49,00 zł
Czy stolica może istnieć bez państwa? I czy miasto może się stać centrum narodu, zanim ten zdobędzie niepodległość?
Budapeszt, Bratysława, Lublana, Praga, Zagrzeb nie były jeszcze miastami stołecznymi – na początku XIX stulecia nie odgrywały nawet znaczącej roli metropolitalnej czy politycznej – ale już wtedy stawały się przestrzenią, w której rodziła się nowoczesna tożsamość narodowa.
To opowieść o ambicjach, aspiracjach i symbolach – o tym, jak architektura, urbanistyka, kultura i pamięć historyczna budowały poczucie wspólnoty. W wielonarodowym imperium miasta stawały się „sercami” narodów, zanim zyskały status oficjalnej stolicy.
Już w XIX wieku były postrzegane jako „własne” stolice poszczególnych narodów i w momencie odzyskania niepodległości – w 1918 roku – dysponowały niemal kompletnym programem stołecznym, pozwalającym im przejąć tę rolę.
Autor pokazuje, że stołeczność to kwestia nie tylko polityki, lecz przede wszystkim wyobraźni i kultury. Analizując relację nie tyle między miastem a władzą, ile między miastem a narodem, odsłania proces kształtowania „wyobrażonej stolicy” jako formy istnienia wspólnoty – także w warunkach braku suwerenności politycznej. To właśnie poprzez miasto naród komunikuje swoją odrębność i buduje swoje przestrzenne wyobrażenie.
Wyobrażone stolice to również próba odpowiedzi na pytanie, jak narody bez państw tworzą swoje centra i jak – w niesprzyjających, ale jednak otwierających pewne możliwości warunkach politycznych – realizują w miejskich formach pragnienie kulturowej i cywilizacyjnej podmiotowości. Zestawienie pięciu miast – od niemal milionowego Budapesztu po czterdziestotysięczną Lublanę – pokazuje pełne spektrum habsburskiej miejskości i różne drogi dochodzenia do stołeczności.
To książka dla wszystkich, którzy chcą zrozumieć, jak powstają narody – i jaką rolę odgrywają w tym procesie miasta.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 491
Copyright © Międzynarodowe Centrum Kultury, 2026 Copyright © Łukasz Galusek
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Wydawca dołożył wszelkich starań, by skontaktować się z dysponentami praw autorskich. Ewentualne niedopatrzenia zostaną niezwłocznie skorygowane.
Żadna część tej książki nie może być używana ani reprodukowana w jakikolwiek sposób w celu szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji.
redaktorka prowadząca: Paulina Orłowska-Bańdo recenzenci: prof. dr hab. Małgorzata Omilanowska-Kiljańczyk, prof. dr hab. Robert Traba redakcja: Anastazja Oleśkiewicz, Paulina Orłowska-Bańdo korekta: Anna Smutkiewicz, Aleksandra Łozińska, Izabela Bilińska-Socha
ISBN 978-83-66419-85-8
Rynek Główny 25, 31-008 Kraków tel.: 12 42 42 811 e‑mail: sekreta[email protected]kow.pl www.mck.krakow.pl
Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer
Panu Profesorowi Jackowi Purchli,który nauczył mnie rozumieć miasta
Nie ma państw bez stolic, tak jak nie ma stolic bez państw. Wydaje się to logiczne i oczywiste. Niech wolno mi będzie sprawę skomplikować.
W Dictionnaire général de la politique opublikowanym w 1873 roku w haśle Stolica jej autor, Maurice Block, zapisał ciekawą uwagę:
Madryt i Wiedeń zaliczają się do mniejszych stolic. W przypadku Madrytu zdaje się to wynikać z nieurodzajności obszaru, na jakim jest położona siedziba władz hiszpańskich. Z kolei w Austrii jest to związane z wielością narodowości ją zamieszkujących — każda z nich gromadzi się wokół swojej stolicy, w której mówi się danym językiem. Różnorodność języków sprawia, że Wiedeń jest dla wielu z tych grup narodowych niemal obcym miastem1.
To zaskakujące spostrzeżenie, nawet jeśli przyjąć, że autor — z encyklopedycznej konieczności — posłużył się skrótem myślowym. Użył nazwy Austria, mimo że chodziło o Austro-Węgry, którym zresztą w tym samym słowniku poświęcono obszerne hasło. Lata sześćdziesiąte XIX wieku przyniosły w monarchii habsburskiej tyle ważnych zmian, między innymi ugodę austriacko-węgierską i przyjęcie konstytucji, że konieczne było ich rzetelne zrelacjonowanie. Jeśli chodzi o stolice, to obok Wiednia od czasu ugody (1867) pojawia się w haśle także Buda (od 1873 roku jako Budapeszt). I na tym koniec! Dlaczego zatem autor pisze o stolicach poszczególnych narodowości? Stolica, jak sam wykłada na początku, jest siedzibą władz. Owszem, w monarchii wypracowano samorządowe rozwiązania prawne pozwalające działać sejmom krajowym, miastom i gminom, lecz nie o tym chyba mowa. Wątpliwości można mnożyć, a i tak zostaną nierozwiane. Ważne są natomiast dwie sprawy. Po pierwsze, odpowiedź na pytanie, czym jest stołeczność, nie jest tak prosta, jak się zdaje. Po drugie, narody bez państw mogą tworzyć własne ośrodki, których Block nie waha się nazwać stolicami.
Trudno orzec, jakie miasta miał na myśli, pisząc o stolicach, w których „mówi się danym językiem”. Widać za to, gdy porównać dzisiejszą mapę Europy Środkowej z tą sprzed dwóch stuleci, że pięć miast — Bratysława, Budapeszt, Lublana, Praga i Zagrzeb — będących dziś stolicami państw, na początku XIX wieku nie odgrywało jeszcze znaczącej roli politycznej i metropolitalnej. Stawiam zatem tezę, że w Cesarstwie Austriackim, a później w Austro-Węgrzech zaistniały warunki sprzyjające poszczególnym ruchom narodowym w takim ukształtowaniu wybranych miast na swoje centra, że ich „stołeczność” jawiła się jako oczywista i w chwili wybicia się na suwerenność nie podlegała dyskusji. W dodatku ośrodki te dysponowały już kompletnym programem stołecznym, koniecznym do odgrywania tej roli. Co więcej, przy braku podstaw politycznych i często niedostatku ekonomicznym taką stołeczność opierano na innych wartościach — kulturowych, symbolicznych oraz na „świadomości wielkiej przeszłości”, czyli dziedzictwie. Twierdzę wreszcie, że „wyobrażone stolice”, jeśli tak można nazwać ośrodki narodów bez własnych państw, wykazują pewne cechy wspólne i są konstruowane wedle określonych prawideł.
W toku rozważań postaram się również oświetlić kwestie ogólniejszej natury, a mianowicie: Jak narody bez państw kształtują stołeczność miast, które obierają za swoje centra? W jaki sposób wybrane przeze mnie miasta w ciągu XIX i na początku XX stulecia stały się, by tak rzec, formami istnienia swoich narodów, formami ich przestrzennego wyobrażenia? Jak poprzez miasto komunikuje się wspólnota wyobrażona, którą jest naród? Za sprawą czego w niesprzyjających, a jednak stwarzających pewne możliwości warunkach politycznych narody bez własnego państwa ziściły w miejskich formach swoje pragnienie kulturowej i cywilizacyjnej podmiotowości?
Rola Budapesztu, Pragi, Zagrzebia i Lublany jako głównych ośrodków życia narodowego nie ulega wątpliwości. Zarazem, jak już wspomniałem, wszystkie te miasta stały się, prędzej czy później, stolicami państw narodowych: Węgrów, Czechów, Chorwatów i Słoweńców. Najwcześniej Budapeszt, który oficjalnego stołecznego statusu doczekał się jeszcze w ramach monarchii Habsburgów. Następnie Praga, zostając stolicą powstałej z rozpadu tejże Czechosłowacji. Lublana i Zagrzeb, przygotowane w XIX wieku do odgrywania roli stolic, po utworzeniu w 1918 roku Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców musiały ustąpić miejsca Belgradowi, choć nadal pozostawały najważniejszymi miastami dla swoich narodów. Stolicami państw, odpowiednio Słowenii i Chorwacji, stały się w 1991 roku. Sytuacja Bratysławy, którą również zamierzam się zająć, wymaga dodatkowego komentarza. Słowacy formowali się jako nowoczesny naród w szczególnie trudnych okolicznościach, toteż z wielu względów Preszburg nie mógł był w pełni odegrać roli narodowego ośrodka. Powiodło się natomiast niewielkiemu Martinowi (tj. Turczańskiemu Świętemu Marcinowi), położonemu w północno-zachodniej części kraju. Ostatecznie jednak po pierwszej wojnie światowej stołeczność przypadła Preszburgowi, przemianowanemu na Bratysławę — najpierw jako „drugiej stolicy” Czechosłowacji, a w latach 1939–1945 stolicy Pierwszej Republiki Słowackiej.
Nieobecność Krakowa wśród wybranych przeze mnie miast może zastanawiać, ponieważ w XIX wieku z nawiązką spełnił on pokładane w nim nadzieje i stał się „duchową stolicą” nieistniejącej Polski. Przypadek dziewiętnastowiecznego Krakowa, dogłębnie zanalizowany przez Jacka Purchlę2, służy mi za inspirację w spojrzeniu na inne habsburskie miasta jak na „mateczniki” swoich narodów. Równocześnie jednak różni się od nich tym, że mimo ogromnego kapitału kulturowego nagromadzonego tam przez całe XIX stulecie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku miasto to nie stało się stolicą.
Z analizy wyłączam ponadto Sarajewo, stolicę Bośni i Hercegowiny, terytoriów okupowanych przez Austro-Węgry od 1878 roku i niewłączonych ani do Przedlitawii, ani do Zalitawii. W 1908 roku Bośnię i Hercegowinę anektowano jako austro-węgierskie kondominium, którym pozostawały do upadku Austro-Węgier w 1918 roku. Z jednej strony do połowy XX wieku bośniaccy muzułmanie — Boszniacy — nie czuli się odrębnym narodem; mimo kultywowania własnej odmienności religijnej i kulturowej nie wytworzyli ruchu narodowego na wzór chorwackiego, słoweńskiego czy serbskiego. Z drugiej zaś strony próba wykreowania stylu bośniackiego w architekturze gmachów publicznych Sarajewa była przede wszystkim wyrazem austro-węgierskich aspiracji kolonialnych realizowanych przez administratora kondominium Benjamina von Kállaya.
Wyłączam również Wiedeń, co wydaje się zrozumiałe, ale wymaga kilku słów objaśnienia — wszak Austriacy byli jednym z narodów habsburskich, a Wiedeń ich bezsprzeczną stolicą, od 1806 roku oficjalnie tytułowaną Reichs-Haupt- und Residenzstadt Wien3. Okrzepły w baroku, do rozpadu monarchii w drugiej dekadzie XX wieku Wiedeń pozostał jej politycznym i ideologicznym centrum. W przestrzeni i architekturze miasta nie odnoszono się jednak do austriackiej tożsamości narodowej, ponieważ została ona podporządkowana racji stanu, jaką było rządzenie wielonarodowym imperium. Dlatego „austriackość” przypisaną w pewnym momencie terezjańskiemu barokowi należy rozumieć raczej w kategoriach państwowych niż narodowych i z tego między innymi powodu po rozpadzie imperium Austriacy poczuli się „narodem bez właściwości”.
Kształtowanie się „wyobrażonych stolic” rozpatruję na tle formowania się narodów habsburskich jako wspólnot wyobrażonych, co utarło się nazywać „narodowym odrodzeniem”. O ile faza narodowa w dziejach Europy i świata obejmuje ostatnie dwa stulecia, o tyle w tej książce wyznaczam inne ramy czasowe: od kongresu wiedeńskiego w 1815 roku do rozpadu Austro-Węgier w roku 1918. Ponad stuletni okres wydaje się odpowiedni, aby należycie prześledzić interesujący nas proces i umieścić go w szerokim kontekście. Wybór krótszego odcinka czasu groziłby fragmentarycznością: spojrzeniem zawężonym do przemian naskórkowych, takich jak wybór stylu, przeprowadzenie jakiegoś etapu modernizacji, lepsza czy gorsza koniunktura, kontekst polityczny bardziej lub mniej korzystny dla realizacji założonego programu. Słowem: pozwalającym analizować pojedyncze zjawiska bądź budowle. Miasto natomiast jest dziełem sztuki innej natury: wieloautorskim, rozległym, a przede wszystkim długotrwale tworzonym. Trzeba więc odpowiedniej perspektywy, by uchwycić je w warstwie materialnej — w urbanistyce i w architekturze; w warstwie niematerialnej — w sferze treści, symboli i wyobrażeń, jakimi obrasta; wreszcie w ramach uniwersum kultury narodowej, które stolica współtworzy, a zarazem staje się jego częścią.
Mam nadzieję, że dodatkowym walorem mojego ujęcia jest zestawienie pięciu miast dobranych wedle szczególnego kryterium, jakim jest rola odgrywana wobec „swoich” narodów, a jednocześnie reprezentujących pełne spektrum habsburskiej miejskości — od drugiej po Wiedniu metropolii, Budapesztu, liczącego u schyłku monarchii niemal milion mieszkańców, po niewielką czterdziestotysięczną Lublanę.
Mimo że badam miasta w określonym kontekście, czasie i miejscu, ujęcie historyczne ma w mojej pracy wyjątkowy charakter. Studia przypadków, jakimi są rozdziały poświęcone konkretnym miastom, prowadzę zgodnie z chronologicznymi prawidłami. Świadomość jednak, że dziewiętnastowieczne miasto środkowoeuropejskie jest owocem splotu kilku wielkich procesów: modernizacyjnego, narodotwórczego i urbanizacyjnego, zachodzących dodatkowo w warunkach kształtującego się nowoczesnego państwa prawa, zdecydowała o konieczności ujęcia tych przypadków z wielu perspektyw równocześnie. „Historyczność” w mojej metodzie objawia się w tym, że badam stołeczność jako proces, nie jako stan. Proces, w którym idą w parze modernizacja i kult przeszłości, materia i duch.
Starając się dociec natury stołeczności, polski historyk Stanisław Grzybowski prześledził jej europejski rodowód: od tronu poprzez siedzibę władcy (przez długi czas zmienną i nietrwałą) po wyrosłą z niej dworską kancelarię, a następnie inne urzędy centralne: polityczne i gospodarcze. Początkowo również one miały charakter wędrowny, jednak wraz z rozrostem państwa zaczęły poszukiwać stałej siedziby, konsolidując się w rodzaj instytucji nadrzędnej — „instytucji” stolicy państwa. Dopiero gdy ta trwale osiadła i złączyła się z miastem, stała się „miastem głównym”: caput regni, Hauptstadt, capital. Grzybowski wskazał ponadto stołeczne archetypy: Jerozolimę, Ateny i Rzym — tyleż utrwalone, ile ambiwalentne w funkcji łączenia profanum i sacrum, potęgi świeckiej i duchowej. Jakkolwiek miały one pewien wpływ na formowanie się późniejszych stolic, zdaniem historyka stanowiły raczej modele kulturowe niż instytucjonalne. Innymi słowy — były bardziej ideą stolicy niż jej rzeczywistym wzorem4.
Grzybowski wychodził z założenia, że aby powstała stolica, musi istnieć państwo, a następnie śledził dziejowe stadia stołeczności, aż dotarł do jej współczesnej miejskiej postaci — siedziby centralnych organów suwerennego państwa. Ja podążam nieco innym tropem. Nie analizuję związku władzy politycznej z miastem, lecz badam relację miasta i narodu — kreującego swoją stolicę — opierając się na instytucjach, za pomocą których określa on swoje władztwo i definiuje kod stołeczny miasta. Na wybranych przykładach środkowoeuropejskich zamierzam odtworzyć proces powstawania „wyobrażonej stolicy” jako ośrodka „suwerennego” narodu — nie w sensie politycznej niezależności, lecz właśnie mimo jej braku, na podstawie ukształtowanej i świadomie przeżywanej odrębności wobec innych obywateli wspólnego państwa.
Proces ten nie polegał wyłącznie na budowaniu bądź restaurowaniu, lecz w równym stopniu na nasycaniu budowli i tkanki miejskiej znaczeniami. Dlatego pomocne okazują się metody ich „czytania” wypracowane wspólnie przez semiotykę, antropologię kultury i socjologię. Sposoby analizowania miasta jako wielogłosowego, dynamicznego (nie bez konfliktów), wielowarstwowego (narodowo, społecznie, stylowo), starannie formowanego „obszaru kulturowego” — powtarzając za Aleksandrem Wallisem — obrosłego uczuciami i wyobrażeniami znajdującymi wyraz w budowlach, w dziełach sztuki, w literaturze i w pracach historycznych oraz w publicystyce5. Semiotycy doszli nawet do wniosku, że artystyczne kreacje miast nie są jedynie odzwierciedleniem realnej przestrzeni, lecz powołują do istnienia swoisty „tekst”, specyficzny dla każdego z nich i posługujący się indywidualnym „językiem”. Nie jest wprawdzie moim celem śledzenie tych tekstów: węgierskiego Budapesztu, czeskiego Pragi, chorwackiego Zagrzebia, słoweńskiego Lublany czy słowackiego Bratysławy tak jak to czynią semiotycy czy socjologowie, natomiast nie da się zaprzeczyć, że każde z tych miast — przytaczając Władimira Toporowa6 — „przemawia” swoimi budowlami, ulicami i placami, wodami, ludźmi, historią, dziedzictwem i ideami w sposób znacznie głębszy, niż miała w zamierzeniu dziewiętnastowieczna architecture parlante. Poszerzam więc historyczną perspektywę o metody zaczerpnięte z antropologii i socjologii7, aby spróbować uchwycić, jak w ciągu ponad stulecia interesujące mnie miasta uzyskały swój nowy ogólnonarodowy sens — czytelny dla rodaków zarówno wtedy, jak i dziś, i z myślą o nich ukonstytuowany.
W powszechnym mniemaniu stołeczność wydaje się pojęciem na tyle zrozumiałym, że jej zdefiniowanie nie powinno nastręczać trudności. Tymczasem w zderzeniu z różnorodnością jej form — zarówno współczesnych, jak i znanych z przeszłości — okazuje się, że pozornie oczywista definicja nie wytrzymuje próby.
Najkrócej można powiedzieć, że w stolicy skupia się władza. Jak pisał Jean Gottmann: „Stolica jest z definicji siedzibą władzy i miejscem, gdzie podejmowane są decyzje wpływające na życie i przyszłość narodu, którym ta władza rządzi, i oddziałujące na to, co dokonuje się i wydarza poza obszarem stolicy”8. Związek stolicy z państwem, o czym wspominałem we Wprowadzeniu, przyjmuje się niemal za aksjomat. W geografii politycznej państwo definiuje się jako „suwerenną organizację terytorialną”9 i tak rozumiane stanowi ono także podmiot prawa międzynarodowego. Elementami państwowości są: ludność, terytorium i władze. Podstawowym warunkiem istnienia państwa jest posiadanie własnego terytorium jako obszaru podległego suwerennej władzy10. Nie może ono zatem istnieć ani bez granic, ani bez stolicy.
Stolica jest centrum władzy politycznej, a zarazem emanuje mocą: „ma odzwierciedlać zamożność, organizację i siłę państwa”, „musi być źródłem siły i autorytetu, zapewniać sprawną kontrolę nad krajem, a także ochronę państwa przed niepożądanymi wpływami zewnętrznymi”11. Na tych stwierdzeniach geografowie właściwie poprzestają i znacznie więcej uwagi poświęcają klasyfikacji rozmaitych typów stolic. Jedni dzielą je na naturalne i sztuczne12, drudzy na stałe, ustanowione bądź rozdzielone, jeszcze inni na stolice państw scentralizowanych lub federacyjnych13. Podobnie definiowano i opisywano stolice w przeszłości. W opracowanym przez Maurice’a Blocka wspomnianym Dictionnaire général de la politique z 1873 roku hasło Stolica rozpoczyna się następująco:
Siedziba rządu. Paryż, Londyn, Wiedeń, Berlin, Kopenhaga, Sztokholm, Madryt, Lizbona, Monachium itd. stały się stolicami, ponieważ od niepamiętnych czasów są zamieszkiwane przez władcę, wokół którego w naturalny sposób zgromadziły się najwyższe władze państwowe. Starożytny Rzym został stolicą, ponieważ stopniowo podbił otaczające go krainy. Mamy jednak również przykłady stolic, które zostały specjalnie założone, albo miast ustanowionych stolicami na mocy aktu urzędowego14.
Dużo trafniej stołeczność scharakteryzował Alexis de Tocqueville, pisząc niespełna dwadzieścia lat przed Blockiem, że „przyczyną przewagi politycznej stolicy nad resztą państwa nie jest ani jej położenie geograficzne, ani jej wielkość, ani jej bogactwo, ale natura rządu”15. Współcześnie od podobnej przesłanki wychodzi belgijski badacz Francis Delpérée, który proponuje postrzeganie stolicy jako elementu ustroju państwa i z tej perspektywy wskazuje trzy jej role: miejsca decyzji (lieu de décision), miejsca dyskusji (lieu de discussion) i miejsca integracji (lieu d’intégration). Pierwszą z ról stolica odgrywa w państwach scentralizowanych, gdzie jest par excellence miejscem władzy politycznej. Tam powstają dokumenty, stamtąd rozpowszechniane są zarządzenia i nakazy. Wszystko wychodzi ze stolicy i wszystko do niej powraca. Stolica przemawia w imieniu państwa albo, innymi słowy, państwo przemawia poprzez stolicę. Zamiast być miejscem władzy, stolica może być miejscem debaty politycznej. Oto druga rola, charakterystyczna dla państw federacyjnych. Stolica to miejsce, gdzie spotykają się wszystkie komponenty państwa; jej funkcją jest umożliwianie ustawicznej dyskusji nad kwestiami ważnymi dla interesu państwa (federacji). Bywają jednak państwa na tyle złożone — na przykład wspólnoty, które konkurują ze sobą w ramach jednego państwa, jak to się dzieje współcześnie w Belgii — że ich stolicy przypada szczególna, trzecia rola jako miejsca integracji16.
Większość geografów jest zdania, że stolica to miasto o pewnych szczególnych funkcjach, a rolą badaczy jest określenie i wyjaśnienie tych funkcji. Zapytajmy więc prowokacyjnie: czy stolica musi być miastem? Etymologia mogłaby podsuwać odpowiedź twierdzącą. Po łacinie ‘głowę’ i ‘stolicę’ oznacza to samo słowo: caput. Stolica byłaby zatem najważniejszym miastem w całym państwie, jego głową. Taką etymologię przechowały wszystkie języki romańskie17. Francuskie słowo capitale jest uproszczeniem określenia ville capitale. Stąd wzięło się angielskie capital city, ‘główne miasto’. To także najczęstsza formuła w językach europejskich. Spotykana jest we wszystkich językach germańskich oraz, co ciekawe, w kilku słowiańskich18, ale też w albańskim, baskijskim, estońskim, irlandzkim, łotewskim, tureckim i węgierskim19. Mawiano: „Roma caput mundi”, a że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, toteż owa głowa może być również środkiem, a nawet sercem. W starożytnej grece stolica to μητρόπολις (metrópolis) ‘miasto macierzyste’ — od μήτηρ (méter) ‘matka’ i πόλις (pólis) ‘miasto’20.
Istnieje także inny trop. Języki słowiańskie, między innymi polski, zachowały związek słowa ‘stolica’ z tronem21 — a zatem z meblem, z czymś ruchomym. Aleksander Brückner pisał: „Stół, stołek, stolec, stolcować; stołeczny; stolica […]. Prasłowo; tak samo u wszystkich Słowian; znaczenie pierwotne: ‘stolica’, ‘tron’”22. Również w litewskim ‘tron’, sostas, dał źródłosłów ‘stolicy’, sostinė. W słoweńskim za to używa się wymiennie dwóch określeń: glávno mésto i prestólnica. Co ciekawe, także Anglicy do XVII wieku mawiali hēafodburg, ‘główny gród’ albo hēafodstōl, ‘główny tron’. (Stōl to właśnie ‘stolec’, ‘tron’, wyparty w angielskim przez starofrancuskie: chaiere, chaire, dzisiejsze chair)23. W staropolszczyźnie ‘stolec’ odnosił się nie tylko do elementów mobiliarza, lecz także, a może przede wszystkim — do władzy, panowania, wysokiej godności, dostojeństwa. „Utwierdzić stolec”, „dać stolec”, „posadzić na stolcu” znaczyło uczynić kogoś władcą albo umocnić czyjąś władzę. Słowo to pojawiało się w takich kontekstach jak otrzymywanie godności, sprawowanie jej, osiąganie dostojeństwa24.
Stolec jest atrybutem władzy, siedzenie zaś — jak pokazał Elias Canetti — władzę wyraża:
Krzesło w kształcie, w jakim znane jest nam dzisiaj, wywodzi się od tronu; ten zaś zakłada zniewolone zwierzęta lub ludzi, na których spoczywa władca. […] siedzenie na krześle było wyróżnieniem [podkreślenia E.C.]. Ten, kto siedział, spoczywał na innych, będących jego poddanymi i niewolnikami. Podczas gdy on mógł siedzieć, oni musieli stać. […] Godność siedzenia zawarta jest szczególnie w jego trwaniu. […] od człowieka siedzącego oczekuje się, że będzie nadal siedział. Nacisk, który wywiera, umacnia jego rangę, a im dłużej go wywiera, tym pewniejsze sprawia wrażenie. Nie ma prawie ludzkiej instytucji, która nie wykorzystałaby dla siebie takiej jakości siedzenia; która nie używałaby jej do zachowania i utrwalenia siebie25.
Tezy, że stolica nie jest równoznaczna z miastem oraz że nie da się jej scharakteryzować tylko na podstawie analizy geograficznej, udowodnił szwajcarski geograf Claude Raffestin26. Choć nie posłużył się on argumentem etymologicznym (być może ze względu na barierę, jaką dla badacza zachodnioeuropejskiego stanowią języki słowiańskie), to wykazał, że natura stolicy polega na tym, iż może się ona znaleźć w dowolnym miejscu. Nie jest zatem ani miastem, ani żadnym konkretnym miejscem. Jest bowiem kategorią nie geograficzną, lecz antropologiczną: „zanim uzyskuje materialną formę w określonym miejscu, przejawia się poprzez zorganizowaną grupę z instytucjami, które legitymizują sprawowanie władzy. Stolica jest przede wszystkim funkcją władzy, a zatem funkcją polityczną, którą wykonuje się w pewnym miejscu — ale sprawowanie tej władzy od tego miejsca nie zależy”27. Średniowieczny rex ambulans — władca wędrujący wraz ze swoim dworem — miał dziesiątki siedzib. Nie sposób więc mówić o jednej i stałej stolicy. W państwach takich jak średniowieczna niemiecka Rzesza mogłoby się okazać — ironizował Antoni Mączak — że stolic jest więcej niż miast!28 Stołeczność była ściśle związana z dworem władcy. „Dwór pomyślany jest głównie jako centrum — pisał Elias Canetti — jako punkt środkowy, według którego człowiek się orientuje. […] Ale pierwotnie również ten punkt był ruchomy. Mógł pojawić się w jednym lub drugim miejscu, wędrował wraz z tymi, którzy poruszali się wokół niego”29. Canetti mówił to samo co Norbert Elias, autor przenikliwej analizy społeczeństwa dworskiego30. Elias jednak dodawał: „Nic poza pragnieniem zebrania wszystkich funkcji w jednym zespole siedzib nie wskazuje na funkcjonalne związki z miastem. Można taką siedzibę przenieść bez wielkich zmian na wieś. Jej właściciel należy do tkanki miejskiej tylko jako konsument”31. Nie kwestionował, że dworzanie byli ludźmi miasta w tej mierze, w jakiej ich ogładę, ich, by tak rzec, civilité ukształtowało miasto. Niemniej związki dworzan z miastem były nieporównanie słabsze od związków mieszczan, którzy w nim żyją i pracują32.
Stołeczność jest „nomadyczna”, jak mawia Claude Raffestin, bądź „przechodnia”, jeśli użyć określenia Andreasa W. Dauma33. Przechodniość przejawia się także tym, że stołeczność to proces, a nie stan. Trudno o ilustrację wymowniejszą niż Paryż, przez badaczy uznawany za stolicę naturalną i stałą. Awans miasta wynikał z ambicji rodu Kapetyngów, panów regionu Île-de-France, klasycznego, jak utrzymują geografowie, regionu zalążkowego państwa, czyli jego kolebki. Stołeczność Paryża skupiała się na wyspie Île de la Cité, ośrodku władzy z katedrą i królewską Sainte-Chapelle. Obok, na prawym brzegu Sekwany, rozkwitło samo miasto: z ratuszem, halami, ulicami i placami. Brzeg lewy stał się kwartałem uniwersyteckim. Szybko okazało się, że wyspa jest za mała jak na potrzeby rozrastającego się dworu, który przeniósł się do kompleksu Luwru na prawym brzegu. Luwr i jego otoczenie były odtąd sukcesywnie rozbudowywane i upiększane34. A zatem ani cały Paryż nie był stolicą, jeśli jądro stołeczności migrowało w nim, ani nie był nią nieprzerwanie, skoro w pewnym momencie przemieściło się ono także poza niego, do Wersalu, skąd królowie władali Francją od 1682 roku.
Cechą stołeczności od zawsze była koncentryczność. Osiemnastowieczny absolutyzm przekształcił ją jednak w centralizm. W państwie absolutystycznym cała władza skupiła się w rękach monarchy w myśl maksymy „l’État c’est moi”, a równocześnie dążono do urzeczywistnienia jedności państwowej, między innymi poprzez unifikację terytorialną. Ziemie wchodzące w skład takiego państwa, dotąd zachowujące swoje tradycyjne herby, urzędy i prawa, pod rządami absolutystycznymi przeobrażały się w bardziej spójną całość. O ile dla monarchy stanowego różnorodność nie była problemem — dziedziczył on bowiem poszczególne ziemie wraz z ich organizacją i prawem zwyczajowym — o tyle monarchę absolutnego odrębności ograniczały, krępowały swobodę jego działania. Zmierzał on więc do likwidacji takiego stanu rzeczy; odrębność poszczególnych ziem redukował do tytulatury. Wzmacnianie potęgi absolutystycznego państwa polegało na pozyskiwaniu kolejnych zdobyczy terytorialnych i unifikowaniu ich z metropolią35.
Centralizacja obejmowała niemal wszystkie sfery: od ujednolicenia armii (poprzez rozciągnięcie na całe społeczeństwo obowiązku służby wojskowej bądź ciężaru podatkowego na rzecz armii), przez unifikację wymiaru sprawiedliwości — realizowaną między innymi dzięki kodyfikacji prawa, jednolitego we wszystkich częściach państwa i powszechnego dla wszystkich (nie była to jeszcze zasada równości wobec prawa, ale różnice stanowe zaczęły się zacierać wskutek uczynienia wszystkich sługami państwa) — po stworzenie scentralizowanego aparatu urzędniczego złożonego z ludzi zawodowo do tego przygotowanych36.
„Pałac w Wersalu — pisał Norbert Elias — symbolizuje w pewien sposób szczyt społeczeństwa zhierarchizowanego w swoich najdrobniejszych przejawach”37. Symbolizuje centralizację, produkt ancien régime’u, którą Alexis de Tocqueville sarkastycznie streszczał tak:
Jedno jedyne ciało, umieszczone w centrum królestwa, rządzi administracją publiczną w całym kraju; ten sam minister kieruje niemal wszystkimi sprawami wewnętrznymi; w każdej prowincji jeden urzędnik decyduje o ich szczegółowym wykonaniu; nie ma żadnych niższych organów administracyjnych, które mogłyby cokolwiek przedsięwziąć bez uprzedniego uzyskania na to zgody38.
Oto właśnie czas, kiedy dwór monarszy przeobraża się w osiadły zespół centralnych instytucji państwa. Kraj zaś, nad którym ma władanie, przekształca się w uporządkowane i jednolicie administrowane terytorium państwa. Czas, kiedy „centrum się ustaliło” — jak pisał Canetti — i jego stałość będą odtąd podkreślane coraz mocniej39. Zgodnie z poglądami mężów stanu skupionych wokół Króla Słońce cały zarząd państwowy winien odbywać się ze stolicy państwa, wychodzić z kręgów władzy i być wykonywany według jednolitych zasad40. Z kolei dwór, kontynuując myśl Canettiego,
ma zwabić wszystkich poddanych do stolicy, gdzie rzeczywiście w wielkich, koncentrycznych kręgach zajmują pozycję wokół wewnętrznego koła dworaków. Stolica rośnie wokół dworu, jej domy są nieustannym hołdem jemu składanym. Król, z właściwą władcom wielkodusznością, rewanżuje się wspaniałymi budowlami41.
Wydaje się, że w ten sposób został pomyślany Petersburg. Miasto wznoszone od 1703 roku na bagnach nad Newą przez Piotra Wielkiego; połączenie modernizacji, zawartej w planie urbanistycznym i architekturze, z wielką skalą i rozmachem odzwierciedlającym absolutystyczny charakter rządów. Petersburg był europejskim pierwowzorem stolicy budowanej od podstaw, na surowym korzeniu; symbolem kierunku ekspansji Rosji i jej panowania nad Bałtykiem, lecz nade wszystko wszechmocy imperatora, który chciał łączyć potęgę samowładztwa ze środkami, jakie przynieść mu miała modernizacja42. Symbolizuje, jak się zdaje, jeszcze coś więcej. Zalążkiem stałego charakteru stolicy były, zdaniem Canettiego, kamień i drewno, z których wznoszono rezydencje i które sprawiały, że dwór wytracał swój mobilny charakter. Z biegiem czasu trwałość rezydencji podkreślano coraz mocniej, jak zaznaczał Canetti, co doprowadziło do tego, że centrum się „ustaliło”43. „Trudność zbudowania takiego centrum — pisał — konieczność przytaszczenia z daleka kamieni, liczba ludzi biorących udział w tej pracy, sam czas, jakiego wymagało jego wzniesienie, to wszystko przyczyniało się do podwyższenia jego chwały jako budowli trwałej”44. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że stolicą, która doskonale ilustruje te teoretyczne rozważania Canettiego, jest właśnie Petersburg.
Koniec XVIII wieku przyniósł ważną zmianę — zapoczątkował fazę stolicy „osiadłej”, coraz mocniej związanej z miastem. W 1776 roku powstały Stany Zjednoczone Ameryki, federacja, która przyjęła ustrój republikański unormowany w konstytucji z 1787 roku. Jeden z jej zapisów dotyczył powstania stolicy państwa w specjalnie na ten cel wyznaczonym okręgu, mającym być nie częścią któregoś ze stanów, lecz „z mocy przekazania go przez poszczególne stany i przyjęcia przez Kongres stać się [może] siedzibą naczelnych władz Stanów Zjednoczonych”45. Ustawa zasadnicza nie precyzowała ani lokalizacji, ani nazwy miasta. Przesądzono o nich dopiero w 1791 roku46. Władze przeniosły się do nowego miasta Waszyngton w 1800 roku.
W Europie wybuch rewolucji francuskiej sprowadził króla i dwór z powrotem do Paryża. Miasto przez niemal stulecie pozostawało sceną karnawału kolejnych rewolt, republik i restaurowanych monarchii. Alexis de Tocqueville zwrócił uwagę, że choć przewroty trawiły cały kraj, to ich ogniskiem i motorem był wyłącznie Paryż. Myśliciel oskarżał stolicę o to, że owładnęła krajem, że najskuteczniej ze wszystkich stolic europejskich przejmowała całą władzę, że odgrywała wielką rolę w upadkach wszystkich rządów47. Nie pozostał w swym sądzie odosobniony. Również Maurice Block uznał za stosowne odnotowanie tej sytuacji w swoim słowniku.
Ta dominacja stolicy […] jest w pełni zgodna z prawem i wypływa z natury ludzkiej. Liczba mieszkańców, poziom wiedzy, doświadczenie polityczne, bogactwa, wszystko to razem tworzy masę, która musi oddziaływać mocno na szalę losów państwa. Nie jest to powód, dla którego stolica powinna uznawać, że ma prawo do rozkazywania reszcie kraju, do obalania władz i ustanawiania anarchii. Gdy jednak zdoła przeprowadzić takie działania, dowodzi to zawsze jej potęgi lub jej siły wpływu, i jeśli zdoła uczynić takie rzeczy wbrew woli prowincji, prowincje zasługują na to, by spotkała je ta obraza ze wszystkimi jej skutkami, za to, że nie wykorzystały swego prawa i swojej własnej siły48.
Wybuch Komuny Paryskiej w marcu 1871 roku zmusił cesarza i rząd do schronienia się w Wersalu. Pałac raz jeszcze, na osiem lat, stał się stolicą Francji. Dopiero Trzecia Republika unormowała kwestię stolicy i w ustawie zasadniczej precyzyjnie wskazano miejsce, gdzie swoje siedziby mają władze państwa: parlament, prezydent i rząd. Konstytucja z 1875 roku stanowiła, że jest to Wersal, a jej nowelizacja z 1879 roku zdecydowała o przeniesieniu stolicy do Paryża49. W ten sposób Francja uzyskała „osiadłą” stolicę, której istnienie sankcjonował najważniejszy dokument prawny państwa. Poza trzema krótkimi okresami podczas obu wojen światowych stołeczność Paryża nie została już nigdy przerwana.
Jeszcze zanim Francja uporała się z Paryżem, w 1830 roku powstała Belgia, pierwsze państwo w Europie, które konstytucyjnie unormowało sprawę stolicy. 7 lutego 1831 roku Kongres Narodowy uchwalił ustawę zasadniczą, której tytuł VII, art. 126 stanowił, że „Miasto Bruksela jest stolicą Belgii i siedzibą rządu”50. Zapis odnoszący się do miasta stołecznego będzie odtąd chętnie praktykowany w państwach, których ustrój oprze się na konstytucji.
Czy wobec takiego ustalenia sprawy nomadyczność stolicy zanika? Claude Raffestin celnie zauważył, że stolica „osiadła” zapoczątkowała proces „abstrakcyjnej mobilności”, to znaczy wielowarstwowy proces nadawania miastu stołecznemu znaczeń, wpisywania ich w jego przestrzeń, a następnie nadpisywania i przepisywania51. Każdy monarcha, każdy rząd, każdy dyktator pragnął odcisnąć na stolicy swój ślad. A więc niszczył ją i odbudowywał, wznosił, upiększał, powiększał albo naznaczał w jakikolwiek inny sposób. Spektakl narodu i państwa stał się tym samym spektaklem miasta.
W mieście stołecznym na tradycyjne funkcje miejskie nakładają się specyficzne role stołeczne. Ich wzajemna relacja każdorazowo kształtuje się inaczej — od równowagi do dominacji jednej z nich — co również prowadzi do odmiennych skutków: od synergii po konflikt. Funkcje stołeczne można najogólniej ująć w czterech kategoriach: polityczne, gospodarcze, społeczne (etniczno-narodowe) oraz kulturalne52. Stolica kojarzy się zazwyczaj z dużym — a więc i skomplikowanym funkcjonalnie — miastem. Jednocześnie sądzi się, że ma uprzywilejowaną pozycję względem innych miast. Nie jest to jednak reguła. Niekiedy stolica jest największym miastem i skupia najważniejsze funkcje polityczne, gospodarcze, społeczne i kulturalne. Współczesnymi przykładami takich stolic są Paryż, Londyn czy Budapeszt. Wyraźnie dominują one nad innymi miastami, co wynika z tego, że w państwach scentralizowanych miasta stołeczne rozwijają się szybciej właśnie dzięki pełnionym funkcjom stołecznym. (Nie są natomiast znane przypadki, by miasto uzyskało stołeczność tylko dzięki swojej wielkości). Stolica może również być największym miastem, w którym skupiają się funkcje polityczne, społeczne i kulturalne, ale niekoniecznie gospodarcze. Przykładami są Madryt i Rzym, gdzie rolę ekonomiczną równoważą odpowiednio Barcelona i Bilbao oraz Mediolan i Turyn. W państwach zdecentralizowanych — federacjach i konfederacjach — stolica nie musi być największym miastem (nierzadko sytuuje się wśród miast mniejszych), może też — lecz nie musi — skupiać wszystkie funkcje polityczne, społeczne i kulturalne, nigdy jednak nie koncentrują się w niej najważniejsze funkcje gospodarcze. Przykładami są Waszyngton, Berlin, Brasília czy Canberra53. Zwłaszcza tam, gdzie ustanowiono nowe stolice i zbudowano je od podstaw, wiele funkcji — a niekiedy nawet większość — pozostało gdzie indziej: bądź w poprzedniej stolicy, bądź w rozwiniętych już wcześniej ośrodkach gospodarczych. Najlepszym tego dowodem jest Nowy Jork, który wiedzie prym w całym kraju pod względem gospodarczym, finansowym i w znacznym stopniu także kulturalnym, sam nie będąc nawet stolicą stanu.
Peter Hall podkreśla, że polityczna siła stołeczności niekoniecznie idzie w parze z rolą gospodarczą. Stolice, które zajmują miejsce głównych ośrodków ekonomicznych, zawdzięczały swoją pozycję raczej uwarunkowaniom historycznym. Gdy w Europie od XVI do XVIII wieku rosła w potęgę absolutystyczna władza oraz wielkie emporia handlowe, wówczas — jak tłumaczy Hall — ukształtowały się stolice europejskich mocarstw54. Osiągnęły one pozycję polityczną i ekonomiczną dzięki temu, że zogniskowały w sobie owe dwie najważniejsze w tamtym czasie siły. Można powiedzieć, że stały się metropoliami w starogreckim sensie tego słowa — „miastami matkami”, dokąd płynęły dobra z ziem, którymi władały, i kolonii, które wyzyskiwały ekonomicznie. Wraz z rozwojem handlu rozrastał się sektor finansów i banków. Aby scentralizowana władza i podmioty handlowe mogły sprawnie funkcjonować, potrzebowały norm prawnych i sposobów ich egzekucji. To z kolei dało początek sektorowi instytucji prawa: sądów i kancelarii prawniczych. Rosnąca liczba profesjonalistów wymagała odpowiedniego zaplecza edukacyjnego. Służyły temu szkoły, zwłaszcza wyższe, które także budowały prestiż stolicy. Kolekcje artystyczne z kolei przydawały jej blasku. Do stolic chętnie sprowadzano łupy z podbitych krain: trofea, przechowywane i demonstrowane, świadczyły o mocarstwowej randze. Z tego powodu muzea i kolekcje dzieł sztuki — z odległych krain i z zamierzchłych czasów — stały się niezbędne tym stolicom, które pragnęły zamanifestować swoją potęgę. One też szybko stały się wzorami kultury i arbitrami smaku; ich siła emanowała nie tylko przez budowle królewskie czy rządowe albo siedziby spółek, lecz przede wszystkim przez teatry, sale koncertowe, biblioteki, gmachy muzeów i pawilony wystaw. Całe to spektrum funkcji i potrzeb obsługiwał rozrastający się do monstrualnych rozmiarów sektor produkcji i usług. Bo mieszkańcy stolicy to konsumenci zachłanni i wybredni.
Zupełnie inny obraz stolicy rysuje Bohdan Jałowiecki — obraz miasta pasożyta. Stołeczność „osiadła”, jak pokazuje badacz, ukształtowała się w toku kolejnych wynaturzeń, które oddaliły stolicę od tradycyjnego, weberowskiego modelu miasta: samodzielnego ośrodka produkcji i wymiany, symbiotycznie związanego z obszarem, na którym jest położone, a który stanowi jego niezbędne zaplecze55. Podporządkowanie miast dotąd cieszących się autonomią centralistycznemu państwu zwiększyło niewspółmiernie rolę stolicy. Stała się ona najważniejszym miastem i centralnym terytorium państwa. Jednak jej wzrost odbywał się kosztem reszty kraju. Stolice ukształtowane do początku XIX wieku nieraz wielokrotnie przewyższały rozmiarami następne w kolejności miasta. W stosunku do modelu weberowskiego pojawił się nowy aktor kreujący przestrzeń — państwo, które eksploatowało rozległe terytoria, w tym kolonie, aby akumulować ogromne środki w stolicy56. Z woli monarchów mogły być one zużywane na realizację wielkich projektów urbanistycznych. Stolica „osiadła” zamieniała się — jak pisałem wcześniej — w spektakl miasta.
W wymiarze społecznym taka stolica skupiała ludzi, choć nie byli to już typowi mieszczanie: kupcy i rzemieślnicy. Gromadziła dworzan, biurokrację, urzędników i wojskowych oraz ich klientelę. Innymi słowy, rzeszę ludzi nieproduktywnych, trwoniących ogromne majątki lub żyjących na koszt państwa i swoich opiekunów. Stolica stała się swoistą pompą ssącą bogactwa i ludność całego kraju57. Równocześnie jako miasto zerwała więzy ze swym dotychczasowym zapleczem.
Miastem pasożytującym był bez wątpienia Paryż, ale żadna metropolia nie równała się pod tym względem z Petersburgiem. Założony na początku XVIII wieku i wybudowany w ciągu półwiecza, u schyłku stulecia liczył on ponad 200 tysięcy mieszkańców. Pasożytniczy charakter miasta najlepiej ilustruje — jak pokazuje Jałowiecki — struktura jego ludności. Ludzie niezwiązani z dworem to zaledwie jedna trzecia Petersburżan, pozostała większość to kadeci, wojskowi, marynarze z rodzinami, dwór, urzędnicy i służba. Anomalia tej struktury jest doskonale widoczna w dysproporcji płci: kobiety stanowiły jedynie 30 procent ludności miasta. Położony w ubogim regionie Rosji Petersburg borykał się z kolosalnymi trudnościami z wyżywieniem i zaopatrzeniem swoich mieszkańców, w większości całkowicie nieproduktywnych58.
Jeszcze w XIX wieku metropolią nazywano stolicę, w której koncentrowały się najważniejsze funkcje polityczne i gospodarcze państwa59. Od momentu ukształtowania się gospodarki globalnej stolice i metropolie niekoniecznie się pokrywają. Stało się tak za sprawą procesu metropolizacji, który nasilił się w XX wieku i zupełnie zmienił relację między miastem a jego otoczeniem. W przypadku współczesnych metropolii tradycyjne związki miasta z regionem, w którym jest ono położone i który stanowi jego gospodarcze zaplecze, zostały zerwane i zastąpione więzami z innymi metropoliami na kontynencie i w świecie. O ile stolica w swej formie „osiadłej” jest częścią ciągłej i hierarchicznej struktury, złożonej z następujących po sobie elementów: wioska — miasteczko — miasto — aglomeracja miejska, o tyle metropolia działa w strukturze nieciągłej: w sieci przepływów, której węzłami są właśnie metropolie. Dotychczasowa struktura domykała się w obrębie terytorium narodowego, a stolica zajmowała w niej najwyższe miejsce w hierarchii. Współczesna sieć przekracza natomiast granice państw, a nawet kontynentów. Sprawia to, że sąsiadem metropolii w sensie gospodarczym i społecznym przestaje już być otaczający ją region, a staje się nim inna metropolia, odległa nawet o setki lub tysiące kilometrów60.
Struktura terytorialna opiera się na granicach. Dąży do zwartości, ciągłości, zamknięcia, wyłączności i hierarchizacji. Preferuje więzi pionowe i dominację wynikającą z wielkości. Tworzy dychotomię centrum i peryferii. Struktura sieciowa z kolei opiera się na połączeniach; cechuje ją rozproszenie, a swą siłę czerpie z otwarcia, krzyżowania się i przenikania. Preferuje ona więzi poziome — współpracę i współzawodnictwo61.
Polaryzacja funkcji stołecznych i metropolitalnych daje asumpt do porównania, które wydobywa ich najważniejsze cechy. Idąc śladem zestawienia dokonanego przez Anne Querrian, można zaproponować następującą charakterystykę62.
Metropolia nie jest centrum, lecz istnieje w sieci, która zapewnia obieg światowej gospodarki. W odróżnieniu od stolicy nie musi sprawować pieczy nad żadnym dziedzictwem. Swobodnie eksploruje i eksploatuje dowolne zakątki świata. Jest zorientowana raczej ku morzu niż ku lądowi. Działa na rzecz jak najswobodniejszego przepływu towarów i kapitału. Powstaje tam, gdzie są ludzie i dokąd migrują przybysze. Oferuje indywidualną formułę wszystkim tym, którzy nie mieszczą się w określonych kategoriach etnicznych czy narodowych. Jest otwarta na eksperymenty. Tętni życiem.
Stolica natomiast to centrum, które akumuluje i konsumuje dobra wytwarzane w państwie. Sprawuje pieczę nad jego dziedzictwem. Skoncentrowana jest na tym, by podporządkować sobie terytorium i ludność, a następnie połączyć je w spójną całość. Jest zorientowana raczej ku lądowi i związana ze swoim zapleczem, rozumianym jako całe terytorium, nad którym sprawuje kontrolę. Dąży do kontrolowania także wszelkich przepływów towarów i kapitału po to, by dzięki nim podtrzymywać aparat państwowy i hierarchię społeczną. Jej śródmieście — gmachy, ulice i place — daje wyraz politycznej potęgi. Za dnia bywa tłoczne, ale wieczorami pustoszeje. Życie nocne kwitnie gdzie indziej.
Zaletą konceptów jest klarowność. Rzeczywistość natomiast rzadko bywa czarno-biała i unika ekstremów. Z tego względu Peter Hall wyodrębnił aż siedem typów współczesnych stolic63. Stolica wielofunkcyjna — zgodnie z jego typologią — odgrywa wszystkie role stołeczne: polityczną, gospodarczą, społeczną oraz kulturalną, i jest najważniejszym miastem w kraju (jak na przykład Paryż, Sztokholm czy Bukareszt). Stolica globalna, prócz tego, że jest najważniejszym miastem w kraju i pełni wszystkie cztery funkcje, odgrywa także międzynarodową rolę polityczną bądź gospodarczą, a bywa, że obie (jak Londyn czy Tokio). Stolica polityczna jest siedzibą władz, ale pozostałe funkcje pełnią inne ośrodki (takimi stolicami są Haga, Waszyngton i Ottawa). Byłe stolice to miasta, które utraciły stołeczność, czyli przestały być ośrodkami politycznymi, lecz mogły zachować pozostałe funkcje (jak Petersburg czy Kraków). Podobnie stolice byłych imperiów, które z powodzeniem odnaleźć się mogą w roli stolic państw narodowych, a zarazem w stosunku do ziem dawnego imperium spełniać ważne funkcje gospodarcze albo kulturalne (tak jak Wiedeń, Lizbona czy Madryt). Stolice prowincji to przypadek państw federacyjnych, w których kantony, stany czy landy mają własne miasta stołeczne (jak Monachium czy Albany). I wreszcie: superstolice, gdzie znajdują się organizacje międzynarodowe (Bruksela, Strasburg, Genewa, Paryż czy Nowy Jork). Jak pokazuje typologia Halla, niektóre stolice świetnie sobie radzą jako metropolie.
Aby zrozumieć specyfikę stolicy państwa narodowego albo miasta, gdzie zogniskowało się życie narodu bezpaństwowego, tak że z czasem wyrosło ono na „centrum narodu”, nie wystarczy analizowanie aspektów stołeczności. Trzeba też zadać pytanie: co to jest naród?
Niegdyś pytał o to Ernest Renan w słynnym wykładzie wygłoszonym na Sorbonie 11 marca 1882 roku. Minęła dekada, odkąd wskutek wojny z Prusami legło w gruzach Drugie Cesarstwo, a Francja straciła Alzację i Lotaryngię. Na wschodzie wyrósł potężny sąsiad — zjednoczone Niemcy. Dla większego pogrążenia Francji nową Rzeszę niemiecką proklamowano w Wersalu, tam też Wilhelma I obwołano cesarzem. Poczucie klęski po jednej stronie i euforia zjednoczenia po drugiej, a przede wszystkim dwie wizje tego, czym jest naród, dały Renanowi asumpt do zebrania myśli. Wiele z nich nie straciło na aktualności: uwaga, że naród jest pojęciem niejednoznacznym, przestroga, że ta niejednoznaczność może prowadzić do „groźnych nieporozumień”, a także przekonanie, że nowoczesne narody są „czymś względnie nowym”64. Renan nie kwestionował wpływu warunków historycznych na formowanie się narodu, ale jednoznacznie odrzucał myśl, że mogłyby o tym decydować: rasa, język, religia bądź geografia. Jego zdaniem spoiwem narodu jest „zasada duchowa”, której jedna składowa sięga do przeszłości, a druga wynika z teraźniejszości. Ta pierwsza to wspólne posiadanie bogatej spuścizny wspomnień. Ta druga — teraźniejsze pragnienie życia razem i pielęgnowania dziedzictwa, które się otrzymało. Słowem, decydująca jest ludzka wola bycia narodem, co streszcza słynne zdanie Renana: „istnienie narodu jest codziennym plebiscytem, tak jak istnienie jednostki jest ciągłą afirmacją życia”65.
Przez kolejnych sto lat zagadnienie narodu obrosło tak ogromną literaturą, że żadna próba zreferowania stanowisk nie wyczerpuje tematu. Spierano się między innymi o to, czy narodowość jest trwałą i wrodzoną cechą ludzi, a sam naród to byt pierwotny i naturalny, istniejący od zawsze, choć mogący zmieniać swoje formy w czasie, czy może jednak narodowość to kwestia świadomości i decyzji. Najbardziej radykalni — tak zwani moderniści — wskazali na nowoczesny rodowód narodów jako owoców procesów modernizacyjnych: kapitalizmu, industrializacji czy powstawania nowoczesnego państwa. Twierdzili, że narody to byty tworzone na określonym etapie rozwoju historycznego. Inni badacze nie byli tak jednoznaczni i uważali, że powstały one w toku ewolucji historycznej i społecznej66.
W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku „moderniści” dokonali swoistego przewrotu kopernikańskiego w myśleniu o narodzie. Mowa o Erneście Gellnerze, Benedikcie Andersonie i Ericu Hobsbawmie67.
Teza Gellnera głosiła, że narody są konstruowane, dlatego postrzeganie narodowości jako cechy wrodzonej jest mylne. To byty przygodne i niekonieczne, ponieważ istniały nie zawsze i nie wszędzie. Gellner nie miał wątpliwości, że były one dziełem ludzi, wypływającym z ich przeświadczeń, lojalności i solidarności. Co więcej, uważał, że nacjonalizm, rozumiany po anglosasku jako idea i ruch narodowy, pojawił się w konkretnej fazie dziejowej: nowoczesności, i był wytworem określonej formacji: społeczeństwa przemysłowego. A zatem to nacjonalizm stwarzał narody, a nie na odwrót!68
„Wspólnoty wyobrażone” Benedicta Andersona to z kolei najpopularniejsza i najszerzej dyskutowana koncepcja narodu. Dlaczego wyobrażone? Dlatego, że ludzie tworzący nawet najmniej liczebny naród nie znają się nawzajem i nigdy się nie spotkali, a mimo to mają poczucie wspólnoty. Według Andersona wszelkie społeczności większe od przysiółka czy małej wioski, gdzie kontakty międzyludzkie mogą wciąż mieć charakter bezpośredni, są wspólnotami wyobrażonymi. Różnica polega jedynie na stylu, w jakim są wyobrażane. Naród jest w tym wypadku wyobrażony jako wspólnota polityczna, nieuchronnie ograniczona, gdyż zajmuje określone i skończone terytorium, poza którym żyją inne narody, i suwerenna, ponieważ gwarantuje to suwerenne państwo. Wreszcie — wyobrażony jako wspólnota, bo pomimo różnic i nierówności między członkami narodu traktuje się go jako głęboki, poziomy układ solidarności69.
Zdaniem Erica Hobsbawma narody jako twory „stosunkowo niedawnej innowacji historycznej” mają w sobie wiele z artefaktu, wynalazku i inżynierii społecznej, ale ponieważ nie chcą za takie uchodzić, dbają o zakorzenienie w przeszłości za pomocą czegoś, co Hobsbawm opisał jako „wymyślanie tradycji”. Zauważył bowiem, że ogromna część z tego, co w subiektywnym odczuciu współtworzy naród, w rzeczywistości składa się z umyślnych praktyk skojarzonych albo z odpowiednimi symbolami — zawsze dość świeżej daty — albo z rozmyślnie ukształtowanymi dyskursami, takimi jak historia narodowa70.
Trzej autorzy nie byli jednomyślni i spierali się między sobą. Benedict Anderson uczulał, aby „wyobrażania sobie” czy „tworzenia” nie utożsamiać z „wynajdywaniem” czy „fabrykowaniem” narodów. Hobsbawm zresztą tonował swoją koncepcję, wyjaśniając, że narody są nie tyle wynalezione, ile skomponowane i rozwijane z wcześniej istniejących materiałów71. Nie zmienia to jednak faktu, że ich prace ukazały naród jako stale wynajdywany, wymyślany, wyobrażany i sto lat po Renanie postawiły na nowo pytanie: czym jest naród? Bytem realnym? Ideą? Wspólnotą wyobrażoną, odczuwaną, przeżywaną przez swoich członków i wymagającą stałego zaangażowania? A może jedynie praktyczną kategorią używaną w polityce?72 Na żadne z nich nie udzielono dotąd ostatecznej odpowiedzi.
Wielu badaczy wątpi w możliwość jednoznacznego zdefiniowania narodu, a mimo to niektórzy podejmują takie próby. Anthony D. Smith, uczeń Gellnera, uznając obie koncepcje — tę o odwiecznym charakterze narodu i tę o jego nowoczesnym rodowodzie — za skrajne oraz stojąc na stanowisku, że narody kształtowały się na podstawie znacznie starszych więzi etnicznych, zaproponował podejście na prawach złotego środka, które nazwał etnosymbolizmem. Jego zdaniem naród wyróżnia odrębna kultura wspólna jego członkom oraz zwarte terytorium, na którym zamieszkują i po którym się przemieszczają, przy czym powinno być ono relatywnie duże, a sam naród stosunkowo liczebny. Uczestnictwo we wspólnocie narodowej oparte jest na równych prawach obywatelskich, na szeroko rozpowszechnionym poczuciu grupowej przynależności i na lojalności. Wspólny system pracy scala naród gospodarczo. Z kolei na zewnątrz narody utrzymują relacje polityczne z podobnymi do siebie grupami73.
Swoistej syntezy rozmaitych koncepcji dokonała Małgorzata Budyta-Budzyńska, wyłaniając te cechy, które najczęściej się w nich pojawiają. Naród jawi się zatem jako dynamiczna wspólnota powstała w toku rozwoju historycznego, mająca cechy obiektywne i subiektywne, własną nazwę, język uważany za narodowy i terytorium zwane ojczyzną. Jest on wspólnotą ludzi, którzy wierzą we wspólne pochodzenie, mają wspólną historię i świadomość narodową, uczestniczą w tej samej kulturze i odczuwają szczególną więź emocjonalną. Ludzi, którzy żyją we własnym państwie lub dążą do jego posiadania74.
Zastosowanie socjologicznych teorii narodu do realiów Europy Środkowej winno uwzględniać dwa aspekty. Po pierwsze, wielu ważnych teoretyków pochodziło z tej części Europy, jak Karl W. Deutsch, Ernest Gellner (poniekąd także jego uczeń Anthony D. Smith), Hans Kohn, Florian Znaniecki, Antonina Kłoskowska czy Miroslav Hroch, toteż wpływ na ich koncepcje miały: historia, kontekst społeczny, a nawet osobiste doświadczenia75. (Odzwierciedla się to na przykład w kulturalistycznym podejściu do narodu, jakie prezentuje wielu badaczy o środkowoeuropejskim rodowodzie, o czym będzie mowa dalej). Po drugie, jak pokazał Larry Wolff, obraz naszej części Europy bywa powidokiem „geografii filozoficznej” stworzonej przez oświeceniowych myślicieli francuskich po to, by świadomie zapanować nad kontynentem. Nie chodziło w niej ani o rzeczywisty podbój, ani o prawdziwą wiedzę, ale o podzielenie Europy wedle wyobrażeń i wartości, idei i preferencji. Wyobrażono sobie Zachód jako źródło cywilizacji i Orient jako coś jej nieodparcie obcego, a pomiędzy nimi umieszczono europejski Środek i Wschód, ni to swój, ni obcy, ale na pewno nieracjonalny i zacofany. To przeświadczenie, jak podkreśla Wolff, przetrwało do końca XX wieku76.
Jest ono przykładem myślenia dychotomicznego, które zrodziło wiele stereotypów, takich jak przeciwstawienie narodów państwowych i bezpaństwowych, historycznych i niehistorycznych, dużych i małych. Zafunkcjonowały one w obiegu potocznym, a niektóre nawet w koncepcjach naukowych77.
Dychotomia naród państwowy i bezpaństwowy pozostaje jedną z najtrwalszych. Pogląd, że naród jest określany przede wszystkim przez państwo, podzielało wielu autorów, zwłaszcza anglosaskich78, którzy — jak zaznacza Miroslav Hroch — rozumieją termin nation niemal jak synonim państwa. Tymczasem za narody uważają się także wspólnoty niemające państwa, a nawet o państwo niezabiegające79. Już Florian Znaniecki jako jeden z pierwszych w naukach społecznych i politycznych podkreślał niezależność narodu od państwa, w czym pomocne mu było jego własne środkowoeuropejskie doświadczenie. Postrzegając naród jako wspólnotę świadomą swoistości i odrębności własnej kultury, przeciwstawiał się poglądom dominującym wśród naukowców zachodnich, według których państwo jest niezbędnym czynnikiem jedności narodowej80. W latach trzydziestych XX wieku pisał: „W Polsce nie trzeba podkreślać faktu, że naród tak samo istnieć może niezależnie od państwa jak państwo niezależnie od narodu; mamy pod tym względem wyjątkowo przekonywające doświadczenia, które chronią nas od błędu, aż do wojny światowej potocznie popełnianego przez socjologów Zachodu, łączących w pojęciu nation grupę narodową i państwową”81. Są to nie tylko doświadczenia polskie czy innych narodów środkowoeuropejskich, ale jak powiada Hroch, „małych narodów” w ogóle82. Czeski badacz udowodnił, że naród może się formować dwutorowo: opierając się na państwie bądź bez niego83. W pierwszym wariancie w Europie u progu fazy narodowej Hroch wskazuje pięć niepodległych państw, które mogły wykazać ciągły rozwój swej państwowości od średniowiecza i które modernizowały się, drogą rewolucji i reform, wskutek czego ich ludność, dotąd poddani, stopniowo stawała się obywatelami świadomymi przynależności do narodu. Zdaniem Hrocha tak uformowały się „narody państwowe”: francuski, holenderski, szwedzki, hiszpański i portugalski. Równolegle istniały wieloetniczne imperia: tureckie, rosyjskie i austriackie, których elity definiowały swą tożsamość w stosunku nie tyle do państwa, ile do władcy, dynastii i religii. W dwóch pierwszych nowoczesne społeczeństwo obywatelskie formowało się z trudem. Jedynie w monarchii habsburskiej powstało ono dość wcześnie, lecz co ciekawe, utożsamiło się z narodem powstającym poza monarchią — z narodem niemieckim. Wielka Brytania i Dania, w opinii Hrocha, znajdowały się w fazie przejściowej między narodem państwowym a monarchią wieloetniczną. (Hroch ponadto przyznaje, że ma kłopoty z zaklasyfikowaniem Belgii, która pojawia się dopiero w latach trzydziestych XIX wieku. Nie wspomina natomiast w ogóle o Szwajcarii). W drugim wariancie naród powstaje bez odniesienia do państwa. Tworzą go wspólnoty, które Hroch nazywa „nierządzącymi grupami etnicznymi”, żyjące w wieloetnicznych imperiach bądź wśród narodów państwowych. Miały one słabą tradycję kultury wysokiej i niepełną strukturę społeczną (elity były im obce językowo i kulturowo, a awans społeczny oznaczał konieczność przyjęcia tej „obcej” kultury). Tradycja państwowa była w ich wypadku znacząco naruszona, jak u Węgrów, Czechów i Chorwatów, albo całkowicie zniszczona, jak u Norwegów, Serbów, Bułgarów i Greków, bądź też nigdy jej nie mieli, jak Słoweńcy, Słowacy, Estończycy czy Łotysze. Kształtowanie się narodu przybrało u nich formę ruchu narodowego, czyli uświadomionego dążenia do emancypacji kulturalnej i równouprawnienia obywatelskiego (a w niektórych przypadkach także do własnego państwa). Wariant drugi jest charakterystyczny właśnie dla tak zwanych małych narodów, o których będzie dalej mowa. Niemców, Włochów i Polaków Hroch sytuuje pomiędzy „małym narodem” a „narodem państwowym”. Stanowili bowiem grupy znaczące, z własną tradycją kulturową, elitą polityczną i orientującą się narodowo warstwą oświeconą. Brakowało im jedynie państwowości. Dlatego ich ruch narodowy dążył do jej osiągnięcia, co w XIX wieku powiodło się tylko Niemcom i Włochom84.
Podział na narody historyczne i niehistoryczne pojawił się w pracach Hegla i wynikał z przekonania, że należy uznawać istnienie tylko tych narodów, które w średniowieczu stworzyły swoje państwa. Innymi słowy, były „historyczne”, jak na przykład Francuzi, Holendrzy czy Portugalczycy (była już o tym mowa w ujęciu Hrocha). „Niehistorycznym” narodom, jak Estończykom, Słoweńcom czy Słowakom, takich praw odmawiano, a powstanie ich państw wydawało się nienaturalne i przypadkowe85. Wśród polskich badaczy kwestię tę podjął Józef Chlebowczyk. Wedle jego ustaleń naród „historyczny” to ten, który wkraczał w nowoczesność (erę przemysłową) z w pełni ukształtowaną strukturą społeczną, co gwarantowało mu utrzymanie świadomości i tożsamości narodowej oraz tradycji historycznej. Posiadanie własnego państwa było co prawda korzystne, lecz nie niezbędne. Do zachowania „historycznego” charakteru wystarczyło, że warstwa oświecona nie uległa zanikowi i przechowała świadomość narodową86. Zgodnie z tym tokiem myślenia w monarchii habsburskiej „historycznymi” narodami byli: Niemcy, Węgrzy, Włosi, Polacy i Chorwaci. Natomiast narody „niehistoryczne”, żyjące w „nie swoich” państwach, proces narodotwórczy rozpoczynały od wytworzenia wspólnoty językowo-kulturowej. Przy czym, zdaniem śląskiego historyka, dziedzictwo kulturowe i odrębna historia (a nawet państwo w przeszłości) nie wystarczały do uznania narodu za „historyczny”, jeśli warstwa wyższa, będąca nośnikiem kultury narodowej, uległa zanikowi albo jeszcze się nie wytworzyła. Narody te bazowały na warstwie niższej, najczęściej na chłopstwie, które zachowało język, religię i obyczaje87. Przykładami takich narodów w państwie Habsburgów byli Czesi, Słoweńcy, Słowacy, Serbowie, Rumuni i Ukraińcy. Innymi słowy, w narodach „historycznych” proces konsolidacji narodowej przebiegał „od góry”, w „niehistorycznych” zaś — „od dołu”.
Podział na narody duże i małe jest o tyle osobliwy, że nie wynika on z rzeczywistej wielkości, lecz z poczucia mniejszości w stosunku do większego, dominującego narodu. Można go uznać za owoc myślenia dychotomicznego, o którym już wspomniano — wartościującego i stereotypizującego. Zgodnie z nim narody małe to również narody bezpaństwowe, niedojrzałe czy niehistoryczne. Można jednak, jak uczynił to Miroslav Hroch, spojrzeć obiektywnie i określić je na podstawie specyfiki ich ruchu narodowego88. Badacz rozróżnił w nim trzy charakterystyczne fazy (oznaczone przez niego jako A, B, C). Najpierw w „fazie naukowej” (A) konsoliduje się grupa inteligencji, która bada język, obyczaje, przeszłość rodaków, których uważa za „swój” naród. Następnie przypada „faza agitacji narodowej” (B), czyli przekonania tychże rodaków do przyjęcia nowej narodowej tożsamości. Po czym następuje „faza masowa” (C), kiedy naród ma już w pełni ukształtowaną strukturę społeczną. Dojście do tej fazy dowodzi pomyślnego zakończenia całego procesu narodotwórczego. „Małe narody” mogą przechodzić kolejne fazy w różnym czasie, niemniej jednak proces zawsze przebiega według tych samych prawideł. Hroch je nie tylko wskazał, lecz przede wszystkim zdefiniował kategorię „małych narodów”, w której przymiotnik „mały” nie wartościuje, tylko oznacza zaszeregowanie typologiczne89.
Warto wspomnieć o jeszcze jednej koncepcji, również czeskiego badacza, jednak tym razem nie historyka ani socjologa, lecz semiotyka kultury — Vladimíra Macury, który stworzył model „kultury odrodzeniowej” małego narodu, wyodrębnił jej fazy i określił ich charakter90. Zilustrował go na przykładzie dziewiętnastowiecznej kultury czeskiej. Procesy wyobrażania, interpretowania i tworzenia to tytułowe „znamiona narodzin” wspólnoty komunikowania, jaką jest naród. Dla moich analiz szczególnie ważne było opisane przez Macurę dążenie do zdefiniowania zakresu ojczyzny (przestrzennego i duchowego) oraz do wyznaczenia jej symbolicznego środka. Może być nim miasto, pod warunkiem że zostanie przez tę kulturę odpowiednio zinterpretowane, a następnie stopniowo przekształcone. Przedstawiony przez semiotyka model „kultury odrodzeniowej” jest specyficznie czeski, a jednocześnie pod wieloma względami typowy także dla innych narodów środkowoeuropejskich, nie tylko tych pod berłem Habsburgów.
O kulturalistycznym podejściu do narodu dotąd jedynie wspominałem, jako że wymaga ono odrębnego omówienia. Wypracowane w jego ramach pojęcia okazują się bardzo przydatne także w analizie stolicy narodowej.
W tym ujęciu naród jest przeciwieństwem państwa, ponieważ jest wspólnotą kulturową. „Kulturaliści” korzystali z wielu ustaleń „modernistów” w odniesieniu do roli kultury w formowaniu się narodów, unikali jednak ich radykalizmu, opowiadając się raczej za ujęciem ewolucyjnym. Ich zdaniem narody bardziej powstają, niż są tworzone91.
Opierając się na andersonowskiej koncepcji „wspólnot wyobrażonych” oraz zapożyczywszy od Prażanina Karla W. Deutscha koncepcję „wspólnot komunikowania”, Antonina Kłoskowska — jedna z najważniejszych kulturalistek — sprecyzowała naród jako „szeroką i złożoną wspólnotę komunikowania wyobrażoną i realizowaną przez kulturę”92; wspólnotę, która do zaistnienia potrzebuje rozbudowanej sfery symbolicznej i pamięci zbiorowej93. Krótko mówiąc, naród stanowi część kultury, a jego środowiskiem jest semiosfera94.
Podobnie myślał Ernest Gellner, dorastający notabene w Pradze, który twierdził, że dwie osoby należą do tego samego narodu tylko wtedy, gdy uczestniczą w tej samej kulturze i gdy one same uznają się za jego część — a więc gdy działają i porozumiewają się w ramach systemu idei, znaków i skojarzeń właściwych tej kulturze95. Idąc tym tropem, Kłoskowska wykazała, że aby naród zaistniał jako wspólnota tak się określająca i w ten sposób się komunikująca, musi uformować własne bogate i spójne uniwersum kulturowe — swoistą symboliczną ojczyznę, szerszą niż jej terytorialny odpowiednik. Uniwersum to nie przyjmuje jednak postaci niezmiennej i nie jest raz na zawsze osiągniętym stanem. Przeciwnie — podlega nieustającej weryfikacji i modyfikacjom, choć zachowuje zarazem względnie trwały rdzeń, określany przez socjolożkę mianem kanonu. Na fundamencie kulturowego uniwersum uznawanego za własne wytwarza się narodowa identyfikacja i poczucie swojskości przeciwstawione obcości. Wspólnota zaś staje się narodem w toku wewnętrznego ujednolicania kultury, czemu towarzyszy rozszerzanie zakresu uczestnictwa w tym uniwersum — choć nigdy i nigdzie nie osiąga ono stanu pełnej homogeniczności96.
W każdym narodzie — mimo uszczerbków, takich jak utrata państwa, elit społecznych albo jednego i drugiego, a nawet w sytuacji, gdy nigdy one nie istniały — tradycja ma kapitalne znaczenie. Mówienie o trwaniu narodu, jego przetrwaniu, „przebudzeniu” czy „odrodzeniu” odnosi się do przywracania bądź odtwarzania i wskazuje na znaczenie tradycji jako fundamentu tożsamości.
Jerzy Szacki zwracał uwagę, że tradycja nie jest dana raz na zawsze. Rozumiał ją jako „kontynuację przekształcającą”, czyli czynne, podmiotowe rozumienie przeszłości, oparte na wyborze i krytycznej ocenie. Aktywny stosunek do tradycji jest kwestią podstawową, choć nie obywa się on bez antagonizmów, tradycja bowiem staje niekiedy w opozycji do wiedzy historycznej97. Ponadto tradycję można tworzyć sztucznie, bo magia dawności oddziałuje na wyobraźnię mocniej niż rozumowa argumentacja, co wnikliwie opisał Eric Hobsbawm. Proces krystalizowania się tożsamości narodowej daje asumpt do odnowy będącej niejako powrotem do dawnej, autentycznej tradycji. Trudno się jednak zgodzić, że tworzenie tradycji narodowej poprzez interpretację dziedzictwa po to, aby wyłonić wątki kulturowe uznawane za własne i odróżnić je od tych postrzeganych jako obce, jest za każdym razem „wynajdywaniem” tradycji. Zdaniem Hobsbawma osobliwość „wynalezionych tradycji” polega na tym, że ich związek z przeszłością jest w znacznej mierze wytworzony sztucznie. Tradycje te odpowiadają na nowe sytuacje, lecz czynią to poprzez stylizowane odwołania do przeszłości, a niekiedy poprzez ustanowienie własnej przeszłości. Praktyki „wymyślania tradycji” są — jak argumentował Hobsbawm — dobrze zaplanowane i nowatorskie, ponieważ narody jako historyczne novum wymagają innowacyjnych rozwiązań. Wyróżniał on trzy główne innowacje sprzyjające utrwaleniu tych tradycji: powszechną i obowiązkową edukację, wprowadzenie obchodzonych uroczyście oficjalnych ceremonii i świąt oraz wznoszenie na masową skalę pomników w przestrzeni publicznej. Miało to na celu wytworzenie powszechnej identyfikacji z narodem, mimo że postulowana historyczna ciągłość mogła być w znacznej mierze fikcyjna98.
Krajobraz i strukturę stolic narodowych postrzegać można zatem nie tylko w obiektywnym, materialnym aspekcie, jakim jest środowisko budowane, lecz także w wymiarze subiektywnym — jako nośnik idei i wartości, z którymi identyfikuje się dana wspólnota. Przedmiotem mojej analizy są więc kreacje — elementy krajobrazu, wnętrza, sekwencje urbanistyczne oraz pojedyncze obiekty — w których narracja symboliczna, rozumiana jako „emisja wzruszeń”, jest tak samo ważna jak materialna forma, a często nawet nad nią dominuje. Należy przy tym pamiętać, że odwołanie do historii i wprowadzanie wybranych historycznych wątków do przestrzeni publicznej nie służą tylko poświadczeniu „głębokości” narodowej tradycji oraz jej zilustrowaniu. Niejednokrotnie dużo ważniejsza jest projekcja przyszłości — nawiązanie do utrwalonych w zbiorowej świadomości wydarzeń lub postaci historycznych, za pomocą których wizualizuje się obrany kierunek dążeń i system wartości.
Zakładam również, że konserwacja zabytku architektury czy zespołu urbanistycznego w sposób nieunikniony nakłada na obiekt historyczny współczesny sposób jego widzenia. A zatem jest również swego rodzaju interpretacją, uwarunkowaną wiedzą historyczną, stopniem jego rozpoznania, aktualną technologią i estetyką (gustem) oraz — co równie ważne — względami ideologicznymi. Przy czym te ostatnie nie tylko wpływają na podjęcie (lub nie) renowacji danego zabytku, lecz także prowadzą niekiedy do zmian jego treści i formy. Bywa, że obiekt traktowany jest instrumentalnie, a jego interpretacja ulega manipulacji względem aktualnych potrzeb politycznych i ideologicznych. Celem takich działań jest bowiem odpowiednie oddziaływanie na świadomość użytkowników. „Prawda historyczna” — przy wszystkich trudnościach jej obiektywizacji — schodzi na dalszy plan, o ile w ogóle bierze się ją pod uwagę.
Literatura dotycząca ojczyzny jest równie obszerna jak ta na temat narodu. Sporo napisano o znaczeniu ojczyzny dla orientacji człowieka w świecie i dla jego poczucia zadomowienia. Dużo miejsca poświęcono także temu, że choć stanowi ona określony obszar, to jest równocześnie kategorią egzystencjalną — miejscem, a nie jedynie przestrzenią — i że ludzie uważający się za naród żywią wobec ojczyzny szczególne uczucia: przywiązania, umiłowania, nostalgii; nierzadko są też gotowi ponosić dla niej daleko idące poświęcenia.
Stanisław Ossowski upowszechnił w polskiej socjologii rozróżnienie ojczyzny prywatnej i ojczyzny ideologicznej, odpowiadające niemieckim pojęciom Heimat i Vaterland. Ta druga pokrywa się z terytorium narodowym, a stosunek do niej przejawia się w poczuciu przynależności do większej zbiorowości — obejmującej nie tylko żyjących, lecz także przodków — której członków co prawda się nie zna, ale z którą dzieli się wspólny los99. Ponadto ojczyzna łączy w jedną całość wszystkie ziemie, gdzie żyje naród100. Stolica jest jej „sercem”, co ma swoje źródła w topice organicznej i wywodzącej się z niej alegorii corpus politicum, porównującej działanie organizmów politycznych do funkcji życiowych ludzkiego ciała101. Istnieje zatem ścisła korelacja między ciągiem kategorii: naród – ojczyzna – stolica, a uszeregowanymi w podobnym porządku symbolami: organizm – ciało – serce. „Odwieczny, ukochany Kraków nasz — pisał Józef Kremer w 1870 roku — jest wszech-ziem rodzinnych ogniskiem a sercem, jest narodowości polskiej ożywczym sokiem. Gdyby w Krakowie już zamarły tętna ojczyste, gdyby z niego uleciało życie, gdyby go opuścił duch — wtedy zaprawdę cała przyszłość narodu byłaby już mrzonką, istną bajką!” I kilka linijek niżej nazywał miasto „sercem ojczystych uczuć”, „nigdy nieustającym życiodajnym zdrojem narodowości polskiej”102. Również Chorwaci odwoływali się do takich porównań. Membra disiecta, „członki rozdzielone”, były popularnym określeniem ojczyzny podzielonej między obce mocarstwa: Turcję i Austrię. Ich ponowne scalenie stało się hasłem działaczy narodowych, a ośrodkiem ponownej integracji — Zagrzeb, wykreowany na serce ojczyzny103.
Wspomniałem już o tym, że ojczyznę można rozumieć szerzej niż terytorium narodu i że zwolenniczką takiego ujęcia była Antonina Kłoskowska. Traktowała ją jako korelat narodu, odpowiednik jego kulturowego uniwersum niezbędny do zaistnienia „wyobrażonej wspólnoty”104. Krótko mówiąc, naród może istnieć bez państwa, ale nie bez ojczyzny, nawet jeśli w określonych okolicznościach funkcjonuje ona w domenie symboli.
Kultura polska XIX wieku dostarcza niezliczonych dowodów na to, że po utracie własnego państwa Polacy identyfikowali się z „ojczyzną duchową”, pielęgnowaną nawet z dala od kraju, jak w przypadku emigrantów, zmuszonych do opuszczenia ojczystych ziem. Wyobrażenie ojczyzny jako pewnej domeny — niezależnie od tego, czy realnej, czy symbolicznej — nieuchronnie zmierza do wyobrażenia również jej „środka”. Przywoływany już Józef Kremer pisał: „Nasi ziomkowie znad Warty i Niemnu, znad Bałtyku i progów Dnieprowych — jak Islamista do Mekki — rzewnie tęsknią do Krakowa i pragną choć raz w życiu odetchnąć pod tym jego klasycznym polskim niebem”105. Podobnie u naszych południowych sąsiadów rozpowszechniła się wizja Pragi jako „Mekki Czechów” — miasta uświęconego pamiątkami świetnej przeszłości, narodowego sanktuarium, czegoś na kształt świętej góry, przez którą przebiega oś świata i która wyznacza środek czeskiego świata, czyli ojczyzny106.
Ruchy narodowe miały oczywiście swój wymiar przestrzenny — dążyły do wyodrębnienia własnego terytorium oraz określenia jego granic. Jednak wobec braku rzeczywistej władzy politycznej nad tym obszarem narody środkowoeuropejskie kreowały władztwo symboliczne. Lech Nijakowski wprowadził pojęcie domeny symbolicznej, skonstruowane analogicznie do kategorii domeny politycznej, czyli terytorium, nad którym dane państwo sprawuje faktyczną suwerenną władzę. „Domena symboliczna” oznacza natomiast obszar, nad którym dana społeczność — w tym wypadku naród — panuje symbolicznie. Panowanie polityczne ułatwia oczywiście takie symboliczne panowanie, lecz nie są to zjawiska tożsame107. Sprawowanie symbolicznej władzy nad danym terytorium wymaga wytworzenia materialnych znaków wspólnoty. Ich zbiorem, a zarazem znakiem samym w sobie staje się stolica. Konstruowanie stołeczności jest elementem obejmowania terytorium uznawanego za narodowe symbolicznym panowaniem. Zwłaszcza w warunkach utrudnionej emancypacji politycznej narody środkowoeuropejskie dążyły do wykreowania i utrwalenia własnych domen symbolicznych, a stworzenie „wyobrażonej stolicy” było jednym z najważniejszych etapów tego procesu.
Po odzyskaniu niepodległości i powstaniu państw narodowych można było zaobserwować dążenie do konwergencji ich domen politycznych i symbolicznych108. Skupiając władzę i administrację, stolica stawała się centrum domeny politycznej, a równocześnie ośrodkiem domeny symbolicznej. Mogło się jednak zdarzyć, że „emisja znaczeń” pozostawała gdzie indziej bądź ulegała rozdzieleniu, czego najlepszą ilustracją jest polski przypadek Warszawy i Krakowa.
To, że państwa narodowe mają stolice, nie budzi wątpliwości. Podobnie jak to, że ruchy narodowe wspólnot bezpaństwowych koncentrują się w określonych miejscach. Lecz stolica narodu nie jest ani jednym, ani drugim przypadkiem. Skupia moc i oddziałuje nią, a także ma swój aspekt przestrzenny, niemniej jednak nie jest ani kategorią polityczną, ani geograficzną. Naród, jak starałem się pokazać, jest wspólnotą komunikowania, która rozciąga swe władztwo w domenie symbolicznej. Wspólnota komunikowania istnieje w semiosferze, przestrzeni symboli i znaczeń. Tam też ulokowana jest ojczyzna, czyli symbolicznie rozumiane uniwersum kultury, a nie jedynie obszar, z którym naród się utożsamia. Stolica narodu jest centrum ojczyzny, toteż przede wszystkim ma wyobrażony charakter, a dopiero w drugiej kolejności może przybrać konkretną lokalizację. Jest miejscem — parafrazując Renana — nieustannie ustanawianym. Tak jak całe uniwersum kulturowe również stolica podlega przeobrażeniom. Zmieniają się wpisywane w nią treści, ich forma, a nawet sama lokalizacja. Zarazem jednak będąc częścią kanonu, ma w nim swój stały status.
Stolica narodu to, by tak rzec, stolica wyobrażona. Miejsce rozumiane w sposób szerszy niż partykularne lokum, tak jak w pojęciu miejsc pamięci, lieux de mémoire, rozumiał je Pierre Nora. Czerpiąc z Nory, Andersona i Francisa Delpérée, chciałbym zaproponować definicję stolicy narodu jako miejsca rozumianego czworako. Po pierwsze — miejsca decyzji o woli tworzenia suwerennej wspólnoty kultury świadomej własnej swoistości i odrębności od kultur innych narodów. Po drugie — miejsca dyskusji o kształcie i zawartości uniwersum kulturowego narodu oraz zasięgu jego władztwa symbolicznego. Po trzecie — miejsca integracji jednoczącego członków „wspólnoty wyobrażonej” w sposób taki, w jaki łączy ich podzielane wyobrażenie ojczyzny; miejsca będącego „wyobrażonym środkiem” domeny symbolicznej; wreszcie miejsca, gdzie zogniskowany jest proces wewnętrznego ujednolicania kultury narodowej i rozszerzania zakresu uczestnictwa w kulturowym uniwersum narodu. (Innymi słowy — miejsca, gdzie koncentrują się działacze, intelektualiści i twórcy, formują się środowiska i powstają instytucje). I po czwarte — miejsca pamięci sprawującego pieczę nad kanonem i dziedzictwem narodowym. Przy czym stolica narodowa staje się także przedmiotem działań zmierzających do możliwie największego zbliżenia jej do ideału miejsca pamięci, w rozumieniu, jakie nadał mu Pierre Nora: przestrzeni dla dzieł sztuki, obiektów i dokumentów historycznych, pomników; miejsca ceremonii i rytuałów służących upamiętnianiu i wreszcie — Gesamtkunstwerku, „całościowego dzieła sztuki” obrosłego bogatą siecią znaczeń i odniesień.
Pochód Napoleona przez Europę wzniecił w niej na dobre narodową gorączkę. O ile po jego klęsce przywrócono na jakiś czas polityczną równowagę, o tyle rewolta pozostała trwałym znamieniem rodzącego się romantyzmu. Na jego podłożu dojrzewały narodowe tożsamości, żywiące się wyjątkowością każdej z nich, a przecież kiełkujące z tych samych ideałów; wyrażające się w różnych językach, ale aspirujące do jednego grona — nowoczesnych narodów europejskich. Czy na mapie Europy z 1815 roku coś z tego da się zobaczyć? Bynajmniej. Wyrysowany na niej ład Świętego Przymierza sprawił, że kontynent niemal powrócił do stanu sprzed rewolucji i wojen. Przymierze, choć okazało się nietrwałe, wytyczyło kształt międzynarodowej areny, na której przez całe stulecie kilka uznanych mocarstw staczało potyczki z aspirantami różnego autoramentu. Ta imperialna rama miała pozostać zasadniczo niezmieniona aż do początku wojny światowej w 1914 roku109.
Wyjąwszy Belgię, która powstała w 1830 roku — czemu, jak się powszechnie uważa, sprzyjał zbieg okoliczności w postaci wybuchu powstania listopadowego w Polsce, uniemożliwiającego wysłanie wojsk carskich na pomoc Holendrom w zażegnaniu belgijskiej rebelii110 — i pominąwszy Włochy i Niemcy, przykłady procesu narodotwórczego opartego na zasadzie zjednoczenia, zakończonego odpowiednio w latach 1861 i 1871, nietrudno zauważyć, że nowe państwa narodowe pojawiały się tam, gdzie pękały monolity słabnących mocarstw. Pierwsze wyłomki, wskutek powstań Serbów i Greków, pojawiły się na bałkańskich rubieżach Turcji.
Historycy wnikliwie pokazali, jak przez cały XIX wiek powodzenie lub niepowodzenie dążeń niepodległościowych zależało nie tyle od waleczności czy dyplomatycznej biegłości zainteresowanych nią narodów, ile od uwarunkowań politycznych, dyktowanych interesami rozgrywających na europejskiej scenie mocarstw. Kruszejące Imperium Osmańskie zdawało się stwarzać największe możliwości dla narodów aspirujących do niezależności, jednak słabość ta okazała się szansą przede wszystkim dla Rosji. Jej nieustanna ekspansja oraz cofająca się ustawicznie Turcja doprowadziły do powstania tak zwanej kwestii wschodniej — łańcucha trwających przez cały wiek komplikacji, które ostatecznie wywołały kryzys z 1914 roku111. Niezależnie od oceny tej kwestii mapa Europy, zwłaszcza jej południowo-wschodniej części, w przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej znacznie się różniła od tej sprzed stulecia. Widniały na niej państwa Greków, Serbów, Czarnogórców, Rumunów, Bułgarów i Albańczyków, choć każde z nich w inny sposób dochodziło do niepodległości112.
Losy narodów w imperiach rosyjskim i austriackim potoczyły się zgoła odmiennie. W obu wypadkach nie sposób mówić choćby o zbliżonych do bałkańskich możliwościach zabiegania o wsparcie z zewnątrz czy wygrywanie rywalizacji na arenie międzynarodowej. Z wyjątkiem Węgrów i Finów narody te były zmuszone szukać innych dróg agitacji, mobilizacji i konsolidacji narodowej, a realizację swoich celów politycznych odłożyć do momentu upadku Romanowów i Habsburgów.
Kiedy w 1830 roku Grecja uzyskała niepodległość, stolicę nowożytnego państwa greckiego umieszczono w peloponeskim Nauplionie. Dopiero w 1834 roku król Otton I Wittelsbach przeniósł ją do Aten, mieściny wówczas z kilkoma tysiącami mieszkańców113. Rozdźwięk między realną strukturą miasta a zamierzoną dla niego rolą stołeczną i metropolitalną może zdumiewać, ważniejszy był jednak symboliczny gest nawiązania ciągłości nowożytnej monarchii z antyczną tradycją grecką114.
