Rytm wojny. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 4. Część 2 - Brandon Sanderson - ebook

Rytm wojny. Seria Archiwum Burzowego Światła. Tom 4. Część 2 ebook

Brandon Sanderson

4,7

20 osób interesuje się tą książką

Opis

W opanowanym przez pieśniarzy i Stopionych Urithiru Kaladin i Navani walczą o ocalenie Rodzeństwa, sprena wieży, przed całkowitym zepsuciem. Upadek wieży, stanowiącej główny punkt przerzutowy dla wojsk koalicji monarchów, oznaczałby katastrofę i ostateczne zwycięstwo sił Odium. Aby osiągnąć swój cel, Navani decyduje się na niebezpieczną grę z Raboniel, Stopioną zwaną niegdyś nie bez powodu Panią Bólu.

Tymczasem nieświadome sytuacji w Urithiru wojska koalicji prowadzą wojnę w Emulu, Dalinar próbuje poznać głębię swoich mocy Kowala Więzi, a Jasnah umocnić swoją pozycję królowej Alethkaru. Zaś w Cieniomorzu Adolin i Shallan trafiają do fortecy honorsprenów, Nieprzemijającej Prawości, gdzie każde ma swoje niebezpieczne zadanie do wypełnienia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 986

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (418 ocen)
333
65
18
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sapphire101

Nie oderwiesz się od lektury

Nierówne tempo akcji, ale to jak zwykle Sanderson. Ciężko oderwać się od lektury!
30
miruulla

Nie oderwiesz się od lektury

cała seria doskonała10/10
20
Grzmiaca

Nie oderwiesz się od lektury

czekam na więcej 😃😃😃
20
aadrianaa

Dobrze spędzony czas

troszkę się dłużyła już...
10
ewaa66

Dobrze spędzony czas

Będę szczera, momentami dłużyła mi się ta książka. Miałam wrażenie, że skoro to druga połowa, to akcja będzie gonić akcję. Niestety tak nie było. To była bardzo skupiona na bohaterach część. Co prawda podobały mi się niektóre rzeczy, ale to nie było aż tak ekscytujące. Smutno mi to mówić, ale wcale jakoś mocno mi się nie chciało do niej wracać po odłożeniu. Oczywiście jest całkiem możliwe, że to wina leży gdzieś z mojej strony (zły nastrój, zła pogoda, zbyt długa przerwa pomiędzy tymi częściami, etc.). Najbardziej w tej części podobała mi się fabuła związana z Navani, te wszystkie naukowe rzeczy były mega. Również ścieżka, jaką przeszedł Kaladin i inne osoby z mostu czwartego bardzo mi się podobało. Oczywiście pod koniec kilka rzeczy nam się zamyka i jednocześnie od razu jest ta lista pytań, co będzie dalej. Ogólnie bardzo dobra książka, ale jednak trochę nużąca.
10

Popularność




Część trze­cia. Pie­śni o domu

CZĘŚĆ TRZE­CIA

PIE­ŚNI O DOMU

Kala­din • Navani • Dali­nar • Venli • Esho­nai • Jasnah • Rena­rin

44. Pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę

44

Pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę

Uwa­żam ten for­mat za naj­wy­god­niej­szy, tak bowiem współ­pra­co­wa­łam w prze­szło­ści. Ni­gdy nie robi­łam tego w taki spo­sób i z taką part­nerką.

Rytm Wojny, s. 1

Kala­din biegł przez ciemne kory­ta­rze Uri­thiru, z Teftem na ramio­nach, i wyda­wało mu się, że sły­szy, jak z każ­dym kro­kiem dep­cze swoje życie. Wid­mowy trzask, jakby roz­bi­ja­nego szkła.

Każdy bole­sny krok odda­lał go coraz bar­dziej od rodziny, od spo­koju. Coraz głę­biej w ciem­ność. Pod­jął decy­zję. Nie mógł zosta­wić przy­ja­ciela na łasce wro­gów. I choć w końcu wpadł na pomysł, by zdjąć zakrwa­wione buty – zawie­sił je sobie na sznu­rów­kach na szyi – wciąż czuł, jakby pozo­sta­wiał za sobą spla­mione ślady.

Na burze. Co zamie­rzał osią­gnąć sam jeden? Fak­tycz­nie sprze­ci­wił się roz­ka­zowi kró­lo­wej, by się pod­dać.

Pró­bo­wał pozbyć się takich myśli i biec dalej. Póź­niej nadej­dzie czas na roz­wa­ża­nie tego, co zro­bił. Na razie musiał odna­leźć bez­pieczną kry­jówkę. Wieża nie była już domem, ale twier­dzą wroga.

Syl śmi­gała przed nim, spraw­dza­jąc każde skrzy­żo­wa­nie tuneli. Burzowe Świa­tło doda­wało mu sił, ale oba­wiał się tego, co się sta­nie, kiedy się skoń­czy. Czy utraci siły? Czy pad­nie na zie­mię na środku kory­ta­rza?

Dla­czego przed odej­ściem nie wziął wię­cej kul od rodzi­ców albo Laral? Nawet nie pomy­ślał, żeby zabrać topór burzo­formy. Pozo­stał wła­ści­wie bez­bronny, pomi­ja­jąc skal­pel. Był zbyt przy­zwy­cza­jony do Syl jako Włóczni Odpry­sku, ale jeśli ona nie mogła się prze­obra­zić…

Nie, pomy­ślał. Żad­nych myśli. Myśli są nie­bez­pieczne. Po pro­stu się ruszaj.

Podą­żył naprzód, pole­ga­jąc na Syl, która pośpie­szyła klatką scho­dową. Naj­ła­twiej­szym spo­so­bem, by nie dać się zła­pać, było zna­le­zie­nie kry­jówki na nie­za­miesz­ka­nych kon­dy­gna­cjach, może gdzieś na dzie­sią­tym albo jede­na­stym pię­trze. Wbie­gał po dwa schodki, Świa­tło pul­su­jące w żyłach doda­wało mu sił. Jego wła­sny blask był wystar­cza­ją­cym źró­dłem świa­tła. Teft zaczął mam­ro­tać cicho, może w reak­cji na poru­sze­nia.

Dotarli na szó­ste pię­tro i ruszyli na siódme. Tam Syl popro­wa­dziła go dalej w głąb. Choć Kala­din pró­bo­wał je igno­ro­wać, cią­gle sły­szał echa swo­jej porażki. Krzyki ojca. Wła­sne łzy…

Był tak bli­sko. Tak bli­sko.

Stra­cił orien­ta­cję w nie­koń­czą­cych się tune­lach. Na pod­ło­dze nie wyma­lo­wano wska­zó­wek, więc ufał Syl. Pod­fru­nęła do skrzy­żo­wa­nia, kilka razy zato­czyła krąg i wystrze­liła w prawo. Dotrzy­my­wał jej kroku, choć z każdą chwilą coraz bar­dziej odczu­wał cię­żar Tefta.

– Daj mi chwilę – szep­nął do niej na następ­nym skrzy­żo­wa­niu, po czym oparł się o ścianę, wciąż z Teftem na ramio­nach, i wyjął z kie­szeni odła­mek.

Nie­duży topaz ema­no­wał sła­bym bla­skiem, bar­dzo potrzeb­nym, gdyż Burzowe Świa­tło, które miał w sobie, zaczy­nało się wyczer­py­wać. A nie pozo­stało mu wiele kul.

Sap­nął pod cię­ża­rem przy­ja­ciela, po czym zmu­sił się, żeby się wypro­sto­wać. Mocno trzy­mał Tefta obiema rękami, a kulę ści­skał w dwóch pal­cach. Ski­nął na Syl i ruszył za nią, zado­wo­lony, że wciąż nie zabra­kło mu sił. Mógł unieść Tefta bez Świa­tła. Mimo że kilka ostat­nich tygo­dni spę­dził jako chi­rurg, jego ciało wciąż pozo­sta­wało cia­łem żoł­nie­rza.

– Powin­ni­śmy udać się wyżej. – Syl uno­siła się obok niego jako świe­tli­sta wstęga. – Pora­dzisz sobie?

– Zapro­wadź nas co naj­mniej na dzie­wiąte pię­tro.

– Kiedy tylko natra­fimy na klatkę scho­dową. Tak naprawdę nie znam tej czę­ści wieży…

Ruszyli dalej, a on powró­cił do sta­rego, zna­jo­mego nasta­wie­nia. Cię­żar Tefta na ramio­nach nie­wiele się róż­nił od dźwi­ga­nia mostu. Spra­wiał, że Kala­din przy­po­mniał sobie tamte czasy. Bie­ga­nie z mostem. Jedze­nie potrawki.

Patrze­nie, jak jego przy­ja­ciele umie­rają… prze­ra­że­nie każ­dego dnia…

Te wspo­mnie­nia nie dawały mu pocie­sze­nia. Ale rytm kro­ków, dźwi­ga­nie cię­żaru, pano­wa­nie nad cia­łem w cza­sie prze­cią­ga­ją­cego się mar­szu… to przy­naj­mniej było zna­jome.

Podą­żył za Syl w górę kolej­nymi scho­dami, a póź­niej jesz­cze jed­nymi. Następ­nie ruszyli dłu­gim tune­lem – uło­że­nie skal­nych warstw przy­po­mi­nało tu fale na wzbu­rzo­nej sadzawce. Kala­din się nie zatrzy­my­wał.

Aż nagle coś go zanie­po­ko­iło.

Nie umiał wska­zać, co kazało mu mieć się na bacz­no­ści, ale pod wpły­wem instynktu zasło­nił kulę i usko­czył w boczne przej­ście. Wśli­zgnął się do alkowy i ukląkł, by zsu­nąć Tefta z ramion. Przy­ci­snął dłoń do ust nie­przy­tom­nego, by uci­szyć jego mam­ro­ta­nie.

Po chwili pod­fru­nęła do niego Syl. Widział ją w ciem­no­ściach, ale nie roz­świe­tlała oto­cze­nia. Wepchnął drugą rękę do kie­szeni, mocno ści­ska­jąc kulę, by swoim bla­skiem nie zdra­dziła jego obec­no­ści.

– O co cho­dzi? – spy­tała Syl.

Kala­din pokrę­cił głową. Nie wie­dział, ale nie chciał się odzy­wać. Kulił się – z nadzieją, że Teft nie zacznie mam­ro­tać ani poru­szać się zbyt gło­śno – a bicie serca odbi­jało się echem w jego uszach.

I wtedy w kory­ta­rzu, który opu­ścił, poja­wił się słaby czer­wony blask. Syl natych­miast śmi­gnęła, by ukryć swoje świa­tło za ciemną syl­wetką Kala­dina.

Blask przy­bli­żył się, uka­zu­jąc samotny rubin i parę pło­ną­cych czer­wie­nią oczu. Oświe­tlały one prze­ra­ża­jącą twarz. Była nie­mal cał­ko­wi­cie czarna, ze śla­dami czer­wo­nego mar­mur­ko­wa­nia pod oczami. Dłu­gie ciemne włosy, które wyglą­dały, jakby utkano z nich rów­nież pro­stą szatę z jed­nego kawałka tka­niny. To była istota, z którą Kala­din wal­czył w Pale­ni­sku, ta, którą zabił w pło­ną­cej kom­na­cie rezy­den­cji. Choć Sto­piony odro­dził się w nowym ciele, Kala­din roz­po­zna­wał po wzo­rach na skó­rze, że to ta sama osoba. Przy­była, by się zemścić.

Sto­piony naj­wy­raź­niej nie dostrzegł Kala­dina kry­ją­cego się w ciem­no­ści, choć na dłuż­szą chwilę zatrzy­mał się na prze­cię­ciu tuneli. Na szczę­ście ruszył dalej drogą, którą wcze­śniej podą­żał Kala­din.

Na burze… Kala­din ostat­nim razem poko­nał tego stwora bez Burzo­wego Świa­tła, ale tylko dla­tego, że wyko­rzy­stał jego aro­gan­cję. Wąt­pił, by tym razem istota dała mu się tak łatwo zabić.

Ci pie­śnia­rze w kli­nice… któ­ryś z nich wspo­mniał, że jeden ze Sto­pio­nych mnie szu­kał. Nazwali go Ści­ga­ją­cym. Ta istota… przy­była do wieży spe­cjal­nie po to, by go odna­leźć.

– Podą­żaj za nim – wyszep­tał samym ruchem warg, odwra­ca­jąc się do Syl i licząc, że go zro­zu­mie. – Ja znajdę bar­dziej odosob­nioną kry­jówkę.

Jej linia świa­tła stwo­rzyła na krótką chwilę świe­tli­sty obraz glifu kejeh, który ozna­czał „potwier­dze­nie”, i pofru­nęła za Ści­ga­ją­cym. Już nie mogła zbyt­nio odda­lić się od Kala­dina, ale przez jakiś czas mogła za nim podą­żać. Mógł mieć jedy­nie nadzieję, że zachowa ostroż­ność, bo nie­któ­rzy ze Sto­pio­nych widzieli spreny.

Kala­din znów zarzu­cił sobie Tefta na barki, po czym wyru­szył w mrok, pozwa­la­jąc sobie jedy­nie na odro­binę świa­tła. Prze­by­wa­nie w głębi wieży, tak daleko od nieba i wia­tru, zawsze miało w sobie coś przy­tła­cza­ją­cego – ale w ciem­no­ści było gor­sze. Aż za łatwo mógł sobie wyobra­zić, że zosta­nie uwię­ziony tutaj bez kul i przez wiecz­ność będzie wędro­wał w tym kamien­nym gro­bowcu.

Skrę­cił jesz­cze kilka razy, z nadzieją, że znaj­dzie kolejne schody pro­wa­dzące wyżej. Nie­stety, Teft znów zaczął mam­ro­tać. Zaci­ska­jąc zęby, Kala­din wszedł do pierw­szego pomiesz­cze­nia, które udało mu się zna­leźć – kom­naty z wąskim otwo­rem wej­ścio­wym. Tam poło­żył Tefta i pró­bo­wał stłu­mić wyda­wane przez niego odgłosy.

Po chwili do środka wpa­dła Syl, a Kala­din aż pod­sko­czył.

– On się zbliża – syk­nęła. – Poszedł tylko kawa­łek dalej nie­wła­ści­wym kory­ta­rzem, po czym przy­sta­nął, popa­trzył na zie­mię i się cof­nął. Nie sądzę, by mnie dostrzegł. Podą­ża­łam za nim dość długo, by zoba­czyć, jak zatrzy­mał się w miej­scu, gdzie jakiś czas temu się ukry­wa­łeś. Zna­lazł tam nie­wielki ślad krwi na ścia­nie. Wyprze­dzi­łam go, ale on wie, że jesteś w pobliżu.

Na burze. Kala­din spoj­rzał na swoje zakrwa­wione ubra­nie, a póź­niej na Tefta – który mam­ro­tał, mimo wszel­kich wysił­ków, by go powstrzy­mać.

– Musimy odcią­gnąć Ści­ga­ją­cego – szep­nął Kala­din. – Bądź gotowa odwró­cić jego uwagę.

Kala­din zosta­wił przy­ja­ciela w ciem­no­ści i odro­binę się wyco­fał. Zatrzy­mał się w pobliżu prze­cię­cia tuneli, ści­ska­jąc skal­pel. Nie miał żad­nego świa­tła poza Syl, kilka pozo­sta­łych kul scho­wał do czar­nej sakiewki.

Ode­tchnął głę­boko kilka razy i szep­tem wyło­żył Syl plan. Odpły­nęła dalej w głąb czar­nego kory­ta­rza, pozo­sta­wia­jąc go w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach.

Ni­gdy nie udało mu się odna­leźć czy­stej pustki umy­słu, jakiej nie­któ­rzy żoł­nie­rze podobno doświad­czali w walce. Nie był nawet pewien, czy chciałby cze­goś takiego. Zapa­no­wał jed­nak nad sobą, oddy­chał płytko i czuj­nie nasłu­chi­wał.

Swo­bodny, roz­luź­niony, ale gotowy zapło­nąć. Jak pod­pałka cze­ka­jąca na iskrę. Był gotów wcią­gnąć Burzowe Świa­tło z reszty kul, ale zamie­rzał zwle­kać z tym do ostat­niej chwili.

W kory­ta­rzu po pra­wej roz­le­gły się kroki, a na ścia­nach poja­wił się słaby czer­wony blask. Kala­din wstrzy­mał oddech i oparł się ple­cami o ścianę.

Ści­ga­jący zamarł tuż przed dotar­ciem do skrzy­żo­wa­nia i Kala­din wie­dział, że istota dostrze­gła Syl, która miała prze­fru­nąć w pew­nej odle­gło­ści. Ude­rze­nie serca póź­niej szu­ra­nie potwier­dziło, że Ści­ga­jący porzu­cił sko­rupę ciała – a czer­wona wstęga świa­tła popę­dziła za spre­nem. Odwró­ce­nie uwagi zadzia­łało. Syl go odcią­gnie.

Orien­to­wali się, że Sto­pieni nie mogli zra­nić spre­nów – dało się to zro­bić jedy­nie za pomocą Ostrza Odpry­sku. Co jed­nak rów­nież było tym­cza­sowe – można było pociąć sprena Ostrzem Odpry­sku, nawet posie­kać go na kawałki, a on w swoim cza­sie wra­cał do sie­bie w Kra­inie Umy­słu. Eks­pe­ry­menty potwier­dziły, że jedy­nym spo­so­bem, by je roz­dzie­lić, było prze­cho­wy­wa­nie roz­dzie­lo­nych połó­wek w klej­no­tach.

Kala­din dał mu dzie­sięć ude­rzeń serca, a póź­niej wyjął nie­wielką kulę jako źró­dło świa­tła i wybiegł na kory­tarz. Poświę­ciw­szy jedy­nie krót­kie spoj­rze­nie porzu­co­nemu ciału Ści­ga­ją­cego, wpadł do kom­naty, w któ­rej zosta­wił Tefta.

Zadzi­wia­jące, jak duży przy­pływ ener­gii dawało zna­le­zie­nie się tak bli­sko walki. Bez trudu zarzu­cił sobie przy­ja­ciela na ramiona i odbiegł – jakby znów napeł­niło go Burzowe Świa­tło. Wyko­rzy­stu­jąc kulę, wkrótce odna­lazł klatkę scho­dową. Chciał wbiec na wyż­szą kon­dy­gna­cję, ale słaby blask docho­dzący z góry kazał mu się zatrzy­mać.

Z góry odbi­jały się echem głosy mówiące w ryt­mach. I z dołu też, jak sobie uświa­do­mił. Porzu­cił tę klatkę scho­dową, ale dwa kory­ta­rze dalej dostrzegł odle­głe świa­tła i cie­nie. Wśli­zgnął się w boczny kory­tarz, pot spły­wał z niego stru­mie­niami, a stra­cho­spreny – jak bryły mazi – wyła­niały się z kamie­nia u jego stóp.

Znał to uczu­cie. Prze­my­ka­nie się w ciem­no­ści. Ludzie z lam­pami, poru­sza­jący się meto­dycz­nie, polu­jący na niego. Oddy­cha­jąc ciężko, pocią­gnął Tefta w inny boczny kory­tarz, lecz wkrótce zauwa­żył świa­tła rów­nież i tam.

Wróg two­rzył pętlę powoli zaci­ska­jącą się wokół jego pozy­cji. Ta wie­dza spra­wiła, że wró­ciły wspo­mnie­nia nocy, gdy zawiódł Nalmę i pozo­sta­łych. Nocy, kiedy – podob­nie jak przy wielu innych oka­zjach – on prze­żył, choć wszy­scy inni zgi­nęli. Kala­din nie był już zbie­głym nie­wol­ni­kiem, ale uczu­cie pozo­stało.

– Kala­di­nie! – Syl pod­le­ciała do niego. – Pro­wa­dzi­łam go na skraj tej kon­dy­gna­cji, ale wpa­dli­śmy na zwy­kłych żoł­nie­rzy i on zawró­cił. Chyba zro­zu­miał, że pró­bo­wa­łam odwró­cić jego uwagę.

– Jest tu kilka oddzia­łów. – Kala­din ukrył się w ciem­no­ści. – Może cała kom­pa­nia. Na burze. Ści­ga­jący musiał zabrać wszyst­kich żoł­nie­rzy wysła­nych do prze­szu­ka­nia domów na pią­tym pię­trze.

Wstrzą­snęło nim to, w jakim tem­pie zasta­wili pułapkę. Musiał przy­znać, że pew­nie wyni­kało to z faktu, iż pozwo­lił żoł­nie­rzowi uciec i powia­do­mić pozo­sta­łych.

Cóż, wąt­pił, by wróg zna­lazł czas, by przy­własz­czyć sobie jedną ze stwo­rzo­nych przez Navani map tego poziomu. Z pew­no­ścią nie umie­ścili straży w każ­dym kory­ta­rzu i na każ­dej klatce scho­do­wej. Zaci­ska­jąca się wokół niego sieć musiała mieć luki.

Zaczął szu­kać. Ruszył bocz­nym kory­ta­rzem, ale dostrzegł zbli­ża­jące się cie­nie. I w następ­nej klatce scho­do­wej też. Byli nie­ustę­pliwi i byli wszę­dzie. A on nie znał tej oko­licy lepiej od nich. Krę­cił się kory­ta­rzami, aż dotarł do śle­pego zaułka. Szybko prze­szu­kał pobli­skie kom­naty, lecz nie zna­lazł drogi ucieczki, a kiedy obej­rzał się przez ramię, usły­szał głosy. Mówili po azir­sku – i z ryt­mami.

Z rosną­cym prze­ra­że­niem odsta­wił Tefta, odli­czył kule i znów wyjął skal­pel. Racja. Musiał… zabrać broń pierw­szemu żoł­nie­rzowi, któ­rego zabije. Naj­le­piej włócz­nię. Coś dłu­giego, jeśli miał prze­trwać walkę w tych kory­ta­rzach.

Syl wylą­do­wała na jego ramie­niu i przy­brała postać mło­dej kobiety sie­dzą­cej z rękami na kola­nach.

– Będziemy musieli się prze­bić – szep­nął Kala­din. – Jest szansa, że w tę stronę poślą tylko paru żoł­nie­rzy. Zabi­jemy ich, wyśli­zgniemy się z pętli i uciek­niemy.

Poki­wała głową.

Ale to nie brzmiało jak „paru żoł­nie­rzy”. I był pewny, że sły­szał wśród nich ostrzej­szy, bar­dziej dono­śny głos. Ści­ga­jący na­dal za nim podą­żał, być może wyko­rzy­stu­jąc nie­wiel­kie ślady krwi na ścia­nach lub pod­ło­dze.

Kala­din wcią­gnął Tefta do jed­nej z kom­nat, po czym sta­nął w drzwiach i cze­kał. Nie uspo­koił się, ale był przy­go­to­wany. Trzy­mał skal­pel w taki spo­sób, by móc wbić go od góry w miej­sce mię­dzy sko­rupą a szyją. Sto­jąc tak, czuł, jak przy­tła­cza go cię­żar wszyst­kiego. Ciem­ność, na zewnątrz i w środku. Wyczer­pa­nie. Groza. Wokół poja­wiły się ponu­ro­spreny, jak poszar­pane frag­menty mate­riału, niczym pro­porce przy­mo­co­wane do ścian.

– Kala­di­nie, czy mogli­by­śmy się pod­dać? – zapy­tała cicho Syl.

– Ten Sto­piony nie przy­był tu, by wziąć mnie do nie­woli, Syl.

– Jeśli umrzesz, znów zostanę sama.

– Wyśli­zgi­wa­li­śmy się z trud­niej­szych sytu­acji… – Urwał, kiedy spoj­rzał na nią, sie­dzącą na jego ramie­niu. Wyda­wała się znacz­nie mniej­sza niż zwy­kle. Nie mógł zmu­sić się do wypo­wie­dze­nia dal­szych słów. Nie mógł kła­mać.

Świa­tło zaczęło wypeł­niać kory­tarz, zbli­żało się do niego.

Kala­din moc­niej zaci­snął palce na skal­pelu. W głębi duszy zawsze wie­dział, że do tego doj­dzie. Samotny w ciem­no­ści, oparty ple­cami o ścianę, prze­ciwko przy­tła­cza­ją­cej licz­bie wro­gów. Chwa­lebna śmierć, ale Kala­din nie chciał chwały. Już w dzie­ciń­stwie odrzu­cił to głu­pie marze­nie.

– Kala­di­nie? – ode­zwała się Syl. – Co to? Na pod­ło­dze?

W pra­wym rogu poja­wił się słaby fio­le­towy blask. Nie­mal nie­wi­doczny, nawet w ciem­no­ści. Kala­din porzu­cił sta­no­wi­sko przy drzwiach i przyj­rzał mu się. W kamie­niu bie­gła żyła gra­na­tów, a jej nie­wielka część świe­ciła. Kiedy pró­bo­wał domy­ślić się dla­czego, blask się poru­szył – prze­su­nął wzdłuż żyły krysz­tału. Kala­din podą­żył za nim do otworu wej­ścio­wego i patrzył, jak prze­śli­zguje się przez kory­tarz do pomiesz­cze­nia po dru­giej stro­nie.

Po krót­kim waha­niu scho­wał broń i znów wziął Tefta na ramiona. Wyto­czył się na kory­tarz i usły­szał, że jeden ze zbli­ża­ją­cych się wro­gów powie­dział coś po azir­sku. Brzmiał nie­pew­nie, jakby zauwa­żył jedy­nie jego cień.

Na burze. Co on wypra­wiał? Gonił wid­mowe świa­tła, jak gwiaz­do­spreny na nie­bie? W tej nie­wiel­kiej kom­na­cie świa­tło prze­śli­zgnęło się po pod­ło­dze i ścia­nie, uka­zu­jąc coś, co wyglą­dało na klej­not zanu­rzony głę­boko w kamie­niu.

– Fabrial? – ode­zwała się Syl. – Napeł­nij go!

Kala­din ode­tchnął Burzo­wym Świa­tłem i obej­rzał się przez ramię. Głosy na zewnątrz i cie­nie. Zamiast zacho­wać Burzowe Świa­tło na czas walki, wypeł­nił pole­ce­nie Syl i wepchnął Świa­tło w klej­not. Po tym została mu zawar­tość dwóch, może trzech odłam­ków. Był wła­ści­wie bez­bronny.

Ściana pękła pośrodku. Zapa­trzył się na poru­sza­jące się kamie­nie, ale na szczę­ście zro­biły to bez­gło­śnie. Roz­su­nęły się na tyle, że mógł przejść. Nio­sąc Tefta, wszedł do ukry­tego kory­ta­rza. Za jego ple­cami drzwi zasu­nęły się gładko, a świa­tło klej­notu zga­sło.

Kala­din wstrzy­mał oddech, gdy usły­szał głosy w pomiesz­cze­niu po dru­giej stro­nie, po czym przy­ci­snął ucho do ściany i nasłu­chi­wał. Nie­wiele zro­zu­miał – jakaś kłót­nia, w któ­rej chyba uczest­ni­czył Ści­ga­jący. Kala­din mar­twił się, że zauwa­żyli zamy­ka­jące się drzwi, ale nie sły­szał dra­pa­nia ani ude­rzeń. Z pew­no­ścią dostrze­gli jed­nak spreny, które przy­cią­gnął, i wie­dzieli, że jest bli­sko.

Nie mógł się zatrzy­mać. Fio­le­towe świa­tełko na pod­ło­dze zami­go­tało i poru­szyło się, więc dźwi­ga­jąc Tefta, podą­żył za nim kolej­nymi kory­ta­rzami. W końcu dotarli do ukry­tej klatki scho­do­wej, któ­rej – na szczę­ście – nikt nie pil­no­wał. Wspiął się nią na wyż­szy poziom, choć każdy krok był coraz trud­niej­szy, a po pię­tach dep­tały mu wyczer­pa­nio­spreny. Mimo wszystko szedł dalej, aż świa­tło zapro­wa­dziło go na dzie­siąte pię­tro, a póź­niej do kolej­nej ciem­nej kom­naty. Przy­tła­cza­jąca cisza świad­czyła, że dotarli do czę­ści wieży, któ­rej wróg nie prze­szu­ki­wał. Miał ochotę osu­nąć się na zie­mię, ale świa­tło pul­so­wało upo­rczy­wie na ścia­nie – a Syl zachę­ciła go, żeby na nie spoj­rzał.

Kolejny zagłę­biony klej­not, led­wie widoczny. Wyko­rzy­stał resztkę Burzo­wego Świa­tła, by go napeł­nić, i prze­śli­zgnął się przez drzwi, które się otwo­rzyły. W cał­ko­wi­tej ciem­no­ści poło­żył Tefta na ziemi i poczuł, że drzwi zamknęły się za nim.

Nie miał siły, by rozej­rzeć się po oto­cze­niu, jedy­nie osu­nął się z drże­niem na zimną kamienną pod­łogę.

I w końcu pozwo­lił sobie zasnąć.

45. Odważne serce, prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł

45

Odważne serce, prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł

Dzie­więć lat wcze­śniej

Esho­nai powie­dziano, że two­rze­nie map świata odzie­rało go z tajem­nicy. Nie­któ­rzy ze słu­cha­czy upie­rali się, że dzicz powinna pozo­stać nie­zba­dana – kra­ina spre­nów i wiel­ko­sko­ru­pów – a pró­bu­jąc zamknąć ją na papie­rze, ryzy­ko­wała, że ukrad­nie jej tajem­nice.

Uznała to za śmieszne. Dostro­iła się do Podziwu, kiedy weszła do lasu – wokół drzew pod­ska­ki­wały życio­spreny, jaskra­wo­zie­lone kulki z wysta­ją­cymi bia­łymi kol­cami. Bli­żej Strza­ska­nych Rów­nin było bar­dziej pła­sko, i tylko gdzie­nie­gdzie wyra­stały ska­ło­pąki. Tu jed­nak rośliny wzra­stały buj­nie.

Jej bli­scy czę­sto uda­wali się do lasu po drewno i grzyby, jed­nak zawsze szli dokład­nie tą samą drogą. Dzień mar­szu w górę rzeki i w głąb lasu, zbiory, powrót. Tym razem posta­no­wiła, że się roz­dzielą – co ich bar­dzo zanie­po­ko­iło. Obie­cała, że spo­tkają się w zwy­cza­jo­wym obo­zie, po prze­pro­wa­dze­niu zwiadu wzdłuż całego zewnętrz­nego skraju lasu.

Po kilku dniach wędrówki dotarła do rzeki od dru­giej strony. Teraz mogła wró­cić wzdłuż niej przez śro­dek lasu i dotrzeć do obozu rodziny. Przy­nie­sie nową mapę, poka­zu­jącą, jak duży jest las, przy­naj­mniej na jed­nym brzegu.

Ruszyła wzdłuż stru­mie­nia, dostro­jona do Rado­ści, a towa­rzy­szyły jej pły­wa­jące rze­ko­spreny. Wszy­scy tak się mar­twili, że w cza­sie burz była sama. Cóż, kil­ka­na­ście razy w życiu spę­dziła burzę na otwar­tej prze­strzeni i bez trudu to prze­trwała. A do tego mogła się schro­nić mię­dzy drze­wami.

Rodzina i przy­ja­ciele i tak się przej­mo­wali. Całe życie prze­żyli na nie­wiel­kim obsza­rze, marząc o dniach, kiedy uda im się pod­bić jedno z dzie­się­ciu sta­ro­żyt­nych miast na skraju Strza­ska­nych Rów­nin. Cóż za ogra­ni­czony cel. Dla­czego nie wyru­szyć dalej, zoba­czyć, co jesz­cze jest na świe­cie?

Ale nie. Ist­niał tylko jeden moż­liwy cel – zdo­być jedno z miast. Zna­leźć schro­nie­nie za walą­cymi się murami, igno­ru­jąc barierę, jaką sta­no­wiły lasy. Esho­nai uznała to za dowód, że natura oka­zała się sil­niej­sza od two­rów słu­cha­czy. Te lasy pew­nie ist­niały, gdy sta­ro­żytne mia­sta dopiero wybu­do­wano. Jed­nakże las wciąż roz­kwi­tał, a one popa­dły w ruinę.

Nie można było ukraść tajem­nic cze­goś tak potęż­nego, po pro­stu to bada­jąc. Można się było jedy­nie uczyć.

Usia­dła w pobliżu kamie­nia i roz­wi­nęła mapę wykre­śloną na cen­nym papie­rze. Jej matka była jedną z nie­licz­nych we wszyst­kich rodzi­nach, która znała Pieśń Wyra­bia­nia Papieru, a Esho­nai z jej pomocą udo­sko­na­liła pro­ces. Pió­rem i tuszem wykre­śliła bieg rzeki w miej­scu, gdzie wpa­dła do lasu, a póź­niej osu­szyła tusz i zwi­nęła mapę.

Choć była pewna sie­bie, dostro­jona do Zde­cy­do­wa­nia, narze­ka­nia pozo­sta­łych ostat­nio wyjąt­kowo ją męczyły.

„Wiemy, gdzie jest las i jak do niego dotrzeć. Po co okre­ślać jego wiel­kość? Co to da?”.

„Rzeka pły­nie w tę stronę. Wszy­scy wie­dzą, gdzie ją zna­leźć. Po co umiesz­czać ją na papie­rze?”.

Zbyt wielu z jej rodziny pra­gnęło uda­wać, że świat jest mniej­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści. Esho­nai była prze­ko­nana, że dla­tego wciąż sprze­czali się z innymi rodzi­nami słu­cha­czy. Gdyby świat skła­dał się jedy­nie z ziem wokół dzie­się­ciu miast, walka o tę zie­mię mia­łaby sens.

Ale ich przod­ko­wie nie wal­czyli mię­dzy sobą. Ich przod­ko­wie zwró­cili twa­rze w stronę burzy i wyma­sze­ro­wali, porzu­ca­jąc wła­snych bogów w imię wol­no­ści. Esho­nai zamie­rzała wyko­rzy­stać tę wol­ność. Zamiast sie­dzieć przy ogniu i narze­kać, zamie­rzała doświad­czyć piękna, które dawała im Pie­lę­gna­cja. I zada­wać naj­waż­niej­sze pyta­nie ze wszyst­kich.

„Co teraz odkryję?”.

Esho­nai szła dalej, oce­nia­jąc bieg rzeki. Miała wła­sne metody obli­cza­nia odle­gło­ści, a następ­nie spraw­dzała swoje dzieło, przy­glą­da­jąc się mu pod róż­nymi kątami. Rzeka pły­nęła przez wiele dni po zakoń­cze­niu burzy. Jak? Kiedy pozo­stała woda odpły­nęła lub została wypita, dla­czego ta rzeka nie prze­sta­wała pły­nąć? Gdzie miała począ­tek?

Rzeki i ich pokryte sko­rupą spreny ją fascy­no­wały. Rzeki były zna­kami, dro­go­wska­zami, dro­gami. Nie można było się zgu­bić, jeśli się wie­działo, gdzie jest rzeka. Zatrzy­mała się na obiad w pobliżu jed­nego z zakoli i odkryła rodzaj krem­lika, który był zie­lony jak drzewa. Ni­gdy wcze­śniej nie widziała takiego odcie­nia. Musiała powie­dzieć o nim Venli.

– Kra­dzież tajem­nic natury – powie­działa z Roz­draż­nie­niem. – Czymże jest tajem­nica, jeśli nie nie­spo­dzianką, którą należy odkryć?

Doja­dła ugo­to­wane na parze haspery, zga­siła ogni­sko i roz­pę­dziła ognio­spreny, po czym ruszyła dalej. Obli­czała, że dotar­cie do rodziny zaj­mie jej pół­tora dnia. A póź­niej, jeśli znów ich pozo­stawi i obej­dzie las z dru­giej strony, będzie miała jego kom­pletny obraz.

Było tyle rze­czy do zoba­cze­nia, do pozna­nia, do zro­bie­nia. A ona zamie­rzała odkryć je wszyst­kie. Zamie­rzała…

Co to było?

Zmarsz­czyła czoło i przy­sta­nęła. Nurt rzeki nie był teraz silny, następ­nego dnia pew­nie będzie led­wie ciur­kać. Ponad jej bul­go­ta­niem sły­szała docho­dzące z pew­nej odle­gło­ści okrzyki. Czy to pozo­stali wyru­szyli, by ją odna­leźć? Pośpie­szyła naprzód, dostra­ja­jąc się do Pod­eks­cy­to­wa­nia. Może nabrali chęci na odwie­dza­nie nowych miejsc.

Dopiero kiedy nie­mal dotarła do źró­dła dźwię­ków, uświa­do­miła sobie, że coś było z nimi bar­dzo nie w porządku. Brzmiały pła­sko, bez śladu ryt­mów. Jakby wyda­wali je umarli.

Po chwili wyszła zza zakrętu i ujrzała przed sobą coś o wiele cudow­niej­szego – i bar­dziej prze­ra­ża­ją­cego – niż mogła sobie wyobra­zić.

Ludzie.

***

– „…Tępo­forma strasz­liwa, myśli utra­ce­nie” – zacy­to­wała Venli. – „Spo­śród wszyst­kich naj­niż­sza, rozumu jej brak. By ją odna­leźć, nie myśl­cie o cenie. Ona was odnaj­dzie i przy­nie­sie żal”.

Ode­tchnęła głę­boko i usia­dła wygod­niej w namio­cie. Była z sie­bie dumna. Dzie­więć­dzie­siąt jeden zwro­tek, wyre­cy­to­wa­nych ide­al­nie.

Jej matka, Jaxlim, poki­wała głową, nie prze­ry­wa­jąc tka­nia.

– To była jedna z two­ich lep­szych recy­ta­cji – powie­działa z Pochwałą. – Jesz­cze tro­chę ćwi­czeń i przej­dziemy do kolej­nej pie­śni.

– Ale… wszystko wypo­wie­dzia­łam popraw­nie.

– Pomy­li­łaś siódmą zwrotkę z pięt­na­stą.

– Kolej­ność nie ma zna­cze­nia.

– Zapo­mnia­łaś też o dzie­więt­na­stej.

– Wcale nie. – Venli odli­czyła je w gło­wie. Pra­co­forma? – …Tak?

– Tak. Ale nie musisz być zawsty­dzona. Dobrze sobie radzisz.

Dobrze? Venli całe lata zapa­mię­ty­wała pie­śni, pod­czas gdy Esho­nai nie robiła wła­ści­wie nic uży­tecz­nego. Venli była lep­sza niż dobra. Była dosko­nała.

Ale… zapo­mniała o całej zwrotce? Spoj­rzała na matkę, która nuciła cicho, pra­cu­jąc przy kro­śnie.

– Dzie­więt­na­sta zwrotka nie jest aż tak ważna – stwier­dziła Venli. – Nikt nie zapo­mni, jak stać się robot­ni­kiem. I tępo­forma. Po co mamy zwrotkę na jej temat? Nikt nie wybrałby jej z wła­snej woli.

– Musimy pamię­tać o prze­szło­ści – odparła matka w Ryt­mie Straty. – Musimy pamię­tać, przez co prze­szli­śmy, żeby dotrzeć tutaj. Musimy pil­no­wać, żeby się nie zapo­mnieć.

Venli dostro­iła się do Roz­draż­nie­nia. A wtedy Jaxlim zaczęła pięk­nie śpie­wać w ryt­mach. W gło­sie jej matki było coś nie­sa­mo­wi­tego. Nie był potężny ani mocny, ale przy­po­mi­nał nóż – wąski, ostry, nie­mal płynny. Ciął samą duszę Venli i wkrótce Roz­draż­nie­nie zastą­pił Podziw.

Nie, Venli nie była dosko­nała. Jesz­cze nie. Ale jej matka tak.

Jaxlim śpie­wała dalej, a Venli patrzyła urze­czona i czuła się zawsty­dzona swo­imi wcze­śniej­szymi dąsami. Po pro­stu cza­sami było jej bar­dzo ciężko. Sie­działa tutaj, dzień po dniu, i zapa­mię­ty­wała, pod­czas gdy Esho­nai się bawiła. Obie były już pra­wie doro­słe, Esho­nai został tylko rok, a Venli nie­wiele ponad dwa. Miały być odpo­wie­dzialne.

Matka w końcu urwała po dzie­sią­tej zwrotce.

– Dzię­kuję – powie­działa Venli.

– Za to, że zaśpie­wa­łam coś, co sły­sza­łaś tysiąc razy?

– Za przy­po­mnie­nie mi, do czego mają dopro­wa­dzić moje ćwi­cze­nia. – Venli dostro­iła się do Pochwały.

Matka dostro­iła się do Rado­ści i pra­co­wała dalej. Venli pode­szła do wej­ścia do namiotu i wyj­rzała na zewnątrz, gdzie człon­ko­wie rodziny zaj­mo­wali się róż­nymi rze­czami, takimi jak rąba­nie drewna i oba­la­nie drzew. Byli rodziną Pierw­szego Rytmu i mieli szla­chetne pocho­dze­nie. Jed­nakże, choć było ich wiele tysięcy, od lat nie pano­wali nad mia­stem.

Cią­gle mówili, że wkrótce jedno z nich odzy­skają. Wypro­wa­dzą atak z lasu tuż przed burzą i odzy­skają pra­wo­witą sie­dzibę. Był to dosko­nały i godny cel, jed­nak Venli odkryła, że nie czuje satys­fak­cji, gdy patrzy na wojow­ni­ków robią­cych strzały i ostrzą­cych sta­ro­żytne meta­lowe włócz­nie. Czy do tego ogra­ni­czało się życie? Cią­głej walki o te same dzie­sięć miast?

Z pew­no­ścią było dla nich coś wię­cej. Z pew­no­ścią było coś wię­cej dla niej. Nauczyła się kochać pie­śni, ale chciała je też wyko­rzy­stać. Odna­leźć tajem­nice, które obie­cy­wały. Czy Roshar stwo­rzyłby kogoś takiego jak Venli, by następ­nie kazać jej sie­dzieć w namio­cie ze skóry i zapa­mię­ty­wać słowa, aż w końcu prze­każe je dalej i umrze?

Nie. Musiała mieć jakieś prze­zna­cze­nie. Coś wiel­kiego.

– Esho­nai myśli, że powin­ni­śmy nakre­ślić rysunki ozna­cza­jące zwrotki pie­śni – powie­działa Venli. – Stwo­rzyć sterty papie­rów zapeł­nio­nych obraz­kami, żeby­śmy nie zapo­mnieli.

– Twoja sio­stra cza­sami ma w sobie mądrość.

Venli dostro­iła się do Zdrady.

– Nie powinna na tak długo opusz­czać rodziny i samo­lub­nie mar­no­wać czasu. Powinna uczyć się pie­śni tak samo jak ja. To rów­nież jej obo­wią­zek, jako two­jej córki.

– Tak, masz rację. Ale Esho­nai ma odważne serce. Musi jedy­nie się nauczyć, że rodzina jest waż­niej­sza od poli­cze­nia wzgórz ota­cza­ją­cych obóz.

– Ja mam odważne serce!

– Ty masz prze­ni­kliwy i prze­bie­gły umysł. Podob­nie jak twoja matka. Nie lek­ce­waż wła­snych talen­tów tylko dla­tego, że zazdro­ścisz dru­giemu.

– Zazdrosz­czę? Jej?

Matka Venli nie prze­ry­wała tka­nia. Nie musiała wyko­ny­wać takiej pracy – jej pozy­cja powier­niczki pie­śni była wysoka, być może naj­waż­niej­sza w całej rodzi­nie. Jed­nakże matka zawsze sta­rała się być zajęta. Mówiła, że praca fizyczna dodaje siły jej ciału, a powta­rza­nie pie­śni jest pracą dla umy­słu.

Venli dostro­iła się do Nie­po­koju, póź­niej Pew­no­ści, i znów Nie­po­koju. Pode­szła do matki i usia­dła na zydlu obok niej. Jaxlim ema­no­wała Pew­no­ścią, nawet odda­jąc się cze­muś tak pro­stemu jak tka­nie. Skom­pli­ko­wany wzór jej skóry, skła­da­jący się z falu­ją­cych czer­wo­nych i czar­nych linii, był jed­nym z naj­pięk­niej­szych w obo­zie – jak praw­dziwy mar­mur. Esho­nai odzie­dzi­czyła kolory po matce.

Venli, rzecz jasna, była podobna do ojca – głów­nie biel i czer­wień, połą­czone we wzo­rze bar­dziej przy­po­mi­na­ją­cym zawi­jasy. Wielu twier­dziło, że nie widzi małych pla­mek czerni na jej szyi, ale ona je dostrze­gała. Połą­cze­nie wszyst­kich trzech kolo­rów było nie­wia­ry­god­nie rzad­kie.

– Matko, chyba coś odkry­łam – powie­działa z Pod­eks­cy­to­wa­niem.

– A cóż takiego?

– Znów eks­pe­ry­men­to­wa­łam z róż­nymi spre­nami. Zabie­ra­łam je na burze.

– Zosta­łaś przed tym ostrze­żona.

– Nie zaka­za­łaś mi, więc robi­łam to dalej. Czy mamy zawsze robić tylko to, co nam każą?

– Wielu mówi, że nie potrze­bu­jemy niczego poza pra­co­formą i paro­formą – powie­działa matka z Zasta­no­wie­niem. – Mówią, że poszu­ki­wa­nie innych form to robie­nie kroku w stronę form mocy.

– A co ty mówisz?

– Zawsze tak bar­dzo przej­mu­jesz się moim zda­niem. Więk­szość dzieci, kiedy osią­gnie twój wiek, zaczyna rzu­cać wyzwa­nie swoim rodzi­com lub ich igno­ro­wać.

– Więk­szość dzieci nie ma cie­bie za matkę.

– Pochleb­stwo? – spy­tała Jaxlim z Roz­ba­wie­niem.

– Nie… do końca. – Venli dostro­iła się do Rezy­gna­cji. – Matko, chcę wyko­rzy­sty­wać to, czego się nauczy­łam. Moją głowę wypeł­niają pie­śni o for­mach. Jak mogę nie czuć pra­gnie­nia, by je odkryć? Dla dobra naszego ludu.

Jaxlim w końcu prze­stała tkać. Odwró­ciła się na zydlu, zbli­żyła do Venli i zła­pała ją za ręce. Zamru­czała, po czym zanu­ciła cicho do Pochwały – czy­sta melo­dia, bez słów. Venli zamknęła oczy i pozwo­liła, by pieśń ją omyła, i wyda­wało jej się, że czuje wibra­cje skóry matki. Czuje jej duszę.

Robiła to, od kiedy pamię­tała. Pole­gała na niej i jej pie­śniach. Od kiedy ojciec odszedł, wyru­szył na poszu­ki­wa­nie wschod­niego morza.

– Jestem z cie­bie dumna, Venli. Dobrze sobie pora­dzi­łaś przez te ostat­nie lata, zapa­mię­tu­jąc, kiedy Esho­nai się pod­dała. Zachę­cam cię do dal­szej pracy nad sobą, ale pamię­taj, nie wolno ci się roz­pro­szyć. Potrze­buję cię. Potrze­bu­jemy cię.

Venli poki­wała głową, po czym zanu­ciła w tym samym ryt­mie, dostra­ja­jąc się do Pochwały w har­mo­nii z matką. Czuła w tych pal­cach miłość, cie­pło, akcep­ta­cję. I wie­działa, że cokol­wiek się sta­nie, matka nią pokie­ruje. Pod­trzyma ją. Z pie­śnią, która prze­bi­jała nawet burze.

Matka powró­ciła do tka­nia, a Venli znów zaczęła recy­to­wać. Wypo­wie­działa całość i tym razem nie prze­ga­piła zwrotki.

Kiedy skoń­czyła, cze­kała, popi­ja­jąc wodę, z nadzieją na pochwałę matki. Ale Jaxlim dała jej coś lep­szego.

– Opo­wiedz mi o tych eks­pe­ry­men­tach ze spre­nami, które prze­pro­wa­dza­łaś.

– Pró­buję odna­leźć woj­no­formę! – powie­działa Venli z Nie­cier­pli­wo­ścią. – W cza­sie burz trzy­ma­łam się w pobliżu skraju schro­nie­nia i pró­bo­wa­łam przy­cią­gnąć wła­ściwe spreny. To trudne, bo więk­szość spre­nów ucieka przede mną, kiedy wzmaga się wiatr. Jed­nak ostat­nim razem czu­łam, że jestem bli­sko. Klu­czem jest bólo­spren. One zawsze kręcą się w oko­licy w cza­sie burz. Jeśli uda mi się utrzy­mać jed­nego z nich bli­sko mnie, sądzę, że będę mogła przy­jąć formę.

Gdyby jej się to udało, byłaby pierw­szym słu­cha­czem w woj­no­for­mie od wielu poko­leń. Od czasu, gdy ludzie i pie­śnia­rze znisz­czyli się nawza­jem w ostat­niej bitwie. To było coś, co mogła dać swoim roda­kom, coś, co zosta­nie zapa­mię­tane!

– Poroz­ma­wiajmy z Piątką. – Jaxlim wstała od kro­sna.

– Zacze­kaj. – Venli wzięła ją za rękę i dostro­iła się do Napię­cia. – Zamie­rzasz prze­ka­zać im, co ci powie­dzia­łam? O woj­no­for­mie?

– Natu­ral­nie. Jeśli masz podą­żać dalej tą ścieżką, potrze­bu­jemy ich bło­go­sła­wień­stwa.

– Może powin­nam jesz­cze poćwi­czyć. Zanim komu­kol­wiek powiemy.

Jaxlim zanu­ciła z Repry­mendą.

– To przy­po­mina twoją odmowę śpie­wa­nia pie­śni publicz­nie. Oba­wiasz się, że znów nara­zisz się na porażkę, Venli.

– Nie. Oczy­wi­ście, że nie, matko. Po pro­stu sądzę, że byłoby lepiej, gdy­bym wie­działa, że to na pewno się uda. Nim wywo­łam zamie­sza­nie.

Dla­czego ktoś mógłby nie chcieć uzy­skać pew­no­ści, zanim narazi się na śmiesz­ność, kiedy mu się nie uda? To nie zna­czyło, że Venli była tchó­rzem. Zamie­rzała przy­jąć nową formę, choć nikt inny tego nie zro­bił. To było odważne. Chciała po pro­stu zapa­no­wać nad oko­licz­no­ściami i tyle.

– Chodź ze mną – powie­działa Jaxlim z Poko­jem. – Inni roz­ma­wiali na ten temat… zwró­ci­łam się do nich, kiedy spy­ta­łaś mnie poprzed­nim razem. Zasu­ge­ro­wa­łam star­szym, że uwa­żam przy­ję­cie nowych form za moż­liwe, i wie­rzę, że oni są gotowi spró­bo­wać.

– Naprawdę?

– Tak. Chodź. Doce­nią twoją ini­cja­tywę. Ona też jest wśród nas rzadka, w tej for­mie. Jest o wiele lep­sza niż tępo­forma, ale i tak wpływa na nasze umy­sły. Potrze­bu­jemy innych form, wbrew temu, co mogą twier­dzić nie­któ­rzy.

Venli poczuła, że dostraja się do Pod­eks­cy­to­wa­nia, gdy opu­ściła z matką namiot. Gdyby udało jej się uzy­skać woj­no­formę, czy to otwo­rzy­łoby jej umysł? Uczy­ni­łoby ją jesz­cze odważ­niej­szą? Uci­szyło obawy i nie­po­koje, które czę­sto czuła? Pożą­dała osią­gnięć. Pra­gnęła uczy­nić ich świat lep­szym, mniej nud­nym, bar­dziej oży­wio­nym. Chciała być tą, która popro­wa­dzi swój lud do wiel­ko­ści. Z kremu w stronę nie­bios.

Piątka zebrała się wokół ogni­ska wśród drzew i oma­wiała tak­tykę ataku w cza­sie nad­cho­dzą­cej bitwy. Co ogra­ni­czało się głów­nie do decy­do­wa­nia, jakie prze­chwałki wykrzyk­nąć i któ­rzy wojow­nicy mają jako pierwsi rzu­cić włócz­niami.

Jaxlim pode­szła do star­szych i zaśpie­wała pełną pieśń Pod­eks­cy­to­wa­nia. Rzadki występ powier­niczki pie­śni, a każda zwrotka spra­wiała, że Venli stała coraz bar­dziej wypro­sto­wana.

Po zakoń­cze­niu pie­śni Jaxlim wyja­śniła, co powie­działa jej Venli. Starsi byli rze­czy­wi­ście zain­te­re­so­wani. Uświa­da­miali sobie, że nowe formy były warte ryzyka. Pewna, że nie zosta­nie odrzu­cona, Venli wystą­piła do przodu i dostro­iła się do Zwy­cię­stwa.

Kiedy jed­nak zaczęła, coś roz­le­gło się pod mia­stem. Bębny wojenne? Piątka chwy­ciła za broń – sta­ro­żytne topory, włócz­nie i mie­cze, każdy cenny i prze­ka­zy­wany z poko­le­nia na poko­le­nie, słu­cha­cze bowiem nie mieli jak two­rzyć nowych meta­lo­wych broni.

Ale co to mogło być? Żadna inna rodzina nie zaata­ko­wa­łaby ich na pust­ko­wiu. Nie wyda­rzyło się to od poko­leń, od czasu, gdy rodzina Czy­stej Pie­śni napa­dła na rodzinę Czwar­tej Czę­ści, by ukraść im broń. Ci z Czy­stej Pie­śni zostali za ten czyn odrzu­ceni przez wszyst­kich pozo­sta­łych.

Venli została na miej­scu, gdy starsi ode­szli. Nie chciała brać udziału w potyczce – jeśli rze­czy­wi­ście o to cho­dziło. Była uczen­nicą powier­niczki pie­śni, zbyt cenną, by ryzy­ko­wać w bitwie. Miała nadzieję, że cokol­wiek to było, wkrótce się skoń­czy, a ona będzie mogła powró­cić do pła­wie­nia się w sza­cunku star­szych.

I dla­tego jako jedna z ostat­nich usły­szała o nie­wia­ry­god­nym odkry­ciu Esho­nai. Jako jedna z ostat­nich dowie­działa się, że ich świat zmie­nił się na zawsze. I jako jedna z ostat­nich odkryła, że jej wspa­niała dekla­ra­cja została cał­ko­wi­cie przy­ćmiona przez czyny lek­ko­myśl­nej sio­stry.

46. Cię­żar wieży

46

Cię­żar wieży

Pod­cho­dzę do tego tek­stu na równi z trwogą i nadzieją. I nie wiem, która z nich powinna mną kie­ro­wać.

Rytm Wojny, s. 1

Rabo­niel odmó­wiła Navani słu­żą­cych. Sto­piona naj­wy­raź­niej sądziła, że życie bez nich będzie dla niej utrud­nie­niem. Dla­tego Navani pozwo­liła sobie na odro­binę dumy, kiedy wyszła z kom­nat pierw­szego peł­nego dnia oku­pa­cji Uri­thiru. Włosy miała czy­ste i zaple­cione, pro­stą havah porząd­nie upra­so­waną, i nało­żony maki­jaż. Mycie w zim­nej wodzie nie było przy­jemne, ale fabriale nie dzia­łały, zatem nie mogłaby się spo­dzie­wać cie­płej wody nawet gdyby miała służbę.

Zapro­wa­dzono ją do biblio­teki w piw­ni­cach Uri­thiru. Rabo­niel sie­działa za biur­kiem Navani i prze­glą­dała jej notatki. Po przy­by­ciu Navani ukło­niła się sta­ran­nie, na tyle nisko, by oka­zać posłu­szeń­stwo – ale nie tak, by zasu­ge­ro­wać pod­po­rząd­ko­wa­nie.

Sto­piona odsu­nęła krze­sło do tyłu i oparła się łok­ciem o biurko, po czym przy akom­pa­nia­men­cie nuce­nia mach­nęła ręką, by odpra­wić straż­ni­ków.

– Jaką pod­ję­łaś decy­zję?

– Zor­ga­ni­zuję swoje uczone, Sta­ro­żytna, i będziemy dalej pro­wa­dzić bada­nia pod waszym nad­zo­rem.

– Mądrzej­szy wybór, ale i bar­dziej nie­bez­pieczny, Navani Kho­lin. – Rabo­niel zanu­ciła inny ton. – Nie zna­la­złam w tych notat­kach dia­gra­mów lata­ją­cej machiny.

Navani udała, że się zasta­na­wia, ale już roz­wa­żyła tę kwe­stię. Tajem­nice lata­ją­cej plat­formy nie mogły pozo­stać w ukry­ciu, zbyt wiele uczo­nych Navani je znało. Poza tym sporo z tych nowych złą­czo­nych fabriali – które pozwa­lały na ruch w pozio­mie przy zacho­wa­niu wyso­ko­ści – wyko­rzy­sty­wano już w wieży. Choć fabriale nie dzia­łały, pod­władni Rabo­niel z pew­no­ścią mogli zro­zu­mieć ich dzia­ła­nie.

Po dłu­gim wewnętrz­nym spo­rze doszła do wnio­sku, że musiała oddać tę tajem­nicę. Jej naj­więk­szą nadzieją na wydo­sta­nie się z tej sytu­acji było uda­wa­nie, że jest gotowa współ­pra­co­wać z Rabo­niel, jed­no­cze­śnie gra­jąc na czas.

– Celowo nie trzy­mam naj­waż­niej­szych dia­gra­mów ni­gdzie poza wła­sną głową – skła­mała. – Wyja­śniam swoim uczo­nym każdy ele­ment, któ­rego potrze­buję, gdy go potrze­buję. Jeśli dostanę dość czasu, mogę nary­so­wać dla was mecha­nizm spra­wia­jący, że machina działa.

Rabo­niel zanu­ciła w ryt­mie, ale Navani nie umiała oce­nić, co on ozna­cza. Sto­piona wyda­wała się jed­nak scep­tyczna, gdy wstała i gestem kazała jej usiąść. Umie­ściła trzcinę w jej dłoni i zaplo­tła ręce na piersi.

Cóż, dobrze. Navani ryso­wała szybko i spraw­nie. Stwo­rzyła sche­mat złą­czo­nego fabriala i dodała krót­kie wyja­śnie­nie, jak dzia­łał, a póź­niej naryso­wała więk­szy dia­gram całych setek umiesz­czo­nych w lata­ją­cej machi­nie.

– Tak – stwier­dziła Rabo­niel, gdy Navani nary­so­wała ostat­nie ele­menty. – Ale jak spra­wia­cie, że lata w pozio­mie? Przy wyko­rzy­sta­niu takiej kon­struk­cji z całą pew­no­ścią można unieść machinę wysoko w powie­trze… ale musia­łaby pozo­stać w tym miej­scu. Chyba nie spo­dzie­wasz się, że uwie­rzę, że macie machinę poru­sza­jącą się po ziemi w ide­al­nej koor­dy­na­cji z tą na nie­bie?

– Wie­cie wię­cej na temat fabriali, niż się spo­dzie­wa­łam, Pani Życzeń.

Rabo­niel zanu­ciła w ryt­mie.

– Szybko się uczę. – Wska­zała na notatki na biurku Navani. – W prze­szło­ści mój rodzaj miał pro­blemy ze skło­nie­niem spre­nów do obja­wie­nia się w Kra­inie Mate­rii jako urzą­dze­nia. Wygląda na to, że Pust­ko­spreny nie są natu­ral­nie tak… skłonne do poświę­ceń jak te Honoru i Pie­lę­gna­cji.

Navani zamru­gała, gdy dotarły do niej impli­ka­cje. Nagle kil­ka­na­ście luź­nych wąt­ków w jej umy­śle połą­czyło się ze sobą, two­rząc gobe­lin. Wyja­śnie­nie. To dla­tego fabriale w wieży – pompy, mecha­ni­zmy wind – nie miały klej­no­tów z uwię­zio­nymi spre­nami. Na burze… to było wyja­śnie­nie Dusz­ni­ków.

Oto­czyły ją podzi­wo­spreny jak kręgi błę­kit­nego dymu. Dusz­niki nie zawie­rały spre­nów, bo same były spre­nami. Obja­wia­ją­cymi się w Kra­inie Mate­rii jak Ostrza Odpry­sku. Po tej stro­nie spreny sta­wały się meta­lem. Jakim spo­so­bem sta­ro­żytne spreny skło­niono do obja­wie­nia się jako Dusz­niki zamiast Ostrzy?

– Widzę, że nie wie­dzia­łaś. – Rabo­niel pod­cią­gnęła sobie krze­sło. Nawet sie­dząc, była o stopę wyż­sza od Navani. Robiła tak dziwne wra­że­nie: postać okryta pan­ce­rzem, jakby przy­go­to­wu­jąca się do wyru­sze­nia na wojnę, prze­glą­da­jąca notatki. – Dziwne, że poczy­ni­li­ście tak wiel­kie postępy, o któ­rych nawet nie marzy­li­śmy w poprzed­nich epo­kach, a jed­nak zapo­mnie­li­ście o znacz­nie prost­szym spo­so­bie, z jakiego korzy­stali wasi przod­ko­wie.

– My… nie mie­li­śmy dostępu do spre­nów, które chcia­łyby z nami roz­ma­wiać. Na złote klu­cze Vev… to… nie wie­rzę, że tego nie dostrze­gli­śmy. Impli­ka­cje…

– Ruch w pozio­mie?

Navani czuła się wręcz oszo­ło­miona, gdy szki­co­wała odpo­wiedź.

– Nauczy­li­śmy się roz­dzie­lać płasz­czy­zny ruchu w złą­czo­nych fabria­lach. Trzeba wyko­rzy­stać kon­struk­cję z alu­mi­nio­wych dru­tów, umiesz­czo­nych w taki spo­sób, by doty­kały klej­notu. To pozwala klej­no­towi zacho­wać nie­zmie­nioną pozy­cję w pio­nie, a jed­no­cze­śnie poru­szać się w pozio­mie.

– Fascy­nu­jące. Ral­ka­lest… wy nazy­wa­cie go alu­mi­nium… wpływa na Zwią­zek. To cał­kiem prze­myślne. Zna­le­zie­nie wła­ści­wej kon­fi­gu­ra­cji z pew­no­ścią wyma­gało wielu testów.

– Minął ponad rok – przy­znała Navani. – Od chwili, kiedy w ogóle poja­wiła się taka teo­ria. Mamy pro­blem, że nie możemy poru­szać się jed­no­cze­śnie w pio­nie i w pozio­mie… fabriale, które uno­szą nas w górę i opusz­czają, są kapry­śne i zbli­żamy do nich alu­mi­nium dopiero po tym, jak je zablo­ku­jemy w pozy­cji.

– To nie­do­god­ność.

– Ow­szem, ale wymy­śli­li­śmy sys­tem, w któ­rym naj­pierw się zatrzy­mu­jemy, a dopiero póź­niej poru­szamy się w pozio­mie. To kło­po­tliwe, zwłasz­cza że łączo­trz­ciny bar­dzo trudno zmu­sić do dzia­ła­nia na poru­sza­ją­cych się obiek­tach.

– Wydaje się, że powi­nien ist­nieć spo­sób, by wyko­rzy­stać tę wie­dzę do stwo­rze­nia łączo­trz­cin, z któ­rych można korzy­stać w ruchu. – Rabo­niel przyj­rzała się rysun­kowi Navani.

– Też tak sądzi­łam. Wyzna­czy­łam nie­wielką grupę do zaję­cia się tą kwe­stią, ale zaprzą­tały nas głów­nie inne. Wasze bro­nie prze­ciwko Świe­tli­stym wciąż wzbu­dzają moją dez­orien­ta­cję.

Rabo­niel zanu­ciła w szyb­kim, lek­ce­wa­żą­cym ryt­mie.

– Sta­ro­żytna tech­no­lo­gia led­wie działa. Możemy wyssać Burzowe Świa­tło ze Świe­tli­stego, zga­dza się… jak długo pozo­staje w jed­nej pozy­cji prze­bity jedną z naszych broni. Ta metoda nie powstrzy­muje sprena przed zwią­za­niem się z nowym Świe­tli­stym. Ucie­szy­łoby mnie, gdyby wasze spreny dawało się łatwiej uwię­zić w klej­no­tach.

– Prze­każę tę prośbę dalej.

Rabo­niel zanu­ciła w innym ryt­mie, po czym się uśmiech­nęła. Na jej mar­mur­ko­wej twa­rzy, smu­kłej i nie­bez­piecz­nej, trudno było nie inter­pre­to­wać tego uśmie­chu jako dra­pież­nego. Jed­nakże w tej spraw­nej wymia­nie zdań było rów­nież coś kuszą­cego. Kilka minut roz­mowy i Navani poznała tajem­nice, które pró­bo­wała roz­wi­kłać przez dzie­się­cio­le­cia.

– Tak zakoń­czymy wojnę, Navani. – Rabo­niel wstała. – Dzięki infor­ma­cjom. Dzie­lo­nym.

– A to w jaki spo­sób ma zakoń­czyć wojnę?

– Poka­żemy wszyst­kim, że dzięki współ­pracy nasze życie stało się lep­sze.

– Pod wła­dzą pie­śnia­rzy.

– Oczy­wi­ście. Widać po tobie, że jesteś wni­kliwą uczoną, Navani Kho­lin. Gdy­byś mogła wie­lo­krot­nie polep­szyć życie swo­ich roda­ków, czy nie warto dla osią­gnię­cia tego celu zre­zy­gno­wać z samo­sta­no­wie­nia? Popatrz, co osią­gnę­ły­śmy w ciągu zale­d­wie kilku minut, kiedy podzie­li­ły­śmy się wie­dzą?

Podzie­li­ły­śmy się z powodu two­ich gróźb, pomy­ślała Navani, ale pil­no­wała, by wyraz twa­rzy nie zdra­dził jej prze­my­śleń. To nie była swo­bodna wymiana. Nie­ważne, co mi mówisz, Rabo­niel. Możesz wyja­wić dowolną tajem­nicę – bo jestem w two­jej mocy. Możesz mnie po pro­stu zabić, kiedy dosta­niesz wszystko, czego chcesz.

Mimo to uśmiech­nęła się do Rabo­niel.

– Chcia­ła­bym zoba­czyć swoje uczone, Pani Życzeń, zorien­to­wać się, jak są trak­to­wane, i poznać roz­miar naszych… strat.

Miała nadzieję, że w ten spo­sób zwró­ciła uwagę na jedną kwe­stię. Nie­które z jej przy­ja­ció­łek zostały zamor­do­wane. Nie zamie­rzała tak po pro­stu o tym zapo­mnieć.

Rabo­niel zanu­ciła i gestem przy­wo­łała Navani do sie­bie. To miało wyma­gać zacho­wa­nia nie­pew­nej rów­no­wagi, gdy obie będą pró­bo­wały wza­jem­nie się oszu­ki­wać. Navani musiała bar­dzo się pil­no­wać, by Rabo­niel jej nie oszu­kała. To była jej jedyna prze­waga nad uczo­nymi. Może ni­gdy nie okaże się godna, by do nich dołą­czyć, ale miała znacz­nie wię­cej doświad­cze­nia w praw­dzi­wym świe­cie poli­tyki.

Rabo­niel i Navani weszły do dru­giego pomiesz­cze­nia biblio­teki – tego, w któ­rym znaj­do­wało się wię­cej biu­rek i krze­seł. Naj­lepsi ludzie Navani – żar­liwcy i uczone – sie­dzieli na pod­ło­dze ze zwie­szo­nymi gło­wami. Wyraź­nie zmu­szono ich do spa­nia tutaj, o czym świad­czyły roz­ło­żone koce.

Kilka osób unio­sło głowy na jej widok i Navani dostrze­gła z ulgą, że Rushu i Fali­la­rowi nie stała się krzywda. Szybko prze­li­czyła obec­nych i natych­miast dostrze­gła, kogo bra­kuje. Pode­szła do Fali­lara, kuc­nęła i spy­tała:

– Neshan? Ina­bar?

– Zabite, jasno­ści – odparł cicho. – Znaj­do­wały się w sali z krysz­ta­łową kolumną, razem z obiema pod­opiecz­nymi Neshan, żar­liw­czy­nią Veva­narą i garstką pecho­wych żoł­nie­rzy.

Navani się skrzy­wiła.

– Prze­każ infor­ma­cje – szep­nęła. – Na razie współ­pra­cu­jemy z oku­pan­tem. – Pode­szła do Rushu. – Cie­szę się, że masz się dobrze.

Żar­liw­czyni – po któ­rej widać było ślady pła­czu – poki­wała głową.

– Wła­śnie tu scho­dzi­łam, żeby zgro­ma­dzić skryby do pomocy przy kata­lo­go­wa­niu tam­tej znisz­czo­nej kom­naty, kiedy… to się wyda­rzyło. Jasno­ści, czy sądzi­cie, że ist­niał jakiś zwią­zek?

W cha­osie Navani nie­mal zapo­mniała o dziw­nym wybu­chu.

– Może przy­pad­kiem zna­la­złaś wśród znisz­czeń napeł­nione kule?

A dokład­niej, taką z dziw­nym Pust­ko­wym Świa­tłem, dodała w myślach.

– Nie, jasno­ści. Sami widzie­li­ście to miej­sce. Było w ruinie. Ale zaciem­ni­łam je, żeby spraw­dzić, czy coś nie świeci, i nic nie dostrze­głam. Ani śladu Burzo­wego Świa­tła, a nawet Pust­ko­wego Świa­tła.

Jak się oba­wiała Navani. Czym­kol­wiek był wybuch, musiał być powią­zany z tą dziwną kulą – a sama kula naj­pew­niej została znisz­czona.

Navani wstała i pode­szła do Rabo­niel.

– Nie musie­li­ście zabi­jać moich uczo­nych w cza­sie ataku. Nie były dla was zagro­że­niem.

Rabo­niel zanu­ciła w szyb­kim ryt­mie.

– To ostat­nie ostrze­że­nie, Navani. Będziesz się do mnie zwra­cać, uży­wa­jąc mojego tytułu. Nie chcia­ła­bym, żeby stała ci się krzywda, ale musisz prze­strze­gać zasad obo­wią­zu­ją­cych od tysiąc­leci.

– Ja… rozu­miem, Pani Życzeń. Sądzę, że wysła­nie pozo­sta­łych przy życiu ludzi do pracy byłoby dobre dla morale. Czego od nas ocze­ku­je­cie?

– By okres przej­ściowy nie był tak trudny, niech na­dal pra­cują nad tym, co robiły przed moim przy­by­ciem.

– Wiele pra­co­wało nad fabria­lami, które już nie dzia­łają.

– W takim razie niech two­rzą dia­gramy. I opi­sują eks­pe­ry­menty, które prze­pro­wa­dzały przed oku­pa­cją. Mogę dopil­no­wać, by ich nowe teo­rie zostały prze­te­sto­wane.

Czy to zna­czyło, że ist­niał spo­sób, by uru­cho­mić fabriale w wieży?

– Jak sobie życzy­cie.

A póź­niej wzięła się do pracy nad praw­dzi­wym pro­ble­mem – zapla­no­wa­niem, jak wydo­stać ich z tego bała­ganu.

***

Kala­dina obu­dził deszcz. Zamru­gał, czu­jąc mgiełkę na twa­rzy, i ujrzał niebo roz­świe­tlone znie­ru­cho­mia­łymi bły­ska­wi­cami – które nie gasły, ale wisiały w powie­trzu na tle kłę­bią­cych się czar­nych chmur.

Przy­pa­try­wał się przez chwilę temu dziw­nemu zja­wi­sku, po czym prze­to­czył się na bok, na wpół zanu­rzony w kałuży lodo­wa­tej wody. Gdzie się zna­lazł? Czy to było Pale­ni­sko? Obozy woj­skowe? Nie… żadne z nich?

Z jękiem zmu­sił się do wsta­nia. Nie wyda­wało się, że jest ranny, ale głowa go bolała. Żad­nej broni. Bez włóczni czuł się nagi. Ude­rzał go nie­siony wia­trem deszcz, woda leciała z nieba całymi falami – i mógłby przy­siąc, że wśród desz­czu dostrze­gał zarys syl­we­tek. Jakby, spa­da­jąc, kro­ple two­rzyły kształty.

Kra­jo­braz był ciemny i suge­ro­wał odle­głe gra­nie. Kala­din ruszył przez wodę i z zasko­cze­niem stwier­dził, że nie widzi żad­nych spre­nów – nawet deszczospre­nów. Wyda­wało mu się, że dostrzega świa­tło na szczy­cie wzgó­rza, ruszył więc w górę zbo­cza, ostroż­nie, by nie pośli­zgnąć się na mokrych ska­łach. Czę­ściowo zasta­na­wiał się, dla­czego w ogóle cokol­wiek widzi. Poszar­pane, znie­ru­cho­miałe bły­ska­wice nie dawały wiele świa­tła. Czy nie prze­by­wał kie­dyś w takim miej­scu? Z wszech­obec­nym świa­tłem, ale czar­nym nie­bem?

Zatrzy­mał się i zapa­trzył na górę, a deszcz ude­rzał go w twarz. To wszystko było… nie­wła­ściwe. To nie było rze­czy­wi­ste… prawda?

Ruch.

Kala­din obró­cił się gwał­tow­nie. Z ciem­no­ści wyło­niła się niska postać, scho­dząca po zbo­czu i kie­ru­jąca się w jego stronę. Wyda­wało się, że składa się wyłącz­nie z kłę­bią­cej się sza­rej mgły bez rysów twa­rzy, choć dzier­żyła włócz­nię. Kala­din szyb­kim ruchem pochwy­cił drzewce broni, po czym prze­krę­cił je i ode­pchnął w kla­sycz­nym ruchu słu­żą­cym do roz­bro­je­nia prze­ciw­nika.

Wid­mowy napast­nik nie był zbyt dobrze wyszko­lony i Kala­din bez trudu ode­brał mu włócz­nię. Instynk­tow­nie prze­krę­cił ją i prze­bił szyję postaci. Kiedy upa­dła, dwie inne poja­wiły się jakby zni­kąd, rów­nież uzbro­jone we włócz­nie.

Kala­din zablo­ko­wał jeden cios i ode­pchnął napast­nika na bok, po czym prze­krę­cił się i prze­wró­cił dru­giego, pod­ci­na­jąc mu nogi. Dźgnął tę postać w szyję, po czym bez trudu wbił włócz­nię w brzuch dru­giej, kiedy się pod­nio­sła. Krew spły­wała po drzewcu na jego palce.

Wyrwał ostrze, gdy wid­mowa syl­wetka upa­dła na zie­mię. Dobrze było znów trzy­mać włócz­nię. Móc wal­czyć bez zmar­twień. Bez obcią­że­nia innego niż woda na mun­du­rze. Walka była kie­dyś pro­sta. Zanim…

Zanim…

Kłę­biąca się mgła opu­ściła powa­lone posta­cie i ujrzał trzech mło­dych posłań­ców w bar­wach Ama­rama, zabi­tych włócz­nią Kala­dina. Trzy ciała, w tym jego brata.

– Nie! – krzyk­nął, ochry­ple i z nie­na­wi­ścią. – Jak śmiesz mi to poka­zy­wać? To się nie wyda­rzyło w taki spo­sób! Byłem tam!

Odwró­cił się od ciał i spoj­rzał w niebo.

– Ja go nie zabi­łem! Ja tylko go zawio­dłem. Ja… ja tylko…

Poty­ka­jąc się, odszedł od mar­twych chłop­ców, upu­ścił broń i uniósł ręce do głowy. Poczuł bli­zny na czole. Wyda­wały się głęb­sze, jak roz­pa­dliny prze­ci­na­jące czaszkę.

Shash. Nie­bez­pieczny.

Nad jego głową zadud­nił grzmot i Kala­din, poty­ka­jąc się, ruszył w dół. Nie mógł pozbyć się obrazu mar­twego, zakrwa­wio­nego Tiena leżą­cego na zbo­czu. Co to była za strasz­liwa wizja?

– Oca­li­łeś nas, żeby­śmy mogli umrzeć – powie­dział ktoś w ciem­no­ści.

Znał ten głos. Kala­din obró­cił się na pię­cie, roz­chla­pu­jąc wodę, i poszu­kał jego źró­dła. Był teraz na Strza­ska­nych Rów­ni­nach. W desz­czu dostrze­gał suge­stie ludzi. Posta­cie two­rzone przez spa­da­jące kro­ple, ale jakimś spo­so­bem puste.

Posta­cie ata­ko­wały się nawza­jem i sły­szał zgiełk wojny. Krzyki, brzęk broni, kroki na ska­łach. Ota­czały go, przy­tła­czały, aż – nagle – wyło­nił się w cen­trum ogrom­nej bitwy, a zasu­ge­ro­wane kształty stały się praw­dziwe. Męż­czyźni w nie­bie­skich mun­du­rach wal­czący z innymi męż­czy­znami w nie­bie­skich mun­du­rach.

– Prze­stań­cie wal­czyć! – krzyk­nął do nich. – Zabi­ja­cie swo­ich! To wszystko nasi żoł­nie­rze!

Nie sły­szeli go. Zamiast desz­czówki pod jego sto­pami pły­nęła krew, roz­bry­zgi i fon­tanny łączyły się ze sobą, gdy włócz­nicy wspi­nali się na ciała zabi­tych, by na­dal mor­do­wać się nawza­jem. Kala­din chwy­cił jed­nego włócz­nika i ode­pchnął go od innego, po czym zła­pał trze­ciego i jego też ode­pchnął – i odkrył, że to Lopen.

– Lope­nie! Posłu­chaj mnie! Prze­stań wal­czyć!

Lopen odsło­nił zęby w prze­ra­ża­ją­cym gry­ma­sie, po czym ode­pchnął Kala­dina i rzu­cił się na kolejną postać – Skałę, który potknął się o trupa. Lopen wbił mu włócz­nię w brzuch, ale wtedy Teft zaata­ko­wał go od tyłu. Bisig zadźgał Tefta, a Kala­din nie zoba­czył już, kto powa­lił jego. Był zbyt prze­ra­żony.

W pobliżu upadł Sig­zil z raną w boku. Kala­din go zła­pał.

– Dla­czego? – Z ust Sig­zila pły­nęła krew. – Dla­czego nie pozwo­li­łeś nam spać?

– To nie jest prawda. To nie może być prawda.

– Powi­nie­neś pozwo­lić nam umrzeć na Strza­ska­nych Rów­ni­nach.

– Chcia­łem was chro­nić! Musia­łem was chro­nić!

– Prze­klą­łeś nas…

Kala­din puścił umie­ra­ją­cego i odszedł nie­pew­nym kro­kiem. Pochy­lił głowę i zaczął biec, a umysł miał zaćmiony. W głębi duszy wie­dział, że ta groza nie jest praw­dziwa, ale wciąż sły­szał krzyki. Oskar­że­nia. „Dla­czego to zro­bi­łeś?! Dla­czego nas zabi­łeś?!”.

Przy­ci­snął ręce do uszu i tak bar­dzo sku­pił się na ucieczce przed rze­zią, że pra­wie wbiegł do roz­pa­dliny. Zatrzy­mał się na jej kra­wę­dzi. Potknął się i spoj­rzał w lewo. Były tam obozy woj­skowe, w górze nie­wiel­kiego zbo­cza.

Był tu wcze­śniej. Pamię­tał to miej­sce, tę burzę, ten deszcz. Tę roz­pa­dlinę. Gdzie pra­wie umarł.

– Oca­li­łeś nas, żeby­śmy mogli cier­pieć – powie­dział ktoś.

Moash. Stał na skraju roz­pa­dliny w pobliżu Kala­dina. Męż­czy­zna odwró­cił się i Kala­din zoba­czył jego oczy – czarne jamy.

– Ludzie myślą, że byłeś dla nas miło­sierny. Ale my obaj znamy prawdę, czyż nie? Zro­bi­łeś to dla sie­bie. Nie dla nas. Gdy­byś był naprawdę miło­sierny, dał­byś nam lekką śmierć.

– Nie. Nie!

– Otchłań czeka, Kal. Pustka. Pozwala ci zro­bić wszystko, nawet zabić króla, bez żad­nego żalu. Jeden krok. Już ni­gdy wię­cej nie będziesz czuł bólu.

Moash zro­bił krok i wpadł do roz­pa­dliny. Kala­din osu­nął się na kolana na jej skraju, wokół niego padał deszcz. Z prze­ra­że­niem patrzył w dół.

I obu­dził się ze wzdry­gnię­ciem w jakimś zim­nym miej­scu. Natych­miast poczuł ból prze­szy­wa­jący stawy i mię­śnie, a każde ukłu­cie doma­gało się jego uwagi jak krzy­czące dziecko. Jęk­nął i otwo­rzył oczy, ale widział tylko ciem­ność.

Jestem w wieży, pomy­ślał, przy­po­mi­na­jąc sobie wyda­rze­nia poprzed­niego dnia. Na burze. Panują nad nią Sto­pieni. Z tru­dem udało mi się uciec.

Kosz­mary sta­wały się coraz gor­sze. Albo zawsze były paskudne, tylko ich nie pamię­tał. Leżał, oddy­chał głę­boko i pocił się, jakby z wysiłku – i przy­po­mniał sobie widok umie­ra­ją­cych przy­ja­ciół. Przy­po­mniał sobie Moasha wkra­cza­ją­cego w tę ciem­ność i zni­ka­ją­cego.

Sen miał doda­wać sił, ale Kala­din czuł się zmę­czony bar­dziej, niż kiedy osu­nął się na zie­mię. Jęk­nął, oparł się ple­cami o ścianę i zmu­sił się, by usiąść. Po czym w nagłej panice zaczął macać dookoła. W oszo­ło­mie­niu był czę­ściowo prze­ko­nany, że znaj­dzie Tefta mar­twego na pod­ło­dze.

Ode­tchnął z ulgą, kiedy odna­lazł przy­ja­ciela w pobliżu, wciąż oddy­cha­ją­cego. Nie­stety, męż­czy­zna się zmo­czył – wkrótce się odwodni, jeśli Kala­din cze­goś nie zrobi. Do tego ist­niało duże ryzyko poja­wie­nia się zgni­ło­spre­nów, jeśli go nie obmyje i nie ułoży w odpo­wied­niej pozy­cji z base­nem.

Na burze. Cię­żar tego, co zro­bił, wisiał nad nim, nie­mal rów­nie przy­tła­cza­jący jak masa wieży. Był sam, zagu­biony w ciem­no­ści, bez Burzo­wego Świa­tła i cze­go­kol­wiek do picia – nie wspo­mi­na­jąc o porząd­nej broni. Musiał się zaj­mo­wać nie tylko sobą, ale też czło­wie­kiem w śpiączce.

Co on sobie myślał? Nie uwie­rzył w kosz­mar, ale nie mógł też do końca pozbyć się jego echa. Dla­czego? Dla­czego nie umiał dać sobie spo­koju? Dla­czego musiał na­dal wal­czyć? Czy naprawdę robił to dla nich?

A może był samo­lubny? Może nie potra­fił przy­znać się do porażki?

– Syl? – spy­tał w ciem­no­ści. Kiedy mu nie odpo­wie­działa, znów zawo­łał drżą­cym gło­sem. – Syl, gdzie jesteś?!

Żad­nej odpo­wie­dzi. Poma­cał wokół pomiesz­cze­nia i zorien­to­wał się, że nie ma poję­cia, jak się wydo­stać z tego miej­sca. Uwię­ził sie­bie i Tefta w tej zbyt gęstej ciem­no­ści. Żeby umie­rali samot­nie powolną śmier­cią…

I wtedy poja­wiła się iskra świa­tła. Na szczę­ście do środka wle­ciała Syl. Nie mogła prze­ni­kać przez ściany – Świe­tli­ste spreny były na tyle realne w Kra­inie Mate­rii, że więk­szość sub­stan­cji je zatrzy­my­wała. Wyglą­dało to tak, jakby wyło­niła się z cze­goś w rodzaju otworu wen­ty­la­cyj­nego wysoko na ścia­nie.

Jej przy­by­cie przy­wró­ciło mu tro­chę zdro­wych zmy­słów. Ode­tchnął z drże­niem, gdy sfru­nęła i wylą­do­wała na jego wycią­gnię­tej dłoni.

– Zna­la­złam drogę wyj­ścia. – Przy­brała postać żoł­nie­rza w mun­du­rze zwia­dowcy. – Ale wąt­pię, żeby tobie udało się prze­ci­snąć. Nawet dziecku byłoby cia­sno. Rozej­rza­łam się jed­nak dookoła, choć nie mogłam się zbyt­nio odda­lić. Na wielu klat­kach scho­do­wych roz­miesz­czono straż­ni­ków, ale chyba cię nie szu­kają. Te kon­dy­gna­cje są duże i pew­nie uświa­do­mili sobie, że odna­le­zie­nie tu jed­nego czło­wieka jest wła­ści­wie nie­moż­liwe.

– Sądzę, że to dobre wie­ści. Masz jakieś poję­cie, czym było to świa­tło, które mnie tu zapro­wa­dziło?

– Ja… mam pewną teo­rię. Dawno temu, zanim doszło do kon­fliktu mię­dzy spre­nami a ludźmi, Kowa­lów Więzi było troje. Jedno dla Ojca Burz. Jedno dla Straż­niczki Nocy. I jesz­cze jedno. Dla sprena zwa­nego Rodzeń­stwem. Sprena, który pozo­stał w tej wieży, w ukry­ciu, i nie poka­zy­wał się ludziom. Podobno Rodzeń­stwo umarło dawno temu.

– Hm. – Kala­din poma­cał drzwi, które wcze­śniej otwo­rzyły się, żeby go wpu­ścić. – Jakie ono było?

– Nie wiem. – Syl prze­nio­sła się na jego ramię. – Roz­ma­wia­li­śmy o tym z jasno­ścią Navani, odpo­wia­da­jąc na jej pyta­nia, i inne Świe­tli­ste spreny nie wie­dzą nic poza tym, co już ci powie­dzia­łam. Pamię­taj, wiele spre­nów, które pamię­tały dawne czasy, umarło… a Rodzeń­stwo zawsze było tajem­ni­cze. Nie wiem, jakim rodza­jem sprena było ani dla­czego mogło stwo­rzyć Kowala Więzi. Jeśli jed­nak żyje, nie wiem, dla­czego tak wiele rze­czy w wieży nie działa.

– Cóż, ta ściana zadzia­łała.

Kala­din odna­lazł klej­not w ścia­nie. Był teraz ciemny, ale po tej stro­nie wysta­wał znacz­nie bar­dziej. Po dru­giej mógłby łatwo go prze­ga­pić. Jak wiele innych kom­nat miało takie klej­noty w ścia­nach, skry­wa­jące nie­wi­doczne drzwi?

Dotknął klej­notu. Mimo że nie miał już Burzo­wego Świa­tła, w jego głębi poja­wił się blask. Białe świa­tełko, które migo­tało jak gwiazda. Roz­ro­sło się w nie­wielki wybuch Burzo­wego Świa­tła i drzwi znów otwo­rzyły się bez­gło­śnie.

Kala­din ode­tchnął głę­boko i poczuł, jak opusz­cza go część prze­ra­że­nia. Nie umrze w ciem­no­ści. Kiedy klej­not został napeł­niony, dzia­łał jak każdy inny fabrial i nie prze­sta­wał funk­cjo­no­wać do czasu wyczer­pa­nia Burzo­wego Świa­tła.

Spoj­rzał na Syl.

– Myślisz, że uda­łoby ci się zna­leźć drogę powrotną do Tefta, gdy­by­śmy wyszli i ruszyli na zwiad?

– Sądzę, że uda mi się zapa­mię­tać naszą drogę.

– Dosko­nale. Bo potrze­bu­jemy zapa­sów.

Nie mógł sobie jesz­cze pozwo­lić na myśle­nie w dal­szej per­spek­ty­wie. Te znie­chę­ca­jące pyta­nia – co miał zro­bić z wieżą, dzie­siąt­kami Świe­tli­stych w nie­woli u wroga, rodziną – musiały zacze­kać. Naj­pierw potrze­bo­wał wody, żyw­no­ści, Burzo­wego Świa­tła i – co naj­waż­niej­sze – lep­szej broni.

47. Klatka stwo­rzona z duchów

47

Klatka stwo­rzona z duchów

Pod­cho­dzę do tego pro­jektu z nowym natchnie­niem – powinny się liczyć jedy­nie odpo­wie­dzi.

Rytm Wojny, s. 1, pod­tekst

Drewno pod­sko­czyło pod sto­pami Dali­nara, który zła­pał za barierkę, by nie utra­cić rów­no­wagi.

– Nie­biań­scy! – krzyk­nął. – Pró­bują dostać się do obu­dowy fabriali!

Dwie postaci w nie­bie­skich mun­du­rach zesko­czyły z pobli­skiego pokładu, wybu­cha­jąc bla­skiem, ale plat­forma na­dal się koły­sała. Dwoje sobie z tym nie pora­dzi. Na burze, gdzie są…?

Sig­zil opadł z nieba ze swoją dzie­siątką Wia­tro­wych i zaata­ko­wał od spodu lata­ją­cej plat­formy. Nie była to praw­dziwa lata­jąca machina jak Czwarty most, ale te plat­formy zapew­niały dosko­nały widok na pole bitwy. O ile nie zostały zaata­ko­wane.

Dali­nar wciąż ści­skał barierkę. Posłał spoj­rze­nie Norce, który był przy­wią­zany do niego liną. Niż­szy męż­czy­zna kur­czowo trzy­mał się balu­strady i szcze­rzył zęby jak sza­le­niec. Na szczę­ście plat­forma wkrótce prze­stała pod­ska­ki­wać, a Nie­biań­scy się roz­pro­szyli – podą­żyły za nimi posta­cie w nie­bie­skich mun­du­rach i z włócz­niami.

Mniej Istot z Nie­bios, niż się spo­dzie­wa­łem, zauwa­żył w myślach Dali­nar, kiedy wiatr szar­pał jego włosy. Dostrzegł zale­d­wie czworo lata­ją­cych Sto­pio­nych, któ­rzy z góry obser­wo­wali pole bitwy i od czasu do czasu wyda­wali pole­ce­nia woj­skom na ziemi. Nie brali udziału w walce. W tej bitwie liczą na Nie­biań­skich. Może więk­szość Istot z Nie­bios prze­by­wała z głów­nymi siłami wroga, sta­cjo­nu­ją­cymi w odle­gło­ści kilku dni mar­szu.

Norka wychy­lił się poza plat­formę, pró­bu­jąc spoj­rzeć bez­po­śred­nio pod nią, gdzie trwało zwar­cie Świe­tli­stych. Nie wyda­wało się, by trzy­sta jar­dów dzie­lą­cych go od ziemi wzbu­dzało jego nie­po­kój. Jak na czło­wieka, który cier­piał na taką para­noję, z pew­no­ścią cza­sami pod­cho­dził non­sza­lancko do kwe­stii wła­snego bez­pie­czeń­stwa.

Poni­żej żoł­nie­rze na linii frontu wciąż pozo­sta­wali w szyku. Oddziały Dali­nara, wsparte przez Azir­czy­ków, wal­czyły prze­ciwko zdra­dziec­kim żoł­nie­rzom Tara­van­giana, któ­rzy pró­bo­wali prze­bić się przez nich, by ura­to­wać swo­jego króla. Vedeń­czy­kom towa­rzy­szyła nie­wielka liczba Sto­pio­nych wraz z oddzia­łami pie­śnia­rzy – siły na tyle nie­wiel­kie, że mogły zbli­żyć się nie­po­strze­że­nie jesz­cze przed zdradą.

Na plat­for­mie Dali­nara około pięć­dzie­się­ciu łucz­ni­ków znów sta­nęło w szyku po cha­osie, jaki wywo­łał w nich nagły atak Nie­biań­skich. Już po chwili zasy­py­wali Vedeń­czy­ków strza­łami.

– Tamci wkrótce się zła­mią – powie­dział cicho Norka, wpa­tru­jąc się w pole bitwy. – Ich szyk się chwieje. Ci Azir­czycy dobrze wal­czą. Lepiej, niż się spo­dzie­wa­łem.

– Są bar­dzo zdy­scy­pli­no­wani. Po pro­stu należy nimi wła­ści­wie pokie­ro­wać.

Poje­dyn­czy azir­ski żoł­nierz nie mógł dorów­nać Ale­thyj­czy­kowi, ale Dali­nar przez ostatni rok widział ich dys­cy­plinę i cie­szył się, że nie musiał ni­gdy sta­wiać czoła ich pie­cho­cie na polu bitwy. Potężne oddziały azir­skich piki­nie­rów były mniej mobilne niż ich ale­thyj­skie odpo­wied­niki, ale za to nie­na­gan­nie sko­or­dy­no­wane.

Sta­no­wili dosko­nały doda­tek do ale­thyj­skiego woj­ska, które było o wiele bar­dziej ela­styczne i skła­dały się na nie róż­no­rodne wyspe­cja­li­zo­wane oddziały. Wyko­rzy­stu­jąc azir­skie jed­nostki jako kliny i ale­thyj­ską tak­tykę, mogli sta­wić czoło wro­gowi, mimo jego natu­ral­nej prze­wagi w postaci pan­ce­rza ze sko­rupy i moc­niej­szej budowy ciała.

A vedeń­scy zdrajcy? Norka miał rację. Sze­regi wroga zaczy­nały chwiać się i rwać. Nie mieli kawa­le­rii, a Norka wydał przy­ci­szo­nym gło­sem roz­kaz jed­nej ze skryb, która go prze­ka­zała. Dali­nar domy­ślił się – słusz­nie – że pole­cił, by lekka pie­chota nękała lewą flankę. Ostrze­li­wali tyły Vedeń­czy­ków, wywie­ra­jąc jesz­cze więk­szą pre­sję na chwie­jące się sze­regi.

– Muszę przy­znać, że to dosko­nały spo­sób na obser­wa­cję pola bitwy – powie­dział Norka do Dali­nara, gdy za ich ple­cami roz­le­gał się brzęk cię­ciw.

– A mar­twi­łeś się, że nie ma drogi ucieczki.

Norka spoj­rzał w dół.

– Raczej mar­twi­łem się, że wszyst­kie drogi ucieczki pechowo skoń­czy­łyby się zde­rze­niem z zie­mią. Na­dal nie wiem, czy umiesz­cze­nie nas obu w tym miej­scu jest roz­sądne. Wydaje mi się, że powin­ni­śmy prze­by­wać na osob­nych plat­for­mach, dzięki czemu, gdyby jeden z nas zgi­nął, drugi mógłby na­dal dowo­dzić.

– Źle mnie zro­zu­mia­łeś, Dieno. – Dali­nar pocią­gnął za sznur, który ich łączył. – Moim zada­niem w tej bitwie nie jest dowo­dze­nie, gdy­byś został zabity. Jest nim wydo­sta­nie cię, nim zosta­niesz zabity.

Po dru­giej stro­nie, w Cie­nio­mo­rzu, cze­kała jedna z łodzi Jasnah. W nagłym wypadku Dali­nar mógłby prze­cią­gnąć sie­bie i Norkę przez pro­sto­pa­dłość. Spa­dliby z pew­nej wyso­ko­ści – ale nie aż tak dużej jak po tej stro­nie – do wyło­żo­nego mięk­kimi podusz­kami statku zaprzę­żo­nego w man­dry.

Norce, co nie było zaska­ku­jące, ta droga ucieczki się nie podo­bała. Nie mógł jej kon­tro­lo­wać. Jeśli Dali­nar miał być szczery, on sam rów­nież nie czuł się w pełni swo­bod­nie – jesz­cze nie do końca ufał swoim mocom. Nie pano­wał nad nimi w pełni.

Otwo­rzył pro­sto­pa­dłość, gdy Wia­trowi zbli­żyli się po nowe Burzowe Świa­tło. Udało mu się uchy­lić ją jedy­nie odro­binę, dzięki czemu odno­wił tych w pobliżu, ale unie­moż­li­wił sko­rzy­sta­nie Nie­biań­skim. Wyco­fali się – Nie­biań­scy nie mogli dorów­nać Wia­tro­wym, któ­rzy byli bez­u­stan­nie odna­wiani, i zwy­kle roz­miesz­czano ich na polach bitwy, na któ­rych Dali­nar nie był obecny.

Kiedy Norka przy­jął raport o stra­tach – które, nie­stety, obej­mo­wały dwoje gierm­ków Wia­tro­wych – do Dali­nara pode­szła młoda skryba z pli­kiem papie­rów i łączo­trz­ciną.

– Wie­ści z Uri­thiru, oświe­cony. Chcie­li­ście się dowie­dzieć, kiedy tylko przyjdą jakieś wia­do­mo­ści, i oto je mamy.

Dali­nar poczuł, że z bar­ków spada mu ogromny cię­żar.

– W końcu! Co się dzieje?

– Pro­blem z fabria­lami wieży – poin­for­mo­wała skryba. – Jasność Navani mówi, że uru­cho­miła się jakaś dziwna obronna aura, która unie­moż­li­wia Świe­tli­stym korzy­sta­nie z mocy. Wpływa rów­nież na fabriale. Musiała wysłać oddział zwia­dow­ców wzdłuż grani w góry, aż udało im się dostar­czyć jej wia­do­mość.

– Wszy­scy są bez­pieczni, a ona pra­cuje nad roz­wią­za­niem pro­blemu. Jed­nak dla­tego prze­stały dzia­łać Bramy Przy­sięgi. Prosi cię o cier­pli­wość i pyta, czy tutaj wyda­rzyło się coś dziw­nego.

– Powiedz jej o zdra­dzie Tara­van­giana, ale poin­for­muj, że jestem bez­pieczny, podob­nie jak reszta rodziny. Wal­czymy prze­ciwko zdraj­com i wkrótce powin­ni­śmy zwy­cię­żyć.

Poki­wała głową i poszła wysłać wia­do­mość. Norka pod­szedł bli­żej – albo pod­słu­chał skrybę, albo dostał podobny raport.

– Pró­bują nas zdez­o­rien­to­wać i odwró­cić naszą uwagę w cza­sie zdrady. Nakła­dają na sie­bie ataki na róż­nych fron­tach.

– Kolejna próba unie­ru­cho­mie­nia Bram Przy­sięgi – zgo­dził się Dali­nar. – To urzą­dze­nie, które wyko­rzy­stali prze­ciwko arcy­mar­szał­kowi Kala­di­nowi, musiało być testem. Na jakiś czas unie­ru­cho­mili Uri­thiru, żeby nas odizo­lo­wać.

Norka wychy­lił się na zewnątrz i wpa­trzył w armie poni­żej.

– Coś mi tu śmier­dzi, Czarny Cier­niu. Gdyby to był jedy­nie pod­stęp, żeby odizo­lo­wać walki w Azi­rze i Emulu, popeł­ni­liby błąd tak­tyczny. Ich oddziały na tych tere­nach są odsło­nięte, a my mamy prze­wagę. Nie zada­liby sobie tyle trudu, by odciąć nas od Bram Przy­sięgi, gdyby rze­czy­wi­ście nie odci­nali nam drogi ucieczki. A nie o to cho­dzi, bo nie będziemy jej potrze­bo­wać.

– Myślisz, że to ma odwró­cić naszą uwagę od cze­goś innego?

Norka powoli poki­wał głową. Daleko poni­żej kawa­le­ria znów przy­pu­ściła atak. Sze­regi zdraj­ców zachwiały się jesz­cze bar­dziej.

– Powiem pozo­sta­łym, żeby uwa­żali, i wyślę zwia­dow­ców, by spraw­dzili, co się dzieje w Uri­thiru. Zga­dzam się, coś tu jest nie w porządku.

– Upew­nij się, że armie, prze­ciwko któ­rym mamy wal­czyć w Emulu, nie dostały w tajem­nicy wspar­cia. To byłby kosz­mar… jedyną praw­dziwą kata­strofą, jaką mogę sobie wyobra­zić, jest oblę­że­nie Azi­miru bez moż­li­wo­ści zapew­nie­nia wspar­cia i dostar­cze­nia zapa­sów przez Bramę Przy­sięgi. Odwie­dziw­szy to mia­sto, naprawdę nie chciał­bym zostać w nim uwię­ziony.

– Zgoda.

Norka wychy­lił się jesz­cze bar­dziej, ryzy­kow­nie, i wpa­try­wał w pole bitwy. Nie­wiele było sły­chać – stłu­mione brzęki, odle­głe krzyki. Ludzie poru­szali się jak życio­spreny.

Ale Dali­nar wyczu­wał woń potu. Sły­szał ryki. Czuł, jak sam stoi wśród wal­czą­cych, krzy­czą­cych, umie­ra­ją­cych ciał i domi­nuje z Ostrzem w dłoni. Kiedy raz posma­ko­wało się kro­cze­nia w Pan­ce­rzu wśród śmier­tel­ni­ków, z poczu­ciem, że jest się wła­ści­wie nie­zwy­cię­żo­nym, było to… trudne do zapo­mnie­nia.

Norka spoj­rzał na niego z ukosa.

– Tęsk­nisz za tym.

– Tak.

– Przy­dał­byś im się na ziemi.

– Tam, na dole, był­bym tylko jesz­cze jed­nym mie­czem. Na innych pozy­cjach mogę zro­bić wię­cej.

– Nie obraź się, Czarny Cier­niu, ale ni­gdy nie byłeś tylko jesz­cze jed­nym mie­czem. – Norka zało­żył ręce na piersi i oparł się o balu­stradę. – Cią­gle powta­rzasz, że gdzie indziej był­byś bar­dziej uży­teczny, i przy­pusz­czam, że fak­tycz­nie two­rzysz cał­kiem nie­złą burzę do odna­wia­nia kul. Ale wyczu­wam, że się wyco­fu­jesz. Jakie masz plany?

Oto było pyta­nie. Wyczu­wał, że ma do zro­bie­nia o wiele wię­cej. Więk­sze rze­czy. Ważne rze­czy. Zada­nia Kowala Więzi. Ale dotar­cie do nich, zro­zu­mie­nie ich…

– Ich szyk się zała­mał. – Norka się wypro­sto­wał. – Chcesz ich puścić czy przy­szpi­lić i zmiaż­dżyć?

– A ty jak sądzisz?

– Nie­na­wi­dzę wal­czyć prze­ciwko ludziom, któ­rzy czują, że nie mają wyj­ścia.

– Nie możemy pozwo­lić, by wzmoc­nili siły wroga na połu­dniu. – To miało być ich praw­dziwe pole walki, po zakoń­cze­niu tej potyczki. Wojna o Emul. – Naci­skaj­cie na nich, aż się pod­da­dzą.

Norka zaczął wyda­wać roz­kazy. Na dole zadud­niły bębny – gorącz­kowe próby dowód­ców wroga, by utrzy­mać dys­cy­plinę, gdy szyk zaczął się roz­pa­dać. Nie­mal sły­szał ich pod­bar­wione paniką okrzyki. Despe­ra­cję w powie­trzu.

Norka ma rację, pomy­ślał Dali­nar. Wło­żyli wiele wysiłku, by zaata­ko­wać nas tutaj – ale coś jest nie w porządku. Nie znamy frag­mentu pla­nów wroga.

Kiedy tak patrzył, pod­szedł do niego niczym się nie­wy­róż­nia­jący żoł­nierz. Dali­nar zabrał ze sobą tylko garstkę straż­ni­ków – trzech męż­czyzn z Kobal­to­wej Gwar­dii i jedną Odpry­skową. Rogo­żer­czy­nię Sznur, która posta­no­wiła dołą­czyć do jego oso­bi­stej straży z powo­dów nie do końca dla niego jasnych.

Miał rów­nież ukrytą broń – męż­czy­znę, który stał obok niego i wyglą­dał tak zwy­czaj­nie w ale­thyj­skim mun­du­rze, choć wiszący u jego pasa miecz był dłuż­szy niż regu­la­mi­nowy. Szeth, Skry­to­bójca w Bieli, noszący fał­szywą twarz. Nie odzy­wał się, choć osła­nia­jące go skom­pli­ko­wane Tka­nie Świa­tła znie­kształ­ci­łoby jego głos. Po pro­stu patrzył, mru­żąc oczy. Co widział na tym polu bitwy? Co zwró­ciło jego uwagę?

Szeth nagle zła­pał Dali­nara za mun­dur i odcią­gnął na bok. Dali­nar led­wie zdą­żył krzyk­nąć z zasko­cze­niem, gdy obok plat­formy dla łucz­ni­ków poja­wiła się świe­tli­sta postać, ema­nu­jąca Burzo­wym Świa­tłem i dzier­żąca sre­brzy­ste Ostrze. Szeth sta­nął mię­dzy swoim dowódcą i Nie­biań­skim, uno­sząc dłoń do ręko­je­ści mie­cza. Ale Dali­nar zła­pał go za ramię, nie pozwa­la­jąc mu dobyć broni. Kiedy ta klinga opusz­czała pochwę, działy się nie­bez­pieczne rze­czy. Chcieli mieć cał­ko­witą pew­ność, że była konieczna, zanim ją uwol­nili.

Dali­nar roz­po­zna­wał tę postać. Ciem­no­brą­zowa skóra i zna­mię na policzku. Nalan – zwany Nale. Herold i przy­wódca Nie­biań­skich. Nie­dawno ogo­lił głowę, a gdy zwró­cił się do Dali­nara, trzy­mał Ostrze w dum­nej – być może wyzy­wa­ją­cej – posta­wie.

– Kowalu Więzi, twoja wojna jest nie­spra­wie­dliwa. Musisz pod­dać się pra­wom…

W sam śro­dek jego twa­rzy wbiła się strzała, prze­ry­wa­jąc mu. Dali­nar obej­rzał się i powstrzy­mał Sznur, która ponow­nie nacią­gała Łuk Odpry­sku.

– Zacze­kaj. Chcę go wysłu­chać.

Nale zro­bił zbo­lałą minę, wycią­gnął strzałę i upu­ścił ją, pozwa­la­jąc, by Burzowe Świa­tło go uzdro­wiło. Czy tego męż­czy­znę dało się zabić? Ash powie­działa, że wróg jakimś spo­so­bem zabił Jezriena – ale wcze­śniej, kiedy Herol­do­wie umie­rali, ich dusze powra­cały do Potę­pie­nia, by ocze­ki­wać na tor­tury.

Nale nie cią­gnął prze­mowy. Lek­kim kro­kiem wstą­pił na balu­stradę, po czym opadł na pokład. Odrzu­cił Ostrze, pozwa­la­jąc, by roz­pły­nęło się w mgiełkę.

– Jak to moż­liwe, że jesteś Kowa­lem Więzi? Nie powi­nie­neś ist­nieć, Czarny Cier­niu. Twoja sprawa nie jest spra­wie­dliwa. Nie powi­nie­neś otrzy­mać praw­dzi­wych Mocy Honoru.

– Może to znak, że ty się mylisz, Nala­nie. Może nasza sprawa rze­czy­wi­ście jest spra­wie­dliwa.

– Nie. Inni Świe­tli­ści mogą okła­my­wać sie­bie i swoje spreny. Tak zwane honor­spreny udo­wad­niają, że moral­ność jest kształ­to­wana przez ich per­cep­cję. Ty powi­nie­neś być inny. Honor nie powi­nien pozwo­lić na tę więź.

– Honor jest mar­twy.

– A jed­nak Honor na­dal powi­nien do tego nie dopu­ścić. Nie dopu­ścić do cie­bie. – Obrzu­cił Dali­nara uważ­nym spoj­rze­niem. – Nie masz Ostrza Odpry­sku. W porządku.

Rzu­cił się do przodu, się­ga­jąc do Dali­nara. Szeth od razu się przy nim zna­lazł, ale zawa­hał się przed doby­ciem dziw­nego Ostrza. Poru­sza­jąc się z wdzię­kiem węgo­rza nie­bie­skiego, Nale obró­cił Sze­tha i rzu­cił nim o drew­niany pokład. Ode­pchnął wciąż ukryty w pochwie miecz Shina, ude­rzył męż­czy­znę w zagłę­bie­nie łok­cia i zmu­sił do upusz­cze­nia broni. Następ­nie od nie­chce­nia uniósł rękę i zła­pał strzałę wystrze­loną przez Sznur z Łuku Odpry­sku z odle­gło­ści zale­d­wie kilku stóp – nie­ludzki wyczyn.

Dali­nar zło­żył dło­nie, się­ga­jąc poza rze­czy­wi­stość do pro­sto­pa­dło­ści. Nale prze­sko­czył nad Sze­them i rzu­cił się w stronę Dali­nara, gdy inni na plat­for­mie krzy­czeli, pró­bu­jąc zare­ago­wać na atak.

Nie, powie­dział Ojciec Burz do Dali­nara. Dotknij go.

Dali­nar zawa­hał się – moc pro­sto­pa­dło­ści miał na koń­cach pal­ców – po czym wycią­gnął rękę i przy­ci­snął dłoń do piersi Nale’a, gdy ten pró­bo­wał go pochwy­cić.

Błysk.

Dali­nar zoba­czył Nale’a odcho­dzą­cego od porzu­co­nego Ostrza wbi­tego w skałę.

Błysk.

Nale trzy­ma­jący dziecko na ręku, z wycią­gnię­tym Ostrzem, a po pobli­skiej grani wspi­nają się mroczne siły.

Błysk.

Nale sto­jący z grupą uczo­nych i roz­wi­ja­jący duży zwój wypeł­niony pismem.

– Prawo nie może być moralne – powie­dział im Nale. – Ale wy może­cie być moralni, gdy two­rzy­cie prawa. Zawsze musi­cie bro­nić naj­słab­szych, tych, któ­rzy naj­czę­ściej są wyko­rzy­sty­wani. Wpro­wadź­cie swo­bodę poru­sza­nia, by rodzina, która czuje, że ich pan jest nie­spra­wie­dliwy, mogła opu­ścić jego domenę. A póź­niej powiąż­cie wła­dzę pana z ludźmi, któ­rzy mu służą.

Błysk.

Nale klę­czący przed arcy­spre­nem.

Błysk.

Nale wal­czący na polu bitwy.

Błysk.

Kolejna bitwa.

Błysk.

Kolejna bitwa.

Błysk.

Wizje nad­cho­dziły coraz szyb­ciej i szyb­ciej, Dali­nar nie odróż­niał już jed­nej od dru­giej. Aż…

Błysk.

Nale ści­ska­jący dło­nie bro­da­tego Ale­thyj­czyka, wład­czego i mądrego. Dali­nar wie­dział, że to Jeze­re­zeh, choć nie umiał powie­dzieć, dla­czego.

– Przyjmę to zada­nie – powie­dział cicho Nale. – Jako zaszczyt.

– Nie uwa­żaj go za zaszczyt – sprze­ci­wił się Jeze­re­zeh. – Obo­wią­zek, ow­szem, ale nie zaszczyt.

– Rozu­miem. Choć nie spo­dzie­wa­łem się, że przyj­dziesz z tą pro­po­zy­cją do wroga.

– Ow­szem, wroga. Ale wroga, który od początku miał rację, przez co to ja jestem zło­czyńcą, a nie ty. Napra­wimy to, co znisz­czy­li­śmy. Ishar i ja się zgo­dzi­li­śmy. Ze wszyst­kich żyją­cych cie­bie w tym pak­cie widzie­li­by­śmy naj­chęt­niej. Jesteś naj­bar­dziej hono­ro­wym męż­czy­zną, jakiemu mia­łem przy­wi­lej się prze­ciw­sta­wiać.

– Chciał­bym, żeby to była prawda. Ale będę słu­żył naj­le­piej, jak potra­fię.

Wizja znik­nęła i Nale cof­nął się gwał­tow­nie. Dyszał ciężko i miał sze­roko otwarte oczy. Mię­dzy nim a Dali­na­rem cią­gnęła się linia świa­tła.

Kowalu Więzi, powie­dział Ojciec Burz w umy­śle Dali­nara. Utwo­rzy­łeś z nim tym­cza­sowy Zwią­zek. Co widzia­łeś?

– Jego prze­szłość, tak myślę – szep­nął Dali­nar. – A teraz…

Nale podra­pał się po gło­wie, a Dali­nar ujrzał nakła­da­jącą się na niego szkie­le­tową postać. Jak echo świa­tła podą­ża­jące za Sze­them, tyle że zatarte, blade. Dali­nar zro­bił krok do przodu, idąc mię­dzy oszo­ło­mio­nymi straż­ni­kami, i dostrzegł osiem świe­tli­stych linii wypły­wa­ją­cych z Nale’a i zni­ka­ją­cych w prze­strzeni.

– Sądzę, że widzę Pakt Przy­sięgi. To, co wią­zało ich razem, i spra­wiło, że byli zdolni utrzy­mać wroga w Potę­pie­niu.

Klatka, wykuta z ich duchów. Została znisz­czona. Nawet zanim Jezrien umarł, roz­trza­skali ją tym, co zro­bili przed wie­kami.

– Nie, tyko jedna linia jest cał­ko­wi­cie zerwana. Pozo­stałe są obecne, ale słabe, bez­silne. – Dali­nar wska­zał na jedną linię, świe­cącą i potężną. – Poza jedną. Wciąż jest pełna ener­gii.

Nale pod­niósł na niego wzrok, po czym zerwał linię Związku łączącą go z Dali­na­rem i rzu­cił się z plat­formy. Herold zapło­nął bla­skiem i odle­ciał, gdy – zbyt późno – kilku Wia­tro­wych przy­było na pomoc swo­jemu dowódcy.

Dzier­żysz moc bogów, Dali­na­rze. Nie­gdyś sądzi­łem, że znam zakres two­ich moż­li­wo­ści. Porzu­ci­łem to wyni­ka­jące z nie­wie­dzy zało­że­nie.

– Czy mógł­bym go odtwo­rzyć? Czy mógł­bym odtwo­rzyć Pakt Przy­sięgi i znów zwią­zać Sto­pio­nych?

Nie wiem. To może być moż­liwe, ale nie mam poję­cia, jak. Ani czy byłoby to mądre. Herol­do­wie cier­pią z powodu tego, co zro­bili.