznych plaż, zbieraczy szmat i sąsiedzkich zrywów, gotowania ciecierzycy i pływania w brokacie.
Oczywiście wiele elementów madryckiej obyczajowości to już dzisiaj przeszłość. Przynajmniej w sensie fizycznym, bo brak popularnych corrales de comedias[7] w przestrzeni miejskiej nie oznacza, że ich duch nie przetrwał. Zdaniem Trapiella mieszkańcy każdego miasta muszą prędzej czy później wybrać między elegią a celebracją. Ci, którzy wybierają elegię, już zawsze spoglądają tęsknie w przeszłość, pomstując na wszelkie zmiany. Celebracja zaś odcina całkowicie od tego, co było. Wydaje się, że Madrytczycy znaleźli trzecią drogę: celebrują, tęskniąc.
To miasto nigdy nie miało w sobie nic z katedry: brak mu odpowiedniej powagi i wzniosłości, a przede wszystkim nabożnego stosunku do samego siebie. Niech świadczy o tym fakt, że Madryt do dzisiaj nie uzyskał oficjalnie statusu miasta (ciudad), lecz jest jedyną europejską stolicą, która ma tytuł miasteczka (villa), nadany mu jeszcze w średniowieczu. Madrytczycy nigdy nie upomnieli się o zmianę tego stanu rzeczy. Słowem villa określa stolicę nawet hiszpańska konstytucja.
Katedra katedrą, ale czy to miasto może mieć coś wspólnego z ołtarzem?
Znajoma historyczka sztuki opowiada mi o churrigueresco, stylu niegdyś emblematycznym dla Madrytu. Już samo słowo przywodzi na myśl bezę z bitą śmietaną. Wzięło się od nazwiska Churriguera, które nosiła rodzina osiadłych w Madrycie architektów. Był to hiszpański ultrabarok, jeszcze bardziej zdobny niż jego prototyp. Rozpowszechniony na przełomie XVII i XVIII wieku, stał się niezwykle popularny między innymi w architekturze ołtarzy. Niestety w Madrycie nie zachowało się zbyt wiele jego przykładów. Najświetniejsze przejawy churrigueryzmu można za to napotkać w Meksyku, gdzie przyjął się jako rodzimy styl i osiągnął pełnię rozkwitu.
Cristinie aż się świecą oczy, kiedy mi o nim opowiada. Twierdzi, że nie ma nic bardziej madryckiego. Nie zgadza się z krytykami podnoszącymi, że ornamentalne przeładowanie unicestwia siłę churrigueryzmu i znieczula odbiorcę. Jej zdaniem taka ekstremalna dekoracyjność nie równa się inercji, wręcz przeciwnie – wyraża witalność, która potrafi przeniknąć człowieka do rdzenia.
Cristina pokazuje mi zdjęcia Klasztoru San Esteban w Salamance i jezuickiej świątyni w Tepotzotlán w Meksyku. Dla churrigueryzmu typowa jest kumulacja detali rzeźbiarskich i malarskich, która przesłania strukturę obiektu nagromadzeniem ornamentów: gałęzi, liści, owoców i kwiatów. Łamane frontony, faliste gzymsy i stiukowe girlandy służą oszołomieniu widza. I oszałamiają – wystarczy spojrzeć na fasadę Real Hospicio de San Fernando, w którym znajduje się Muzeum Historii Madrytu. Kamienny portal wyglądający jak nacieki szarego błota trochę przypomina ołtarz – i tak też został pomyślany. Ten fantastyczny horror vacui jest nasycony plecionkami, wstęgami, motywami roślinnymi i skalnymi, całość zaś zdaje się falować ku górze. Sprawia wrażenie, jakby miała zaraz spłynąć w kierunku przeciwnym do grawitacji.
– Sama pomyśl! – zapala się Cristina. – Ten przepych detali, spiralne kolumny, plątaniny wzorów, zawijasy, spiętrzenia… Przecież tu aż kipi! To jest czysta energia, życie!
Coś w tym jest. Madryt bywał arabski, średniowieczny, neoklasyczny i modernistyczny; spoglądał w stronę Nowego Jorku i Chicago, czasem w kierunku Paryża, rzadziej Wiednia. Jednak to barok wydaje się najbliższy jego naturze. A właściwie ultrabarok.
Nie bez powodu książka Marty Sanz, inspirowana codziennością dzielnicy Malasaña, nosi tytuł Retablo [Retabulum]. Barokiem przesycona jest nie tylko architektura stolicy, lecz także jej zwykłe życie, które wrząc i kipiąc, tworzy fantazyjne zacieki. Sceny same się nasuwają: kobieta około sześćdziesiątki, przebrana z okazji verbeny w obcisłą turkusową sukienkę z falbanami, wdrapuje się na kontener bio, by zrobić lepsze zdjęcie koleżankom. Ale barokowość to nie tylko domena fiest. Któregoś razu mój znajomy narzeka, że w biznesowej dzielnicy Las Tablas nie może się skupić na pracy. Po okolicy całymi dniami krąży grająca furgonetka.
– Lody dla korporacji?
– A skąd! Ostrzenie noży.
„Wśród garnków i rondli Pan jest z wami” – głosiła Teresa z Ávili. Ale kiedy wracam do domu z bukietem i workiem ziemniaków, są ze mną raczej panie Jolanta Brach-Czaina, Virginia Woolf, Clarice Lispector i Sylvia Plath. Ta ostatnia miała szczególną słabość do „cudownej, spokojnej zaradności”, kłębowiska zwyczajnych spraw, które miewają wymiar egzystencjalny. Plath ceniła sobie praktyczną stronę życia: „Jak pomaga ścieranie kurzy, codzienne zmywanie naczyń, rozmawianie z ludźmi, którzy nie są szaleni”. Podobnie myślała Almudena Grandes, mieszkanka tego miasta, bez którego, jak twierdziła, nie da się żyć, choćby życie w nim było niemożliwe – Madryt to w końcu prawdziwa katastrofa: urbanistyczna, polityczna i eklezjastyczna. A jednak Grandes pisze o nim z niemal religijnym oddaniem. W książce Mercado de Barceló [Targ Barceló] skupia się na codzienności jednego z madryckich targów i udowadnia, że rzeczywistość oferuje niewiele tak poruszających detali, jak makijaż handlarki ryb, biżuteria rzeźniczki, fałdy na brzuchach znudzonych nastolatek czy zamęt w kolejce po mięso, kiedy klienci zauważają, że w oddzielonym szybą saloniku fryzjerskim kobiety drapują tiul na głowie piekarki. Targi to trzewia tego miasta. A ono ustawia ostrość na to, co zwyczajne, a zarazem szlachetne – przesiąknięte godnością, która bierze się ze swobody.
Wkładam kwiaty do słoika z wodą i sięgam do opowiadania Lispector: „I brakowało jej róż. […] Nieobecność, która w nią wchodziła jak jasność” 10. Bohaterce tekstu jawi się tajemnicze miejsce „bez kurzu i bez marzeń” – bolesne, pozbawione życia. Pewien rodzaj uwierającej pustki. Pozwalam, by Madryt pokrył ją swoim rozsłonecznionym pyłem.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Villa to jednostka terytorialna mniejsza od miasta, która ma jednak pewne przywileje odróżniające ją od wsi i osad.
[2] Zwany tak od nazwiska architekta Carlosa Maríi de Castra.
[3] Cava Alta i Cava Baja to jedne z najstarszych ulic Madrytu, znajdujące się w dzielnicy La Latina.
[4] Dosłownie: pozbawiony złości, odzłoszczony. Słowo na określenie bezpretensjonalnego i swobodnego sposobu bycia lub wyglądu, czasem lekko niedbałego.
[5] Dosłownie: gatunek mniejszy.
[6]Madrileñismo, madrytyzm – według Hiszpańskiej Akademii Królewskiej (Real Academia Española) miłość lub przywiązanie do tego, co madryckie. Także słowo lub użycie językowe typowe dla mieszkańców Madrytu.
[7]Corral de comedias to rodzaj miejskiego teatru publicznego, który narodził się pod koniec XVI wieku w Madrycie. Przedstawienia odbywały się pod gołym niebem, na dziedzińcach między kamienicami i gromadziły publiczność ze wszystkich warstw społecznych. Na porządku dziennym były interakcje widzów z aktorami i swobodne zachowania.
1 E. i A. Banach, Dziennik podróży po Hiszpanii, Kraków 1974, s. 83–84.
2 A. Trapiello, Madrid, Barcelona 2020, s. 95.
3 C. Prieto, La maldición de la catedral de la Almudena. ¿Por qué es tan fea?, „El Confidencial”, 21.12.2016, elconfidencial.com, tinyurl.com/4ueht36k, dostęp: 6.04.2024.
4 J. Á. Mañas, Entrevista a Josep Pla (hecha por un madrileño), „Zenda”, 25.06.2017, zendalibros.com, tinyurl.com/3peuccjv, dostęp: 28.03.2024.
5Madrid, comentarios de M. Mihura, dibujos de J.I. de Cárdenas, fotografías de F. Gómez, Madrid 1961, s. 5.
6 A. Grandes, No compre aquí [w:] Aquel Madrid [katalog wystawy Aquel Madrid. 50 años de fotografías del Heraldo de Madrid y el diario Madrid], Madrid 2022, s. 201.
7 Tamże, s. 200.
8 A. Trapiello, Madrid, dz. cyt., s. 107.
9 R. Cidoncha, El Madrid de Pedro Almodóvar. Estos son todos los rincones que aparecen en sus películas, El Periódico, 11.06.2024, elperiodico.com, tinyurl.com/rxu6nwr6, dostęp: 12.06.2024.
10 C. Lispector, Opowiadania wszystkie, przeł. Wojciech Charchalis, Warszawa 2019, s. 157.
