Wyobrażone stolice. Miasta monarchii habsburskiej jako centra narodów 1815 — 1918 - Łukasz Galusek - ebook

Wyobrażone stolice. Miasta monarchii habsburskiej jako centra narodów 1815 — 1918 ebook

Łukasz Galusek

0,0
49,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Czy stolica może istnieć bez państwa? I czy miasto może się stać centrum narodu, zanim ten zdobędzie niepodległość?

Budapeszt, Bratysława, Lublana, Praga, Zagrzeb nie były jeszcze miastami stołecznymi – na początku XIX stulecia nie odgrywały nawet znaczącej roli metropolitalnej czy politycznej – ale już wtedy stawały się przestrzenią, w której rodziła się nowoczesna tożsamość narodowa.

To opowieść o ambicjach, aspiracjach i symbolach – o tym, jak architektura, urbanistyka, kultura i pamięć historyczna budowały poczucie wspólnoty. W wielonarodowym imperium miasta stawały się „sercami” narodów, zanim zyskały status oficjalnej stolicy.

Już w XIX wieku były postrzegane jako „własne” stolice poszczególnych narodów i w momencie odzyskania niepodległości – w 1918 roku – dysponowały niemal kompletnym programem stołecznym, pozwalającym im przejąć tę rolę.

Autor pokazuje, że stołeczność to kwestia nie tylko polityki, lecz przede wszystkim wyobraźni i kultury. Analizując relację nie tyle między miastem a władzą, ile między miastem a narodem, odsłania proces kształtowania „wyobrażonej stolicy” jako formy istnienia wspólnoty – także w warunkach braku suwerenności politycznej. To właśnie poprzez miasto naród komunikuje swoją odrębność i buduje swoje przestrzenne wyobrażenie.

Wyobrażone stolice to również próba odpowiedzi na pytanie, jak narody bez państw tworzą swoje centra i jak – w niesprzyjających, ale jednak otwierających pewne możliwości warunkach politycznych – realizują w miejskich formach pragnienie kulturowej i cywilizacyjnej podmiotowości. Zestawienie pięciu miast – od niemal milionowego Budapesztu po czterdziestotysięczną Lublanę – pokazuje pełne spektrum habsburskiej miejskości i różne drogi dochodzenia do stołeczności.

To książka dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak powstają narody – i jaką rolę odgrywają w tym procesie miasta.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 491

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © Mię­dzy­na­ro­dowe Cen­trum Kul­tury, 2026 Copy­ri­ght © Łukasz Galu­sek

Dofi­nan­so­wano ze środ­ków Mini­ster­stwa Kul­tury i Dzie­dzic­twa Naro­do­wego

Wydawca doło­żył wszel­kich sta­rań, by skon­tak­to­wać się z dys­po­nen­tami praw autor­skich. Ewen­tu­alne nie­do­pa­trze­nia zostaną nie­zwłocz­nie sko­ry­go­wane.

Żadna część tej książki nie może być uży­wana ani repro­du­ko­wana w jaki­kol­wiek spo­sób w celu szko­le­nia tech­no­lo­gii lub sys­te­mów sztucz­nej inte­li­gen­cji.

redak­torka pro­wa­dząca: Pau­lina Orłow­ska-Bańdo recen­zenci: prof. dr hab. Mał­go­rzata Omi­la­now­ska-Kil­jań­czyk, prof. dr hab. Robert Traba redak­cja: Ana­sta­zja Oleś­kie­wicz, Pau­lina Orłow­ska-Bańdo korekta: Anna Smut­kie­wicz, Alek­san­dra Łoziń­ska, Iza­bela Biliń­ska-Socha

ISBN 978-83-66419-85-8

Rynek Główny 25, 31-008 Kra­ków tel.: 12 42 42 811 e‑mail: sekre­ta­[email protected]­kow.pl www.mck.kra­kow.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Panu Pro­fe­so­rowi Jac­kowi Pur­chli,który nauczył mnie rozu­mieć mia­sta

Wprowadzenie

Nie ma państw bez sto­lic, tak jak nie ma sto­lic bez państw. Wydaje się to logiczne i oczy­wi­ste. Niech wolno mi będzie sprawę skom­pli­ko­wać.

W Dic­tion­na­ire général de la poli­ti­que opu­bli­ko­wa­nym w 1873 roku w haśle Sto­lica jej autor, Mau­rice Block, zapi­sał cie­kawą uwagę:

Madryt i Wie­deń zali­czają się do mniej­szych sto­lic. W przy­padku Madrytu zdaje się to wyni­kać z nie­uro­dzaj­no­ści obszaru, na jakim jest poło­żona sie­dziba władz hisz­pań­skich. Z kolei w Austrii jest to zwią­zane z wie­lo­ścią naro­do­wo­ści ją zamiesz­ku­ją­cych — każda z nich gro­ma­dzi się wokół swo­jej sto­licy, w któ­rej mówi się danym języ­kiem. Róż­no­rod­ność języ­ków spra­wia, że Wie­deń jest dla wielu z tych grup naro­do­wych nie­mal obcym mia­stem1.

To zaska­ku­jące spo­strze­że­nie, nawet jeśli przy­jąć, że autor — z ency­klo­pe­dycz­nej koniecz­no­ści — posłu­żył się skró­tem myślo­wym. Użył nazwy Austria, mimo że cho­dziło o Austro-Węgry, któ­rym zresztą w tym samym słow­niku poświę­cono obszerne hasło. Lata sześć­dzie­siąte XIX wieku przy­nio­sły w monar­chii habs­bur­skiej tyle waż­nych zmian, mię­dzy innymi ugodę austriacko-węgier­ską i przy­ję­cie kon­sty­tu­cji, że konieczne było ich rze­telne zre­la­cjo­no­wa­nie. Jeśli cho­dzi o sto­lice, to obok Wied­nia od czasu ugody (1867) poja­wia się w haśle także Buda (od 1873 roku jako Buda­peszt). I na tym koniec! Dla­czego zatem autor pisze o sto­li­cach poszcze­gól­nych naro­do­wo­ści? Sto­lica, jak sam wykłada na początku, jest sie­dzibą władz. Ow­szem, w monar­chii wypra­co­wano samo­rzą­dowe roz­wią­za­nia prawne pozwa­la­jące dzia­łać sej­mom kra­jo­wym, mia­stom i gmi­nom, lecz nie o tym chyba mowa. Wąt­pli­wo­ści można mno­żyć, a i tak zostaną nie­roz­wiane. Ważne są nato­miast dwie sprawy. Po pierw­sze, odpo­wiedź na pyta­nie, czym jest sto­łecz­ność, nie jest tak pro­sta, jak się zdaje. Po dru­gie, narody bez państw mogą two­rzyć wła­sne ośrodki, któ­rych Block nie waha się nazwać sto­li­cami.

Trudno orzec, jakie mia­sta miał na myśli, pisząc o sto­li­cach, w któ­rych „mówi się danym języ­kiem”. Widać za to, gdy porów­nać dzi­siej­szą mapę Europy Środ­ko­wej z tą sprzed dwóch stu­leci, że pięć miast — Bra­ty­sława, Buda­peszt, Lublana, Praga i Zagrzeb — będą­cych dziś sto­li­cami państw, na początku XIX wieku nie odgry­wało jesz­cze zna­czą­cej roli poli­tycz­nej i metro­po­li­tal­nej. Sta­wiam zatem tezę, że w Cesar­stwie Austriac­kim, a póź­niej w Austro-Węgrzech zaist­niały warunki sprzy­ja­jące poszcze­gól­nym ruchom naro­do­wym w takim ukształ­to­wa­niu wybra­nych miast na swoje cen­tra, że ich „sto­łecz­ność” jawiła się jako oczy­wi­sta i w chwili wybi­cia się na suwe­ren­ność nie pod­le­gała dys­ku­sji. W dodatku ośrodki te dys­po­no­wały już kom­plet­nym pro­gra­mem sto­łecz­nym, koniecz­nym do odgry­wa­nia tej roli. Co wię­cej, przy braku pod­staw poli­tycz­nych i czę­sto nie­do­statku eko­no­micz­nym taką sto­łecz­ność opie­rano na innych war­to­ściach — kul­tu­ro­wych, sym­bo­licz­nych oraz na „świa­do­mo­ści wiel­kiej prze­szło­ści”, czyli dzie­dzic­twie. Twier­dzę wresz­cie, że „wyobra­żone sto­lice”, jeśli tak można nazwać ośrodki naro­dów bez wła­snych państw, wyka­zują pewne cechy wspólne i są kon­stru­owane wedle okre­ślo­nych pra­wi­deł.

W toku roz­wa­żań posta­ram się rów­nież oświe­tlić kwe­stie ogól­niej­szej natury, a mia­no­wi­cie: Jak narody bez państw kształ­tują sto­łecz­ność miast, które obie­rają za swoje cen­tra? W jaki spo­sób wybrane przeze mnie mia­sta w ciągu XIX i na początku XX stu­le­cia stały się, by tak rzec, for­mami ist­nie­nia swo­ich naro­dów, for­mami ich prze­strzen­nego wyobra­że­nia? Jak poprzez mia­sto komu­ni­kuje się wspól­nota wyobra­żona, którą jest naród? Za sprawą czego w nie­sprzy­ja­ją­cych, a jed­nak stwa­rza­ją­cych pewne moż­li­wo­ści warun­kach poli­tycz­nych narody bez wła­snego pań­stwa ziściły w miej­skich for­mach swoje pra­gnie­nie kul­tu­ro­wej i cywi­li­za­cyj­nej pod­mio­to­wo­ści?

Rola Buda­pesztu, Pragi, Zagrze­bia i Lublany jako głów­nych ośrod­ków życia naro­do­wego nie ulega wąt­pli­wo­ści. Zara­zem, jak już wspo­mnia­łem, wszyst­kie te mia­sta stały się, prę­dzej czy póź­niej, sto­li­cami państw naro­do­wych: Węgrów, Cze­chów, Chor­wa­tów i Sło­weń­ców. Naj­wcze­śniej Buda­peszt, który ofi­cjal­nego sto­łecz­nego sta­tusu docze­kał się jesz­cze w ramach monar­chii Habs­bur­gów. Następ­nie Praga, zosta­jąc sto­licą powsta­łej z roz­padu tejże Cze­cho­sło­wa­cji. Lublana i Zagrzeb, przy­go­to­wane w XIX wieku do odgry­wa­nia roli sto­lic, po utwo­rze­niu w 1918 roku Kró­le­stwa Ser­bów, Chor­wa­tów i Sło­weń­ców musiały ustą­pić miej­sca Bel­gra­dowi, choć na­dal pozo­sta­wały naj­waż­niej­szymi mia­stami dla swo­ich naro­dów. Sto­li­cami państw, odpo­wied­nio Sło­we­nii i Chor­wa­cji, stały się w 1991 roku. Sytu­acja Bra­ty­sławy, którą rów­nież zamie­rzam się zająć, wymaga dodat­ko­wego komen­ta­rza. Sło­wacy for­mo­wali się jako nowo­cze­sny naród w szcze­gól­nie trud­nych oko­licz­no­ściach, toteż z wielu wzglę­dów Pre­szburg nie mógł był w pełni ode­grać roli naro­do­wego ośrodka. Powio­dło się nato­miast nie­wiel­kiemu Mar­ti­nowi (tj. Tur­czań­skiemu Świę­temu Mar­ci­nowi), poło­żo­nemu w pół­nocno-zachod­niej czę­ści kraju. Osta­tecz­nie jed­nak po pierw­szej woj­nie świa­to­wej sto­łecz­ność przy­pa­dła Pre­szburgowi, prze­mia­no­wa­nemu na Bra­ty­sławę — naj­pierw jako „dru­giej sto­licy” Cze­cho­sło­wa­cji, a w latach 1939–1945 sto­licy Pierw­szej Repu­bliki Sło­wac­kiej.

Nie­obec­ność Kra­kowa wśród wybra­nych przeze mnie miast może zasta­na­wiać, ponie­waż w XIX wieku z nawiązką speł­nił on pokła­dane w nim nadzieje i stał się „duchową sto­licą” nie­ist­nie­ją­cej Pol­ski. Przy­pa­dek dzie­więt­na­sto­wiecz­nego Kra­kowa, dogłęb­nie zana­li­zo­wany przez Jacka Pur­chlę2, służy mi za inspi­ra­cję w spoj­rze­niu na inne habs­bur­skie mia­sta jak na „matecz­niki” swo­ich naro­dów. Rów­no­cze­śnie jed­nak różni się od nich tym, że mimo ogrom­nego kapi­tału kul­tu­ro­wego nagro­ma­dzo­nego tam przez całe XIX stu­le­cie po odzy­ska­niu przez Pol­skę nie­pod­le­gło­ści w 1918 roku mia­sto to nie stało się sto­licą.

Z ana­lizy wyłą­czam ponadto Sara­jewo, sto­licę Bośni i Her­ce­go­winy, tery­to­riów oku­po­wa­nych przez Austro-Węgry od 1878 roku i nie­włą­czo­nych ani do Przed­li­ta­wii, ani do Zali­ta­wii. W 1908 roku Bośnię i Her­ce­go­winę anek­to­wano jako austro-węgier­skie kon­do­mi­nium, któ­rym pozo­sta­wały do upadku Austro-Węgier w 1918 roku. Z jed­nej strony do połowy XX wieku bośniaccy muzuł­ma­nie — Bosz­niacy — nie czuli się odręb­nym naro­dem; mimo kul­ty­wo­wa­nia wła­snej odmien­no­ści reli­gij­nej i kul­tu­ro­wej nie wytwo­rzyli ruchu naro­do­wego na wzór chor­wac­kiego, sło­weń­skiego czy serb­skiego. Z dru­giej zaś strony próba wykre­owa­nia stylu bośniac­kiego w archi­tek­tu­rze gma­chów publicz­nych Sara­jewa była przede wszyst­kim wyra­zem austro-węgier­skich aspi­ra­cji kolo­nial­nych reali­zo­wa­nych przez admi­ni­stra­tora kon­do­mi­nium Ben­ja­mina von Kállaya.

Wyłą­czam rów­nież Wie­deń, co wydaje się zro­zu­miałe, ale wymaga kilku słów obja­śnie­nia — wszak Austriacy byli jed­nym z naro­dów habs­bur­skich, a Wie­deń ich bez­sprzeczną sto­licą, od 1806 roku ofi­cjal­nie tytu­ło­waną Reichs-Haupt- und Resi­denz­stadt Wien3. Okrze­pły w baroku, do roz­padu monar­chii w dru­giej deka­dzie XX wieku Wie­deń pozo­stał jej poli­tycz­nym i ide­olo­gicz­nym cen­trum. W prze­strzeni i archi­tek­tu­rze mia­sta nie odno­szono się jed­nak do austriac­kiej toż­sa­mo­ści naro­do­wej, ponie­waż została ona pod­po­rząd­ko­wana racji stanu, jaką było rzą­dze­nie wie­lo­na­ro­do­wym impe­rium. Dla­tego „austriac­kość” przy­pi­saną w pew­nym momen­cie tere­zjań­skiemu baro­kowi należy rozu­mieć raczej w kate­go­riach pań­stwo­wych niż naro­do­wych i z tego mię­dzy innymi powodu po roz­pa­dzie impe­rium Austriacy poczuli się „naro­dem bez wła­ści­wo­ści”.

Kształ­to­wa­nie się „wyobra­żo­nych sto­lic” roz­pa­truję na tle for­mo­wa­nia się naro­dów habs­bur­skich jako wspól­not wyobra­żo­nych, co utarło się nazy­wać „naro­do­wym odro­dze­niem”. O ile faza naro­dowa w dzie­jach Europy i świata obej­muje ostat­nie dwa stu­le­cia, o tyle w tej książce wyzna­czam inne ramy cza­sowe: od kon­gresu wie­deń­skiego w 1815 roku do roz­padu Austro-Węgier w roku 1918. Ponad stu­letni okres wydaje się odpo­wiedni, aby nale­ży­cie prze­śle­dzić inte­re­su­jący nas pro­ces i umie­ścić go w sze­ro­kim kon­tek­ście. Wybór krót­szego odcinka czasu gro­ziłby frag­men­ta­rycz­no­ścią: spoj­rze­niem zawę­żo­nym do prze­mian naskór­ko­wych, takich jak wybór stylu, prze­pro­wa­dze­nie jakie­goś etapu moder­ni­za­cji, lep­sza czy gor­sza koniunk­tura, kon­tekst poli­tyczny bar­dziej lub mniej korzystny dla reali­za­cji zało­żo­nego pro­gramu. Sło­wem: pozwa­la­ją­cym ana­li­zo­wać poje­dyn­cze zja­wi­ska bądź budowle. Mia­sto nato­miast jest dzie­łem sztuki innej natury: wie­lo­au­tor­skim, roz­le­głym, a przede wszyst­kim dłu­go­trwale two­rzo­nym. Trzeba więc odpo­wiedniej per­spek­tywy, by uchwy­cić je w war­stwie mate­rial­nej — w urba­ni­styce i w archi­tek­tu­rze; w war­stwie niemate­rial­nej — w sfe­rze tre­ści, sym­boli i wyobra­żeń, jakimi obra­sta; wresz­cie w ramach uni­wer­sum kul­tury naro­do­wej, które sto­lica współ­two­rzy, a zara­zem staje się jego czę­ścią.

Mam nadzieję, że dodat­ko­wym walo­rem mojego uję­cia jest zesta­wie­nie pię­ciu miast dobra­nych wedle szcze­gól­nego kry­te­rium, jakim jest rola odgry­wana wobec „swo­ich” naro­dów, a jed­no­cze­śnie repre­zen­tu­ją­cych pełne spek­trum habs­bur­skiej miej­sko­ści — od dru­giej po Wied­niu metro­po­lii, Buda­pesztu, liczą­cego u schyłku monar­chii nie­mal milion miesz­kań­ców, po nie­wielką czter­dzie­sto­ty­sięczną Lublanę.

Mimo że badam mia­sta w okre­ślo­nym kon­tek­ście, cza­sie i miej­scu, uję­cie histo­ryczne ma w mojej pracy wyjąt­kowy cha­rak­ter. Stu­dia przy­pad­ków, jakimi są roz­działy poświę­cone kon­kret­nym mia­stom, pro­wa­dzę zgod­nie z chro­no­lo­gicz­nymi pra­wi­dłami. Świa­do­mość jed­nak, że dzie­więt­na­sto­wieczne mia­sto środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie jest owo­cem splotu kilku wiel­kich pro­ce­sów: moder­ni­za­cyj­nego, naro­do­twór­czego i urba­ni­za­cyj­nego, zacho­dzą­cych dodat­kowo w warun­kach kształ­tu­ją­cego się nowo­cze­snego pań­stwa prawa, zde­cy­do­wała o koniecz­no­ści uję­cia tych przy­pad­ków z wielu per­spek­tyw rów­no­cze­śnie. „Histo­rycz­ność” w mojej meto­dzie obja­wia się w tym, że badam sto­łecz­ność jako pro­ces, nie jako stan. Pro­ces, w któ­rym idą w parze moder­ni­za­cja i kult prze­szło­ści, mate­ria i duch.

Sta­ra­jąc się dociec natury sto­łecz­no­ści, pol­ski histo­ryk Sta­ni­sław Grzy­bow­ski prze­śle­dził jej euro­pej­ski rodo­wód: od tronu poprzez sie­dzibę władcy (przez długi czas zmienną i nie­trwałą) po wyro­słą z niej dwor­ską kan­ce­la­rię, a następ­nie inne urzędy cen­tralne: poli­tyczne i gospo­dar­cze. Począt­kowo rów­nież one miały cha­rak­ter wędrowny, jed­nak wraz z roz­ro­stem pań­stwa zaczęły poszu­ki­wać sta­łej sie­dziby, kon­so­li­du­jąc się w rodzaj insty­tu­cji nad­rzęd­nej — „insty­tu­cji” sto­licy pań­stwa. Dopiero gdy ta trwale osia­dła i złą­czyła się z mia­stem, stała się „mia­stem głów­nym”: caput regni, Haupt­stadt, capi­tal. Grzy­bow­ski wska­zał ponadto sto­łeczne arche­typy: Jero­zo­limę, Ateny i Rzym — tyleż utrwa­lone, ile ambi­wa­lentne w funk­cji łącze­nia pro­fa­num i sacrum, potęgi świec­kiej i ducho­wej. Jak­kol­wiek miały one pewien wpływ na for­mo­wa­nie się póź­niej­szych sto­lic, zda­niem histo­ryka sta­no­wiły raczej modele kul­tu­rowe niż insty­tu­cjo­nalne. Innymi słowy — były bar­dziej ideą sto­licy niż jej rze­czy­wi­stym wzo­rem4.

Grzy­bow­ski wycho­dził z zało­że­nia, że aby powstała sto­lica, musi ist­nieć pań­stwo, a następ­nie śle­dził dzie­jowe sta­dia sto­łecz­no­ści, aż dotarł do jej współ­cze­snej miej­skiej postaci — sie­dziby cen­tral­nych orga­nów suwe­ren­nego pań­stwa. Ja podą­żam nieco innym tro­pem. Nie ana­li­zuję związku wła­dzy poli­tycz­nej z mia­stem, lecz badam rela­cję mia­sta i narodu — kreu­ją­cego swoją sto­licę — opie­ra­jąc się na insty­tu­cjach, za pomocą któ­rych okre­śla on swoje władz­two i defi­niuje kod sto­łeczny mia­sta. Na wybra­nych przy­kła­dach środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich zamie­rzam odtwo­rzyć pro­ces powsta­wa­nia „wyobra­żo­nej sto­licy” jako ośrodka „suwe­ren­nego” narodu — nie w sen­sie poli­tycz­nej nie­za­leż­no­ści, lecz wła­śnie mimo jej braku, na pod­sta­wie ukształ­to­wa­nej i świa­do­mie prze­ży­wa­nej odręb­no­ści wobec innych oby­wa­teli wspól­nego pań­stwa.

Pro­ces ten nie pole­gał wyłącz­nie na budo­wa­niu bądź restau­ro­wa­niu, lecz w rów­nym stop­niu na nasy­ca­niu budowli i tkanki miej­skiej zna­cze­niami. Dla­tego pomocne oka­zują się metody ich „czy­ta­nia” wypra­co­wane wspól­nie przez semio­tykę, antro­po­lo­gię kul­tury i socjo­lo­gię. Spo­soby ana­li­zo­wa­nia mia­sta jako wie­lo­gło­so­wego, dyna­micz­nego (nie bez kon­flik­tów), wie­lo­war­stwo­wego (naro­dowo, spo­łecz­nie, sty­lowo), sta­ran­nie for­mo­wa­nego „obszaru kul­tu­ro­wego” — powta­rza­jąc za Alek­san­drem Wal­li­sem — obro­słego uczu­ciami i wyobra­że­niami znaj­du­ją­cymi wyraz w budow­lach, w dzie­łach sztuki, w lite­ra­tu­rze i w pra­cach histo­rycz­nych oraz w publi­cy­styce5. Semio­tycy doszli nawet do wnio­sku, że arty­styczne kre­acje miast nie są jedy­nie odzwier­cie­dle­niem real­nej prze­strzeni, lecz powo­łują do ist­nie­nia swo­isty „tekst”, spe­cy­ficzny dla każ­dego z nich i posłu­gu­jący się indy­wi­du­al­nym „języ­kiem”. Nie jest wpraw­dzie moim celem śle­dze­nie tych tek­stów: węgier­skiego Buda­pesztu, cze­skiego Pragi, chor­wac­kiego Zagrze­bia, sło­weń­skiego Lublany czy sło­wac­kiego Bra­ty­sławy tak jak to czy­nią semio­tycy czy socjo­lo­go­wie, nato­miast nie da się zaprze­czyć, że każde z tych miast — przy­ta­cza­jąc Wła­di­mira Topo­rowa6 — „prze­ma­wia” swo­imi budow­lami, uli­cami i pla­cami, wodami, ludźmi, histo­rią, dzie­dzic­twem i ide­ami w spo­sób znacz­nie głęb­szy, niż miała w zamie­rze­niu dzie­więt­na­sto­wieczna archi­tec­ture par­lante. Posze­rzam więc histo­ryczną per­spek­tywę o metody zaczerp­nięte z antro­po­lo­gii i socjo­lo­gii7, aby spró­bo­wać uchwy­cić, jak w ciągu ponad stu­le­cia inte­re­su­jące mnie mia­sta uzy­skały swój nowy ogól­no­na­ro­dowy sens — czy­telny dla roda­ków zarówno wtedy, jak i dziś, i z myślą o nich ukon­sty­tu­owany.

Stolica narodu

W powszech­nym mnie­ma­niu sto­łecz­ność wydaje się poję­ciem na tyle zro­zu­mia­łym, że jej zde­fi­nio­wa­nie nie powinno nastrę­czać trud­no­ści. Tym­cza­sem w zde­rze­niu z róż­no­rod­no­ścią jej form — zarówno współ­cze­snych, jak i zna­nych z prze­szło­ści — oka­zuje się, że pozor­nie oczy­wi­sta defi­ni­cja nie wytrzy­muje próby.

Naj­kró­cej można powie­dzieć, że w sto­licy sku­pia się wła­dza. Jak pisał Jean Got­t­mann: „Sto­lica jest z defi­ni­cji sie­dzibą wła­dzy i miej­scem, gdzie podej­mo­wane są decy­zje wpły­wa­jące na życie i przy­szłość narodu, któ­rym ta wła­dza rzą­dzi, i oddzia­łu­jące na to, co doko­nuje się i wyda­rza poza obsza­rem sto­licy”8. Zwią­zek sto­licy z pań­stwem, o czym wspo­mi­na­łem we Wpro­wa­dze­niu, przyj­muje się nie­mal za aksjo­mat. W geo­gra­fii poli­tycz­nej pań­stwo defi­niuje się jako „suwe­renną orga­ni­za­cję tery­to­rialną”9 i tak rozu­miane sta­nowi ono także pod­miot prawa mię­dzy­na­ro­do­wego. Ele­men­tami pań­stwo­wo­ści są: lud­ność, tery­to­rium i wła­dze. Pod­sta­wo­wym warun­kiem ist­nie­nia pań­stwa jest posia­da­nie wła­snego tery­to­rium jako obszaru pod­le­głego suwe­ren­nej wła­dzy10. Nie może ono zatem ist­nieć ani bez gra­nic, ani bez sto­licy.

Sto­lica jest cen­trum wła­dzy poli­tycz­nej, a zara­zem ema­nuje mocą: „ma odzwier­cie­dlać zamoż­ność, orga­ni­za­cję i siłę pań­stwa”, „musi być źró­dłem siły i auto­ry­tetu, zapew­niać sprawną kon­trolę nad kra­jem, a także ochronę pań­stwa przed nie­po­żą­da­nymi wpły­wami zewnętrz­nymi”11. Na tych stwier­dze­niach geo­gra­fo­wie wła­ści­wie poprze­stają i znacz­nie wię­cej uwagi poświę­cają kla­sy­fi­ka­cji roz­ma­itych typów sto­lic. Jedni dzielą je na natu­ralne i sztuczne12, dru­dzy na stałe, usta­no­wione bądź roz­dzie­lone, jesz­cze inni na sto­lice państw scen­tra­li­zo­wa­nych lub fede­ra­cyj­nych13. Podob­nie defi­nio­wano i opi­sy­wano sto­lice w prze­szło­ści. W opra­co­wa­nym przez Mau­rice’a Blocka wspo­mnia­nym Dic­tion­na­ire général de la poli­ti­que z 1873 roku hasło Sto­lica roz­po­czyna się nastę­pu­jąco:

Sie­dziba rządu. Paryż, Lon­dyn, Wie­deń, Ber­lin, Kopen­haga, Sztok­holm, Madryt, Lizbona, Mona­chium itd. stały się sto­li­cami, ponie­waż od nie­pa­mięt­nych cza­sów są zamiesz­ki­wane przez władcę, wokół któ­rego w natu­ralny spo­sób zgro­ma­dziły się naj­wyż­sze wła­dze pań­stwowe. Sta­ro­żytny Rzym został sto­licą, ponie­waż stop­niowo pod­bił ota­cza­jące go kra­iny. Mamy jed­nak rów­nież przy­kłady sto­lic, które zostały spe­cjal­nie zało­żone, albo miast usta­no­wio­nych sto­li­cami na mocy aktu urzę­do­wego14.

Dużo traf­niej sto­łecz­ność scha­rak­te­ry­zo­wał Ale­xis de Tocqu­eville, pisząc nie­spełna dwa­dzie­ścia lat przed Bloc­kiem, że „przy­czyną prze­wagi poli­tycz­nej sto­licy nad resztą pań­stwa nie jest ani jej poło­że­nie geo­gra­ficzne, ani jej wiel­kość, ani jej bogac­two, ale natura rządu”15. Współ­cze­śnie od podob­nej prze­słanki wycho­dzi bel­gij­ski badacz Fran­cis Delpérée, który pro­po­nuje postrze­ga­nie sto­licy jako ele­mentu ustroju pań­stwa i z tej per­spek­tywy wska­zuje trzy jej role: miej­sca decy­zji (lieu de décision), miej­sca dys­ku­sji (lieu de discus­sion) i miej­sca inte­gra­cji (lieu d’intégration). Pierw­szą z ról sto­lica odgrywa w pań­stwach scen­tra­li­zo­wa­nych, gdzie jest par excel­lence miej­scem wła­dzy poli­tycz­nej. Tam powstają doku­menty, stam­tąd roz­po­wszech­niane są zarzą­dze­nia i nakazy. Wszystko wycho­dzi ze sto­licy i wszystko do niej powraca. Sto­lica prze­ma­wia w imie­niu pań­stwa albo, innymi słowy, pań­stwo prze­ma­wia poprzez sto­licę. Zamiast być miej­scem wła­dzy, sto­lica może być miej­scem debaty poli­tycz­nej. Oto druga rola, cha­rak­te­ry­styczna dla państw fede­ra­cyj­nych. Sto­lica to miej­sce, gdzie spo­ty­kają się wszyst­kie kom­po­nenty pań­stwa; jej funk­cją jest umoż­li­wia­nie usta­wicz­nej dys­ku­sji nad kwe­stiami waż­nymi dla inte­resu pań­stwa (fede­ra­cji). Bywają jed­nak pań­stwa na tyle zło­żone — na przy­kład wspól­noty, które kon­ku­rują ze sobą w ramach jed­nego pań­stwa, jak to się dzieje współ­cze­śnie w Bel­gii — że ich sto­licy przy­pada szcze­gólna, trze­cia rola jako miej­sca inte­gra­cji16.

Władza w ruchu

Więk­szość geo­gra­fów jest zda­nia, że sto­lica to mia­sto o pew­nych szcze­gól­nych funk­cjach, a rolą bada­czy jest okre­śle­nie i wyja­śnie­nie tych funk­cji. Zapy­tajmy więc pro­wo­ka­cyj­nie: czy sto­lica musi być mia­stem? Ety­mo­lo­gia mogłaby pod­su­wać odpo­wiedź twier­dzącą. Po łaci­nie ‘głowę’ i ‘sto­licę’ ozna­cza to samo słowo: caput. Sto­lica byłaby zatem naj­waż­niej­szym mia­stem w całym pań­stwie, jego głową. Taką ety­mo­lo­gię prze­cho­wały wszyst­kie języki romań­skie17. Fran­cu­skie słowo capi­tale jest uprosz­cze­niem okre­śle­nia ville capi­tale. Stąd wzięło się angiel­skie capi­tal city, ‘główne mia­sto’. To także naj­częst­sza for­muła w języ­kach euro­pej­skich. Spo­ty­kana jest we wszyst­kich języ­kach ger­mań­skich oraz, co cie­kawe, w kilku sło­wiań­skich18, ale też w albań­skim, baskij­skim, estoń­skim, irlandz­kim, łotew­skim, turec­kim i węgier­skim19. Mawiano: „Roma caput mundi”, a że wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do Rzymu, toteż owa głowa może być rów­nież środ­kiem, a nawet ser­cem. W sta­ro­żyt­nej grece sto­lica to μητρόπολις (metró­po­lis) ‘mia­sto macie­rzy­ste’ — od μήτηρ (méter) ‘matka’ i πόλις (pólis) ‘mia­sto’20.

Ist­nieje także inny trop. Języki sło­wiań­skie, mię­dzy innymi pol­ski, zacho­wały zwią­zek słowa ‘sto­lica’ z tro­nem21 — a zatem z meblem, z czymś rucho­mym. Alek­san­der Brückner pisał: „Stół, sto­łek, sto­lec, stol­co­wać; sto­łeczny; sto­lica […]. Pra­słowo; tak samo u wszyst­kich Sło­wian; zna­cze­nie pier­wotne: ‘sto­lica’, ‘tron’”22. Rów­nież w litew­skim ‘tron’, sostas, dał źró­dło­słów ‘sto­licy’, sostinė. W sło­weń­skim za to używa się wymien­nie dwóch okre­śleń: glávno mésto i pre­stól­nica. Co cie­kawe, także Anglicy do XVII wieku mawiali hēafodburg, ‘główny gród’ albo hēafodstōl, ‘główny tron’. (Stōl to wła­śnie ‘sto­lec’, ‘tron’, wyparty w angiel­skim przez sta­ro­fran­cu­skie: cha­iere, cha­ire, dzi­siej­sze chair)23. W sta­ro­polsz­czyź­nie ‘sto­lec’ odno­sił się nie tylko do ele­men­tów mobi­lia­rza, lecz także, a może przede wszyst­kim — do wła­dzy, pano­wa­nia, wyso­kiej god­no­ści, dosto­jeń­stwa. „Utwier­dzić sto­lec”, „dać sto­lec”, „posa­dzić na stolcu” zna­czyło uczy­nić kogoś władcą albo umoc­nić czy­jąś wła­dzę. Słowo to poja­wiało się w takich kon­tek­stach jak otrzy­my­wa­nie god­no­ści, spra­wo­wa­nie jej, osią­ga­nie dosto­jeń­stwa24.

Sto­lec jest atry­bu­tem wła­dzy, sie­dze­nie zaś — jak poka­zał Elias Canetti — wła­dzę wyraża:

Krze­sło w kształ­cie, w jakim znane jest nam dzi­siaj, wywo­dzi się od tronu; ten zaś zakłada znie­wo­lone zwie­rzęta lub ludzi, na któ­rych spo­czywa władca. […] sie­dze­nie na krze­śle było wyróż­nie­niem [pod­kre­śle­nia E.C.]. Ten, kto sie­dział, spo­czy­wał na innych, będą­cych jego pod­da­nymi i nie­wol­ni­kami. Pod­czas gdy on mógł sie­dzieć, oni musieli stać. […] God­ność sie­dze­nia zawarta jest szcze­gól­nie w jego trwa­niu. […] od czło­wieka sie­dzą­cego ocze­kuje się, że będzie na­dal sie­dział. Nacisk, który wywiera, umac­nia jego rangę, a im dłu­żej go wywiera, tym pew­niej­sze spra­wia wra­że­nie. Nie ma pra­wie ludz­kiej insty­tu­cji, która nie wyko­rzy­sta­łaby dla sie­bie takiej jako­ści sie­dze­nia; która nie uży­wa­łaby jej do zacho­wa­nia i utrwa­le­nia sie­bie25.

Tezy, że sto­lica nie jest rów­no­znaczna z mia­stem oraz że nie da się jej scha­rak­te­ry­zo­wać tylko na pod­sta­wie ana­lizy geo­gra­ficz­nej, udo­wod­nił szwaj­car­ski geo­graf Claude Raf­fe­stin26. Choć nie posłu­żył się on argu­men­tem ety­mo­lo­gicz­nym (być może ze względu na barierę, jaką dla bada­cza zachod­nio­eu­ro­pej­skiego sta­no­wią języki sło­wiań­skie), to wyka­zał, że natura sto­licy polega na tym, iż może się ona zna­leźć w dowol­nym miej­scu. Nie jest zatem ani mia­stem, ani żad­nym kon­kret­nym miej­scem. Jest bowiem kate­go­rią nie geo­gra­ficzną, lecz antro­po­lo­giczną: „zanim uzy­skuje mate­rialną formę w okre­ślo­nym miej­scu, prze­ja­wia się poprzez zor­ga­ni­zo­waną grupę z insty­tu­cjami, które legi­ty­mi­zują spra­wo­wa­nie wła­dzy. Sto­lica jest przede wszyst­kim funk­cją wła­dzy, a zatem funk­cją poli­tyczną, którą wyko­nuje się w pew­nym miej­scu — ale spra­wo­wa­nie tej wła­dzy od tego miej­sca nie zależy”27. Śre­dnio­wieczny rex ambu­lans — władca wędru­jący wraz ze swoim dwo­rem — miał dzie­siątki sie­dzib. Nie spo­sób więc mówić o jed­nej i sta­łej sto­licy. W pań­stwach takich jak śre­dnio­wieczna nie­miecka Rze­sza mogłoby się oka­zać — iro­ni­zo­wał Antoni Mączak — że sto­lic jest wię­cej niż miast!28 Sto­łecz­ność była ści­śle zwią­zana z dwo­rem władcy. „Dwór pomy­ślany jest głów­nie jako cen­trum — pisał Elias Canetti — jako punkt środ­kowy, według któ­rego czło­wiek się orien­tuje. […] Ale pier­wot­nie rów­nież ten punkt był ruchomy. Mógł poja­wić się w jed­nym lub dru­gim miej­scu, wędro­wał wraz z tymi, któ­rzy poru­szali się wokół niego”29. Canetti mówił to samo co Nor­bert Elias, autor prze­ni­kli­wej ana­lizy spo­łe­czeń­stwa dwor­skiego30. Elias jed­nak doda­wał: „Nic poza pra­gnie­niem zebra­nia wszyst­kich funk­cji w jed­nym zespole sie­dzib nie wska­zuje na funk­cjo­nalne związki z mia­stem. Można taką sie­dzibę prze­nieść bez wiel­kich zmian na wieś. Jej wła­ści­ciel należy do tkanki miej­skiej tylko jako kon­su­ment”31. Nie kwe­stio­no­wał, że dwo­rza­nie byli ludźmi mia­sta w tej mie­rze, w jakiej ich ogładę, ich, by tak rzec, civilité ukształ­to­wało mia­sto. Nie­mniej związki dwo­rzan z mia­stem były nie­po­rów­na­nie słab­sze od związ­ków miesz­czan, któ­rzy w nim żyją i pra­cują32.

Sto­łecz­ność jest „noma­dyczna”, jak mawia Claude Raf­fe­stin, bądź „prze­chod­nia”, jeśli użyć okre­śle­nia Andre­asa W. Dauma33. Prze­chod­niość prze­ja­wia się także tym, że sto­łecz­ność to pro­ces, a nie stan. Trudno o ilu­stra­cję wymow­niej­szą niż Paryż, przez bada­czy uzna­wany za sto­licę natu­ralną i stałą. Awans mia­sta wyni­kał z ambi­cji rodu Kape­tyn­gów, panów regionu Île-de-France, kla­sycz­nego, jak utrzy­mują geo­gra­fo­wie, regionu zaląż­ko­wego pań­stwa, czyli jego kolebki. Sto­łecz­ność Paryża sku­piała się na wyspie Île de la Cité, ośrodku wła­dzy z kate­drą i kró­lew­ską Sainte-Cha­pelle. Obok, na pra­wym brzegu Sekwany, roz­kwi­tło samo mia­sto: z ratu­szem, halami, uli­cami i pla­cami. Brzeg lewy stał się kwar­ta­łem uni­wer­sy­tec­kim. Szybko oka­zało się, że wyspa jest za mała jak na potrzeby roz­ra­sta­ją­cego się dworu, który prze­niósł się do kom­pleksu Luwru na pra­wym brzegu. Luwr i jego oto­cze­nie były odtąd suk­ce­syw­nie roz­bu­do­wy­wane i upięk­szane34. A zatem ani cały Paryż nie był sto­licą, jeśli jądro sto­łecz­no­ści migro­wało w nim, ani nie był nią nie­prze­rwa­nie, skoro w pew­nym momen­cie prze­mie­ściło się ono także poza niego, do Wer­salu, skąd kró­lo­wie wła­dali Fran­cją od 1682 roku.

Cechą sto­łecz­no­ści od zawsze była kon­cen­trycz­ność. Osiem­na­sto­wieczny abso­lu­tyzm prze­kształ­cił ją jed­nak w cen­tra­lizm. W pań­stwie abso­lu­ty­stycz­nym cała wła­dza sku­piła się w rękach monar­chy w myśl mak­symy „l’État c’est moi”, a rów­no­cze­śnie dążono do urze­czy­wist­nie­nia jed­no­ści pań­stwo­wej, mię­dzy innymi poprzez uni­fi­ka­cję tery­to­rialną. Zie­mie wcho­dzące w skład takiego pań­stwa, dotąd zacho­wu­jące swoje tra­dy­cyjne herby, urzędy i prawa, pod rzą­dami abso­lu­ty­stycz­nymi prze­obra­żały się w bar­dziej spójną całość. O ile dla monar­chy sta­no­wego róż­no­rod­ność nie była pro­ble­mem — dzie­dzi­czył on bowiem poszcze­gólne zie­mie wraz z ich orga­ni­za­cją i pra­wem zwy­cza­jo­wym — o tyle monar­chę abso­lut­nego odręb­no­ści ogra­ni­czały, krę­po­wały swo­bodę jego dzia­ła­nia. Zmie­rzał on więc do likwi­da­cji takiego stanu rze­czy; odręb­ność poszcze­gól­nych ziem redu­ko­wał do tytu­la­tury. Wzmac­nia­nie potęgi abso­lu­ty­stycz­nego pań­stwa pole­gało na pozy­ski­wa­niu kolej­nych zdo­by­czy tery­to­rial­nych i uni­fi­ko­wa­niu ich z metro­po­lią35.

Cen­tra­li­za­cja obej­mo­wała nie­mal wszyst­kie sfery: od ujed­no­li­ce­nia armii (poprzez roz­cią­gnię­cie na całe spo­łe­czeń­stwo obo­wiązku służby woj­sko­wej bądź cię­żaru podat­ko­wego na rzecz armii), przez uni­fi­ka­cję wymiaru spra­wie­dli­wo­ści — reali­zo­waną mię­dzy innymi dzięki kody­fi­ka­cji prawa, jed­no­li­tego we wszyst­kich czę­ściach pań­stwa i powszech­nego dla wszyst­kich (nie była to jesz­cze zasada rów­no­ści wobec prawa, ale róż­nice sta­nowe zaczęły się zacie­rać wsku­tek uczy­nie­nia wszyst­kich słu­gami pań­stwa) — po stwo­rze­nie scen­tra­li­zo­wa­nego apa­ratu urzęd­ni­czego zło­żo­nego z ludzi zawo­dowo do tego przy­go­to­wa­nych36.

„Pałac w Wer­salu — pisał Nor­bert Elias — sym­bo­li­zuje w pewien spo­sób szczyt spo­łe­czeń­stwa zhie­rar­chi­zo­wa­nego w swo­ich naj­drob­niej­szych prze­ja­wach”37. Sym­bo­li­zuje cen­tra­li­za­cję, pro­dukt ancien régime’u, którą Ale­xis de Tocqu­eville sar­ka­stycz­nie stresz­czał tak:

Jedno jedyne ciało, umiesz­czone w cen­trum kró­le­stwa, rzą­dzi admi­ni­stra­cją publiczną w całym kraju; ten sam mini­ster kie­ruje nie­mal wszyst­kimi spra­wami wewnętrz­nymi; w każ­dej pro­win­cji jeden urzęd­nik decy­duje o ich szcze­gó­ło­wym wyko­na­niu; nie ma żad­nych niż­szych orga­nów admi­ni­stra­cyj­nych, które mogłyby cokol­wiek przed­się­wziąć bez uprzed­niego uzy­ska­nia na to zgody38.

Oto wła­śnie czas, kiedy dwór monar­szy prze­obraża się w osia­dły zespół cen­tral­nych insty­tu­cji pań­stwa. Kraj zaś, nad któ­rym ma wła­da­nie, prze­kształca się w upo­rząd­ko­wane i jed­no­li­cie admi­ni­stro­wane tery­to­rium pań­stwa. Czas, kiedy „cen­trum się usta­liło” — jak pisał Canetti — i jego sta­łość będą odtąd pod­kre­ślane coraz moc­niej39. Zgod­nie z poglą­dami mężów stanu sku­pio­nych wokół Króla Słońce cały zarząd pań­stwowy winien odby­wać się ze sto­licy pań­stwa, wycho­dzić z krę­gów wła­dzy i być wyko­ny­wany według jed­no­li­tych zasad40. Z kolei dwór, kon­ty­nu­ując myśl Canet­tiego,

ma zwa­bić wszyst­kich pod­da­nych do sto­licy, gdzie rze­czy­wi­ście w wiel­kich, kon­cen­trycz­nych krę­gach zaj­mują pozy­cję wokół wewnętrz­nego koła dwo­ra­ków. Sto­lica rośnie wokół dworu, jej domy są nie­ustan­nym hoł­dem jemu skła­da­nym. Król, z wła­ściwą wład­com wiel­ko­dusz­no­ścią, rewan­żuje się wspa­nia­łymi budow­lami41.

Wydaje się, że w ten spo­sób został pomy­ślany Peters­burg. Mia­sto wzno­szone od 1703 roku na bagnach nad Newą przez Pio­tra Wiel­kiego; połą­cze­nie moder­ni­za­cji, zawar­tej w pla­nie urba­ni­stycz­nym i archi­tek­tu­rze, z wielką skalą i roz­ma­chem odzwier­cie­dla­ją­cym abso­lu­ty­styczny cha­rak­ter rzą­dów. Peters­burg był euro­pej­skim pier­wo­wzo­rem sto­licy budo­wa­nej od pod­staw, na suro­wym korze­niu; sym­bo­lem kie­runku eks­pan­sji Rosji i jej pano­wa­nia nad Bał­ty­kiem, lecz nade wszystko wszech­mocy impe­ra­tora, który chciał łączyć potęgę samo­władz­twa ze środ­kami, jakie przy­nieść mu miała moder­ni­za­cja42. Sym­bo­li­zuje, jak się zdaje, jesz­cze coś wię­cej. Zaląż­kiem sta­łego cha­rak­teru sto­licy były, zda­niem Canet­tiego, kamień i drewno, z któ­rych wzno­szono rezy­den­cje i które spra­wiały, że dwór wytra­cał swój mobilny cha­rak­ter. Z bie­giem czasu trwa­łość rezy­den­cji pod­kre­ślano coraz moc­niej, jak zazna­czał Canetti, co dopro­wa­dziło do tego, że cen­trum się „usta­liło”43. „Trud­ność zbu­do­wa­nia takiego cen­trum — pisał — koniecz­ność przy­tasz­cze­nia z daleka kamieni, liczba ludzi bio­rą­cych udział w tej pracy, sam czas, jakiego wyma­gało jego wznie­sie­nie, to wszystko przy­czy­niało się do pod­wyż­sze­nia jego chwały jako budowli trwa­łej”44. Nie spo­sób oprzeć się wra­że­niu, że sto­licą, która dosko­nale ilu­struje te teo­re­tyczne roz­wa­ża­nia Canet­tiego, jest wła­śnie Peters­burg.

Koniec XVIII wieku przy­niósł ważną zmianę — zapo­cząt­ko­wał fazę sto­licy „osia­dłej”, coraz moc­niej zwią­za­nej z mia­stem. W 1776 roku powstały Stany Zjed­no­czone Ame­ryki, fede­ra­cja, która przy­jęła ustrój repu­bli­kań­ski unor­mo­wany w kon­sty­tu­cji z 1787 roku. Jeden z jej zapi­sów doty­czył powsta­nia sto­licy pań­stwa w spe­cjal­nie na ten cel wyzna­czo­nym okręgu, mają­cym być nie czę­ścią któ­re­goś ze sta­nów, lecz „z mocy prze­ka­za­nia go przez poszcze­gólne stany i przy­ję­cia przez Kon­gres stać się [może] sie­dzibą naczel­nych władz Sta­nów Zjed­no­czo­nych”45. Ustawa zasad­ni­cza nie pre­cy­zo­wała ani loka­li­za­cji, ani nazwy mia­sta. Prze­są­dzono o nich dopiero w 1791 roku46. Wła­dze prze­nio­sły się do nowego mia­sta Waszyng­ton w 1800 roku.

W Euro­pie wybuch rewo­lu­cji fran­cu­skiej spro­wa­dził króla i dwór z powro­tem do Paryża. Mia­sto przez nie­mal stu­le­cie pozo­sta­wało sceną kar­na­wału kolej­nych rewolt, repu­blik i restau­ro­wa­nych monar­chii. Ale­xis de Tocqu­eville zwró­cił uwagę, że choć prze­wroty tra­wiły cały kraj, to ich ogni­skiem i moto­rem był wyłącz­nie Paryż. Myśli­ciel oskar­żał sto­licę o to, że owład­nęła kra­jem, że naj­sku­tecz­niej ze wszyst­kich sto­lic euro­pej­skich przej­mo­wała całą wła­dzę, że odgry­wała wielką rolę w upad­kach wszyst­kich rzą­dów47. Nie pozo­stał w swym sądzie odosob­niony. Rów­nież Mau­rice Block uznał za sto­sowne odno­to­wa­nie tej sytu­acji w swoim słow­niku.

Ta domi­na­cja sto­licy […] jest w pełni zgodna z pra­wem i wypływa z natury ludz­kiej. Liczba miesz­kań­ców, poziom wie­dzy, doświad­cze­nie poli­tyczne, bogac­twa, wszystko to razem two­rzy masę, która musi oddzia­ły­wać mocno na szalę losów pań­stwa. Nie jest to powód, dla któ­rego sto­lica powinna uzna­wać, że ma prawo do roz­ka­zy­wa­nia resz­cie kraju, do oba­la­nia władz i usta­na­wia­nia anar­chii. Gdy jed­nak zdoła prze­pro­wa­dzić takie dzia­ła­nia, dowo­dzi to zawsze jej potęgi lub jej siły wpływu, i jeśli zdoła uczy­nić takie rze­czy wbrew woli pro­win­cji, pro­win­cje zasłu­gują na to, by spo­tkała je ta obraza ze wszyst­kimi jej skut­kami, za to, że nie wyko­rzy­stały swego prawa i swo­jej wła­snej siły48.

Wybuch Komuny Pary­skiej w marcu 1871 roku zmu­sił cesa­rza i rząd do schro­nie­nia się w Wer­salu. Pałac raz jesz­cze, na osiem lat, stał się sto­licą Fran­cji. Dopiero Trze­cia Repu­blika unor­mo­wała kwe­stię sto­licy i w usta­wie zasad­ni­czej pre­cy­zyj­nie wska­zano miej­sce, gdzie swoje sie­dziby mają wła­dze pań­stwa: par­la­ment, pre­zy­dent i rząd. Kon­sty­tu­cja z 1875 roku sta­no­wiła, że jest to Wer­sal, a jej nowe­li­za­cja z 1879 roku zde­cy­do­wała o prze­nie­sie­niu sto­licy do Paryża49. W ten spo­sób Fran­cja uzy­skała „osia­dłą” sto­licę, któ­rej ist­nie­nie sank­cjo­no­wał naj­waż­niej­szy doku­ment prawny pań­stwa. Poza trzema krót­kimi okre­sami pod­czas obu wojen świa­to­wych sto­łecz­ność Paryża nie została już ni­gdy prze­rwana.

Jesz­cze zanim Fran­cja upo­rała się z Pary­żem, w 1830 roku powstała Bel­gia, pierw­sze pań­stwo w Euro­pie, które kon­sty­tu­cyj­nie unor­mo­wało sprawę sto­licy. 7 lutego 1831 roku Kon­gres Naro­dowy uchwa­lił ustawę zasad­ni­czą, któ­rej tytuł VII, art. 126 sta­no­wił, że „Mia­sto Bruk­sela jest sto­licą Bel­gii i sie­dzibą rządu”50. Zapis odno­szący się do mia­sta sto­łecz­nego będzie odtąd chęt­nie prak­ty­ko­wany w pań­stwach, któ­rych ustrój oprze się na kon­sty­tu­cji.

Czy wobec takiego usta­le­nia sprawy noma­dycz­ność sto­licy zanika? Claude Raf­fe­stin cel­nie zauwa­żył, że sto­lica „osia­dła” zapo­cząt­ko­wała pro­ces „abs­trak­cyj­nej mobil­no­ści”, to zna­czy wie­lo­war­stwowy pro­ces nada­wa­nia mia­stu sto­łecz­nemu zna­czeń, wpi­sy­wa­nia ich w jego prze­strzeń, a następ­nie nad­pi­sy­wa­nia i prze­pi­sy­wa­nia51. Każdy monar­cha, każdy rząd, każdy dyk­ta­tor pra­gnął odci­snąć na sto­licy swój ślad. A więc nisz­czył ją i odbu­do­wy­wał, wzno­sił, upięk­szał, powięk­szał albo nazna­czał w jaki­kol­wiek inny spo­sób. Spek­takl narodu i pań­stwa stał się tym samym spek­ta­klem mia­sta.

Metropolie i pasożyty

W mie­ście sto­łecz­nym na tra­dy­cyjne funk­cje miej­skie nakła­dają się spe­cy­ficzne role sto­łeczne. Ich wza­jemna rela­cja każ­do­ra­zowo kształ­tuje się ina­czej — od rów­no­wagi do domi­na­cji jed­nej z nich — co rów­nież pro­wa­dzi do odmien­nych skut­ków: od syner­gii po kon­flikt. Funk­cje sto­łeczne można naj­ogól­niej ująć w czte­rech kate­go­riach: poli­tyczne, gospo­dar­cze, spo­łeczne (etniczno-naro­dowe) oraz kul­tu­ralne52. Sto­lica koja­rzy się zazwy­czaj z dużym — a więc i skom­pli­ko­wa­nym funk­cjo­nal­nie — mia­stem. Jed­no­cze­śnie sądzi się, że ma uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję wzglę­dem innych miast. Nie jest to jed­nak reguła. Nie­kiedy sto­lica jest naj­więk­szym mia­stem i sku­pia naj­waż­niej­sze funk­cje poli­tyczne, gospo­dar­cze, spo­łeczne i kul­tu­ralne. Współ­cze­snymi przy­kła­dami takich sto­lic są Paryż, Lon­dyn czy Buda­peszt. Wyraź­nie domi­nują one nad innymi mia­stami, co wynika z tego, że w pań­stwach scen­tra­li­zo­wa­nych mia­sta sto­łeczne roz­wi­jają się szyb­ciej wła­śnie dzięki peł­nio­nym funk­cjom sto­łecz­nym. (Nie są nato­miast znane przy­padki, by mia­sto uzy­skało sto­łecz­ność tylko dzięki swo­jej wiel­ko­ści). Sto­lica może rów­nież być naj­więk­szym mia­stem, w któ­rym sku­piają się funk­cje poli­tyczne, spo­łeczne i kul­tu­ralne, ale nie­ko­niecz­nie gospo­dar­cze. Przy­kła­dami są Madryt i Rzym, gdzie rolę eko­no­miczną rów­no­ważą odpo­wied­nio Bar­ce­lona i Bil­bao oraz Medio­lan i Turyn. W pań­stwach zde­cen­tra­li­zo­wa­nych — fede­ra­cjach i konfede­ra­cjach — sto­lica nie musi być naj­więk­szym mia­stem (nie­rzadko sytu­uje się wśród miast mniej­szych), może też — lecz nie musi — sku­piać wszyst­kie funk­cje poli­tyczne, spo­łeczne i kul­tu­ralne, ni­gdy jed­nak nie kon­cen­trują się w niej naj­waż­niej­sze funk­cje gospo­dar­cze. Przy­kła­dami są Waszyng­ton, Ber­lin, Brasília czy Can­berra53. Zwłasz­cza tam, gdzie usta­no­wiono nowe sto­lice i zbu­do­wano je od pod­staw, wiele funk­cji — a nie­kiedy nawet więk­szość — pozo­stało gdzie indziej: bądź w poprzed­niej sto­licy, bądź w roz­wi­nię­tych już wcze­śniej ośrod­kach gospo­dar­czych. Naj­lep­szym tego dowo­dem jest Nowy Jork, który wie­dzie prym w całym kraju pod wzglę­dem gospo­dar­czym, finan­so­wym i w znacz­nym stop­niu także kul­tu­ral­nym, sam nie będąc nawet sto­licą stanu.

Peter Hall pod­kre­śla, że poli­tyczna siła sto­łecz­no­ści nie­ko­niecz­nie idzie w parze z rolą gospo­dar­czą. Sto­lice, które zaj­mują miej­sce głów­nych ośrod­ków eko­no­micz­nych, zawdzię­czały swoją pozy­cję raczej uwa­run­ko­wa­niom histo­rycz­nym. Gdy w Euro­pie od XVI do XVIII wieku rosła w potęgę abso­lu­ty­styczna wła­dza oraz wiel­kie empo­ria han­dlowe, wów­czas — jak tłu­ma­czy Hall — ukształ­to­wały się sto­lice euro­pej­skich mocarstw54. Osią­gnęły one pozy­cję poli­tyczną i eko­no­miczną dzięki temu, że zogni­sko­wały w sobie owe dwie naj­waż­niej­sze w tam­tym cza­sie siły. Można powie­dzieć, że stały się metro­po­liami w sta­ro­grec­kim sen­sie tego słowa — „mia­stami mat­kami”, dokąd pły­nęły dobra z ziem, któ­rymi wła­dały, i kolo­nii, które wyzy­ski­wały eko­no­micz­nie. Wraz z roz­wo­jem han­dlu roz­ra­stał się sek­tor finan­sów i ban­ków. Aby scen­tra­li­zo­wana wła­dza i pod­mioty han­dlowe mogły spraw­nie funk­cjo­no­wać, potrze­bo­wały norm praw­nych i spo­so­bów ich egze­ku­cji. To z kolei dało począ­tek sek­torowi insty­tu­cji prawa: sądów i kan­ce­la­rii praw­ni­czych. Rosnąca liczba pro­fe­sjo­na­li­stów wyma­gała odpo­wied­niego zaple­cza edu­ka­cyj­nego. Słu­żyły temu szkoły, zwłasz­cza wyż­sze, które także budo­wały pre­stiż sto­licy. Kolek­cje arty­styczne z kolei przy­da­wały jej bla­sku. Do sto­lic chęt­nie spro­wa­dzano łupy z pod­bi­tych krain: tro­fea, prze­cho­wy­wane i demon­stro­wane, świad­czyły o mocar­stwo­wej ran­dze. Z tego powodu muzea i kolek­cje dzieł sztuki — z odle­głych krain i z zamierz­chłych cza­sów — stały się nie­zbędne tym sto­licom, które pra­gnęły zama­ni­fe­sto­wać swoją potęgę. One też szybko stały się wzo­rami kul­tury i arbi­trami smaku; ich siła ema­no­wała nie tylko przez budowle kró­lew­skie czy rzą­dowe albo sie­dziby spółek, lecz przede wszyst­kim przez teatry, sale kon­cer­towe, biblio­teki, gma­chy muzeów i pawi­lony wystaw. Całe to spek­trum funk­cji i potrzeb obsłu­gi­wał roz­ra­sta­jący się do mon­stru­al­nych roz­mia­rów sek­tor pro­duk­cji i usług. Bo miesz­kańcy sto­licy to kon­su­menci zachłanni i wybredni.

Zupeł­nie inny obraz sto­licy rysuje Boh­dan Jało­wiecki — obraz mia­sta paso­żyta. Sto­łecz­ność „osia­dła”, jak poka­zuje badacz, ukształ­to­wała się w toku kolej­nych wyna­tu­rzeń, które odda­liły sto­licę od tra­dy­cyj­nego, webe­row­skiego modelu mia­sta: samo­dziel­nego ośrodka pro­duk­cji i wymiany, sym­bio­tycz­nie zwią­za­nego z obsza­rem, na któ­rym jest poło­żone, a który sta­nowi jego nie­zbędne zaple­cze55. Pod­po­rząd­ko­wa­nie miast dotąd cie­szą­cych się auto­no­mią cen­tra­li­stycz­nemu pań­stwu zwięk­szyło nie­współ­mier­nie rolę sto­licy. Stała się ona naj­waż­niej­szym mia­stem i cen­tral­nym tery­to­rium pań­stwa. Jed­nak jej wzrost odby­wał się kosz­tem reszty kraju. Sto­lice ukształ­to­wane do początku XIX wieku nie­raz wie­lo­krot­nie prze­wyż­szały roz­mia­rami następne w kolej­no­ści mia­sta. W sto­sunku do modelu webe­row­skiego poja­wił się nowy aktor kreu­jący prze­strzeń — pań­stwo, które eks­plo­ato­wało roz­le­głe tery­to­ria, w tym kolo­nie, aby aku­mu­lo­wać ogromne środki w sto­licy56. Z woli monar­chów mogły być one zuży­wane na reali­za­cję wiel­kich pro­jek­tów urba­ni­stycz­nych. Sto­lica „osia­dła” zamie­niała się — jak pisa­łem wcze­śniej — w spek­takl mia­sta.

W wymia­rze spo­łecz­nym taka sto­lica sku­piała ludzi, choć nie byli to już typowi miesz­cza­nie: kupcy i rze­mieśl­nicy. Gro­ma­dziła dwo­rzan, biu­ro­kra­cję, urzęd­ni­ków i woj­sko­wych oraz ich klien­telę. Innymi słowy, rze­szę ludzi nie­pro­duk­tyw­nych, trwo­nią­cych ogromne majątki lub żyją­cych na koszt pań­stwa i swo­ich opie­ku­nów. Sto­lica stała się swo­istą pompą ssącą bogac­twa i lud­ność całego kraju57. Rów­no­cze­śnie jako mia­sto zerwała więzy ze swym dotych­cza­so­wym zaple­czem.

Mia­stem paso­ży­tu­ją­cym był bez wąt­pie­nia Paryż, ale żadna metro­po­lia nie rów­nała się pod tym wzglę­dem z Peters­bur­giem. Zało­żony na początku XVIII wieku i wybu­do­wany w ciągu pół­wie­cza, u schyłku stu­le­cia liczył on ponad 200 tysięcy miesz­kań­ców. Paso­żyt­ni­czy cha­rak­ter mia­sta naj­le­piej ilu­struje — jak poka­zuje Jało­wiecki — struk­tura jego lud­no­ści. Ludzie nie­zwią­zani z dwo­rem to zale­d­wie jedna trze­cia Peters­bur­żan, pozo­stała więk­szość to kadeci, woj­skowi, mary­na­rze z rodzi­nami, dwór, urzęd­nicy i służba. Ano­ma­lia tej struk­tury jest dosko­nale widoczna w dys­pro­por­cji płci: kobiety sta­no­wiły jedy­nie 30 pro­cent lud­no­ści mia­sta. Poło­żony w ubo­gim regio­nie Rosji Peters­burg bory­kał się z kolo­sal­nymi trud­no­ściami z wyży­wie­niem i zaopa­trze­niem swo­ich miesz­kań­ców, w więk­szo­ści cał­ko­wi­cie nie­pro­duk­tyw­nych58.

Jesz­cze w XIX wieku metro­po­lią nazy­wano sto­licę, w któ­rej kon­cen­tro­wały się naj­waż­niej­sze funk­cje poli­tyczne i gospo­dar­cze pań­stwa59. Od momentu ukształ­to­wa­nia się gospo­darki glo­bal­nej sto­lice i metro­po­lie nie­ko­niecz­nie się pokry­wają. Stało się tak za sprawą pro­cesu metro­po­li­za­cji, który nasi­lił się w XX wieku i zupeł­nie zmie­nił rela­cję mię­dzy mia­stem a jego oto­cze­niem. W przy­padku współ­cze­snych metro­po­lii tra­dy­cyjne związki mia­sta z regio­nem, w któ­rym jest ono poło­żone i który sta­nowi jego gospo­dar­cze zaple­cze, zostały zerwane i zastą­pione wię­zami z innymi metro­po­liami na kon­ty­nen­cie i w świe­cie. O ile sto­lica w swej for­mie „osia­dłej” jest czę­ścią cią­głej i hie­rar­chicz­nej struk­tury, zło­żo­nej z nastę­pu­ją­cych po sobie ele­men­tów: wio­ska — mia­steczko — mia­sto — aglo­me­ra­cja miej­ska, o tyle metro­po­lia działa w struk­tu­rze niecią­głej: w sieci prze­pły­wów, któ­rej węzłami są wła­śnie metro­po­lie. Dotych­cza­sowa struk­tura domy­kała się w obrę­bie tery­to­rium naro­do­wego, a sto­lica zaj­mo­wała w niej naj­wyż­sze miej­sce w hie­rar­chii. Współ­cze­sna sieć prze­kra­cza nato­miast gra­nice państw, a nawet kon­ty­nen­tów. Spra­wia to, że sąsia­dem metro­po­lii w sen­sie gospo­dar­czym i spo­łecz­nym prze­staje już być ota­cza­jący ją region, a staje się nim inna metro­po­lia, odle­gła nawet o setki lub tysiące kilo­me­trów60.

Struk­tura tery­to­rialna opiera się na gra­ni­cach. Dąży do zwar­to­ści, cią­gło­ści, zamknię­cia, wyłącz­no­ści i hie­rar­chi­za­cji. Pre­fe­ruje więzi pio­nowe i domi­na­cję wyni­ka­jącą z wiel­ko­ści. Two­rzy dycho­to­mię cen­trum i pery­fe­rii. Struk­tura sie­ciowa z kolei opiera się na połą­cze­niach; cechuje ją roz­pro­sze­nie, a swą siłę czer­pie z otwar­cia, krzy­żo­wa­nia się i prze­ni­ka­nia. Pre­fe­ruje ona więzi poziome — współ­pracę i współ­za­wod­nic­two61.

Pola­ry­za­cja funk­cji sto­łecz­nych i metro­po­li­tal­nych daje asumpt do porów­na­nia, które wydo­bywa ich naj­waż­niej­sze cechy. Idąc śla­dem zesta­wie­nia doko­na­nego przez Anne Quer­rian, można zapro­po­no­wać nastę­pu­jącą cha­rak­te­ry­stykę62.

Metro­po­lia nie jest cen­trum, lecz ist­nieje w sieci, która zapew­nia obieg świa­to­wej gospo­darki. W odróż­nie­niu od sto­licy nie musi spra­wo­wać pie­czy nad żad­nym dzie­dzic­twem. Swo­bod­nie eks­plo­ruje i eks­plo­atuje dowolne zakątki świata. Jest zorien­to­wana raczej ku morzu niż ku lądowi. Działa na rzecz jak naj­swo­bod­niej­szego prze­pływu towa­rów i kapi­tału. Powstaje tam, gdzie są ludzie i dokąd migrują przy­by­sze. Ofe­ruje indy­wi­du­alną for­mułę wszyst­kim tym, któ­rzy nie miesz­czą się w okre­ślo­nych kate­go­riach etnicz­nych czy naro­do­wych. Jest otwarta na eks­pe­ry­menty. Tętni życiem.

Sto­lica nato­miast to cen­trum, które aku­mu­luje i kon­su­muje dobra wytwa­rzane w pań­stwie. Spra­wuje pie­czę nad jego dzie­dzic­twem. Skon­cen­tro­wana jest na tym, by pod­po­rząd­ko­wać sobie tery­to­rium i lud­ność, a następ­nie połą­czyć je w spójną całość. Jest zorien­to­wana raczej ku lądowi i zwią­zana ze swoim zaple­czem, rozu­mia­nym jako całe tery­to­rium, nad któ­rym spra­wuje kon­trolę. Dąży do kon­tro­lo­wa­nia także wszel­kich prze­pły­wów towa­rów i kapi­tału po to, by dzięki nim pod­trzy­my­wać apa­rat pań­stwowy i hie­rar­chię spo­łeczną. Jej śród­mie­ście — gma­chy, ulice i place — daje wyraz poli­tycz­nej potęgi. Za dnia bywa tłoczne, ale wie­czo­rami pusto­szeje. Życie nocne kwit­nie gdzie indziej.

Zaletą kon­cep­tów jest kla­row­ność. Rze­czy­wi­stość nato­miast rzadko bywa czarno-biała i unika eks­tre­mów. Z tego względu Peter Hall wyod­ręb­nił aż sie­dem typów współ­cze­snych sto­lic63. Sto­lica wie­lo­funk­cyjna — zgod­nie z jego typo­lo­gią — odgrywa wszyst­kie role sto­łeczne: poli­tyczną, gospo­dar­czą, spo­łeczną oraz kul­tu­ralną, i jest naj­waż­niej­szym mia­stem w kraju (jak na przy­kład Paryż, Sztok­holm czy Buka­reszt). Sto­lica glo­balna, prócz tego, że jest naj­waż­niej­szym mia­stem w kraju i pełni wszyst­kie cztery funk­cje, odgrywa także mię­dzy­na­ro­dową rolę poli­tyczną bądź gospo­dar­czą, a bywa, że obie (jak Lon­dyn czy Tokio). Sto­lica poli­tyczna jest sie­dzibą władz, ale pozo­stałe funk­cje peł­nią inne ośrodki (takimi sto­li­cami są Haga, Waszyng­ton i Ottawa). Byłe sto­lice to mia­sta, które utra­ciły sto­łecz­ność, czyli prze­stały być ośrod­kami poli­tycz­nymi, lecz mogły zacho­wać pozo­stałe funk­cje (jak Peters­burg czy Kra­ków). Podob­nie sto­lice byłych impe­riów, które z powo­dze­niem odna­leźć się mogą w roli sto­lic państw naro­do­wych, a zara­zem w sto­sunku do ziem daw­nego impe­rium speł­niać ważne funk­cje gospo­dar­cze albo kul­tu­ralne (tak jak Wie­deń, Lizbona czy Madryt). Sto­lice pro­win­cji to przy­pa­dek państw fede­ra­cyj­nych, w któ­rych kan­tony, stany czy landy mają wła­sne mia­sta sto­łeczne (jak Mona­chium czy Albany). I wresz­cie: supersto­lice, gdzie znaj­dują się orga­ni­za­cje mię­dzy­na­ro­dowe (Bruk­sela, Stras­burg, Genewa, Paryż czy Nowy Jork). Jak poka­zuje typo­lo­gia Halla, nie­które sto­lice świet­nie sobie radzą jako metro­po­lie.

Co to jest naród?

Aby zro­zu­mieć spe­cy­fikę sto­licy pań­stwa naro­do­wego albo mia­sta, gdzie zogni­sko­wało się życie narodu bez­pań­stwo­wego, tak że z cza­sem wyro­sło ono na „cen­trum narodu”, nie wystar­czy ana­li­zo­wa­nie aspek­tów sto­łecz­no­ści. Trzeba też zadać pyta­nie: co to jest naród?

Nie­gdyś pytał o to Ernest Renan w słyn­nym wykła­dzie wygło­szo­nym na Sor­bo­nie 11 marca 1882 roku. Minęła dekada, odkąd wsku­tek wojny z Pru­sami legło w gru­zach Dru­gie Cesar­stwo, a Fran­cja stra­ciła Alza­cję i Lota­ryn­gię. Na wscho­dzie wyrósł potężny sąsiad — zjed­no­czone Niemcy. Dla więk­szego pogrą­że­nia Fran­cji nową Rze­szę nie­miecką pro­kla­mo­wano w Wer­salu, tam też Wil­helma I obwo­łano cesa­rzem. Poczu­cie klę­ski po jed­nej stro­nie i eufo­ria zjed­no­cze­nia po dru­giej, a przede wszyst­kim dwie wizje tego, czym jest naród, dały Rena­nowi asumpt do zebra­nia myśli. Wiele z nich nie stra­ciło na aktu­al­no­ści: uwaga, że naród jest poję­ciem nie­jed­no­znacz­nym, prze­stroga, że ta nie­jed­no­znacz­ność może pro­wa­dzić do „groź­nych nie­po­ro­zu­mień”, a także prze­ko­na­nie, że nowo­cze­sne narody są „czymś względ­nie nowym”64. Renan nie kwe­stio­no­wał wpływu warun­ków histo­rycz­nych na for­mo­wa­nie się narodu, ale jed­no­znacz­nie odrzu­cał myśl, że mogłyby o tym decy­do­wać: rasa, język, reli­gia bądź geo­gra­fia. Jego zda­niem spo­iwem narodu jest „zasada duchowa”, któ­rej jedna skła­dowa sięga do prze­szło­ści, a druga wynika z teraź­niej­szo­ści. Ta pierw­sza to wspólne posia­da­nie boga­tej spu­ści­zny wspo­mnień. Ta druga — teraź­niej­sze pra­gnie­nie życia razem i pie­lę­gno­wa­nia dzie­dzic­twa, które się otrzy­mało. Sło­wem, decy­du­jąca jest ludzka wola bycia naro­dem, co stresz­cza słynne zda­nie Renana: „ist­nie­nie narodu jest codzien­nym ple­bi­scy­tem, tak jak ist­nie­nie jed­nostki jest cią­głą afir­ma­cją życia”65.

Przez kolej­nych sto lat zagad­nie­nie narodu obro­sło tak ogromną lite­ra­turą, że żadna próba zre­fe­ro­wa­nia sta­no­wisk nie wyczer­puje tematu. Spie­rano się mię­dzy innymi o to, czy naro­do­wość jest trwałą i wro­dzoną cechą ludzi, a sam naród to byt pier­wotny i natu­ralny, ist­nie­jący od zawsze, choć mogący zmie­niać swoje formy w cza­sie, czy może jed­nak naro­do­wość to kwe­stia świa­do­mo­ści i decy­zji. Naj­bar­dziej rady­kalni — tak zwani moder­ni­ści — wska­zali na nowo­cze­sny rodo­wód naro­dów jako owo­ców pro­ce­sów moder­ni­za­cyj­nych: kapi­ta­li­zmu, indu­stria­li­za­cji czy powsta­wa­nia nowo­cze­snego pań­stwa. Twier­dzili, że narody to byty two­rzone na okre­ślo­nym eta­pie roz­woju histo­rycz­nego. Inni bada­cze nie byli tak jed­no­znaczni i uwa­żali, że powstały one w toku ewo­lu­cji histo­rycz­nej i spo­łecz­nej66.

W latach osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku „moder­ni­ści” doko­nali swo­istego prze­wrotu koper­ni­kań­skiego w myśle­niu o naro­dzie. Mowa o Erne­ście Gel­l­ne­rze, Bene­dik­cie Ander­so­nie i Ericu Hobs­baw­mie67.

Teza Gel­l­nera gło­siła, że narody są kon­stru­owane, dla­tego postrze­ga­nie naro­do­wo­ści jako cechy wro­dzo­nej jest mylne. To byty przy­godne i nie­ko­nieczne, ponie­waż ist­niały nie zawsze i nie wszę­dzie. Gel­l­ner nie miał wąt­pli­wo­ści, że były one dzie­łem ludzi, wypły­wa­ją­cym z ich prze­świad­czeń, lojal­no­ści i soli­dar­no­ści. Co wię­cej, uwa­żał, że nacjo­na­lizm, rozu­miany po anglo­sa­sku jako idea i ruch naro­dowy, poja­wił się w kon­kret­nej fazie dzie­jo­wej: nowo­cze­sno­ści, i był wytwo­rem okre­ślo­nej for­ma­cji: spo­łe­czeń­stwa prze­my­sło­wego. A zatem to nacjo­na­lizm stwa­rzał narody, a nie na odwrót!68

„Wspól­noty wyobra­żone” Bene­dicta Ander­sona to z kolei naj­po­pu­lar­niej­sza i naj­sze­rzej dys­ku­to­wana kon­cep­cja narodu. Dla­czego wyobra­żone? Dla­tego, że ludzie two­rzący nawet naj­mniej liczebny naród nie znają się nawza­jem i ni­gdy się nie spo­tkali, a mimo to mają poczu­cie wspól­noty. Według Ander­sona wszel­kie spo­łecz­no­ści więk­sze od przy­siółka czy małej wio­ski, gdzie kon­takty mię­dzy­ludz­kie mogą wciąż mieć cha­rak­ter bez­po­średni, są wspól­no­tami wyobra­żo­nymi. Róż­nica polega jedy­nie na stylu, w jakim są wyobra­żane. Naród jest w tym wypadku wyobra­żony jako wspól­nota poli­tyczna, nie­uchron­nie ogra­ni­czona, gdyż zaj­muje okre­ślone i skoń­czone tery­to­rium, poza któ­rym żyją inne narody, i suwe­renna, ponie­waż gwa­ran­tuje to suwe­renne pań­stwo. Wresz­cie — wyobra­żony jako wspól­nota, bo pomimo róż­nic i nie­rów­no­ści mię­dzy człon­kami narodu trak­tuje się go jako głę­boki, poziomy układ soli­dar­no­ści69.

Zda­niem Erica Hobs­bawma narody jako twory „sto­sun­kowo nie­daw­nej inno­wa­cji histo­rycz­nej” mają w sobie wiele z arte­faktu, wyna­lazku i inży­nie­rii spo­łecz­nej, ale ponie­waż nie chcą za takie ucho­dzić, dbają o zako­rze­nie­nie w prze­szło­ści za pomocą cze­goś, co Hobs­bawm opi­sał jako „wymy­śla­nie tra­dy­cji”. Zauwa­żył bowiem, że ogromna część z tego, co w subiek­tyw­nym odczu­ciu współ­two­rzy naród, w rze­czy­wi­sto­ści składa się z umyśl­nych prak­tyk sko­ja­rzo­nych albo z odpo­wied­nimi sym­bo­lami — zawsze dość świe­żej daty — albo z roz­myśl­nie ukształ­to­wa­nymi dys­kur­sami, takimi jak histo­ria naro­dowa70.

Trzej auto­rzy nie byli jed­no­myślni i spie­rali się mię­dzy sobą. Bene­dict Ander­son uczu­lał, aby „wyobra­ża­nia sobie” czy „two­rze­nia” nie utoż­sa­miać z „wynaj­dy­wa­niem” czy „fabry­ko­wa­niem” naro­dów. Hobs­bawm zresztą tono­wał swoją kon­cep­cję, wyja­śnia­jąc, że narody są nie tyle wyna­le­zione, ile skom­po­no­wane i roz­wi­jane z wcze­śniej ist­nie­ją­cych mate­ria­łów71. Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że ich prace uka­zały naród jako stale wynaj­dy­wany, wymy­ślany, wyobra­żany i sto lat po Rena­nie posta­wiły na nowo pyta­nie: czym jest naród? Bytem real­nym? Ideą? Wspól­notą wyobra­żoną, odczu­waną, prze­ży­waną przez swo­ich człon­ków i wyma­ga­jącą sta­łego zaan­ga­żo­wa­nia? A może jedy­nie prak­tyczną kate­go­rią uży­waną w poli­tyce?72 Na żadne z nich nie udzie­lono dotąd osta­tecz­nej odpo­wie­dzi.

Wielu bada­czy wątpi w moż­li­wość jed­no­znacz­nego zde­fi­nio­wa­nia narodu, a mimo to nie­któ­rzy podej­mują takie próby. Anthony D. Smith, uczeń Gel­l­nera, uzna­jąc obie kon­cep­cje — tę o odwiecz­nym cha­rak­te­rze narodu i tę o jego nowo­cze­snym rodo­wo­dzie — za skrajne oraz sto­jąc na sta­no­wi­sku, że narody kształ­to­wały się na pod­sta­wie znacz­nie star­szych więzi etnicz­nych, zapro­po­no­wał podej­ście na pra­wach zło­tego środka, które nazwał etno­sym­bo­li­zmem. Jego zda­niem naród wyróż­nia odrębna kul­tura wspólna jego człon­kom oraz zwarte tery­to­rium, na któ­rym zamiesz­kują i po któ­rym się prze­miesz­czają, przy czym powinno być ono rela­tyw­nie duże, a sam naród sto­sun­kowo liczebny. Uczest­nic­two we wspól­no­cie naro­do­wej oparte jest na rów­nych pra­wach oby­wa­tel­skich, na sze­roko roz­po­wszech­nio­nym poczu­ciu gru­po­wej przy­na­leż­no­ści i na lojal­no­ści. Wspólny sys­tem pracy scala naród gospo­dar­czo. Z kolei na zewnątrz narody utrzy­mują rela­cje poli­tyczne z podob­nymi do sie­bie gru­pami73.

Swo­istej syn­tezy roz­ma­itych kon­cep­cji doko­nała Mał­go­rzata Budyta-Budzyń­ska, wyła­nia­jąc te cechy, które naj­czę­ściej się w nich poja­wiają. Naród jawi się zatem jako dyna­miczna wspól­nota powstała w toku roz­woju histo­rycz­nego, mająca cechy obiek­tywne i subiek­tywne, wła­sną nazwę, język uwa­żany za naro­dowy i tery­to­rium zwane ojczy­zną. Jest on wspól­notą ludzi, któ­rzy wie­rzą we wspólne pocho­dze­nie, mają wspólną histo­rię i świa­do­mość naro­dową, uczest­ni­czą w tej samej kul­tu­rze i odczu­wają szcze­gólną więź emo­cjo­nalną. Ludzi, któ­rzy żyją we wła­snym pań­stwie lub dążą do jego posia­da­nia74.

Zasto­so­wa­nie socjo­lo­gicz­nych teo­rii narodu do realiów Europy Środ­ko­wej winno uwzględ­niać dwa aspekty. Po pierw­sze, wielu waż­nych teo­re­ty­ków pocho­dziło z tej czę­ści Europy, jak Karl W. Deutsch, Ernest Gel­l­ner (ponie­kąd także jego uczeń Anthony D. Smith), Hans Kohn, Flo­rian Zna­niecki, Anto­nina Kło­skow­ska czy Miro­slav Hroch, toteż wpływ na ich kon­cep­cje miały: histo­ria, kon­tekst spo­łeczny, a nawet oso­bi­ste doświad­cze­nia75. (Odzwier­cie­dla się to na przy­kład w kul­tu­ra­li­stycz­nym podej­ściu do narodu, jakie pre­zen­tuje wielu bada­czy o środ­ko­wo­eu­ro­pej­skim rodo­wo­dzie, o czym będzie mowa dalej). Po dru­gie, jak poka­zał Larry Wolff, obraz naszej czę­ści Europy bywa powi­do­kiem „geo­gra­fii filo­zo­ficz­nej” stwo­rzo­nej przez oświe­ce­nio­wych myśli­cieli fran­cu­skich po to, by świa­do­mie zapa­no­wać nad kon­ty­nen­tem. Nie cho­dziło w niej ani o rze­czy­wi­sty pod­bój, ani o praw­dziwą wie­dzę, ale o podzie­le­nie Europy wedle wyobra­żeń i war­to­ści, idei i pre­fe­ren­cji. Wyobra­żono sobie Zachód jako źró­dło cywi­li­za­cji i Orient jako coś jej nie­od­par­cie obcego, a pomię­dzy nimi umiesz­czono euro­pej­ski Śro­dek i Wschód, ni to swój, ni obcy, ale na pewno nie­ra­cjo­nalny i zaco­fany. To prze­świad­cze­nie, jak pod­kre­śla Wolff, prze­trwało do końca XX wieku76.

Jest ono przy­kła­dem myśle­nia dycho­to­micz­nego, które zro­dziło wiele ste­reo­ty­pów, takich jak prze­ciw­sta­wie­nie naro­dów pań­stwo­wych i bezpań­stwo­wych, histo­rycz­nych i niehisto­rycz­nych, dużych i małych. Zafunk­cjo­no­wały one w obiegu potocz­nym, a nie­które nawet w kon­cep­cjach nauko­wych77.

Dycho­to­mia naród pań­stwowy i bezpań­stwowy pozo­staje jedną z naj­trwal­szych. Pogląd, że naród jest okre­ślany przede wszyst­kim przez pań­stwo, podzie­lało wielu auto­rów, zwłasz­cza anglo­sa­skich78, któ­rzy — jak zazna­cza Miro­slav Hroch — rozu­mieją ter­min nation nie­mal jak syno­nim pań­stwa. Tym­cza­sem za narody uwa­żają się także wspól­noty nie­ma­jące pań­stwa, a nawet o pań­stwo nie­za­bie­ga­jące79. Już Flo­rian Zna­niecki jako jeden z pierw­szych w naukach spo­łecz­nych i poli­tycz­nych pod­kre­ślał nie­za­leż­ność narodu od pań­stwa, w czym pomocne mu było jego wła­sne środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie doświad­cze­nie. Postrze­ga­jąc naród jako wspól­notę świa­domą swo­isto­ści i odręb­no­ści wła­snej kul­tury, prze­ciw­sta­wiał się poglą­dom domi­nu­ją­cym wśród naukow­ców zachod­nich, według któ­rych pań­stwo jest nie­zbęd­nym czyn­ni­kiem jed­no­ści naro­do­wej80. W latach trzy­dzie­stych XX wieku pisał: „W Pol­sce nie trzeba pod­kre­ślać faktu, że naród tak samo ist­nieć może nie­za­leż­nie od pań­stwa jak pań­stwo nie­za­leż­nie od narodu; mamy pod tym wzglę­dem wyjąt­kowo prze­ko­ny­wa­jące doświad­cze­nia, które chro­nią nas od błędu, aż do wojny świa­to­wej potocz­nie popeł­nia­nego przez socjo­lo­gów Zachodu, łączą­cych w poję­ciu nation grupę naro­dową i pań­stwową”81. Są to nie tylko doświad­cze­nia pol­skie czy innych naro­dów środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich, ale jak powiada Hroch, „małych naro­dów” w ogóle82. Cze­ski badacz udo­wod­nił, że naród może się for­mo­wać dwu­to­rowo: opie­ra­jąc się na pań­stwie bądź bez niego83. W pierw­szym warian­cie w Euro­pie u progu fazy naro­do­wej Hroch wska­zuje pięć nie­pod­le­głych państw, które mogły wyka­zać cią­gły roz­wój swej pań­stwo­wo­ści od śre­dnio­wie­cza i które moder­ni­zo­wały się, drogą rewo­lu­cji i reform, wsku­tek czego ich lud­ność, dotąd pod­dani, stop­niowo sta­wała się oby­wa­te­lami świa­do­mymi przy­na­leż­no­ści do narodu. Zda­niem Hro­cha tak ufor­mo­wały się „narody pań­stwowe”: fran­cu­ski, holen­der­ski, szwedzki, hisz­pań­ski i por­tu­gal­ski. Rów­no­le­gle ist­niały wie­lo­et­niczne impe­ria: turec­kie, rosyj­skie i austriac­kie, któ­rych elity defi­nio­wały swą toż­sa­mość w sto­sunku nie tyle do pań­stwa, ile do władcy, dyna­stii i reli­gii. W dwóch pierw­szych nowo­cze­sne spo­łe­czeń­stwo oby­wa­tel­skie for­mo­wało się z tru­dem. Jedy­nie w monar­chii habs­bur­skiej powstało ono dość wcze­śnie, lecz co cie­kawe, utoż­sa­miło się z naro­dem powsta­ją­cym poza monar­chią — z naro­dem nie­miec­kim. Wielka Bry­ta­nia i Dania, w opi­nii Hro­cha, znaj­do­wały się w fazie przej­ścio­wej mię­dzy naro­dem pań­stwo­wym a monar­chią wie­lo­et­niczną. (Hroch ponadto przy­znaje, że ma kło­poty z zakla­sy­fi­ko­wa­niem Bel­gii, która poja­wia się dopiero w latach trzy­dzie­stych XIX wieku. Nie wspo­mina nato­miast w ogóle o Szwaj­ca­rii). W dru­gim warian­cie naród powstaje bez odnie­sie­nia do pań­stwa. Two­rzą go wspól­noty, które Hroch nazywa „nie­rzą­dzą­cymi gru­pami etnicz­nymi”, żyjące w wie­lo­et­nicz­nych impe­riach bądź wśród naro­dów pań­stwo­wych. Miały one słabą tra­dy­cję kul­tury wyso­kiej i nie­pełną struk­turę spo­łeczną (elity były im obce języ­kowo i kul­tu­rowo, a awans spo­łeczny ozna­czał koniecz­ność przy­ję­cia tej „obcej” kul­tury). Tra­dy­cja pań­stwowa była w ich wypadku zna­cząco naru­szona, jak u Węgrów, Cze­chów i Chor­wa­tów, albo cał­ko­wi­cie znisz­czona, jak u Nor­we­gów, Ser­bów, Buł­ga­rów i Gre­ków, bądź też ni­gdy jej nie mieli, jak Sło­weńcy, Sło­wacy, Estoń­czycy czy Łoty­sze. Kształ­to­wa­nie się narodu przy­brało u nich formę ruchu naro­do­wego, czyli uświa­do­mio­nego dąże­nia do eman­cy­pa­cji kul­tu­ral­nej i rów­no­upraw­nie­nia oby­wa­tel­skiego (a w niektó­rych przy­pad­kach także do wła­snego pań­stwa). Wariant drugi jest cha­rak­te­ry­styczny wła­śnie dla tak zwa­nych małych naro­dów, o któ­rych będzie dalej mowa. Niem­ców, Wło­chów i Pola­ków Hroch sytu­uje pomię­dzy „małym naro­dem” a „naro­dem pań­stwo­wym”. Sta­no­wili bowiem grupy zna­czące, z wła­sną tra­dy­cją kul­tu­rową, elitą poli­tyczną i orien­tu­jącą się naro­dowo war­stwą oświe­coną. Bra­ko­wało im jedy­nie pań­stwo­wo­ści. Dla­tego ich ruch naro­dowy dążył do jej osią­gnię­cia, co w XIX wieku powio­dło się tylko Niem­com i Wło­chom84.

Podział na narody histo­ryczne i niehisto­ryczne poja­wił się w pra­cach Hegla i wyni­kał z prze­ko­na­nia, że należy uzna­wać ist­nie­nie tylko tych naro­dów, które w śre­dnio­wie­czu stwo­rzyły swoje pań­stwa. Innymi słowy, były „histo­ryczne”, jak na przy­kład Fran­cuzi, Holen­drzy czy Por­tu­gal­czycy (była już o tym mowa w uję­ciu Hro­cha). „Nie­hi­sto­rycz­nym” naro­dom, jak Estoń­czy­kom, Sło­weń­com czy Sło­wa­kom, takich praw odma­wiano, a powsta­nie ich państw wyda­wało się nie­na­tu­ralne i przy­pad­kowe85. Wśród pol­skich bada­czy kwe­stię tę pod­jął Józef Chle­bow­czyk. Wedle jego usta­leń naród „histo­ryczny” to ten, który wkra­czał w nowo­cze­sność (erę prze­my­słową) z w pełni ukształ­to­waną struk­turą spo­łeczną, co gwa­ran­to­wało mu utrzy­ma­nie świa­do­mo­ści i toż­sa­mo­ści naro­do­wej oraz tra­dy­cji histo­rycz­nej. Posia­da­nie wła­snego pań­stwa było co prawda korzystne, lecz nie nie­zbędne. Do zacho­wa­nia „histo­rycz­nego” cha­rak­teru wystar­czyło, że war­stwa oświe­cona nie ule­gła zani­kowi i prze­cho­wała świa­do­mość naro­dową86. Zgod­nie z tym tokiem myśle­nia w monar­chii habs­bur­skiej „histo­rycz­nymi” naro­dami byli: Niemcy, Węgrzy, Włosi, Polacy i Chor­waci. Nato­miast narody „nie­hi­sto­ryczne”, żyjące w „nie swo­ich” pań­stwach, pro­ces naro­do­twór­czy roz­po­czy­nały od wytwo­rze­nia wspól­noty języ­kowo-kul­tu­ro­wej. Przy czym, zda­niem ślą­skiego histo­ryka, dzie­dzic­two kul­tu­rowe i odrębna histo­ria (a nawet pań­stwo w prze­szło­ści) nie wystar­czały do uzna­nia narodu za „histo­ryczny”, jeśli war­stwa wyż­sza, będąca nośni­kiem kul­tury naro­do­wej, ule­gła zani­kowi albo jesz­cze się nie wytwo­rzyła. Narody te bazo­wały na war­stwie niż­szej, naj­czę­ściej na chłop­stwie, które zacho­wało język, reli­gię i oby­czaje87. Przy­kła­dami takich naro­dów w pań­stwie Habs­bur­gów byli Czesi, Sło­weńcy, Sło­wacy, Ser­bo­wie, Rumuni i Ukra­ińcy. Innymi słowy, w naro­dach „histo­rycz­nych” pro­ces kon­so­li­da­cji naro­do­wej prze­bie­gał „od góry”, w „niehisto­rycz­nych” zaś — „od dołu”.

Podział na narody duże i małe jest o tyle oso­bliwy, że nie wynika on z rze­czy­wi­stej wiel­ko­ści, lecz z poczu­cia mniej­szo­ści w sto­sunku do więk­szego, domi­nu­ją­cego narodu. Można go uznać za owoc myśle­nia dycho­to­micz­nego, o któ­rym już wspo­mniano — war­to­ściu­ją­cego i ste­reo­ty­pi­zu­ją­cego. Zgod­nie z nim narody małe to rów­nież narody bez­pań­stwowe, nie­doj­rzałe czy nie­hi­sto­ryczne. Można jed­nak, jak uczy­nił to Miro­slav Hroch, spoj­rzeć obiek­tyw­nie i okre­ślić je na pod­sta­wie spe­cy­fiki ich ruchu naro­do­wego88. Badacz roz­róż­nił w nim trzy cha­rak­te­ry­styczne fazy (ozna­czone przez niego jako A, B, C). Naj­pierw w „fazie nauko­wej” (A) kon­so­li­duje się grupa inte­li­gen­cji, która bada język, oby­czaje, prze­szłość roda­ków, któ­rych uważa za „swój” naród. Następ­nie przy­pada „faza agi­ta­cji naro­do­wej” (B), czyli prze­ko­na­nia tychże roda­ków do przy­ję­cia nowej naro­do­wej toż­sa­mo­ści. Po czym nastę­puje „faza masowa” (C), kiedy naród ma już w pełni ukształ­to­waną struk­turę spo­łeczną. Doj­ście do tej fazy dowo­dzi pomyśl­nego zakoń­cze­nia całego pro­cesu naro­do­twór­czego. „Małe narody” mogą prze­cho­dzić kolejne fazy w róż­nym cza­sie, nie­mniej jed­nak pro­ces zawsze prze­biega według tych samych pra­wi­deł. Hroch je nie tylko wska­zał, lecz przede wszyst­kim zde­fi­nio­wał kate­go­rię „małych naro­dów”, w któ­rej przy­miot­nik „mały” nie war­to­ściuje, tylko ozna­cza zasze­re­go­wa­nie typo­lo­giczne89.

Warto wspo­mnieć o jesz­cze jed­nej kon­cep­cji, rów­nież cze­skiego bada­cza, jed­nak tym razem nie histo­ryka ani socjo­loga, lecz semio­tyka kul­tury — Vladimíra Macury, który stwo­rzył model „kul­tury odro­dze­nio­wej” małego narodu, wyod­ręb­nił jej fazy i okre­ślił ich cha­rak­ter90. Zilu­stro­wał go na przy­kła­dzie dzie­więt­na­sto­wiecz­nej kul­tury cze­skiej. Pro­cesy wyobra­ża­nia, inter­pre­to­wa­nia i two­rze­nia to tytu­łowe „zna­miona naro­dzin” wspól­noty komu­ni­ko­wa­nia, jaką jest naród. Dla moich ana­liz szcze­gól­nie ważne było opi­sane przez Macurę dąże­nie do zde­fi­nio­wa­nia zakresu ojczy­zny (prze­strzen­nego i ducho­wego) oraz do wyzna­cze­nia jej sym­bo­licz­nego środka. Może być nim mia­sto, pod warun­kiem że zosta­nie przez tę kul­turę odpo­wied­nio zin­ter­pre­to­wane, a następ­nie stop­niowo prze­kształ­cone. Przed­sta­wiony przez semio­tyka model „kul­tury odro­dze­nio­wej” jest spe­cy­ficz­nie cze­ski, a jed­no­cze­śnie pod wie­loma wzglę­dami typowy także dla innych naro­dów środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich, nie tylko tych pod ber­łem Habs­bur­gów.

Wspólnota komunikowania

O kul­tu­ra­li­stycz­nym podej­ściu do narodu dotąd jedy­nie wspo­mi­na­łem, jako że wymaga ono odręb­nego omó­wie­nia. Wypra­co­wane w jego ramach poję­cia oka­zują się bar­dzo przy­datne także w ana­li­zie sto­licy naro­do­wej.

W tym uję­ciu naród jest prze­ci­wień­stwem pań­stwa, ponie­waż jest wspól­notą kul­tu­rową. „Kul­tu­ra­li­ści” korzy­stali z wielu usta­leń „moder­ni­stów” w odnie­sie­niu do roli kul­tury w for­mo­wa­niu się naro­dów, uni­kali jed­nak ich rady­ka­li­zmu, opo­wia­da­jąc się raczej za uję­ciem ewo­lu­cyj­nym. Ich zda­niem narody bar­dziej powstają, niż są two­rzone91.

Opie­ra­jąc się na ander­so­now­skiej kon­cep­cji „wspól­not wyobra­żo­nych” oraz zapo­ży­czyw­szy od Pra­ża­nina Karla W. Deut­scha kon­cep­cję „wspól­not komu­ni­ko­wa­nia”, Anto­nina Kło­skow­ska — jedna z naj­waż­niej­szych kul­tu­ra­li­stek — spre­cy­zo­wała naród jako „sze­roką i zło­żoną wspól­notę komu­ni­ko­wa­nia wyobra­żoną i reali­zo­waną przez kul­turę”92; wspól­notę, która do zaist­nie­nia potrze­buje roz­bu­do­wa­nej sfery sym­bo­licz­nej i pamięci zbio­ro­wej93. Krótko mówiąc, naród sta­nowi część kul­tury, a jego śro­do­wi­skiem jest semios­fera94.

Podob­nie myślał Ernest Gel­l­ner, dora­sta­jący nota­bene w Pra­dze, który twier­dził, że dwie osoby należą do tego samego narodu tylko wtedy, gdy uczest­ni­czą w tej samej kul­tu­rze i gdy one same uznają się za jego część — a więc gdy dzia­łają i poro­zu­mie­wają się w ramach sys­temu idei, zna­ków i sko­ja­rzeń wła­ści­wych tej kul­tu­rze95. Idąc tym tro­pem, Kło­skow­ska wyka­zała, że aby naród zaist­niał jako wspól­nota tak się okre­śla­jąca i w ten spo­sób się komu­ni­ku­jąca, musi ufor­mo­wać wła­sne bogate i spójne uni­wer­sum kul­tu­rowe — swo­istą sym­bo­liczną ojczy­znę, szer­szą niż jej tery­to­rialny odpo­wied­nik. Uni­wer­sum to nie przyj­muje jed­nak postaci nie­zmien­nej i nie jest raz na zawsze osią­gnię­tym sta­nem. Prze­ciw­nie — pod­lega nie­usta­ją­cej wery­fi­ka­cji i mody­fi­ka­cjom, choć zacho­wuje zara­zem względ­nie trwały rdzeń, okre­ślany przez socjo­lożkę mia­nem kanonu. Na fun­da­men­cie kul­tu­rowego uni­wer­sum uzna­wa­nego za wła­sne wytwa­rza się naro­dowa iden­ty­fi­ka­cja i poczu­cie swoj­sko­ści prze­ciw­sta­wione obco­ści. Wspól­nota zaś staje się naro­dem w toku wewnętrz­nego ujed­no­li­ca­nia kul­tury, czemu towa­rzy­szy roz­sze­rza­nie zakresu uczest­nic­twa w tym uni­wer­sum — choć ni­gdy i ni­gdzie nie osiąga ono stanu peł­nej homo­ge­nicz­no­ści96.

W każ­dym naro­dzie — mimo uszczerb­ków, takich jak utrata pań­stwa, elit spo­łecz­nych albo jed­nego i dru­giego, a nawet w sytu­acji, gdy ni­gdy one nie ist­niały — tra­dy­cja ma kapi­talne zna­cze­nie. Mówie­nie o trwa­niu narodu, jego przetrwa­niu, „prze­bu­dze­niu” czy „odro­dze­niu” odnosi się do przy­wra­ca­nia bądź odtwa­rza­nia i wska­zuje na zna­cze­nie tra­dy­cji jako fun­da­mentu toż­sa­mo­ści.

Jerzy Szacki zwra­cał uwagę, że tra­dy­cja nie jest dana raz na zawsze. Rozu­miał ją jako „kon­ty­nu­ację prze­kształ­ca­jącą”, czyli czynne, pod­mio­towe rozu­mie­nie prze­szło­ści, oparte na wybo­rze i kry­tycz­nej oce­nie. Aktywny sto­su­nek do tra­dy­cji jest kwe­stią pod­sta­wową, choć nie obywa się on bez anta­go­ni­zmów, tra­dy­cja bowiem staje nie­kiedy w opo­zy­cji do wie­dzy histo­rycz­nej97. Ponadto tra­dy­cję można two­rzyć sztucz­nie, bo magia daw­no­ści oddzia­łuje na wyobraź­nię moc­niej niż rozu­mowa argu­men­ta­cja, co wni­kli­wie opi­sał Eric Hobs­bawm. Pro­ces kry­sta­li­zo­wa­nia się toż­sa­mo­ści naro­do­wej daje asumpt do odnowy będą­cej nie­jako powro­tem do daw­nej, auten­tycz­nej tra­dy­cji. Trudno się jed­nak zgo­dzić, że two­rze­nie tra­dy­cji naro­do­wej poprzez inter­pre­ta­cję dzie­dzic­twa po to, aby wyło­nić wątki kul­tu­rowe uzna­wane za wła­sne i odróż­nić je od tych postrze­ga­nych jako obce, jest za każ­dym razem „wynaj­dy­wa­niem” tra­dy­cji. Zda­niem Hobs­bawma oso­bli­wość „wyna­le­zio­nych tra­dy­cji” polega na tym, że ich zwią­zek z prze­szło­ścią jest w znacz­nej mie­rze wytwo­rzony sztucz­nie. Tra­dy­cje te odpo­wia­dają na nowe sytu­acje, lecz czy­nią to poprzez sty­li­zo­wane odwo­ła­nia do prze­szło­ści, a nie­kiedy poprzez usta­no­wie­nie wła­snej prze­szło­ści. Prak­tyki „wymy­śla­nia tra­dy­cji” są — jak argu­men­to­wał Hobs­bawm — dobrze zapla­no­wane i nowa­tor­skie, ponie­waż narody jako histo­ryczne novum wyma­gają inno­wa­cyj­nych roz­wią­zań. Wyróż­niał on trzy główne inno­wa­cje sprzy­ja­jące utrwa­le­niu tych tra­dy­cji: powszechną i obo­wiąz­kową edu­ka­cję, wpro­wa­dze­nie obcho­dzo­nych uro­czy­ście ofi­cjal­nych cere­mo­nii i świąt oraz wzno­sze­nie na masową skalę pomni­ków w prze­strzeni publicz­nej. Miało to na celu wytwo­rze­nie powszech­nej iden­ty­fi­ka­cji z naro­dem, mimo że postu­lo­wana histo­ryczna cią­głość mogła być w znacz­nej mie­rze fik­cyjna98.

Kra­jo­braz i struk­turę sto­lic naro­do­wych postrze­gać można zatem nie tylko w obiek­tyw­nym, mate­rial­nym aspek­cie, jakim jest śro­do­wi­sko budo­wane, lecz także w wymia­rze subiek­tyw­nym — jako nośnik idei i war­to­ści, z któ­rymi iden­ty­fi­kuje się dana wspól­nota. Przed­mio­tem mojej ana­lizy są więc kre­acje — ele­menty kra­jo­brazu, wnę­trza, sekwen­cje urba­ni­styczne oraz poje­dyn­cze obiekty — w któ­rych nar­ra­cja sym­bo­liczna, rozu­miana jako „emi­sja wzru­szeń”, jest tak samo ważna jak mate­rialna forma, a czę­sto nawet nad nią domi­nuje. Należy przy tym pamię­tać, że odwo­ła­nie do histo­rii i wpro­wa­dza­nie wybra­nych histo­rycz­nych wąt­ków do prze­strzeni publicz­nej nie służą tylko poświad­cze­niu „głę­bo­ko­ści” naro­do­wej tra­dy­cji oraz jej zilu­stro­wa­niu. Nie­jed­no­krot­nie dużo waż­niej­sza jest pro­jek­cja przy­szło­ści — nawią­za­nie do utrwa­lo­nych w zbio­ro­wej świa­do­mo­ści wyda­rzeń lub postaci histo­rycz­nych, za pomocą któ­rych wizu­ali­zuje się obrany kie­ru­nek dążeń i sys­tem war­to­ści.

Zakła­dam rów­nież, że kon­ser­wa­cja zabytku archi­tek­tury czy zespołu urba­ni­stycz­nego w spo­sób nie­unik­niony nakłada na obiekt histo­ryczny współ­cze­sny spo­sób jego widze­nia. A zatem jest rów­nież swego rodzaju inter­pre­ta­cją, uwa­run­ko­waną wie­dzą histo­ryczną, stop­niem jego roz­po­zna­nia, aktu­alną tech­no­lo­gią i este­tyką (gustem) oraz — co rów­nie ważne — wzglę­dami ide­olo­gicz­nymi. Przy czym te ostat­nie nie tylko wpły­wają na pod­ję­cie (lub nie) reno­wa­cji danego zabytku, lecz także pro­wa­dzą nie­kiedy do zmian jego tre­ści i formy. Bywa, że obiekt trak­to­wany jest instru­men­tal­nie, a jego inter­pre­ta­cja ulega mani­pu­la­cji wzglę­dem aktu­al­nych potrzeb poli­tycz­nych i ide­olo­gicz­nych. Celem takich dzia­łań jest bowiem odpo­wied­nie oddzia­ły­wa­nie na świa­do­mość użyt­kow­ni­ków. „Prawda histo­ryczna” — przy wszyst­kich trud­no­ściach jej obiek­ty­wi­za­cji — scho­dzi na dal­szy plan, o ile w ogóle bie­rze się ją pod uwagę.

Domena symboliczna

Lite­ra­tura doty­cząca ojczy­zny jest rów­nie obszerna jak ta na temat narodu. Sporo napi­sano o zna­cze­niu ojczy­zny dla orien­ta­cji czło­wieka w świe­cie i dla jego poczu­cia zado­mo­wie­nia. Dużo miej­sca poświę­cono także temu, że choć sta­nowi ona okre­ślony obszar, to jest rów­no­cze­śnie kate­go­rią egzy­sten­cjalną — miej­scem, a nie jedy­nie prze­strze­nią — i że ludzie uwa­ża­jący się za naród żywią wobec ojczy­zny szcze­gólne uczu­cia: przy­wią­za­nia, umi­ło­wa­nia, nostal­gii; nie­rzadko są też gotowi pono­sić dla niej daleko idące poświę­ce­nia.

Sta­ni­sław Ossow­ski upo­wszech­nił w pol­skiej socjo­lo­gii roz­róż­nie­nie ojczy­zny pry­wat­nej i ojczy­zny ide­olo­gicz­nej, odpo­wia­da­jące nie­miec­kim poję­ciom Heimat i Vater­land. Ta druga pokrywa się z tery­to­rium naro­do­wym, a sto­su­nek do niej prze­ja­wia się w poczu­ciu przy­na­leż­no­ści do więk­szej zbio­ro­wo­ści — obej­mu­ją­cej nie tylko żyją­cych, lecz także przod­ków — któ­rej człon­ków co prawda się nie zna, ale z którą dzieli się wspólny los99. Ponadto ojczy­zna łączy w jedną całość wszyst­kie zie­mie, gdzie żyje naród100. Sto­lica jest jej „ser­cem”, co ma swoje źró­dła w topice orga­nicz­nej i wywo­dzą­cej się z niej ale­go­rii cor­pus poli­ti­cum, porów­nu­ją­cej dzia­ła­nie orga­ni­zmów poli­tycz­nych do funk­cji życio­wych ludz­kiego ciała101. Ist­nieje zatem ści­sła kore­la­cja mię­dzy cią­giem kate­go­rii: naród – ojczy­zna – sto­lica, a usze­re­go­wa­nymi w podob­nym porządku sym­bo­lami: orga­nizm – ciało – serce. „Odwieczny, uko­chany Kra­ków nasz — pisał Józef Kre­mer w 1870 roku — jest wszech-ziem rodzin­nych ogni­skiem a ser­cem, jest naro­do­wo­ści pol­skiej ożyw­czym sokiem. Gdyby w Kra­ko­wie już zamarły tętna ojczy­ste, gdyby z niego ule­ciało życie, gdyby go opu­ścił duch — wtedy zaprawdę cała przy­szłość narodu byłaby już mrzonką, istną bajką!” I kilka lini­jek niżej nazy­wał mia­sto „ser­cem ojczy­stych uczuć”, „ni­gdy nie­usta­ją­cym życio­daj­nym zdro­jem naro­do­wo­ści pol­skiej”102. Rów­nież Chor­waci odwo­ły­wali się do takich porów­nań. Mem­bra disiecta, „członki roz­dzie­lone”, były popu­lar­nym okre­śle­niem ojczy­zny podzie­lo­nej mię­dzy obce mocar­stwa: Tur­cję i Austrię. Ich ponowne sca­le­nie stało się hasłem dzia­ła­czy naro­do­wych, a ośrod­kiem ponow­nej inte­gra­cji — Zagrzeb, wykre­owany na serce ojczy­zny103.

Wspo­mnia­łem już o tym, że ojczy­znę można rozu­mieć sze­rzej niż tery­to­rium narodu i że zwo­len­niczką takiego uję­cia była Anto­nina Kło­skow­ska. Trak­to­wała ją jako kore­lat narodu, odpo­wied­nik jego kul­tu­ro­wego uni­wer­sum nie­zbędny do zaist­nie­nia „wyobra­żo­nej wspól­noty”104. Krótko mówiąc, naród może ist­nieć bez pań­stwa, ale nie bez ojczy­zny, nawet jeśli w okre­ślo­nych oko­licz­no­ściach funk­cjo­nuje ona w dome­nie sym­boli.

Kul­tura pol­ska XIX wieku dostar­cza nie­zli­czo­nych dowo­dów na to, że po utra­cie wła­snego pań­stwa Polacy iden­ty­fi­ko­wali się z „ojczy­zną duchową”, pie­lę­gno­waną nawet z dala od kraju, jak w przy­padku emi­gran­tów, zmu­szo­nych do opusz­cze­nia ojczy­stych ziem. Wyobra­że­nie ojczy­zny jako pew­nej domeny — nie­za­leż­nie od tego, czy real­nej, czy sym­bo­licz­nej — nie­uchron­nie zmie­rza do wyobra­że­nia rów­nież jej „środka”. Przy­wo­ły­wany już Józef Kre­mer pisał: „Nasi ziom­ko­wie znad Warty i Nie­mnu, znad Bał­tyku i pro­gów Dnie­pro­wych — jak Isla­mi­sta do Mekki — rzew­nie tęsk­nią do Kra­kowa i pra­gną choć raz w życiu ode­tchnąć pod tym jego kla­sycz­nym pol­skim nie­bem”105. Podob­nie u naszych połu­dnio­wych sąsia­dów roz­po­wszech­niła się wizja Pragi jako „Mekki Cze­chów” — mia­sta uświę­co­nego pamiąt­kami świet­nej prze­szło­ści, naro­do­wego sank­tu­arium, cze­goś na kształt świę­tej góry, przez którą prze­biega oś świata i która wyzna­cza śro­dek cze­skiego świata, czyli ojczy­zny106.

Ruchy naro­dowe miały oczy­wi­ście swój wymiar prze­strzenny — dążyły do wyod­ręb­nie­nia wła­snego tery­to­rium oraz okre­śle­nia jego gra­nic. Jed­nak wobec braku rze­czy­wi­stej wła­dzy poli­tycz­nej nad tym obsza­rem narody środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie kre­owały władz­two sym­bo­liczne. Lech Nija­kow­ski wpro­wa­dził poję­cie domeny sym­bo­licznej, skon­stru­owane ana­lo­gicz­nie do kate­go­rii domeny poli­tycz­nej, czyli tery­to­rium, nad któ­rym dane pań­stwo spra­wuje fak­tyczną suwe­renną wła­dzę. „Domena sym­bo­liczna” ozna­cza nato­miast obszar, nad któ­rym dana spo­łecz­ność — w tym wypadku naród — panuje sym­bo­licz­nie. Pano­wa­nie poli­tyczne uła­twia oczy­wi­ście takie sym­bo­liczne pano­wa­nie, lecz nie są to zja­wi­ska toż­same107. Spra­wo­wa­nie sym­bo­licz­nej wła­dzy nad danym tery­to­rium wymaga wytwo­rze­nia mate­rial­nych zna­ków wspól­noty. Ich zbio­rem, a zara­zem zna­kiem samym w sobie staje się sto­lica. Kon­stru­owa­nie sto­łecz­no­ści jest ele­men­tem obej­mo­wa­nia tery­to­rium uzna­wa­nego za naro­dowe sym­bo­licz­nym pano­wa­niem. Zwłasz­cza w warun­kach utrud­nio­nej eman­cy­pa­cji poli­tycz­nej narody środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie dążyły do wykre­owa­nia i utrwa­le­nia wła­snych domen sym­bo­licz­nych, a stwo­rze­nie „wyobra­żo­nej sto­licy” było jed­nym z naj­waż­niej­szych eta­pów tego pro­cesu.

Po odzy­ska­niu nie­pod­le­gło­ści i powsta­niu państw naro­do­wych można było zaob­ser­wo­wać dąże­nie do kon­wer­gen­cji ich domen poli­tycz­nych i sym­bo­licz­nych108. Sku­pia­jąc wła­dzę i admi­ni­stra­cję, sto­lica sta­wała się cen­trum domeny poli­tycz­nej, a rów­no­cze­śnie ośrod­kiem domeny sym­bo­licz­nej. Mogło się jed­nak zda­rzyć, że „emi­sja zna­czeń” pozosta­wała gdzie indziej bądź ule­gała roz­dzie­le­niu, czego naj­lep­szą ilu­stra­cją jest pol­ski przy­pa­dek War­szawy i Kra­kowa.

Stolica wyobrażona

To, że pań­stwa naro­dowe mają sto­lice, nie budzi wąt­pli­wo­ści. Podob­nie jak to, że ruchy naro­dowe wspól­not bez­pań­stwo­wych kon­cen­trują się w okre­ślo­nych miej­scach. Lecz sto­lica narodu nie jest ani jed­nym, ani dru­gim przy­pad­kiem. Sku­pia moc i oddzia­łuje nią, a także ma swój aspekt prze­strzenny, nie­mniej jed­nak nie jest ani kate­go­rią poli­tyczną, ani geo­gra­ficzną. Naród, jak sta­ra­łem się poka­zać, jest wspól­notą komu­ni­ko­wa­nia, która roz­ciąga swe władz­two w dome­nie sym­bo­licz­nej. Wspól­nota komu­ni­ko­wa­nia ist­nieje w semios­fe­rze, prze­strzeni sym­boli i zna­czeń. Tam też ulo­ko­wana jest ojczy­zna, czyli sym­bolicznie rozu­miane uni­wer­sum kul­tury, a nie jedy­nie obszar, z któ­rym naród się utoż­sa­mia. Sto­lica narodu jest cen­trum ojczy­zny, toteż przede wszyst­kim ma wyobra­żony cha­rak­ter, a dopiero w dru­giej kolej­no­ści może przy­brać kon­kretną loka­li­za­cję. Jest miej­scem — para­fra­zu­jąc Renana — nie­ustan­nie usta­na­wia­nym. Tak jak całe uni­wer­sum kul­tu­rowe rów­nież sto­lica pod­lega prze­obra­że­niom. Zmie­niają się wpi­sy­wane w nią tre­ści, ich forma, a nawet sama loka­li­za­cja. Zara­zem jed­nak będąc czę­ścią kanonu, ma w nim swój stały sta­tus.

Sto­lica narodu to, by tak rzec, sto­lica wyobra­żona. Miej­sce rozu­miane w spo­sób szer­szy niż par­ty­ku­larne lokum, tak jak w poję­ciu miejsc pamięci, lieux de mémoire, rozu­miał je Pierre Nora. Czer­piąc z Nory, Ander­sona i Fran­cisa Delpérée, chciał­bym zapro­po­no­wać defi­ni­cję sto­licy narodu jako miej­sca rozu­mia­nego czwo­rako. Po pierw­sze — miej­sca decy­zji o woli two­rze­nia suwe­ren­nej wspól­noty kul­tury świa­do­mej wła­snej swo­isto­ści i odręb­no­ści od kul­tur innych naro­dów. Po dru­gie — miej­sca dys­ku­sji o kształ­cie i zawar­to­ści uni­wer­sum kul­tu­ro­wego narodu oraz zasięgu jego władz­twa sym­bo­licz­nego. Po trze­cie — miej­sca inte­gra­cji jed­no­czą­cego człon­ków „wspól­noty wyobra­żo­nej” w spo­sób taki, w jaki łączy ich podzie­lane wyobra­że­nie ojczy­zny; miej­sca będą­cego „wyobra­żo­nym środ­kiem” domeny sym­bo­licz­nej; wresz­cie miej­sca, gdzie zogni­sko­wany jest pro­ces wewnętrz­nego ujed­no­li­ca­nia kul­tury naro­do­wej i roz­sze­rza­nia zakresu uczest­nic­twa w kul­tu­ro­wym uni­wer­sum narodu. (Innymi słowy — miej­sca, gdzie kon­cen­trują się dzia­ła­cze, inte­lek­tu­ali­ści i twórcy, for­mują się śro­do­wi­ska i powstają insty­tu­cje). I po czwarte — miej­sca pamięci spra­wu­ją­cego pie­czę nad kano­nem i dzie­dzic­twem naro­do­wym. Przy czym sto­lica naro­dowa staje się także przed­mio­tem dzia­łań zmie­rza­ją­cych do moż­li­wie naj­więk­szego zbli­że­nia jej do ide­ału miej­sca pamięci, w rozu­mie­niu, jakie nadał mu Pierre Nora: prze­strzeni dla dzieł sztuki, obiek­tów i doku­men­tów histo­rycz­nych, pomni­ków; miej­sca cere­mo­nii i rytu­ałów słu­żą­cych upa­mięt­nia­niu i wresz­cie — Gesamt­kun­stwerku, „cało­ścio­wego dzieła sztuki” obro­słego bogatą sie­cią zna­czeń i odnie­sień.

„Absolutyzm się zużył i powstał nowy porządek rzeczy”

Pochód Napo­le­ona przez Europę wznie­cił w niej na dobre naro­dową gorączkę. O ile po jego klę­sce przy­wró­cono na jakiś czas poli­tyczną rów­no­wagę, o tyle rewolta pozo­stała trwa­łym zna­mie­niem rodzą­cego się roman­ty­zmu. Na jego pod­łożu doj­rze­wały naro­dowe toż­sa­mo­ści, żywiące się wyjąt­ko­wo­ścią każ­dej z nich, a prze­cież kieł­ku­jące z tych samych ide­ałów; wyra­ża­jące się w róż­nych języ­kach, ale aspi­ru­jące do jed­nego grona — nowo­cze­snych naro­dów euro­pej­skich. Czy na mapie Europy z 1815 roku coś z tego da się zoba­czyć? By­naj­mniej. Wyry­so­wany na niej ład Świę­tego Przy­mie­rza spra­wił, że kon­ty­nent nie­mal powró­cił do stanu sprzed rewo­lu­cji i wojen. Przy­mie­rze, choć oka­zało się nie­trwałe, wyty­czyło kształt międzynaro­dowej areny, na któ­rej przez całe stu­le­cie kilka uzna­nych mocarstw sta­czało potyczki z aspi­ran­tami róż­nego auto­ra­mentu. Ta impe­rialna rama miała pozo­stać zasad­ni­czo nie­zmie­niona aż do początku wojny świa­to­wej w 1914 roku109.

Wyjąw­szy Bel­gię, która powstała w 1830 roku — czemu, jak się powszech­nie uważa, sprzy­jał zbieg oko­licz­no­ści w postaci wybu­chu powsta­nia listo­pa­do­wego w Pol­sce, unie­moż­li­wia­ją­cego wysła­nie wojsk car­skich na pomoc Holen­drom w zaże­gna­niu bel­gij­skiej rebe­lii110 — i pomi­nąw­szy Wło­chy i Niemcy, przy­kłady pro­cesu naro­do­twór­czego opar­tego na zasa­dzie zjed­no­cze­nia, zakoń­czo­nego odpo­wied­nio w latach 1861 i 1871, nie­trudno zauwa­żyć, że nowe pań­stwa naro­dowe poja­wiały się tam, gdzie pękały mono­lity słab­ną­cych mocarstw. Pierw­sze wyłomki, wsku­tek powstań Ser­bów i Gre­ków, poja­wiły się na bał­kań­skich rubie­żach Tur­cji.

Histo­rycy wni­kli­wie poka­zali, jak przez cały XIX wiek powo­dze­nie lub niepowo­dze­nie dążeń nie­pod­le­gło­ścio­wych zale­żało nie tyle od walecz­no­ści czy dyplo­ma­tycz­nej bie­gło­ści zain­te­re­so­wa­nych nią naro­dów, ile od uwa­run­ko­wań poli­tycz­nych, dyk­to­wa­nych inte­re­sami roz­gry­wa­ją­cych na euro­pej­skiej sce­nie mocarstw. Kru­sze­jące Impe­rium Osmań­skie zda­wało się stwa­rzać naj­więk­sze moż­li­wo­ści dla naro­dów aspi­ru­ją­cych do nie­za­leż­no­ści, jed­nak sła­bość ta oka­zała się szansą przede wszyst­kim dla Rosji. Jej nie­ustanna eks­pan­sja oraz cofa­jąca się usta­wicz­nie Tur­cja dopro­wa­dziły do powsta­nia tak zwa­nej kwe­stii wschod­niej — łań­cu­cha trwa­ją­cych przez cały wiek kom­pli­ka­cji, które osta­tecz­nie wywo­łały kry­zys z 1914 roku111. Nie­za­leż­nie od oceny tej kwe­stii mapa Europy, zwłasz­cza jej połu­dniowo-wschod­niej czę­ści, w przeded­niu wybu­chu pierw­szej wojny świa­to­wej znacz­nie się róż­niła od tej sprzed stu­le­cia. Wid­niały na niej pań­stwa Gre­ków, Ser­bów, Czar­no­gór­ców, Rumu­nów, Buł­ga­rów i Albań­czy­ków, choć każde z nich w inny spo­sób docho­dziło do nie­pod­le­gło­ści112.

Losy naro­dów w impe­riach rosyj­skim i austriac­kim poto­czyły się zgoła odmien­nie. W obu wypad­kach nie spo­sób mówić choćby o zbli­żo­nych do bał­kań­skich moż­li­wo­ściach zabie­ga­nia o wspar­cie z zewnątrz czy wygry­wa­nie rywa­li­za­cji na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Z wyjąt­kiem Węgrów i Finów narody te były zmu­szone szu­kać innych dróg agi­ta­cji, mobi­li­za­cji i kon­so­li­da­cji naro­do­wej, a reali­za­cję swo­ich celów poli­tycz­nych odło­żyć do momentu upadku Roma­no­wów i Habs­bur­gów.

Kiedy w 1830 roku Gre­cja uzy­skała nie­pod­le­głość, sto­licę nowo­żyt­nego pań­stwa grec­kiego umiesz­czono w pelo­po­ne­skim Nauplio­nie. Dopiero w 1834 roku król Otton I Wit­tels­bach prze­niósł ją do Aten, mie­ściny wów­czas z kil­koma tysią­cami miesz­kań­ców113. Roz­dź­więk mię­dzy realną struk­turą mia­sta a zamie­rzoną dla niego rolą sto­łeczną i metro­po­li­talną może zdu­mie­wać, waż­niej­szy był jed­nak sym­bo­liczny gest nawią­za­nia cią­gło­ści nowo­żyt­nej monar­chii z antyczną tra­dy­cją grecką114.