43,99 zł
Wszystko jest OK– historia kobiety, która przeżyła poronienie, dwa porody i aborcję
MIĘDZY NADZIEJĄ A STRATĄ
O poronieniu i aborcji już było. O żałobie, traumie i przemocy położniczej też. Ale nigdy tak osobiście. Nigdy kobieta, która doświadczyła każdego z tych przeżyć, nie zdecydowała się opowiedzieć o nich z własnej perspektywy obejmującej tak trudne momenty w ciele jednej osoby. Magdalena Matraszek przeżyła poronienie, dwa porody i aborcję. I potrzebowała lat, by otrząsnąć się z szoku i traumy szpitalnego odczłowieczenia. Dziś jest w pełni pogodzona z tym, że nie na wszystkie wydarzenia w naszym życiu mamy wpływ. „Ale mamy wpływ na to, jak na nie zareagujemy, co z nimi zrobimy i co im pozwolimy zrobić ze sobą” – pisze. Bo nie zawsze wszystko jest OK.
Nie mieści mi się w głowie, że w ogóle dotyczy mnie ten temat. Jak to? Ja, kobieta po poronieniu, tak zaciekle walcząca o donoszenie dwóch ciąż, tak bardzo pragnąca zostać matką i taka szczęśliwa, że ma dwoje zdrowych dzieci, myślę o aborcji? Już samo to słowo wywołuje we mnie negatywne konotacje. Wymawiam je ciszej, jakby było zakazane. Czuję skurcz w żołądku, strach i wstyd, gdy tylko pomyślę o aborcji. – fragment książki
Właśnie takie książki mogą być częścią zmiany, której potrzebuje polskie społeczeństwo. – Natalia Broniarczyk – aktywistka, współzałożycielka Aborcyjnego Dream Teamu
Magdalena Matraszek(1981) – z wykształcenia romanistka, z zawodu koordynatorka projektów marketingowych w branży wydawniczej. Prywatnie mama dwóch nastolatków. Kocha Francję, jej kulturę i kuchnię. I oczywiście książki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Moja historia jest prosta, bo życie jest proste.
To ludzie je komplikują.
Pierwszy raz poroniłam dziewiętnaście lat temu – w dwunastym tygodniu ciąży. W tamtych czasach nie mówiło się o poronieniu, tak jak nie wspomina się o wujku, który zapił się na śmierć, czy o sąsiedzie, który bije żonę i dzieciaki. Poronienie było wtedy tematem tabu, takim samym jak AIDS, związki homoseksualne czy choroby przenoszone drogą płciową. Zbiorowe wyparcie.
Wszyscy dookoła powtarzali: „To minie, zapomnisz, czas leczy rany”, podczas gdy ja nie chciałam zapomnieć. Czas zresztą niczego nie leczy. Brak świadomości paradoksalnie leczy. Niewiedza ludzi wokół zmienia mój ból w karykaturalne monstrum z przyklejonym do ust sloganem „Wszystko jest OK”.
– Co słychać?
– Wszystko OK. Miesiąc temu poroniłam, ale wszystko jest OK. Byłam w trzecim miesiącu ciąży. Podczas badania USG słyszałam bijące serce mojego dziecka, ale już go nie ma i wszystko jest OK. To była moja pierwsza ciąża, jestem młoda, urodzę jeszcze dzieci, po prostu tak czasem bywa, więc wszystko jest OK. Nikt mnie nie uprzedził, że mogę stracić ciążę, wszystko przecież miało być OK. W szpitalu myślałam, że umrę z bólu, ale mama mnie pocieszyła, że to pikuś przy prawdziwych bólach porodowych.
– Czyli wszystko OK?
– Tak, wszystko jest OK.
Tęsknię za dzieckiem, które rosło we mnie, a które nie zostało nawet pochowane, jakby w ogóle nie istniało. Bez grobu nie ma żałoby. Oficjalnie. Bo nieoficjalnie co wieczór odprawiam swój rytuał żałobny, płacząc pod prysznicem. Opłakuję wersję przyszłości, której pragnęłam, która wydawała mi się osiągalna, pewna, niemal zaklepana, a nagle zniknęła, jak sen znika spod powiek, gdy spojrzy się w okno tuż po przebudzeniu. Gorący i zbyt długi prysznic rozsmarowuje ból po całym moim ciele niczym maść rozgrzewającą, rozciąga go na plecy, ramiona, na klatkę piersiową i na czubek głowy. Z tak rozpiętą siecią zmiażdżonych neuronów po prostu łatwiej jest mi zasnąć. W nocy jednak wszystkie nici puszczają, kolejne wiązania strzelają i budzą mnie nad ranem wielką kulą cierpienia napierającą na moje serce. Nie mogę oddychać. Nie mogę się wyprostować. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz stałam w pionie.
Zamiast na cmentarzu zapalam w mieszkaniu świeczkę w kształcie aniołka, któremu z czubka głowy wychodzi biały sznurkowy knot. Najpierw podchodzę do parapetu, na którym wcześniej postawiłam szklany talerzyk ze świeczką, potem wyglądam przez okno i obserwuję chodnik przed blokiem. Sąsiad z klatki naprzeciwko wyprowadza na spacer psa. Idzie powoli, nieśpiesznie powłóczy nogami, omijając krzywe, wystające płyty chodnikowe, i nie zwraca w ogóle uwagi na swojego czworonoga, który podekscytowany wbiega z impetem w żywopłot, by za chwilę wyskoczyć na trawnik po drugiej stronie krzewów i pod balkonami tropić niewidzialnego kota. Później znikają razem za rogiem budynku, a po kilku minutach wyłaniają się na przeciwległym końcu bloku. W końcu sąsiad staje przed drzwiami swojej klatki schodowej i gwiżdżąc, nawołuje psa. Koło spaceru się domyka.
Następnie podnoszę wzrok na niebo, częściowo zasłonięte przez spadzisty dach bloku naprzeciwko. Szukam gwiazd, ale zazwyczaj ich nie znajduję – granatową taflę rozświetla łuna świateł miasta. Trochę dalej widzę jasne reflektory zataczające kręgi, które niczym noże rozpruwają ciemny brzuch nieboskłonu. Gdzieś tam jest wesele, gdzieś dyskoteka. Ludzie się bawią, cieszą, żyją.
W dłoniach trzymam pudełko zapałek z łamigłówką matematyczną na odwrocie. Odpalam zapałkę, kilka razy pocierając szorstką końcówką ciemną, zdartą już draskę. W końcu czerwona siarkowa główka zaczyna iskrzyć i szybko staje w ogniu. Przykładam zapałkę do knota świeczki i czekam kilka sekund, by ognik objął sznurek swoim ciepłym ramieniem. Świeczka zrobiona jest z białego, lekko przezroczystego surowca, rozcieńczonego i niezbyt trwałego. W efekcie ciepły roztopiony wosk szybko drąży otwór w czaszce aniołka, rozlewa się na nasadę jego skrzydeł, na twarz skupioną w modlitwie.
Przyglądam się, jak aniołek znika, jak przekształca się w coraz mniej foremną, niezgrabną, lepką bryłę, w której zatapiam opuszki po zdmuchnięciu świeczki. Ciepły wosk otula moje palce i natychmiast na nich zastyga. Dłonie mam wciąż zimne mimo panującego za oknem upału. Krew, zmęczona pompowaniem tlenu do zapłakanego serca, nie jest w stanie już do nich dotrzeć. Przez kilka minut trwam tak bez ruchu, wdychając gęsty, gryzący dym okopconego knota, i delektuję się ciepłem rozlewającym się błogo od koniuszków palców w górę moich dłoni. Gdy wosk ostyga, łączę dłonie w geście modlitwy i przykładam je do środka czoła, pochylając nieznacznie głowę. Zamykam oczy. Zapach wosku zmieszany z wonią nakremowanych dłoni nagle przywołuje wspomnienie cmentarza – tego listopadowego, gdy morze świateł zalewa granitowe pomniki. Wciągam głębiej powietrze, chcąc utrwalić ten obraz, lecz nagle wyczuwam zapach wilgotnej ziemi – czarnej, napęczniałej od deszczu. Zaskoczona tą wyraźną nutą zgnilizny otwieram oczy i mrugam przestraszona, jakbym mogła w ten sposób wymieść obrazy i zapachy z głowy. Rozglądam się wokół, zupełnie nie rozumiejąc, co poczułam i gdzie jestem. Nagle dostrzegam, że kwiatek w doniczce, stojący na parapecie obok świeczki, ma za dużo wody. Musiałam go przelać.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Projekt okładkiKarolina Żelazińska-Sobiech
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaJustyna Żebrowska
KorektaTeresa Zielińska, Justyna Domagała
Copyright © Magdalena Matraszek, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026
Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
ISBN 978-83-8360-328-5
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
