Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Dziennikarskie śledztwo odsłaniające kulisy największego aktu sabotażu w ostatnich latach.
We wrześniu 2022 roku skandynawscy sejsmolodzy zarejestrowali wstrząsy w pobliżu duńskiej wyspy Bornholm. To, co początkowo wyglądało na podwodne trzęsienie ziemi, okazało się serią potężnych eksplozji, które zniszczyły wart 20 miliardów dolarów gazociąg Nord Stream, biegnący dnem Morza Bałtyckiego i transportujący rosyjski gaz do Niemiec. Wydarzenie to nie tylko zmieniło globalny krajobraz geopolityczny i wpłynęło na europejską gospodarkę, lecz również wywołało napięcia wewnątrz NATO.
Bojan Pancevski, główny korespondent polityczny „Wall Street Journal” w Europie, rekonstruuje przebieg tej zuchwałej operacji. Ujawnia szczegóły jej przygotowania i przytacza ekskluzywne relacje kluczowych graczy, w tym jej wykonawców, niemieckich śledczych oraz przedstawicieli służb wywiadowczych różnych państw. Jego wciągający reportaż łączy w sobie elementy thrillera szpiegowskiego, opowieści true crime i mrocznej kroniki wojennej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 416
Książka ta jest owocem wieloletnich, pogłębionych rozmów z ludźmi, którzy zaplanowali i przeprowadzili atak na gazociąg Nord Stream, ze śledczymi badającymi tę sprawę, a także z przedstawicielami służb wywiadowczych i rządów Stanów Zjednoczonych, Rosji, Ukrainy oraz wielu krajów europejskich. Autor, od ponad dekady relacjonujący wydarzenia w Ukrainie i Niemczech, zyskał wyjątkowy dostęp zarówno do osób prowadzących śledztwo, jak i do samych sprawców zamachu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Generał przyszedł na nasze pierwsze spotkanie z obstawą dwóch rosłych ochroniarzy opłaconych przez CIA.
Ten były młodzieżowy mistrz Ukrainy w boksie nie różnił się od nich niemal niczym: klata jak beczka, kwadratowa szczęka, bicepsy wielkości dziecięcej główki. Wyglądał nie jak szpieg, tylko jak ożywiona figurka jakiegoś twardziela z komiksu.
Rozpoznałem go od razu. Jego ochroniarze byli spięci, ale on wszedł swobodnym krokiem, rozluźniony i uśmiechnięty. Spotkaliśmy się w luksusowym hotelu w Kijowie kilka tygodni przed tym, jak Rosja rozpętała na pełną skalę inwazję na Ukrainę i na miasto spadły rakiety. Był przyzwyczajony do jazdy w opancerzonych samochodach i pojawił się ubrany zaskakująco lekko jak na surową, stepową zimę: miał na sobie kaszmirowy sweter, obcisłe spodnie w kant i eleganckie buty sportowe. Jego jasnoniebieskie oczy były przyjazne, maniery nienaganne, ale czułem, że mnie lustruje. Rozmawialiśmy po rosyjsku. Wspólny znajomy ręczył za mnie — korespondenta „Wall Street Journal”, który od lat przyjeżdżał do Ukrainy i znał część jego współpracowników — lecz Generał wyraźnie wolał sam wyrobić sobie zdanie.
W mrocznym świecie ukraińskiego wywiadu uchodził za postać legendarną. Jako najmłodszy oficer w historii, który zdobył ten stopień, przeprowadził serię brawurowych, niemal filmowych akcji przeciwko Rosji — operacji tak ryzykownych, że w końcu kosztowały go stanowisko i skłóciły z najpotężniejszymi osobami w państwie. Jego kariera była jak lustrzany obraz losów współczesnej Ukrainy: urodził się w ZSRR, szkolili go wierni Kremlowi byli oficerowie KGB, później odegrał kluczową rolę w budowaniu sojuszu między ukraińskimi i amerykańskimi służbami. Ta więź przyniosła serię spektakularnych sukcesów wywiadowczych, które podsycały rosyjską paranoję, zanim Władimir Putin podjął katastrofalną decyzję o inwazji.
Partnerzy z CIA cenili go tak wysoko, że nadal finansowali jego ochronę nawet po tym, jak został odsunięty od oficjalnej służby. Na kilka tygodni przed naszym spotkaniem przekazali mu też plany ataku Putina. Dlatego szukałem do niego dojścia przez moich znajomych w wywiadzie.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski publikował wtedy w sieci zdjęcia z wyjazdu na narty, lekceważąc coraz bardziej naglące ostrzeżenia Amerykanów o zbliżającym się natarciu.
Generał ściszonym głosem wyłożył mi dokładny scenariusz wojny. Rosjanie mieli zająć najbliższe lotnisko wojskowe i wykorzystać je jako bazę wypadową do przejęcia stolicy. Kolumny czołgów miały wlać się z czterech stron naraz, miażdżąc ukraińską obronę, a uderzenia rakietowe — sparaliżować kluczowe bazy i łączność. Na okupowanych terenach planowano aresztowania przywódców politycznych, egzekucje i pokazowe procesy, a w Kijowie ustanowienie marionetkowego rządu. Rosjanie przygotowali nawet plan parady zwycięstwa w centrum miasta.
Było to dokładnym przeciwieństwem tego, co ukraińscy politycy mówili społeczeństwu. Sam Zełenski zapewniał — prywatnie i publicznie — że Amerykanie się mylą i wojny nie będzie.
Zapytałem Generała, dlaczego prezydent tak twierdził. Westchnął, odchylając się w fotelu. Władze Ukrainy, odparł, były na wszystkich szczeblach spenetrowane przez Rosjan.
Zasugerowałem, że niektórzy wydają się też spenetrowani przez niekompetencję. Wiedziałem od naszych wspólnych znajomych, jak nisko Generał cenił swoich rywali i dawnych przełożonych.
Wybuchnął tubalnym śmiechem.
— Tak, są beznadziejni! — krzyknął, a atmosfera natychmiast się rozluźniła.
Skierowałem rozmowę na jego najsłynniejszą, a może raczej niesławną, operację — spisek, który przeniknął rosyjską armię i aparat bezpieczeństwa. Jak, u diabła, udało im się to zrobić?
Teraz już promieniał. Nachylił się do mnie i z łobuzerskim uśmiechem streścił przebieg operacji, dorzucając dygresje, którymi podkreślał co bardziej niesamowite szczegóły. Pomyślałem wtedy: oto on, bez maski — zuchwały chłopiec, bardzo, ale to bardzo zadowolony z siebie.
Zauważyłem, że jeden z jego ochroniarzy przez całe spotkanie stał dyskretnie w rogu, ze wzrokiem utkwionym w drzwi wejściowe. Na ogół uznawałem obstawę za ekstrawagancję; w Kijowie ludzie z pieniędzmi często poruszają się w towarzystwie uzbrojonych goryli. Znacznie później miałem się dowiedzieć, że Generał był na celowniku rosyjskich służb specjalnych, tych cieszących się najgorszą sławą.
Pod koniec rozmowy czułem, że znaleźliśmy wspólny język. Obaj byliśmy po czterdziestce, śmialiśmy się z tych samych żartów. Wymienialiśmy się opowiastkami z frontu we wschodniej Ukrainie, gdzie poznałem kilku z jego towarzyszy. Generał wypytywał mnie o dzieciństwo w Jugosławii, bałkańskim kraju, którego rozpad pociągnął za sobą krwawą wojnę domową. Dał mi swój poufny numer — podobnie jak wszyscy wyżsi rangą oficerowie ukraińskiego wywiadu używał amerykańskiego numeru — i uzgodniliśmy, że pozostaniemy w kontakcie.
Ta pierwsza rozmowa trwała niecałe dwie godziny. Stworzyła fundament relacji, dzięki której mogła powstać ta książka i która ostatecznie pozwoliła mi rozwikłać zagadkę ataków na Nord Stream.
Kiedy się rozstawaliśmy, zapytałem, co zrobi, gdy wejdą Rosjanie.
Spoważniał.
— Wyślę rodzinę za granicę, może do Polski — odparł.
A potem? Będzie walczył o Ukrainę poza krajem?
Przez ułamek sekundy wydawał się autentycznie zbity z tropu. Zaraz potem błękit jego oczu przybrał stalowy odcień. Pomyślałem, że zbyt pochopnie go oceniłem.
— Poczekam na wroga tutaj — powiedział już bez uśmiechu. — Będziemy bronić ojczyzny.
Zamilkłem na chwilę, rozważając jego słowa.
Jak to zrobi, zapytałem, jeśli wszystko, co powiedział, się sprawdzi? I kim są ci „my”?
Na jego twarz wrócił łobuzerski uśmieszek.
— Cóż, raczej nie będę walczył z karabinem w ręku. — Uniósł dłonie, jakby niczym dziecko trzymał w nich niewidzialną broń. — Mam inne doświadczenie — rzucił, stukając palcem wskazującym w skroń. — Powiedzmy, że przez ostatnie dwadzieścia lat zdobyłem skromny wachlarz umiejętności. Będą następne operacje, może nawet bardziej szalone niż dotychczasowe — powiedział. Jego uśmieszek zmienił się w szeroki uśmiech. — Zrobimy, co będzie w naszej mocy.
Nie wyjaśnił, kogo miał na myśli, mówiąc „my”, ale wkrótce miałem się tego dowiedzieć. Za każdym generałem, który odnosi sukcesy, stoi pracowity pułkownik.
Patrząc, jak odchodzi ze swoimi ochroniarzami, zastanawiałem się, na ile poważnie powinienem go traktować.
Ostatecznie jego przewidywania okazały się niemal w całości trafne.
Jednak co do jednego się mylił: generał z czterema gwiazdkami ostatecznie walczył z karabinem, nawet jeśli krótko.
I były następne operacje.
Jeszcze bardziej szalone.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Graj, śpiewaj, kobzarzu!
(...) A wesołą utnij, starcze,
By aż ziemia drżała
Taras Szewczenko, Hajdamacy,tłum. Leonard Sowiński
Poniedziałek, 26 września 2022 roku, 2:03
Stacje monitoringu sejsmicznego w całej Europie wszczęły alarm. Na skraju koła podbiegunowego automatyczne obserwatorium wczesnego ostrzegania w szwedzkim mieście Kalix zarejestrowało oznaki potężnego wstrząsu, który nastąpił około trzydziestu sekund wcześniej i ponad 1600 kilometrów od bazy.
Epicentrum wstrząsu znajdowało się na dnie Bałtyku, na południowy wschód od duńskiej wyspy Bornholm.
Kilka minut później system gazociągu Nord Stream 2 odnotował gwałtowny spadek ciśnienia w nitce A, jednej z dwóch. Służby w Rosji, gdzie rurociąg się zaczyna, i w Niemczech, gdzie ma swój koniec, otrzymały automatyczne powiadomienie.
NATO poderwało myśliwce i samoloty zwiadowcze. O świcie duński myśliwiec F-16 zarejestrował pierwsze ujęcia gigantycznych, szerokich na prawie kilometr gejzerów metanu tryskających z głębin morskich.
Duńskie władze natychmiast wprowadziły zakaz lotów nad miejscem zdarzenia, dopuszczając tylko te na dużej wysokości, i utworzyły 13-kilometrową strefę zamkniętą, ograniczając wszelki ruch morski. Każdy statek, który zbliżyłby się do gejzerów, zostałby wciągnięty pod wodę z powodu utraty napięcia powierzchniowego.
Aby zabezpieczyć ten zamknięty obszar, Dania wysłała okręty wojenne, w tym fregatę typu Absalon zdolną do prowadzenia działań w warunkach ataku chemicznego.
Gdy Björn Lund, dyrektor szwedzkiej Narodowej Sieci Sejsmologicznej, przeanalizował dane, szybko doszedł do wniosku, że wstrząs o sile 2,3 stopnia w skali Richtera nie został wywołany trzęsieniem ziemi. Odczyty wskazywały na podwodną eksplozję podobną do tych, które często zdarzają się na Bałtyku, zwłaszcza podczas ćwiczeń wojskowych.
Dno morskie jest tam usiane amunicją zagubioną lub porzuconą od czasu obu wojen światowych. Stare miny są często detonowane, by oczyścić teren dla podwodnych konstrukcji lub z innych względów bezpieczeństwa.
Jednak takie kontrolowane detonacje są zapowiadane z dużym wyprzedzeniem, a tego dnia żadna nie była w planie.
Władze w kilku krajach, w tym w Niemczech, szybko zaczęły spekulować, czy wybuchy były celowym aktem sabotażu.
O 19:03 zarejestrowano trzy kolejne, jeszcze silniejsze podwodne detonacje na północny wschód od Bornholmu, niecałe 160 kilometrów od miejsca pierwszej eksplozji. Nord Stream 1, drugi z bliźniaczych gazociągów biegnący równolegle do swojego młodszego odpowiednika, nagle stracił ciśnienie w obu nitkach. Później potwierdzono, że doszło do trzech eksplozji, które rozerwały obie nitki Nord Stream 1 i wybiły dziurę w nitce A gazociągu Nord Stream 2.
Tuż przed zamknięciem ruchu na tym obszarze załoga frachtowca Cellus dostrzegła z oddali gigantyczny wir. Statek, którego trasa wiodła przez rejon katastrofy, ocalał dzięki opóźnieniu. Kapitan Helge Jürgensen zrobił swoim iPhone’em zdjęcie słupów wody, które wznosiły się na około 45 metrów nad powierzchnię — były tak potężne, że wyraźnie zarejestrował je radar statku.
Na Bałtyku wybuchły kolejne kolosalne gejzery, które uwolniły do atmosfery prawie 500 tysięcy ton metanu. Była to największa spowodowana przez człowieka emisja gazu do atmosfery w historii, równa rocznemu śladowi węglowemu małego uprzemysłowionego państwa, a siła wybuchu dorównywała mocy cieplnej dużego reaktora jądrowego. W promieniu wielu kilometrów doszło do masowej śmierci organizmów morskich; rozpuszczony gaz rozprzestrzenił się na ponad 14% powierzchni Bałtyku. W Niemczech, gdzie gaz był znacznie droższy niż w USA, wartość wycieku oszacowano na prawie 2 miliardy dolarów. Utracona ilość wystarczyłaby do zasilenia w energię około 2 milionów niemieckich gospodarstw domowych przez cały rok.
Media zaczynały podchwytywać temat, a służby wywiadowcze w krajach NATO i Rosji przekazywały przywódcom swoje meldunki: najdłuższy na świecie podmorski gazociąg — liczący przeszło 1220 kilometrów — padł ofiarą sabotażu.
Następnego dnia nagłówki serwisów informacyjnych na całym świecie donosiły o największym akcie dywersji wymierzonym w infrastrukturę cywilną w historii, ilustrując to zdjęciami lotniczymi i nagraniem gejzerów wykonanymi przez duński śmigłowiec poszukiwawczo-ratowniczy AW101 Merlin.
W środę w swojej kwaterze głównej w Brukseli zebrały się władze NATO. Sojusz oświadczył, że gazociągi stały się celem „zuchwałego” aktu dywersji. Zapowiedziano „solidarną i zdeterminowaną odpowiedź” na atak na sojuszniczą infrastrukturę krytyczną.
Rosja zawnioskowała o zwołanie posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, najważniejszego forum międzynarodowego, żądając wszczęcia dochodzenia przez ONZ. Stany Zjednoczone i ich sojusznicy zablokowali ten wniosek.
W momencie ataku gazociągi nie były eksploatowane. Pod pretekstem rzekomych problemów technicznych Rosja ograniczyła przepływ gazu przez Nord Stream 1 w odpowiedzi na zachodnie sankcje za agresję na Ukrainę. Nord Stream 2 nie został jeszcze uruchomiony.
Mimo to wszystkie cztery nitki były pod ciśnieniem i wypełnione gazem. Jedna z nich, część Nord Stream 2, przetrwała atak w nienaruszonym stanie.
Szybko zapanowały chaos, niepokój i podejrzliwość. Brak oficjalnych informacji podsycał spekulacje i misterne teorie spiskowe, błyskawicznie nagłaśniane w mediach społecznościowych.
Gazociągi miały wielu wrogów, na czele z kolejnymi administracjami USA, które lobbowały przeciwko nim, a nawet nałożyły sankcje na Nord Stream 2.
Wokół teorii dotyczących sprawców ataku uformowały się dwa rywalizujące ze sobą obozy.
Pierwszy obwiniał USA.
Zaledwie kilka miesięcy wcześniej prezydent Joe Biden powiedział, że jeśli Rosja zaatakuje Ukrainę, gazociąg Nord Stream 2 przestanie istnieć.
„Położymy mu kres” — oświadczył.
Doradcy Bidena wyjaśnili później, że mówił o sankcjach, ale jego wypowiedź stała się dowodem koronnym dla tych, którzy podejrzewali Amerykanów.
Władimir Putin oskarżył USA o — jak go nazwał — atak terrorystyczny, ustanawiając tym samym oficjalną rosyjską narrację na temat incydentu, która miała być podtrzymywana przez cały okres śledztwa.
Czy to Amerykanie wysadzili gazociągi, którym sprzeciwiał się każdy amerykański prezydent od George’a W. Busha po Joe Bidena?
Drugi obóz oskarżał Rosję.
Niektórzy przedstawiciele zachodnich wywiadów, w tym funkcjonariusze niemieckiej służby wywiadu zagranicznego BND, oraz niektórzy międzynarodowi eksperci zaczęli podsuwać mediom narrację, że Rosja mogła zniszczyć własne rurociągi, aby uniknąć grożących jej procesów sądowych za niewywiązywanie się z kontraktów — podszeptywali, że eksplozje można by podciągnąć w takiej sytuacji pod działanie siły wyższej.
Byłem jednym z wielu reporterów, do których kierowano tę kampanię.
Przed eksplozjami w pobliżu miejsc wybuchów widywano rosyjskie okręty wojskowe i badawcze. Jeden z nich miał nawet na pokładzie mały okręt podwodny. Właśnie na ten rosyjski statek i jego eskortę raz po raz powoływali się przedstawiciele wywiadu i innych agencji rządowych podczas briefingów dla dziennikarzy, a także popularni w mediach społecznościowych śledczy amatorzy. Wywiady państw sojuszniczych miały później naprowadzić niemieckich śledczych na trop tego okrętu, sugerując, że mógł on brać udział w sabotażu gazociągów.
Jennifer Granholm, ówczesna amerykańska sekretarz energii, powiedziała stacji BBC, że „wygląda na to”, iż za atakami stała Rosja. Ówczesny wicekanclerz Niemiec Robert Habeck posunął się jeszcze dalej.
„Rosjanie mówiący »to nie my« są jak złodziej, który mówi »to nie ja kradnę«” — powiedział Habeck reporterom cztery dni po wybuchach. „Nie wierzę w ani jedno ich słowo”.
„To, co wydarzyło się na Bałtyku, to kolejny rosyjski atak terrorystyczny na Europę, obliczony na sianie chaosu na rynku energii” — stwierdził w swoim przemówieniu prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który dobrze wiedział, co się stało. „Odpowiedź musi być zdecydowana”.
Czy Rosja przeprowadziła operację pod fałszywą flagą?
Niektórzy niemieccy politycy wzmacniali ten przekaz, twierdząc, że rzekomi rosyjscy sabotażyści prawdopodobnie pozostawili jedną nitkę Nord Stream 2 w stanie zdatnym do użytku, aby wbić klin między Berlin rozpaczliwie potrzebujący dostaw gazu a Waszyngton, który obiecał zlikwidować gazociąg.
Państwa nadbałtyckie wspierane przez Wielką Brytanię w pośpiechu zmobilizowały swoje marynarki wojenne i siły powietrzne, by otoczyć ochroną ich wrażliwą infrastrukturę. Norwegia rozlokowała wojsko do pilnowania instalacji naftowych i gazowych.
Jednak nie wszyscy przedstawiciele władz po obu stronach Atlantyku byli szczerzy wobec opinii publicznej — ani własnych współpracowników.
Wkrótce po eksplozjach na ląd w porcie na Rugii została wyciągnięta żaglówka. Firma czarterowa będąca jej właścicielem zamierzała umieścić ją w suchym doku na zimę. Co nietypowe, nie posprzątano jej wnętrza ani nie sprawdzono kadłuba. Odłożono to na wiosnę.
Jednomasztowa łódź została umieszczona na pomalowanym na czerwono stalowym stojaku i wystawiona na smaganie chłodnymi, jesiennymi wiatrami Bałtyku. Jej długi kil niemal muskał beton nabrzeża.
Na białym kadłubie granatową kursywą wymalowano nazwę jachtu: Andromeda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
