Wspomnienia - Piotr Wrangel - ebook

Wspomnienia ebook

Piotr Wrangel

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Piotr Wrangel (1878-1928) to postać w Polsce stosunkowo mało znana, choć jego nazwisko często pojawia się obok innych białych generałów, takich jak A. Denikin, A. Kołczak czy N. Judenicz. Podczas wojny domowej w Rosji był jednym z kluczowych przywódców antybolszewickich sił na południu kraju. W latach 1918-1919 dowodził korpusem konnym w armii gen. Antona Denikina. W kwietniu 1920 r. został dowódcą Sił Zbrojnych Południa Rosji. W czerwcu zajął rejony na północ od Krymu (Tauryda Północna). Po porażkach we wrześniu i październiku próbował bezskutecznie powstrzymać ofensywę bolszewicką na Krym.

Pod koniec 1920 r. znalazł się na emigracji, gdzie powstały i po raz pierwszy zostały opublikowane jego „Wspomnienia”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Fotografia

Piotr Niko­ła­je­wicz Wran­gel (zdję­cie zro­bione w 1920 r.). Fot. domena publiczna

Wspomnienia. Zapiski (listopad 1916 – listopad 1920). Front Południowy

Wspo­mnie­nia

Zapi­ski (listo­pad 1916 – listo­pad 1920). Front Połu­dniowy

Część pierw­sza

Prze­ło­żyła Ewa Rojew­ska-Ole­jar­czuk

Rozdział I. Zamęt i rozkład w armii

Roz­dział I

Zamęt i roz­kład w armii

W przededniu przewrotu

Po krwa­wych wal­kach latem i jesie­nią 1916 roku na więk­szej czę­ści frontu dzia­ła­nia wojenne ustały. Woj­ska umac­niały po obu stro­nach zdo­byte rubieże, szy­ko­wały się do zimy, porząd­ko­wały tyły i uzu­peł­niały ponie­sione w ostat­nim okre­sie walk straty w ludziach, koniach i sprzę­cie.

Cięż­kie doświad­cze­nia dwóch lat wojny nie poszły na marne: wiele się nauczy­li­śmy i teraz bra­li­śmy pod uwagę wszyst­kie nie­do­cią­gnię­cia, które tak drogo nas kosz­to­wały. Dowódcy wyż­szego szcze­bla, któ­rzy oka­zali się nie­przy­go­to­wani do pro­wa­dze­nia walki w nowo­cze­snych warun­kach, a była ich spora liczba, zmu­szeni byli do opusz­cze­nia swych sta­no­wisk; samo życie zwe­ry­fi­ko­wało umie­jęt­no­ści dowód­ców. Jed­nak pro­tek­cjo­nizm, który uwił sobie gniazdo we wszyst­kich dzie­dzi­nach życia Rosji, na­dal nie­ustan­nie wysu­wał na sta­no­wiska dowód­cze ludzi zupeł­nie nie­od­po­wied­nich. Wciąż jesz­cze, szcze­gól­nie w wyż­szych szta­bach, pano­wał sza­blon, rutyna, ści­śle prze­strze­gano zasad star­szeń­stwa.

Skład armii w ciągu dwóch lat mocno się zmie­nił, ode­szła więk­szość ofi­ce­rów kadro­wych i żoł­nie­rzy, zwłasz­cza z pie­choty.

Nowi, pospiesz­nie wyszko­leni ofi­ce­ro­wie bez bojo­wego przy­go­to­wa­nia, pozba­wieni ducha walki, nie mogli być wycho­waw­cami żoł­nie­rzy. Rów­nie pięk­nie jak ofi­ce­ro­wie kadrowi umieli umie­rać ku chwale ojczy­zny i ojczy­stych sztan­da­rów, ale, ode­rwani od swych zajęć i zain­te­re­so­wań, abso­lut­nie obcych duchowi armii, z tru­dem zno­sili nie­unik­nione wyrze­cze­nia wojen­nego życia, nie­ustanne nie­bez­pie­czeń­stwa, głód, chłód i brud, szybko się zała­my­wali, wojna ich nużyła i byli abso­lut­nie nie­zdolni do pod­no­sze­nia morale swo­ich pod­wład­nych.

Żoł­nie­rze, po dwóch latach wojny, także, w prze­wa­ża­ją­cej masie, byli już nie ci sami. Tylko nie­liczni spo­śród nich, ci któ­rzy pozo­stali w sze­re­gach mimo wszyst­kich tru­dów i wyrze­czeń, potra­fili się zna­leźć w warun­kach wojen­nego życia; więk­szość jed­nak owych uzu­peł­nień, które nie­ustan­nie napły­wały do oddzia­łów, cha­rak­te­ry­zo­wał brak ducha walki. Byli to prze­waż­nie rezer­wi­ści star­szych rocz­ni­ków, ojco­wie rodzin ode­rwani od swych domów, ludzie, któ­rzy zdą­żyli już zapo­mnieć odbyte kie­dyś prze­szko­le­nie woj­skowe; nie­chęt­nie szli na wojnę, marzyli o powro­cie do domów i pra­gnęli pokoju. W ostat­nich wal­kach nagmin­nie zda­rzały się przy­padki samo­oka­le­czeń – zra­nie­nia w palce w nadziei na ode­sła­nie na tyły były szcze­gól­nie czę­ste. Naj­słab­szy skład miały dywi­zje trze­ciego rzutu.

Przy­go­to­wa­nie uzu­peł­nień na tyłach, szko­le­nie ich w oddzia­łach rezer­wo­wych stało na bar­dzo niskim pozio­mie. Przy­czyn tego było wiele: nie­wła­ściwa orga­ni­za­cja, cia­snota i złe wypo­sa­że­nie koszar, obli­czo­nych na znacz­nie mniej­szą liczbę woj­ska, a przede wszyst­kim brak dosta­tecz­nej liczby doświad­czo­nych, o wyso­kim morale ofi­ce­rów i podofi­ce­rów instruk­to­rów. Tych ostat­nich rekru­to­wano albo spo­śród inwa­li­dów, albo spo­śród mło­dzieży, która sama powinna była jesz­cze się szko­lić. Wszyst­kie te nie­do­cią­gnię­cia dawały o sobie znać zwłasz­cza w pie­cho­cie, gdzie straty i uby­tek kadry były naj­więk­sze.

Mimo wszystko armia jako całość wciąż jesz­cze sta­no­wiła groźną siłę, cią­gle jesz­cze pano­wały w niej duch walki i dys­cy­plina. Nie znam przy­pad­ków jakich­kol­wiek roz­ru­chów czy maso­wych wystą­pień w samej armii; by do nich doszło, musia­łoby zostać uni­ce­stwione samo poję­cie wła­dzy i dany z góry przy­kład naru­sze­nia przy­sięgi, wią­żą­cej ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy.

Dwu­let­nia wojna nie mogła jed­nak nie zachwiać zasa­dami moral­nymi armii. Zacho­wa­nie stało się bar­dziej bru­talne; woj­sko utra­ciło w znacz­nym stop­niu poczu­cie pra­wo­rząd­no­ści. Stałe rekwi­zy­cje – nie­unik­nione następ­stwo każ­dej wojny – osła­biły sza­cu­nek dla cudzej wła­sno­ści. Wszystko to sprzy­jało roz­bu­dza­niu w masach niskich instynk­tów, ale, powta­rzam, iskra, która roz­nie­ci­łaby pożar, musia­łaby być rzu­cona z zewnątrz.

Sta­ra­nia w tym kie­runku czy­nili osob­nicy, któ­rzy w ostat­nich mie­sią­cach licz­nie prze­ni­kali do armii, zwłasz­cza na bli­skich tyłach; „cywil­banda”, ludzie w wieku pobo­ro­wym, cie­szący się wspa­nia­łym zdro­wiem, ale żywiący nie­prze­party wstręt do świ­stu kul czy wybu­chów poci­sków, za łaska­wym popar­ciem i przy pomocy śro­do­wisk opo­zy­cyj­nych, two­rzyli wszel­kiego rodzaju komi­tety, mające na celu m.in. albo orga­ni­zo­wa­nie jakichś czy­telni, albo osu­sza­nie oko­pów. Wszy­scy ci pano­wie stro­ili się we wszel­kie moż­liwe mun­dury, obwie­szali się ostro­gami i kokar­dami i cich­cem pod­bu­rzali niż­sze szarże, przede wszyst­kim cho­rą­żych, pisa­rzy, fel­cze­rów i wywo­dzą­cych się z „inte­li­gen­cji” żoł­nie­rzy wojsk tech­nicz­nych.

Kadra ofi­cer­ska i więk­szość żoł­nie­rzy oddzia­łów linio­wych w obli­czu śmier­tel­nego nie­bez­pie­czeń­stwa, pochło­nięta tro­skami codzien­nego żoł­nier­skiego życia, nie­mal zupeł­nie pozba­wiona gazet, nie inte­re­so­wała się poli­tyką. Część ofi­ce­rów linio­wych w mini­mal­nym stop­niu reago­wała na nastroje i pogło­ski docho­dzące z wyż­szych szta­bów. Oczy­wi­ście, wyż­sza kadra dowód­cza nie mogła pozo­sta­wać obo­jętna wobec fali powszech­nego nie­za­do­wo­le­nia z pro­wa­dzo­nej w pań­stwie poli­tyki i nie­po­koju, który groź­nie nara­stał na tyłach i nie­uchron­nie musiał się odbić na naszej sytu­acji mili­tar­nej.

Sta­wało się coraz bar­dziej jasne, że tam, w Pio­tro­gro­dzie, źle się dzieje. Nie­ustanne zmiany mini­strów, cią­głe kon­flikty mię­dzy rzą­dem a Dumą, rosnąca wciąż liczba pety­cji i pism do cesa­rza od róż­nych orga­ni­za­cji, które doma­gały się kon­troli spo­łecz­nej, wresz­cie nie­po­ko­jące pogło­ski o degren­go­la­dzie moral­nej osób z naj­bliż­szego oto­cze­nia cesa­rza – wszystko to nie mogło nie nie­po­koić tych, któ­rym dro­gie były i Rosja, i jej armia.

Nie­któ­rzy z wyż­szych dowód­ców głę­boko kocha­jący ojczy­znę bar­dzo cier­pieli, widząc fatalne błędy cesa­rza, dostrze­gali nara­sta­jące nie­bez­pie­czeń­stwo i jak naj­bar­dziej myl­nie wie­rzyli w moż­li­wość „prze­wrotu pała­co­wego” i „bez­kr­wa­wej rewo­lu­cji”. Zde­cy­do­wa­nym wyznawcą tego poglądu był dowódca ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej, gene­rał Kry­mow, któ­remu pod­le­ga­łem wów­czas jako dowódca 1. kozac­kiego pułku ner­czyń­skiego im. następcy tronu. Ów czło­wiek o wiel­kim umy­śle i sercu, jeden z naj­zdol­niej­szych ofi­ce­rów Sztabu Gene­ral­nego, jakich spo­tka­łem w życiu, swoją póź­niej­szą śmier­cią i ostat­nimi sło­wami: „Umie­ram dla­tego, że zbyt kocha­łem ojczy­znę”, dowiódł, jak wiel­kim był patriotą. Pod­czas czę­stych dys­ku­sji w dłu­gie zimowe wie­czory prze­ko­ny­wał mnie, że tak dalej być nie może, że zdą­żamy ku zagła­dzie i że muszą się zna­leźć ludzie, któ­rzy natych­miast, nie zwle­ka­jąc, usuną cesa­rza w dro­dze „prze­wrotu pała­co­wego”…

Inni dowódcy zda­wali sobie sprawę, że konieczna jest zmiana, ale jed­no­cze­śnie byli świa­domi, że żaden prze­wrót z uży­ciem prze­mocy, w cza­sie kiedy kraj pro­wa­dzi krwawą wojnę z wro­giem zewnętrz­nym, nie może mieć miej­sca, że nie dokona się bez­bo­le­śnie i że będzie to począ­tek roz­padu armii i zguby Rosji.

I wresz­cie, wśród wyż­szej kadry dowód­czej była spora liczba zwo­len­ni­ków „rewo­lu­cji”, któ­rzy mieli nadzieję zna­leźć w niej zaspo­ko­je­nie swych ambi­cji albo wyrów­na­nie rachun­ków z tym czy innym nie­lu­bia­nym zwierzch­ni­kiem. Jestem głę­boko prze­ko­nany, że gdyby od pierw­szych chwil zamętu sztab i wszy­scy dowódcy fron­tów byli sta­now­czy i jed­no­myślni, gdyby nie myśleli o wła­snych inte­re­sach, roz­kła­dowi armii i anar­chii na tyłach można by było jesz­cze zapo­biec.

Zimą 1916 roku wciąż byłem dowódcą 1. kozac­kiego pułku ner­czyń­skiego im. następcy tronu, który wcho­dził w skład ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej gene­rała Kry­mowa. Poza moim puł­kiem w skład dywi­zji wcho­dziły pri­mor­ski pułk dra­go­nów, z któ­rego wła­śnie odszedł jego stary dowódca gene­rał Odin­cow, póź­niej jeden z wybit­nych gene­rałów w Armii Czer­wo­nej, oraz pułki kozac­kie ussu­ryj­ski i amur­ski. Dywi­zja ussu­ryj­ska, zło­żona z sybi­ra­ków, wspa­nia­łych żoł­nie­rzy, rów­nie dobrze wal­czą­cych konno, jak i pie­szo, pod dowódz­twem gene­rała Kry­mowa zdą­żyła zyskać sobie w armii zasłu­żoną sławę. Pułk, któ­rym dowo­dzi­łem już z górą rok, wła­śnie za bły­sko­tliwy atak 22 sierp­nia w Kar­pa­tach został wyróż­niony wysoką nagrodą – następca tronu został mia­no­wany zwierzch­ni­kiem pułku1.

Z chwilą prze­nie­sie­nia się dywi­zji do wojsk odwo­do­wych na Buko­winę, w rejon mia­steczka Radowce2, mia­łem na czele dele­ga­cji puł­ko­wej wyru­szyć do Pio­tro­grodu, by się przed­sta­wić mło­demu zwierzch­ni­kowi. Dele­ga­cja pro­wa­dziła małego zabaj­kal­skiego konika, bar­dzo zgrab­nego, który miał być ofia­ro­wany następcy tronu wraz z peł­nym umun­du­ro­wa­niem pułku ner­czyń­skiego.

W skład dele­ga­cji wcho­dzili: puł­kow­nik Makow­kin – wspa­niały ofi­cer, który stra­cił na woj­nie oko, Kawa­ler Orderu św. Jerzego, świetny spor­t­smen, dwu­krotny zdo­bywca nagrody cesar­skiej na Zawo­dach Kra­sno­siel­skich; dowódca 3. sotni, która wyróż­niła się naj­bar­dziej we wspo­mnia­nym ataku, esauł Kudriaw­cew, i adiu­tant pułku, set­nik Wle­skow.

Nie­ła­two było wybrać skład dele­ga­cji, wszy­scy chcieli dostą­pić tego zaszczytu, zresztą ogól­nie kadra ofi­cer­ska była tak świetna, że trudno było wybrać naj­god­niej­szych. Ner­czyń­ski pułk kozacki rów­nież przed wojną wyróż­niał się wspa­niałą kadrą ofi­cer­ską. Dowódcą pułku przez długi czas był puł­kow­nik Paw­łow, były lejb-huzar, który opu­ścił swój uko­chany pułk na początku wojny japoń­skiej i po kam­pa­nii kon­ty­nu­ował służbę na Dale­kim Wscho­dzie. W opi­sy­wa­nym okre­sie gene­rał Paw­łow stał na czele kor­pusu kawa­le­rii na Fron­cie Pół­noc­nym. Świetny ofi­cer, wybitny spor­t­smen i znawca koni, puł­kow­nik Paw­łow potra­fił, dowo­dząc ner­czyń­skim puł­kiem kozac­kim w trud­nych warun­kach na dale­kich kre­sach, pod­nieść swój pułk na wyjąt­kowo wysoki poziom. Był gorą­cym zwo­len­ni­kiem koni peł­nej krwi i udało mu się zaakli­ma­ty­zo­wać peł­no­krwi­stego konia w suro­wym kli­ma­cie Sybe­rii. Posa­dził wszyst­kich ofi­cerów pułku na fol­bluty, zało­żył ofi­cer­ską staj­nię wyści­gową i w ostat­nich latach przed wojną wiele wyści­gów kon­nych na peters­bur­skim hipo­dro­mie wygrali ofi­cerowie jego pułku. Puł­kow­nik Paw­łow, utrzy­mu­jąc wysoki poziom służby linio­wej, wyma­gał od ofi­cerów odpo­wied­nich walo­rów moral­nych i sta­ran­nie dobie­rał skład pułku. W cza­sie, kiedy obją­łem dowódz­two, więk­szość star­szych ofi­cerów roz­po­częła służbę u puł­kow­nika Paw­łowa. Mnie rów­nież udało się ścią­gnąć do pułku wielu wspa­nia­łych ofi­cerów.

Więk­szość kadry dowód­czej dywi­zji ussu­ryj­skiej, a zwłasz­cza pułku ner­czyń­skiego, w cza­sie wojny domo­wej zna­la­zła się w sze­re­gach armii admi­rała Koł­czaka; sku­pili się oni wokół ata­mana Sie­mio­nowa i gene­rała Ungerna. W cza­sie, który opi­suję, obaj ci gene­ra­ło­wie, któ­rym sądzone było w przy­szło­ści ode­grać wybitne role w woj­nie domo­wej, znaj­do­wali się w sze­re­gach pułku ner­czyń­skiego i dowo­dzili 5. i 6. sot­nią, obaj w stop­niu pode­sau­łów.

Sie­mio­now, rdzenny Kozak zabaj­kal­ski, krępy, żyla­sty bru­net o lekko bur­łac­kich rysach, kiedy przej­mo­wa­łem pułk, peł­nił funk­cję adiu­tanta puł­ko­wego i na tym sta­no­wi­sku słu­żył pod moimi roz­ka­zami około czte­rech mie­sięcy, po czym został mia­no­wany dowódcą sotni. Śmiały, inte­li­gentny, z cha­rak­te­ry­stycz­nym kozac­kim spry­tem, dosko­nały linio­wiec, odważny, zwłasz­cza w obec­no­ści zwierzch­ni­ków, zdo­był sobie dużą popu­lar­ność wśród Koza­ków i ofi­ce­rów. Jego wadą była silna skłon­ność do intryg i nie­prze­bie­ra­nie w środ­kach dla osią­gnię­cia celu. Sie­mio­now był nie­głupi i zręczny, bra­ko­wało mu jed­nak zarówno wykształ­ce­nia (z tru­dem ukoń­czył uczel­nię woj­skową), jak i szer­szych hory­zon­tów myślo­wych i ni­gdy nie mogłem zro­zu­mieć, jak mu się udało wysu­nąć póź­niej na pierw­szy plan pod­czas wojny domo­wej.

Pode­sauł baron Ungern-Stem­berg albo, jak nazy­wali go Kozacy, pode­sauł „baron”, był czło­wie­kiem o wiele bar­dziej inte­re­su­ją­cym.

Tacy ludzie, stwo­rzeni do wojny i życia w burz­li­wej epoce, z tru­dem dosto­so­wy­wali się do warun­ków poko­jo­wej puł­ko­wej egzy­sten­cji. Zazwy­czaj, gdy pono­sili klę­skę, prze­no­sili się do straży gra­nicz­nej albo los rzu­cał ich do jakichś puł­ków na kresy dale­ko­wschod­nie czy na Zabaj­kale, gdzie sytu­acja bar­dziej odpo­wia­dała ich nie­spo­koj­nej natu­rze.

Pocho­dzący ze świet­nej rodziny zie­mian inf­lanc­kich, baron Ungern od wcze­snego dzie­ciń­stwa był pozo­sta­wiony samemu sobie. Jego matka młodo owdo­wiaw­szy, wyszła powtór­nie za mąż i naj­wy­raź­niej prze­stała się inte­re­so­wać synem. Baron Ungern, który od dziecka marzył o woj­nie, podró­żach i przy­go­dach, z chwilą wybu­chu wojny japoń­skiej porzu­cił kor­pus i zacią­gnął się na ochot­nika do pułku pie­choty, w któ­rym jako sze­re­go­wiec odbył całą kam­pa­nię. Wie­lo­krot­nie ranny i odzna­czony żoł­nier­skim Krzy­żem św. Jerzego, wraca do Rosji; krewni umiesz­czają go na uczelni woj­sko­wej, którą z ogrom­nym tru­dem udaje mu się ukoń­czyć3.

W pogoni za przy­godą i dla unik­nię­cia poko­jo­wej służby linio­wej, baron Ungern z uczelni prze­cho­dzi do amur­skiego pułku kozac­kiego, roz­lo­ko­wa­nego w Kraju Nada­mur­skim, ale pozo­staje tam nie­długo. Z natury nie­okieł­znany, wybu­chowy i nie­zrów­no­wa­żony, w dodatku nie­stro­niący od kie­liszka i agre­sywny po pija­nemu, Ungern wdał się w kłót­nię z jed­nym z ofi­ce­rów i ude­rzył go. Ten sza­blą zra­nił Ungerna w głowę. Ślad tej rany pozo­stał baro­nowi na całe życie; powo­do­wał silne bóle głowy i nie­wąt­pli­wie od czasu do czasu odbi­jał się na jego psy­chice. W następ­stwie burdy obaj ofi­ce­ro­wie musieli odejść z pułku.

Powra­ca­jąc do Rosji, Ungern posta­na­wia drogę z Wła­dy­wo­stoku do Char­bina odbyć wierz­chem. Opusz­cza pułk konno w towa­rzy­stwie psa myśliw­skiego i ze strzelbą myśliw­ską na ramie­niu. Utrzy­mu­jąc się z polo­wa­nia i sprze­daży zabi­tej dzi­czy­zny, Ungern około roku spę­dza w ostę­pach i na ste­pach Nada­mu­rza i Man­dżu­rii i wresz­cie przy­bywa do Char­bina. Tam zastaje go wybuch wojny mon­gol­sko-chiń­skiej. Ungern nie mógł pozo­stać obo­jęt­nym widzem. Zapro­po­no­wał swoje usługi Mon­go­łom i na czele mon­gol­skiej kon­nicy bił się o nie­pod­le­głość Mon­go­lii. W począt­kach wojny rosyj­sko-nie­miec­kiej Ungern wstą­pił do pułku ner­czyń­skiego i natych­miast wyka­zał się nie­zwy­kłą wprost odwagą. Cztery razy ranny w ciągu jed­nego roku, otrzy­mał Order św. Jerzego, Miecz św. Jerzego i na początku dru­giego roku wojny został przed­sta­wiony do stop­nia esauła.

Śred­niego wzro­stu blon­dyn z dłu­gimi, zwi­sa­ją­cymi ruda­wymi wąsami, chudy i pozor­nie wątły, ale żela­znego zdro­wia i ener­gii, Ungern żyje wojną. Nie jest to ofi­cer w powszech­nie przy­ję­tym zna­cze­niu tego słowa, jako że nie tylko nie zna naj­bar­dziej ele­men­tar­nych prze­pi­sów i pod­sta­wo­wych zasad służby, ale nie­ustan­nie popeł­nia wykro­cze­nia zarówno prze­ciwko dys­cy­pli­nie zewnętrz­nej, jak i wycho­wa­niu woj­sko­wemu – jest to typ par­ty­zanta ama­tora, łowcy tro­pi­ciela śla­dów z powie­ści Mayne Reida. Obszar­pany i brudny, śpi zawsze na pod­ło­dze, wśród Koza­ków z sotni, jada ze wspól­nego kotła i, mimo że wycho­wany w dostatku i kom­for­cie, robi wra­że­nie czło­wieka, któ­remu zupeł­nie na nich nie zależy. Na próżno pró­bo­wa­łem go prze­ko­nać o koniecz­no­ści zadba­nia przy­naj­mniej o wygląd zewnętrzny.

Był czło­wie­kiem peł­nym sprzecz­no­ści: nie­wąt­pliwa inte­li­gen­cja, ory­gi­nalny, wni­kliwy umysł, a jed­no­cze­śnie zdu­mie­wa­jący brak kul­tury i nie­zwy­kle cia­sne hory­zonty, zaska­ku­jąca nie­śmia­łość i wręcz dzi­kość, a jed­no­cze­śnie sza­leń­cze porywy i nie­okieł­znana zapal­czy­wość, nie­po­ha­mo­wana roz­rzut­ność i zadzi­wia­jący brak wyma­gań, jeśli cho­dzi o pod­sta­wowe wygody.

Taki typ musiał się zna­leźć w swoim żywiole w warun­kach praw­dzi­wej rosyj­skiej „smuty”4. W cza­sie trwa­nia owego zamętu nie mógł, przy­naj­mniej na jakiś czas, nie wypły­nąć na grzbie­cie fali, by wraz z usta­niem zamętu rów­nie nie­uchron­nie znik­nąć.

Wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu w poło­wie listo­pada; kilka dni póź­niej mieli wyru­szyć ofi­ce­ro­wie, wcho­dzący w skład dele­ga­cji.

Ostatni raz byłem w Pio­tro­gro­dzie jakieś dwa mie­siące wcze­śniej na kura­cji po ranie odnie­sio­nej pod­czas ataku 22 sierp­nia. Atmos­fera w sto­licy pogor­szyła się jesz­cze od czasu mojej ostat­niej byt­no­ści; we wszyst­kich war­stwach spo­łe­czeń­stwa czuło się zagu­bie­nie, świa­do­mość nie­uchron­nego nadej­ścia w naj­bliż­szym cza­sie cze­goś potęż­nego, ale fatal­nego, ku czemu szyb­kimi kro­kami zmie­rzała Rosja. Jed­no­cze­śnie zaś, cho­ciaż w kołach zbli­żo­nych do Dumy i Rady Pań­stwa, wśród tak zwa­nej spo­łecz­no­ści, stwa­rzano pozory „wytę­żo­nej” pracy w isto­cie pole­ga­ją­cej jedy­nie na utarcz­kach słow­nych i walce poli­tycz­nej, choć w śro­do­wi­sku robot­ni­czym i w oddzia­łach tyło­wych pro­wa­dzono ukrad­kiem bar­dziej pla­nową destruk­cyjną robotę, oczy­wi­ście nie bez udziału nie­miec­kiego złota, szer­sze kręgi spo­łe­czeń­stwa prze­ja­wiały zwy­kłą iner­cję, pogrą­żone cał­ko­wi­cie w drob­nych tro­skach codzien­nego życia. Tak samo stały ogonki przed skle­pami, tak samo pełne były kine­ma­to­grafy i teatry, te same bez­barwne fili­ster­skie roz­mowy sły­szało się w tłu­mie.

Koła zbli­żone do cesa­rza i dworu naj­wi­docz­niej na­dal nie zda­wały sobie sprawy z nad­cią­ga­ją­cej burzy. Wielki świat i apa­rat biu­ro­kra­tyczny były, chyba cał­ko­wi­cie, pochło­nięte zwy­kłymi „waż­nymi” pro­ble­mami: kto na jakie sta­no­wi­sko będzie mia­no­wany, co się mówi w par­tii wiel­kiego księ­cia czy cesa­rzo­wej. Świa­towe życie toczyło się zwy­kłą koleją i wyglą­dało na to, że zna­la­złem się w kręgu nie uczest­ni­ków przy­szłego dra­matu, lecz postron­nych widzów.

W kilka dni po przy­jeź­dzie zosta­łem mia­no­wany dyżur­nym fli­ge­la­diu­tan­tem Jego Cesar­skiej Mości. Wiele razy zda­rzyło mi się widzieć z bli­ska cesa­rza i mówić z nim. Na wszyst­kich, któ­rzy zetknęli się z nim, cesarz robił wra­że­nie czło­wieka nie­zwy­kle bez­po­śred­niego i życz­li­wego. Wra­że­nie owo wyni­kało z jego cha­rak­te­ry­stycz­nych cech: sta­ran­nego wycho­wa­nia i nie­zwy­kłej umie­jęt­no­ści pano­wa­nia nad sobą.

Cesarz miał bystry umysł, chwy­tał sens wywo­dów roz­mówcy w pół słowa, a pamięć miał abso­lut­nie wyjąt­kową. Nie tylko świet­nie zapa­mię­ty­wał wyda­rze­nia, ale także twa­rze i mapę; kie­dyś w roz­mo­wie o wal­kach w Kar­pa­tach, w któ­rych bra­łem udział z moim puł­kiem, cesarz wymie­nił dokład­nie punkty, w jakich znaj­do­wała się moja dywi­zja tego czy innego dnia. W dodatku walki te toczyły się pół­tora mie­siąca przed ową roz­mową, a odci­nek zajęty przez dywi­zję miał dla całego frontu zna­cze­nie raczej dru­go­rzędne.

Obją­łem dyżur w Car­skim Siole w sobotę, zmie­niw­szy fli­ge­la­diu­tanta księ­cia Niko­łaja Leuch­ten­ber­skiego. Cesarz jadł tego dnia śnia­da­nie z cesa­rzową. Mnie podano posi­łek w pokoju dyżu­rów. Po śnia­da­niu cesarz udał się na prze­chadzkę, a następ­nie przy­jął kilka osób, o ile pamię­tam nowo mia­no­wa­nego mini­stra zdro­wia pro­fe­sora Riejna i mini­stra finan­sów Barka.

Obiad jedli­śmy w apar­ta­men­tach cesa­rzo­wej. Oprócz mnie nie było nikogo z osób postron­nych i spę­dzi­łem cały wie­czór wyłącz­nie z rodziną cesar­ską. Cesarz był wesoły i oży­wiony, wypy­ty­wał mnie szcze­gó­łowo o pułk, o ostatni bły­sko­tliwy atak pułku w Kar­pa­tach. Roz­mowa toczyła się czę­ściowo po rosyj­sku, czę­ściowo zaś, w momen­tach, kiedy przy­łą­czała się do niej cesa­rzowa, po fran­cu­sku. Byłem wstrzą­śnięty cho­ro­bli­wym wyglą­dem cesa­rzo­wej. Bar­dzo zmi­zer­niała w ciągu ostat­nich dwóch mie­sięcy, kiedy jej nie widy­wa­łem. Na twa­rzy miała ciemne wypieki. Szcze­gól­nie poru­szył mnie bole­sny, jakby nie­obecny wyraz oczu. Inte­re­so­wała się głów­nie orga­ni­za­cją pomocy medycz­nej w oddzia­łach, wypy­ty­wała szcze­gó­łowo o nowy typ wpro­wa­dza­nych wła­śnie masek prze­ciw­ga­zo­wych; wiel­kie księżne i następca tronu byli weseli, żar­to­wali i śmiali się. Następca tronu, nie­dawno mia­no­wany zwierzch­ni­kiem pułku, zadał mi kilka pytań – jakie konie są w pułku, jakie mun­dury… Po obie­dzie prze­szli­śmy do salonu cesa­rzo­wej, gdzie pili­śmy kawę i roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze z pół­to­rej godziny.

Naza­jutrz, w nie­dzielę, towa­rzy­szy­łem cesa­rzowi, cesa­rzo­wej i wiel­kim księż­nom pod­czas sumy w cer­kwi. Maleńka cer­kiewka z fre­skami w stylu sta­ro­ru­skim pełna była wier­nych. Patrząc na pogrą­żoną w modli­twie rodzinę cesar­ską, mimo woli porów­ny­wa­łem spo­kojną twarz modlą­cego się cesa­rza i pełen napię­cia, świad­czący o cho­ro­bli­wej egzal­ta­cji, wyraz obli­cza cesa­rzo­wej. Po powro­cie z cer­kwi zasta­łem już w pałacu fli­ge­la­diu­tanta, hra­biego Kutaj­sowa, który przy­był mnie zmie­nić.

Dwu­dzie­stego szó­stego listo­pada, w dniu święta Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, wszy­scy Kawa­le­ro­wie Krzyża i Mie­cza św. Jerzego zostali zapro­szeni do Domu Ludo­wego na galowe nabo­żeń­stwo w obec­no­ści cesa­rza, po któ­rym miał się odbyć uro­czy­sty obiad. Jako jeden z nich byłem rów­nież zapro­szony.

Olbrzy­mia liczba Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, znaj­du­ją­cych się w tym cza­sie w Pio­tro­gro­dzie, wypeł­niła salę teatralną Domu Ludo­wego. Było wśród nich wielu ran­nych. Przy­nie­sieni z laza­retu ciężko ranni leżeli na sce­nie na noszach. Świta i zapro­szeni goście wypeł­niali par­ter aż do samej sceny. Wkrótce przy­byli cesarz i cesa­rzowa. Po nabo­żeń­stwie gene­rał adiu­tant książę Alek­sandr Pio­tro­wicz Olden­bur­ski wszedł na scenę i, pod­nió­sł­szy kie­lich, wygło­sił toast na cześć cesa­rza i naj­ja­śniej­szej rodziny. Cesarz wypił i zawo­łał „hura!” na cześć Kawa­le­rów Orderu św. Jerzego, następ­nie zaś wraz z cesa­rzową zaczęli obcho­dzić ran­nych i roz­ma­wiać z nimi. Znowu, obser­wu­jąc cesa­rzową, pochy­la­jącą się nad noszami z ciężko ran­nymi, zwró­ci­łem uwagę na bole­sny wyraz jej twa­rzy. Wypy­tu­jąc uważ­nie ran­nych, jed­no­cze­śnie wyda­wała się nie­obecna. Widać było, że speł­nia obo­wią­zek, ale myślami jest daleko.

Wresz­cie przy­byli do Pio­tro­grodu ofi­ce­ro­wie z dele­ga­cji. Pre­zen­ta­cja miała się odbyć w Car­skim Siole 4 grud­nia, tuż przed wyzna­czo­nym na ten dzień odjaz­dem cesa­rza do sztabu.

Ran­kiem wyeks­pe­dio­wa­łem prze­zna­czo­nego dla następcy tronu konia z małym kozac­kim sio­dłem i wraz z dele­ga­cją wyru­szy­łem koleją, wio­ząc zamó­wiony dla następcy tronu mun­dur pułku. Pociąg nasz miał przy­być do Car­skiego Sioła na pół godziny przed wyzna­czoną na pre­zen­ta­cję porą i liczy­łem na to, że zdążę przed­tem zło­żyć cesa­rzowi raport o moich ofi­ce­rach, żeby mógł im zada­wać pyta­nia.

Z powodu jakiejś nie­spraw­no­ści torów pociąg się spóź­nił i led­wie zdą­ży­li­śmy wysła­nymi po nas kare­tami przy­być o wyzna­czo­nej porze do pałacu. Powi­tani przez dyżur­nego fli­ge­la­diu­tanta wła­śnie weszli­śmy do sali, kiedy poja­wił się cesarz w towa­rzy­stwie następcy tronu. Przed­sta­wi­łem mu ofi­ce­rów i wbrew mojemu ocze­ki­wa­niu cesarz zupeł­nie swo­bod­nie, jakby znał ich od dawna, zadał każ­demu kilka pytań; puł­kow­nika Makow­kina zapy­tał, w któ­rym roku zdo­był nagrodę cesar­ską; do esauła Kudriaw­cewa powie­dział, że wie, iż ten na czele sotni 22 sierp­nia pierw­szy wdarł się do oko­pów nie­przy­ja­ciela… Jesz­cze raz się prze­ko­na­łem, jak świetną pamięć ma cesarz: w cza­sie mojej ostat­niej służby mimo­cho­dem jedy­nie wspo­mnia­łem o tych ofi­ce­rach i to wystar­czyło, by zapa­mię­tał nawet szcze­góły.

Po pre­zen­ta­cji cesarz z synem wyszli na taras, skąd obej­rzeli przy­pro­wa­dzo­nego przez dele­ga­cję konia. Tam wła­śnie, na scho­dach car­sko­siel­skiego pałacu, cesarz i następca tronu sfo­to­gra­fo­wali się z grupą dele­ga­tów.

Jest to praw­do­po­dob­nie jeden z ostat­nich wize­run­ków cesa­rza z okresu jego pano­wa­nia. Ostatni też raz widzia­łem rosyj­skiego cara.

Na froncie rumuńskim

W przed­dzień pre­zen­ta­cji otrzy­ma­łem tele­gram od gene­rała Kry­mowa z infor­ma­cją o prze­rzu­ce­niu ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej do Rumu­nii i z roz­ka­zem natych­mia­sto­wego przy­by­cia do armii wszyst­kich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy dywi­zji prze­by­wa­ją­cych na dele­ga­cjach czy urlo­pach.

Naza­jutrz po pre­zen­ta­cji, zebraw­szy swo­ich ofi­ce­rów i Koza­ków prze­by­wa­ją­cych w Pio­tro­gro­dzie, wyru­szy­łem na front. Po dro­dze przy­łą­czyło się do nas jesz­cze kilku ofi­ce­rów i Koza­ków odwo­ła­nych z urlo­pów i dele­ga­cji.

Do gra­nicy rumuń­skiej jecha­li­śmy bez prze­szkód, ale już na samej gra­nicy stało się jasne, że nie­ła­two będzie dotrzeć do dywi­zji. Pospieszna i cha­otyczna ewa­ku­acja zata­ra­so­wała pocią­gami wszyst­kie tory. Woj­ska rumuń­skie na­dal cofały się na całym fron­cie i wciąż nowe składy z ran­nymi, ucie­ki­nie­rami i ładun­kiem woj­sko­wym nie­ustan­nie napły­wały, coraz bar­dziej zapy­cha­jąc tyły. Ruch pasa­żer­ski wstrzy­mano, w ciągu doby odpra­wiano na połu­dnie tylko jeden pociąg pasa­żer­ski, który całymi godzi­nami stał na sta­cjach. Tutaj po raz pierw­szy zoba­czy­łem jazdę na dachach wago­nów, która stała się póź­niej tak powszechna. Nie tylko dachy, ale bufory i paro­wozy były oble­pione pasa­że­rami. Mia­łem ze sobą sze­ściu ofi­ce­rów i dwu­na­stu żoł­nie­rzy. Posta­no­wi­łem zwró­cić się do rumuń­skiego komen­danta, który oka­zał się ofi­ce­rem wyjąt­kowo uprzej­mym, dosko­nale mówią­cym po fran­cu­sku (w ogóle język fran­cu­ski jest w Rumu­nii bar­dzo roz­po­wszech­niony). Ofi­cer ten prze­pro­wa­dził jakąś roz­mowę tele­fo­niczną z Jas­sami i oddał mi do dys­po­zy­cji dwa wagony, jeden dru­giej klasy dla ofi­ce­rów i jeden trze­ciej dla żoł­nie­rzy.

Docze­pieni do jadą­cych na połu­dnie esze­lo­nów, co prawda bar­dzo powoli, ale jed­nak posu­wa­li­śmy się w kie­runku frontu. Bufety na sta­cjach oka­zały się zupeł­nie puste, wszystko było zje­dzone, w nie­opa­la­nych wago­nach było prze­raź­li­wie zimno i liczy­li­śmy godziny do zakoń­cze­nia naszej cięż­kiej podróży. Na sta­cji Bar­lad dowie­dzie­li­śmy się, że za pół godziny w kie­runku sta­cji Tecuci (wie­dzia­łem już, że w tym punk­cie stoją tabory dywi­zji) odje­dzie eks­pres pasa­żer­ski. Komen­dant sta­cji obie­cał, że każe docze­pić do niego moje wagony, a tym­cza­sem zapro­sił mnie do sie­bie, żebym się ogrzał i napił her­baty. Popro­si­łem o docze­pie­nie moich wago­nów bez­po­śred­nio do loko­mo­tywy, żeby je można było moż­li­wie szybko ogrzać, co też komen­dant obie­cał. Jed­nak z powodu jakie­goś nie­po­ro­zu­mie­nia wagon, w któ­rym jecha­łem z ofi­ce­rami, został docze­piony na końcu składu. To ura­to­wało nam życie. 15 wiorst przed sta­cją Tecuci nasz eks­pres, jadąc z pręd­ko­ścią 16 wiorst na godzinę, wpadł na jadący na pół­noc esze­lon5. Z 14 pierw­szych wago­nów pozo­stały drza­zgi, a kil­ka­set osób zgi­nęło albo odnio­sło rany. Nasz wagon zawisł nad nasy­pem i wszy­scy pospa­da­li­śmy z miejsc; nikt jed­nak nie ucier­piał. Trudno opi­sać ten straszny obraz: w cał­ko­wi­tych ciem­no­ściach spod szcząt­ków wago­nów dobie­gały krzyki, jęki i płacz. Nie­które wagony zapa­liły się i wielu nie­szczę­snych ran­nych zgi­nęło w pło­mie­niach.

Pozo­sta­wiw­szy przy bagażu dwóch Koza­ków, pie­szo dotar­li­śmy do sta­cji Tecuci, skąd, odna­la­zł­szy nasz tabor, posła­li­śmy po rze­czy. Tego samego dnia wyje­cha­łem autem wraz z adiu­tan­tem do Fok­szan fatalną szosą, roz­jeż­dżoną przez nie­zli­czone tabory i znisz­czoną przez roz­topy.

Poru­sza­li­śmy się zale­d­wie z pręd­ko­ścią 4–5 wiorst na godzinę – szosa i cała oko­lica po obu jej stro­nach były pokryte cią­gną­cymi na pół­noc tabo­rami, tłu­mami miesz­kań­ców i obszar­pa­nych żoł­nie­rzy, prze­waż­nie bez broni. Zoba­czy­łem cha­rak­te­ry­styczny odwrót roz­bi­tej i cofa­ją­cej się bez­ład­nie armii. Na prze­mian z laza­re­to­wymi pod­wo­dami, jasz­czami z amu­ni­cją i bro­nią jechały kola­ski i fur­manki z kobie­tami i dziećmi na sto­sach zawi­nią­tek, tobo­łów i roz­ma­itego dobytku.

Nie mogę zapo­mnieć szy­kow­nego landa z dwoma ele­ganc­kimi rumuń­skimi ofi­ce­rami i kil­koma stroj­nymi damami, zaprzę­żo­nego w pocią­gowe konie w arty­le­ryj­skiej uprzęży…

Późną nocą odna­la­złem dywi­zję, która prze­no­siła się na linię rzeki Seret. Posta­li­śmy na tej linii kilka dni, a następ­nie, po zastą­pie­niu nas przez pie­chotę, for­sow­nymi mar­szami prze­szli­śmy w rejon Galati, gdzie ześrod­ko­wała się spora liczba kon­nicy, którą miał połą­czyć pod swoim dowódz­twem gene­rał kawa­le­rii hra­bia Kel­ler. Na naszej skraj­nej lewej flance toczyły się zażarte walki, pla­no­wano prze­rwa­nie przy pomocy naszej pie­choty nie­przy­ja­ciel­skiego frontu i zamie­rzano prze­rzu­cić kon­nicę na tyły Mac­ken­sena. Prze­rwa­nie frontu nie udało się i kon­nica, bez potrzeby spę­dziw­szy dobę pod gołym nie­bem w ulew­nym desz­czu, znowu została odsu­nięta na tyły. Nasza dywi­zja wyco­fała się w rejon Tecuci–Bar­lad.

W cza­sie jed­nego z prze­mar­szów na popa­sie przy­był do mnie ordy­nans od gene­rała Kry­mowa, który szedł ze swym puł­kiem w awan­gar­dzie, i prze­ka­zał mi, że szef dywi­zji prosi mnie do sie­bie.

Pod­jeż­dża­jąc do czoła kolumny, zoba­czy­łem grupę ofi­ce­rów ze sztabu dywi­zji, grze­ją­cych się przy ogniu i roz­dzie­la­ją­cych przy­wie­zioną wła­śnie pocztę. Gene­rał Kry­mow, z kil­koma zmię­tymi gaze­tami w ręku, spa­ce­ro­wał na ubo­czu wiel­kimi ner­wo­wymi kro­kami. Na mój widok jesz­cze z daleka zawo­łał wyma­chu­jąc gaze­tami:

– Naresz­cie wykoń­czyli tego dra­nia Griszkę!…

W gaze­tach zamiesz­czono kilka infor­ma­cji o zabój­stwie Raspu­tina. Listy, które przy­były z tą samą pocztą, zawie­rały szcze­góły.

Spo­śród trzech uczest­ni­ków zabój­stwa zna­łem dobrze dwóch: wiel­kiego księ­cia Dymi­tra Paw­ło­wi­cza i księ­cia Feliksa Jusu­powa6.

Jakie uczu­cia nimi kie­ro­wały? Dla­czego, pozbyw­szy się szko­dli­wego dla ojczy­zny czło­wieka, nie powie­dzieli o tym gło­śno, nie oddali się pod osąd władz i spo­łe­czeń­stwa, tylko, wrzu­ciw­szy zwłoki w prze­rę­bel, pró­bo­wali zatrzeć ślady? Nie chciało się wprost wie­rzyć tym infor­ma­cjom…

Dzie­sią­tego stycz­nia otrzy­ma­łem nomi­na­cję na dowódcę 1. bry­gady 20. ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej, w skład któ­rej wcho­dziły pri­mor­ski pułk dra­go­nów i mój ner­czyń­ski pułk kozacki. Smutno mi było roz­sta­wać się z puł­kiem, któ­rym dowo­dzi­łem z górą 14 mie­sięcy, dzie­li­łem trudy żoł­nier­skiego życia i radość wielu sław­nych zwy­cięstw. Pułk prze­jął puł­kow­nik Makow­kin, o mia­no­wa­nie któ­rego moim zastępcą jesz­cze w Pio­tro­gro­dzie pro­si­łem cesa­rza i ata­mana polo­wego wiel­kiego księ­cia Borisa Wła­di­mi­ro­wi­cza.

Po prze­ka­za­niu pułku, korzy­sta­jąc z faktu, że dywi­zja znaj­do­wała się w odwo­dzie, poje­cha­łem na kilka dni do Jass.

Zatrzy­ma­łem się w Jas­sach u naszego posła A. Moso­łowa, mego kolegi puł­ko­wego z gwar­dii kon­nej. Kwa­tery w Jas­sach pra­wie nie spo­sób było zna­leźć, mia­sto było zapchane masą ucie­ki­nie­rów i woj­sko­wych insty­tu­cji tyło­wych. Spo­dzie­wano się przy­jazdu wiel­kiej księż­nej Wik­to­rii Fio­do­rowny, sio­stry kró­lo­wej.

Nie zna­łem bli­żej wiel­kiej księż­nej, uzna­łem więc, że nie ma potrzeby, bym się jej pre­zen­to­wał. Jed­nakże w dniu jej przy­by­cia odwie­dził mnie och­mistrz dworu wiel­kiej księż­nej Har­tung i prze­ka­zał mi od niej zapro­sze­nie; mia­łem naza­jutrz o dzie­sią­tej rano przy­być do pałacu kró­lo­wej, gdzie się zatrzy­mała.

W Jas­sach dwór rumuń­ski nie posia­dał dość obszer­nego pomiesz­cze­nia, toteż król i kró­lowa miesz­kali w oddziel­nych rezy­den­cjach. Kró­lowa zaj­mo­wała nie­wielki jed­no­pię­trowy pała­cyk przy głów­nej ulicy mia­sta; przed bramą stała warta w uni­for­mach przy­po­mi­na­ją­cych mun­dury naszych kawa­ler­gar­dów7.

Zasta­łem u wiel­kiej księż­nej peł­nią­cego funk­cję rosyj­skiego komen­danta mia­sta gene­rała Kaza­kie­wi­cza, daw­nego ofi­cera pułku pre­obra­żeń­skiego i fli­ge­la­diu­tanta. Wielka księżna zatrzy­mała nas ponad godzinę. Opo­wia­dała nam szcze­gó­łowo o ostat­nich wyda­rze­niach w Pio­tro­gro­dzie, o aresz­to­wa­niu i zesła­niu do Per­sji wiel­kiego księ­cia Dymi­tra Paw­ło­wi­cza, o zbio­ro­wym liście wszyst­kich człon­ków rodziny cesar­skiej do cesa­rza z prośbą o uła­ska­wie­nie wiel­kiego księ­cia, o odmo­wie cesa­rza, o nie­ła­sce, jaka spa­dła na wiel­kiego księ­cia Miko­łaja Michaj­ło­wi­cza za ostry list wysto­so­wany do cesa­rza, w któ­rym bez owi­ja­nia w bawełnę wygar­nął mu gorzką prawdę. Wedle słów wiel­kiej księż­nej wszy­scy naj­bliżsi monar­sze i człon­ko­wie jego rodziny zda­wali sobie sprawę, jakie nie­bez­pie­czeń­stwo zagraża dyna­stii i samej Rosji, tylko cesa­rzowa albo nie widziała tego, albo nie chciała dostrzec. Wielka księżna Jeli­za­wieta Fio­do­rowna, sio­stra cesa­rzo­wej, sama wielka księżna Wik­to­ria Fio­do­rowna, księżna Jusu­powa, matka zabójcy Raspu­tina, księ­cia Jusu­powa, męża księż­nej Iriny Alek­san­drowny, pró­bo­wały otwo­rzyć cesa­rzo­wej oczy, ale na próżno.

– Znam Rosję dłu­żej i lepiej niż ty – powie­działa cesa­rzowa do wiel­kiej księż­nej Wik­to­rii Fio­do­rowny. – Ty sły­szysz tylko to, co się mówi w Pio­tro­gro­dzie, wśród zde­pra­wo­wa­nej i dale­kiej od ludu ary­sto­kra­cji. Gdy­byś wraz z cesa­rzem i ze mną wzięła udział w jed­nym z wyjaz­dów na front, zoba­czy­ła­byś, jak lud i armia uwiel­biają cesa­rza.

Cesa­rzowa wyjęła z szu­flady i poka­zała wiel­kiej księż­nej pakiet listów:

– Wszyst­kie pocho­dzą od ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, pro­stych Rosjan. Codzien­nie otrzy­muję wiele takich listów, wszy­scy nadawcy uwiel­biają cesa­rza i pro­szą tylko o jedno, aby był twardy i nie ugiął się przed kno­wa­niami Dumy…

Wielka księżna dawała do zro­zu­mie­nia, że więk­szość człon­ków rodziny cesar­skiej, a przede wszyst­kim rodzina wiel­kiej księż­nej Marii Paw­łowny, uznają koniecz­ność zmian w ist­nie­ją­cym sta­nie rze­czy i że podziela ich zda­nie wielu naj­wy­bit­niej­szych człon­ków Dumy… Długa roz­mowa z wielką księżną wywarła na mnie przy­gnę­bia­jące wra­że­nie. Mimo że widy­wa­łem ją czę­sto w Pio­tro­gro­dzie, ni­gdy nie byłem z nią bli­sko i teraz jej chęć spo­tka­nia ze mną i wta­jem­ni­cze­nie mnie we wszyst­kie te szcze­góły wydały się dość nie­po­ko­jące.

Dal­sze wyda­rze­nia i wystą­pie­nie wiel­kiego księ­cia Kiriłła Wła­di­mi­ro­wi­cza na czele „rewo­lu­cyj­nej” załogi okrę­to­wej w jed­nym z pierw­szych dni prze­wrotu być może wiele wyja­śniają.

Następ­nego dnia zosta­łem zapro­szony na obiad do kró­lo­wej. Prócz kró­lo­wej z cór­kami i wiel­kiej księż­nej na obie­dzie byli: dama dworu kró­lo­wej i dyżurny fli­ge­la­diu­tant, och­mi­strzyni wiel­kiej księż­nej S. Dur­nowo i ja. Sie­dzia­łem obok kró­lo­wej, która była rów­nie miła, jak ładna. Patrząc na nią, trudno było uwie­rzyć, że doro­słe księż­niczki to jej córki. Po obie­dzie prze­szli­śmy do salonu, zawa­lo­nego poda­run­kami przy­wie­zio­nymi przez wielką księżnę dla żoł­nie­rzy. Byłem szcze­rze rad, że w roz­mo­wie nie poru­szano już przy­krych spraw oma­wia­nych poprzed­niego dnia.

W domu zasta­łem depe­szę o awan­so­wa­niu mnie za zasługi bojowe do stop­nia gene­rała majora. Gene­rał Kry­mow, który zacho­ro­wał na kilka dni przed moim wyjaz­dem do Jass, wyje­chał na kura­cję do Pio­tro­grodu i dowódz­two dywi­zji objął tym­cza­sowo dowódca 2. Bry­gady, stary puł­kow­nik Żele­znow, ural­ski Kozak. Z chwilą otrzy­ma­nia awansu musia­łem prze­jąć dowódz­two dywi­zji i wyru­szyć na front.

W trze­ciej deka­dzie stycz­nia dywi­zja otrzy­mała roz­kaz prze­mar­szu w rejon Kiszy­niowa. Tutaj zebrała się więk­sza część kon­nicy rosyj­skiej z frontu rumuń­skiego. Bogata w żyw­ność, a przede wszyst­kim w furaż, Besa­ra­bia umoż­li­wiała naszej kon­nicy swo­bodne zakwa­te­ro­wa­nie i w cza­sie zimo­wej ciszy na fron­cie mogli­śmy wypo­cząć i odży­wić się.

Popro­wa­dzi­łem dywi­zję dłu­gimi mar­szami. Zima była wyjąt­kowo śnieżna, ze zwy­kłymi w tej czę­ści Rumu­nii zamie­ciami. Przy­zwy­cza­jone do zimo­wych prze­mar­szów zabaj­kal­skie konie szły jed­nak bez wysiłku i prze­marsz do nowego miej­sca odby­li­śmy szybko i bez spe­cjal­nych trud­no­ści.

Nie­duże, czy­ste i zamożne guber­nialne mia­sto Kiszy­niów, zazwy­czaj ciche i spo­kojne, było nie­zwy­kle oży­wione. Oprócz mojej dywi­zji w naj­bliż­szej oko­licy roz­miesz­czony był konny kor­pus gene­rała Kel­lera, tuziemna, tak zwana dzika dywi­zja księ­cia Bagra­tiona… Masa ofi­ce­rów naj­roz­ma­it­szych, kawa­le­ryj­skich i kozac­kich, puł­ków zapeł­niała teatry i restau­ra­cje.

Ser­deczni miesz­kańcy Kiszy­niowa cie­szyli się, że mogą oka­zać gościn­ność naszym oddzia­łom i sami także się roze­rwać. Przed­sta­wi­ciele miej­sco­wej szlachty i boga­tego kupiec­twa na wyścigi zapra­szali na obiady, kola­cje i bale, a woj­skowa mło­dzież po dwóch latach cięż­kiego obo­zo­wego życia bawiła się ocho­czo. W kilka dni po przy­by­ciu dywi­zji szlachta kiszy­niow­ska wydała dla ofi­ce­rów bal w Resur­sie Oby­wa­tel­skiej. Po tań­cach prze­szli­śmy do sali jadal­nej na kola­cję, którą damy poda­wały oso­bi­ście, przy­sia­da­jąc się do tego czy innego sto­lika. W tydzień póź­niej dywi­zja wydała w tej samej Resur­sie Oby­wa­tel­skiej rewan­żowy bal dla kiszy­niow­skiego towa­rzy­stwa. Z kwa­te­ru­ją­cych pod mia­stem obo­zów przy­były dwa zespoły trę­ba­czy i śpie­wacy. Goście roze­szli się dopiero o świ­cie. Wśród bez­tro­skiej zabawy i codzien­nych drob­nych kło­po­tów zda­wało się, że roz­pro­szyły się nie­po­koje dłu­gich ostat­nich mie­sięcy i nic nie zapo­wia­dało rychłej zawie­ru­chy.

Jede­na­stego lutego przy­był z Pio­tro­grodu gene­rał Kry­mow, co dało miej­sco­wemu towa­rzy­stwu nowy asumpt do urzą­dza­nia na jego cześć ban­kie­tów i wie­czo­rów tanecz­nych. Gene­rał także był daleki od myśli, że nie­uchron­nie zbliża się burza. Narze­ka­jąc na sztab i rząd, potę­pia­jąc „sza­leń­czą i zbrod­ni­czą” poli­tykę, przy­ta­cza­jąc wiele nowych, coraz bar­dziej obu­rza­ją­cych przy­kła­dów samo­woli, nad­użyć i nie­udol­no­ści władz, mimo wszystko nie zda­wał sobie sprawy, że kro­pla, która miała prze­peł­nić czarę nie­za­do­wo­le­nia kraju, już wisi w powie­trzu.

Na froncie i na tyłach w dniach przewrotu

Sztab dywi­zji mie­ścił się 18 wiorst od Kiszy­niowa we dwo­rze Chanki. W samym mie­ście prze­zna­czono dla ofi­ce­rów sztabu, przy­by­wa­ją­cych tu służ­bowo, nie­wiel­kie miesz­ka­nie. Oddziały dywi­zji kwa­te­ro­wały w oko­licz­nych wsiach o 10–12 wiorst od Kiszy­niowa. W pierw­szych dniach po przy­jeź­dzie gene­rał Kry­mow miesz­kał prze­waż­nie w mie­ście, ja zaś przy szta­bie dywi­zji we dwo­rze Chanki. Pierw­szego czy dru­giego marca po mie­ście po raz pierw­szy zaczęły krą­żyć słu­chy o jakichś zamiesz­kach w Pio­tro­gro­dzie, demon­stra­cjach robot­ni­ków, o zbroj­nych star­ciach na uli­cach. Żad­nych kon­kret­nych infor­ma­cji jed­nak nie było i do pogło­sek nie przy­wią­zy­wano szcze­gól­nej wagi.

Czwar­tego czy pią­tego marca, kiedy sia­da­łem do kola­cji, wró­cił z mia­sta ordy­nans sztabu dywi­zji pri­mor­skiego pułku dra­go­nów kor­net Kwit­kow­ski i prze­ka­zał mi zasły­szane w mie­ście opo­wie­ści o powszech­nym powsta­niu w Pio­tro­gro­dzie i o tym, że spo­śród Dumy wyło­niono jakoby Rząd Tym­cza­sowy. Dokład­niej­szych infor­ma­cji nie miał. Około ósmej wie­czo­rem wezwał mnie tele­fo­nicz­nie do mia­sta gene­rał Kry­mow. Pozna­łem po gło­sie, że jest bar­dzo zde­ner­wo­wany:

– W Pio­tro­gro­dzie powsta­nie, cesarz abdy­ko­wał, zaraz prze­czy­tam panu mani­fest, jutro trzeba go odczy­tać woj­sku.

Popro­si­łem gene­rała, by chwilę zacze­kał, wezwa­łem szefa sztabu i kaza­łem mu zapi­sy­wać pod moje dyk­tando słowa mani­fe­stu. Gene­rał Kry­mow czy­tał, ja gło­śno powta­rza­łem sze­fowi sztabu poszcze­gólne zda­nia. Po mani­fe­ście cesa­rza gene­rał Kry­mow zaczął czy­tać mani­fest wiel­kiego księ­cia Micha­iła Alek­san­dro­wi­cza8. Już po pierw­szych zda­niach powie­dzia­łem do szefa sztabu:

– To koniec, to anar­chia.

Oczy­wi­ście, sam fakt abdy­ka­cji cesa­rza, cho­ciaż wywo­łany nie­za­do­wo­le­niem spo­łe­czeń­stwa, nie mógł mimo wszystko nie wstrzą­snąć do głębi ludem i armią. Ale nie to było naj­waż­niej­sze. Nie­bez­pie­czeń­stwo leżało w samym uni­ce­stwie­niu idei monar­chii, w fak­cie, że Rosja nie miała już monar­chy. Ostat­nie lata pano­wa­nia zra­ziły do cesa­rza wielu synów ojczy­zny. Armia, tak jak i cały kraj, uświa­da­miała sobie dosko­nale, że cesarz swo­imi dzia­ła­niami naj­bar­dziej pod­rywa auto­ry­tet tronu. Gdyby prze­ka­zał wła­dzę swemu synowi czy bratu, armia przy­ję­łaby to raczej spo­koj­nie. Zło­żyw­szy przy­sięgę nowemu cesa­rzowi, naród rosyj­ski rów­nież, tak jak od 24 wie­ków, na­dal słu­żyłby jemu i kra­jowi i ginąłby za „Wiarę, Cara i Ojczy­znę”.

Ale w obec­nej sytu­acji wraz z upad­kiem cara upa­dła sama idea wła­dzy, w poję­ciu narodu rosyj­skiego prze­stały ist­nieć wszyst­kie wią­żące go zobo­wią­za­nia, przy czym wła­dzy i owych zobo­wią­zań nie było czym zastą­pić.

Co powi­nien był odczuć rosyj­ski ofi­cer czy żoł­nierz, wycho­wany w idei nie­na­ru­szal­no­ści przy­sięgi i wier­no­ści swemu carowi, czło­wiek, który w tym prze­ko­na­niu peł­nił służbę, widział w tym naj­waż­niej­szy, zro­zu­miały dla sie­bie sens wojny…

Trzeba powie­dzieć, że w tych decy­du­ją­cych chwi­lach wyż­sze dowódz­two nie zro­biło nic, by wyja­śnić woj­sku, co się dzieje. Nie wydano żad­nych ogól­nych wytycz­nych, nie pod­jęto żad­nej próby opa­no­wa­nia od góry nastro­jów w armii. W tej sytu­acji nie­unik­niony był cały ciąg nie­po­ro­zu­mień. Roz­ma­ite, czę­sto zupeł­nie absur­dalne inter­pre­ta­cje abdy­ka­cji cesa­rza i wiel­kiego księ­cia (jeden z ofi­ce­rów pie­choty tłu­ma­czył na przy­kład swoim żoł­nie­rzom, że „cesarz osza­lał”), jesz­cze bar­dziej zagma­twały i zaciem­niły w umy­słach żoł­nie­rzy obraz sytu­acji. Posta­no­wi­łem odczy­tać woj­sku oba mani­fe­sty i z cał­ko­witą szcze­ro­ścią opowie­dzieć wszystko, co mi było wia­dome o cięż­kiej sytu­acji na tyłach, o nie­za­do­wo­le­niu, jakie budzili w naro­dzie liczni przed­sta­wi­ciele wła­dzy, któ­rzy oszu­ki­wali cesa­rza, utrud­nia­jąc tym samym zasto­so­wa­nie w kraju środ­ków koniecz­nych ze względu na nie­bez­pieczną wojnę. Nie znam oko­licz­no­ści towa­rzy­szą­cych abdy­ka­cji cesa­rza, ale mani­fest prze­zeń pod­pi­sany my wszy­scy, któ­rzyśmy mu przy­się­gali, powin­ni­śmy byli bez szem­ra­nia wypeł­nić, tak samo jak roz­kaz wiel­kiego księ­cia Micha­iła Alek­san­dro­wi­cza, któ­remu cesarz prze­ka­zał swą wła­dzę.

Ran­kiem odczy­tano woj­sku oby­dwa akty i udzie­lono odpo­wied­nich wyja­śnień. Pierw­sze wra­że­nie można oddać jed­nym tylko sło­wem: nie­do­wie­rza­nie. Wszy­scy byli oszo­ło­mieni nie­ocze­ki­wa­nym wyda­rze­niem. Ofi­ce­ro­wie, podob­nie zresztą jak żoł­nie­rze, byli zakło­po­tani i przy­bici. Przez pierw­sze dni nawet roz­mów na ten temat było sto­sun­kowo nie­wiele, ludzie przy­ci­chli jakby w ocze­ki­wa­niu na coś, sta­rali się zro­zu­mieć i poła­pać w tym, co się dzieje w nich samych. Tylko w pew­nych gru­pach żoł­nier­skiej i urzęd­ni­czej inte­li­gen­cji (pra­cow­ni­ków tech­nicz­nych, pisa­rzy, per­so­nelu medycz­nego) trium­fo­wano. Pra­cow­nicy poczty polo­wej, wśród któ­rych, nawia­sem mówiąc, znaj­do­wała się moja żona, w dniu ogło­sze­nia mani­fe­stu z rado­ści wydali uro­czy­stą kola­cję; żona, która odmó­wiła swo­jego udziału, przez prze­pie­rze­nie sły­szała pra­wie całą noc śmie­chy, buń­czuczne prze­mó­wie­nia i śpiewy.

Po dwóch dniach, obje­chaw­szy pułki, poje­cha­łem do Kiszy­niowa, do gene­rała Kry­mowa. Zasta­łem go w rado­snym, opty­mi­stycz­nym nastroju. Mimo że w całym mie­ście odby­wały się już wiece i uli­cami prze­cią­gały z czer­wo­nymi sztan­da­rami jakieś demon­stru­jące grupy, w któ­rych tra­fiali się już poje­dyn­czy żoł­nie­rze z miej­sco­wego zapa­so­wego bata­lionu, gene­rał nie przy­wią­zy­wał do tego żad­nej wagi; na­dal szcze­rze wie­rzył, że jest to prze­wrót, a nie począ­tek wszech­ro­syj­skiej „smuty”. Dowo­dził z zapa­łem, że armia, unie­ru­cho­miona na fron­cie, nie zosta­nie wcią­gnięta w walkę poli­tyczną i że „byłoby o wiele gorzej, gdyby się to wszystko stało po woj­nie, a zwłasz­cza w cza­sie demo­bi­li­za­cji… Wów­czas woj­sko po pro­stu roz­bie­głoby się do domów z bro­nią w ręku i samo zaczę­łoby robić porządki”.

U gene­rała zoba­czy­łem po raz pierw­szy listę człon­ków Rządu Tym­cza­so­wego. Z nich wszyst­kich sto­sun­kowo naj­bliż­szy armii był Gucz­kow – w cza­sie kam­pa­nii japoń­skiej był w skła­dzie Czer­wo­nego Krzyża, a w ostat­nich latach prze­wod­ni­czą­cym Komi­sji Obrony w Dumie, od 1915 roku zaś stał na czele Cen­tral­nego Komi­tetu Woj­skowo-Prze­my­sło­wego. A jed­nak mia­no­wa­nie mini­strem spraw woj­sko­wych cywila, i to jesz­cze w cza­sie wojny, nie mogło nie budzić wielu wąt­pli­wo­ści. Gene­rał Kry­mow, który dobrze znał Gucz­kowa, pokła­dał w nim wiel­kie nadzieje:

– O, Alek­sandr Iwa­no­wicz to praw­dziwy mąż stanu, zna woj­sko nie gorzej niż pan czy ja. Wąt­pię, czy roz­ma­ici Szu­wa­je­wo­wie są od niego lepsi tylko dla­tego, że całe życie prze­sie­dzieli w Mini­ster­stwie Wojny. Nie umy­wają się do niego…

Książę Lwow, znany jako pre­zes Związku Ziem­skiego, miał repu­ta­cję czło­wieka pra­wego i patrioty. Milu­kow i Szyn­ga­riow byli znani jako lide­rzy par­tii kadec­kiej i zdolni orga­ni­za­to­rzy… Były także nazwi­ska mniej znane – Tie­riesz­czenko, Nie­kra­sow… Ale ener­gicz­nego, sil­nego czło­wieka, który zdolny byłby objąć i utrzy­mać w swych rękach chwie­jącą się wła­dzę, wśród nich wszyst­kich nie było.

Kry­mow prze­ka­zał mi rów­nież pierw­sze pio­tro­grodz­kie gazety. Infor­ma­cje o wszyst­kim, co się tam dzieje, opu­bli­ko­wane prze­mó­wie­nia nie­któ­rych człon­ków Dumy i utwo­rzo­nej żywio­łowo rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich nie zapo­wia­dały niczego dobrego. Natych­miast utwo­rzyła się dwu­wła­dza i Rząd Tym­cza­sowy naj­wi­docz­niej nie czuł się na siłach z nią wal­czyć. W prze­mó­wie­niach nawet naj­bar­dziej pra­wi­co­wych mów­ców czuło się chęć pod­szy­cia się pod rewo­lu­cyjną demo­kra­cję… Bole­śnie ugo­dziły mnie po raz pierw­szy wypo­wie­dziane słowa o koniecz­no­ści „pogo­dze­nia” ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, o tym, że od ofi­ce­rów wyma­gany będzie „sza­cu­nek dla osoby żoł­nie­rza”. Mówił o tym Milu­kow w swoim prze­mó­wie­niu dru­giego marca, kiedy w salach Pałacu Tau­rydz­kiego po raz pierw­szy wspo­mniał o abdy­ka­cji cesa­rza na rzecz brata…

Następne dni potwier­dziły mój nie­po­kój; sta­wało się coraz bar­dziej jasne, że zamęt i roz­kład na tyłach rosną, że obcy armii i słabi duchem ludzie, któ­rzy sta­nęli na czele kraju, nie potra­fią uchro­nić woj­ska przed próbą wcią­gnię­cia go w brudną grę. Uka­zał się także Roz­kaz nr 19.

Któ­re­goś dnia wcze­snym ran­kiem gene­rał Kry­mow zate­le­fo­no­wał z prośbą, bym natych­miast przy­był do Kiszy­niowa:

– Pro­szę zabrać ze sobą naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy – uprze­dził. – Chcę, żeby pan jesz­cze dziś wyje­chał do Pio­tro­grodu.

Zasta­łem gene­rała Kry­mowa przy pisa­niu listu. W czer­wo­nych butach, bez kurtki, sie­dział przy biurku, a wokół niego na biurku, fote­lach i pod­ło­dze leżało mnó­stwo pomię­tych papie­rów:

– Niech pan patrzy – rzekł, wska­zu­jąc pal­cem jakąś gazetę – oni posza­leli, dia­bli wie­dzą, co się tam dzieje. Nie poznaję Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza (Gucz­kowa), jak może dopu­ścić, by ci pano­wie wtrą­cali się do woj­ska. Piszę do niego. Nie mogę wyje­chać sam bez wezwa­nia i zosta­wić w tej chwili dywi­zji. Pro­szę, żeby pan poje­chał i spo­tkał się z Alek­san­drem Iwa­no­wi­czem…

Zaczął mi czy­tać list. W gorz­kich, tchną­cych bólem i gnie­wem sło­wach pisał o nie­bez­pie­czeń­stwie, jakie zagraża armii, a wraz z nią całej Rosji. O tym, że armia powinna być apo­li­tyczna, o tym, że ci, któ­rzy inge­rują w sprawy armii, popeł­niają zbrod­nię wobec ojczy­zny… Nagle prze­rwał czy­ta­nie, chwy­cił się obu­rącz za głowę i zaszlo­chał… Na zakoń­cze­nie listu pro­sił Gucz­kowa, by mnie wysłu­chał, uprze­dza­jąc, że wszystko, co powiem, powiem na jego prośbę, że wyrażę jego wła­sne zda­nie. Jesz­cze tego wie­czoru wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu.

Na sta­cji Żme­rynka spo­tka­li­śmy jadący z pół­nocy pociąg kurier­ski. Wśród pasa­że­rów było kilku naocz­nych świad­ków ostat­nich wyda­rzeń w sto­licy, mię­dzy innymi szef 12. kawa­le­ryj­skiej dywi­zji baron Man­ner­heim (który póź­niej dowo­dził w Fin­lan­dii bia­łymi woj­skami). Od niego pierw­szego, jako od naocz­nego świadka, dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o ulicz­nych zamiesz­kach w sto­licy, zdra­dze­niu rządu przez oddziały woj­skowe, o mają­cych miej­sce w pierw­szych dniach zabój­stwach ofi­ce­rów. Sam baron Man­ner­heim zmu­szony był przez trzy dni ukry­wać się w mie­ście, zmie­nia­jąc miej­sce pobytu. Wśród ofiar roz­sza­la­łego tłumu i żoł­nie­rzy było kilku moich zna­jo­mych: sędziwy hra­bia Stac­kel­berg, były dowódca pułku kawa­ler­gar­dów hra­bia Meng­den, lejb-huzar hra­bia Kle­in­mi­chel… Dwaj ostatni zostali zabici w Łudze przez wła­snych żoł­nie­rzy zapa­so­wych oddzia­łów kawa­le­rii.

W Kijo­wie, ocze­ku­jąc na połą­cze­nie, poje­cha­łem odwie­dzić rodzinę guber­nial­nego mar­szałka szlachty Bez­aka. Po dro­dze widzia­łem pomnik Sto­ły­pina, strą­cony przez tłusz­czę z cokołu w pierw­szych dniach prze­wrotu. U Bez­a­ków, któ­rzy zatrzy­mali mnie na obie­dzie, pozna­łem przy­by­łego wła­śnie z Pio­tro­grodu posła do Dumy barona Ste­in­gera i dowie­dzia­łem się od niego szcze­gó­łów wyda­rzeń, jakie miały miej­sce w owych decy­du­ją­cych dniach w murach Pałacu Tau­rydz­kiego. Od niego pierw­szego usły­sza­łem pochlebną opi­nię o Kie­ren­skim. Wedle słów barona Ste­in­gera był to jedyny w skła­dzie rządu czło­wiek z tem­pe­ra­men­tem, czło­wiek zdolny opa­no­wać tłumy. Jemu wła­śnie Rosja zawdzię­czała to, że roz­lew krwi w pierw­szych dniach został w porę powstrzy­many.

Na sta­cji Bach­ma­cze wsiadł do naszego wagonu adiu­tant wiel­kiego księ­cia Miko­łaja Miko­ła­je­wi­cza, puł­kow­nik hra­bia Meng­den. Opu­ścił w Bach­ma­czach pociąg wiel­kiego księ­cia, jadą­cego z Tyflisu do Mohy­lewa, gdzie miał objąć naczelne dowódz­two. Hra­bia Meng­den jechał do Pio­tro­grodu, gdzie pozo­stała jego rodzina: żona, dzieci i brat. Jesz­cze nie wie­dział o tra­gicz­nej śmierci brata. Musia­łem speł­nić ten bole­sny obo­wią­zek i powia­do­mić go o tym. Hra­bia Meng­den powie­dział mi, że wielki książę jest już uprze­dzony o życze­niu Rządu Tym­cza­so­wego, by prze­ka­zał naczelne dowódz­two gene­ra­łowi Alek­sie­je­wowi, i że posta­no­wił dla unik­nię­cia nie­po­trzeb­nych kom­pli­ka­cji pod­po­rząd­ko­wać się temu. Uwa­ża­łem tę decy­zję wiel­kiego księ­cia za fatalną. Wielki książę był nie­zwy­kle popu­larny w woj­sku, zarówno wśród ofi­ce­rów, jak i żoł­nie­rzy. Z jego auto­ry­te­tem nie mogli się nie liczyć rów­nież wszy­scy wyżsi dowódcy: głów­no­do­wo­dzący fron­tami i dowódcy armii. On jeden mógł jesz­cze oca­lić woj­sko przed zagładą, Rząd Tym­cza­sowy nie zde­cy­do­wałby się na otwartą z nim walkę.

Sta­cja w Car­skim Siole zatło­czona była żoł­nie­rzami gwar­dii i pie­choty, więk­szość z nich nosiła czer­wone kokardy. Wielu było pija­nych. Prze­py­cha­jąc się, śmie­jąc i gło­śno roz­pra­wia­jąc, mimo pro­te­stów obsługi pociągu wła­zili do wago­nów, pełno ich było w kory­ta­rzu i wago­nie restau­ra­cyj­nym, gdzie aku­rat piłem kawę. Mały, rudawy dra­gon pułku fin­landz­kiego, o bez­czel­nej twa­rzy, z papie­ro­sem w zębach i z czer­woną kokardą przy płasz­czu, bez­ce­re­mo­nial­nie przy­siadł się do sto­lika, przy któ­rym sie­działa sio­stra miło­sier­dzia, i pró­bo­wał nawią­zać z nią roz­mowę. Obu­rzona jego zacho­wa­niem sio­stra ostro zwró­ciła mu uwagę. W odpo­wie­dzi posy­pały się rynsz­to­kowe wyzwi­ska. Zerwa­łem się, chwy­ci­łem dra­nia za koł­nierz, wywlo­kłem do wyj­ścia i kola­nem wypchną­łem na kory­tarz. W tłu­mie żoł­nie­rzy zaczęto szem­rać, ale nikt się nie odwa­żył ująć za łobu­zem.

Pierw­szą rze­czą, która zdu­miała mnie w Pio­tro­gro­dzie, była ogromna liczba czer­wo­nych kokard, któ­rymi ozdo­bili się pra­wie wszy­scy. Nosili je nie tylko wałę­sa­jący się po uli­cach żoł­nie­rze, bez broni i w roz­pię­tych płasz­czach, stu­denci, kur­sistki, kie­rowcy tak­só­wek i doroż­ka­rze, ale rów­nież ele­ganccy cywile i spora liczba ofi­ce­rów10. Tra­fiały się szy­kowne pry­watne powozy ze stan­gre­tami przy­stro­jo­nymi w czer­wone wstążki i wła­ści­cie­lami tych ekwi­paży z przy­pię­tymi do futer taki­miż kokar­dami. Sam widzia­łem kilku sta­rych, zasłu­żo­nych gene­ra­łów, któ­rzy nie zawa­hali się ozdo­bić mun­du­ro­wych płasz­czy mod­nym rewo­lu­cyj­nym kolo­rem. Spo­tka­łem mię­dzy innymi ofi­cera ze świty cesa­rza rów­nież z czer­woną kokardą, dys­tynk­cje miał wyprute z epo­le­tów; nie mogłem się powstrzy­mać, by nie wyra­zić mu mego zdu­mie­nia. Był bar­dzo zmie­szany i usi­ło­wał się wykrę­cić żar­tem: „Cóż robić, jestem teraz ubrany mod­nie, to nowa moda…”. Wiele osób prze­sa­dziło w tchó­rzo­stwie, mało­dusz­no­ści i chęci przy­po­do­ba­nia się nowym wła­dzom. Przez wszyst­kie te dni cho­dzi­łem po mie­ście pie­szo w gene­ral­skim mun­du­rze z emble­ma­tami następcy tronu (oczy­wi­ście bez czer­wonej kokardy) i przez cały ten czas nikt mnie nie zacze­pił.

Tchó­rzo­stwo i lokaj­ska przy­po­chleb­ność rosyj­skiego spo­łe­czeń­stwa ujaw­niły się wyraź­nie w pierw­szych dniach „smuty” i nie tylko żoł­nie­rze, młodsi ofi­ce­ro­wie i drobni urzęd­nicy, ale nawet osoby z kół dwor­skich i człon­ko­wie rodziny panu­ją­cej sta­no­wili tego przy­kład. Już w pierw­szych godzi­nach zamętu wszy­scy opu­ścili cesa­rza. W strasz­nych chwi­lach, jakie prze­żyła cesa­rzowa i dzieci w Car­skim Siole, nikt z osób zbli­żo­nych do rodziny car­skiej nie pospie­szył im z pomocą. Wielki książę Kiriłł Wła­di­mi­ro­wicz sam przy­pro­wa­dził do Dumy mary­na­rzy gwar­dii i pospiesz­nie „zamel­do­wał się” M. Rodziance. W kilku gaze­tach poja­wił się „wywiad” wiel­kich ksią­żąt Kiriłła Wła­di­mi­ro­wicza i Miko­łaja Michaj­ło­wi­cza, w któ­rym obaj w haniebny spo­sób oczer­niali cara. Nie spo­sób było czy­tać tego bez obu­rze­nia.

Walka o wła­dzę mię­dzy Dumą a samo­zwań­czą radą dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich wciąż trwała i Rząd Tym­cza­sowy, nie czu­jąc się na siłach do pod­ję­cia otwar­tej walki, coraz głę­biej brnął w pułapkę kom­pro­mi­sów.

Gucz­kowa w Pio­tro­gro­dzie nie było. Posta­no­wi­łem na niego pocze­kać i zosta­wi­łem w Mini­ster­stwie Wojny swój adres, pro­sząc, by mnie zawia­do­miono, kiedy mini­ster wróci. Po dwóch dniach dano mi znać tele­fo­nicz­nie, że mini­ster spraw zagra­nicz­nych P. Milu­kow, zawia­do­miony o moim przy­by­ciu do Pio­tro­grodu z misją do Gucz­kowa, prosi mnie do sie­bie. Naza­jutrz rano zosta­łem przez niego bar­dzo uprzej­mie przy­jęty:

– Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow jest nie­obecny – powie­dział mini­ster – ale mam z nim stały kon­takt. Mogę mu prze­słać pań­ski list, posta­ram się rów­nież jak naj­do­kład­niej prze­ka­zać mu wszystko, o czym raczy mnie pan powia­do­mić. Nale­żymy z Alek­san­drem Iwa­no­wiczem do róż­nych par­tii – dodał z uśmie­chem – ale teraz, jak panu wia­domo, róż­nych par­tii nie ma i być nie może.

Prze­ka­za­łem list gene­rała Kry­mowa mini­strowi i jak naj­do­kład­niej przed­sta­wi­łem mu swój pogląd na nie­bez­pie­czeń­stwo, jakie grozi armii w zaist­nia­łej sytu­acji. Pod­kre­śli­łem, że obec­nie, kiedy szcze­gól­nie nie­odzowna jest twarda dys­cy­plina, należy wszel­kimi spo­so­bami utrzy­mać pre­stiż prze­ło­żo­nych, że ostat­nie roz­kazy roz­przę­gają dys­cy­plinę w woj­sku i same two­rzą prze­paść mię­dzy kadrą ofi­cer­ską a żoł­nie­rzami, że doma­ga­nie się dys­cy­pliny jedy­nie „w sze­re­gach” jest szko­dliwe i bez­sen­sowne.

– Toczy się wojna i wszy­scy, ofi­ce­ro­wie i sze­re­gowcy, gdzie­kol­wiek się znaj­du­jemy: w oko­pach, w rezer­wie czy na głę­bo­kich tyłach, w isto­cie przez cały czas peł­nimy służbę i znaj­du­jemy się „w sze­re­gach”. Nowe prawa dla żoł­nie­rzy, wymóg zwra­ca­nia się do nich per „wy”, prawo odwie­dza­nia miejsc publicz­nych, pale­nia itd. dobremu żoł­nie­rzowi nie są w obec­nej chwili potrzebne. Pro­sty Rosja­nin od dziecka przy­wykł do mówie­nia mu „ty” i nie widzi w tym żad­nej dla sie­bie obrazy; w oko­pach i na popa­sach rosyj­scy ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze żyją razem, jedzą z jed­nego kotła i przy­pa­lają jeden dru­giemu papie­rosy – prawo odwie­dza­nia lokali, pale­nia i inne swo­body wyko­rzy­stają tylko tacy żoł­nie­rze jak ci, któ­rzy wałę­sają się teraz po uli­cach Pio­tro­grodu.

Mini­ster słu­chał mnie bar­dzo uważ­nie, przez cały czas robiąc zapi­ski w note­sie.

– To bar­dzo inte­re­su­jące, co pan mówi, prze­każę to dokład­nie Alek­san­drowi Iwa­no­wi­czowi Gucz­ko­wowi. Muszę jed­nak zazna­czyć, że posia­dane przez nas infor­ma­cje i to, co sły­szymy tu od przed­sta­wi­cieli armii, znacz­nie się od sie­bie róż­nią.

– Moż­liwe – odpar­łem. – Pozwoli pan jed­nak, że zapy­tam, o jakich przed­sta­wi­cie­lach armii raczy pan mówić. O tych, któ­rzy zasia­dają w radzie dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich, nie wia­domo przez kogo wybrani i mia­no­wani, czy o tych, któ­rych widzia­łem wła­śnie na uli­cach, przy­stro­jo­nych czer­wo­nymi kokar­dami. Pro­szę mi wie­rzyć, że spo­śród dobrych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy w Pio­tro­gro­dzie prze­by­wają teraz tylko ci, któ­rzy leżą w laza­re­tach i raczej nie mogą być pań­skimi infor­ma­to­rami. Nie wąt­pię, że wszy­scy pozo­stali, któ­rzy się tu przy­pad­kowo zna­leźli, już podą­żyli do swych macie­rzy­stych oddzia­łów.

– Oczy­wi­ście, nie mogę się na ten temat wypo­wie­dzieć zde­cy­do­wa­nie, Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow jest w tej chwili bar­dziej kom­pe­tentny niż ja. Praw­do­po­dob­nie po powro­cie zechce się z panem zoba­czyć oso­bi­ście. Na razie zapew­niam pana, że prze­każę szcze­gó­łowo wszystko, co od pana usły­sza­łem…

Po powro­cie do domu zasta­łem depe­szę od gene­rała Kry­mowa. Zawia­da­miał mnie, że mini­ster wojny wezwał go do Pio­tro­grodu, że jestem wyzna­czony cza­sowo na dowódcę dywi­zji i że mam natych­miast wra­cać do Kiszy­niowa. Z wiel­kim tru­dem zdo­by­łem bilet i jesz­cze tego wie­czoru wyje­cha­łem z Pio­tro­grodu.

Pięt­na­stego marca przy­by­łem do Kiszy­niowa. Gene­rał Kry­mow, nie docze­kaw­szy się mnie, wyje­chał poprzed­niego dnia wraz z sze­fem sztabu dywi­zji, puł­kow­ni­kiem Sama­ri­nem. Puł­kow­nik Sama­rin po przy­jeź­dzie do Pio­tro­grodu został mia­no­wany sze­fem gabi­netu w Mini­ster­stwie Wojny; jego zastępcą oka­zał się pod­puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Połkow­ni­kow, Kozak doń­ski, który objął służbę w kilka dni po moim powro­cie. Pod­puł­kow­nik Połkow­ni­kow, który póź­niej, po puczu Kor­ni­łowa, zna­lazł się na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego i ode­grał w dniach upadku Rządu Tym­cza­so­wego tak smutną rolę, na sta­no­wi­sku szefa sztabu dywi­zji wyka­zał się talen­tem, roz­sąd­kiem i ener­gią.

Prze­ży­wa­li­śmy ciężki okres. Wła­dza coraz bar­dziej wymy­kała się z rąk Rządu Tym­cza­so­wego. Nie miał on siły prze­ciw­sta­wić się rosz­cze­niom rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich.

W woj­sku wszy­scy wyraź­nie odczu­wali groźne następ­stwa tej sła­bo­ści i roz­te­rek wła­dzy i instynk­tow­nie usi­ło­wali tę wła­dzę wzmoc­nić. Wiele oddzia­łów woj­sko­wych wysto­so­wało do pre­miera pisma, w któ­rych wyra­żało goto­wość popar­cia nowej wła­dzy i zwal­cza­nia wszel­kich prób wywo­ła­nia anar­chii w kraju. Podobne rezo­lu­cje uchwa­liły także wszyst­kie pułki dywi­zji ussu­ryj­skiej.

Nie­stety, Rząd Tym­cza­sowy nie potra­fił i widocz­nie nie chciał sko­rzy­stać z pro­po­no­wa­nej mu przez samo woj­sko pomocy. Alek­san­der Iwa­no­wicz Gucz­kow, który w tym cza­sie wizy­to­wał głów­no­do­wo­dzą­cych fron­tów, przyj­mu­jąc dele­ga­cje róż­nych oddzia­łów, nie­odmien­nie zapew­niał gło­śno, że rząd nie potrze­buje żad­nej pomocy, że nie ist­nieje żadna dwu­wła­dza, że prace rządu i rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich prze­bie­gają w cał­ko­wi­tej har­mo­nii.

Brak było zde­cy­do­wa­nia i jed­no­ści rów­nież wśród wyż­szego dowódz­twa armii. Zamiast się poro­zu­mieć i razem zde­cy­do­wa­nie sta­nąć w obro­nie powie­rzo­nych im wojsk, wyżsi dowódcy dzia­łali każdy na wła­sną rękę, nie bio­rąc pod uwagę wspól­nego dobra. Pod­czas gdy gene­rał hra­bia Kel­ler, odmó­wiw­szy zło­że­nia przy­sięgi Rzą­dowi Tym­cza­so­wemu, odbie­rał przy dźwię­kach hymnu pań­stwa poże­gnalną defi­ladę swych sta­rych puł­ków, gene­rała Bru­si­łowa nie­śli przed fron­tem woj­ska na obwie­szo­nym czer­wo­nymi kokar­dami fotelu rewo­lu­cyjni żoł­nie­rze…

Sie­dem­na­stego marca przy­pa­dało święto puł­kowe amur­skiego pułku Koza­ków. Pułk ten został wcie­lony do składu dywi­zji sto­sun­kowo nie­dawno – wio­sną 1916 roku – i swą orga­ni­za­cją wewnętrzną w kło­po­tliwy spo­sób odbie­gał od orga­ni­za­cji innych puł­ków dywi­zji. Rok temu, kiedy pułk znaj­do­wał się w Pio­tro­gro­dzie w woj­skach ochrony, miało w nim miej­sce gło­śne wyda­rze­nie – Kozacy zabili swego ofi­cera. Kozacy amur­scy, dosko­nali żoł­nie­rze, byli prze­waż­nie ludźmi gwał­tow­nymi i krnąbr­nymi. Dowódcą pułku był puł­kow­nik Syczew. W cza­sie parady, pod­jeż­dża­jąc do sto­ją­cego w sze­re­gach pułku, ze zdzi­wie­niem zoba­czy­łem zamiast odznak sotni czer­wone flagi. Do spo­rzą­dze­nia tych flag Kozacy zużyli praw­do­po­dob­nie to, co mieli pod ręką i sztan­dar jed­nej sotni wyraź­nie zdra­dzał, że zro­biono go z czer­wonej per­ka­lo­wej spód­nicy w jakieś cętki. Dowódca pod­je­chał konno z rapor­tem, orkie­stra zagrała Mar­sy­liankę. Przy­ją­łem raport i zapy­ta­łem dowódcę, co zna­czy ta maska­rada, na co usły­sza­łem nie­ocze­ki­waną odpo­wiedź: „Kozacy tego zażą­dali”. Oświad­czy­łem puł­kow­nikowi Sycze­wowi, że nie uwzględ­nię żad­nych „żądań” pod­wład­nych, iż regu­la­min prze­glądu wojsk przez wyż­szych dowód­ców wyraź­nie mówi, że pułk obo­wią­zany jest grać mar­sza puł­kowego i że kolor odznak każ­dej sotni jest usta­lony. Prze­je­cha­łem wzdłuż frontu, powi­ta­łem sot­nie i zło­ży­łem im życze­nia z oka­zji święta, po czym, sta­nąw­szy przed fron­tem pułku, zwró­ci­łem się do Koza­ków:

– Spo­dzie­wa­łem się ujrzeć wasz sławny pułk pod sta­rym sztan­da­rem, a sot­nie z ich bojo­wymi odzna­kami, pod któ­rymi pole­gło boha­ter­ską śmier­cią tylu sław­nych amur­skich Koza­ków. Pod tymi odzna­kami chcia­łem zebrać was dzi­siaj i wypić z wami na cześć amur­skiego woj­ska i amur­skiego pułku, ale pod czer­woną kiecką sie­dzieć nie będę i nie mogę spę­dzić z wami dzi­siej­szego dnia.

Ostro zawró­ci­łem konia i poje­cha­łem do domu.

Tego samego dnia wyda­łem dywi­zji roz­kaz, w któ­rym udzie­li­łem nagany dowódcy pułku amur­skiego za nie­do­pil­no­wa­nie prze­strze­ga­nia regu­la­minu. Puł­kow­nik Syczew, za popar­ciem kwa­ter­mi­strza esauła Gor­die­jewa, pijaka i mar­nego ofi­cera, usi­ło­wał nasta­wić pułk prze­ciwko mnie, wmó­wić ofi­ce­rom i żoł­nie­rzom, że obra­zi­łem pułk, a zatem całe amur­skie kozac­two. Nie jestem Koza­kiem i wła­śnie dla­tego obra­żam Koza­ków – krótko mówiąc zabrzmiało to jak refren, który potem nucili tak czę­sto wodzo­wie „samo­stij­nego” kozac­twa11. Gdy tylko usły­sza­łem o nie­do­pusz­czal­nym zacho­wa­niu dowódcy pułku i jego pomoc­nika, nie­zwłocz­nie wyda­łem roz­kaz o zdję­ciu obu ze sta­no­wisk i pole­ce­nie, by jesz­cze tego samego dnia opu­ścili dywi­zję. Przy­je­cha­łem do pułku amur­skiego, zebra­łem ofi­ce­rów, wyja­śni­łem im sprawę i wygło­si­łem swoją opi­nię na ten temat. Dowódz­two pułku powie­rzy­łem Połkow­ni­ko­wowi (został póź­niej zatwier­dzony na tym sta­no­wisku za wsta­wien­nic­twem gene­rała Kry­mowa), a w kwe­stii postę­po­wa­nia puł­kow­nika Syczewa i esauła Gor­die­jewa roz­kazałem dowódcy 2. bry­gady gene­ra­łowi Żele­zno­wowi prze­pro­wa­dzić śledz­two i skie­ro­wać sprawę do sądu.

Po tym wypadku żad­nych rewo­lu­cyj­nych demon­stra­cji w oddzia­łach nie było, mimo iż wkrótce w ner­czyń­skim pułku kozac­kim zda­rzył się incy­dent, który mógł do nich spro­wo­ko­wać. Jed­nym z ofi­ce­rów pułku ner­czyń­skiego był odko­men­de­ro­wany do pułku, nie­dawno awan­so­wany na ofi­cera, młody chło­piec, pra­wie dziecko, kor­net Zorin. Nie­zwy­kle ner­wowy i wraż­liwy, bole­śnie prze­ży­wał wszystko, co działo się w woj­sku. Któ­rejś nocy w cza­sie peł­nie­nia warty, obcho­dząc kwa­tery, usły­szał w jed­nej z chat hałas i krzyki. W chwili, kiedy otwo­rzył drzwi i już miał prze­stą­pić próg, z sieni wysko­czył na niego jakiś Kozak, ode­pchnął kor­neta i usi­ło­wał prze­ci­snąć się przez drzwi. Zasko­czony, myśląc, że to napaść na niego, kor­net Zorin wycią­gnął rewol­wer i strze­lił do Kozaka, zabi­ja­jąc go na miej­scu. Po chwili wszystko się wyja­śniło. Oka­zało się, że nikt nie miał zamiaru napa­dać na ofi­cera, Kozacy pili w cha­cie, usły­szeli kroki i bojąc się, by ich nie przy­ła­pano na gorą­cym uczynku, rzu­cili się do ucieczki, a jeden z nich nadział się na wcho­dzą­cego Zorina. Nie­szczę­sny Zorin, opa­mię­taw­szy się, o mało nie popeł­nił samo­bój­stwa. Dowie­dzia­łem się o zaj­ściu wcze­snym ran­kiem i natych­miast poje­cha­łem do pułku. Śledz­two było już zakoń­czone. Wyni­kało z niego, że ofi­cer nie miał żad­nych pod­staw do uży­cia broni. Jed­no­cze­śnie było to jawne naru­sze­nie regu­la­minu ze strony Koza­ków. Zebra­łem pułk i oznaj­mi­łem swoją decy­zję: „Kor­net Zorin zosta­nie posta­wiony przed sądem za uży­cie broni bez wyraź­nych pod­staw. Dowódca sotni, w któ­rej zaj­ście miało miej­sce, otrzyma naganę, wach­mistrz i plu­to­nowi zostaną zde­gra­do­wani”. Jed­no­cze­śnie odko­men­de­ro­wa­łem kor­neta Zorina do jego macie­rzy­stego pułku, by stwo­rzyć moż­li­wość bez­stron­nego roz­pa­trze­nia tej sprawy. Zaraz też zarzą­dzi­łem w pułku ostrą musz­trę konną i podzię­ko­waw­szy Koza­kom, wró­ci­łem do sztabu. Pogrzeb Kozaka, za któ­rego trumną szli wszy­scy ofi­cerowie z dowódcą pułku na czele, odbył się zupeł­nie spo­koj­nie, a wypa­dek nie miał żad­nych następstw.

Trzy­dzie­stego marca wró­cił gene­rał Kry­mow, mia­no­wany dowódcą 3. kor­pusu kon­nego na miej­sce hra­biego Kel­lera.

Pierw­sze dzia­ła­nia Alek­san­dra Iwa­no­wi­cza Gucz­kowa w roli mini­stra wojny zazna­czyły się maso­wymi odwo­ła­niami wyż­szych dowód­ców – jed­nym pocią­gnię­ciem pióra skre­ślono ze składu armii 143 wyż­szych ofi­ce­rów, na miej­sce któ­rych mia­no­wano nowych, nie licząc się ze star­szeń­stwem. Posu­nię­cie to oka­zało się nie­wy­ba­czal­nym błę­dem. Co prawda pośród zwol­nio­nych było sporo osób nie­na­da­ją­cych się i mało kom­pe­tent­nych, które trzy­mały się armii tylko dla­tego, że gdzieś miały popar­cie, nie­mniej jed­nak odwo­ła­nie tak ogrom­nej liczby dowód­ców poszcze­gól­nych oddzia­łów i wyż­szych woj­sko­wych for­ma­cji i jed­no­cze­śnie zastą­pie­nie ich ludźmi obcymi tym oddzia­łom, nie mogły się nie odbić na dys­cy­pli­nie wewnętrz­nej i goto­wo­ści bojo­wej armii.

Od gene­rała Kry­mowa dowie­dzia­łem się szcze­gó­łów o krwa­wych zaj­ściach kronsz­tadz­kich, które kosz­to­wały życie naj­lep­szych ofi­ce­rów Floty Bał­tyc­kiej pole­głych z rąk mary­na­rzy12. Gene­rał Kry­mow po spo­tka­niu z Gucz­ko­wem, Rodzianką, Tie­riesz­czenką i innymi swymi poli­tycz­nymi przy­ja­ciółmi wró­cił znacz­nie pod­nie­siony na duchu. Twier­dził, że Rząd Tym­cza­sowy, mimo pozor­nej sła­bo­ści, jest dość silny, by ująć sprawy w swoje ręce. Koniecz­ność taką rze­komo uświa­da­miali sobie w pełni człon­ko­wie rządu. Głów­nego popar­cia dla Rządu Tym­cza­so­wego, oprócz sze­ro­kich krę­gów spo­łe­czeń­stwa i znacz­nej czę­ści armii mieli, zda­niem gene­rała Kry­mowa, udzie­lić Kozacy. Pokła­dał on w kozac­twie wiel­kie nadzieje i mówił wprost, że „teraz trzeba posta­wić na Koza­ków”. Chcąc zacho­wać pod swą komendą macie­rzy­stą dywi­zję i „posta­wić na Koza­ków”, gene­rał Kry­mow uzy­skał zgodę na wcie­le­nie ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej w skład 3. kor­pusu kon­nego w zamian za dosko­nałą 12. dywi­zję kawa­le­ryj­ską.

Z chwilą zatwier­dze­nia gene­rała Kry­mowa na sta­no­wi­sku dowódcy 3. kor­pusu kon­nego zosta­łem mia­no­wany dowódcą ussu­ryj­skiej dywi­zji kon­nej.

Nie podzie­la­łem nadziei, jakie pokła­dał gene­rał Kry­mow w Koza­kach. Dzie­ciń­stwo i lata mło­dzień­cze spę­dzi­łem nad Donem, w cza­sie wojny japoń­skiej byłem w sze­re­gach zabaj­kal­skiego pułku kozac­kiego, pod­czas obec­nej wojny dowo­dzi­łem kozac­kim puł­kiem, bry­gadą i dywi­zją, w skład któ­rych wcho­dziły pułki trzech kozac­kich wojsk, toteż świet­nie ich zna­łem. Sądzi­łem, że z łatwo­ścią mogą się stać narzę­dziem w rękach okre­ślo­nych poli­tycz­nych śro­do­wisk kozac­kich. Wła­ściwe Koza­kom od wie­ków dąże­nie do zazna­cza­nia swo­jej odręb­no­ści sta­no­wiło obec­nie, kiedy znaczna część armii skła­dała się z Koza­ków, a oddziały kozac­kie sta­no­wiły wiele regu­lar­nych dywi­zji, spore nie­bez­pie­czeń­stwo.

Uwa­ża­łem, że walka z roz­kła­dem armii winna pójść innymi dro­gami, że winna pole­gać nie na sta­wia­niu na jakąś jej część, ale na zjed­no­cze­niu wyż­szego dowódz­twa i kon­so­li­da­cji całego woj­ska. Ale gene­rała Kry­mowa trudno było prze­ko­nać. Był zafa­scy­no­wany nowym pomy­słem. Natych­miast wyko­rzy­stały to pewne siły – w puł­kach wśród ofi­ce­rów wyraź­nie zary­so­wał się podział na Koza­ków i nie-Koza­ków. W ner­czyń­skim pułku kozac­kim, w któ­rym było szcze­gól­nie wielu ofi­ce­rów prze­nie­sio­nych z regu­lar­nych oddzia­łów, pro­blem ten stał się bar­dzo ostry. Kilku ofi­ce­rów zło­żyło raporty o prze­nie­sie­nie do oddzia­łów regu­lar­nych.

Posta­no­wi­łem otwar­cie pomó­wić o tym z gene­ra­łem Kry­mo­wem:

– Alek­san­drze Michaj­ło­wi­czu, nie podzie­lam pań­skich nadziei zwią­za­nych z Koza­kami. Daj Boże, żebym się mylił. W każ­dym razie, jeżeli sta­wia pan na nich, należy uni­kać wszyst­kiego, co w taki czy inny spo­sób mogłoby wpro­wa­dzić zamęt. Ja sam nie jestem Koza­kiem, więk­szą część służby odby­łem w oddzia­łach regu­lar­nych, wąt­pię więc, czy w tych warun­kach był­bym przy­datny jako pań­ski naj­bliż­szy współ­pra­cow­nik…

Gene­rał Kry­mow rozu­miał to widocz­nie i nie sta­rał się mnie zatrzy­mać. Zapro­po­no­wał, że napi­sze do mini­stra wojny i szefa sztabu głów­no­do­wo­dzą­cego, aby skie­ro­wano mnie do regu­lar­nej dywi­zji.

Poże­gnaw­szy się z pri­mor­skim puł­kiem dra­go­nów i macie­rzy­stym puł­kiem ner­czyń­skim, który zgo­to­wał mi ser­deczne poże­gna­nie, 5 kwiet­nia, w pierw­szy dzień Wiel­ka­nocy, wyje­cha­łem do Pio­tro­grodu.

Pierwsze kroki nowego rządu

W Pio­tro­gro­dzie pano­wało nie­zwy­kłe oży­wie­nie. Od wcze­snego rana do póź­nej nocy po uli­cach prze­wa­lały się tłumy. Więk­szość sta­no­wili woj­skowi. W żad­nych kosza­rach nie odby­wały się ćwi­cze­nia i żoł­nie­rze cały dzień i więk­szą część nocy spę­dzali na ulicy. Czer­wone kokardy utra­ciły już urok nowo­ści i w porów­na­niu z pierw­szymi dniami rewo­lu­cji widziało się ich mniej, ale za to wzro­sły chyba nie­ład i ogólne roz­pa­sa­nie. Bez broni, prze­waż­nie w roz­pię­tych płasz­czach, z papie­ro­sami w zębach i kie­sze­niami peł­nymi pestek, żoł­nie­rze całymi gru­pami włó­czyli się po tro­tu­arach, nikomu nie odda­jąc hono­rów i potrą­ca­jąc prze­chod­niów. Łuska­nie pestek stało się w tych dniach, nie wia­domo dla­czego, sta­łym zaję­ciem „rewo­lu­cyj­nego ludu”, a ponie­waż od czasu nasta­nia „swo­body” ulic pra­wie nie sprzą­tano, chod­niki i jezd­nie były cał­ko­wi­cie pokryte łuskami. Z więk­szo­ści aptek i szyl­dów dostaw­ców dworu tłusz­cza w chęci znisz­cze­nia „nie­na­wist­nych oznak samo­dzier­ża­wia” już w pierw­szych dniach rewo­lu­cji zerwała orły i budynki z nich ogo­ło­cone robiły wra­że­nie jakichś ruin.

W Pałacu Tau­rydz­kim, w Dumie Miej­skiej, we wszyst­kich loka­lach publicz­nych, na pla­cach i skrzy­żo­wa­niach ulic całymi dniami odby­wały się wiece. Były to istne bacha­na­lie gadul­stwa. Zda­wało się, że mil­czący latami miesz­czuch usi­łuje się teraz naga­dać do syta, nad­ro­bić stra­cony czas. Nie­ustan­nie w jakiejś restau­ra­cji, teatrze, kine­ma­to­gra­fie, w cza­sie antraktu albo mię­dzy dwoma muzycz­nymi nume­rami, jakiś zapa­lony mówca wła­ził na krze­sło i zaczy­nał prze­ma­wiać. Odpo­wia­dał mu drugi, trzeci i zaczy­nał się swo­isty wiec. Szpalty gazet wypeł­niały prze­mó­wie­nia człon­ków Rządu Tym­cza­so­wego, człon­ków rady dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich, wypo­wie­dzi róż­nego rodzaju dele­ga­cji. Tematy były zawsze jedne i te same: potę­pie­nie sta­rego reżymu, apo­lo­gia „bez­kr­wa­wej rewo­lu­cji”, nawo­ły­wa­nie do „kon­ty­nu­owa­nia walki do zwy­cię­skiego końca” (hasła „pokój bez anek­sji i kon­try­bu­cji” wtedy jesz­cze nie sfor­mu­ło­wano), radość ze „zdo­by­czy rewo­lu­cji”. Rato­wać Rosji już nie zamie­rzano, mówiono tylko o rato­wa­niu tychże „zdo­by­czy rewo­lu­cji”. For­mułka ta stała się bar­dzo popu­larna i w mimo­wol­nym dąże­niu do uczy­nie­nia jej bar­dziej strawną prze­ro­biono ją na „rato­wa­nie rewo­lu­cji”, co było już zupeł­nie bez­sen­sowne.

Walka mię­dzy Rzą­dem Tym­cza­so­wym a radą dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich trwała. Należy oddać spra­wie­dli­wość ele­men­tom lewi­co­wym – dzia­łali zde­cy­do­wa­nie i zmie­rzali pro­sto do nakre­ślo­nego celu. Rząd Tym­cza­sowy – zwłasz­cza jego część pra­wi­cowa – prze­ciw­nie, przez cały czas wyraź­nie uni­kał zde­cy­do­wa­nych dzia­łań i słów, szu­kał „kom­pro­misu” i pod­szy­wał się pod „rewo­lu­cyjną demo­kra­cję”… Pod­czas gdy „powszechna amne­stia” objęła nie tylko byłych rewo­lu­cjo­ni­stów, ale i jaw­nych agen­tów nie­miec­kiego Sztabu Gene­ral­nego, pod­czas gdy bol­sze­wicy, z Leni­nem na czele, przy­byli wprost z Nie­miec, w biały dzień zajęli dom tan­cerki Krze­siń­skiej na pro­spek­cie Kamien­no­ostrow­skim i prze­ma­wiali z bal­konu do tłumu słu­cha­czy, nawo­łu­jąc do hanieb­nego pokoju, a Rząd Tym­cza­sowy nie śmiał ich aresz­to­wać – w Twier­dzy Pie­tro­paw­łow­skiej zamy­kano byłych mini­strów, wyso­kich urzęd­ni­ków i inne osoby tylko dla­tego, że byli oni nie­wy­godni dla „rewo­lu­cyj­nej demo­kra­cji”. W cza­sie gdy prasa lewi­cowa otwar­cie pro­wa­dziła pro­pa­gandę mającą na celu roz­kład armii, gazety pra­wi­cowe były kon­fi­sko­wane i zamy­kane. Na Kry­mie z roz­kazu Rządu Tym­cza­so­wego po roz­po­rzą­dze­niu puł­kow­nika Wier­chow­skiego prze­pro­wa­dzano rewi­zje u człon­ków rodziny cesar­skiej.

Nie unik­nęła rewi­zji nawet sędziwa cesa­rzowa Maria Fio­do­rowna. Agenci weszli do jej sypialni i grze­bali w rze­czach, mimo że cesa­rzowa leżała w łóżku. Jed­no­cze­śnie prze­pro­wa­dzono rewi­zje u osób pry­wat­nych prze­by­wa­ją­cych w Jał­cie, mię­dzy innymi u mojej żony. Ode­brano jej moje listy, w któ­rych oczy­wi­ście niczego nie zna­le­ziono.

Ci, któ­rzy wczo­raj obwi­niali starą wła­dzę o sła­bość, prze­moc i nie­udol­ność w radze­niu sobie z postę­pu­jącą ruiną, dzi­siaj, sta­nąw­szy u steru, sami nie potra­fili pokie­ro­wać kra­jem. Mani­ło­wo­wie czy Chle­sta­ko­wo­wie nie potra­fili wyjść poza piękne słowa i w nie­uchron­nym biegu wyda­rzeń zmu­szeni byli oddać wła­dzę siłom bar­dziej aktyw­nym13.

Dwu­dzie­stego kwiet­nia po raz pierw­szy wystą­piła „czer­wona gwar­dia” – uzbro­jeni robot­nicy fabryczni. Rząd nie odwa­żył się wysłać prze­ciwko nim woj­ska. Poje­dyn­cze star­cia gwar­dii z tłu­mem na skrzy­żo­wa­niu Michaj­łow­skiej i New­skiego pocią­gnęły za sobą kilka ofiar w ludziach. W cza­sie walki byłem aku­rat w Hotelu Euro­pej­skim. Tłum w panice ucie­kał w stronę placu Michaj­łow­skiego, doroż­ka­rze pędzili okła­da­jąc konie. Gro­mady brud­nych obdar­tych robot­ni­ków w kasz­kie­tach i mięk­kich kape­lu­szach, prze­waż­nie o zwie­rzę­cych, nazna­czo­nych występ­kiem twa­rzach, uzbro­jone w kara­biny, cią­gnęły środ­kiem New­skiego śpie­wa­jąc Mię­dzy­na­ro­dówkę. Dokoła sły­szało się pełne obu­rze­nia komen­ta­rze – było jasne, że zde­cy­do­wane kroki rządu u więk­szo­ści zyska­łyby tylko popar­cie.

Pie­szo prze­sze­dłem ulicą Mojka do domu mini­stra wojny, żeby się zoba­czyć z puł­kow­ni­kiem Sama­ri­nem, sze­fem gabi­netu Gucz­kowa. Zasta­łem u niego puł­kow­nika Bara­now­skiego (który póź­niej objął to sta­no­wi­sko przy Kie­ren­skim). Opo­wie­dzia­łem im, co przed chwilą widzia­łem i wyra­zi­łem zdu­mie­nie, że wła­dze woj­skowe pozo­stają bez­czynne.

– Rząd nie może dopu­ścić do roz­lewu rosyj­skiej krwi – odpo­wie­dział Sama­rin. – Gdyby na roz­kaz rządu doszło do tego, rząd utra­ciłby całą siłę moralną w oczach narodu.

Zro­zu­mia­łem, że nie mamy o czym mówić…

Naza­jutrz rada dele­ga­tów robot­ni­czych i żoł­nier­skich oznaj­miła, że woj­sko nie może zostać wypro­wa­dzone z koszar, jeżeli roz­kaz władz woj­skowych nie będzie poparty zgodą rady. Pią­tego maja odbyła się potężna mani­fe­sta­cja wier­nych rzą­dowi oddzia­łów, mająca na celu popar­cie rządu prze­ciw radom. Mani­fe­sta­cja prze­bie­gła bez zakłó­ceń i jesz­cze raz wyka­zała, że by­naj­mniej nie wszy­scy „rewo­lu­cyjną demo­kra­cję” popie­rają. Ale i tym razem nie­udolny i bez­wolny rząd nie potra­fił tego wyko­rzy­stać.

Należy powie­dzieć gwoli prawdy, że z wyjąt­kiem ele­men­tów socja­li­stycz­nych z jed­nej strony i poje­dyn­czych osób, głów­nie woj­sko­wych, z dru­giej nie­udol­ność i brak woli prze­ja­wiało w jed­na­ko­wym stop­niu całe spo­łe­czeń­stwo. Zagu­bie­nie i obo­jęt­ność, tak cha­rak­te­ry­styczne dla Rosjan, nie­umie­jęt­ność poro­zu­mie­nia się i zor­ga­ni­zo­wa­nia, jakaś nie­po­jęta nie­fra­so­bli­wość i gada­tli­wość na każ­dym kroku rzu­cały się w oczy. Wszy­scy mówili o koniecz­no­ści zor­ga­ni­zo­wa­nia się, wszy­scy stwa­rzali wra­że­nie, że kon­spi­rują, ale nic kon­kret­nie się nie działo. Pró­bo­wali się zor­ga­ni­zo­wać rów­nież ofi­ce­ro­wie, ale cho­ciaż nowo powstały zwią­zek ofi­ce­rów w szta­bie, w bez­po­śred­niej bli­sko­ści frontu i pod kie­run­kiem gene­rała Alek­sie­jewa i gene­rała Deni­kina, rze­czy­wi­ście pro­wa­dził poży­teczną robotę, to w Pio­tro­gro­dzie te prace prze­bie­gały w atmos­fe­rze, która mogła jedy­nie zachwiać pre­sti­żem armii14.

Już na samym początku spo­śród człon­ków związku wyło­niła się grupa „apro­bu­ją­cych rewo­lu­cję”, któ­rzy posta­no­wili na tej rewo­lu­cji zro­bić kariery. Jedną z głów­nych postaci tej grupy był puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego Gusz­czin, kozak doń­ski, który wykła­dał wów­czas w Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, a w pierw­szych dniach rewo­lu­cji poja­wił się na kate­drze przy­stro­jony czer­woną kokardą i z pato­sem oznaj­mił słu­cha­czom:

– Zrzu­ci­łem maskę, macie przed sobą ofi­cera repu­bli­ka­nina.

W związku pio­tro­grodz­kim pro­wa­dził haniebną dema­go­giczną grę. Prze­ma­wia­jąc do żoł­nie­rzy, w imie­niu rosyj­skiej kadry ofi­cer­skiej pro­sił ich, by „nie odtrą­cali od sie­bie skru­szo­nych rosyj­skich ofi­ce­rów”. Wygła­szał hała­śliwe prze­mó­wie­nia, walił się w piersi i bła­zno­wał…

„Posta­wił na rewo­lu­cję” także mój dawny kolega z pułku, w tym cza­sie szef 1. dywi­zji kawa­le­rii, gene­rał Biskup­ski. Odważny i zdolny ofi­cer, cał­kiem nie­głupi i ogrom­nie ambitny, owład­nięty pra­gnie­niem bycia pierw­szym zawsze i wszę­dzie, Biskup­ski przez długi czas wodził rej w pułku i cie­szył się wśród kole­gów wiel­kim mirem. Oże­nił się ze znaną śpie­waczką, wyko­naw­czy­nią roman­sów Wial­cewą i długo uda­wało mu się ukry­wać to mał­żeń­stwo i pozo­sta­wać w pułku. Jed­nak taka fał­szywa sytu­acja długo trwać nie mogła i na dwa lata przed wojną Biskup­ski w ran­dze puł­kow­nika prze­szedł do rezerwy. Zajął się inte­re­sami, zakła­dał jakieś towa­rzy­stwa akcyjne mające wydo­by­wać ropę naf­tową na Dale­kim Wscho­dzie, wcią­gnął w ten inte­res kilku byłych kole­gów i wresz­cie gorzko za to odpo­ku­to­wał razem z nimi. Owdo­wiaw­szy, wstą­pił do irkuc­kiego pułku huza­rów i, szybko awan­su­jąc, po dwóch latach wojny dowo­dził już dywi­zją. Do Pio­tro­grodu tra­fił jako dele­gat rady dele­gatów żoł­nier­skich jed­nej z armii. Stale wystę­po­wał z prze­mó­wie­niami, z upo­waż­nie­nia rady wraz z kil­koma żoł­nie­rzami jeź­dził na roz­mowy z rewo­lu­cyj­nym gar­ni­zo­nem kronsz­tadz­kim i marzył, by go wybrano na prze­wod­ni­czą­cego sek­cji woj­sko­wej rady. Jak się nale­żało spo­dzie­wać, nic z tego nie wyszło, wybrano jakie­goś fel­czera i Biskup­ski wkrótce wyje­chał z Pio­tro­grodu.

Miesz­ka­łem w Pio­tro­gro­dzie, cze­ka­jąc na skie­ro­wa­nie do armii. Przy­glą­da­łem się z bli­ska wszyst­kiemu, co się działo, i widzia­łem, że tylko sta­now­cze i nie­ustę­pliwe dzia­ła­nie może poło­żyć kres dal­szemu roz­bi­ciu kraju. Ani w skła­dzie rządu, ani pośród ota­cza­ją­cych go dzia­ła­czy spo­łecz­nych nie było czło­wieka, który mógłby to uczy­nić. Nale­żało go szu­kać w woj­sku, wśród nie­licz­nych popu­lar­nych dowód­ców. Głosu takiego wodza, mają­cego popar­cie w armii, kraj musiałby posłu­chać, a jego sta­now­cze roz­kazy, poparte bagne­tami, zosta­łyby wyko­nane. Bio­rąc pod uwagę sytu­ację poli­tyczną, nazwi­sko takiego przy­wódcy musia­łoby być dosta­tecz­nie „demo­kra­tyczne”. Zna­łem tylko dwa takie nazwi­ska: zna­nego całej armii, pra­wego, suro­wego dla sie­bie i innych, twar­dego i odważ­nego dowódcę 9. armii, gene­rała Leczyc­kiego, i kocha­nego przez woj­sko, boha­tera walk kar­pac­kich, gene­rała Kor­ni­łowa, który nie­dawno doko­nał bra­wu­ro­wej ucieczki z nie­przy­ja­ciel­skiej nie­woli. Pierw­szy z nich, nie mogąc się pogo­dzić z nowymi porząd­kami, wła­śnie opu­ścił armię i miesz­kał jako osoba pry­watna w sto­licy; drugi w opi­sy­wa­nym okre­sie stał na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego i jego sta­no­wi­sko było szcze­gól­nie korzystne dla sprawy.

Orga­ni­za­cja woj­skowa w sto­licy, roz­po­rzą­dza­jąca choćby nie­wiel­kimi siłami mili­tar­nymi i mogąca wystą­pić w odpo­wied­niej chwili, zda­wała mi się abso­lut­nie konieczna dla odnie­sie­nia suk­cesu. Zwra­cało się do mnie w tej spra­wie wiele osób z ist­nie­ją­cych już orga­ni­za­cji woj­sko­wych oraz ze sto­łecz­nego gar­ni­zonu. Wkrótce udało mi się nawią­zać kon­takt z ofi­ce­rami wielu oddzia­łów. Na te oddziały mogli­śmy liczyć bez zastrze­żeń.

Posta­no­wi­łem się podzie­lić moimi wia­do­mo­ściami ze sta­rym kolegą puł­ko­wym i moim przy­ja­cie­lem hra­bią Pah­le­nem15. Spo­dzie­wa­jąc się w każ­dej chwili skie­ro­wa­nia do armii, chcia­łem, by kie­ro­wał naszą sprawą w Pio­tro­gro­dzie. Hra­bia Pah­len bar­dzo się nada­wał do tego przed­się­wzię­cia; mógł z łatwo­ścią, nie budząc spe­cjal­nych podej­rzeń, pro­wa­dzić dzia­łal­ność w sto­licy. Całe życie słu­żył w gwar­dii w Peters­burgu, znała go pra­wie cała gwar­dia i wśród ofi­ce­rów pio­tro­grodz­kiego gar­ni­zonu cie­szył się wiel­kim sza­cun­kiem. Jed­no­cze­śnie zaś jego sto­sun­kowo nie­wy­soka ranga, wro­dzona mało­mów­ność i skry­tość pozwa­lały mieć nadzieję, że uda mu się pro­wa­dzić robotę w tajem­nicy.

Dobra­li­śmy do pomocy kilku mło­dych ofi­ce­rów. Udało się nam zdo­być pewne środki. Zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy nie­wielki sztab, nawią­za­li­śmy ści­słe kon­takty ze wszyst­kimi uczel­niami woj­sko­wymi i nie­któ­rymi oddzia­łami roz­lo­ko­wa­nymi w sto­licy i na przed­mie­ściach, zor­ga­ni­zo­wa­li­śmy kilka bojo­wych dru­żyn ofi­cer­skich. Na bar­dzo wyso­kim pozio­mie stał nasz zwiad. Opra­co­wa­li­śmy szcze­gó­łowy plan zaję­cia głów­nych punk­tów mia­sta i uję­cia wszyst­kich tych osób, które mogłyby się oka­zać nie­bez­pieczne.

Nagle, w pierw­szych dniach maja, gene­rał Kor­ni­łow, osta­tecz­nie poróż­niw­szy się z radą, podał się do dymi­sji. Objął waku­jące sta­no­wi­sko dowódcy 8. armii, sto­ją­cej na gra­nicy Gali­cji. Na jego następcę prze­wi­dy­wano gene­rała Leczyc­kiego, ale ten podobno odmó­wił przy­ję­cia nomi­na­cji. Posta­no­wi­łem do niego poje­chać. Zna­łem go oso­bi­ście dość dobrze jesz­cze z Buko­winy. Dywi­zja ussu­ryj­ska wcho­dziła w skład jego armii. Gene­rał Leczycki miesz­kał w Hotelu Pół­noc­nym, naprze­ciw Dworca Niko­ła­jew­skiego. Popro­si­łem o przy­ję­cie, a on zapro­po­no­wał mi spo­tka­nie jesz­cze tego samego wie­czoru. Wyło­ży­łem mu swoje plany, opo­wie­dzia­łem, co udało się nam z hra­bią Pah­le­nem zdzia­łać w ostat­nim cza­sie i wspo­mniaw­szy, iż wiem o pro­po­zy­cji, by sta­nął na czele Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, zapro­po­no­wałem, by włą­czył się do naszych dzia­łań; z uwagi zaś na mój bli­ski wyjazd do armii, pole­ci­łem mu hra­biego Pah­lena.

– Wszystko, co pan mówi, jest abso­lut­nie słuszne – powie­dział gene­rał Leczycki. – Wszy­scy tak myślimy. Ale ja następcą gene­rała Kor­ni­łowa nie będę. Odsze­dłem z armii, ponie­waż nie mogłem się pogo­dzić z nowymi porząd­kami. Jestem sta­rym żoł­nie­rzem, a tutaj potrzebny jest czło­wiek nie tylko twardy i uczciwy, ale rów­nież rzutki. Ktoś młod­szy będzie na pewno bar­dziej się do tego nada­wać.

Zna­jąc gene­rała Leczyc­kiego, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że nie zmieni swej decy­zji.

Następcą gene­rała Kor­ni­łowa został szef sztabu tuziem­nej dywi­zji, gene­rał Połow­cew.

Ponie­waż gene­rał Leczycki odsu­nął się od jakiej­kol­wiek dzia­łal­no­ści, posta­no­wi­łem, mimo że gene­rał Kor­ni­łow opu­ścił sta­no­wi­sko dowódcy Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, wyjąt­kowo przy­datne dla naszej sprawy, nawią­zać z nim jed­nak kon­takt. Poza gene­rałem Kor­ni­łowem nie mogłem zna­leźć pośród dowód­ców wyż­szego szcze­bla nikogo odpo­wied­niego.

Gene­rał Kor­ni­łow po wyjeź­dzie do armii na­dal utrzy­my­wał łącz­ność z wie­loma oso­bami w Pio­tro­gro­dzie. Czy­nił to za pośred­nic­twem swego ofi­cera ordy­nan­so­wego Zawojki. Zawojko, były zie­mia­nin, chyba z guberni podol­skiej, w ostat­nich latach przed wojną zruj­no­wany, zajął się spra­wami finan­so­wymi. Zarzą­dzał firmą wydo­by­wa­jącą ropę naf­tową braci Lia­no­zo­wów, był dyrek­to­rem i człon­kiem zarządu róż­nych przed­się­biorstw han­dlo­wych. Po prze­wro­cie porzu­cił inte­resy i zajął się dzia­łal­no­ścią poli­tyczną. W ostat­nim cza­sie, zacią­gnąw­szy się do woj­ska, został ofi­ce­rem ordy­nan­so­wym przy dowódcy Pio­tro­grodz­kiego Okręgu Woj­sko­wego, a po nomi­na­cji gene­rała Kor­ni­łowa na dowódcę armii podą­żył za nim.

Dowie­dziaw­szy się o przy­jeź­dzie Zawojki do Pio­tro­grodu, nawią­za­łem z nim kon­takt przez pra­cu­ją­cego ze mną i Pah­le­nem porucz­nika hra­biego P. Szu­wa­łowa. Umó­wi­li­śmy się na spo­tka­nie w domu Zawojki, który miesz­kał wów­czas na Fon­tance, przy moście Sie­mio­now­skim. Zawojko zro­bił na mnie wra­że­nie nie­zwy­kle śmia­łego, nie­głu­piego i zdol­nego czło­wieka, choć jed­no­cze­śnie wiel­kiego fan­ta­sty. My mówi­li­śmy bar­dzo mało, pra­wie przez cały czas mówił Zawojko. Już w pierw­szych sło­wach przy­tak­nął moim zamia­rom. Jak mówił, podobny pogląd na sprawę miał rów­nież gene­rał Kor­ni­łow. Pod koniec roz­mowy zapro­po­no­wał, byśmy prze­czy­tali krótką bio­gra­fię gene­rała Kor­ni­łowa, którą on, Zawojko, wła­śnie wyda­wał i któ­rej korektę aku­rat mu przy­słano. Bio­gra­fia ta wkrótce poja­wiła się w woj­sku. Umó­wi­li­śmy się na dal­sze kon­takty. Od tego czasu kil­ka­krot­nie widzia­łem się z Zawojką, gdy przy­jeż­dżał do Pio­tro­grodu. Kie­dyś, wstą­piw­szy do niego, zoba­czy­łem zło­żone w kącie jakieś kolo­rowe flagi. Na moje pyta­nie, co to jest, Zawojko odpo­wie­dział, że woj­ska szy­kują się do ofen­sywy, że armia gene­rała Kor­ni­łowa ma się wedrzeć do Gali­cji. Na fla­gach zauwa­ży­łem napisy – wezwa­nie sło­wiań­skiej lud­no­ści rosyj­skich Kar­pat do powsta­nia i zrzu­ce­nia austriac­kiego jarzma, do walki o wol­ność, którą przy­nosi armia rosyj­skiego gene­rała Kor­ni­łowa. Napisy były wyko­nane w języ­kach miej­sco­wych, gali­cyj­skich naro­dów sło­wiań­skich. Na taki pomysł mógł wpaść jedy­nie Zawojko…

Pla­no­wane przej­ście do natar­cia wkrótce prze­stało być tajem­nicą nawet dla szer­szych krę­gów spo­łe­czeń­stwa, no i oczy­wi­ście dla nie­przy­ja­ciela. Nowy mini­ster „rewo­lu­cyj­nej armii” Kie­ren­ski nie­ustan­nie mio­tał się po fron­cie, wygła­szał histe­ryczne prze­mó­wie­nia i nawo­ły­wał „rewo­lu­cyjne woj­ska do rato­wa­nia zdo­by­czy rewo­lu­cji”. Uzu­peł­nie­nia mar­szowe szły na front, nio­sąc czer­wone trans­pa­renty z hasłami: „Wojna do zwy­cię­skiego końca”, „Wszy­scy na front”, „Lep­sza śmierć niż nie­wola” itd. Mimo „rewo­lu­cyjnego zrywu” owe uzu­peł­nie­nia po dro­dze prze­waż­nie się roz­pra­szały. W poło­wie czerwca otrzy­ma­łem depe­szę pod­pi­saną przez dyżur­nego gene­rała 8. armii, puł­kow­nika Heidena, z pyta­niem, czy wyra­żam zgodę na mia­no­wa­nie mnie „do czasu aż zwolni się sta­no­wi­sko dowódcy dywi­zji” dowódcą bry­gady 7. dywi­zji kawa­le­rii. Wyra­zi­łem zgodę. Mijały jed­nak dni, coraz bar­dziej zbli­żał się moment przy­stą­pie­nia armii do natar­cia, a roz­kazu o nomi­na­cji nie było.

Osiem­na­stego czerwca armie Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego zaata­ko­wały prze­ciw­nika. 8. Armia gene­rała Kor­ni­łowa wdarła się do Gali­cji, nie­przy­ja­ciel­ski front został prze­rwany, nasze woj­ska zajęły Halicz i Sta­ni­sła­wów. Zda­wało się, że po dłu­gich mie­sią­cach zwy­cię­stwo znów opro­mie­niło rosyj­skie sztan­dary.

Wresz­cie 30 czerwca otrzy­ma­łem tele­gram o mia­no­wa­niu mnie dowódcą, ale nie bry­gady, tylko 7. dywi­zji kawa­le­rii. Po dwóch dniach wyje­cha­łem do Kamieńca Podol­skiego.

Natarcie armii rewolucyjnej

Szó­stego lipca przy­by­łem do Kamieńca Podol­skiego. Usły­sza­łem tu ostat­nie nowiny. „Przedar­cie się armii rewo­lu­cyj­nej”, o któ­rym dono­sił pre­mie­rowi księ­ciu Lwo­wowi „mini­ster wojny”, zakoń­czyło się zdradą gwar­dyj­skich gre­na­die­rów, pod­stęp­nie wypro­wa­dzo­nych z frontu przez kapi­tana Dzie­wał­tow­skiego. Za nimi, porzu­ca­jąc pozy­cje, żywio­łowo ucie­kła na tyły cała 11. armia. Nie­przy­ja­ciel zajął Tar­no­pol, zagra­żał skrzy­dłu i tyłom sąsied­niej 8. armii gene­rała Kor­ni­łowa.

Ofiara pole­głych boha­ter­ską śmier­cią bata­lio­nów sztur­mo­wych, zło­żo­nych głów­nie z ofi­ce­rów, oka­zała się daremna. „Zde­mo­kra­ty­zo­wana armia”, nie chcąc prze­le­wać krwi „dla rato­wa­nia zdo­by­czy rewo­lu­cji”, ucie­kła jak stado bara­nów. Pozba­wieni wła­dzy sze­fo­wie nie byli w sta­nie powstrzy­mać tej hołoty. W obli­czu groź­nego nie­bez­pie­czeń­stwa bez­silny i nie­udolny rząd jak gdyby przej­rzał na oczy, zro­zu­miał, jak się zda­wało, że w armii nie­zbędna jest jesz­cze inna dys­cy­plina prócz „rewo­lu­cyj­nej”. Potwier­dzała to chyba nomi­na­cja gene­rała Kor­ni­łowa na głów­no­do­wo­dzą­cego Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego na miej­sce gene­rała Bru­si­łowa, mia­no­wa­nego wkrótce wodzem naczel­nym.

Chcia­łem zastać gene­rała Kor­ni­łowa jesz­cze w armii, więc nie zwle­ka­jąc, wzią­łem ze sztabu frontu auto i wyje­cha­łem przez Czer­niowce do Koło­myi. Jechał ze mną porucz­nik hra­bia Szu­wa­łow, który miał pozo­stać przy gene­rale Kor­ni­ło­wie, aby pod­trzy­my­wać łącz­ność z orga­ni­za­cją hra­biego Pah­lena w Pio­tro­gro­dzie. Jesz­cze przed wie­czo­rem dotar­łem do Koło­myi.

Gene­rał Kor­ni­łow był na linii frontu i spo­dzie­wano się go dopiero późną nocą. Posze­dłem do peł­nią­cego obo­wiązki dyżur­nego gene­rała, puł­kow­nika hra­biego Heidena, chcąc uzy­skać infor­ma­cje o mojej nowej dywi­zji. Zda­niem puł­kow­nika Heidena dys­cy­plina w dywi­zji była na nie­złym pozio­mie. Co prawda zda­rzały się już jakieś nie­po­ro­zu­mie­nia z kadrą dowód­czą – szef dywi­zji, szef sztabu i jeden z dowód­ców puł­ków powinni byli już odejść, ale na ogół oddziały były w cał­ko­wi­tym porządku, kadra ofi­cer­ska dosko­nała i, jak twier­dził hra­bia Heiden, nowy szef dywi­zji nie będzie miał trud­no­ści z utrzy­ma­niem żoł­nie­rzy w kar­bach.

W skład dywi­zji wcho­dziły nastę­pu­jące pułki: olwio­pol­ski ułań­ski, kin­burn­ski dra­goń­ski, bia­ło­ru­ski huzar­ski i 11. doń­ski. Cza­sowo dowo­dził dywi­zją dowódca 1. bry­gady gene­rał Zykow, a funk­cję szefa sztabu peł­nił do chwili mia­no­wa­nia nowego puł­kow­nik Sztabu Gene­ral­nego von Dre­ier.

W cza­sie mojej roz­mowy z hra­bią Heide­nem do gabi­netu wszedł młody czło­wiek śred­niego wzro­stu, w mod­nym fren­czu i angiel­skiej czapce. Puł­kow­nik Heiden przed­sta­wił nas sobie. Nowo przy­były był komi­sa­rzem 8. armii, nazy­wał się Fiło­nienko. Z wielką pew­no­ścią sie­bie zaczął wygła­szać opi­nie o ostat­nich ope­ra­cjach, o koniecz­no­ści natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia środ­ków, mają­cych prze­szko­dzić nie­przy­ja­cie­lowi w wyko­rzy­sta­niu nie­bez­piecz­nie wysu­nię­tej pozy­cji 8. armii. Zwra­ca­jąc się do mnie Fiło­nienko powie­dział, że on, jako młody ofi­cer, uznaje koniecz­ność natych­mia­sto­wego zasto­so­wa­nia środ­ków, które zapo­bie­głyby łama­niu dys­cy­pliny, że zawsze popie­rał gene­rała Kor­ni­łowa w jego wysił­kach mają­cych na celu pod­nie­sie­nie poziomu dys­cy­pliny w 8. armii, i że on, Fiło­nienko, cią­gle nale­gał na mia­no­wa­nie gene­rała Kor­ni­łowa głów­no­do­wo­dzą­cym Frontu Połu­dniowo-Zachod­niego. Wyszli­śmy razem i skie­ro­wa­li­śmy się do szta­bo­wego kasyna. Przy obie­dzie Fiło­nienko z tą samą pew­no­ścią sie­bie na­dal oma­wiał naszą sytu­ację mili­tarną i poli­tyczną. Bar­dzo uprzej­mie zapro­po­no­wał mi pomoc w usu­nię­ciu z woj­sko­wych komi­te­tów w mojej dywi­zji tych ofi­cerów i żoł­nie­rzy, któ­rych uwa­żał­bym za nie­po­żą­da­nych.

Z tru­dem zna­la­złem w prze­peł­nio­nym mie­ście pokój, w któ­rym zakwa­te­ro­wa­łem się wraz z hra­bią Szu­wa­ło­wem. Rano dano mi znać, że gene­rał Kor­ni­łow wró­cił i prosi mnie do sie­bie.

Gene­rał Kor­ni­łow rezy­do­wał na pię­trze małego pię­tro­wego domu w pobliżu sztabu. Tam też na górze miesz­kał Zawojko. Wstą­pi­łem do niego, by zacze­kać, aż przyj­mie mnie gene­rał. Zasta­łem Zawojkę przy pisa­niu. Noto­wał coś i popi­jał her­batę. Nie chcąc mu prze­szka­dzać, wzią­łem szklankę her­baty, którą mi podał, sia­dłem z boku i zaczą­łem prze­glą­dać jakąś książkę. Ale Zawojko, nie prze­ry­wa­jąc pisa­nia, jął mnie zasy­py­wać pyta­niami:

– Mogę robić jed­no­cze­śnie kilka rze­czy – powie­dział. – Roz­mowa nie prze­szka­dza mi w pisa­niu.

I rze­czy­wi­ście, zada­jąc mi pyta­nia i komen­tu­jąc moje odpo­wie­dzi, Zawojko bez chwili prze­rwy coś szybko pisał. Wresz­cie skoń­czył i popa­trzył na mnie wyraź­nie zado­wo­lony ze swej pracy.

– Oczy­wi­ście wie pan, że gene­rał został mia­no­wany głów­no­do­wo­dzą­cym Frontu. Pole­cił mi napi­sać poże­gnalny roz­kaz do armii. Chce pan posłu­chać?

Zawojko odczy­tał mi znany roz­kaz gene­rała Kor­ni­łowa. Zdu­miała mnie ogrom­nie zdol­ność for­mu­ło­wa­nia i prze­no­sze­nia na papier myśli z taką łatwo­ścią, nie­mal bez zasta­no­wie­nia. Zawia­do­miono mnie, że gene­rał mnie ocze­kuje.

Zna­łem gene­rała Kor­ni­łowa bar­dzo słabo, pozna­li­śmy się rok wcze­śniej na przy­ję­ciu u cara w Mohy­le­wie, dokąd przy­był, by zamel­do­wać się cesa­rzowi po swej ucieczce z nie­woli. Jecha­li­śmy wów­czas w tym samym wago­nie z Mohy­lewa do Pio­tro­grodu. Wcale się nie zmie­nił od tam­tego czasu – malutki, suchy, sma­gły i ogo­rzały, z nie­wielką bródką i ostrymi czar­nymi wąsami, o twa­rzy wyraź­nie w typie mon­gol­skim; mówił ury­wa­nymi, lapi­dar­nymi zda­niami. Czuło się w nim szcze­gólny zapał, jakąś ukrytą siłę, goto­wość do dzia­ła­nia w każ­dej chwili. Śpie­szył się bar­dzo, za kilka godzin miał ruszać do sztabu frontu. Poin­for­mo­wa­łem go pokrótce o wszyst­kim, co mi było wia­dome o sytu­acji w Pio­tro­gro­dzie, opo­wie­dzia­łem o mojej tam­tej­szej dzia­łal­no­ści i zapro­po­no­wa­łem hra­biego Szu­wa­łowa do utrzy­my­wa­nia kon­tak­tów ze sto­licą. Gene­rał Kor­ni­łow natych­miast roz­ka­zał mia­no­wać hra­biego Szu­wa­łowa ofi­ce­rem ordy­nan­so­wym. Zapro­sił mnie na obiad i razem poszli­śmy do kasyna.

W cza­sie obiadu przy­był nowo mia­no­wany dowódca armii, boha­ter spod Hali­cza, gene­rał Cze­re­mi­sow. Malutki, chu­dziutki, o ruchli­wych czar­nych oczkach i sym­pa­tycz­nym, nieco przy­mil­nym gło­sie, gene­rał Cze­re­mi­sow zro­bił na mnie wra­że­nie czło­wieka ener­gicz­nego i nie­głu­piego. Przy obie­dzie roz­ma­wia­li­śmy na tematy ogólne. Gene­rał Kor­ni­łow wspo­mi­nał swoją służbę w Tur­kie­sta­nie, gene­rał Cze­re­mi­sow opo­wia­dał o ostat­nich wal­kach swego kor­pusu. Nie poru­sza­li­śmy tema­tów poli­tycz­nych.

Po obie­dzie gene­rał Kor­ni­łow w towa­rzy­stwie kilku osób wyje­chał autem do Kamieńca, ja zaś, także autem, wyru­szy­łem do Sta­ni­sła­wowa, skąd naza­jutrz rano poje­cha­łem do dywi­zji, roz­lo­ko­wa­nej 20–30 wiorst od mia­sta w kie­runku Hali­cza.

Dywi­zja zaj­mo­wała spory odci­nek frontu jako osłona. W odwo­dzie znaj­do­wał się bia­ło­ru­ski pułk huzar­ski, roz­lo­ko­wany w nie­wiel­kiej wio­sce nie­dawno opusz­czo­nej przez Austria­ków; tam też mie­ścił się sztab dywi­zji. Do póź­nej nocy, wraz z tym­cza­so­wym dowódcą i sze­fem sztabu, zapo­zna­wa­łem się ze wszyst­kimi spra­wami dywi­zji.

Rano przy­ją­łem mel­dunki i wyda­łem kilka koniecz­nych roz­ka­zów, po obie­dzie zamie­rza­łem obje­chać pułki, a na ósmą wie­czo­rem wyzna­czy­łem u sie­bie w szta­bie naradę dowód­ców oddzia­łów.