87 osób interesuje się tą książką

Opis

Pasjonująca opowieść o dziewczynie skrywającej pewną tajemnicę w świecie toczącym kosmiczną wojnę z rasą okrutnych obcych, w której stawką jest przetrwanie ludzkości.

Przez całe życie Spensa marzyła o lataniu. Chciała dowieść, że jest równie dzielna jak jej ojciec. Została pilotem, ale wtedy odkryła druzgocącą prawdę o swoim ojcu. Plotki o jego tchórzostwie okazały się prawdziwe ‒ zdezerterował w trakcie bitwy z Krellami. A w zasadzie jeszcze gorzej, bo zwrócił się przeciwko swoim i zaatakował ich.

Dziewczyna jest pewna, że kryje się za tym coś więcej. Jest przekonana, że cokolwiek przydarzyło się ojcu w jego myśliwcu, może także zdarzyć się jej. Kiedy przedostała się za pierścień fortów broniących jej planetę, usłyszała gwiazdy ‒ i było to przerażające przeżycie. Spensa odkryła, że wszystko, czego uczono ją o jej świecie, jest kłamstwem. A do tego odkrywa również kilka faktów o sobie ‒ i jeśli będzie musiała, poleci na koniec galaktyki, żeby ocalić ludzkość…

Kontynuacja bestsellerowej powieści Do Gwiazd

"W swoim nowym cyklu Sanderson ukazuje nam pomysłową, nieustraszoną bohaterkę i szereg zapadających w pamięć postaci".

„Publishers Weekly”

"Sanderson stworzył świetną powieść wprost proszącą się o sfilmowanie, która zgłębia relacje jednostki ze społecznością… Fani jego twórczości będą zachwyceni".

„SLJ”

"Nowa powieść potwierdza, że Sandesron jest po prostu wspaniałym pisarzem. Kropka".

Patrick Rothfuss, autor bestsellera Imię wiatru

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 500

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Gwałtownie przyspieszyłam i przemknęłam moim myśliwcem przez chaos laserowych promieni i eksplozji. Nade mną rozpościerał się niesamowity bezmiar kosmosu. W porównaniu z jego bezgraniczną czernią zarówno planety, jak i gwiazdoloty wydawały się nieistotne. Nieważne.

Oczywiście, jeśli nie uwzględniać faktu, że te nieważne planety i gwiazdoloty usilnie starały się mnie zabić.

Wykonałam unik, robiąc gwałtowny skręt i w połowie tego manewru wyłączając silniki. Gdy mój statek się obrócił, natychmiast ponownie je włączyłam, kierując maszynę w przeciwną stronę, żeby zgubić trzy podążające za mną drony. Walka w kosmosie bardzo się różni od potyczki w atmosferze. Po pierwsze, skrzydła są bezużyteczne. Brak powietrza oznacza zero aerodynamiki, unoszenia, oporu. W kosmosie tak naprawdę nie lecisz. Po prostu nie spadasz.

Wykonałam następny skręt i przyspieszyłam, kierując się z powrotem w główny rejon bitwy. Niestety, manewry robiące wrażenie w atmosferze, tu były czymś zwyczajnym. Sześć miesięcy walk w próżni zmusiło nas do opanowania całego zestawu nowych umiejętności.

— Spensa — powiedział rześki męski głos w mojej konsoli — pamiętasz, że kazałaś, abym cię ostrzegł, kiedy będziesz postępować kompletnie irracjonalnie?

— Nie — mruknęłam, robiąc unik w prawo. Promienie z działek laserowych przeleciały nad kopułą mojego kokpitu. — Nie sądzę, żebym powiedziała coś takiego.

— Powiedziałaś: czy możemy porozmawiać o tym później?

Ponownie wykonałam unik. Cholera. Czy te drony walczyły coraz lepiej, czy ja traciłam formę?

— Właściwie to „później” powinno nastąpić zaraz po tym, jak to powiedziałaś — ciągnął gawędziarskim tonem M-Bot, czyli sztuczna inteligencja mojego statku. — Jednak ludzie nie używają tego słowa w znaczeniu „w dowolnym czasie po tej chwili”. Ma to oznaczać „w jakimś dogodniejszym dla mnie momencie”.

Drony Krelli roiły się wokół nas, usiłując odciąć mi drogę ucieczki do głównego rejonu bitwy.

— I uważasz, że to jest dogodniejszy moment? — zapytałam.

— A dlaczego nie?

— Ponieważ toczymy bitwę!

— Cóż, można by sądzić, że właśnie tocząc walkę na śmierć i życie, chciałbyś wiedzieć, czy postępujesz kompletnie irracjonalnie.

Z lekkim rozczuleniem wspomniałam te czasy, gdy mój gwiazdolot ze mną nie rozmawiał. To było, zanim pomogłam naprawić M-Bota, mającego osobowość, będącą osiągnięciem starożytnej techniki, którego wciąż nie rozumieliśmy. Często zastanawiałam się, czy każda sztuczna inteligencja jest taka wygadana, czy może to szczególny przypadek?

— Spensa — powiedział M-Bot. — Miałaś podprowadzić te drony pod lufy innym, pamiętasz?

Minęło sześć miesięcy, od kiedy udaremniliśmy podjętą przez Krelli próbę zbombardowania naszych jaskiń. Nie tylko pokonaliśmy ich, ale także dowiedzieliśmy się o kilku istotnych faktach. Wrogowie, których nazywaliśmy Krellami, byli grupą obcych, mających uniemożliwiać nam opuszczenie naszej planety, Detritusa, będącego czymś w rodzaju skrzyżowania więzienia z rezerwatem dla ludzi. Krelle podlegali galaktycznemu rządowi zwanemu Zwierzchnictwem.

Ono do walki z nami wysyłało drony, zdalnie sterowane przez obcych, znajdujących się daleko stąd i kierujących tymi maszynami dzięki nadświetlnym łączom. Drony nie mogły być obsługiwane przez sztuczną inteligencję, gdyż galaktyczne prawo nie pozwalało, by statek sam się pilotował. Nawet samodzielność M-Bota była mocno ograniczona. Poza tym było coś, czego Zwierzchnictwo bardzo się obawiało — ludzi mających zdolność zaglądania w przestrzeń nadświetlnych połączeń. Ludzi zwanych cytonikami.

Ludzi takich jak ja.

Wiedzieli, co potrafię, i nienawidzili mnie. Drony zazwyczaj głównie mnie brały na cel — a my mogliśmy to wykorzystać. Powinniśmy to wykorzystać. Na dzisiejszej odprawie przed bitwą przekonałam pozostałych pilotów, którzy niechętnie zgodzili się zrealizować śmiały plan. Miałam odłączyć się od formacji, skłonić nieprzyjacielskie drony, by skupiły się na mnie, a potem ściągnąć je w pole ostrzału całego zespołu. Wtedy moi przyjaciele mogliby je zniszczyć.

To był niezły plan. I zrealizowałabym go… w końcu.

Teraz jednak chciałam coś sprawdzić.

Włączyłam hipernapęd, oddalając się od statków nieprzyjaciela. M-Bot był szybszy i zwrotniejszy od nich, choć jego przewaga nad nimi polegała głównie na tym, że mógł wykonywać błyskawiczne manewry w atmosferze, nie rozpadając się przy tym na kawałki. Tu, w próżni, nie miało to znaczenia i drony wroga miały większe szanse.

Cały ich rój pomknął za mną, gdy zanurkowałam w kierunku Detritusa. Mojego ojczystego świata broniły liczne kręgi starożytnych metalowych fortec uzbrojonych w działa. Po zwycięstwie odniesionym sześć miesięcy temu odepchnęliśmy Krelli od naszej planety poza ten obronny pas. Teraz naszym długofalowym zadaniem było zatrzymywanie nieprzyjaciela tutaj, w kosmosie, nie pozwalając mu zbliżyć się do planety.

Zatrzymywanie go tutaj pozwalało naszym inżynierom — włącznie z moim przyjacielem Rigiem — uzyskiwać kontrolę nad fortami i ich działami. W końcu to one powinny stać się skuteczną obroną naszej planety przed atakami. Na razie jednak większość tych stanowisk obronnych nadal była autonomiczna — i mogły one być równie niebezpieczne dla nas, jak i dla wroga.

Statki Krelli pędziły za mną, chcąc odciąć mnie od głównego rejonu bitwy, gdzie moi przyjaciele powstrzymywali pozostałe drony. Ta próba odizolowania mnie opierała się na jednym fatalnym założeniu: że osamotniona będę mniej niebezpieczna.

— Nie zamierzamy zawrócić i trzymać się planu, prawda? — spytał M-Bot. — Zamierzasz walczyć z nimi sama.

Nie odpowiedziałam.

— Jorgen będzie baaardzo zły — zauważył M-Bot. — Nawiasem mówiąc, te drony usiłują skierować cię w konkretne miejsce, które pokazuję ci na monitorze. Z mojej analizy wynika, że to zasadzka.

— Dzięki — mruknęłam.

— Ja tylko staram się uniknąć zniszczenia — odrzekł M-Bot. — A skoro o tym mowa, to jeśli zabijesz nas oboje, ostrzegam, że będę cię straszył.

— Straszył? — powtórzyłam. — Jesteś robotem. A ponadto, gdyby cię zniszczyli, ja też byłabym martwa, mam rację?

— Mój robotyczny duch straszyłby twojego.

— W jaki sposób?

— Spensa, duchy nie istnieją — rzekł karcącym tonem. — Dlaczego przejmujesz się takimi rzeczami, zamiast skupić się na lataniu? Naprawdę ludzie tak łatwo się dekoncentrują.

Dostrzegłam zasadzkę — małą grupkę dronów ukrytych za wielkim kawałem metalu unoszącym się tuż poza zasięgiem fortecznych dział. Kiedy się tam zbliżyłam, wyłoniły się zza niego i pomknęły ku mnie. Jednak byłam na to przygotowana. Rozluźniłam mięśnie i pozwoliłam przejąć kontrolę mojej podświadomości. Skupiłam się, zapadając w rodzaj transu, w którym nasłuchiwałam.

Nie uszami.

Zdalnie sterowane drony przeważnie spełniały swoje zadanie. Były skutecznym narzędziem, za pomocą którego więziono ludzi na Detritusie. Jednak ogromna odległość, z jakiej toczyli te kosmiczne walki, zmuszała Krelli do wykorzystywania nadświetlnej łączności do kierowania dronami. Podejrzewałam, że operatorzy znajdowali się bardzo daleko stąd, ale nawet gdyby byli na tej stacji Krelli, która unosiła się w przestrzeni w pobliżu Detritusa, opóźnienie sygnałów radiowych powodowałoby zbyt wolne reakcje dronów. Tak więc potrzebowali nadświetlnej łączności.

A ta miała jedną poważną wadę. Słyszałam wydawane za jej pomocą rozkazy.

Z jakiegoś niewiadomego mi powodu mogłam słuchać tego, co mówiono tam, skąd płynęły te nadświetlne polecenia. Nie było to żadne konkretne miejsce, raczej inny wymiar, niepodlegający naszym prawom fizyki. Słyszałam, co się tam dzieje, czasem nawet widziałam to — oraz mieszkające tam i obserwujące mnie stworzenia.

Raz nawet, w trakcie tamtej decydującej bitwy przed sześcioma miesiącami, zdołałam tam wejść i w mgnieniu oka teleportować mój statek na dużą odległość. Nadal niewiele wiedziałam o moich zdolnościach. Nie zdołałam ponownie się teleportować, ale dowiedziałam się, że mogę wykorzystać ten dar w walce.

Teraz pozwoliłam przejąć kontrolę swemu instynktowi i rozpoczęłam szereg skomplikowanych uników. Dzięki wyćwiczonym odruchom i wrodzonej zdolności podsłuchiwania nadświetlnych rozkazów manewrowałam statkiem, nie wydając żadnych świadomych poleceń.

Te cytoniczne zdolności były dziedziczne. Moi przodkowie wykorzystywali je, aby przemierzać starożytnymi gwiazdolotami galaktykę. Miał je mój ojciec i nieprzyjaciel wykorzystał to, aby go zabić. Teraz ja używałam ich, żeby pozostać przy życiu.

Błyskawicznie reagowałam na wydawane przez Krelli rozkazy, w jakiś sposób przetwarzając je nawet szybciej niż drony. Kiedy zaatakowały, bez trudu uniknęłam ostrzału z ich działek laserowych. Wpadłam między nie, po czym odpaliłam ładunek elektromagnetyczny, wyłączając osłony wszystkich jednostek znajdujących się w pobliżu.

Skupiona na zadaniu nie przejmowałam się tym, że impuls wyłączył również moją osłonę. To nie miało znaczenia.

Włączyłam lancę świetlną i strumień energii trafił jedną z nieprzyjacielskich maszyn, łącząc ją z moim myśliwcem. Następnie wykorzystałam różnicę prędkości, aby wykonać gwałtowny zwrot, który wyprowadził mnie na tyły gromady bezbronnych teraz dronów.

W próżni pojawiły się dwa rozbłyski ognia i iskier, gdy zniszczyłam dwie maszyny. Pozostałe rozpierzchły się jak wieśniacy na widok wilka w jednej z bajek Babki. Zasadzka zmieniła się w chaotyczną ucieczkę, gdy wybrałam drugą parę statków i otworzyłam do nich ogień z działek laserowych — rozwalając jeden, a jednocześnie słuchając rozkazów wydawanych pozostałym.

— Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać, jak to robisz — cicho rzekł M-Bot. — Interpretujesz dane szybciej, niż ja je przetwarzam. Wydajesz się niemal… nieludzka.

Zacisnęłam zęby, koncentrując się, po czym skręciłam i pomknęłam za drugim dronem Krelli.

— Nawiasem mówiąc, to miał być komplement — dodał M-Bot. — Nie żeby coś było nie tak z ludźmi. Ich kruchą, emocjonalnie niestabilną, irracjonalną naturę uważam za całkiem sympatyczną.

Zniszczyłam drona i jego ognisty blask zalał mój kokpit. Potem wykonałam unik w prawo, pomiędzy promienie laserów dwóch innych. Chociaż drony Krelli nie miały pilotów na pokładach, trochę było mi ich żal, gdy próbowały stawić mi czoło — tej niepowstrzymanej, nieznanej sile, która nie grała według zasad obowiązujących wszystko inne w ich świecie.

— Być może — ciągnął M-Bot — traktuję ludzi w ten sposób, ponieważ tak zostałem zaprogramowany. No cóż, to nie różni się niczym od instynktu nakazującego ptasiej matce kochać pokręcone i bezpióre potworki, które zrodziła, prawda?

Nieludzka.

Wykonywałam uniki, strzelałam i niszczyłam. Nie byłam doskonała — czasem znosiło mnie z kursu i wiele moich wystrzałów chybiało. Jednak miałam wyraźną przewagę.

Zwierzchnicy — i jego słudzy, Krelle — najwyraźniej wiedzieli, że powinni obserwować takich ludzi, jak mój ojciec i ja. Ich statki zawsze polowały na tych, którzy latali za dobrze lub reagowali zbyt szybko. Usiłowali kontrolować mój umysł, wykorzystując słabość mojego daru — tak samo, jak zrobili to z moim ojcem. Na szczęście miałam M-Bota. Jego silne osłony odpierały ich mentalne ataki, a jednocześnie pozwalały mi przechwytywać nieprzyjacielskie rozkazy.

Wszystko to rodziło jedno istotne pytanie.

Kim jestem?

— Czułbym się znacznie lepiej — rzekł M-Bot — gdybyś znalazła chwilę i ponownie włączyła naszą osłonę.

— Nie ma na to czasu — odparłam. Potrzebowalibyśmy na to dobre trzydzieści sekund i w tym czasie nie moglibyśmy walczyć.

Znów miałam okazję, by wrócić do głównego rejonu bitwy, zgodnie z planem, który zaproponowałam. Zamiast tego zawróciłam, a następnie pomknęłam z powrotem w kierunku maszyn wroga. Kompensatory grawitacyjne zamortyzowały w większości przeciążenie i zapobiegły utracie przytomności, ale i tak przyspieszenie wgniotło mnie w fotel, napinając skórę i zwiększając ciężar ciała. Tak gwałtowne przyspieszenie zdawało się w sekundę postarzać mnie o sto lat.

Wyszłam z tego i otworzyłam ogień do pozostałych dronów. Teraz musiałam w pełni wykorzystać moje dziwne umiejętności. Promień z działka laserowego przemknął tuż nad kopułą mojego kokpitu, tak jasny, że jeszcze przez moment miałam go w oczach.

— Spensa — powiedział M-Bot. — Zarówno Jorgen, jak i Cobb łączyli się, żeby narzekać. Wiem, że kazałaś mi ich zbywać, ale…

— Zbywaj ich.

— Zrezygnowane westchnienie.

Weszłam w skręt, ścigając nieprzyjacielską jednostkę.

— Czy właśnie powiedziałeś „zrezygnowane westchnienie”?

— Niewerbalne ludzkie przekazy zbyt łatwo błędnie zinterpretować — odparł. — Dlatego staram się je uczynić bardziej wymownymi.

— Czy to nie jest sprzeczne z definicją?

— Najwyraźniej nie. Przecząco przewracam oczami.

Wokół mnie przelatywały promienie z laserowych działek, ale rozwaliłam dwa następne drony. Robiąc to, zauważyłam coś, co pojawiło się odbite w kopule mojego kokpitu. Kilka białych światełek, przypominających obserwujące mnie oczy. Gdy zbyt intensywnie wykorzystywałam moje umiejętności, pojawiły się znikąd i patrzyły na mnie.

Nie wiedziałam, czym są. Nazywałam je oczami. Jednak czułam zionącą z nich nienawiść. I gniew. W jakiś sposób to wszystko się łączyło. Moja umiejętność słuchania i zaglądania w tę nicość, spoglądające stamtąd na mnie oczy oraz zdolność teleportacji, której dotychczas tylko raz zdołałam użyć.

Wciąż doskonale pamiętałam, co czułam, kiedy to zrobiłam. Byłam bliska śmierci, w epicentrum potwornego wybuchu. W tym momencie w jakiś sposób włączyłam coś, co nazwałam hipernapędem cytonicznym.

Gdybym opanowała umiejętność teleportacji, mogłabym pomóc mojemu ludowi na Detritusie. Dzięki temu moglibyśmy na zawsze uciec przed Krellami. Dlatego robiłam, co mogłam.

Poprzednio wykonałam skok w nadprzestrzeni, ratując własne życie. Jeśli zdołam odtworzyć tę sytuację…

Zanurkowałam, trzymając lewą dłoń na sterach, a prawą na dźwigni przepustnicy. Trzy drony usiadły mi na ogonie, ale przewidziałam trajektorię ich wystrzałów i ustawiłam myśliwiec pod takim kątem, że wszystkie chybiły. Przyspieszyłam i mój umysł musnął ten niebyt.

Oczy wciąż się pojawiały, odbite w kopule, jakby ktoś obserwował mnie zza fotela. Białe światełka, jak gwiazdy, ale jakoś bardziej… świadome. Dziesiątki złowrogo płonących plamek. Wkraczając do ich królestwa, natychmiast stawałam się dla nich widoczna.

Te oczy mnie irytowały. Jak mogłam jednocześnie być nimi zafascynowana i się ich obawiać? Były jak zew otchłani, gdy stoisz na skraju przepaści w jaskiniach, wiedząc, że możesz rzucić się w tę ciemność. Jeden krok i…

— Spensa! — ostrzegł mnie M-Bot. — Pojawił się nowy statek!

Wyrwał mnie z transu i oczy znikły. M-Bot pokazał mi na ekranie konsoli to, co odkrył. Nowy myśliwiec, niemal niewidoczny na tle czarnego nieba, wyłonił się zza tego samego kawałka złomu, za którym chowały się drony. Lekko wydłużony dysk, czarny jak sam kosmos. Był nieco mniejszy od zwykłych statków Krelli, ale miał większą kopułę.

Te nowe czarne jednostki zaczęły się pojawiać dopiero w ostatnich ośmiu miesiącach, w okresie poprzedzającym próbę zbombardowania naszej bazy. Wtedy nie wiedzieliśmy, jakim są dla nas zagrożeniem, ale teraz zdawaliśmy sobie z tego sprawę.

Nie słyszałam rozkazów otrzymywanych przez ten statek — ponieważ ich nie wydawano. Takie czarne statki nie były zdalnie sterowane. Miały prawdziwych pilotów — obcych. Zazwyczaj asów pilotażu, najlepszych, jakich mieli.

Ta bitwa właśnie stała się o wiele bardziej interesująca.

2

Serce zaczęło mi bić mocniej.

Ich as pilotażu. Zwalczanie dronów było ekscytujące, owszem, ale nie aż tak. Nie było dostatecznie osobiste. Natomiast pojedynek z asem pilotażu był jak jedna z opowieści Babki. Dzielni piloci toczący zaciekłe walki podczas Wielkich Wojen na Starej Ziemi. Jeden na jednego.

— Zaśpiewam ci pieśń — szepnęłam. — Gdy twój statek spłonie, a dusza uleci w niebyt, zaśpiewam ci. O naszej walce.

Dramatyczne, owszem. Moi przyjaciele wciąż się ze mnie śmiali, gdy mówiłam takie rzeczy, jak zaczerpnięte ze starych opowieści. Prawie przestałam tak mówić. Nadal jednak byłam sobą i nie mówiłam takich rzeczy dla moich przyjaciół. Mówiłam je dla siebie.

I dla wroga, którego zaraz miałam zabić.

Obcy ruszył na mnie, rażąc z działek i próbując mnie trafić, gdy moja uwaga była skupiona na dronach. Uśmiechnęłam się, schodząc z linii strzału i chwytając lancą świetlną kawał kosmicznego złomu. To pozwoliło mi wykonać szybki zwrot i przemieścić złom tak, że zasłonił mnie przed ostrzałem. Grawkompy M-Bota zamortyzowały przeciążenie, mimo to czułam je, gdy zataczałam łuk. Promienie z działek trafiały w bryłę złomu, lecz jeden przeleciał blisko mnie. Cholera. Wciąż nie miałam czasu ponownie włączyć osłony.

— To może być dobry moment, by zawrócić i ściągnąć statek obcych pod ostrzał pozostałych — zauważył M-Bot. — Zgodnie z planem, który…

Zobaczyłam, że as przeleciał obok mnie. Zawróciłam i pognałam za nim.

— Dramatyczne zawieszenie głosu — dodał M-Bot — podszyte niemą naganą twojego braku odpowiedzialności.

Strzeliłam do asa, lecz ten okręcił się wokół własnej osi, wyłączywszy napęd. Siła bezwładu niosła go naprzód, ale obrócił się i ustawił dziobem do mnie. W tej pozycji nie można sprawnie pilotować, więc jest to bardzo ryzykowny manewr, ale kiedy masz osłonę, a przeciwnik jej nie ma…

Musiałam przerwać pościg, skręcając w lewo i schodząc z linii ognia działek laserowych. Nie mogłam ryzykować bezpośredniego starcia. Zamiast tego przez moment skupiłam uwagę na dronach. Rozwaliłam jeden, a potem przeleciałam przez chmurę jego szczątków — które podrapały skrzydło M-Bota i z głośnym trzaskiem uderzyły w kopułę.

No tak. Brak osłony. A w przestrzeni kosmicznej szczątki zestrzelonego statku nie spadają. Błąd początkującego pilota, przypominający mi, że pomimo treningu nadal byłam nowicjuszką, gdy przychodziło walczyć przy zerowej grawitacji.

As wykonał zręczny manewr i usiadł mi na ogonie. Był dobry, co z jednej strony było ekscytujące. Natomiast z drugiej…

Próbowałam zawrócić w kierunku głównego rejonu bitwy, ale rój dronów zablokował mi drogę. Może trochę przeceniłam swoje możliwości.

— Wywołaj Jorgena — powiedziałam — i powiedz mu, że dałam się odciąć. Nie mogę wciągnąć nieprzyjaciela w zasadzkę. Spytaj, czy zamiast tego on i pozostali nie zechcieliby przyjść mi z pomocą.

— Wreszcie — odparł M-Bot.

Wykonałam jeszcze kilka uników, obserwując wroga na monitorze zbliżeniowym. Cholera. Szkoda, że nie mogę go podsłuchać, tak jak podsłuchuję drony.

Nie, tak jest dobrze, pomyślałam. Muszę uważać, żeby mój dar nie stał się protezą.

Zacisnęłam zęby i błyskawicznie podjęłam decyzję. Nie mogłam wrócić w główny rejon bitwy, więc zanurkowałam w kierunku Detritusa. Otaczające go forty nie tworzyły zwartych warstw — te duże obiekty zawierały kwatery mieszkalne, stocznie i baterie dział. Chociaż zaczęliśmy odzyskiwać te, które znajdowały się najbliżej planety, forty zewnętrznego pierścienia automatycznie otwierały ogień do każdego zbliżającego się obiektu.

Włączyłam hipernapęd, rozwijając prędkość, przy której — w atmosferze — większość myśliwców rozpadłaby się na kawałki. Tutaj poczułam tylko lekkie przeciążenie towarzyszące przyspieszaniu.

Szybko dotarłam do najbliższego fortu. Długi i cienki, był lekko wygięty, jak skorupka rozbitego jajka. Pozostałe drony i as wciąż siedziały mi na ogonie. Gwałtowne manewry przy tej prędkości były o wiele bardziej niebezpieczne. Czas na uniknięcie zderzenia z czymś znacznie się skracał, a najdelikatniejsze dotknięcie sterów mogło spowodować natychmiastowe zejście z kursu.

— Spensa? — zagadnął mnie M-Bot.

— Wiem, co robię — mruknęłam, skupiona.

— Tak, jestem pewny. Jednak… na wszelki wypadek… pamiętasz, że jeszcze nie kontrolujemy tych zewnętrznych fortów?

Całą uwagę skupiłam na tym, żeby podlecieć jak najbliżej do powierzchni tej metalowej platformy i z niczym się nie zderzyć. Baterie wykryły mnie i zaczęły strzelać — ale także do wroga.

Skupiłam się na wykonywaniu uników. A raczej przypadkowych manewrów, bo choć mogłam zręcznie wymanewrować drony, to miały one przewagę liczebną. Co w pobliżu tego fortu było dla nich niekorzystne, ponieważ dla baterii wszyscy byliśmy celami.

Kilka dronów znikło w ognistych eksplozjach, które niemal natychmiast zgasły, gdy próżnia zdusiła płomienie.

— Ciekawe, czy te baterie czują się spełnione, mogąc w końcu postrzelać sobie do czegoś po tylu latach — rzekł M-Bot.

— Zazdrościsz? — zapytałam i stęknęłam, wykonując unik.

— Z tego, co mówi Rodge, wynika, że nie mają sztucznej inteligencji, tylko proste funkcje namierzania celu. Równie dobrze ty mogłabyś zazdrościć szczurowi.

Znikł kolejny dron. Jeszcze chwilę. Chciałam trochę wyrównać szanse, czekając na przybycie moich przyjaciół.

Znów wpadłam w trans. Wprawdzie nie słyszałam komputerowych rozkazów wydawanych stanowiskom ogniowym, ale w takich chwilach — głębokiego skupienia — czułam, że z moim statkiem stanowię jedność.

Wyczuwałam te uważne spojrzenia świetlistych oczu. Serce waliło mi w piersi. Te wycelowane we mnie działa… wrogowie ścigający mnie i nieprzestający strzelać…

Jeszcze trochę…

Mój umysł się wyłączył i zdawałam się wyczuwać procesy myślowe M-Bota. Byłam w niebezpieczeństwie. Powinnam uciec.

Teraz na pewno zdołam.

— Włącz hipernapęd cytoniczny! — powiedziałam, po czym spróbowałam zrobić to, co wtedy, czyli teleportować mój statek.

— Napęd cytoniczny wyłączony — zameldował M-Bot.

Szlag. Ten jeden raz, gdy zadziałał, M-Bot wcześniej zgłosił jego gotowość. Próbowałam to powtórzyć, ale… Nie wiedziałam, co takiego wówczas zrobiłam. Byłam w niebezpieczeństwie, bliska śmierci. I wtedy… zrobiłam…

Co?

Błysk bliskiego wystrzału niemal mnie oślepił i zaciskając zęby, skręciłam, pospiesznie umykając z pola rażenia dział. As przetrwał ostrzał, chociaż oberwał raz czy dwa razy, więc może miał osłabioną osłonę. Ponadto pozostały tylko trzy drony.

Wyłączyłam ciąg i obróciłam statek wokół jego osi — nadal lecąc, tylko rufą naprzód. Ten manewr świadczył, że zamierzam ostrzelać ścigających. As natychmiast wykonał unik. Z osłabioną osłoną nie był już taki odważny. Zamiast strzelić, pomknęłam za nim, umykając dronom, które poleciały moim dotychczasowym kursem. Usiadłam asowi na ogonie i spróbowałam zbliżyć się na odległość strzału, ale kimkolwiek był, był naprawdę dobry. Rozpoczął serię skomplikowanych uników, przez cały czas zwiększając prędkość. Źle przewidziałam kolejny jego skręt i nagle oddaliłam się od niego. Szybko skorygowałam kurs, dogoniłam go przy następnym skręcie i wystrzeliłam z działek laserowych, ale teraz był już za daleko i wystrzały chybiły, znikając w kosmosie.

M-Bot podawał mi zmiany prędkości i kąty skrętów, więc ani na moment nie musiałam odrywać się od sterowania, by zerknąć na pulpit kontrolny. Pochylona, usiłowałam dokładnie powtarzać każdy manewr tamtego myśliwca — skręty, obroty i przyspieszenia. Czekając na dogodny moment, gdy znajdzie się na celowniku wystarczająco długo, bym mogła oddać strzał.

On w każdej chwili mógł się obrócić i odpowiedzieć ogniem — zapewne tak samo jak ja czekał na dogodną chwilę, w nadziei, że mnie zaskoczy.

Głębokie skupienie. Intensywne do bólu. To przedziwne połączenie, w którym obcy pilot był lustrzanym odbiciem moich zamiarów, wysiłków, manewrów — coraz bardziej zbliżając się w tym paradoksalnie intymnym starciu. Na mgnienie oka staniemy się jednością. A wtedy go zabiję.

Żyłam dla tej chwili. Aby walczyć z rzeczywistym wrogiem, wiedząc, że tylko jedno z nas ujdzie z życiem. W takich chwilach nie walczyłam dla SPŚ ani dla ludzkości. Walczyłam, aby dowieść, że potrafię.

Skręcił w lewo jednocześnie ze mną. Obrócił się i na moment nasze statki ustawiły się naprzeciw siebie — a wtedy oboje wystrzeliliśmy.

On chybił. Ja nie. Mój pierwszy strzał rozbił jego osłabioną osłonę. Drugi trafił tuż obok kokpitu, w rozbłysku światła rozrywając spodkowaty statek.

Próżnia łapczywie pochłonęła błysk, a ja odbiłam w prawo, omijając resztki myśliwca. Zrobiłam kilka głębokich wdechów, uspokajając mocno bijące serce. Pot zmoczył wyściółkę mojego hełmu i spływał mi po policzkach.

— Spensa! — zawołał M-Bot. — Drony!

Cholera.

Obróciłam statek i odskoczyłam w bok, gdy trzy jaskrawe eksplozje oświetliły mój kokpit. Skrzywiłam się, lecz nie zostałam trafiona — to były błyski rozpadających się jeden po drugim dronów. Dwa myśliwce SPŚ przemknęły obok.

— Dzięki, ludzie — powiedziałam, włączywszy zbiorowy kanał łączności na konsoli kokpitu.

— Żaden problem — odpowiedziała Kimmalyn. — Jak zawsze mówiła Święta: „Uważaj na mądrali. Zwykle są głupi”.

Mówiła z wyraźnym akcentem i niespiesznie, jak zwykle z lekkim rozbawieniem, nawet gdy mnie karciła.

— Myślałam, że miałaś odwrócić uwagę dronów — powiedziała FM — a potem ściągnąć je do nas.

Jej głos zdradzał pewność siebie, jakiej oczekuje się raczej od osoby dwukrotnie starszej od niej.

— Zamierzałam to w końcu zrobić.

— Taak — mruknęła FM. — I dlatego wyłączyłaś komunikator, żeby Jorgen nie mógł na ciebie nawrzeszczeć?

— Nie wyłączyłam — zaprotestowałam. — Tylko kazałam M-Botowi zakłócać łączność.

— Jorgen naprawdę nie znosi ze mną rozmawiać! — entuzjastycznie stwierdził M-Bot. — Wiem, ponieważ sam tak mówi!

— No cóż, nieprzyjaciel się wycofuje — oznajmiła FM. — A ty masz szczęście, że leciałyśmy ci pomóc, zanim zechciałaś przyznać, że masz kłopoty.

Wciąż byłam spocona i roztrzęsiona, gdy z bijącym sercem i mokrymi od potu rękami ponownie włączyłam osłonę, a potem skierowałam ku nim statek. Przeleciałam obok wraku statku, który zniszczyłam, a który nadal leciał mniej więcej z taką samą prędkością. Jak to w kosmosie.

Eksplozja rozerwała go, nie niszcząc całkowicie, więc z dreszczem zgrozy zobaczyłam zwłoki mojego przeciwnika. Kanciaste kształty. Może przez pancerz, który nosił dla ochrony przed próżnią…

Nie. Przelatując obok, zobaczyłam, że wybuch rozerwał także pancerz. Stworzenie wewnątrz niego przypominało niedużego dwunogiego kraba — chude i jaskrawoniebieskie, z pancerzem pokrywającym tułów i twarz. Widziałam kilka takich pilotujących promy w pobliżu ich stacji kosmicznej, która znajdowała się w pewnej odległości od Detritusa, monitorując go z daleka. Byli strażnikami naszego więzienia i choć w wykradzionych przez nas danych nazywano te krabopodobne stworzenia warwaksami, większość z nas nadal nazywała ich Krellami — mimo iż wiedzieliśmy, że w jednym z języków Zwierzchnictwa jest to akronim oznaczający więzienie ludzi, a nie nazwa rasy.

Ten osobnik był martwy. Ciecz wypełniająca jego pancerz wytrysnęła w próżnię wrzącą fontanną, która natychmiast zamarzła. Kosmos jest niesamowity.

Zwolniłam i skupiłam wzrok na zwłokach, cicho nucąc jedną z pieśni moich przodków. Żałobną pieśń wikingów.

Dobrze walczyłeś, posłałam myśl odchodzącej duszy Krella. W pobliżu pojawiło się kilka naszych jednostek holowniczych, które obserwowały przebieg bitwy ze stosunkowo bezpiecznego miejsca bliżej planety. Zawsze odholowywaliśmy statki Krelli, szczególnie te pilotowane przez żywe stworzenia. Liczyliśmy na to, że w ten sposób zdołamy zdobyć działający napęd nadprzestrzenny. Statki Zwierzchnictwa nie podróżowały dzięki zdolnościom teleportacyjnym pilotów. Były wyposażone w jakiś silnik umożliwiający podróże międzygwiezdne.

— Spin? — wywołała mnie Kimmalyn. — Lecisz?

— Taak — odpowiedziałam. Odbiłam, ustawiając się równolegle do niej i FM. — M-Bot? Jakbyś ocenił umiejętności tego pilota?

— Niemal dorównujące twoim — odparł M-Bot. — A ten statek był nowocześniejszy niż jakikolwiek, który dotychczas spotkałem. Będę szczery, Spensa — głównie dlatego, że moje oprogramowanie nie pozwala mi kłamać — myślę, że ta walka mogła się zakończyć jego zwycięstwem.

Kiwnęłam głową, myśląc tak samo. Namęczyłam się z tym asem. Z jednej strony dobrze było wiedzieć, że moje umiejętności nie są oparte jedynie na zdolności kontaktowania się z niebytem. Jednak wychodząc z transu i mając to szczególne poczucie zagubienia, które zawsze przychodzi po walce, byłam dziwnie zaniepokojona. Podczas wszystkich naszych dotychczasowych bitew widzieliśmy tylko kilka tych czarnych statków pilotowanych przez żywe stworzenia.

Jeśli Krelle naprawdę chcieli nas pozabijać, dlaczego wysyłali tak niewielu asów? I… czy ci naprawdę byli najlepszymi, jakich mieli? Ja byłam dobra, ale latałam niecały rok. Wykradzione przez nas informacje wskazywały, że nasi wrogowie rządzą ogromną galaktyczną koalicją setek planet. Z pewnością mogliby znaleźć pilotów lepszych ode mnie.

Coś wydawało mi się w tym dziwne. Wcześniej Krelle wysyłali przeciwko nam maksymalnie sto dronów jednocześnie. Teraz odeszli od tej reguły i posłali sto dwadzieścia… ale to wciąż wydawało się niewielką liczbą, zważywszy na to, ile planet było w ich koalicji.

Cóż więc się dzieje? Dlaczego wciąż się ociągają?

Kimmalyn, FM i ja dołączyliśmy do pozostałych naszych myśliwców. SPŚ stawały się coraz silniejsze. Dziś straciliśmy tylko jedną maszynę, podczas gdy w przeszłości traciliśmy co najmniej kilka w każdej bitwie. SPŚ nabierały rozpędu. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy zaczęliśmy produkować pierwsze myśliwce oparte na technologii uzyskanej od M-Bota. Minęło zaledwie pół roku, od kiedy ponieśliśmy ciężkie straty w bitwie o Altę Dwa, lecz zwycięstwo poprawiło nasze morale, a to, że nasi piloci nie ginęli tak szybko i mogli szlifować swoje umiejętności, z każdym dniem czyniło nas silniejszymi.

Powstrzymując nieprzyjaciela w kosmosie i nie pozwalając mu się zbliżyć, zapewniliśmy sobie większe pole manewru. Dzięki temu nie tylko odzyskaliśmy kontrolę nad znajdującymi się najbliżej fortami, ale także zdobyliśmy materiały do budowy kolejnych statków.

Wszystko to oznaczało ogromne zwiększenie liczby produkowanych jednostek i szkolonych pilotów. Niebawem będziemy mieli dość kamieni unoszących i pilotów do setek gwiazdolotów.

Rezultatem tego był postęp zgodny z zasadą śnieżnej kuli. Mimo to byłam lekko zaniepokojona. Krelle zachowywali się dziwnie. A ponadto mieli nad nami ogromną przewagę. Mogli podróżować po całej galaktyce, a my byliśmy uwięzieni na jednej planecie.

Chyba że nauczę się wykorzystywać moje zdolności.

— Hm, Spensa? — zagadnął mnie M-Bot. — Jorgen cię wywołuje i myślę, że jest zły.

Westchnęłam i włączyłam komunikator.

— Do Gwiazd dziesięć, zgłaszam się.

— Wszystko w porządku? — zapytał surowo.

— Taak.

— Dobrze. Porozmawiamy później.

Wyłączył się.

Skrzywiłam się. Nie był zły… był wściekły.

Sadie — nowa dziewczyna, którą przydzielono mi za skrzydłową — leciała za mną w maszynie numer dziewięć. Patrząc, jak leci, wyczuwałam zdenerwowanie, chociaż może tylko mi się tak wydawało. Zgodnie z planem zostawiłam ją na tyłach, gdy Krelle wysłali przeważające siły, żeby mnie zabić. Na szczęście miała dość rozumu, by usłuchać rozkazu i trzymać się pozostałych, a nie lecieć za mną.

Przed powrotem na planetę musieliśmy zaczekać na rozkaz dowództwa, więc na krótką chwilę zawiśliśmy w przestrzeni. Gdy to robiliśmy, Kimmalyn podleciała swoim statkiem do mojego. Zerknęłam przez kopułę do jej kokpitu. Zawsze dziwnie wyglądała w hełmie zakrywającym jej długie włosy.

— Hej — powiedziała do mnie na prywatnym kanale. — Wszystko w porządku?

— Tak — odparłam. Skłamałam. Za każdym razem, gdy używałam moich niezwykłych zdolności, czułam się rozdarta. Nasi przodkowie obawiali się takich ludzi jak ja, obdarzonych cytonicznymi zdolnościami. Zanim wylądowaliśmy awaryjnie na Detritusie, pracowaliśmy w ogromnych maszynowniach statków, napędzając je i kierując.

Nazywano nas ludźmi maszyn. Inni członkowie załogi unikali nas — co dało początek zwyczajom i uprzedzeniom, które przetrwały, nawet kiedy zapomnieliśmy, czym jest cytonika.

Czy wszystko to tylko przesądy, czy może było w tym coś więcej? Wyczuwałam gniew w tych oczach. A mój ojciec zwrócił się przeciwko swoim. Winiliśmy za to Krelli, ale niepokoiło mnie to. Na filmie był taki rozgniewany.

Zastanawiałam się, czy moje działania nie są dla nas większym zagrożeniem, niż sobie wyobrażamy.

— Ludzie? — zagadnęła Sadie, ustawiając swoją maszynę obok mojej. — Co oznacza to ostrzeżenie na mojej konsoli?

Zerknęłam na migoczącą diodę czujnika zbliżeniowego, a potem zaklęłam pod nosem i spojrzałam w przestrzeń. W oddali była ledwie widoczna stacja monitorująca Krelli i gdy się jej przyjrzałam, dostrzegłam, że coś się tam zmieniło. Obok niej pojawiły się dwa obiekty, większe od niej.

Duże statki.

— Dwie nowe jednostki właśnie zjawiły się w układzie — zgłosił M-Bot. — Moje detektory dalekiego zasięgu potwierdzają to, co widzi kontrola lotu. To okręty wojenne.

— Cholera — powiedziała FM. Dotychczas walczyliśmy tylko z myśliwcami, lecz z wykradzionych informacji wiedzieliśmy, że nieprzyjaciel dysponuje co najmniej kilkoma takimi dużymi okrętami.

— Niewiele wiemy o uzbrojeniu takich jednostek jak te — rzekł M-Bot. — Dane, które ty i ja zdobyliśmy, zawierały tylko ogólne informacje. Jednak moje czujniki wykazują, że te okręty mogą zbombardować planetę.

Zbombardować. Mogli ostrzelać planetę z kosmosu, mając wystarczającą siłę ognia, żeby obrócić w proch nawet żyjących w głębokich jaskiniach.

— Nie zdołają się przedrzeć przez forty — powiedziałam.

Zakładaliśmy, że właśnie dlatego Krelle dotychczas atakowali bombowcami z niskiego pułapu, nie próbując bombardować nas z orbity. Platformy obronne zostały zbudowane po to, żeby zapobiec bombardowaniu z daleka.

— A jeśli najpierw zniszczą forty? — spytała Sadie.

— Linia obrony jest na to zbyt silna — stwierdziłam.

Miałam jednak co to tego wątpliwości. Nie byliśmy pewni, czy linia obrony Detritusa zdoła zapobiec bombardowaniu. Może kiedy uzyskamy kontrolę nad wszystkimi fortami, w pełni poznamy ich możliwości. Niestety, potrzebowaliśmy na to jeszcze wielu miesięcy.

— Słyszysz coś? — zapytała Kimmalyn.

Wytężyłam moje cytoniczne zmysły.

— Tylko cichą, spokojną muzykę — odrzekłam. — Niemal jak szum zakłóceń, ale… ładną. Musiałabym znaleźć się bliżej, żeby zrozumieć, co mówią.

Zawsze słyszałam dźwięki dochodzące z gwiazd. Z początku, kiedy byłam młodsza, uważałam je za muzykę. W trakcie kilkumiesięcznego szkolenia oraz rozmów z Babką doszłam do wniosku, że ta „muzyka” to odgłos transmisji nadświetlnych przelatujących przez niebyt. Zapewne to, co słyszałam teraz, było raportami przesyłanymi przez stację lub te okręty do Zwierzchnictwa.

Czekaliśmy długo, gdyż rozkazy mówiły, by pozostać na pozycjach i obserwować, czy okręty nieprzyjaciela zaczną się zbliżać. Nie zaczęły. Wydawało się, że cokolwiek miały tu zrobić, nie zdarzy się to w najbliższej przyszłości.

— Przyszły rozkazy — oznajmił w końcu Jorgen na ogólnym kanale. — Ich okręty cumują, więc mamy wrócić na platformę numer jeden. Ruszamy.

Westchnęłam, a potem wykonałam zwrot i poleciałam w kierunku planety. Przeżyłam kolejną bitwę.

Teraz przyszedł czas wysłuchać kazania.

3

M-Bot wyliczył tor podejścia.

Pozostali wciąż czuli się przy nim trochę nieswojo. Program komputerowy myślący i mówiący jak ludzka istota? Babka — która była małą dziewczynką, zanim jeszcze nasze statki wylądowały awaryjnie na Detritusie — mówiła, że słyszała o takich rzeczach, ale były zakazane.

Jednak M-Bot dawał nam przewagę, z której nie mogliśmy zrezygnować. Dzięki jego superszybkim obliczeniom z łatwością mogliśmy poruszać się w pierścieniu obronnych fortów otaczających Detritusa, nie korzystając z pomocy matematyków SPŚ.

Utrzymywaliśmy dokładnie taki kurs, jaki nam podał, przelatując tuż poza zasięgiem baterii umieszczonych na metalowych płytach wielkości łańcuchów górskich. Dostrzegłam cienie drapaczy chmur. W szkole co roku miałam obowiązkowe zajęcia z dziedzictwa kulturowego, w trakcie których pokazywano nam zdjęcia Starej Ziemi i prowadzono na wycieczki do specjalnych jaskiń, w których hodowano przeróżne gatunki zwierząt. Tak więc wiedziałam co nieco o życiu na tej planecie i takich rzeczach jak drapacze chmur, nawet jeśli zawsze uważałam opowieści Babki o dawnych czasach za znacznie bardziej interesujące niż zajęcia z dziedzictwa.

Obecność drapaczy chmur wskazywała, że platformy wokół Detritusa były niegdyś zamieszkane, tak jak sama planeta, lecz przed wiekami coś je zniszczyło.

Widok tych wszystkich platform — tworzących łuk, zdający się ciągnąć w nieskończoność — zawsze zapierał mi dech. W porównaniu z nim nasze pięćdziesiąt myśliwców było jak pyłek. Jak długo budowano to wszystko? Nasz lud składał się z najwyżej stu tysięcy osób zamieszkujących kompleks jaskiń. I cała ta populacja znikłaby w ogromie tylko jednej z tych platform.

Przyszedł rozkaz, aby zmniejszyć prędkość. Obróciłam M-Bota i, tak jak pozostali, ustawiłam silniki manewrowe pod odpowiednim kątem. Ich łagodny odrzut spowolnił ruch statku.

Oglądane z tej odległości platformy wyglądały jak tryby jakiejś zwariowanej maszynerii o niewiadomym przeznaczeniu. Każda obracała się powoli, z działami gotowymi zmienić w parę każdego — człowieka czy obcego — kto spróbowałby im w tym przeszkodzić. Jednak dzięki tym fortom nadal żyliśmy, więc nie narzekałam.

Niebawem nasze statki minęły najniższą warstwę platform, nieco różniącą się od pozostałych. Najbardziej oczywistą różnicą były tysiące ogromnych reflektorów, które oświetlały powierzchnię planety. To one tworzyły sztuczny cykl dnia i nocy.

Ponadto ta wewnętrzna warstwa była w znacznie gorszym stanie niż inne. Całe roje fragmentów nadlatywały z kosmosu i wpadały w atmosferę. Ten złom — jak sądziliśmy — był resztkami zniszczonych platform. Niektóre z nich zeszły z orbity i roztrzaskały się o powierzchnię planety.

Zatrzeszczał głośnik w moim hełmie.

— Eskadra Do Gwiazd i eskadra Xiwang. Admirał Cobb rozkazuje wam lądować na platformie numer jeden. Pozostałe myśliwce mają polecieć do bazy w celu wymiany załóg.

Rozpoznałam głos Rikolfra, oficera sztabu admirała. Usłuchałam, ustawiając myśliwiec w odpowiednim kierunku. Teraz widziałam Detritusa: niebieskoszarą kulę otoczoną jasną, kuszącą atmosferą. Trzydzieści maszyn naszej floty odleciało w kierunku planety.

Pozostałe przemknęły tuż nad warstwą atmosfery, mijając kilka platform z przyjaźnie migającymi niebieskimi światełkami, a nie złowrogo czerwonym oświetleniem innych. Dzięki systemowi maskowania M-Bota zdołaliśmy wylądować na jednej z nich i włamać się do jej systemu. Na szczęście wewnętrzne protokoły bezpieczeństwa platform przewidywały niewielkie ustępstwa wobec ludzi, co dało naszym inżynierom trochę czasu — wystarczająco dużo, by skończyli pracę.

Potem Rodge oraz pozostali odgadli, jak wyłączyć kilka pobliskich platform, i je także odzyskali. Dotychczas przejęliśmy kontrolę tylko nad dziesięcioma z kilku tysięcy, ale był to obiecujący początek.

Platforma numer jeden była z nich największa — ogromny fort z dokami dla myśliwców. Stała się naszą orbitalną główną kwaterą, chociaż zespoły inżynierów nadal rozpracowywały niektóre z jej systemów — szczególnie starożytne banki danych.

Wleciałam do przydzielonego mi doku — hangaru na jedną maszynę. Zamigotały światła, gdy jej drzwi się zamknęły i ciśnienie się wyrównało. Zrobiłam głęboki wdech i westchnęłam, a potem otworzyłam kopułę. Po walce zwyczajne życie wydawało się takie nudne. Chociaż wiedziałam, że to nierealne, marzyłam, by móc kontynuować lot. Odpowiedź na pytanie „kim jestem” była gdzieś w przestrzeni, a nie w tych sterylnych metalowych korytarzach.

— Hej! — powiedział M-Bot, gdy gramoliłam się z kokpitu. — Zabierz mnie ze sobą. Nie chcę, by ominęło mnie najlepsze.

— Idę wysłuchać kazania.

— No właśnie — odparł.

Świetnie. Sięgnęłam pod przedni panel kontrolny i odczepiłam jego nowy przenośny receptor — bransoletę zawierającą zestaw czujników, projektor holograficzny, radionadajnik o zwiększonym zasięgu oraz tarczę zegarową. Twierdził, że w przeszłości miał już taki przenośny receptor, który zaginął — jego pilot zapewne zabrał go ze sobą setki lat temu, gdy poszedł badać Detritusa.

Gdy M-Bot dał inżynierom plany umożliwiające skonstruowanie nowego, oszaleli z radości na widok tej mikroholograficznej technologii. Na szczęście na chwilę przestali świętować i skonstruowali mi zamiennik. Zaczęłam go nosić zamiast liny świetlnej po ojcu, gdyż przestałam regularnie eksplorować jaskinie i rzadko miałam okazję jej użyć.

Zatrzasnęłam bransoletę na przegubie, po czym oddałam hełm Dobsi — z personelu naziemnego — gdy wspięła się po drabince, aby zajrzeć do kokpitu.

— Na co mamy spojrzeć? — spytała.

— Oberwałam kilkoma kawałkami złomu w prawą burtę przy wyłączonej osłonie.

— Sprawdzę to.

— Dzięki — powiedziałam. — I ostrzegam, że jest marudny.

— A kiedy nie jest?

— Raz mu się zdarzyło — odparłam. — Kiedy przeprowadzał autodiagnostykę i nie odzywał się przez całe pięć minut. To było cudowne.

— Wiesz — napomknął M-Bot — że moje oprogramowanie pozwala mi rozpoznać sarkazm, prawda?

— Inaczej nie byłoby sensu z ciebie żartować.

Weszłam do przebieralni, pełniącej także rolę mojej kajuty. Nie żebym miała wiele rzeczy. Odznaka mojego ojca, moje stare mapy jaskiń oraz trochę broni. Trzymałam je w kufrze obok koi, razem z odzieżą na zmianę.

Gdy tylko tam weszłam, powitał mnie melodyjny trel. Straszliwy Ślimak siedział na swoim miejscu przy drzwiach. Jaskrawożółty z niebieskimi kolcami na grzbiecie, umościł się na moich starych koszulach, z których zrobił sobie gniazdo. Podrapałam go po łbie, co skwitował następnym radosnym trelem. Nie był oślizgły, raczej twardy, w dotyku przypominający rzemień.

Ucieszyłam się, widząc go tutaj, bo chociaż nie powinien opuszczać mojej kajuty, to wciąż jakoś się wymykał i często znajdowałam go w hangarze. Zdawał się lubić towarzystwo M-Bota.

Umyłam się, ale nie zdejmowałam kombinezonu. W końcu, nie mogąc już dłużej odwlekać nieuniknionego, z determinacją wikinga wyszłam na korytarz. Po pobycie w kosmosie światła tutaj zawsze wydawały się zbyt jasne, a białe ściany lśniące jak lustra. Jedyne, co nie było zbyt wypolerowane czy oświetlone, to chodnik, który niezwykle dobrze się zestarzał — zapewne dlatego, że wszędzie tu była próżnia, dopóki ekipa naprawcza nie załatała dziur w ścianach stacji i nie włączyła systemu podtrzymywania życia.

Na korytarzu czekali dwaj inni piloci mojej eskadry. Nedd i Arturo spierali się, czy piloci powinni mieć prawo malowania na dziobach swoich maszyn symboli oznaczających liczbę zestrzeleń. Zignorowałam ich i podeszłam do Kimmalyn, która teraz trzymała hełm pod pachą i była rozczochrana.

— Wiesz, że Jorgen jest wściekły — szepnęła do mnie.

— Poradzę sobie z nim — powiedziałam.

Kimmalyn uniosła brew.

— Naprawdę — dodałam. — Muszę tylko być należycie pewna siebie i nieugięta. Masz pod ręką czernidło?

— Hm, a co to takiego?

— Rodzaj farby wojennej nakładanej przez kanadyjskich futbolistów na Starej Ziemi. Toczyli zażartą walkę o skórę martwej świni.

— Ładnie. Właśnie mi się skończyło. I… Spin, czy nie lepiej byłoby nie denerwować Jorgena jeszcze bardziej? Chociaż raz?

— Nie jestem pewna, czy potrafię.

FM przeszła obok, pokazując mi podniesiony kciuk. Odpowiedziałam tym samym, chociaż czasem wciąż czułam się przy niej trochę nieswojo. Ta wysoka i szczupła kobieta nawet kombinezon nosiła jak modny ciuch, natomiast ja w tym obszernym stroju zawsze czułam się, jakbym miała o trzy warstwy ubrania za dużo. Podeszła do Banera i Kocimiętki, dwóch facetów, których dołączono do naszej eskadry w ramach uzupełnień. Obaj byli dwudziestokilkuletni, więc o kilka lat starsi od reszty, ale starali się zintegrować.

Oprócz Jorgena do naszej grupy należała jeszcze Sadie, nowa pilotka. Wychodząc na korytarz, potknęła się o próg swojej przebieralni i o mało nie upuściła hełmu. Jej niebieskie włosy i wyraziste rysy twarzy przypominały mi… no cóż, bolesne wspomnienia.

Większość pozostałych szła korytarzem w kierunku mesy, ale ja zaczekałam na Jorgena. Lepiej stawić mu czoło teraz, chociaż zwykle ostatni opuszczał swój statek, ponieważ za każdym razem dokładnie wykonywał wszystkie czynności kontrolne po locie, mimo że mógł to pozostawić personelowi naziemnemu. Kimmalyn czekała ze mną, a Sadie pospieszyła do nas.

— Byłaś niesamowita — powiedziała, promieniejąc i przyciskając hełm do piersi. Cholera. Byłyśmy zaledwie o rok starsze od niej, więc niemal w tym samym wieku. Na pewno jednak nie wyglądałyśmy tak młodo jak ona.

— Taak, no cóż, ty też dziś nieźle latałaś — powiedziałam.

— Patrzyłaś?

Nie patrzyłam, ale zachęcająco kiwnęłam głową.

— Może wkrótce będę latać tak dobrze jak ty, Spin!

— Świetnie się spisałaś, moja droga — powiedziała Kimmalyn, klepiąc Sadie po ramieniu. — Jednak nigdy nie staraj się być kimś, kim nie jesteś; nie masz w tym wprawy.

— Racja, racja — odparła Sadie, szperając w kieszeni i wyjmując z niej notesik oraz ołówek. — Nigdy… kim nie jesteś…

Zapisała tę radę jak jakiś nabożny tekst, choć byłam pewna, że Kimmalyn wymyśliła to na poczekaniu.

Zerknęłam na Kimmalyn. Z jej łagodnej twarzy jak zwykle trudno było coś wyczytać, lecz błysk w oczach zdradzał, że podobało jej się to, że ktoś zapisuje jej słowa.

— Chciałabym móc polecieć dziś za tobą, Spin. Niebezpiecznie było robić to w pojedynkę.

— Jedyne, czego ja chciałbym, Sadie, to żebyś wykonywała rozkazy — powiedział stanowczy głos. — W przeciwieństwie do innych.

Nie musiałam patrzeć, aby wiedzieć, że Jorgen — dowódca eskadry, a czasem Palant — w końcu dołączył do nas i stał za mną.

— Hm, dziękuję, dowódco — powiedziała Sadie, a potem zasalutowała i umknęła w kierunku mesy.

— Powodzenia — szepnęła mi Kimmalyn, ściskając moją dłoń. — Obyś dostała tylko to, na co zasługujesz.

Następnie, oczywiście, zostawiła mnie.

No cóż, sama potrafię zabić tego smoka. Obróciłam się, z podniesioną głową — i zaraz musiałam zadrzeć ją jeszcze wyżej. Dlaczego on musi być tak cholernie wysoki? Jorgen Weight był wysoki i miał ciemnobrązową skórę. Był także wielkim zwolennikiem pedantycznego przestrzegania przepisów. Co noc kładł się spać z regulaminem SPŚ pod poduszką, jadł śniadanie, słuchając patriotycznych przemówień, i używał wyłącznie srebrnych sztućców z wygrawerowanym na rączkach napisem „Popsuj Spensie zabawę”.

Może trochę przesadziłam. Mimo to naprawdę chyba zbyt dużo czasu zajmowało mu narzekanie na mnie. Cóż, wyrosłam wśród chuliganów. Wiedziałam, jak radzić sobie z każdym, który…

— Spensa — powiedział mi — nie możesz tak chuliganić.

— Ooo — odezwał się M-Bot z mojego przegubu. — Zręcznie.

— Zamknij się — mruknęłam do niego. — Chuliganić? Chuliganić? — Dźgnęłam palcem pierś Jorgena. — Co masz na myśli, mówiąc chuliganić?

Spojrzał na mój palec.

— Nic ci nie robię — powiedziałam. — Jesteś wyższy ode mnie.

— Nie o to chodzi, Spensa — warknął Jorgen, zniżając głos. — I… co ty masz na twarzy?

Na twarzy? To było tak nieoczekiwane pytanie, że na chwilę zapomniałam o naszej kłótni i spojrzałam na moje odbicie w polerowanej ścianie korytarza. Miałam czarne pasy pod oczami. Co to?

— Czernidło — wyjaśnił M-Bot z mojego przegubu. — Farba używana przez futbolistów na Starej Ziemi. Powiedziałaś Kimmalyn, że…

— To był żart — mruknęłam. Farba była hologramem, nałożonym mi przez przenośny receptor M-Bota. — Naprawdę ktoś powinien poprawić twój program poczucia humoru.

— Ooo — powtórzył. — Przepraszam.

Wyłączył hologram.

Jorgen potrząsnął głową, a potem wyminął mnie i pomaszerował korytarzem, zmuszając mnie do pospiesznego pościgu.

— Rozumiem, że zawsze chcesz być niezależna, Spin — rzekł. — Teraz jednak wykorzystujesz swoje umiejętności i pozycję, żeby rządzić wszystkimi, włącznie z Cobbem. Ignorujesz przepisy i rozkazy, ponieważ wiesz, że nikt z nas nic nie może ci zrobić. Tak się zachowują chuligani.

— Usiłuję chronić innych — powiedziałam. — Odciągam wroga! Wystawiam się na cel!

— Zgodnie z planem miałaś to zrobić, a potem ściągnąć nieprzyjaciół do nas, żebyśmy mogli zaatakować ich z flanki. Widziałem, że miałaś kilka okazji, by to zrobić, ale postanowiłaś walczyć z nimi sama. — Zmierzył mnie wzrokiem. — Próbujesz coś udowodnić. Co się z tobą ostatnio dzieje? Przedtem zawsze chętnie działałaś zespołowo. Praktycznie stworzyłaś nasz zespół. A teraz tak się zachowujesz? Jakbyś tylko ty się liczyła?

Ja…

Moje obiekcje nagle znikły. Ponieważ wiedziałam, że ma rację i że wykręty nie są dobrą bronią. W potyczkach z Jorgenem tylko jedna zawsze była skuteczna. Prawda.

— Oni chcą mnie zabić, Jorgenie — powiedziałam. — Będą atakować nas wszystkim, co mają, dopóki mnie nie zabiją.

Zatrzymaliśmy się na końcu korytarza, w jaskrawym blasku.

— Wiesz, że to prawda — powiedziałam, patrząc mu w oczy. — Odgadli, kim jestem. Jeśli mnie zabiją, będą mogli w nieskończoność więzić nas na Detritusie. Są gotowi zabić każdego, żeby mnie załatwić.

— Dlatego im to ułatwiasz?

— Jak powiedziałam, odwracam ich uwagę, żeby… — Słowa zamarły mi na ustach. Cholerny Palant i te jego pełne zrozumienia oczy. — No dobrze. Próbuję się stymulować. Ten jeden raz, kiedy przeniosłam się w nadprzestrzeni, byłam w epicentrum wybuchu. Byłam zdesperowana, bliska śmierci. Dlatego pomyślałam, że jeśli odtworzę ten stan, może zdołam dokonać tego ponownie. I może uda mi się dowiedzieć, co właściwie robię i… kim naprawdę jestem.

Westchnął i spojrzał w górę z miną, którą uznałam za melodramatyczną.

— Święci, miejcie nas w opiece — mruknął. — Spin, to szaleństwo.

— Raczej odwaga — sprostowałam. — Wojowniczka zawsze się sprawdza. Poddaje próbom. Poszerza granice swoich umiejętności.

Patrzył na mnie, ale nie ustępowałam. Jorgen zawsze zmusza mnie do mówienia o sprawach, nad którymi zazwyczaj nawet się nie zastanawiam. Może to czyni go takim dobrym dowódcą. Cholera, dowodzi tego już sam fakt, że jakoś sobie ze mną radzi.

— Spensa — powiedział. — Jesteś naszym największym atutem. Jesteś bardzo ważna dla SPŚ… i dla mnie.

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, jak blisko mnie stoi. Nachylił się lekko i przez moment wyglądało na to, że chce się posunąć dalej. Niestety, coś nas powstrzymywało, nie pozwalając na to, co mogłoby między nami być. Przede wszystkim związek dowódcy eskadry z podwładną byłby nie na miejscu.

I nie tylko to. On był uosobieniem porządku, a ja… no cóż, raczej nie. Nawet nie wiedziałam, kim naprawdę jestem. Musiałam jednak przyznać, że właśnie dlatego nie zbliżyłam się do niego przez te sześć miesięcy.

Jorgen w końcu się odsunął.

— Wiesz, że Zgromadzenie Narodowe rozmawiało o tym, że jesteś zbyt ważna, by ryzykować twoje życie w walce. Chcieliby trzymać cię na tyłach.

— Niech spróbują — warknęłam, rozzłoszczona na samą myśl.

— Częściowo podzielam ich zdanie — rzekł, po czym czule się uśmiechnął. — Tylko czy naprawdę musimy dostarczać im argumentów? Jesteś częścią zespołu. My jesteśmy częścią zespołu. Nie myśl, że musisz wszystko zrobić sama, Spensa. Proszę. I na gwiazdy, przestań się narażać. Znajdziemy inny sposób.

Skinęłam głową, ale… łatwo mu było tak mówić. Babka mi powiedziała, że nawet gdy nasi przodkowie byli członkami załogi gwiezdnej floty, obawiano się takich ludzi jak ja.

Ludzi maszyn. Hipernapędów. Byliśmy dziwni. Może nawet nieludzcy.

Jorgen wprowadził swój kod do zamka drzwi na końcu korytarza, ale zanim skończył, już się otworzyły. Kimmalyn zrobiła to swoim kodem z drugiej strony.

— Ludzie — wysapała zdyszana. — Ludzie.

Zmarszczyłam brwi. Rzadko bywała tak podekscytowana.

— Co?

— Rodge przysłał mi wiadomość — powiedziała. — Inżynierowie badający komputerowe sterowanie platformy właśnie coś znaleźli. Nagranie.

4

Poszłam z Jorgenem za Kimmalyn do pomieszczenia, które wszyscy nazywali biblioteką, chociaż nie było tam książek. Ludzie z korpusu inżynieryjnego bez przerwy pracowali tam nad starymi bazami danych. Zdemontowali kilka paneli ściennych, odsłaniając sieć biegnących tam przewodów, przypominających ścięgna. Chociaż znaczną część platformy udało się włączyć bez trudu, nadal nie mieliśmy dostępu do kilku systemów komputerowych. Kimmalyn zaprowadziła nas do grupki inżynierów w kombinezonach personelu naziemnego, którzy szeptali i rozmawiali z ożywieniem, zebrani wokół dużego włączonego monitora. Rozejrzałam się za resztą mojej eskadry, ale nie było ich tu — tylko ja, Jorgen, Kimmalyn oraz kilku oficerów sztabu admirała. Dotknęłam swego obszernego skafandra, przepoconego po walce z asem.

— Szkoda, że się nie przebrałam — mruknęłam do Jorgena.

— Mogę ci stworzyć hologram nowego stroju! — zaproponował M-Bot. — Będzie…

— Czy to zmieni fakt, że czuję się spocona? — spytałam go. Naprawdę, teraz gdy dostał tę bransoletę i projektor holograficzny, tylko szukał pretekstu, żeby się nimi popisać.

Słysząc mój głos, ktoś zerknął na nas z tłumu inżynierów. Odwrócił się i uśmiechnął, gdy nas rozpoznał.

Rodge był chudy i blady, ze strzechą rudych włosów. Teraz uśmiechał się częściej niż wtedy, gdy dorastaliśmy. Właściwie wciąż miałam wrażenie, że coś przegapiłam — bo nie wiedzieć kiedy, gdy razem naprawialiśmy M-Bota, ktoś zmienił mojego nerwowego przyjaciela w tego pewnego siebie osobnika.

Byłam z niego dumna, szczególnie gdy zauważyłam, że znów zaczął nosić swoją odznakę kadeta — tę, którą Cobb kazał dla niego zrobić w czerwonym kolorze, jako nowy symbol dokonań przysługujący wybitnym członkom personelu inżynieryjnego i naziemnego.

Rodge podszedł do nas i powiedział cicho:

— Tak się cieszę, że was znalazła. Musicie to zobaczyć.

— Co takiego? — spytał Jorgen, wyciągając szyję, żeby spojrzeć na ekran monitora.

— Ostatnie zapisy stacji — szepnął Rodge. — Ostatnie obrazy zarejestrowane przez kamery, zanim się wyłączyła. To przerwało nagrywanie i proces szyfrowania do archiwizacji nie został zakończony. To pierwszy duży fragment danych, jakie zdołaliśmy odzyskać. — Obejrzał się przez ramię. — Major Ulan nalegała, żebyśmy z pokazem zaczekali na Cobba i pomyślałem, że nikt się nie sprzeciwi, jeśli bohaterka bitwy o Altę Dwa zechce popatrzeć.

Istotnie, moje przybycie zwróciło uwagę. Kilku inżynierów trącało się łokciami, patrząc na mnie.

— Wiesz, Spin — zauważyła stojąca obok mnie Kimmalyn — towarzyszenie ci może mieć pewne zalety. Kiedy przykuwasz uwagę wszystkich, reszta z nas może robić, co chce.

— A co chciałabyś zrobić? — zapytał Jorgen. — Upić dodatkowy łyk herbaty?

Ponieważ wciąż usiłował spojrzeć na monitor, nie zauważył szokująco niegrzecznego gestu, jaki pokazała mu Kimmalyn. Wytrzeszczyłam oczy i opadła mi szczęka. Ona naprawdę mu tak pokazała?

Kimmalyn posłała mi łobuzerski uśmiech, który natychmiast zasłoniła dłonią. Co za dziewczyna… Gdy już myślałam, że ją rozgryzłam, nagle rozmyślnie robiła coś takiego, co — byłam tego pewna — miało mnie zszokować.

Dalszą rozmowę przerwały otwierające się drzwi i wejście Cobba. Zapuścił krótką białą brodę i wciąż kulał na skutek starej rany, ale laski używał tylko podczas najbardziej oficjalnych uroczystości. W ręku miał kubek z parującą kawą, a na sobie śnieżnobiały mundur admirała floty SPŚ — z rzędem baretek i medali na prawej piersi. Niechętnie zajął miejsce Ironside, gdy ta — równie niechętnie — odeszła na emeryturę. Według pewnych kryteriów Cobb był najważniejszym z żyjących ludzi. A jednak nadal był… no cóż, Cobbem.

— O co chodzi z tym plikiem rejestru? — zapytał. — I co to, do diabła, takiego?

— Panie admirale! — powiedziała major Ulan, wysoka kobieta yeongiańskiego pochodzenia. — Jeszcze nie wiemy. Czekaliśmy na pana.

— Co takiego? — mruknął Cobb. — Nie wiecie, jak wolno chodzę? Ta przeklęta stacja pewnie obróciła się trzy razy, zanim tutaj dokuśtykałem.

— Hm. Panie admirale. Pomyśleliśmy… nikt nie wierzy, że ta noga pana spowalnia… no… ani trochę, wie pan…

— Nie podlizujcie się, majorze — warknął.

— Chcieliśmy tylko okazać szacunek…

— I nie okazujcie szacunku. — Upił łyk kawy. — Czuję się przez to stary.

Ulan zaśmiała się sztucznie, na co Cobb zmarszczył brwi, wprawiając ją w jeszcze większe zakłopotanie. Współczułam jej. Obchodzenie się z Cobbem było równie trudne, co wykonanie potrójnej pętli Ahlstroma z odskokiem w tył.

Technicy zrobili Cobbowi przejście, więc Kimmalyn i ja skorzystałyśmy z okazji, by podejść bliżej ekranu. Jorgen został z tyłu, z rękami założonymi na plecach, pozwalając wyższym rangą oficerom zająć lepsze miejsca. Czasem ten chłopak był zbyt obowiązkowy. Dziewczyna niemal mogła poczuć wyrzuty sumienia, że wykorzystuje swoją sławę.

Cobb zmierzył mnie wzrokiem.

— Słyszę, że znów wycinasz numery, poruczniku — odezwał się cicho, gdy jeden ze starszych techników szukał plików.

— Hmm… — zaczęłam.

— Niewątpliwie! — odezwał się M-Bot z mojego przegubu. — Powiedziała Jorgenowi, że rozmyślnie próbowała…

Wyłączyłam mu głos. A potem, na wszelki wypadek, również projektor holograficzny. Zaczerwieniłam się i spojrzałam na Cobba.

Admirał sączył kawę.

— Porozmawiamy później. Nie chcę rozzłościć twojej Babki, pozwalając ci się zabić. W zeszłym tygodniu upiekła mi ciasto.

— Hmm, tak jest, panie admirale.

Na ekranie pojawił się szum zakłóceń, a potem obraz z kamery, ukazującej tę salę, tylko z nierozprutymi ścianami. Przy monitorach siedziała gromada osób w nieznanych nam mundurach. Zaparło mi dech. To byli ludzie.

Zawsze wiedzieliśmy, że tak będzie. Chociaż zastaliśmy Detritusa niezamieszkanego, na większości maszyn znajdowały się napisy w językach Starej Ziemi. Pomimo to dziwnie było patrzeć na tych ludzi sprzed wieków. Miliony ich — jeśli nie miliardy — musiały zamieszkiwać tę planetę i te platformy. W jaki sposób wszyscy zniknęli?

Zdawali się rozmawiać i wyglądali na wzburzonych, krzątając się w tym pomieszczeniu. Przy dokładniejszych oględzinach wydawało się, że niektórzy krzyczą, ale film był bez dźwięku. Jakiś jasnowłosy mężczyzna wszedł na fotel przed monitorem i jego twarz wypełniła ekran. Zaczął coś mówić.

— Przepraszamy, panie admirale! — powiedział jeden ze stojących blisko mnie techników. — Pracujemy nad dźwiękiem. Zaraz…

Nagle monitor eksplodował zgiełkiem. Ludzie krzyczeli i tuzin głosów nakładało się na siebie.

— …wysłać ten meldunek — rzekł mężczyzna przed monitorem, mówiąc po angielsku z wyraźnym obcym akcentem. — Mamy wstępne dowody na to, że cytoosłony planety są, wbrew powszechnie przyjętym założeniom, niewystarczające. Wnikacz podsłuchał nasze transmisje i podążył za nimi do nas. Powtarzam, wnikacz wrócił do naszej stacji i…

Zamilkł, oglądając się przez ramię. W pomieszczeniu panował chaos — jedni załamywali się i osuwali na podłogę, inni w panice krzyczeli na siebie.

Mężczyzna na naszym ekranie stukał w klawiaturę.

— Mamy obraz z jednej z zewnętrznych platform — oświadczył. — Numer 1132. Włączam go.

Pochyliłam się, gdy na monitorze pojawiły się gwiazdy — obraz z kamery w zewnętrznym kręgu fortów, ukazującej kosmos. Na dole ekranu widziałam zakrzywioną krawędź platformy.

Ludzkie głosy zamilkły. Czy w tej usianej gwiazdami ciemności widzieli coś, czego ja nie dostrzegałam? Czy to…

Pojawiło się więcej gwiazd.

Zaistniały nagle, jak dziurki w rzeczywistości. Setki… tysiące światełek, zbyt jasnych, aby były gwiazdami. Przemykały po niebie, zbierając się, gromadząc. Nawet na tym ekranie, nawet z tej ogromnej odległości w czasie i przestrzeni, wyczuwałam ich wrogość.

To nie były gwiazdy. To były oczy.

Oddech uwiązł mi w gardle. Serce łomotało mi w piersi. Pojawiało się coraz więcej tych świateł, które obserwowały mnie z ekranu. Znały mnie. Widziały mnie.

Poczułam lęk. Jednak stojący obok mnie Cobb nadal spokojnie pił kawę. W jakiś dziwny sposób jego opanowanie pomogło mi się uspokoić.

To wydarzyło się dawno temu, przypomniałam sobie. Nic mi teraz nie grozi.

Światła na ekranie zaczęły się rozmywać… To pył, uświadomiłam sobie. Pojawił się, jakby przeciekając przez otwory w rzeczywistości. Ten obłok jarzył się białą poświatą i rósł z niewiarygodną szybkością. Później pojawił się za nim jakiś duży owalny kształt, jakby wyłaniając się z nicości w środku tej chmury pyłu.

Trudno było dostrzec coś poza niewyraźnym zarysem. W pierwszej chwili mój umysł nie chciał zaakceptować jego ogromnych rozmiarów. To, co się pojawiło — ta ciemność w świecącej chmurze pyłu — było o wiele większe od fortu. Cholera! Cokolwiek to było, miało rozmiary planety.

— Mam… mam pewność, że to wnikacz — powiedział mężczyzna rejestrujący zdarzenie. — Matko święta… jest tutaj. Projekt cytoosłony zawiódł. Wnikacz wrócił i… i przyszedł po nas.

Czarna masa przesunęła się w kierunku planety. Czyżbym w tej ciemności dostrzegała jakieś ręce? A może kolce? Ten kształt wydawał się rozmyślnie mylący, gdyż na próżno usiłowałam — wbrew rozsądkowi — zrozumieć, co widzę. Wkrótce ta czerń pochłonęła wszystko. Ekran pociemniał.

Już myślałam, że zapis się skończył, lecz zaraz pojawił się na nim obraz biblioteki oraz siedzącego za biurkiem mężczyzny. Większość stanowisk była opuszczona i pozostał tam tylko on oraz jedna kobieta. Słyszałam krzyki rozlegające się na platformie, gdy ten człowiek, drżąc, podniósł się, wpadając na monitor, przed którym siedział, w wyniku czego kamera zaczęła pokazywać obraz pod innym kątem.

— Zanikają oznaki życia na zewnętrznym kręgu obronnym! — krzyknęła kobieta. Zerwała się ze swojego miejsca przed monitorem. — Platformy milkną. Dowództwo rozkazało nam włączyć tryb autonomiczny!

Roztrzęsiony mężczyzna znów usiadł. Przekrzywiona kamera pokazywała, jak pospiesznie stuka w klawiaturę. Kobieta cofnęła się od swojego biurka i spojrzała w górę, gdy po platformie przetoczył się głuchy łoskot.

— Autonomiczne systemy obronne włączone… — wymamrotał mężczyzna, wciąż stukając w klawisze. — Statki ratunkowe milkną. Święci…

Sala znów zatrzęsła się i światła zamigotały.

— Planeta do nas strzela! — krzyknęła kobieta. — Nasi strzelają do nas!

— Nie strzelają do nas — powiedział mężczyzna, jak w transie nadal stukając w klawiaturę. — Strzelają do wnikacza, gdy spowija planetę. My tylko jesteśmy w polu rażenia. Musimy mieć pewność, że droga przez niebyt jest zamknięta… Stąd nie mam dostępu, ale może…

Wciąż coś mamrotał, lecz moją uwagę przykuło coś innego. Światła gromadzące się na końcu tamtej sali. Zakłócały rzeczywistość, tak że przeciwległa ściana zdawała się oddalać, zmieniać w nieskończoną gwiezdną pustkę usianą tymi jasnymi, złowrogimi punkcikami.

Oczy przybyły. Kobieta w tamtej sali wrzasnęła i… znikła. Jakby skręciła się, skurczyła i zapadła w siebie, zmiażdżona przez jakąś niewidzialną siłę. Mężczyzna, który mówił, wciąż wściekle stukał w klawisze, wytrzeszczając oczy. Jak szaleniec piszący swój testament. Choć jego twarz zajmowała niemal cały ekran, widziałam gromadzącą się za nim ciemność.

Rozświetloną przez gwiazdy niebędące gwiazdami.

Wzbierającą nieskończoność.

Z ciemności wyszła jakaś postać.

To byłam ja.

5

Chwiejnie odskoczyłam, wpadając na stojących za mną oficerów. Z nagle obudzoną czujnością zacisnęłam pięści, gotowa do walki. Jeśli mnie nie przepuszczą, utoruję sobie drogę do…

— Spensa? — powiedziała Kimmalyn, chwytając mnie za rękę. — Spensa!

Zamrugałam, a potem rozejrzałam się, spocona, z szeroko otwartymi oczami.

— Jak? — wykrztusiłam. — Jak to…

Znów spojrzałam na monitor, na którym zastygł obraz dawno nieżyjącego człowieka w pomieszczeniu pełnym gwiazd. Linia na dole ekranu pokazywała, że na tym zakończył się zapis.

Nieruchomy obraz ukazywał mnie stojącą za mężczyzną. Byłam tam. BYŁAM. W moim nowym kombinezonie SPŚ. Z kasztanowymi włosami do ramion i pociągłą twarzą. Zastygła, z wyciągniętą ręką.

A mój wyraz twarzy… Byłam przerażona. Zaraz jednak moja twarz się zmieniła, w niewiarygodny sposób odzwierciedlając to, co teraz czułam.

— Wyłączcie to! — krzyknęłam. Wyrwałam się Kimmalyn i sięgnęłam do wyłącznika, ale złapały mnie silniejsze ręce.

Szamotałam się, próbując wyłączyć obraz. Zarówno fizycznie, jak… w jakiś inny sposób. Jakimś moim zmysłem. Jakąś pierwotną, przerażoną, wstrząśniętą cząstką mojego ja. To było jak niemy krzyk dobywający się gdzieś z głębi podświadomości.

A wtedy, gdzieś z daleka, coś jakby odpowiedziało na mój krzyk.

Słyszę… cię…

— Spensa! — krzyknął Jorgen.

Spojrzałam na niego. Trzymał mnie, spoglądając mi w oczy.

— Spensa, co tam widzisz? — zapytał.

Zerknęłam na ekran i widoczną na nim moją postać. Niedobrze, och, niedobrze. Moja twarz. Moje emocje. Ale…

— Ty tego nie widzisz? — spytałam, patrząc na innych i ich zaskoczone miny.

— Ciemność? — zapytał Jorgen. — Na ekranie jest mężczyzna, ten, który to zarejestrował. A za nim ciemność pełna białych światełek.

— Jak… oczy — podpowiedział jeden z techników.

— A ta osoba? — zapytałam. — Czy widzisz kogoś w ciemności?

Na to pytanie odpowiedziały tylko zdziwione spojrzenia.

— To tylko ciemność — rzekł Rodge z grupki techników. — Spin? Nie ma tam nikogo. Ja nawet nie widzę żadnych gwiazd.

— Ja je widzę — rzekł Jorgen, mrużąc oczy. — I coś, co może być jakąś postacią. Może. Zapewne to tylko cień.

— Wyłączcie to — rozkazał Cobb. — Sprawdźcie, czy uda się wam odzyskać inne zapisy lub pliki. — Spojrzał na mnie. — Porozmawiam na osobności z porucznik Nightshade.

Popatrzyłam na niego i na zaskoczone twarze obecnych, nagle zawstydzona. Wprawdzie już uporałam się z obawą, że będę uważana za tchórza, ale byłam zmieszana widowiskiem, jakie tu z siebie zrobiłam. Co oni sobie pomyśleli, widząc mnie w takim stanie?

Z trudem się uspokoiłam i skinęłam głową Jorgenowi, uwalniając się z jego uścisku.

— Nic mi nie jest — powiedziałam. — Trochę rozemocjonował mnie ten film.

— Świetnie. I tak porozmawiamy o tym później — rzekł.

Cobb skinieniem głowy kazał mi wyjść za nim z sali, więc ruszyłam do drzwi, ale zanim przez nie przeszliśmy, przystanął i odwrócił się. — Poruczniku McCaffrey? — rzucił.

— Panie admirale? — rzekł Rodge, spoglądając na niego spod ściany.

— Nadal pracujesz nad tym swoim projektem?

— Tak jest! — odparł Rodge.

— Dobrze. Zobaczymy, czy twoje teorie się sprawdzą. Porozmawiam z tobą później.

Poszedł dalej, wyprowadzając mnie z sali.

— O co chodziło, panie admirale? — zapytałam go, gdy zamknęły się za nami drzwi.

— Teraz to nie jest ważne — powiedział, prowadząc mnie do obserwatorium po drugiej stronie korytarza. To długie, wąskie pomieszczenie nazywano tak, ponieważ doskonale widać było z niego planetę. Weszłam tam i powitał mnie panoramiczny widok Detritusa.

— Co widziałaś na tym filmie? — zapytał Cobb.

— Siebie — odparłam. Z Cobbem mogłam mówić otwarcie. Już dawno dowiódł, że w pełni zasługuje na moje zaufanie. — Wiem, że to wydaje się niemożliwe, Cobb, ale ta ciemność na filmie przybrała kształt i to byłam ja.

— Kiedyś widziałem, jak mój skrzydłowy i najlepszy przyjaciel próbuje mnie zabić, Spensa — wyszeptał. — Teraz wiemy, że twój ojciec wziął mnie za nieprzyjaciela. Coś zmieniło obraz, który widział — lub sposób, w jaki odbierał to jego mózg.

— Myślisz… że tu było podobnie?

— Nie potrafię inaczej wyjaśnić, dlaczego ujrzałaś siebie na tym filmie sprzed kilkuset lat. — Pociągnął długi łyk kawy, przechylając kubek tak, by wypić ją co do kropli. Potem opuścił rękę. — Nic nie wiemy. Nie znamy możliwości nieprzyjaciela, ani nawet nie wiemy, kim on jest. Czy widziałaś jeszcze coś w tej ciemności?

— Wydawało mi się, że coś do mnie mówi… że mnie „słyszy”. Jednak jakby coś innego od tej ciemności. Z innego miejsca i nie takie złe. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Cobb mruknął coś pod nosem.

— No cóż, przynajmniej teraz już wiemy, co się stało z ludźmi mieszkającymi na tej planecie.

Wskazał kubkiem okno, więc podeszłam, by spojrzeć na Detritusa. Planeta wyglądała na bezludną, z powierzchnią zamienioną w żużel. Złom krążący na najniższej orbicie był resztkami platform — zapewne zniszczonych przez przerażonych mieszkańców planety, strzelających do otaczającego ich wroga.

— Czymkolwiek było to na filmie — rzekł Cobb — przybyło tutaj, żeby zniszczyć te platformy i całą ludność planety. Nazywali to wnikaczem.

— Słyszałeś kiedyś o czymś takim? — zapytałam. — Wiesz, o… o tych oczach, które czasem widzę.

— Nie słyszałem tej nazwy — odparł Cobb. — Mamy jednak tradycje sięgające czasów naszych pradziadów. Mówią o stworzeniach obserwujących nas z pustki, o głębokiej ciemności i przestrzegają przed używaniem łączności bezprzewodowej. Dlatego tylko wojsko używa kilku kanałów radiowych. Ten mężczyzna na filmie powiedział, że wnikacz przybył, ponieważ usłyszał ich transmisje, więc to może ma z tym związek. — Cobb spojrzał na mnie. — Ostrzegano nas, by nie konstruować maszyn, które myślą za szybko i…

— …obawiać się ludzi, którzy mogą zajrzeć w niebyt — szepnęłam. — Ponieważ to przyciąga uwagę tych oczu.

Cobb nie zaprzeczył. Próbował pociągnąć kolejny łyk kawy, ale odkrył, że kubek jest pusty, więc tylko cicho chrząknął.

— Czy sądzisz, że to coś, co widzieliśmy na filmie, ma związek z oczami, które widujesz? — zapytał.

Przełknęłam ślinę.

— Tak. To jedno i to samo. Te istoty, które obserwują mnie, gdy używam moich umiejętności, są tym samym, co to coś z kolcami, które pojawiło się na filmie. Tamten mężczyzna mówił coś o cytoosłonie. To najwyraźniej dotyczy cytoniki.

— Być może to osłona mająca zapobiec podsłuchaniu lub znalezieniu cytoników na planecie — stwierdził Cobb. — I najwyraźniej zawiodła. — Westchnął i potrząsnął głową. — Widziałaś te krążowniki, które tu przybyły?

— Taak. Jednak forty uchronią nas przed zbombardowaniem, prawda?

— Może — odparł Cobb. — Nasi inżynierowie uważają, że kilka z tych najbardziej oddalonych fortów ma systemy obrony przeciwrakietowej, ale nie jesteśmy tego pewni. Nie wiem, czy możemy sobie pozwolić na zamartwianie się wnikaczami, oczami i tym podobnymi rzeczami. Mamy ważniejszy problem. Krelle — czy jak się tam naprawdę zwą — nie usłuchają naszych próśb o zaniechanie ataków. Przestali się przejmować tym, czy jacyś ludzie pozostaną przy życiu. Postanowili nas unicestwić.

— Obawiają się nas — powiedziałam. Kiedy przed sześcioma miesiącami M-Bot i ja wykradliśmy informacje z ich stacji, były największym i najbardziej zaskakującym odkryciem dotyczącym Krelli. Trzymali nas w izolacji nie ze złośliwości, ale ponieważ po prostu straszliwie bali się ludzi.

— Boją się nas czy nie — rzekł Cobb — chcą nas pozabijać. I jeśli nie znajdziemy sposobu, aby podróżować do gwiazd tak jak oni, będziemy zgubieni. Żadna forteca — choćby nie wiem jak potężna — nie może wiecznie odpierać ataków, szczególnie tak groźnego nieprzyjaciela, jakim jest Zwierzchnictwo.

Skinęłam głową. Oto sedno wszelkiej taktyki — trzeba mieć plan odwrotu. Dopóki jesteśmy uwięzieni na Detritusie, jesteśmy w niebezpieczeństwie. Gdybyśmy mogli się stąd wydostać, otworzyłoby się przed nami wiele możliwości. Moglibyśmy uciec i ukryć się gdzieś. Szukać innych enklaw ludzkości — jeśli istnieją — i uzyskać pomoc. Dokonać kontrataku, zmuszając wroga do obrony.

Wszystko to było niemożliwe, dopóki nie nauczę się korzystać z moich zdolności. A jeśli nie, to dopóki nie znajdziemy sposobu, by wykraść nieprzyjacielowi technologię lotów w nadprzestrzeni. Cobb miał rację. Te oczy, wnikacze, mogły być ważne dla mnie, ale dla przetrwania naszego ludu miały drugorzędne znaczenie.

Musieliśmy znaleźć sposób, aby wydostać się z tej planety.

Cobb zmierzył mnie bacznym spojrzeniem. Zawsze wydawał mi się stary. Wiedziałam, że był zaledwie kilka lat starszy od moich rodziców, teraz jednak wyglądał jak skała, która za długo pozostawała na zewnątrz i przetrwała zbyt wiele uderzeń meteorów.

— Ironside zawsze narzekała, że to ciężka praca — mruknął. — Wiesz, co jest najtrudniejsze dla dowódcy, Spin?

— Nie, panie admirale.

— Perspektywa. Gdy jesteś młody, zakładasz, że każdy starszy od ciebie wie już wszystko o życiu. Gdy obejmiesz dowodzenie, pojmujesz, że wszyscy jesteśmy tylko dziećmi, choć niektóre mają starsze ciała.

Przełknęłam ślinę, ale nic nie powiedziałam. Stojąc obok Cobba, patrzyłam przez okno na pustynną planetę i tysiące otaczających ją platform. Niewiarygodna linia obrony, która — ostatecznie — nie zdołała zatrzymać tego czegoś, czym był wnikacz.

— Spensa — dodał Cobb. — Musisz być ostrożniejsza. Połowa mojego personelu uważa, że jesteś największym zagrożeniem, jakie kiedykolwiek posadziliśmy za sterami myśliwca. Druga połowa uważa cię za świętą. Chciałbym, żebyś przestała dostarczać argumenty każdej ze stron.

— Tak jest, panie admirale — odparłam. — Ja… szczerze mówiąc, usiłowałam postawić się w skrajnie niebezpiecznej sytuacji. Myślałam, że jeśli to zrobię, może zmuszę mój umysł do wykorzystania moich możliwości.

— Chociaż doceniam dobre chęci, uważam to za niedorzeczną próbę rozwiązania naszych problemów, poruczniku.

— Musimy jednak znaleźć sposób, by polecieć do gwiazd. Sam pan tak mówił.

— Wolałbym znaleźć jakiś mniej ryzykowny sposób — odparł Cobb. — Wiemy, że statki Zwierzchnictwa podróżują między gwiazdami. Mają hipernapęd, ale oczy — wnikacze — nie zniszczyły ich. Tak więc jest to możliwe.

Cobb z zamyśloną miną spoglądał przez okno na planetę w dole. Milczał tak długo, że zaczęłam się niepokoić.

— Panie admirale? — zagadnęłam.

— Chodź ze mną — rzekł. — Może mam sposób, aby zabrać nas z tej planety bez użycia twoich umiejętności.