Wspólna droga do wolności - Robert Krzywicki MIC - ebook

Wspólna droga do wolności ebook

Robert Krzywicki MIC

0,0

Opis

Czy alkohol jest problemem w Twojej rodzinie?

Jeśli niepokoisz się, że alkohol odgrywa zbyt dużą rolę w życiu Twoim lub bliskiej Ci osoby - ta książka będzie nieocenioną pomocą. Napisał ją ksiądz, który od prawie 10 lat jest duszpasterzem Licheńskiego Centrum Pomocy Rodzinie i Osobom Uzależnionym.Jest ona zatem owocem wieloletnich doświadczeń i spotkań. Pokaże Ci, jak podjąć niezbędne kroki, aby pomóc sobie i bliskim.

  • Zrób test, aby przekonać się, czy alkohol jest problemem w Twoim otoczeniu.
  • Skorzystaj ze wskazówek, które uchronią Cię przed nieświadomym pomaganiem w piciu.
  • Przeczytaj List alkoholika do swojej rodziny, aby lepiej zrozumieć zachowania osoby uzależnionej.
  • Nie warto czekać. Reaguj dziś. Dowiedz się, jak działać, żeby się uwolnić.

    Licheńskie Centrum Pomocy każdego roku przyjmuje ponad cztery tysiące uzależnionych, zaś na coroczne lipcowe spotkania trzeźwościowe przyjeżdża nawet kilkadziesiąt tysięcy osób.

     

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 103

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



© Wydawnictwo WAM, 2017

Opracowanie: Agata Adaszyńska-Blacha

Opieka redakcyjna: Klaudia Adamus

Redakcja: Zofia Smęda

Korekta: Dariusz Godoś

Projekt okładki: Paweł Kremer - Chapter One

fot. © tatoman / Fotolia

Skład: Paweł Kremer - Chapter One

ISBN 978-83-277-0745-1 (ePub)

ISBN 978-83-277-0746-8 (Mobi)

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 62 93 496

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA WYSYŁKOWA

tel. 12 62 93 260

www.wydawnictwowam.pl

Przygotowanie wydania elektronicznego

Magdalena Wojtas / 88em.eu

ŻYCIE BEZ ZNIECZULENIA. KIEDY ALKOHOL ZACZYNA BYĆ PROBLEMEM?

KAŻDA SYTUACJA JEST INNA. UZALEŻNIENIE TAKŻE. Przychodzi niepostrzeżenie. Potrzebuję czasu, żeby zdać sobie sprawę z tego, że to także mój problem. Zwykle jego przyczyną jest to, że szukam życiowego „znieczulenia”. To dotyczy szczególnie osób bardzo wrażliwych, które borykają się z bólem, odrzuceniem, niezrozumieniem, silnie przeżywają stresy. Te emocje koncentrują na sobie, człowiek szuka więc sposobu, żeby się od nich odciąć i wreszcie poczuć ulgę. Powody takiego samopoczucia mogą być bardzo różne. Czuję się sfrustrowany, bo nie udało mi się życie. Pomyliłem się: nie ta szkoła, nie ta żona, nie ten kraj, nie te talenty, jestem księdzem, a nie powinienem nim być… Wszystko może nas frustrować. Porównuję się z innymi, mam lęki, boję się o swoją przyszłość, zaciągnąłem kredyty, których nie umiem spłacić. Na tym etapie może mi pomóc praca nad sobą. Uczę się wdzięczności za to, co mam w życiu, i skupiam się wyłącznie na problemach, których rozwiązanie jest w moim zasięgu. Jezus w Ewangelii mówi, że każdy dzień ma swoje troski i nie warto wybiegać poza nie, ale żyć dniem dzisiejszym (por. Mt 6,34). Nie wspominałby o tym, gdyby to nie było wymagające i ważne. Ale tego można się nauczyć. Podobnie jak sposobu radzenia sobie z trudnymi emocjami. Uczę się siebie, sięgam po to, co mi pomaga. Idę pobiegać, pospacerować, czytam dobrą książkę, rozmawiam z kimś bliskim. Chodzi o to, żeby mój sposób odreagowywania trudnych emocji nie pozbawiał mnie życia i nie uniemożliwiał mi budowania więzi. Tak dzieje się, kiedy mniej lub bardziej świadomie sięgam po „znieczulenie”.

Znałem młodego człowieka, który miał problem z teściem. Ten oceniał go bardzo surowo, wysoko stawiając mu poprzeczkę. Jako świeżo upieczony mąż nie potrafił poradzić sobie z tym, że jest nieustannie punktowany. Żona długo nie dostrzegała problemu. Dla niej tata był wyrozumiały, idealizowała go. W końcu mąż zaczął pić. Dopiero to skłoniło małżonków do szczerej rozmowy. Zdecydowali, że wyprowadzą się od jej rodziców. Dziś mają dom i wszystko między nimi dobrze się układa. Nie zawsze tak jest.

Nieraz tymczasowa ulga, jaką przynosi alkohol, jest tym, do czego wracamy tak często, że nasz organizm się przyzwyczaja. Mózg działa w ten sposób, że wręcz nieświadomie szukamy sytuacji, które wcześniej skłaniały nas na przykład do picia. I pijemy dalej. Oczywiście uzależnienia mogą być różne. Mogę sięgać po alkohol, narkotyki, pornografię… Łączy je to, że zamiast rozwiązywać problemy, pozwalają na chwilę je odroczyć, zapomnieć o ich istnieniu. Z czasem nasz organizm przyzwyczaja się do przyjmowania określonych substancji bądź powtarzania pewnych zachowań. Potrzebuję więcej i więcej. Zaczynam kierować się w życiu innymi wartościami. Jeżeli „pomaga mi” alkohol, to coraz częściej wpływa on nie tylko na to, jak radzę sobie z problemami, ale także i na to, jak wygląda mój dzień, sposób życia, odpoczynek. Bez alkoholu nie potrafię być szczęśliwy, napisać wiersza, wyjść rano do pracy. On zaczyna być obecny i działa destrukcyjnie. Piję coraz więcej, zawalam sprawy, wycofuję się z relacji, ukrywam to, że piję, na przykład przelewając alkohol do kartonów po sokach. Nawet sam przed sobą ukrywam, że mam problem, albo próbuję sobie udowodnić, że tak nie jest. Postanawiam nie pić. Mogę wytrzymać nawet rok. Co z tego, jeśli po tym czasie znowu sięgam po alkohol. Nie chodzi o to, żeby zakręcić butelkę, ale o zmianę życia. Trzeba ustalić, czy przekroczyłem niewidoczną granicę uzależnienia.

U każdego przebiega ona inaczej. Zdarza się, że osoby z tak zwaną „mocną głową” są bardziej narażone, jako że mogą więcej wypić. Ale znam też osoby, którym wystarczyła lampka wina co wieczór. Inni piją na umór, ale zdarza im się to bardzo rzadko. Byłem u takiego człowieka w domu. Właściwie nic nie jadł. Naliczyłem za to: jedną butelkę coli, jedną butelkę wody mineralnej i osiem butelek wódki. Pił tak długo, aż wypił wszystko. Później dochodził do siebie. To zdarzało mu się raz w roku…

Tu nie ma ani reguł, ani jednego scenariusza. Mogę upijać się kilka razy w roku albo pić codziennie po pracy, albo w każdy weekend, bo bez alkoholu nie wyobrażam sobie odpoczynku i „mam do tego prawo”. Takie myślenie o sobie, koncentrowanie się na swoich bolączkach czy po prostu na swoim zmęczeniu i potrzebie odpoczynku także predysponuje mnie do uzależnienia się i izolacji od innych, ich oczekiwań i kłopotów. Problemem nie jest to, że ja piję, ale że piję regularnie. Konkretne wydarzenia w życiu i określone nastroje sprawiają, że nie wyobrażam sobie nie sięgnąć po kieliszek. Niepokojące jest już to, kiedy planuję, że się napiję, albo – kiedy nie jest to możliwe – wpadam z tego powodu w rozdrażnienie. Stosuję także przeróżne mechanizmy obronne, usprawiedliwiając się, że inni też piją, że to kontroluję i tak dalej.

Najtrudniej jest się przyznać do bezsilności. Ale dopiero od tego momentu coś może się zmienić, zaczyna się proces trzeźwienia. Paradoksalnie pomóc może mi pogorszenie mojej sytuacji życiowej. Na przykład przez alkohol stracę pracę i to mnie otrzeźwi. Zdarza się jednak, że dalej piję i to pozwala mi pozostać ślepym na sytuację, w której się znalazłem. Problem dostrzegają moi bliscy, jednak jedyne, co mogą zrobić, to nie łagodzić mojej sytuacji, ale pomóc mi doświadczyć, że jest źle. Wtedy nie będę mógł udawać przed sobą, że nie mam problemu i nie potrzebuję pomocy. Sam nie dam sobie rady. Alkoholik nie wygrywa dlatego że walczy, ale dlatego że się podda. Dobrym przykładem jest tu walka psów. Słabszy osobnik kładzie się i odkrywa brzuch. To jego jedyna szansa na przetrwanie. W przypadku alkoholika jest tak samo. Przyznaję, że nie daję rady, i zaczynam szukać pomocy.

Ważne jest, żeby nie wykonywać fałszywych ruchów, które mają na celu jedynie uspokoić moje sumienie, ale podjąć realny trud. Przykładem może być sytuacja, o której wspomniałem na początku, tłumacząc, czego osoby, które doświadczyły problemu alkoholowego, szukają w Licheniu. Na przykład idę do spowiedzi albo postanawiam przed Panem Bogiem, że nie będę pić, i uważam, że to załatwi sprawę. Nie załatwi. Pan Bóg za mnie nie wytrzeźwieje. Podobnie jak nie zrobią tego za mnie moi bliscy ani „cudowne” tabletki, które miałyby mi obrzydzić alkohol. Może przez chwilę to zadziała, chociaż kosztem poważnych skutków ubocznych. Gdyby wymyślono skuteczne lekarstwo na alkoholizm, wynalazca niechybnie dostałby Nobla. Jedynym skutecznym sposobem na alkoholizm jest terapia, nieraz poprzedzona detoksem.

Pytanie jednak, jak się dowiedzieć, czy mam problem z uzależnieniem i powinienem sięgnąć po pomoc. Skutecznym sposobem na ustalenie tego są testy, jakie z łatwością możesz znaleźć w internecie, na przykład tak zwany Test Baltimorski1. Dzięki niemu możesz ustalić, w jakim stopniu alkohol ma wpływ na twoje relacje, rodzinę, pracę, zdrowie, sposób spędzania czasu. Szczere udzielenie sobie odpowiedzi na postawione w nim pytania pozwala na to, by określić, czy w twoim przypadku już pali się ostrzegawcza lampka i warto zacząć nad sobą pracować, a może nie obejdzie się bez pomocy fachowców. Osoby uzależnione wolą nie widzieć problemów i w nieskończoność odraczają moment, by stawić im czoło. Tymczasem im szybciej się przekonamy, czy mamy problemy i na czym one polegają, tym lepiej dla nas osobiście i dla naszego otoczenia.

Alkoholizm w zasadzie nigdy nie jest problemem dotyczącym wyłącznie osoby, która pije. Oczywiście wyłączając przypadek, gdy ktoś żyje w kompletnej izolacji od swojej rodziny i ona nawet nie wie, co się dzieje. To, ma się rozumieć, dość abstrakcyjny przykład. Zwykle rodzina jest na miejscu i na własnej skórze doświadcza izolacji, która prowadzi do alkoholizmu i którą alkoholizm wzmacnia. Jak funkcjonuje dom, gdzie panuje alkohol? Ludzie nie rozmawiają ze sobą. Mieszkają razem, ale nie budują więzi. Każdy żyje swoim życiem. Dzieci swoim, rodzice swoim. Podobnie małżonkowie. Żyją obok siebie, ale nic ich nie łączy. Wypalili się. Nie mają dla siebie czasu. Pracują od rana do nocy, bo na przykład mają kredyt do spłacenia. Są przeciążeni, właściwie nie odpoczywają. Do tego dochodzą inne problemy, na przykład zdrowotne. Może to być depresja, której inni nie zauważają i nie rozumieją, bo nie ma rozmowy, bliskości. Takiego domu nie stworzą ludzie, dla których bycie razem i dobro bliskich stanowi wartościowy cel. Jeśli ktoś ma na uwadze jedynie własne szczęście, własny komfort, to pojawia się zagrożenie. Jeśli rodzinie na sobie zależy, cieszy się sobą, to nie będzie w niej przestrzeni na alkoholizm. Alkohol będzie w niej obecny, ale nie będzie choroby alkoholowej. Towarzyszyć sobie, być blisko, dbać o więzi – to dla zdrowej rodziny cele najważniejsze. W takiej rodzinie, niezależnie od tego, jakie problemy czy trudności się pojawią, razem szuka się rozwiązania. Nie ucieka się od problemów. Alkohol jest dla ludzi, ale nie rozwiązuje problemów.

Czasem uzależnienie od alkoholu ma miejsce jeszcze przed ślubem, bo na przykład ktoś pochodzi z takiej rodziny albo nawet jest obciążony genetycznie balastem choroby alkoholowej. Choć widzę, że mój narzeczony nadużywa alkoholu, decyduję się na ślub, wierząc, że on to zmieni. Sam sakrament niczego ani nikogo nie zmieni. Jeżeli nie podejmiemy konkretnych kroków, izolacja jedynie się pogłębi.

Powiedzmy zatem, że mamy problem. Nie tylko izolacji, nad którą możemy popracować, ale problem choroby alkoholowej. W naszej rodzinie panuje alkohol. Ktoś z nas popadł w uzależnienie. Co teraz?

CO ZROBIĆ, ŻEBY NIE PIŁ?

WRÓĆMY DO KOBIETY, KTÓRA TELEFONOWAŁA w sprawie swojego pijącego syna. Wątpliwości, którymi się ze mną dzieliła, można by sparafrazować, przywołując tytuł świetnego tekstu autorstwa doktora nauk medycznych Bohdana Woronowicza, wybitnego specjalisty w dziedzinie uzależnień: Co zrobić, żeby on nie pił?. Nawiasem mówiąc, warto się z tym tekstem zapoznać2. Zanim jednak przejdziemy do konkretnych rad podawanych przez autora, zatrzymajmy się na samym pytaniu. Mogą się za nim kryć dwa fałszywe założenia, które postaramy się zdemaskować. Po pierwsze, że problem ma wyłącznie osoba, która pije. Po drugie, że jego bliski może za niego sprawić, że sytuacja się poprawi. Oczywiście, to nie jest tak, że bliscy mają w tym wypadku związane ręce i niczego nie mogą zrobić, natomiast ich działania, żeby mogły odnieść skutek, muszą mieć na celu to, by osoba chora uświadomiła sobie, że ma problem, i podjęła konkretne działania. Bliscy mogą ją w tym wspierać, towarzyszyć jej, a także wystrzegać się często popełnianych w tej sytuacji błędów, na które wskazuje Woronowicz, natomiast nie mogą załatwić sprawy za chorego.

PO PIERWSZE ROZMOWA

PIERWSZE, CO WARTO ZROBIĆ, to po prostu porozmawiać. Jeżeli widzisz, że w Twojej rodzinie rozluźniły się więzi, każdy na własną rękę próbuje sobie poradzić ze swoimi problemami i ktoś, kto jest ci bliski, sięga w tej sytuacji po alkohol, warto po prostu się spotkać i porozmawiać. Dobrze będzie zadbać o odpowiednią, przyjazną przestrzeń i czas dla siebie nawzajem. Można na przykład przygotować świetną kolację i w jej trakcie opowiedzieć drugiej osobie o swoim zaniepokojeniu, by potem móc spokojnie jej wysłuchać. Towarzyszyłem takiej rozmowie w pewnej rodzinie. Okazało się, że nie samo picie było problemem. Ono miało dać ucieczkę od problemów, które udało się namierzyć i nazwać. Sama rozmowa była do tego przyczynkiem. Dobrze jest zacząć od rozmowy o życiu.

Często radzę małżeństwom, żeby przynajmniej raz w miesiącu mieli możliwość spotkać się i porozmawiać ze sobą szczerze w cztery oczy. Mogą pójść na spacer albo wyjść razem do restauracji i zjeść wspólnie kolację. Ważne, żeby znaleźli odpowiednią przestrzeń i czas na otwartą rozmowę o tym, co ich cieszy, co martwi, co gniecie, co spędza im sen z powiek. Jeśli będą to robić systematycznie, po jakimś czasie łatwiej przyjdzie im się otworzyć. Muszą zbudować zaufanie. Zresztą to nie dotyczy jedynie małżonków. Podobnie jest z dziećmi. Na przykład ojciec może zrobić synowi co jakiś czas tak zwany „chłopski wieczór” i pójść z nim gdzieś. W przypadku dorastającej córki może ją zabrać do dobrej restauracji. Wtedy jest szansa, że dowie się o problemach dziecka, zanim ono narobi sobie kłopotów i na przykład sięgnie po narkotyki albo alkohol. Daje to też szansę na odpowiednią pomoc. Kiedy studiowałem w Rzymie, zdarzało mi się po dwudziestej drugiej odwiedzać irlandzki pub. Widziałem tam rodziców ze swoimi dorosłymi dziećmi, którzy raz na jakiś czas wpadali na piwo, żeby porozmawiać. Tak, pili razem alkohol. On wcale nie musi być wrogiem budowania relacji. Więcej o tym, jak pić, powiemy sobie pod koniec książki. Wróćmy jednak do przypadku, kiedy więzi w naszej rodzinie są mocno nadszarpnięte i mamy podejrzenia, że ktoś z naszych bliskich już w nieodpowiedni sposób korzysta z alkoholu. Rzecz jasna w czasie kolacji we dwoje nie podajemy wtedy alkoholu, bo chcemy wspólnie nazwać problem i zmierzyć się z nim, zamiast przed nim uciekać.

Chodzi o to, żeby okazać czujność, zainteresowanie. Rozmowa może wbrew pozorom wiele zdziałać. Pamiętam, że jakiś czas temu dostrzegłem pewne problemy u mojego kolegi z zakonu. Ponieważ uchodziłem za żartownisia i prześmiewcę, poprosiłem naszego generała, żeby zabrał go do restauracji i z nim porozmawiał. Zrobił to, a dzięki temu, że cieszył się dużym autorytetem wśród nas, ta rozmowa miała ogromne znaczenie i przyniosła dobry skutek. On uratował tego człowieka.

W rozmowie chodzi o to, żeby wyjść naprzeciw drugiemu, wysłuchać go, pomóc mu, a nie wytknąć mu jego błędy i zaniedbania. Być może ta osoba ma na przykład depresję i powinna udać się do specjalisty. Jeśli obawia się wizyty u psychiatry, można zaproponować jej swoje towarzystwo. Picie najczęściej jest wtórne względem innych problemów, które tkwią o wiele głębiej. Często alkoholizm wynika z tego, że ktoś cierpi na depresję, a nie umie tego dostrzec i sięgnąć po fachową pomoc.

Rozmowa to oczywiście jedynie pierwszy etap. Jeżeli widzę, że ktoś rozwiązuje swoje problemy za pomocą alkoholu, to otrzymuję wyraźny sygnał, żeby mu pomóc. Oczywiście trzeba wiedzieć, jak to robić. Problemem nie jest to, że rodzina alkoholika nie chce mu pomóc, ale jak to robi. Pomagając w niewłaściwy sposób, może nieświadomie zaszkodzić sobie i choremu. Popełniane błędy często wynikają z niewłaściwego podejścia do samego alkoholizmu.

POMOC, KTÓRA SZKODZI

ZAMIAST UZNAĆ W NIM CHOROBĘ, która wymaga odpowiedniego postępowania, widzę hańbę dla rodziny, powód do wstydu. Dlatego zaczynam to ukrywać. Dochodzi do tego, że kupuję alkoholikowi alkohol tylko po to, żeby pił w domu, a nie poza nim, i nie chodził go kupować w stanie nietrzeźwym, albo piję z nim, mając nadzieję, że wtedy wypije mniej.

Niekiedy ludzie uważają, że alkoholik może sam z siebie przestać pić. Absurd takiego myślenia widać, jeśli przypomni się o tym, że alkoholizm jest chorobą. Wymagać od alkoholika, żeby przestał pić, to tak, jak wymagać od przeziębionego, żeby przestał mieć katar. Jeśli wymuszam na alkoholiku obietnicę, że przestanie pić, proszę, grożę, łaję jak małe dziecko, to sprawiam, że w końcu składa on obietnice bez pokrycia. To z kolei tylko pogłębia jego poczucie winy, które towarzyszy chorobie. Nawiasem mówiąc, to, że za swój alkoholizm osoba uzależniona wini wszystkich naokoło, nawet swoje malutkie dzieci, wynika właśnie z tego, że w głębi serca czuje się winna, co stara się ukryć i od czego się znieczula.

Niewłaściwe podejście do problemu alkoholizmu w rodzinie może wynikać także z błędów, o których wspomniałem na początku tego rozdziału. Pierwszy z nich polega na tym, że zakładam, iż mogę zaradzić problemowi alkoholika na własną rękę, zupełnie go w to nie angażując. Alkoholik traci pracę, więc utrzymują go bliscy, spłacają jego długi, płacą odszkodowania za wyrządzone przez niego szkody, robią zakupy, gotują mu, opiekują się nim, zwłaszcza kiedy wypije. Tym samym stwarzają mu niezwykle komfortowe warunki, żeby… pił dalej. Wspomniałem już, że pierwszym krokiem w stronę trzeźwienia jest przyznanie się do bezsilności, w czym paradoksalnie pomaga trudne położenie wynikające z picia. Jeżeli bliscy chronią mnie przed trudami wynikającymi z picia, to uniemożliwiają mi uświadomienie sobie, że jestem bezsilny wobec tego, że piję, i jaką destrukcję to powoduje w moim życiu.

W przywołanym tekście doktor Woronowicz wspomina właśnie o tego rodzaju błędach, które prowadzą, a później znamionują koalkoholizm, zwany także współuzależnieniem. Warto poświęcić mu więcej uwagi, żeby przyjrzeć się sytuacji swojej rodziny także pod tym kątem.

Jeżeli problemem alkoholika jest to, że znieczula się, by nie dostrzegać, że ma jakieś kłopoty, z którymi sobie nie radzi, to problemem osoby współuzależnionej jest to, że dostrzega kłopoty i próbuje za wszelką cenę samodzielnie im zaradzić, biorąc na siebie całą winę za zaistniałą sytuację. To najczęściej nie dotyczy jednej osoby, ale całej rodziny alkoholika. Jedna osoba uzależniona generuje średnio aż sześć osób współuzależnionych w swoim otoczeniu. Ich świat kręci się wokół alkoholika.

Życie tych osób skoncentrowane jest na tym, żeby pomóc osobie, która pije. Ona z kolei z czasem ubożeje, traci pracę, obojętnieje emocjonalnie, jest niesłowna, nie potrafi budować głębszych więzi, jest nieobecna w życiu swojego współmałżonka i dzieci. To powoduje, że jego bliscy z czasem także zamykają się na głębsze relacje, żyją w lęku i nieustannym poczuciu winy. Na przykład małe dzieci słyszą, że to ich wina, że mama czy tata pije. I wierzą w to. To są głębokie rany. Za wszelką cenę chcą uratować życie, najpierw swojemu pijącemu rodzicowi, a nieraz, w dorosłym życiu, także swojemu współmałżonkowi. Zdarza się, że mają tak silną potrzebę ratowania alkoholika, że nieświadomie otaczają się osobami z podobnym problemem. Można to tłumaczyć tym, że to jedyna więź, jaką znają, więc decydują się na takie relacje, niezależnie od tego, jak trudne one są. Szukają swego. Tak jak za granicą Polak szuka Polaka, bo umie się z nim dogadać.

PROBLEM WSPÓŁUZALEŻNIENIA

PISAŁEM JUŻ, ŻE PRZEKONANIE O TYM, że tylko alkoholik ma problem i potrzebuje pomocy, jest błędne. Koalkoholizm także najczęściej wymaga pomocy terapeuty. Jeżeli Twój bliski pije, to najpewniej Ty także wymagasz pomocy. Mówię do żony alkoholika, że potrzebuje terapii, a ona mi na to, że przecież on nigdy się na to nie zgodzi i nigdzie nie pójdzie. Ona już nawet nie słyszy, że ja mówię o niej. Jej już nie ma, jest tylko jej mąż i jego problem. Zdecydowanie łatwiej jest być pracodawcą osoby z problemem alkoholowym niż jego żoną. Łatwiej kogoś wyrzucić z pracy niż z domu. Żona staje się więźniem swojego małżeństwa. Mąż ciągle ją atakuje, żeby w ten sposób odwrócić uwagę od siebie. Może wykazywać cechy psychopatyczne, stosować przemoc. Ona musi postawić mu granice, a sama z siebie tego nie potrafi.