Odprysk Świtu - Brandon Sanderson - ebook + książka

Odprysk Świtu ebook

Brandon Sanderson

4,6

Opis

Odprysk Świtu, którego akcja dzieje się między Dawcą Przysięgi a Rytmem Wojny, podobnie jak wcześniej Tancerka Krawędzi daje szansę zabłysnąć postaciom drugoplanowym.

Po odkryciu statku-widma, którego załoga najprawdopodobniej zginęła, próbując dotrzeć do otoczonej sztormami wyspy Akinah, Navani Kholin musi wysłać ekspedycję, by upewnić się, że wyspa nie wpadła w ręce wroga. Podlatujący zbyt blisko Świetliści Rycerze nagle tracą całe Burzowe Światło, więc podróż musi się odbyć drogą morską.

Właścicielka statku Rysn Ftori utraciła władzę w nogach, ale zyskała towarzystwo Chiri-Chiri, żywiącego się Burzowym Światłem skrzydlatego skowrończyka – istoty należącej do gatunku uważanego za wymarły. Teraz podopieczna Rysn choruje, a jedyną nadzieją na jej wyzdrowienie jest udanie się do starożytnego domu skowrończyków – Akinah. Z pomocą Lopena, niegdyś jednorękiego Wiatrowego, Rysn musi przyjąć misję powierzoną jej przez Navani i wpłynąć w niebezpieczny sztorm, z którego nikt nie uszedł z życiem. Jeśli załodze nie uda się odkryć tajemnic ukrytego miasta na wyspie, zanim spadnie na nich gniew jego starożytnych strażników, los Rosharu i całego cosmere zawiśnie na włosku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 231

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (456 ocen)
309
122
22
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sokus

Nie oderwiesz się od lektury

Typowa powieść B. Sandersona. siadasz żeby przeczytać jeden rozdział, budzisz się po pięciu godzinach, że chyba czas coś zjeść, ale nawet gotując nie masz na tyle siły żeby się oderwać od czytania.
40
Jagodowajadzia

Nie oderwiesz się od lektury

Porządna książka, natomiast tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia! Miejscami brak tłumaczenia imion, na jednej stronie pojawia się Cord, która następnie tłumaczona jest jako Sznur, gdzie indziej główna bohaterka Rysn, która chce wysyłać listy do Rysn, samej siebie....
20
Kkruglej

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam przeczytać przed rytmem wojny. Jest tu kilka smaczków dopełniających historię opowiedzianą przed wydarzeniami z Rytmu. Sanderson jest fenomenalny w dopełnianiu swojego cosmere bohaterami i historiami pobocznymi. Obowiązkowa pozycja dla fanów całego cyklu.
10
aadrianaa

Nie oderwiesz się od lektury

Lopen <3
10
Cahir2e

Dobrze spędzony czas

Czytam teraz odprysk świtu sandersona. Opowiadanie dziejące się pomiędzy dawcą przysięgi ,a rytmem wojny. Głównymi bohaterami są Rysn i Loipen,którzy w cyklu archiwum burzowego świata są raczej trzecioplanowymi bohaterami
00

Popularność




Podzię­ko­wa­nia

Przy tej książce czuję szcze­gólną wdzięcz­ność, ponie­waż spo­łecz­ność wsparła ją bez­po­śred­nio. Wyja­śnie­nie dla tych, któ­rzy nie wie­dzą – Odprysk Świtu powstał w wyniku uda­nej kam­pa­nii na Kick­star­te­rze, mają­cej na celu wyda­nie Drogi Kró­lów w skó­rza­nej opra­wie. Dla­tego na początku dzię­kuję Wam wszyst­kim! Dzię­kuję za Wasz entu­zjazm dla tej serii, którą zawsze uwa­ża­łem za zbyt dzi­waczną i zbyt ogromną, by zyskała popu­lar­ność.

Stwo­rze­nie Odpry­sku Świtu w takim tem­pie, w jakim to zro­bi­li­śmy, wyma­gało mnó­stwa czasu i pracy wielu ludzi. Na ich czele stał nie­zmor­do­wany Peter Ahl­strom, dyrek­tor wydaw­ni­czy w mojej fir­mie i główny redak­tor tego tomu. Ponadto Karen Ahl­strom, która pil­nuje spój­no­ści, wło­żyła dużo pracy, by pomóc w roz­wią­za­niu kwe­stii zwią­za­nych ze skom­pli­ko­waną osią czasu tej książki. Kri­stina Kugler była naszą redak­torką, jak zawsze fan­ta­styczną. Kri­sty S. Gil­bert z Loose­leaf Edi­to­rial & Pro­duc­tion zajęła się skła­dem i jak zwy­kle zro­biła kawał świet­nej roboty.

Ilu­stra­cjami na okładce i pro­jek­tem gra­ficz­nym zaj­mo­wali się Ben McSwe­eney i Isaa¢ Ste­wart, przy czym Issa¢ Ste­wart peł­nił funk­cję dyrek­tora arty­stycz­nego, a Ben stwo­rzył ilu­stra­cje – w tym winietki dla kolej­nych roz­dzia­łów.

Do grupy pisar­skiej dla tej książki nale­żeli: Kay­lynn ZoBell, Ben Old­sen, Alan Lay­ton, Ethan Skar­stedt, Kath­leen Dor­sey San­der­son, Eric James Stone, Darci Stone, Peter Ahl­strom i Karen Ahl­strom.

W pracy nad Odpry­skiem Świtu poma­gali nam spe­cja­li­ści od dostęp­no­ści i pora­że­nia dwu­koń­czy­no­wego, któ­rzy udzie­lili mi mnó­stwo infor­ma­cji zwrot­nych, dzięki czemu powstała książka lep­sza nie tylko w tym aspek­cie, ale ogól­nie bar­dziej zaj­mu­jąca i inte­re­su­jąca. Zali­czali się do nich Eliza Stauf­fer, Chana Oshira Block, Whit­ney Sivill, Sam Lytal i Toby Cole.

W zespole czy­tel­ni­ków beta znaj­do­wali się: Alice Arne­son, Richard Fife, Darci Cole, Chri­stina Good­man, Deana Whit­ney, Ravi Per­saud, Paige Vest, Trae Cooper, Drew McCaf­frey, Bao Pham, Lynd­sey „Lyn” Luther, Eric Lake, Brian T. Hill, Nikki Ram­say, Paige Phil­lips, Leah Zine, Sam Lytal, Jes­sica Ash­craft, Ian McNatt, Mark Lind­berg, Jes­sie Bell, David Beh­rens, Whit­ney Sivill, Chana Oshira Block, Nathan Goodrich, Mar­nie Peter­son, Eliza Stauf­fer i Toby Cole.

Do czy­tel­ni­ków gamma zali­czała się duża grupa czy­tel­ni­ków beta, jak rów­nież: Aaron Ford, Fran­kie Jerome, Shan­non Nel­son, Lin­nea Lind­strom, Sam Baskin, Ross New­berry, Evgeni „Argent” Kiri­lov, Jen­ni­fer Neal, Tim Ted Her­man, Chris McGrath, Glen Voge­laar, Poonam Desai, Todd H. Sin­ger, Suzanne Musin, Gary Sin­ger, Chri­sto­pher Cot­tin­gham, Joshua Har­key, Donita Orders, Robert West i Ling­ting „Bota­nica” Xu.

Powi­nie­nem tu rów­nież zauwa­żyć, że wielu z nich zasia­dło nad Odpry­skiem Świtu tuż po ukoń­cze­niu pracy nad Ryt­mem Wojny, żeby zdą­żyć na czas. Szcze­rze doce­niam ich mądrość, wni­kliwe infor­ma­cje zwrotne i wysi­łek.

Pro­log

Nic nie mogło rów­nać się z doświad­cze­niem wisze­nia na oli­no­wa­niu dzie­siątki stóp nad pokła­dem, pośród świe­żego mor­skiego powie­trza, i patrze­nia na nie­koń­czącą się płasz­czy­znę migo­czą­cej nie­bie­skiej wody. Ogromny ocean był sze­roką drogą. Oso­bi­stym zapro­sze­niem do eks­plo­ra­cji.

Ludzie bali się morza, ale Yalb ni­gdy tego nie rozu­miał. Morze było tak otwarte, tak zapra­sza­jące. Wystar­czyło trak­to­wać je z odro­biną sza­cunku, a nio­sło, dokąd­kol­wiek czło­wiek zapra­gnął. A po dro­dze nawet kar­miło i usy­piało swo­imi pie­śniami.

Ode­tchnął głę­boko – sma­ku­jąc sól i patrząc na tań­czące obok wia­tro­spreny – i wyszcze­rzył się od ucha do ucha. Tak, nic się nie mogło rów­nać z tymi chwi­lami. Ale szansa na wygra­nie kilku kul od nowego… cóż, była bli­sko.

Dok trzy­mał się oli­no­wa­nia moc­nym uści­skiem czło­wieka, który nie chciał spaść – zamiast luź­nym kogoś, kto wie­dział, że do tego nie doj­dzie. Jak na Ale­thyj­czyka był dość kom­pe­tentny. Więk­szość z nich ni­gdy nie posta­wiła stopy na pokła­dzie statku, chyba że musieli prze­pły­nąć wyjąt­kowo duży staw. Ten osob­nik jed­nak nie tylko odróż­niał bak­burtę od ster­burty, ale też umiał cią­gnąć cumę i zre­fo­wać żagiel, nie wie­sza­jąc się przy tym.

Jed­nakże trzy­mał się zbyt mocno. I ści­skał reling, kiedy sta­tek się koły­sał. A trze­ciego dnia dostał cho­roby mor­skiej. Zatem choć Dok był bli­sko sta­nia się praw­dzi­wym mary­na­rzem, jesz­cze nie dotarł do celu. A ponie­waż Yalb ostat­nimi czasy sta­rał się mieć na oku nowych mary­na­rzy, jego zada­niem było pomóc Dokowi poprzez zro­bie­nie mu nie­złego dow­cipu. Skoro ale­thyj­ska kró­lowa chciała, by jej ludzie pozna­wali thay­leń­skie tra­dy­cje żeglar­skie, tego rów­nież musieli się dowie­dzieć. To była nauka.

– Tam! – Yalb wychy­lił się i wska­zał jedną ręką, koły­sząc się na wie­trze. – Widzisz to?

– Gdzie? – Dok wspiął się wyżej i wpa­trzył w hory­zont.

– Tam! – Yalb znów wska­zał. – Wielki spren, wyła­nia­jący się z wody w miej­scu, w któ­rym odbi­jają się pro­mie­nie słońca.

– Nie.

– Jest tam, Doku. Ogromny mary­na­rzo­spren. Chyba nie jesteś…

– Zaraz! – Dok osło­nił oczy. – Widzę go!

– Naprawdę? Jak wygląda?

– Ogromny żółty spren? Wznosi się z wody? Ma wiel­kie macki, któ­rymi macha w powie­trzu. I… i jaskra­wo­czer­wony pas na grzbie­cie.

– Niech mnie wyrzucą za burtę i nazwą rybą. Jeśli go widzisz, to rze­czy­wi­ście jesteś praw­dzi­wym mary­na­rzem! W takim razie wygry­wasz zakład.

Oczy­wi­ście dopil­no­wali, by Dok usły­szał ich szepty, kiedy roz­ma­wiali o tych rze­ko­mych „mary­na­rzo­spre­nach”, wie­dział więc, jaki opis podać. Yalb wyjął z kie­szeni parę odłam­ków i podał je Dokowi. Łatwe zwy­cię­stwo na początku, by skło­nić Doka do dal­szej gry. Będzie widy­wał te „mary­na­rzo­spreny” wszę­dzie, aż – kiedy już założy się o dużą stawkę, że uda mu się zła­pać jed­nego z nich – wyja­wią, że nie ma cze­goś takiego jak mary­na­rzo­spren i wszy­scy będą się dosko­nale bawić.

Zda­niem Yalba, jeśli czło­wiek był dość naiwny, by dać sobie zro­bić taki dow­cip, to prę­dzej czy póź­niej utraci wszyst­kie kule. Dla­czego więc nie na rzecz towa­rzy­szy? Poza tym zacho­wają te kule, żeby kupić wszyst­kim – w tym Dokowi – tru­nek na prze­pu­stce na lądzie. W końcu czło­wiek sta­wał się praw­dzi­wym mary­na­rzem, kiedy upił swo­ich towa­rzy­szy. A do tego, kiedy solid­nie się wsta­wią, może rze­czy­wi­ście wszy­scy zoba­czą gro­madkę jaskra­wo­żół­tych spre­nów macha­ją­cych mac­kami.

Dok trzy­mał się oli­no­wa­nia.

– Czy to prawda, że kie­dyś zato­ną­łeś, Yal­bie?

– Sta­tek zato­nął. Ja jedy­nie przy­pad­kiem na nim prze­by­wa­łem.

– Sły­sza­łem coś innego. – W gło­sie Doka brzmiał lekki ale­thyj­ski akcent. – Nie opo­wia­da­łeś ludziom, że cały burzowy sta­tek nagle spod cie­bie znik­nął?

– No tak, zanim mnie wycią­gnęli, wypi­łem z pół oce­anu. W tym cza­sie nie byłem już raczej wia­ry­god­nym świad­kiem, prawda?

A jeśli znaj­dzie mary­na­rza, który roz­po­wia­dał tę histo­rię, to zaszyje mu hamak. Wie­dzieli, że Yalb nie lubił opo­wia­dać o nocy, kiedy zato­nęła Radość wia­tru. To był dobry sta­tek, z jesz­cze lep­szą załogą. Z nich wszyst­kich prze­żyła tylko trójka.

Pozo­stali dwaj opo­wia­dali tę samą kosz­marną histo­rię, którą zapa­mię­tał Yalb. Skry­to­bójcy w mroku nocy – coś gor­szego niż bunt. A póź­niej… cały sta­tek po pro­stu znik­nął. Przez wiele mie­sięcy myślał, że stra­cił rozum. Ale póź­niej cały burzowy świat osza­lał, Pust­kowcy wró­cili, poja­wiła się nowa burza i zaczęła wielka wojna.

Dla­tego teraz miał na pokła­dzie Ale­thyj­czyka. I miał oko na wszyst­kich nowych, tak na wszelki wypa­dek. Dok wyglą­dał na dobrego czło­wieka, więc Yalb zamie­rzał potrak­to­wać go dobrze – trak­tu­jąc źle.

Yalb wychy­lił się jesz­cze bar­dziej, sta­ra­jąc się odzy­skać dobry humor.

– Skoro już widzia­łeś mary­na­rzo­sprena, możesz… – Zmarsz­czył czoło. Co to było? Skaza na nie­koń­czą­cym się pięk­nie błę­kitu?

– Co? – spy­tał z prze­ję­ciem Dok. – Co mogę, Yal­bie?

– Cicho! – Yalb wspiął się na węgo­rze gniazdo i mach­nął do Bre­kva, który peł­nił służbę. – Trzy rumby na bak­burtę!

Brekv odwró­cił się gwał­tow­nie i wpa­trzył w tamtą stronę, uno­sząc lunetę. Następ­nie zaklął cicho.

– I co? – spy­tał Yalb.

– Sta­tek. Zacze­kaj chwilę. Wznosi się na fali. Tak, to sta­tek, ma poszar­pane żagle. Prze­chyla się na bak­burtę. Jak go w ogóle zauwa­ży­łeś?

– Jaką ma ban­derę?

– Żadną. – Brekv podał mu z góry lunetę.

Zły znak. Dla­czego pły­nął samot­nie, w cza­sie wojny? Sta­tek Yalba był szybką jed­nostką zwiadu, więc w ich przy­padku pły­wa­nie samot­nie miało sens. Ale sta­tek kupiecki miałby w dzi­siej­szych cza­sach eskortę.

Yalb sku­pił się na statku. Żad­nej załogi na pokła­dzie. Na burze. Oddał lunetę.

– Chcesz to zgło­sić? – spy­tał Brekv.

Yalb poki­wał głową i zsu­nął się po linie obok Doka, który patrzył na niego zasko­czony. Yalb zesko­czył, wylą­do­wał w biegu i w trzech susach dotarł do kapi­tan, prze­ska­ku­jąc połowę stopni.

– O co cho­dzi? – Kapi­tan Smta była wysoką kobietą, która zwi­jała brwi w loki, by paso­wały do jej wło­sów.

– Sta­tek. Żad­nej załogi na pokła­dzie. Trzy rumby na bak­burtę.

Kapi­tan spoj­rzała w stronę ster­niczki, po czym ski­nęła głową. Wydano roz­kazy mary­na­rzom na takie­lunku. Skrę­cili w stronę zauwa­żo­nej jed­nostki.

– Ty będziesz wśród grupy wcho­dzą­cej na pokład, Yal­bie – pole­ciła kapi­tan. – Na wypa­dek gdyby potrzebne było twoje wyjąt­kowe doświad­cze­nie.

Wyjąt­kowe doświad­cze­nie. Pogło­ski nie były prawdą, ale wszy­scy w nie wie­rzyli i szep­tali, że Yalb przez lata pły­wał na statku widmo – co wyja­śniało, dla­czego w końcu znik­nął. Nie bez powodu nikt nie chciał zatrud­nić wszyst­kich trzech oca­la­łych razem, więc musieli się roz­dzie­lić.

Nie narze­kał na trak­to­wa­nie. Kapi­tan wyświad­czyła mu przy­sługę, że go w ogóle przy­jęła. Dla­tego, jeśli wyda­wała pole­ce­nie, wypeł­niał je. I choć był zwy­kłym mary­na­rzem bez żad­nej wła­dzy, nawet pierw­szy ofi­cer patrzył na niego z ocze­ki­wa­niem, kiedy w końcu pod­pły­nęli do dziw­nego statku. Żagle roze­rwane na strzępy. Prze­chy­lony, a na pokła­dzie nie było nawet duchów.

Nie znik­nął pod ich sto­pami, kiedy go badali. Po godzi­nie wró­cili z pustymi rękami. Ani śladu dzien­nika pokła­do­wego i ani śladu załogi, żywej lub mar­twej. Jedy­nie nazwa. Pierw­sze marze­nia, pry­watny sta­tek, o któ­rym pierw­szy ofi­cer coś sły­szał. Znik­nął przed pię­cioma mie­sią­cami w cza­sie jakie­goś tajem­ni­czego rejsu.

Cze­ka­jąc, aż kapi­tan i pozo­stali prze­dys­ku­tują, co należy zro­bić, Yalb oparł się o reling i wpa­trzył w dry­fu­jący samot­nie nie­szczę­sny sta­tek. Czy to było prze­zna­cze­nie, że wła­śnie on go odna­lazł? Że czło­wiek, któ­rego sta­tek znik­nął, połą­czył się teraz ze stat­kiem, któ­rego załoga znik­nęła? Kapi­tan będzie chciała posta­wić dodat­kowe żagle i odho­lo­wać go do portu. Yalb był tego pewien. Wysi­łek wojenny spra­wiał, że potrze­bo­wali każ­dej jed­nostki.

Zamie­rzali umie­ścić go na nim. Wie­dział to. Pew­nie sama burzowa kró­lowa tego zażąda.

Morze było zaiste dziwną panią. Otwartą. Ser­deczną. Zapra­sza­jącą.

Cza­sami odro­binę za bar­dzo.

1

Nie­któ­rzy mogliby uznać pla­no­wa­nie nowej wyprawy han­dlo­wej za nudne. Dla Rysn była to emo­cjo­nu­jąca pogoń. Ow­szem, sie­działa w kom­na­cie oto­czona ster­tami papie­rów, ale i tak czuła się jak łow­czyni.

W tych rapor­tach kryło się wiele inte­re­su­ją­cych dro­bia­zgów. Szcze­góły towa­rów na sprze­daż, pogło­ski o por­tach, któ­rych potrzeby ze względu na trwa­jącą wojnę były trudne do zaspo­ko­je­nia. Gdzieś wśród tych szcze­gó­li­ków kryła się dosko­nała oka­zja dla jej załogi. Prze­glą­dała je jak zwia­dow­czyni skra­da­jąca się w poszy­ciu, cicha i ostrożna, szu­ka­jąca naj­lep­szej oka­zji do ataku.

Poza tym zanu­rze­nie się w coś wyma­ga­ją­cego takiego sku­pie­nia odwra­cało jej uwagę od innych zmar­twień. Nie­stety, w chwili kiedy o tym pomy­ślała, nie mogła powstrzy­mać się od spoj­rze­nia w stronę Chiri-Chiri. Skow­roń­czyk, pokryty sko­rupą i obda­rzony dużymi bło­nia­stymi skrzy­dłami, zwy­kle całe dnie spę­dzał, doma­ga­jąc się od Rysn jedze­nia lub na inne spo­soby paku­jąc się w tara­paty. Tego dnia jed­nak, jak czę­sto ostat­nio, leżał zwi­nięty w kłę­bek i spał na dru­gim końcu dłu­giego stołu, w pobliżu doniczki z shi­no­var­ską trawą.

Chiri-Chiri mie­rzyła w przy­bli­że­niu stopę od nosa do pod­stawy ogona – który miał kolejne pięt­na­ście cali dłu­go­ści. Była tak duża, że Rysn musiała ją nosić na obu rękach. Skow­roń­czyk miał impo­nu­jący pro­fil ze spi­cza­stymi żuwacz­kami i oczami dra­pież­nika. Ostat­nio jed­nak jej brą­zowo-fio­le­towa sko­rupa wybla­kła do nie­mal kre­do­wego odcie­nia. Była zbyt biała – nie cho­dziło o zwy­czajną wylinkę. Działo się coś złego.

Rysn prze­su­nęła się po ławie.

W prze­szło­ści wolała malutki gabi­net z dala od wszyst­kich innych. Teraz sądziła, że robiła to pod­świa­do­mie, bo chciała się ukryć.

Już nie. Miała teraz duży gabi­net, w któ­rym pole­ciła wpro­wa­dzić roz­liczne zmiany w ume­blo­wa­niu. Choć wypa­dek przed dwoma laty pozba­wił ją wła­dzy w nogach, do uszko­dze­nia doszło na niż­szym odcinku krę­go­słupa niż u innych ludzi, z któ­rymi kore­spon­do­wała. Rysn mogła sie­dzieć bez pomocy, choć męczyło to jej mię­śnie, o ile nie miała opar­cia. Mimo wszystko uznała sia­da­nie za dobre ćwi­cze­nie, które wzmac­niało jej mię­śnie.

Zamiast krze­sła – albo całego rzędu – wolała dłu­gie ławy z wyso­kimi opar­ciami, wzdłuż któ­rych mogła się śli­zgać. Pole­ciła, by umiesz­czono je przy dłu­gich sto­łach w gabi­ne­cie, który miał też liczne okna. Robił wra­że­nie otwar­tego i peł­nego swo­body – uznała za zadzi­wia­jące, że wcze­śniej wolała coś znacz­nie mniej­szego i ciemniej­szego.

Dotarła do krańca ławy, w pobliże stwo­rzo­nego z koców gniazda Chiri-Chiri. Odło­żyła pióro i wyjęła dia­men­tową kulę z pobli­skiego kie­li­cha, po czym prze­su­nęła ją w stronę Chiri-Chiri. Klej­not pło­nął jasno, zachę­ca­jąc skow­roń­czyka, by poży­wił się jego Burzo­wym Świa­tłem.

Chiri-Chiri jedy­nie odro­binę otwo­rzyła srebrne oko i pra­wie się nie poru­szyła. Wokół Rysn poja­wiło się kilka nie­po­ko­jo­spre­nów, jak wykrzy­wia­jące się czarne krzyże. Na burze. Medycy zaj­mu­jący się zwie­rzę­tami nie potra­fili jej zbyt­nio pomóc – domy­ślali się, że cho­ro­wała, ale mówili, że każdy gatu­nek ma swoje cho­roby. A Chiri-Chiri była jedy­nym przed­sta­wi­cie­lem swo­jego gatunku, jakiego kie­dy­kol­wiek widzieli.

Pró­bu­jąc nie pozwo­lić, by przy­tło­czył ją nie­po­kój, Rysn zosta­wiła kulę w pobliżu pyska Chiri-Chiri i zmu­siła się, by wró­cić do łowów. Już wysłała przez łączo­trz­cinę prośbę do kogoś, kto jej zda­niem mógł pomóc Chiri-Chiri. Nic wię­cej nie mogła zro­bić, dopóki on nie odpo­wie. Dla­tego prze­su­nęła się z powro­tem wzdłuż ławy, by wró­cić do pracy. Wtedy jed­nak uświa­do­miła sobie, że zosta­wiła pióro. Zaczęła prze­su­wać się z powro­tem w jego stronę.

Nikli natych­miast zerwał się ze swo­jego miej­sca przy drzwiach i pobiegł po pióro. Nim dotarła do celu, nad­gor­liwy męż­czy­zna już poda­wał jej narzę­dzie pracy.

Rysn wes­tchnęła. Nikli był jej nowym głów­nym tra­ga­rzem, męż­czy­zną, który prze­no­sił ją mię­dzy miej­scami, kiedy potrze­bo­wała pomocy. Pocho­dził z zachod­niego Maka­baku i choć dobrze mówił po thay­leń­sku, miał pro­blemy ze zna­le­zie­niem pracy. Wyróż­niał się, bo jego twarz i ramiona pokry­wały białe tatu­aże.

Bar­dzo zale­żało mu na utrzy­ma­niu pracy, ale choć doce­niała ini­cja­tywę…

– Dzię­kuję, Nikli. – Wzięła pióro. – Ale pro­szę, zacze­kaj z udzie­la­niem pomocy, aż cię o nią popro­szę.

– Och! – Ukło­nił się. – Prze­pra­szam.

– Nic się nie stało. – Gestem pole­ciła mu wró­cić na swoje miej­sce przy drzwiach kom­naty.

Jego podej­ście nie było nie­zwy­kłe. Kiedy wyja­śniała, jak mają wyglą­dać ławy w jej gabi­ne­cie, pierw­szą reak­cją była dez­orien­ta­cja. „Ale czemu?” – spy­tał bry­ga­dzi­sta cie­śli.

Ach, być wolną od tego „ale czemu”.

Wszy­scy inni uwa­żali jej dzia­ła­nia za dziwne. Była mistrzem kup­cem, miała wła­sny sta­tek i załogę. Mogła kazać słu­żą­cym, by przy­no­sili jej wszystko, czego potrze­bo­wała. I od czasu do czasu rze­czy­wi­ście przy­da­wała jej się pomoc.

Cała kwe­stia w tym, że nie zawsze potrze­bo­wała pomocy. Sama musiała się tego nauczyć, nie miała więc pre­ten­sji do Niklego. Otrzą­snęła się z drob­nej iry­ta­cji i sku­piła znów na zada­niu, pró­bu­jąc ponow­nie odna­leźć eks­cy­ta­cję.

Miał to być jej drugi rejs jako wła­ści­cielki statku. Pierw­szy, zakoń­czony przed dwoma tygo­dniami, pole­gał na naj­zwy­klej­szym dostar­cze­niu towa­rów do celu i pozwo­lił jej się przy­zwy­czaić do załogi i nawza­jem. Poszło… nie­źle. Och, zyski były dobre, co załoga doce­niła. Od umów, które nego­cjo­wała, zale­żało ich utrzy­ma­nie.

Jed­nakże w mary­na­rzach i ich kapi­tan było coś, czego Rysn jesz­cze nie roz­gry­zła. Jakieś waha­nie w kon­tak­tach z nią. Może po pro­stu przy­zwy­cza­ili się do Vstima, a nie Rysn, a jej spo­sób bycia róż­nił się nieco od jej bab­ska. A może tęsk­nili za rej­sem, który byłby bar­dziej zaj­mu­jący, bar­dziej satys­fak­cjo­nu­jący niż taka pro­sta wycieczka.

Prze­glą­dała moż­li­wo­ści i w końcu sku­piła się na trzech róż­nych pro­po­zy­cjach. Wszyst­kie mogły się oka­zać zyskowne, ale którą wybrać? Roz­wa­żała je przez jakiś czas, po czym wypi­sała listę wad i zalet każ­dej umowy, jak ją nauczył Vstim.

W końcu roz­ma­so­wała skro­nie przy akom­pa­nia­men­cie cichego brzęku biżu­te­rii na brwiach i posta­no­wiła dać sobie kilka minut. Się­gnęła po nie­dawno otrzy­mane wia­do­mo­ści przy­słane przez łączo­trz­ciny – od kobiet z całego świata, które podob­nie jak ona utra­ciły wła­dzę w nogach.

Roz­mowy z nimi były eks­cy­tu­jące i doda­wały jej ener­gii. Miały bar­dzo podobne odczu­cia, co ona, i chęt­nie dzie­liły się z nią swo­imi odkry­ciami. Azirka Mura zapro­jek­to­wała kilka inte­re­su­ją­cych urzą­dzeń poma­ga­ją­cych w codzien­nym życiu, które świad­czyły o nie­sa­mo­wi­tej kre­atyw­no­ści. Haki i pier­ście­nie, które uła­twiały dostęp do przed­mio­tów wiszą­cych na koł­kach. Wyspe­cja­li­zo­wane obrę­cze, druty i zaokrą­glone pręty do pomocy w ubie­ra­niu.

Czy­ta­jąc ostat­nie listy, nie mogła powstrzy­mać opty­mi­zmu. Nie­gdyś czuła się tak odizo­lo­wana. Teraz uświa­da­miała sobie, że wielu ludzi – choć dziw­nie nie­wi­dzial­nych dla reszty świata – sta­wiało czoło takim samym wyzwa­niom. Ich histo­rie doda­wały jej ener­gii, a wyko­rzy­stu­jąc ich suge­stie, Rysn pole­ciła wpro­wa­dzić zmiany na statku. Zamo­co­wane na stałe krze­sło i mar­kiza na pokła­dzie rufo­wym, w pobliżu steru. Zmiany w jej kaju­cie, które uła­twiały poru­sza­nie się i ubie­ra­nie.

Kiedy sta­tek stał w por­cie, cie­śle wypeł­niali jej pole­ce­nia. Jed­nakże cią­gle patrzyli na nią nie­pew­nie. I zada­wali to kosz­marne pyta­nie.

„Ale czemu?”.

Czemu nie została u sie­bie i pozwo­liła, by jeden z pod­wład­nych pro­wa­dził oso­bi­ste nego­cja­cje? Osta­teczny kon­trakt mogła wyne­go­cjo­wać przez łączo­trz­cinę. Czemu chciała mieć miej­sce na pokła­dzie rufo­wym, zamiast pły­nąć wygod­nie w kaju­cie? Czemu pro­siła o skon­stru­owa­nie sys­temu blocz­ków, by mogła dostać się na pokład rufowy i go opu­ścić, skoro mogli ją tam wnieść tra­ga­rze?

Czemu, czemu, czemu? Czemu chcesz żyć, Rysn? Czemu chcesz popra­wić swoją sytu­ację? Prze­su­nęła wzro­kiem po rysun­kach, które przy­słała jej Mura. Był to nowy pro­jekt, wymy­ślony przez żar­liwca w Jah Keved, innego rodzaju krze­sła na kół­kach. Rysn korzy­stała z tego popu­lar­nego, z małymi kół­kami na tyl­nych nogach. Wyma­gał tra­ga­rza, który odchy­lał krze­sło do tyłu – jakby sie­działa na odwró­co­nej taczce – i popy­chał ją tam, dokąd chciała się udać. Z tego pro­jektu korzy­stano od stu­leci.

To jed­nak było coś nowego. Krze­sło z dużymi kołami, które można było poru­szać samemu za pomocą rąk. Musiała zle­cić jego wyko­na­nie. Na statku raczej zda­łoby się na nic – a ulice Thay­len były naj­pew­niej zbyt nie­równe, ze zbyt wie­loma schod­kami – ale gdyby mogła samo­dziel­nie poru­szać się mię­dzy kom­na­tami w domu, wiele by się zmie­niło.

Napi­sała odpo­wiedź dla Mury, po czym znów wró­ciła do trzech moż­li­wych rej­sów i roz­wa­żyła je. Ładu­nek oleju ryb­nego, dywa­nów lub beczek z wodą. Wszyst­kie były po pro­stu przy­ziemne. Jej sta­tek, Wędrowny żagiel, wybu­do­wano do wyż­szych celów. Oczy­wi­ście w trak­cie wojny nawet pro­ste rejsy były nie­bez­pieczne. Ale jeden z naj­lep­szych w tej dzie­dzi­nie wyszko­lił ją, by szu­kała oka­zji, z któ­rych nikt inny by nie sko­rzy­stał.

„Szu­kaj potrzeby”, powta­rzał jej Vstim. „Nie bądź pąklą, po pro­stu wysy­sa­jącą pie­nią­dze, gdzie się da, Rysn. Odnajdź nie­za­spo­ko­joną potrzebę…”.

Posta­no­wiła zacząć od nowa, ale prze­rwało jej ciche puka­nie do zewnętrz­nych drzwi. Zasko­czona pod­nio­sła wzrok – nie spo­dzie­wała się gości. Nikli spoj­rzał w jej stronę, a kiedy ski­nęła z apro­batą, wyszedł do przed­sionka, by otwo­rzyć.

Chwilę póź­niej w jej gabi­ne­cie poja­wił się uśmiech­nięty męż­czy­zna. Rysn z zasko­cze­niem upu­ściła papiery.

Reshi miał brą­zową skórę i nosił włosy zaple­cione w dwa dłu­gie war­ko­cze opa­da­jące na ramiona. Jego tra­dy­cyj­nej wią­za­nej spód­nicy towa­rzy­szyła luźna koszula z frędz­lami odsła­nia­jąca pierś. Po dwóch latach kore­spon­den­cji wie­działa, że kiedy Talik podró­żo­wał, zwy­kle wybie­rał jeden ze sta­ran­nie uszy­tych thay­leń­skich stro­jów. Tra­dy­cyjne szaty wkła­dał celowo, kiedy chciał przy­po­mnieć ludziom, skąd pocho­dzi.

Na jego widok zaparło jej dech w pier­siach. Miesz­kał tysiące mil od niej. Jak się tu zna­lazł? Pró­bo­wała zebrać myśli.

– Ach, czyli teraz, kiedy jesteś potężną wła­ści­cielką statku, nie masz mi już nic do powie­dze­nia? W takim razie pew­nie powi­nie­nem się zbie­rać… – Jed­no­cze­śnie uśmie­chał się coraz sze­rzej.

– Wejdź i usiądź. – Prze­su­nęła się wzdłuż dłu­giego stołu do dru­giego końca, gdzie leżało mniej papie­rów. Gestem zapro­siła go, żeby zajął miej­sce na krze­śle po dru­giej stro­nie. – Jakim cudem dotar­łeś tutaj tak szybko? Napi­sa­łam do cie­bie przed trzema dniami!

– Byli­śmy w Azi­mi­rze – wyja­śnił i usiadł. – Król chce się spo­tkać z Dali­na­rem Kho­li­nem i oso­bi­ście poznać tych Świe­tli­stych Ryce­rzy.

– Król opu­ścił Relu-na? – Rysn opa­dła szczęka.

– Dziwne to czasy. Skoro kosz­mary wędrują po świe­cie, a vori­no­wie jed­no­czą się pod jed­nym sztan­da­rem, i to ale­thyj­skim, naszedł czas.

– Oni… Nie zjed­no­czy­li­śmy się pod ale­thyj­skim sztan­da­rem. Jeste­śmy zjed­no­czoną koali­cją. Pozwól, że naleję ci her­baty.

Zła­pała kij do chwy­ta­nia, zacze­piła go o uszko czaj­nika i pocią­gnęła po stole w ich stronę. Talik – który był bar­dzo surowy, kiedy spo­tkali się po raz pierw­szy – pode­rwał się na równe nogi, by jej pomóc. Wziął czaj­nik i nalał płyn do dwóch kub­ków.

Była wdzięczna. A jed­no­cze­śnie sfru­stro­wana. Utrata zdol­no­ści cho­dze­nia była iry­tu­jąca – wyda­wało się, że tę emo­cję ludzie rozu­mieją. Nie­wielu poj­mo­wało jed­nak poczu­cie zaże­no­wa­nia, które ją wypeł­niało – choć wie­działa, że nie powinno – na myśl, że jest cię­ża­rem. Choć doce­niała tro­skę, z jaką odno­sili się do niej ludzie, to bar­dzo się sta­rała, by robić jak naj­wię­cej samo­dziel­nie. Kiedy ludzie przy­pad­kiem w tym prze­szka­dzali, Rysn trud­niej było igno­ro­wać tę część jej, która szep­tała kłam­stwa. Która mówiła, że ponie­waż utra­ciła spraw­ność w kilku aspek­tach, stała się cał­ko­wi­cie bez­war­to­ściowa.

Ostat­nio radziła sobie z tym coraz lepiej. Nie ota­czały jej przez cały czas wsty­do­spreny. Ale wciąż chciała zna­leźć spo­sób, by wyja­śnić, że nie jest dziec­kiem, które wyma­gało hołu­bie­nia.

– Bogo­wie dalecy i bli­scy. – Talik podał jej kubek i znów usiadł. – Trudno uwie­rzyć w to, jak szybko mija czas. Minęło… dwa lata od dnia, kiedy nas odwie­dzi­łaś? Od two­jego wypadku? Wydaje się, że zale­d­wie kilka mie­sięcy.

– A mnie się wydaje, że cała wiecz­ność.

Rysn upiła łyk her­baty i wycią­gnęła rękę w stronę Chiri-Chiri. W takiej sytu­acji skow­roń­czyk zwy­kle zbli­żał się i wąchał. Dziś jedy­nie się poru­szył i zaćwier­kał cicho.

– Powspo­mi­nać możemy póź­niej – stwier­dził Talik. – Czy mogę ją obej­rzeć?

Rysn poki­wała głową, odsta­wiła her­batę, prze­su­nęła się i wzięła skow­roń­czyka na ręce. Chiri-Chiri kilka razy zama­chała skrzy­dłami, ale zaraz się uspo­ko­iła. Rysn unio­sła ją, by Talik mógł się jej przyj­rzeć – męż­czy­zna prze­su­nął swoje krze­sło w taki spo­sób, że sie­dział obok niej.

– Poka­za­łam ją wielu medy­kom od zwie­rząt, ale byli bez­radni. Wszy­scy sądzili, że skow­roń­czyki wymarły, jeśli w ogóle o nich sły­szeli.

Talik wycią­gnął rękę i ostroż­nie dotknął czubka głowy Chiri-Chiri.

– Taka duża… – szep­nął. – Nie mia­łem poję­cia.

– Co masz na myśli? – spy­tała Rysn.

– Kiedy upa­dła Aimia, Na-Alind… jedna z rodzin wiel­ko­sko­ru­po­wych bogów Reshich… przy­jęła ostat­nie skow­roń­czyki. Wiel­ko­sko­rupy nie myślą i nie mówią tak jak ludzie, a ich zwy­czaje są dziwne. Jed­nak… na ile umiemy to oce­nić, zło­żyły obiet­nicę. Że ochro­nią je, swo­ich krew­nia­ków. Widzia­łem tylko dwa inne skow­roń­czyki. Oba żyły od dzie­się­cio­leci, ale były małe, wiel­ko­ści dłoni.

– Chiri-Chiri lubi jeść. Dużo. A w każ­dym razie lubiła…

– W sta­ro­żyt­no­ści skow­roń­czyki dora­stały do więk­szych roz­mia­rów. W dzi­siej­szych cza­sach mają pozo­stać małe. Ukryte. By ludzie nie zaczęli znów na nie polo­wać.

– Ale co mam zro­bić? Jak mam jej pomóc?

– Kiedy przed trzema dniami dosta­łem twój list, napi­sa­łem do tych na wyspie. Mał­żo­nek króla zwró­cił się do Relu-na. Odpo­wiedź jest pro­sta, Rysn, ale nie­ła­twa. Zde­cy­do­wa­nie.

– To zna­czy?

Talik spoj­rzał jej w oczy.

– Wyspa powie­działa, żeby zabrać ją do domu.

– Na wyspy Reshi? Pew­nie mogę udać się w odwie­dziny. Jak omi­nę­li­ście tereny oku­po­wane? Długą drogą od wschodu? My… – Na widok ponu­rej miny męż­czy­zny Rysn prze­rwała. – Och. Mówiąc „dom”, mia­łeś na myśli Aimię. Cóż, to nie jest nie­moż­liwe. Kró­lew­ska mary­narka ma kilka przy­czół­ków na głów­nej wyspie.

– Nie cho­dzi o główną wyspę Aimii, Rysn. Musisz zabrać ją do Aki­nah. Utra­co­nego mia­sta. – Pokrę­cił głową. – To nie­moż­liwa podróż. Od wielu poko­leń nikt nie posta­wił stopy na wyspie.

Rysn zmarsz­czyła czoło, pogła­skała Chiri-Chiri i zasta­no­wiła się. Aki­nah. Czy ostat­nio nie natra­fiła gdzieś na tę nazwę? Przy­wo­łała gestem Talika, odsta­wiła Chiri-Chiri i wró­ciła do papie­rów.

Po kilku minu­tach odna­la­zła to, czego szu­kała.

– Popatrz.

Trzy­mała papier w taki spo­sób, by męż­czy­zna mógł nachy­lić się obok niej i czy­tać. Nie prze­strze­gał voriń­skich zaka­zów w tej kwe­stii. Cóż, Rysn też nie, choć ostat­nimi czasy bez słowa sprze­ciwu nosiła ręka­wiczkę.

Przed dwoma mie­sią­cami thay­leń­ska mary­narka odna­la­zła sta­tek widmo. Urzęd­nicy powią­zali go z wyprawą do na wpół mitycz­nego mia­sta Aki­nah. Kró­lowa Uri­thiru, Navani Kho­lin, szu­kała statku, który udałby się do Aimii i zba­dał pewien rejon. Dziwny sztorm w miej­scu, gdzie podobno znaj­do­wały się ruiny Aki­nah.

Kró­lowa Navani obie­cy­wała nagrodę dla chęt­nych, ale na razie nikt nie przy­jął pro­po­zy­cji. Rysn spoj­rzała na Talika, który poki­wał głową.

Naj­wy­raź­niej Rysn musiała odwie­dzić Uri­thiru.

2

W Uri­thiru cze­kali na Rysn pan-sługa jako prze­wod­nik i czte­rech tra­ga­rzy – wysłan­nicy kró­lo­wej Navani, któ­rzy mieli poka­zać Rysn, że jest ocze­ki­wana, a jej wizyta mile widziana. Tra­ga­rze nie­śli jed­no­oso­bowy palan­kin, który posta­wili na ziemi. Przyj­rzeli się jej krze­słu z kół­kami.

– Jasność Rysn woli uży­wać wła­snego krze­sła jako środka trans­portu – ode­zwał się zza krze­sła Nikli.

Choć była to prawda, Nikli – mimo wszel­kich wysił­ków – znów popeł­nił błąd.

– Jestem zaszczy­cona takim powi­ta­niem. Nikli, oni znają Uri­thiru znacz­nie lepiej niż my. Naj­le­piej będzie, jeśli pozwo­limy, żeby mnie zanie­śli. Doce­ni­ła­bym jed­nak, gdy­byś wziął ze sobą krze­sło, na wypa­dek gdy­bym potrze­bo­wała go póź­niej.

– Oczy­wi­ście, jasno­ści. – W gło­sie męż­czy­zny zabrzmiała nuta zawsty­dze­nia.

Koniecz­ność zwró­ce­nia mu uwagi spra­wiła Rysn przy­krość, ale ci męż­czyźni uwa­żali słu­że­nie jej za swój obo­wią­zek. A ona nauczyła się, że przyj­mo­wa­nie gościn­no­ści było waż­nym ele­men­tem nego­cja­cji han­dlo­wych.

Pole­ciła Niklemu, by prze­niósł ją do palan­kinu. Kiedy zna­la­zła się w środku, zdu­siła poczu­cie nie­pew­no­ści i braku war­to­ści, które wciąż poja­wiało się za każ­dym razem, kiedy prze­no­szono ją jak worek lawi­so­wego ziarna.

Nie uża­laj się nad sobą, pomy­ślała z naci­skiem. Zuży­łaś cały swój przy­dział przed wie­loma mie­sią­cami.

Kiedy usia­dła, Nikli otwo­rzył koszyk Chiri-Chiri, by Rysn mogła pod­nieść skow­roń­czyka i umie­ścić go w środku. Mimo zda­rza­ją­cych się cza­sem pomy­łek Nikli dobrze sobie radził z prze­wi­dy­wa­niem jej potrzeb. W swoim cza­sie z pew­no­ścią się dotrą.

– Dzię­kuję, Nikli.

– Będziemy za wami, jasno­ści, gdy­by­ście cze­goś potrze­bo­wali.

Ale­thyj­scy tra­ga­rze znie­śli ją rampą Bramy Przy­sięgi. Odsu­nęła zasłony palan­kinu, by rozej­rzeć się po oko­licy. Przed Uri­thiru – potęż­nym mia­stem-wieżą, sie­dzibą Świe­tli­stych Ryce­rzy – wzno­siło się dzie­sięć pod­wyż­szeń, a każde z nich łączyło się przez Bramę Przy­sięgi z innym mia­stem świata. Ale praw­dzi­wym cudem była sama wieża – wbu­do­wana w góry, z dzie­się­cioma pozio­mami wzno­szą­cymi się w stronę słońca. Powia­dano, że miała pra­wie dwie­ście kon­dy­gna­cji. Jak to moż­liwe, że niż­sze poziomy nie zapa­dły się pod jej cię­ża­rem?

Co cie­kawe, nie wszyst­kie cuda tego mia­sta były sta­ro­żytne. Rysn roz­glą­dała się za tajem­ni­czym ale­thyj­skim pro­jek­tem, o któ­rym kie­dyś opo­wie­dział jej Vstim. Kiedy zna­la­zła się na pła­sko­wyżu, do któ­rego pro­wa­dziło dzie­sięć ramp Bram Przy­sięgi, dostrze­gła go. Pła­sko­wyż po obu stro­nach koń­czył się stro­mymi urwi­skami, gdzie inży­nie­ro­wie budo­wali dwie duże drew­niane plat­formy.

Ofi­cjal­nie miała to być ogromna winda. Wyko­rzy­stu­jąca złą­czone fabriale w nowy spo­sób, wymy­ślony przez Navani Kho­lin – kiedy jedna strona opa­dała, druga się pod­no­siła. Do Rysn – dzięki kon­tak­tom z bab­skiem, który był obec­nie thay­leń­skim mini­strem han­dlu – dotarły wyjąt­kowo inte­re­su­jące pogło­ski na temat ukry­tego celu tych plat­form.

Jeśli to, co sły­szała, było prawdą… Jeśli te fabriale rze­czy­wi­ście mogły zro­bić to, co mówiła o nich kró­lowa Navani…

Chiri-Chiri poru­szyła się w jej ramio­nach i wysta­wiła przez okno smu­kły łebek sko­ru­piaka. Wydała z sie­bie pyta­jące szczęk­nię­cie.

– Uwa­żasz to za inte­re­su­jące? – spy­tała z nadzieją Rysn.

Chiri-Chiri zaćwier­kała.

– W tej wieży jest dużo fabriali – zauwa­żyła Rysn. – Jeśli zaczniesz je zja­dać jak ostat­nio, znów będę musiała cię zamknąć. Czuj się ostrze­żona.

Nie była pewna, ile Chiri-Chiri rozu­miała. Istota z całą pew­no­ścią reago­wała na ton głosu Rysn i cza­sami odpo­wied­nio nań reago­wała – zależ­nie od tego, czy miała ochotę na psoty. Tego dnia jedy­nie znów uło­żyła się wygod­niej i usnęła. Była taka apa­tyczna. Rysn poczuła, że pęka jej serce.

By się na tym nie sku­piać, odło­żyła Chiri-Chiri na poduszkę i zaczęła robić notatki na temat tego, co widziała w Uri­thiru. Więk­szość przy­po­mi­nała jej ostat­nie odwie­dziny – przed­sta­wi­ciele wielu róż­nych naro­do­wo­ści w zatło­czo­nych kory­ta­rzach. Jej pan-sługa po dro­dze odpo­wia­dał na pyta­nia i opi­sy­wał archi­tek­turę, aż w końcu dotarli do atrium z ogrom­nym szkla­nym oknem uka­zu­ją­cym lodo­wate pust­ko­wie. Rysn nie mogła prze­stać myśleć o impli­ka­cjach tego miej­sca. Nie każ­dego dnia powsta­wało nowe kró­le­stwo, nie wspo­mi­na­jąc już o mitycz­nym mie­ście Świe­tli­stych Ryce­rzy.

Palan­kin był dość mały, by nie utknąć w kory­ta­rzach, więc zmie­ścił się wraz z tra­ga­rzami w jed­nej z cudow­nych fabria­lo­wych wind w atrium. Jechała w górę, poko­nu­jąc dzie­siątki kon­dy­gna­cji. Kiedy dotarli na szczyt, tra­ga­rze zanie­śli Rysn do nie­du­żej kom­naty, w któ­rej odby­wały się spo­tka­nia Navani Kho­lin – nie­dawno uko­ro­no­wa­nej kró­lo­wej Uri­thiru. Robiła impo­nu­jące wra­że­nie z tym swoim ale­thyj­skim wzro­stem, a siwie­jące czarne włosy upięła w skom­pli­ko­wane war­ko­cze na czubku głowy i ozdo­biła świe­cą­cymi sza­fi­rami.

Więk­szość rówie­śni­ków Rysn roz­po­czy­nała roz­mowę pyta­niem „Co mogę na tym zyskać?”, jed­nak Rysn już na początku szko­le­nia pozbyła się tej maniery. Dzięki swo­jemu bab­skowi ina­czej patrzyła na świat i nauczyła się zada­wać pyta­nie „Jaką potrzebę mogę zaspo­koić?”.

Taki był praw­dziwy cel kupca. Odna­leźć uzu­peł­nia­jące się potrzeby, a póź­niej połą­czyć je ze sobą w taki spo­sób, by wszy­scy na tym sko­rzy­stali. Sku­teczny kupiec sku­piał się nie na tym, co mógł uzy­skać od ludzi, ale co mógł zro­bić dla nich.

A wszy­scy mieli potrzeby. Nawet kró­lowe.

Tra­ga­rze opu­ścili ją na zie­mię. Rysn zosta­wiła Chiri-Chiri w palan­ki­nie, a sama zacze­kała, aż Nikli prze­nie­sie ją na krze­sło przed biur­kiem Navani. W takich sytu­acjach wybie­rała sie­dzi­ska, które dla niej przy­go­to­wano, choć jej krze­sło na kół­kach cze­kało na tyłach kom­naty.

Tra­ga­rze i prze­wod­nik wyszli, choć Nikli pozo­stał tuż przy drzwiach, by cze­kać na jej pole­ce­nia. Przy pobli­skim pul­pi­cie stała młoda kobieta, gotowa do robie­nia nota­tek ze spo­tka­nia, a drzwi pil­no­wało dwóch straż­ni­ków. Poza tym Rysn była wła­ści­wie sama pod spoj­rze­niem tej nie­wia­ry­god­nie maje­sta­tycz­nej kobiety.

Na szczę­ście Rysn nie­mal cał­ko­wi­cie pozbyła się już braku pew­no­ści sie­bie. Ina­czej uzna­łaby to za bar­dzo prze­ra­ża­jące, a nie tylko odro­binę. Navani wpa­try­wała się w nią, jakby była dia­gra­mem okrętu, i wyda­wało się, że tym prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem odczy­tuje jej duszę.

– Tak… – ode­zwała się kró­lowa po thay­leń­sku. – Przy­po­mnisz mi, kim jesteś?

– Jasno­ści? Yyy, jestem Rysn Ftori. Bah-Vstim? Przy­by­łam w odpo­wie­dzi na waszą prośbę?

– Ach, oczy­wi­ście. Sta­tek widmo.

Navani wycią­gnęła rękę, a wtedy asy­stentka pode­szła pośpiesz­nie i podała jej sto­sowne notatki. Kró­lowa wstała i spa­ce­ro­wała po kom­na­cie, czy­ta­jąc notatki, a Rysn cze­kała.

W końcu kró­lowa zatrzy­mała się, sku­piła spoj­rze­nie na krze­śle na tyłach, przy­cią­gnęła swoje krze­sło bli­żej i usia­dła przed Rysn. Był to drobny, ale cenny gest. Rysn nie prze­szka­dzało, jeśli ludzie stali w jej obec­no­ści, ale fakt, że Navani usia­dła w taki spo­sób, by ich twa­rze znaj­do­wały się na tym samym pozio­mie, świad­czył o nie­ja­kiej życz­li­wo­ści.

– Kró­lowa Fen mówi, że oso­bi­ście przyj­rza­łaś się stat­kowi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki